Month: June 2022

  • Matka Boża i Święci Pańscy – LIPIEC

    This image has an empty alt attribute; its file name is Duccio_di_Buoninsegna_-_Maest%C3%A0_Madonna_with_Angels_and_Saints_-_WGA06742.jpg

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    ojciec święty Benedykt XVI

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    31 lipca

    Święty Ignacy z Loyoli, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Zdzisława Cecylia Schelingowa, zakonnica
      •  Święty Justyn de Jacobis, biskup
      •  Błogosławiony Michał Oziębłowski, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Ignacy z Loyoli

    Inigo Lopez urodził się w roku 1491 na zamku w Loyola w kraju Basków (Hiszpania), jako trzynaste dziecko w zamożnym rycerskim rodzie. O jego wczesnej młodości mało wiemy. Otrzymał staranne wychowanie. Był paziem ministra skarbu króla hiszpańskiego, następnie służył jako oficer w wojsku wicekróla Nawarry. Nosił długie włosy, spadające mu aż do ramion, różnobarwne spodnie i kolorową czapkę. Publicznie najchętniej pojawiał się w pancerzu rycerza, nosząc miecz, sztylet i oręż wszelkiego rodzaju. Kiedy po latach opowiadał współbraciom o swoim życiu, wyznał, że do 30-tego roku życia oddawał się marnościom świata, że z próżnej żądzy sławy jego największą rozkoszą były ćwiczenia rycerskie. W czasie walk hiszpańsko-francuskich znalazł się w oblężonej Pampelunie. Zraniony poważnie w 1521 r. przez kulę armatnią w prawą nogę, został przewieziony do rodzinnego zamku.
    Długie miesiące rekonwalescencji były dla niego okresem łaski i gruntownej przemiany. Dla skrócenia czasu prosił o powieści rycerskie, ale na zamku ich nie było. Podano mu więc książkę znaną w całym średniowieczu, którą napisał bł. Jakub de Voragine – Złotą legendę. Bratowa podała mu ponadto Życie Jezusa Ludolfa de Saksa. Gdy tylko Inigo wyzdrowiał (chociaż na nogę kulał całe życie), opuścił rodzinny zamek i udał się do pobliskiego sanktuarium maryjnego, Montserrat. Zdumionemu żebrakowi oddał swój kosztowny strój rycerski. Przed cudownym wizerunkiem Maryi złożył swoją broń. Stąd udał się do Manrezy, gdzie zamieszkał w celi, użyczonej mu przez dominikanów. I tu jednak wydawało mu się, że ma za wiele wygód. Dlatego zamieszkał w jednej z licznych grot. Aby zdławić w sobie starego, próżnego, ambitnego człowieka, nie golił się ani nie strzygł, pościł codziennie i biczował się, nie obcinał paznokci, nie nakrywał głowy. Codziennie bywał u dominikanów na Mszy świętej. Oddawał się modlitwie i rozważaniu Męki Pańskiej. Szatan dręczył go gwałtownymi pokusami aż do myśli o samobójstwie. W takich zmaganiach powstał szkic jego najważniejszego dzieła, jakim są Ćwiczenia duchowne. Formę ostateczną otrzymały one dopiero w 1540 roku. Były więc owocem 19 lat przemyśleń i kontemplacji.
    Pragnąc nawiedzenia Ziemi Świętej i męczeństwa z rąk Turków, Ignacy zupełnie wyczerpany z sił, po prawie rocznym pobycie w Manrezie, przez Rzym i Wenecję udał się w pielgrzymkę. Żył z użebranych pieniędzy i czynionych po drodze przysług. W 1523 r. dotarł szczęśliwie do celu. Chciał tam pozostać do końca życia, dopiero w wyniku nalegań tamtejszego legata papieskiego wrócił do kraju. W drodze był dwukrotnie więziony pod zarzutem szpiegostwa. Po długiej podróży powrócił do Barcelony, gdzie przez dwa lata uczył się języka łacińskiego. Nie wstydził się zasiadać w ławie szkolnej z dziećmi, chociaż miał już wówczas 34 lata. Potem udał się do Alkala, by na tamtejszym uniwersytecie studiować filozofię. Wolny czas poświęcał nauczaniu prawd wiary prostych ludzi. Mieszkał w szpitalu i utrzymywał się za posługę oddawaną chorym.
    Jego żebraczy strój i niezwykły tryb życia wzbudziły u niektórych nadgorliwców podejrzenie, czy przypadkiem Ignacy nie należy do sekty alumbrado, która w tym czasie niepokoiła w Hiszpanii władze kościelne. Dostał się nawet do więzienia, które było w posiadaniu Świętej Inkwizycji. Po uwolnieniu z niego podążył do Salamanki, by na tamtejszym uniwersytecie kontynuować swoje studia (1527). I tu inkwizycja go zauważyła – ponownie trafił do więzienia. Przykre przesłuchania zniósł z radością dla Pana Jezusa. Po uwolnieniu z więzienia, w którym był kilka tygodni, powrócił do Barcelony, a stąd udał się do Paryża (1528). Miał już wówczas 37 lat. Utrzymywał się znów z żebraniny. Dla uzbierania koniecznych opłat w wolnych miesiącach udał się w charakterze żebraka do Belgii i Anglii.

    Święty Ignacy z Loyoli

    Na uniwersytecie paryskim Ignacy zapoznał się i zaprzyjaźnił ze św. Piotrem Faberem i ze św. Franciszkiem Ksawerym. Do ich trójki dołączyli niebawem Jakub Laynez, Alfons Salmeron, Mikołaj Bobadilla, Szymon Rodriguez i Hieronim Nadal. Wszyscy zebrali się rankiem 15 sierpnia 1534 roku w kapliczce na zboczu wzgórza Montmartre i tam w czasie Mszy świętej, odprawionej przez Piotra Fabera, który miesiąc wcześniej otrzymał święcenia kapłańskie, złożyli śluby ubóstwa, czystości oraz wierności Kościołowi, a zwłaszcza Ojcu Świętemu. W ten sposób powstał nowy zakon, zwany Towarzystwem Jezusowym.
    Wszyscy skierowali swoje kroki do Wenecji, by stamtąd odpłynąć do Ziemi Świętej, nawracać niewiernych i z ich ręki ponieść śmierć męczeńską. Do pielgrzymki jednak nie doszło, gdyż Turcja prowadziła właśnie wojnę z Wenecją. Udali się więc do Rzymu, aby przedstawić się papieżowi i oddać się do jego dyspozycji. Paweł III przyjął ich życzliwie. Korzystając z jego zachęty, wszyscy przyjęli święcenia kapłańskie (1536), oddali się posłudze chorym w szpitalach i nauczaniu prawd wiary wśród dzieci. Papież polecił, by Ignacy nakreślił szkic konstytucji nowego zakonu. Ignacy uczynił to pod nazwą Formuła Instytutu. Papież po przejrzeniu jej zażądał, by napisać całe konstytucje. Po wielu przeszkodach Rzym zatwierdził je w 1540 roku.

    Święty Ignacy z Loyoli

    Liczba członków Towarzystwa bardzo szybko rosła. Już w roku następnym (1541) św. Franciszek Ksawery został zaproszony do Indii. W tym samym czasie św. Piotr Faber głosił słowo Boże w północnych Włoszech, w południowej Francji i w Hiszpanii. W roku 1541 zebrała się pierwsza kapituła generalna. Przełożonym generalnym jednogłośnie został wybrany Ignacy. W tym samym roku papież oddał jezuitom do dyspozycji kościół w Rzymie pw. Matki Bożej della Strada (Patronki w drodze). W roku 1542 jezuici założyli w Coimbrze (Portugalia) słynne kolegium, które miało się stać zawiązką uniwersytetu. W 1550 r. do zakonu zgłosił się sam wicekról Katalonii, książę Gandii, św. Franciszek Borgiasz.
    Przez ostatnich 16 lat życia Ignacy był przykuty do swojego biurka i rzadko opuszczał progi domu generalnego swego zakonu, by być zawsze do dyspozycji duchowych synów. Nękany różnymi chorobami i dolegliwościami, 30 lipca 1556 roku zapowiedział swoją śmierć i poprosił o udzielenie mu odpustu papieskiego. Współbracia zdziwili się. Kiedy zaś przypuszczali, że mu jest lepiej, po wieczerzy odeszli od jego łoża. Gdy jednak powrócili dnia następnego, Ignacy był już w agonii i zmarł na ich rękach 31 lipca 1556 r.
    Pozostawił po sobie 7 tysięcy listów, zawierających nieraz cenne pouczenia duchowe, Opowiadanie pielgrzyma oraz Dziennik duchowy – świadectwo mistyki ignacjańskiej. W ewolucji chrześcijańskiej duchowości szczególne znaczenie mają Konstytucje zakonu, w których zniósł obowiązek wspólnego odmawiania oficjum, przestrzegania reguły klasztornej, nakazując w zamian praktykowanie codziennej modlitwy myślnej, a liturgię wskazując jako źródło życia duchowego. Szczególnie obfity owoc wydają do dziś Ćwiczenia duchowe – pierwowzór rekolekcji. W swoim nauczaniu Ignacy przypominał, że przeszkodach Rzym zatwierdził je w 1540 roku. człowiek musi dokonać pewnego wysiłku, aby współpracować z Bogiem.

    Święty Ignacy z Loyoli

    Beatyfikacji Ignacego Loyoli dokonał papież Paweł V (w 1609 r.), a kanonizacji – Grzegorz XV (w 1623 r.). Św. Ignacy jest patronem trzech diecezji w kraju Basków; zakonu jezuitów; dzieci, matek oczekujących dziecka, kuszonych, skrupulantów, żołnierzy oraz uczestników rekolekcji – zarówno rekolektantów, jak i rekolekcjonistów. Jego relikwie spoczywają w rzymskim kościele di Gesu.
    Zakon jezuitów odegrał szczególną rolę także w Polsce. Wydał między innymi takie postaci, jak: św. Stanisław Kostka i św. Andrzej Bobola – patroni Polski, św. Melchior Grodziecki oraz Jakub Wujek (tłumacz pierwszej drukowanej “Biblii” w Polsce), Piotr Skarga Pawęski (wybitny kaznodzieja), Maciej Sarbiewski (poeta zwany polskim Horacym), Franciszek Bohomolec (ojciec komedii polskiej), Adam Naruszewicz (biskup, historyk, poeta), Franciszek Kniaźnin (poeta), Jan Woronicz (arcybiskup, prymas Królestwa Polskiego, poeta), Grzegorz Piramowicz (sekretarz Komisji Edukacji Narodowej) i bł. Jan Beyzym (apostoł trędowatych na Madagaskarze).W ikonografii św. Ignacy przedstawiany jest w sutannie i birecie lub w stroju liturgicznym z imieniem IHS na piersiach, niekiedy w stroju rycerskim i w szatach pielgrzyma. Jego atrybutami są: księga; globus, który popycha nogą; monogram Chrystusa – IHS; napis AMDG – Ad maiorem Dei gloriam – “Na większą chwałę Boga”; krucyfiks, łzy, serce w promieniach, smok, sztandar, zbroja.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________

    Św. Ignacy Loyola. Mocarz duchowy, który zorganizował i przygotował do walki zastęp zakonników

    św. Ignacy Loyola

    ***

    Pan Bóg dopuszczając, aby na błądzących ludzi spadły nieszczęścia, obdarza ich również łaskami niezbędnymi do przezwyciężenia zła. Z pewnością jednym z darów od Boga dla Kościoła Katolickiego rozszarpanego rewolucją protestancką był św. Ignacy Loyola, mocarz duchowy, który zorganizował i przygotował do walki zastęp zakonników – jezuitów.

    Już w młodości, urodzony w starej, szlacheckiej rodzinie, Inigo (takie imię dostał na Chrzcie św.) zapowiadał się na wybitną osobowość. Cechowała go szlachetność i ambicja, aby w życiu dokonać wielkich czynów. Ze względu na drobną sylwetkę, niski wzrost (158 cm), rodzina przeznaczyła go, podobnie jak starszego brata, do stanu duchownego. Wystrzyżono mu nawet tonzurę. Ale młody Inigo ani myślał modlić się i szturmować dusze ludzkie, on marzył o zdobywaniu zamków i względów szlachetnie urodzonych niewiast. Chciał służyć Bogu, ale jako rycerz, nie rezygnując z rozrywek życia na dworach. Jednym słowem nierozsądnie chciał służyć dwóm panom.

    Bóg jednak potrzebował dzielnych i twardych ludzi. Gdy wiosną 1521 r. wybuchła wojna między Franciszkiem I, królem Francji i cesarzem Karolem V, a wojska francuskie zalały Nawarrę, Inigo był jednym z oficerów dowodzących obroną twierdzy Pampeluna. Nastroje wśród załogi były kiepskie. Przewaga przeciwnika miażdżąca. Sytuacja beznadziejna. Tylko stanowcza przemowa na radzie wojennej rycerza z Loyoli zapobiegła natychmiastowej kapitulacji. Przysięga i honor rycerski – na te wartości powoływał się w swej mowie młody oficer. Zdawał sobie sprawę z kiepskiego położenia i gotował się na śmierć. Jako że w twierdzy nie znalazł kapłana, starym rycerskim zwyczajem wyznał swe grzechy towarzyszowi broni i razem prosili Boga o miłosierdzie. 20 maja podczas szturmu kula wystrzelona z francuskiego działa zgruchotała prawą nogę Iniga, a lżej raniła lewą. Główny orędownik walki został wyeliminowany. Osłabiona tą stratą Pampeluna skapitulowała.

    Inigo okrył się sławą, ale rana była poważna. W dodatku kształt źle złożonej nogi uniemożliwiał noszenie modnych strojów, do czego nasz szlachcic przywiązywał wielką wagę. Bolesna operacja plastyczna niewiele pomogła. Obcinanie zgrubienia na kości przysporzyło tylko wielu cierpień, które ranny przyjął ze spokojem godnym podziwu. Ostatecznie prawa noga pozostała nieco krótsza. Podczas rekonwalescencji Inigo przeżył głębokie nawrócenie. Porzucił ambicje dworskie i rycerskie dla służby Bożej. Studiując żywoty świętych zapragnął dorównać czynom największych, takich jak św. Franciszek, św. Dominik itd. Podleczony przywdział szaty pokutne, a miecz i sztylet powiesił jako wotum obok figury Matki Bożej w sanktuarium w Montserrat. Pokutą, spowiedzią, i całonocną wartą przy Maryi rozpoczął nowe życie.

    Nie od razu zadecydował, co będzie robił dalej. Chciał nawracać ludzi, najchętniej w Ziemi Świętej, ale złożył to w ręce Opatrzności. Na razie prowadził życie pokutnika: utrzymywał się z jałmużny, mieszkał gdzie popadło, usługiwał chorym w szpitalach. Jednocześnie prowadził bogate życie duchowe. Nie miał mistrza duchowego, który prowadziłby go na stałe. Można nawet powiedzieć, że był bezpośrednio uczniem Boga, który kształtował go poprzez doświadczanie, oświecenia, a nawet wizje. Owocem takiego życia stało się napisanie oryginalnych Ćwiczeń Duchownych, które Ignacy – to jego nowe imię – stworzył i przez długi czas udoskonalał. W oparciu o nie zaczął udzielać rekolekcji licznym chętnym. Zalecał w nich m.in. by w celu umocnienia się duchowego wyobrażać sobie pole bitwy między siłami piekła walczącymi pod flagą Lucyfera i zastępami niebieskimi występującymi pod sztandarem Chrystusa.

    W sierpniu 1523 r. spełniły się marzenia Inigo – wreszcie postawił swe stopy na Ziemi Świętej. Pielgrzymował po miejscach, które niegdyś były świadkami działalności Pana Jezusa. Co za radość! Niestety, niemal natychmiast przyszło rozczarowanie. Rządzący tymi ziemiami muzułmanie nie życzyli sobie napływu chrześcijańskich pustelników. Musiał wracać do Europy. 

    Co teraz czynić? W tej kwestii nasz Pielgrzym (św. Ignacy sam tak się nazwał w swojej autobiografii) nie miał wątpliwości, nawracać ludzi, pouczać ich. Ale by to robić dobrze i zgodnie z Doktryną Katolicką musiał zdobyć odpowiednie wykształcenie. Jak dotąd w wielu miejscach spotykał się z podejrzeniami, iż jest heretykiem, jakich wielu w tym czasie krążyło po krajach katolickich. Wprawdzie za każdym razem udowadniał swą prawowierność, ale kosztowało go to wiele czasu i energii. Zasiadł więc, spóźniony uczeń, wraz z dziećmi do nauki łaciny i retoryki. Potem rozpoczął studia na wydziałach tzw. sztuk wyzwolonych kolejnych uniwersytetów, a w końcu teologii u dominikanów. Barcelona, Alcala, Salamanka a zwłaszcza Paryż były świadkami jego edukacji. 

    W tym czasie pomagał również ludziom pragnącym odmienić swoje życie udzielając im ćwiczeń duchownych. Na uniwersytecie w Paryżu zaprzyjaźnił się z kilkoma studentami, z którymi założył później dzieło swego życia, nowy zakon – Towarzystwo Jezusowe. A stało się to w 1540 r. w Rzymie. Aby być skutecznym narzędziem w ręku papieży, jezuici do zwykłych ślubów zakonnych: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa przełożonym dodali jeszcze jeden, posłuszeństwa ojcu świętemu. 

    Przełożonym nowego zakonu, tzw. generałem został wybrany jednogłośnie Ignacy. Na tym stanowisku pełnił posługę aż do śmierci. To jemu zawdzięcza zakon szybki rozwój, energię w działaniu i skuteczność w nawracaniu grzeszników i błędnowierców. Staranna formacja duchowa oraz wykształcenie, które uzyskiwali klerycy w seminariach klasztornych spowodowały, że stali się cennymi spowiednikami i doradcami przywódców państw w sprawach moralnych. Tak skuteczna praca „ad maiorem Dei gloriam” (ku większej chwale Bożej) spowodowała, iż szeregi towarzyszy Jezusowych bardzo szybko rosły. Jeden z wybitniejszych współpracowników Lutra – Melanchton miał zniechęcony zawołać: „Cóż to znaczy, wielki Boże, cały świat Jezuitami się napełnia”.

    Ojciec Ignacy Loyola zmarł w opinii świętości 31 lipca 1556 r. Nie zdobył względów „pewnej damy” z wyższych sfer w której się podkochiwał nieomal do momentu przywdziania stroju pokutnego, nie został sławnym dworakiem czy żołnierzem, za to odcisnął swe znamię na historii Kościoła, stając się, jak marzył podczas rekonwalescencji w rodzinnej Loyoli, świętym tej miary co Franciszek z Asyżu, Dominik …

    Kościół wspomina św. Ignacego Loyolę 31 lipca.

    Adam Kowalik/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________

    Św. Ignacy Loyola – nauczyciel prawdziwej modlitwy

    Św. Ignacy Loyola - nauczyciel prawdziwej modlitwy
    fot. via: Pxere.com CC0

    ***

    ŚW. IGNACY LOYOLA JAKO NAUCZYCIEL MODLITWY MEDYTACYJNEJ

    Wśród mistrzów życia duchowego byli tacy, którzy działali na niewielkim terenie i mieli ograniczony krąg odbiorców. Propozycje formacyjne niektórych z nich traciły swoją aktualność wraz z przemianami społecznymi i kulturalnymi. Byli jednak i tacy, którzy odcisnęli ogromne piętno na rozwoju duchowości chrześcijańskiej, a ich propozycja do dziś pozostaje niezwykle aktualna. Do takich z pewnością należy św. Ignacy Loyola.

    Mistrzowie życia duchowego często byli założycielami zakonów, które gromadziły naśladowców Chrystusa. W przypadku św. Ignacego ewenementem było to, że po swoim nawróceniu przez kilkanaście lat żył jako świecki i — zanim założył Towarzystwo Jezusowe — był mocno zaangażowanym nauczycielem modlitwy.

    Ignacjańska szkoła modlitwy

    Św. Ignacy Loyola stworzył prawdziwą szkołę modlitwy, a jej system formacyjny spisał na kartach Ćwiczeń duchownych. Z jednej strony książeczka była owocem jego osobistych doświadczeń mistycznych, z drugiej zaś wynikiem gruntownej znajomości różnych tradycji duchowości. Ignacy był genialnym eklektykiem, który wybrał z dotychczasowych form religijności to, co najlepsze, aby uczynić z tego spójną i wszechstronną propozycję formacyjną, która obejmowałaby wszystkie etapy duchowego rozwoju. Każda zaproponowana przez niego medytacja była odblaskiem jego osobistego doświadczenia duchowego, zapraszał więc adepta Ćwiczeń na analogiczną do własnej drogę rozwoju.

    Św. Ignacy adresował swoją książeczkę do osób udzielających rekolekcji, a nie do tych, którzy je odprawiają. Swoich uczniów uczył adaptowania treści Ćwiczeń do potrzeb każdego człowieka. W ten sposób stał się nie tylko nauczycielem modlitwy, ale także nauczycielem nauczycieli modlitwy. Trzeba przy tym dodać, że modlitwę rozumiał on zarówno jako formę zwracania się do Boga, jak i jako rzeczywistość przenikającą i zmieniającą całe życie człowieka. Droga do powstania tej niewielkiej książeczki wcale nie była prosta.

    Narodziny pielgrzyma

    Do 30. roku życia późniejszy autor Ćwiczeń pozostawał szlachcicem — zawadiaką, który bardziej wykazywał się odwagą na polach bitew i szukał różnych uciech na dworach, niż zgłębiał tajniki życia wewnętrznego. Dopiero kartacz, który strzaskał mu nogę w czasie obrony Pampeluny w 1521 roku, sprawił, że Inigo — tak brzmi po baskijsku jego imię — podczas rekonwalescencji zagłębił się w lekturze duchowej. Tak naprawdę uczynił to nie z powodu jakiegoś religijnego przebudzenia, ale z… nudów. Po prostu w jego domu nie było romansów rycerskich, które zwykł czytać, a tylko Życie Chrystusa Ludolfa Kartuza i żywoty świętych. Leżąc unieruchomiony w łóżku, całe dnie spędzał albo na lekturze tych książek, albo na rozmyślaniach. To właśnie wtedy zaczął odbywać swoje pierwsze medytacje, które trwały nawet do czterech godzin.

    Ich tematyka jednak nie zawsze była pobożna. Jako szlachcic i rycerz nadal marzył o sukcesach wojennych i dworskich, obmyślał nawet sposób, w jaki będzie ubiegał się o względy pewnej bardzo wysoko urodzonej damy, być może nawet królewskiej córki. Myśli te sprawiały mu wielką przyjemność i czas przy nich upływał mu bardzo szybko, jednak potem stawał się oschły i niezadowolony. Z kolei po lekturach pobożnych również zatapiał się w długich rozmyślaniach. Tym razem jednak zastanawiał się nad podjęciem życia na wzór św. Franciszka czy też św. Dominika, albo planował pielgrzymkę boso do Jerozolimy. Paradoksalnie takie myśli sprawiły, że pozostawał zadowolony i radosny. Przeżycia te doprowadziły go do odkrycia, że „jedne myśli czyniły go smutnym, inne zaś radosnym. I tak powoli doszedł do poznania różnych duchów, które w nim działały — jednego szatańskiego, drugiego Bożego” (A, 8)1. Tak więc pobożna lektura i medytacja duchowych treści stała się dla niego nie tylko sposobem formowania rozumu i odkrywania osobistych głębokich pragnień, ale również skutecznym narzędziem wewnętrznej przemiany.

    W rozmyślaniach tych rozsmakował się do tego stopnia, że zaczął wynotowywać sobie ważniejsze wydarzenia z życia Jezusa i świętych, a zapiski te liczyły aż 300 kartek. Wszystkie te praktyki doprowadziły go do decyzji porzucenia starego życia. Tak oto ze szlachcica Iniga narodził się pielgrzym Ignacy.

    Po wyzdrowieniu odebrał zaległy żołd (w części spłacił nim dawne długi, a w części przeznaczył go na odnowienie pewnego obrazu Matki Bożej), a potem wyruszył do Montserrat, gdzie wyspowiadał się w klasztorze benedyktynów i gdzie zamienił się ubraniem z napotkanym żebrakiem. W końcu trafił do Manresy. Przebywał tam od marca 1522 roku do lutego 1523 roku, spędzając czas na modlitwie i żyjąc o żebraczym chlebie.

    Był to czas obfitujący w doświadczenia mistyczne. Sam wspomina, że „w tym czasie Bóg obchodził się z nim jak nauczyciel w szkole z dzieckiem i pouczał go. Działo się tak zapewne z powodu tego, że umysł jego był jeszcze zbyt prosty i niewyrobiony, albo może dlatego, że nie miał nikogo, kto by go pouczył, a może też dlatego, że otrzymał od Boga zdecydowaną wolę służenia Mu…” (A, 27). W Manresie też powstał zasadniczy zrąb jego Ćwiczeń.

    Ukoronowaniem i pieczęcią jego licznych doświadczeń duchowych było przeżycie nad rzeką Cardoner, kiedy to św. Ignacy „otrzymał (…) tak wielką jasność dla umysłu i do tego stopnia, że jeśli rozważy całe życie swoje aż do 62. roku życia, i jeśli zbierze razem wszystkie pomoce otrzymane od Boga i wszystko to, czego się nauczył, i choćby to wszystko zebrał w jedno, to i tak nie sądzi, żeby to wszystko dorównało temu, co wtedy otrzymał w tym jednym przeżyciu” (A, 30). Mimo takiego doświadczenia, a może — paradoksalnie — właśnie z jego powodu św. Ignacy zdecydował się na naukę.

    Od pielgrzyma do zakonnika

    Początkowo odbył kurs łaciny w Barcelonie (1524), potem studia filozoficzne w Alkali (1526), gdzie już dawał swoje Ćwiczeniai przez to miał zatargi z inkwizycją, następnie w Salamance (1527). Wreszcie trafił do Paryża (1528), gdzie przez siedem lat studiował filozofię i teologię. Uzyskał tam tytuł magistra teologii i wraz z sześcioma towarzyszami złożył pierwsze prywatne śluby czystości i ubóstwa. W 1537 roku przyjął w Wenecji święcenia kapłańskie, a dwa lata później wraz z towarzyszami zdecydował się na ślub posłuszeństwa, został obrany przeło- żonym generalnym i w ten sposób powstało Towarzystwo Jezusowe. W 1540 roku papież Paweł III oficjalnie zatwierdził nowy zakon, a osiem lat później potwierdził prawowierność Ćwiczeń.

    Studia św. Ignacego z pewnością przyniosły pewne uzupełnienia i dodatki do pierwotnego tekstu jego rekolekcji. Ostatnich retuszy dokonał w Rzymie w 1541 roku. Uzupełnienia były czymś oczywistym, zważywszy, że Ignacy, oprócz ukończenia studiów, nabierał także coraz większego doświadczenia w udzielaniu Ćwiczeń. Dawał je w formie rekolek- cji zamkniętych i otwartych. W jego Autobiografii można znaleźć opisy, jak krąży od domu do domu swoich poszczególnych rekolektantów. Praktyka ta wynikała stąd, że Ćwiczenia nierzadko odprawiali ludzie wysoko postawieni w hierarchii społecznej. Ich częste wizyty u jezuitów mogłyby zatem stać się przedmiotem różnych niepotrzebnych plotek i intryg. Gdy zaś oni tłoczyli się wśród innych petentów w poczekalniach swoich rekolektantów, nikogo to nie musiało dziwić.

    Już w samym tym pragmatyzmie widać nowatorstwo Ćwiczeń, nawet w odniesieniu do dzisiejszych czasów. Św. Ignacy już w XVI wieku stał się bowiem autentycznym „trenerem modlitwy”, który szkolił dziesiątki zaangażowanych chrześcijan i w ten sposób stworzył zupełnie nowy styl duszpasterstwa. Jego podstawą było przede wszystkim doskonalenie praktyki modlitwy myślnej: medytacji — bardziej obecnej na początkowych etapach wzrostu duchowego i kontemplacji ewangelicznej — odpowiadającej dalszym jego etapom. 

    Medytacja ignacjańska

    Jako doskonały metodolog, św. Ignacy określił konkretne kroki we wdrożeniu się chrześcijanina w modlitwę medytacyjną. W odniesieniu do potrzeby gruntownego poznawania słowa Bożego zakładał osobiste przygotowanie rekolektanta do medytacji. Zachęcał zatem, aby wieczorem przed zaśnięciem „przez czas jednego «Zdrowaś Maryjo» (…) pomyśleć o godzinie, o której mam wstać i po co, i streścić sobie to ćwiczenie, które mam odprawić” (ĆD, 73).

    Celem przygotowania do medytacji jest nie tylko analiza konkret- nego tekstu Pisma Świętego, ale spojrzenie przez jego pryzmat na własne życie. Od tego, jak rzetelnie zostanie ona przeprowadzona, zależy w dużym stopniu osobisty proces duchowego wzrostu.

    Oprócz dostrzeżenia tych fragmentów tekstu, które budzą pozytywny odbiór rekolektanta, szczególnie ważne jest dostrzeżenie takich, które wyzwalają negatywne uczucia i skojarzenia. Mogą one prowadzić do odkrycia własnych — do tej pory ukrytych w podświadomości — uczuć, które stoją w sprzeczności z chrześcijańską wizją życia człowieka (przywiązania, jakaś wewnętrzna niezgoda na określone wymagania chrześcijańskie, żal do Pana Boga z powodu jakichś wydarzeń itp.).

    Przygotowanie może być przeprowadzone bezpośrednio przed medytacją bądź przed snem, gdy medytacja ma być odprawiana rano.

    Samo rozważanie rozpoczyna się od przyjęcia postawy wyciszenia i koncentracji wewnętrznej oraz na rozbudzeniu w sobie ducha dyspozycyjności i hojności względem Boga. Rolę tę spełnia modlitwa wstępna, w której należy „prosić Boga, Pana naszego, aby wszystkie moje zamiary, decyzje i czyny były skierowane w sposób czysty do służby i chwa- ły jego Boskiego Majestatu” (ĆD, 46). Modlitwa ta rozpoczyna wszystkie rozważania (zob. ĆD, 49) i nie jest tylko powierzchowną praktyką wstępną, po której należy szybko przejść do zasadniczej medytacji. Dzięki tej modlitwie chrześcijanin ma świadomość, że wkracza w misterium działania Boga w swoim życiu i staje się wobec tego działania dyspozycyjny.

    Po modlitwie wstępnej następuje wprowadzenie pierwsze, czyli wyobrażenie sobie miejsca (zob. ĆD, 47). Chodzi tu o to, by różne spontanicznie pojawiające się wyobrażenia nie odwodziły osoby medytującej od zasadniczego tematu rozważania, lecz by w miejsce tych rozproszeń w każdej chwili mogła ona wprowadzić obraz, który pomoże jej powrócić do treści rozważania.

    Kolejnym krokiem jest wprowadzenie drugie, czyli prośba o owoc medytacji (zob. ĆD, 48). Chodzi tu o otwarcie się na duchowe pragnienia, wynikające z kontekstu medytowanego słowa Bożego. W przypadku medytacji o grzechu ma to być prośba o zawstydzenie, przy rozważaniu zmartwychwstania Jezusa — prośba o radość itp. (zob. ĆD, 48).

    Po modlitwie wstępnej i dwóch wprowadzeniach rozpoczyna się medytację, która opiera się na pracy pamięci, rozumu i woli. W swojej me- dytacji o grzechu św. Ignacy podkreśla potrzebę takiego przyporządkowania poszczególnych etapów rozważania tym trzem władzom duszy. Zachęca mianowicie, aby „przypomnieć sobie pierwszy grzech, to jest grzech aniołów, potem rozumem go rozważyć, a wreszcie zastosować doń i wolę…” (ĆD, 50).

    Praca pamięci polega na przywołaniu przeczytanego wcześniej słowa Bożego i dotarciu do jego prawdziwego sensu. Nie jest to łatwe, gdyż na ogół człowiek odruchowo przyjmuje postawę osądzania, dokonując selekcji docierających do niego informacji. Te, które są zgodne z jego po- glądami czy opiniami — przyjmuje, inne zaś, które są z nimi sprzeczne — odrzuca. Trzeba pewnego wyrobienia wewnętrznego, by nie przyjąć podobnej postawy wobec słowa Bożego, które dla chrześcijanina winno być nie tyle jedną z propozycji, lecz prawdziwym punktem odniesienia dla jego życia.

    Po przywołaniu w pamięci danego tekstu biblijnego i po dostrzeżeniu własnej reakcji na określone treści następuje osądzanie swego życia w świetle słowa Bożego. Medytujący winien przekroczyć w sobie tendencję do buntu czy oporu wewnętrznego i otworzyć się na prawdę, któ- rą odkrywa, bez względu na to, czy jest dla niego przyjemna, czy też bolesna i trudna do zaakceptowania.

    Przekroczenie własnego spontanicznego sprzeciwu otwiera człowieka na dialog z Bogiem. Ten aspekt medytacji najpełniej objawia się w rozmowie końcowej. Decydują rolę odgrywa w niej ludzka wola. Człowiek otwiera się na działanie Boga w swoim życiu. Może z Nim rozmawiać o tym, co odkrył, może prosić Go o pomoc, a nawet się z Nim wadzić, byle tylko na koniec przyjął oferowaną mu łaskę.

    Choć teoretycznie w medytacji ignacjańskiej rozdziela się pracę rozumu i woli, to jednak w rzeczywistości chodzi o współgranie wspomnianych władz duszy z łaską. A zatem „nie ma wyraźnej granicy oddzielającej akty rozumu od aktów woli. (…) Nie może być tak, że wzrok rozmyślającego najpierw się odwraca od Jezusa, po to by zrobić moralne zastosowanie do siebie samego” (M, s. 27). Taki błąd często był popełniany, gdy domagano się od medytacji, by zawsze była zwieńczona konkretnym postanowieniem moralnym. Powodowało to, że postanowienia te wypływały bardziej z rozumu niż z serca i nie miały większego związku z realnym życiem osoby medytującej. „Decyzja przemiany własnego stanu ma być podejmowana w samym akcie kontemplacji, bo dzięki niej będziemy lepiej widzieć i rozumieć. Jest to przemiana, która się rodzi ostatecznie nie z mojego spojrzenia na siebie samego, ani nawet z mojego spojrzenia na Chrystusa, lecz z Jego spojrzenia na mnie — spojrzenia, które osądza «pragnienia i myśli serca…»” (M, s. 27).

    Po skończonej medytacji św. Ignacy zachęca do podjęcia refleksji nad jej przebiegiem i skutecznością (zob. ĆD, 77). Ma ona szczególne znaczenie dla osób, które dopiero uczą się zaproponowanej metody modlitwy. W refleksji tej chodzi o rozważenie, jak powiodła się dana medytacja, jakie napotkano przeszkody, co należałoby zrobić, by następna medytacja była lepiej odprawiona. Chodzi także o to, by zauważyć, co działo się podczas modlitwy, jakie treści najbardziej poruszały osobę me- dytującą. Tak podjęta refleksja pomaga zarówno w ciągłym doskonaleniu własnej metody modlitwy, jak i w pogłębieniu jej skuteczności.

    Właściwa medytacja trwa około godziny (zob. ĆD, 12), lecz jej czas może być dostosowany do możliwości, doświadczenia i sił osoby ją odprawiającej (zob. ĆD, 18b).

    Oprócz metody medytacji ważne jest również wskazanie odpowiednich treści, które należałoby sobie przyswoić. Św. Ignacy swoje Ćwiczenia podzielił na cztery tygodnie. Każdy z nich zawiera konkretne propozycje medytacji odpowiadające kolejnym etapom duchowego wzrostu. W tygodniu pierwszym, który odpowiada drodze oczyszczającej, medytacje koncentrują się głównie na problematyce związanej z grzechem człowieka oraz ze zbawczym działaniem Boga. Również tak zwany Fundament (zob. ĆD, 23), który stanowi spojrzenie na cel życia chrześcijanina i otwiera drogę Ćwiczeń, powinien być rozważony tą metodą.

    W tygodniu drugim, odpowiadającym drodze oświecającej, ten sposób modlitwy obejmuje kilka rozważań, które mają na celu doprowadzenie chrześcijanina do lepszego zrozumienia misji i form działania Jezusa (Wezwanie Króla, Rozmyślanie o dwóch sztandarach), do większej dyspozycyjności względem Jego wezwania (O trzech parach ludzi, O trzech stopniach pokory) oraz do w pełni wolnego wyboru powołania.

    Tydzień trzeci i czwarty, zwykle łączony z drogą jednoczącą, koncentruje się na tematyce męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa, poprzez kontemplację ewangeliczną, która polega na próbie zaangażowania swoich zmysłów w modlitwie. Rekolekcje wieńczy kontemplacja Ad amorem, pomocna do uzyskania miłości, która stanowi podsumowanie całej drogi Ćwiczeń. Z jednej strony ukazuje ona rekolektantowi wszystkie dary Bożej miłości, jakie otrzymał w swoim życiu, z drugiej zaś zachęca do próby osobistej odpowiedzi na tę miłość, przy czym trzeba dodać, że ma ona mieć charakter konkretnych czynów, a nie tylko pustych deklaracji (zob. ĆD, 230)

    Św. Ignacy zdawał sobie sprawę z tego, że jednorazowe rozważanie poszczególnych prawd zwykle nie wystarczy, by stały się one rzeczywistym trwałym punktem odniesienia dla życia człowieka. Dlatego tak wielką wagę przykładał do licznych powtórek. Rozwój duchowy bowiem rzadko ma charakter liniowy, częściej bardziej adekwatnym jego obrazem jest wstępująca ku górze spirala. Chrześcijanin ciągle na nowo odkrywa znane prawdy, tyle że na coraz wyższym poziomie zrozumienia.

    Nauczyciel nauczycieli

    Św. Ignacy dawał Ćwiczenia wielu osobom. Towarzysze, których zaczął gromadzić wokół siebie, również praktykowali w jego szkole modlitwy. Z czasem sami zostali przygotowani do samodzielnego udzielania rekolekcji. W ten sposób metoda św. Ignacego weszła do stałej praktyki duszpasterstwa Towarzystwa Jezusowego. Już sama książeczka Ćwiczeń zawiera wiele uwag co do sposobu adaptacji metody do potrzeb rekolektanta. Kolejne tego typu uwagi były podawane w tak zwanych dyrektoriach. Stanowiły one świadectwo nieustannego doskonalenia metody rekolekcyjnej, a pośrednio także tego, jak bardzo się ona rozszerzała, wychowując coraz to nowe rzesze świętych. Zwolennikiem Ćwiczeń w późniejszych wiekach byli na przykład św. Franciszek Salezy, św. Wincenty ŕ Paulo, a także papież Pius XI, który w 1922 roku ogłosił św. Ignacego patronem rekolekcji, zaś pięć lat później wydał nawet na temat Ćwiczeń duchownych encyklikę Mens nostra. Rekolekcje ignacjańskie odprawiała także św. Faustyna Kowalska i w jej Dzienniczku można znaleźć opis doświadczenia, które w jej przypadku miało niewątpliwie charakter mistyczny.

    Cezary Sękalski (ur. 1967), dziennikarz, teolog duchowości, wykładowca w Karmelitańskim Instytucie Duchowości w Krakowie, autor książek Na chorych ręce kłaść będą. Modlitwa wstawiennicza we wspólnocie i Misterium przemiany wewnętrznej. Droga rozwoju duchowego chrześcijanina w Ćwiczeniach ignacjańskich.

    Pastores 23/2003 Copyright by Wydawnictwo Bernardinum/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 lipca

    Męczennice z Nowogródka

     

     

    Archiwum

    ***

    Historia męczeństwa 11 nazaretanek z Nowogródka jest równocześnie zwykła i niezwykła. Zwykła, bo przecież czas II wojny światowej obfitował w heroiczne postawy ludzi, włącznie z oddaniem życia. Nazaretanki są w tym ofiarowaniu się niezwykłe, bo uczyniły je wszystkie, cała wspólnota, 12 sióstr!

    Misja: wychowywać i uczyć

    Do Nowogródka siostry ze Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu przybyły 4 października 1929 r. na zaproszenie bp. Zygmunta Łozińskiego, by zająć się wychowaniem oraz nauczaniem dzieci i młodzieży. Na początku pracowały w internacie, następnie, od 2 września 1930 r., w szkole rozwojowej, w końcu w wybudowanej staraniem zgromadzenia i społeczeństwa szkole powszechnej. Zajęcia w nowej szkole rozpoczęły się w połowie września 1933 r. Pierwszym dziełem apostolskim sióstr, warunkującym działalność edukacyjną, była praca związana z kościołem Przemieniania Pańskiego, zwanym białą farą. Dzięki rektorom tej świątyni (byli nimi przeważnie prefekci Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Nowogródku) i działalności sióstr była ona ważnym ośrodkiem oddziaływania religijnego na mieszkańców miasta i okolic.

    By zrozumieć, jak doszło do męczeńskiej śmierci sióstr, trzeba cofnąć się do lat sprzed 1 sierpnia 1943 r. Nie tylko początki wspólnoty domu Chrystusa Króla były trudne. Przez wiele lat bardzo trudne były warunki życia sióstr, prawie zawsze brakowało pieniędzy, trzeba było przezwyciężać niechęć ludzi wpływowych, z duchownymi włącznie. To ubóstwo cementowało jednak wspólnotę i przygotowywało ją do jeszcze większej ofiary. Siostry były skoncentrowane na misji. Była to zarówno opieka nad kościołem, jak i nauczanie dzieci i młodzieży. Wobec kryzysowej sytuacji, gdy siostry zastanawiały się, czy nie zrezygnować z placówki, bp Łoziński tak napisał: „Nowogródka nie opuszczać, na stanowisku trwać, taka jest wola Boża i moja” (s. Flora, „Kronika”, s. 4). Matka generalna Laureta Lubowidzka wyraziła podobną opinię: „Zdecydowanie trwać na stanowisku – ustąpić nie wolno, tu chodzi o dom pod wezwaniem Chrystusa Króla. On ma zwyciężyć. O Jego Królestwo walczyć nam trzeba, nieustraszenie przetrwać wszelkie trudności, bo wielkie rzeczy tam się dokonają” (s. Flora, dz. cyt. s. 4). Jeszcze dwie szlachetne osoby świeckie wspierały zmagania sióstr: Maria Wierzbowska i Józef Bołtuć.

    Dramat okupacji

    W czasie gdy siostry przybyły do Nowogródka, ludność miasta tworzyła wielobarwną mozaikę. Stanowili ją Polacy, Żydzi, Rosjanie, Białorusini i potomkowie Tatarów. Nowogródek, ze względu na związek tej ziemi z osobą Adama Mickiewicza, był ważny dla kultury polskiej, jak również dla katolicyzmu. Siostry zachowywały przyjazne stosunki ze wszystkimi.

    Wybuch II wojny światowej i związana z nią okupacja sowiecka i niemiecka zakłóciły dotychczasowy ład i porządek nowogródzkiej społeczności. W czasie okupacji sowieckiej siostry żyły w rozproszeniu, spotykały się jednak na Mszy św. i nabożeństwie wieczornym w farze. Wyrzucone z domu, borykały się z problemami życia codziennego i z bliska dotykały cierpień innych. W czasie okupacji niemieckiej siostry założyły habity i powróciły do klasztoru. Światłem w mroku stała się podczas obu okupacji fara, nic też dziwnego, że ludzie wypełniali ją tłumnie. Obaj najeźdźcy dążyli do wywołania antagonizmu między Białorusinami i Polakami. Wraz z przybyciem do Baranowicz grup specjalnych gestapo wzmógł się terror wobec ludności cywilnej w mieście i w całym województwie. Pierwsza zbiorowa egzekucja miała miejsce 31 lipca 1942 r., podczas której rozstrzelano 60 osób pochodzenia polskiego. Wśród nich byli kapłani.

    Siostry były ostoją dla Polaków nie tylko poprzez gorliwą modlitwę w kościele, ale także działalność charytatywną – to Polacy byli najbardziej, po ludności żydowskiej, prześladowani ze względu na narodowość i wiarę. Siostry wysyłały paczki deportowanym w głąb Rosji, pomagały wszystkim potrzebującym pomocy. Udręczeni nowogródczanie szukali pociechy i ukojenia w kościele, gdzie rano Mszę św. odprawiał ks. Aleksander Zienkiewicz, a wieczorem przy wystawionym Najświętszym Sakramencie wierni razem z księdzem i siostrami odmawiali Różaniec.

    Charyzmat w ogniu próby

    Następna fala aresztowań dosięgła Nowogródek w nocy z 17 na 18 lipca 1943 r., kiedy to gestapo aresztowało ok. 120 osób – ojców i członków polskich rodzin z zamiarem rozstrzelania. Ludzie spieszyli do sióstr, dzielili się swoim bólem, a siostry na tragedię bliźnich zareagowały współczuciem, modlitwą i ofiarą. Zaraz po południu tego dramatycznego dnia s. Maria Stella przy spotkaniu z kapelanem, ks. Aleksandrem Zienkiewiczem, skonstatowała: „Mój Boże, jeśli potrzebna jest ofiara z życia, niech raczej nas rozstrzelają aniżeli tych, którzy mają rodziny – modlimy się nawet o to”. Tę decyzję siostry podjęły wspólnie, a s. M. Stella jako przełożona była jej wyrazicielką wobec księdza. Ta informacja dotarła do uwięzionych. Jedna z aresztowanych wspominała: „Nowa otucha i nadzieja wstąpiły w nasze serca”. Pan Bóg posłużył się komisarzem Nowogródka, Traubem, Niemcem, który uzyskał zmianę decyzji u swoich władz w Mińsku, gdyż gestapo dokonało aresztowań podczas jego nieobecności. Skazanym zamieniono karę śmierci na deportację do pracy w Rzeszy. Niektóre osoby zwolniono. Transport wyruszył 24 lipca 1943 r. Wszyscy wywiezieni przeżyli wojnę i ocaleli.

    Ofiara za kapłana

    Wobec dalszego zagrożenia życia jedynego w okolicy kapłana – ks. Aleksandra Zienkiewicza, który znajdował się na liście osób poszukiwanych przez gestapo, s. M. Stella ponowiła dalszą gotowość sióstr do ofiary: „Ksiądz Kapelan jest o wiele potrzebniejszy niż my, toteż modlimy się teraz o to, aby Bóg raczej nas zabrał niż Księdza, jeśli jest potrzebna dalsza ofiara”.

    31 lipca 1943 r. s. M. Stella otrzymała ustne polecenie gestapowca, który nakazał jej stawić się wieczorem o godz. 19.30 na posterunku gestapo razem ze wszystkimi siostrami. Po nabożeństwie wieczornym 11 sióstr, ze swą przełożoną, udało się do gmachu dawnego urzędu wojewódzkiego. Siostry spodziewały się w najgorszym wypadku wywiezienia na prace przymusowe do Niemiec. W domu pozostała 12 siostra – s. M. Małgorzata Banaś, pracująca po świecku w szpitalu; wracając z pracy, spotkała idące na komisariat siostry. Chciała do nich dołączyć, ale przełożona poleciła jej wrócić do klasztoru i czuwać nad kościołem i księdzem.

    Wyrok na siostry był już przesądzony. Eksterminacją księży i zakonnic w Nowogródku i jego okolicach zajmowała się policja bezpieczeństwa z Baranowicz, którą centralnie kierował Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy, nie kryjąc, że jego „celem ostatecznym jest zupełne rozbicie całego chrześcijaństwa”. Po dwóch godzinach pobytu na komisariacie siostry wyprowadzono pod eskortą z budynku, kazano im wsiąść do ciężarowego auta, a następnie powieziono je traktem nowojeleńskim za Nowogródek. Słońce zachodziło, ale na dworze panował ruch, więc gestapowcy zawrócili. Ostatnią noc na ziemi siostry spędziły w piwnicy komisariatu; ze względu na małą powierzchnię pojedynczo kładły się krzyżem, podczas gdy pozostałe modliły się w postawie stojącej.

    W niedzielę 1 sierpnia 1943 r. o świcie siostry wywieziono i rozstrzelano w niewielkim brzozowo-sosnowym lesie, w odległości pięciu kilometrów od Nowogródka. Poniosły śmierć męczeńską z rąk hitlerowskich oprawców. Ocalał ks. Zienkiewicz i wszyscy, za których siostry oddały życie. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy kto życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13) – powiedział papież Jan Paweł II w dniu beatyfikacji Sióstr Męczenniczek.

    Po wycofaniu się Niemców i zajęciu terenu przez Rosjan s. Małgorzata Banaś wraz z przybyłymi do Nowogródka siostrami z Wilna wystarała się o ekshumację ciał sióstr i pochowanie ich w mogile przy farze. Miało to miejsce 19 marca 1945 r. Obrzędom przewodniczył ks. Zienkiewicz. Po wyjeździe ks. Zienkiewicza i sióstr z Wilna do Polski s. Małgorzata została sama, aż do swojej śmierci w roku 1966, jako strażniczka ich mogiły i kościoła. Pamięć o świętości i męczeństwie sióstr, przechowywana w zgromadzeniu, była szerzona przez wychowanków nowogródzkiej szkoły. Ich staraniem upamiętniano fakt męczeństwa tablicami, m.in. w domu generalnym w Rzymie i w kościele sióstr w Warszawie. W roku 1991 rozpoczął się w domu prowincjalnym w Warszawie proces beatyfikacyjny służebnic Bożych M. Stelli i 10 Towarzyszek, a w dniach 25-27 września 1991 r. nastąpiło przeniesienie ich doczesnych szczątków do sarkofagu w bocznej kaplicy nowogródzkiej fary, obok ołtarza Matki Bożej Nowogródzkiej.

    A zasiew kiełkuje

    Papież Jan Paweł II 5 marca 2000 r. dokonał w Rzymie beatyfikacji 11 nazaretanek – s. M. Stelli i 10 Towarzyszek. Oto ich imiona: s. M. Stella, s. M. Imelda, s. M. Rajmunda, s. M. Daniela, s. M. Kanuta, s. M. Sergia, s. M. Gwidona, s. M. Felicyta, s. M. Heliodora, s. M. Kanizja, s. M. Boromea.

    Od 13 września 2008 r. istnieje na Białorusi najmłodsza prowincja nazaretanek – Błogosławionych Męczennic z Nowogródka. W nowogródzkiej farze znajdują się ich relikwie i wisi beatyfikacyjny obraz. W dawnym konwencie mieści się obecnie muzeum; w części pomieszczenia siostry wypiekają komunikanty i opłatki. Budynek dawnej szkoły zajmuje nazaretańska wspólnota i nowicjat.

    S. Teresa Górska CSFN/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________


    30 lipca

    Błogosławieni męczennicy
    Brauliusz Maria Corres i Fryderyk Rubio, prezbiterzy,
    i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święty Piotr Chryzolog, biskup i doktor Kościoła
    ***
    Błogosławieni męczennicy z zakonu bonifratrów

    W czasie hiszpańskiej wojny domowej w 1936 r. zginęło 98 bonifratrów. Opiekowali się oni chorymi i opuszczonymi. Dla milicji wystarczyło, że byli zakonnikami i że nie chcieli wyrzec się swojej wiary, aby móc ich wymordować. Siedemdziesięciu jeden z nich beatyfikował św. Jan Paweł II w dniu 25 października 1992 r. (wraz z 51 innymi męczennikami z Barbastro).Rankiem 25 lipca 1936 r. milicjanci wkroczyli do domu formacyjnego bonifratrów w Talavera de la Reina (w prowincji Toledo). Po południu rozstrzelali czterech zakonników, m.in. ojcFryderyka (Karola) Rubio Alvareza, kapelana domu. Kilka dni później, 29 lipca, w Esplugentes pod Barceloną zginął kolejny zakonnik.
    W Calafell (nieopodal Tarragony) bonifratrzy prowadzili szpital, mieli tam też swój nowicjat. 23 lipca 1936 r. wtargnęli tam milicjanci, którzy zmusili zakonników do zdjęcia habitów i zabronili im spełniania jakichkolwiek praktyk religijnych. Zapowiedzieli równocześnie, że 30 lipca darują im wolność. Zakonnicy od razu wyczuli, że w tym dniu czeka ich śmierć. I rzeczywiście tak się stało. Rankiem kapelan wspólnoty odprawił jeszcze potajemnie Mszę św. dla zakonników i nowicjuszy jako pokrzepienie na męczeństwo. Po południu wywieziono piętnastu z nich na peryferie i rozstrzelano. Zginął wtedy m.in. ojciec Brauliusz Maria (Paweł) Corres Diaz de Cerio, który od pięciu lat był w Calafell mistrzem nowicjuszy i kapelanem. 4 sierpnia 1936 r. zamordowany został brat Gonsalwus, który posługiwał w hospicjum św. Rafała w Madrycie.
    W klasztorze w Ciempozuelos (prowincja madrycka) odbywało formację zakonną i zawodową także siedmiu bonifratrów z Kolumbii. Gdy rozgorzała wojna domowa, mieli z polecenia przełożonych wrócić do swego kraju. Z koniecznymi dokumentami wyruszyli z Madrytu do Barcelony, aby tam wsiąść na statek. Zostali jednak aresztowani i 9 sierpnia rozstrzelani w Barcelonie; są pierwszymi beatyfikowanymi Kolumbijczykami. W sierpniu zginęli jeszcze dwaj bonifratrzy w podmadryckiej miejscowości Valdemoro.
    1 września rewolucyjni milicjanci aresztowali wszystkich dwunastu zakonników opiekujących się chorymi w Carabanchel Alto. Po kilku godzinach zamordowano ich pod Madrytem. Ginęli z okrzykiem: Niech żyje Chrystus Król!
    W lipcu aresztowano zakonników posługujących w hospicjum psychiatrycznym w Ciempozuelos (Madryt). Osadzono ich w więzieniu San Anton i na różne sposoby dręczono. Gdy szli na rozstrzelanie, pozdrawiali się słowami: “Do zobaczenia w niebie”. Piętnastu z nich zginęło 28 listopada w podmadryckiej miejscowości Paracuellos del Jarama. Dwa dni później w tej samej miejscowości zginęło kolejnych sześciu bonifratrów. Ostatni z beatyfikowanych w 1992 r. zakonników z tego zakonu zginął w Barcelonie w dniu 14 grudnia 1936 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    29 lipca

    Święci Marta, Maria i Łazarz

    Zobacz także:
      •  Święty Olaf II, król
      •  Błogosławiony Urban II, papież
    ***
    Diego Velazquez: Chrystus w domu Marty i Marii

    Marta pochodziła z Betanii, miasteczka położonego na wschodnim zboczu Góry Oliwnej, w pobliżu wioski Betfage, odległego od Jerozolimy o ok. 3 km drogi (dzisiaj Al Azarija). Była siostrą Marii i Łazarza, których Chrystus darzył swą przyjaźnią. Wiele razy gościła Go w swoim domu. Św. Łukasz opisuje szczegółowo jedno ze spotkań (Łk 10, 38-42). Martę wspomina w Ewangelii św. Jan, odnotowując wskrzeszenie Łazarza. Wyznała ona wtedy wiarę w Jezusa jako Mesjasza i Syna Bożego (J 11, 1-45). Ewangelista Jan opisuje także wizytę Jezusa u Łazarza na sześć dni przed wieczerzą paschalną, gdzie posługiwała Marta (J 12, 1-11). Właśnie z Betanii Jezus wyruszył triumfalnie na osiołku do Jerozolimy w Niedzielę Palmową (Mk 11, 1). Wreszcie w pobliżu Betanii Pan Jezus wstąpił z Góry Oliwnej do nieba (Łk 24, 50).

    Święta Marta - patronka zbłąkanych

    Na Wschodzie cześć św. Marty datuje się od wieku V, na Zachodzie – od wieku VIII. Już w wieku VI istniała w Betanii bazylika na miejscu, gdzie miał stać dom Łazarza i jego sióstr. Św. Marta jest patronką gospodyń domowych, hotelarzy, kucharek, sprzątaczek i właścicieli zajazdów. Legenda prowansalska głosi, że po wniebowstąpieniu Jezusa Żydzi wprowadzili Łazarza, Marię i Martę na statek bez steru i tak puścili ich na Morze Śródziemne. Dzięki Opatrzności wszyscy wylądowali szczęśliwie u wybrzeży Francji, niedaleko Marsylii. Łazarz miał zostać pierwszym biskupem tego miasta, Marta założyła w pobliżu żeński klasztor, a Maria pokutowała w niedalekiej pustelni.

    Jan Vermeer: Chrystus w domu Marii i Marty

    W ikonografii św. Marta przedstawiana jest w skromnej szacie z pękiem kluczy za pasem, czasami we wspaniałej sukni z koroną na głowie. Często pojawia się na obrazach również z siostrą, św. Marią. Są prezentacje, w których prowadzi smoka na pasku lub kropi go kropidłem. Nawiązują one do legendy, iż pokonała potwora Taraska. Jej atrybutami są: drewniana łyżka, sztućce, księga, naczynie, różaniec.

    Święte rodzeństwo z Betanii: Marta, Łazarz i Maria

    Maria była siostrą Marty i Łazarza. Uwierzyła w Chrystusa jeszcze przed wskrzeszeniem brata (J 11, 1-44). Była tą kobietą, która według słów Jezusa “wybrała dobrą cząstkę” (Łk 10, 42), słuchając słów Zbawiciela. To ona namaściła Jego nogi drogocenną maścią nardową (J 12, 3). Według Tradycji Maria i Marta były w gronie niewiast, które pospieszyły do grobu Jezusa z wonnościami.
    Po męczeńskiej śmierci archidiakona Stefana i rozpoczęciu w Jerozolimie prześladowania wyznawców Chrystusa, Żydzi wygnali sprawiedliwego Łazarza. Siostry opuściły Palestynę wraz z bratem i pomagały mu głosić Ewangelię w różnych krainach.

    Święty Łazarz

    Łazarza znamy go z Ewangelii św. Jana (J 11, 1-44; 12, 1-11) jako brata Marii i Marty. Gdy z obawy przed Żydami Jezus przebywał w Zajordanii, dotarła do niego wiadomość o śmierci Łazarza. Powrócił wtedy – po odczekaniu – do Judei i udał się do Betanii. Św. Jan Ewangelista szczegółowo opisuje scenę Jego spotkania z siostrami i dialog z Martą, a następnie głębokie wzruszenie Jezusa i wskrzeszenie Łazarza. Dowiadujemy się także o reakcji Żydów, którzy nie mogli zaprzeczyć faktom, ale jeszcze bardziej znienawidzili Jezusa. Ta niechęć dotknęła także Łazarza. Ewangelista Jan opisuje także inny pobyt Jezusa w domu Łazarza na dzień przed Jego wjazdem do Jerozolimy (J 12, 1-11). Milczenie ewangelii o dalszych losach Łazarza uzupełnili anonimowi pisarze chrześcijańscy.
    Na Wschodzie najbardziej znana była legenda, która uczyniła Łazarza biskupem Cypru i tam umieściła jego – drugi – grób. Pewną rolę w rozwoju kultu odegrała też tzw. niedziela Łazarza, jedna z ostatnich niedziel Wielkiego Postu, w którą odczytywano ewangelię o jego wskrzeszeniu i dokonywano skrutynium przed dopuszczeniem do chrztu. Na Zachodzie w cyklu legend prowansalskich i burgundzkich pojawiła się w dość późnym średniowieczu opowieść o skazaniu świętego rodzeństwa z Betanii na wygnanie. Umieszczono ich na statku bez steru, który odepchnięto od brzegu. Po wielu miesiącach tułaczki przybyli oni do Marsylii. Łazarz miał być pierwszym biskupem tego miasta. Inne opowiadania wskazują na Autun i Avallon jako miejsca złożenia jego relikwii.
    Równie rozbieżne były daty wspomnień liturgicznych Łazarza. W kalendarzach spotykano je m.in. pod dniem 17 grudnia, 4 maja, 17 czerwca, 16 lub 17 października.W ikonografii ukazuje się św. Łazarza najczęściej w scenie wskrzeszenia oraz na uczcie w Betanii.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________

    Dziś świętych Marty, Marii i Łazarza
    fot. Wikipedia (domena publiczna)

    ***

    Św. Marty – 29 lipca

    Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego (Łk 10,41).

    8.1. Wspomnienie św. Marty pozwala nam jeszcze raz znaleźć się w Betanii, w domu, który tyle razy Jezus uświęcił swą obecnością. Tam, w rodzinie, którą tworzyli Marta, Maria i Łazarz, zawsze darzono Pana Jezusa serdecznością, znajdował On w tym domu odpoczynek dla ciała zmęczonego ustawiczną wędrówką po wsiach i miasteczkach Palestyny. Jezus szukał schronienia u tych przyjaciół zwłaszcza w ostatnich dniach przed swoją Męką, kiedy spotykał się z niezrozumieniem i pogardą ze strony faryzeuszy. Uczucie, jakim Nauczyciel darzył rodzeństwo z Betanii nazwał w swojej Ewangelii św. Jan: Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza (J 11, 5). Jezus był ich przyjacielem!

    Ewangelia z dzisiejszej Mszy świętej (J 11, 19-27) opowiada o przybyciu Jezusa do Betanii w cztery dni po śmierci Łazarza. Nieco wcześniej, kiedy jeszcze Łazarz był bardzo chory, jego siostry wysłały do Nauczyciela pełne ufności wezwanie: Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz (J 11, 3). A Jezus, który wówczas znajdował się w Galilei, w odległości kilku dni drogi, mimo że usłyszał o jego chorobie, zatrzymał się przez dwa dni w miejscu pobytu. Dopiero potem powiedział do swoich uczniów: Chodźmy znów do Judei (J 11, 7). Kiedy przybył do Betanii, Łazarz od czterech dni leżał już w grobie.

    Marta, zawsze troskliwa i uczynna, prawdopodobnie wcześniej dowiedziała się, że Jezus zdąża do ich domu, wyszła więc Mu naprzeciw. I chociaż Pan pozornie nie przybył na jej wezwanie, nie osłabła jej miłość i ufność. Panie – powiedziała – gdybyś tu był, moj brat by nie umarł. Bardzo delikatnie wyrzucała Mu, że nie przybył wcześniej. Marta spodziewała się uzdrowienia swego brata, kiedy ten jeszcze był chory. A Jezus w sposób uprzejmy, może nawet z uśmiechem na ustach, udzielił jej nieoczekiwanej odpowiedzi:Brat twój zmartwychwstanie. Marta odebrała te słowa jako pocieszenie, mając na myśli zmartwychwstanie ostateczne, i odpowiedziała: Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym. Na te słowa Jezus wypowiedział niezwykłe oświadczenie o swoim bóstwie: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki. I zapytał ją: Wierzysz w to? Któż mógłby oprzeć się najwyższej powadze tego oświadczenia? Ja jestem Zmartwychwstaniem i Życiem! Ja…! Ja jestem racją wszystkiego, co istnieje! Jezus jest Życiem, nie tylko życiem, które ma swoje źródło poza światem, ale także życiem nadprzyrodzonym, które łaska rozbudza w duszy pielgrzymującego człowieka. Te nadzwyczajne słowa napełniają nas pewnością, coraz bardziej zbliżają nas do Chrystusa i każą odpowiedzieć za Martą: Tak, Panie! Ja mocno wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat. Kilka chwil potem Pan wskrzesił Łazarza.

    Podziwiajmy wiarę Marty i chciejmy naśladować jej ufną przyjaźń z Nauczycielem. „Czy widziałeś, z jaką czułością, z jakim zaufaniem zwracali się do Chrystusa Jego przyjaciele? Z całą naturalnością wyrzucały Mu siostry Łazarza Jego nieobecność: «Przecież Cię uprzedzałyśmy! Gdybyś tutaj był!…»

    – Powiedz Mu spokojnie i ufnie: «Naucz mnie zwracać się do Ciebie z przyjacielską miłością Marty, Marii i Łazarza; podobnie jak traktowało Cię pierwszych Dwunastu, choć na początku szli za Tobą niewątpliwie z powodów nie za bardzo nadprzyrodzonych”[1].

    8.2 Po pewnym czasie, kiedy zbliżała się już Pascha, Jezus ponownie odwiedził swoich przyjaciół: Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta usługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole (J 12, 1-2).

    Marta usługiwała… Z jaką wdzięcznością i miłością musiała to czynić! Tam, w jej domu, przebywał Nauczyciel, Mesjasz, tam przebywał Bóg potrzebujący Jej usług, a ona mogła Mu służyć. Bóg stał się Człowiekiem, aby pomagać nam w naszych potrzebach, abyśmy się nauczyli kochać Go w Jego Najświętszym Człowieczeństwie, abyśmy mogli być Jego zażyłymi przyjaciółmi. Nie możemy tracić sprzed oczu tego, że ten sam Jezus z Nazaretu, z Kafarnaum, z Betanii czeka na nas w pobliskim tabernakulum, potrzebuje naszej uwagi. „To prawda, że nasze tabernakulum zawsze nazywam Betanią… – Stań się przyjacielem przyjaciół Mistrza: Łazarza, Marty, Marii. – A potem już nie będziesz pytał, dlaczego Betanią nazywam nasze tabernakulum”[2]. On tam przebywa. Nie możemy przechodzić obojętnie, powinniśmy codziennie Go odwiedzać i przebywać w Jego towarzystwie przez kilkanaście minut dziękczynienia po Komunii świętej, bez pośpiechu, bez niepokoju. Nie ma nic ważniejszego.

    Św. Tomasz z Akwinu naucza, że nie było odpowiedniejszego sposobu na odkupienie ludzi niż Wcielenie Chrystusa[3]. I przytacza następujące argumenty: jeśli chodzi o wiarę, łatwiej było Mu uwierzyć, ponieważ mówiącym był sam Bóg; jeśli chodzi o nadzieję, Wcielenie stanowi wielki dowód Jego zbawczej woli; jeśli chodzi o miłość, to nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J15, 13). Jeśli chodzi o uczynki, to sam Bóg posłużył nam za wzór: przyjmując nasze ciało, ukazał nam znaczenie istoty ludzkiej, a przez swoje upokorzenie uleczył naszą pychę.

    W Najświętszym Człowieczeństwie Jezusa miłość, którą Bóg żywi do nas, przyjmuje ludzką postać i w ten sposób otwiera się droga prowadząca nas łagodnie do Boga Ojca. Dlatego życie chrześcijańskie polega na miłowaniu Chrystusa, na naśladowaniu Go, na kroczeniu za Nim, na zapatrzeniu się w Jego życie. W centrum uświęcenia nie stoi walka z grzechem ani nic negatywnego, lecz koncentruje się ono na Jezusie Chrystusie, który jest przedmiotem naszej miłości. Nie chodzi jedynie o unikanie zła, lecz o ukochanie Nauczyciela i naśladowanie Tego, który przeszedł (…) dobrze czyniąc (Dz 10, 38). Życie chrześcijańskie jest głęboko ludzkie: serce zajmuje ważne miejsce w dziele naszego uświęcenia, ponieważ Bóg stał się dla niego dostępny. I kiedy zaniedbuje się pobożność, osobistą przyjaźń z Nauczycielem, przyzwalając na to, aby serce rozpraszało się na stworzenia, nie starczy siły woli, by podążać dalej drogą świętości. Dlatego powinniśmy się starać widzieć Pana blisko siebie i posługiwać się wyobraźnią, by widzieć żywego Chrystusa: Tego, który urodził się w Betlejem, pracował w Nazarecie, miał przyjaciół, których prawdziwie cenił, do których nieraz przychodził, gdyż ich towarzystwo przynosiło Mu radość.

    Nauczmy się od przyjaciół Jezusa traktować Go z ogromnym szacunkiem, gdyż jest Bogiem, i z wielką ufnością, gdyż jest Przyjacielem, który ustawicznie chce z nami obcować.

    8.3 Przed uroczystym wjazdem do Jerozolimy Jezus ze swymi uczniami zatrzymał się w domu swoich przyjaciół w Betanii. Obie siostry zaczęły przygotowywać wszystko, aby odpowiednio ugościć Nauczyciela i towarzyszącą Mu grupę ludzi. Ale Maria, może już zaraz po przybyciu Jezusa, usiadła u Jego stóp i słuchała Jego słowa (Łk 10, 39),a Marta została sama ze wszystkimi pracami domowymi. Maria nie przejmowała się tym wszystkim, nawet tym, czego było potrzeba, i całkowicie oddała się słuchaniu Nauczyciela. Ufność, z jaką zajęła miejsce u Jego stóp, nawyk słuchania Go, dowodzą, iż nie było to pierwsze spotkanie, ale że istniała między nimi pewna zażyłość. Marcie zapewne nie były obojętne słowa Jezusa; ona także słuchała uważnie, ale była bardziej zajęta obowiązkami domowymi. Nie zdając sobie z tego sprawy, odsunęła Jezusa na drugi plan. Absorbowało ją to, co było potrzebne do ugoszczenia Go. Martwiła się, że sama nie podoła pracy, która była do zrobienia, a tymczasem widziała swoją siostrę u stóp Jezusa. Może nieco zaniepokojona, z wielką ufnością stanęła przed Jezusem i powiedziała: Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła.(Łk 10, 40). Miała ogromne zaufanie do Nauczyciela.

    Jezus odpowiedział Jej takim samym ufnym tonem, o czym świadczy już samo powtórzenie jej imienia: Marto, Marto – powiedział – troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego (Łk 10, 41). Maria, która z całą pewnością powinna była pomagać swojej siostrze, przy tym wszystkim nie zapomniała o tym, co naprawdę jest potrzebne: Chrystus powinien stanowić centrum jej uwagi i jej życia. Pan nie chwalił jej ogólnej postawy, ale to, co jest zasadnicze: jej miłość.

    Nawet rzeczy bezpośrednio odnoszące się do Pana nie powinny przesłaniać tego, że jest On Panem wszystkich rzeczy. Marta nigdy nie zapomniała tej serdecznej uwagi Jezusa. Chociaż jej praca była niezbędna, to jednak ważniejsza okazywała się dbałość o to, aby nie odsuwać Jezusa na drugi plan.

    Nawet przy pracach, które bezpośrednio odnoszą się do Pana, nie powinniśmy zapominać, że tym, co zasadnicze, tym, co niezbędne, jest właśnie Jego Osoba. Także w naszym codziennym życiu powinniśmy pamiętać, że nawet spraw, które wydają się bardzo ważne, jak np. praca, kariera zawodowa, nie można przedkładać nad życie rodziny. Na nic zdałyby się wszystkie inne dobrodziejstwa – większa zamożność, dobre stosunki towarzyskie – gdyby pogarszało się samo życie rodzinne, spychane na drugi plan, z wyjątkiem spraw wyjątkowych, które może zmuszają głowę rodziny do pracy w oddaleniu od reszty rodziny (jak emigranci czy marynarze). Jeżeli ojciec lub matka zarabiają więcej pieniędzy, ale zaniedbują obcowanie ze swymi dziećmi, po co to wszystko?

    Św. Marta, która w niebie cieszy się wieczną i nieprzerwaną obecnością Chrystusa, wyjedna nam łaskę doceniania przyjaźni z Nauczycielem. Ona nauczy nas dbać o sprawy Pana, bez zapominania o tym, który jest Panem wszystkiego. Wstawi się u Jezusa, żebyśmy się nauczyli nie odsuwać rodziny na dalszy plan z powodu dobrych rzeczy, które pragniemy zdobyć dla samej rodziny.

    * Św. Marta żyła w Betanii, w pobliżu Jerozolimy, ze swoim rodzeństwem – Marią i Łazarzem. W pierwszym etapie swego życia publicznego Jezus często gościł u nich w domu. Z Jezusem łączyły całe rodzeństwo silne więzy przyjaźni.


    [1]Św. Josemaría Escrivá, Kuźnia, 495.

    [2]Św. Josemaría Escrivá, Droga, 322.

    [3]Por. św. Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna, III, zag. 1, art. 2.

    ze strony: Opus Dei

    ___________________________________________________________________________________________

    Przyjaciele Pana

    Od ubiegłego roku 29 lipca obchodzimy liturgiczne wspomnienie Świętych Marty, Marii i Łazarza. Było to rodzeństwo, które Jezus z Nazaretu często odwiedzał.

    Jan Vermeer, Chrystus w domu Marty i Marii

    Chrystus w domu Marty i Marii/Jan Vermeer,pl.wikipedia.org

    ***

    O Marcie, Marii i Łazarzu mieszkających w Betanii nieopodal Jerozolimy traktuje wiele nowotestamentowych tradycji obecnych przede wszystkim w Ewangeliach według św. Łukasza i według św. Jana. Dają nam one jednoznacznie do zrozumienia, że Pan Jezus był z owym rodzeństwem wyjątkowo zaprzyjaźniony, że przyjmowali Go w swoim domu.

    Marta (dosł. z języka aramejskiego to pani domu) ukazana jest jako ta, która stara się jak najlepiej ugościć Pana. Dlatego też patronuje m.in.: gospodyniom domowym, właścicielom hoteli czy osobom zajmującym się sprzątaniem. Sztuka często prezentuje ją np. z kluczami od domostwa.

    Maria (to imię może oznaczać piękną osobę) zaprezentowana jest w Nowym Testamencie jako ktoś, kto „wybrał najlepszą cząstkę”, kto wsłuchuje się w słowa Chrystusowe, chłonie je. Ikonografia ukazuje ją zazwyczaj razem z siostrą.

    Łazarz (ten, któremu Bóg pomaga) wydaje się najbardziej znaną postacią spośród tego grona. To właśnie jemu Jezus przywraca życie. Sztuka przedstawia go m.in. jako wychodzącego z grobu. Jest patronem m.in. żebraków, grabarzy czy rzeźników. Od jego imienia wywodzi się słowo „lazaret”, którego dziś mało się używa, a odnosi się ono do wojskowego szpitala na froncie.

    Wokół tych postaci wyrosło wiele legend, podań i tradycji. Jedna z nich głosi, że Marta i Maria znalazły się w gronie kobiet, które niosły wonności do grobu Pańskiego. Wraz z bratem mieli zostać wygnani z Ziemi Świętej, a potem razem głosili Dobrą Nowinę w wielu miejscach poza jej granicami. Wedle innego przekazu Łazarz miał być biskupem na Cyprze. Istnieje również podanie, że rodzeństwo to umieszczono na statku bez steru. Przemierzając wody Morza Śródziemnego, miał on zacumować dopiero w Marsylii, gdzie Łazarz został później biskupem.

    Jeśli chodzi o to liturgiczne wspomnienie – podkreśla ono „przyjaźń łączącą rodzeństwo z Betanii z Jezusem. Ewangelia mówi, że Jezus bardzo kochał Martę, Marię i Łazarza. Od Łukasza i Jana dowiadujemy się, że mają oni różne charaktery i temperamenty, ale wszyscy są zdolni do przyjęcia Jezusa w swym domu. Oddali do Jego dyspozycji fizyczną przestrzeń, kiedy pragnął spędzić chwile z przyjaciółmi. Wspomnienie to podkreśla przyjęcie przez rodzeństwo Jezusa i Jego słowa oraz miłość, jaką żywi do nich Jezus. Jest to więc okazja do docenienia przyjaźni, gościnności, serdeczności, ale także relacji rodzinnych, które pomagają w przylgnięciu do Jezusa. Może się zdarzyć, że rodzina jest przeszkodą w przyjęciu Ewangelii, w dokonywaniu radykalnych wyborów, aby pójść za Jezusem. Dom w Betanii pokazuje nam, że właśnie relacje rodzinne, bracia, siostry, krewni, swoim przykładem pomagają nam otworzyć nasze serca na przyjęcie Jezusa”

    ks. Corrado Maggioni, Radio Watykańskie/Tygodnik Niedziela

    __________________________________________________________________

    Św. Marta z Betanii

    św. Marta

    ***

    Zbawiciel szczególnie umiłował pewien dom w Betanii, leżący u stóp Góry Oliwnej, w którym mieszkał Łazarz i jego dwie siostry – Maria oraz Marta. Byli oni szanowani w miasteczku z powodu swojej bogobojności i cnót domowych. Dwa spotkania Jezusa z Martą opisane w Ewangeliach dają nam naukę owych cnót, jaką możemy czerpać z postawy świętej niewiasty.

    Pan Jezus poucza o właściwej hierarchii obowiązków stanu, kiedy Marta ma pretensje do swej siostry, iż zamiast pomagać jej w kuchni, siedzi u stóp Nauczyciela i słucha Jego słów. Daje ona przykład wzorowej pani domu, która dba, by gościowi niczego nie brakło, jednakże gdy spojrzy się na tę sytuacją metaforycznie, widać, iż Zbawiciel poucza o wartości modlitwy i życia duchowego jako podstawie wszelkich obowiązków. Mówi On do gospodyni: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona” – nic bowiem nie pomogą przyrodzone zabiegi, spełniane z największą sumiennością, jeśli z ich powodu człowiek w sposób dobrowolny zaniedba obowiązki duchowe, dzięki którym otwiera się dostęp do Królestwa Niebieskiego.

    Marta pokazuje także, jak niezachwiana powinna być wiara w Boga i ufność złożona w Jego wszechmocnej dłoni. Kiedy bowiem Syn Boży przybył do gościnnego domu w Betanii po śmierci Łazarza, Marta nie rozpacza, lecz całkowicie powierza się Mesjaszowi, mówiąc: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga” – Jezus zaś odparł, iż Łazarz zmartwychwstanie, na co Marta odpowiedziała: „Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym” – nie dlatego, żeby wątpiła w moc Chrystusa, ale przez pokorę, nie czując się godna, aby dla niej Syn Boży uczynił tak wielki cud. Reakcja Zbawiciela na te słowa świadczy o Jego wielkiej miłości dla tej rodziny, narracja Ewangelisty zaś opisuje ją krótko: „Jezus zapłakał”. Użalił się nad ludźmi, których miłował i – nagradzając pokorną wiarę swej służebnicy – wskrzesił jej brata.

    Wówczas Pan zapragnął, aby dała ona świadectwo wiary w Jego bóstwo. Powiedział o sobie: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki” i zapytał pobożną niewiastę, czy wierzy w Jego słowa? Ona zaś wyznała: „Tak, Panie! Ja mocno wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat”.

    Dalsze losy rodziny z Betanii nie są znane, zachowała się jedynie prowansalska legenda głosząca, iż żydzi prześladując chrześcijan po wniebowstąpieniu Chrystusa zamknęli Łazarza wraz z siostrami na statku pozbawionym steru i puścili na morze. Prawica Pańska miała ich jednak doprowadzić szczęśliwie do wybrzeża Francji, gdzie podobno spędzili resztę swego życia – Łazarz jako biskup Marsylii, a Marta i Maria prowadząc życie pustelnicze.

    Święta Marta dziewica jest czczona jako patronka gospodyń domowych, kucharek, sprzątaczek, a także hotelarzy i właścicieli zajazdów. O tym, że lud uciekał się do jej wstawiennictwa w sprawach domowych i rodzinnych świadczy zachowany w polskiej tradycji dwuwiersz:

    Proszę o to świętej Marty,

    By nie grał zapalczywie w karty.

    Kościół wspomina św. Martę z Betanii 29 lipca.

    PCh24.pl

    _________________________________________________________________________________________

    Święte na wakacje – św. Marta

    Święte na wakacje - św. Marta
    św. Marta/James Tissot(PD)

    ***

    Wakacje to dla wielu czas pomiędzy, czas od-po-czyn-ku – czas po czynach, wydarzeniach, sprawach, czas przygotowania do następnych – które mają przyjść. Także kalendarz liturgiczny zdaje się dostosowywać do tego rytmu – mamy teraz okres zwykły w ciągu roku, następujący po okresie wielkanocnym.

    W ten spokojny, wydawałoby się, czas, podczas liturgii wspominamy kobietę, którą Ewangelie ukazują jako kobietę czynu – Martę. Jej wspomnienie obchodzimy w środku lata – 29 lipca, tydzień po święcie Marii z Magdali. W poprzednią niedzielę słyszeliśmy już fragment Ewangelii Łukaszowej, który naznaczył nasze spojrzenie na siostry z Betanii (Łk 10,38-42). W scenie spotkania Jezusa z siostrami Łukasz milczy o Łazarzu, ich bracie. Pokazuje dwie reakcje na Osobę Jezusa – posługa i słuchanie. Marta służy, Maria słucha. Marta działa, Maria oczekuje na słowo Mistrza. Marta dopomina się pomocy, Maria nie rusza się, siedzi.

    Marta jest niewątpliwie najważniejszą postacią w tym domu. Łukasz pisze nawet: że “Marta przyjęła Go [Jezusa] do swego domu” (Łk 10,38), pisze tak, jakby chodziło po prostu o dom Marty. Jan w inny, lecz również wyraźny dla uważnego czytelnika, sposób wskaże rangę wymienianych osób, napisze, iż “Jezus miłował Martę, jej siostrę i brata” (J 11,5). Marta jest na pierwszym miejscu. Jej siostra i brat pojawiają się ze względu na relację do Marty.

    Marta przewodzi – przez swą posługę. Do czynu wzywa swą siostrę. Powołuje się przy tym na autorytet Nauczyciela. Jego odpowiedź nie spełnia chyba jej oczekiwań. Jezus docenia dwie drogi. To, co robi Marta, nie traci znaczenia, ale to Maria wybrała “najlepszą cząstkę” (Łk 10,42). Jest w Kościele miejsce na czyn i słowo, ale jest też miejsce na słuchanie i milczenie. Jedno potrzebuje drugiego.

    Czy Marta jest dobrą świętą na wakacje? Aktywna, nie przestająca działać – jak ci, dla których wakacje to czas wzmożonej pracy. Jak ci, którzy nie potrafią usiedzieć, gdy tyle do zrobienia. Gdy tyle nieszczęścia, katastrof, skrzywdzonych. W jej cieniu jest jednak i jej siostra, Maria – nawet jeśli nie została wspomniana w kalendarzu liturgicznym. Patronuje tym, dla których wakacje to czas podejmowania trudnych decyzji, wewnętrznego przepracowywania problemów narosłych przez lata. Wakacje jako czas pomiędzy – również czas skupienia i milczenia, pozornego bezruchu, który oby zaowocował czynem.

    Elżbieta Adamiak/wiara.pl

    ____________________________________________________________

    Patronka pracoholików

    Myśl: Przeklinamy kołowrotek obowiązków, a jednoczenie nie umiemy bez niego żyć

    Była siostrą Marii i Łazarza. Cała trójka rodzeństwa należała do grona przyjaciół Jezusa. Spotykamy ją dwa razy w Ewangelii. W rozdziale 10 św. Łukasza widzimy ją podczas odwiedzin Jezusa w ich domu. Maria siedzi u Jego stóp, jest skupiona i zasłuchana. Marta jest cała pochłonięta pracą, zabiegana „koło rozmaitych posług”. Chce stanąć na wysokości zadania i podjąć tak wspaniałego Gościa najlepiej, jak potrafi. Być może idą w ruch najlepsze kulinarne przepisy. Czyni to w dobrej wierze, ale wyczuwamy narastającą nerwowość. Kończy się to wszystko wybuchem: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła”.

    Skąd my to znamy? Wszystko na mojej biednej głowie. Jestem kompletnie sam(a) ze wszystkim. Dostaje się wtedy najbliższym, nawet gościom, także Panu Bogu. Czy Bogu jest obojętny mój los, praca, moje przeciążenie? Przecież ja już zwyczajnie nie wyrabiam się. Czy ktoś to wreszcie zauważy, czy ktoś się ruszy, żeby mi pomóc? Słowa Marty odsłaniają jej zagubienie. Są typowym wyznaniem pracoholiczki, która żyje w lęku, że nie zrealizuje swych planów. „Marto, Marto…”. W Biblii takie dwukrotne wezwanie po imieniu pojawia się, gdy Bóg wzywa do czegoś ważnego i wymagającego. „Troszczysz się i niepokoisz o wiele”. Bóg zna nasze troski, widzi nasze przemęczenie. „A potrzeba tylko jednego…”. Czego? Słuchania bardziej Boga niż siebie.

    Marta pojawia się raz jeszcze u św. Jana. Woła z pretensją i bólem do Jezusa: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Żal, bezradność, rozczarowanie mieszają się z jej wiarą. Także w tej scenie Marta jawi się jako kobieta energiczna i pragmatyczna. To ona woła do Jezusa: „Panie, już cuchnie. Leży bowiem od czterech dni w grobie”. Marta uchodzi za patronkę gospodyń domowych i hotelarzy, ale można by ją uznać za patronkę pracoholików, których dziś coraz więcej. Troszczymy się i niepokoimy o wiele. Popędzają nas dzwoniące telefony komórkowe. Nieraz nawet na wakacjach. Przeklinamy cały ten zamęt, a jednocześnie stajemy się od niego uzależnieni. Wołamy, że wszystko na naszej biednej głowie, ale zarazem sami chcemy mieć wszystko pod kontrolą. Kiedy znajdziemy chwilę spokoju na urlopie, nieraz nie wiemy, co z sobą zrobić. „Marto, Marto… pomóż nam odnajdywać to, co jest naprawdę ważne!”.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    _______________________________________________________________________

    Żywot świętej Marty, dziewicy

    (Żyła około roku Pańskiego 70)

    Sławna w Ewangelii Marta, siostra starsza Magdaleny i Łazarza, rodem była z Betanii blisko Jerozolimy. Dostatkiem świeckim i zacnością dobrze od Boga opatrzona, uwierzywszy w Jezusa, obrała sobie żywot święty i bogobojny w panieńskiej czystości. Jak wielce Pan Bóg ją sobie upodobał, świadczą słowa świętego Jana Ewangelisty: “A Jezus miłował Martę i siostrę jej Marię i Łazarza” (Jan 11,5). Sławi się najpierw wiara jej, gdy bowiem umarł brat jej Łazarz, a Pan od niej przyzwany przyszedł w jej dom, rzekła ona słowa: “Byś tu był, Panie, nie umarłby był brat mój”. A podnosząc się na większe stopnie wiary, przydała: “Lecz i teraz wiem, że o cokolwiek Boga prosić będziesz, da Tobie Bóg”. Gdy Pan Jezus rzekł: “Brat twój zmartwychwstanie”, ona, nie śmiejąc tego pragnąć, rzekła: “Wiem, iż wstanie na dzień ostatni zmartwychwstania”. A Pan Jezus dał jej naukę: “Jam jest zmartwychwstanie i żywot; kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie a wszelki, który żyje a wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz temu?” A ona uczyniła wielkie wyznanie, mówiąc: “I bardzom dawno temu uwierzyła, Panie mój, iżeś Ty jest Chrystus, Mesjasz, Syn Boży, któryś na ten świat przyszedł”. Ta wiara jej żywa była, bo ją między innymi i w hojnym miłosierdziu i jałmużnach ku ubogim pokazywała. Miłosierdzie tej świętej niewiasty tak wysoką nagrodę otrzymało, iż samemu Bogu i Panu aniołów jałmużnę dawała, i w domu swoim do stołu Mu służyła, i pieniędzmi Go w potrzebach opatrywała. Dlatego Ewangelia sławi jej jałmużnę, mówiąc: “Niewiasta niektóra imieniem Marta przyjęła Go do domu swego i z pracą a bieganiem i skrzętnością Jemu służyła”.

    Pewnego razu, gdy Pan do niej z uczniami przyszedł, Marta gościom swoim jeść gotowała, a siostra jej Magdalena u nóg Pana słuchała słów Jego; tedy Marta poczęła się na nią do Pana żalić, mówiąc: “Panie, siostra moja opuściła mię w posługach domowych. Rozkaż jej, aby mi pomogła”. A Pan Jezus dał jej ową pamiętną naukę: “Marto, Marto, troszczysz się około wiela, ale jednego potrzeba; Maria najlepszą cząstkę obrała, która od niej odjęta nie będzie”.

    święta Marta

    ***

    Oglądała potem Marta śmierć Pana Jezusa, Boga swego, i widziała z innymi uczniami Jego zmartwychwstanie. Przed Wniebowstąpieniem swoim wywiódł Pan Jezus uczniów swoich do Betanii, chcąc odwiedzić Martę, jałmużnicę swoją. Któż wypowie, z jakim weselem Go witała, z jaką czcią patrzyła na chwałę i majestat Tego, który już jej jałmużny nie potrzebował. Po Wniebowstąpieniu z innymi chrześcijanami skazana na śmierć przez żydów, za sprawą Bożą do Marsylii przypłynęła i tam świątobliwie żywota dokonała. Będąc już bliską zgonu, kazała się wynieść z komórki swej, aby swobodnie w niebo patrzyć mogła. Leżąc na ziemi popiołem posypanej, słuchała czytania Ewangelii św. Łukasza i przy słowach: “Ojcze, w ręce Twoje polecam ducha mego” – poszła do wiecznej gospody, na rozkosze od Gościa swego zgotowane, z czego Bogu nieogarnionej chwały cześć i sława na wieki.

    Nauka moralna

    W słowach Zbawiciela: “Marto, Marto, troszczysz się około wiela, ale jednego potrzeba!” zawarta jest jak najzbawienniejsza dla nas nauka. Marne są bowiem wszystkie nasze zachody i zabiegi o rzeczy doczesne, jeśli nie będziemy o tym pamiętać, że zbawienie duszy jest najważniejszą sprawą, obok której wszystkie starania, troski, prace i zajęcia nasze mają tylko wartość drugorzędną. Iluż to ludzi troszczy się, co będą jedli i pili, ileż ponoszą trudów i starań, aby dojść do majątku, jakże mocno się frasują i kłopocą o rzeczy ziemskie i doczesne, odwracając uwagę od tego, o co by się przede wszystkim starać i troszczyć powinni. Zbawienie duszy ma być pierwszym i najgłówniejszym naszym zadaniem i staraniem. Jak drobnostkowym i marnym wyda się zajmowanie takimi drobnostkami temu, kto ze stanowiska wieczności zapatruje się na sprawy tego świata! Zamiast się uganiać za marnościami, zamiast martwić się i troszczyć o byle co, nie traćmy nigdy z oczu ostatecznego przeznaczenia swego, stosujmy wszystkie myśli, czyny, postępki do tego celu i pamiętajmy, co mówi Pismo święte Starego Zakonu: “Bój się Boga i zachowaj przykazania Jego, wtedy bowiem dopiero będziesz całym człowiekiem”.

    Pomnijmy, jak błoga była śmierć Marty, jakie słowa pociechy usłyszała z ust Jezusa w nagrodę zato, że Go ugościła w swoim domu, że dla Niego wszystkiego się wyrzekła. Daj nam Boże wszystkim tak umierać; pełnijmy dzieła miłosierdzia z miłości ku Bogu, odwiedzajmy i pielęgnujmy chorych, nie szczędźmy ubogim jałmużny, módlmy się za grzeszników, nie zapominajmy w modlitwie o drogich nam zmarłych, nieśmy pociechę strapionym, wybaczajmy nieprzyjaciołom, pełnijmy obowiązki swego powołania ściśle i sumiennie, a wtedy będziemy mogli umierać ze spokojem i czystym sumieniem, ufni w sprawiedliwość i w miłosierdzie Boże.

    Modlitwa

    Wysłuchaj nas, Boże, Zbawicielu nasz, abyśmy weseląc się obchodem uroczystości św. Marty, dziewicy Twojej, z przykładów jej życia uczyli się czynić postęp w pobożności. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi, po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1937r.


    ŚW. MARTY

    Godzina Czytań

    K. + Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu.
    W. Panie, pośpiesz ku ratunkowi memu.
    Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu.
    Jak była na początku, teraz i zawsze,
    i na wieki wieków. Amen. Alleluja.

    1 Przez ciebie, Marto, wznosimy modlitwy,
    Ty zaś je wesprzyj swymi zasługami,
    Bo tobie Chrystus szczególnie okazał
    Przyjaźń serdeczną.

    2 O jakże często nawiedza cię Chrystus,
    W cichym twym domu szuka odpoczynku;
    Rozmowa z tobą i twoja usługa
    Radość Mu dają.

    3 Po stracie brata użalasz się pierwsza
    Razem z twą siostrą wielce zapłakaną,
    Lecz oto Łazarz na Mistrza wołanie
    Wraca do życia.

    4 Doświadczasz prawdy nauki Chrystusa,
    Jawnie wyznając wiarę w zmartwychwstanie,
    Więc nam dopomóż wytrwale podążać
    Aż do wieczności.

    5 Niech będzie Ojcu i Jego Synowi
    Z Duchem płomiennym moc i panowanie;
    Pragniemy Boga oglądać wraz z tobą
    W chwale bez końca. Amen.

    _________________________________________________

    II CZYTANIE

    Kazanie św. Augustyna, biskupa (Kazanie 103,1-2. 6)

    Szczęśliwi, którzy zasłużyli przyjąć Pana do swego domu

    Słowa naszego Pana Jezusa Chrystusa przypominają nam, iż jeden jest cel, do którego zmierzamy wśród rozmaitych spraw tego świata. Zmierzamy jako wędrowcy, a nie mieszkańcy, jako ci, którzy są w drodze, a nie u kresu, ci, którzy pragną, ale jeszcze nie posiadają. Podążajmy jednak pilnie i wytrwale, abyśmy doszli kiedyś do celu.

    Maria i Marta były siostrami. Łączyło je nie tylko pokrewieństwo, ale także pobożność. Obydwie były oddane Bogu, obydwie ochoczo usługiwały Panu w ciele. Marta przyjęła Go tak, jak zwykło się przyjmować podróżnych. W rzeczywistości jednak, służebnica przyjęła Pana, chora Lekarza, stworzenie Stworzyciela. Ta, która miała otrzymać pokarm duchowy, przyjęła, aby zaofiarować pokarm dla ciała. Pan bowiem zechciał przyjąć postać sługi i w tej postaci – nie z konieczności bynajmniej, ale ze swej łaskawości – przyjmował posiłek ofiarowany Mu przez sługi.
    Albowiem przyjmowanie posiłku także było łaską. Jako człowiek odczuwał głód i pragnienie.

    Pan przeto został przyjęty jako podróżny, który “przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim jednak, którzy Go przyjęli, dał moc, aby się stali dziećmi Bożymi”. Dopuścił niewolników do wspólnoty z sobą i uczynił ich braćmi; wykupił więźniów i uczynił współdziedzicami.

    Ale niech nikt z was nie powiada: “Jakże błogosławieni są ci, którzy mieli szczęście przyjąć Chrystusa do swego domu!” Nie smuć się i nie narzekaj, że żyjesz w czasie, kiedy już nie można zobaczyć Pana w ciele. Nie pozbawił cię przecież tego zaszczytu: “Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych – powiada – Mnieście uczynili”. Zresztą, Marto, błogosławiona swym chwalebnym posługiwaniem, pozwól, że ci powiem: prosisz o spoczynek, jako nagrodę za twój trud. Teraz zajęta jesteś wieloma posługami – pragniesz pokrzepić śmiertelne, chociaż święte ciała. Lecz skoro przybędziesz już do ojczyzny, czy spotkasz tam wędrowca, by go przyjąć? Spotkasz głodnego, by nakarmić? Spragnionego, aby napoić? Chorego, aby odwiedzić? Skłóconego, aby pojednać? Umarłego, aby pogrzebać?

    W ojczyźnie tego wszystkiego już nie będzie. A co będzie? To, co wybrała Maria: tam będziemy nasyceni, a nie będziemy się posilać. To, co Maria wybrała tutaj, tam będzie doskonałe i pełne. Tutaj z zastawionego stołu zbierała okruszyny Bożego słowa. Chcesz wiedzieć, jak będzie w niebie? Oto sam Pan mówi o swoich sługach: “Zaprawdę powiadam wam: przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał”.

    RESPONSORIUM

    W. Gdy Jezus wskrzesił Łazarza, + urządzono ucztę w Betanii, * A Marta usługiwała.
    K. Maria zaś wzięła drogocenny olejek i namaściła stopy Jezusa. W. A Marta usługiwała.

    Módlmy się. Wszechmogący, wieczny Boże, Twój Syn przyjął gościnę w domu świętej Marty, + spraw za jej wstawiennictwem, abyśmy z wiarą usługując Chrystusowi w naszych braciach, * zasłużyli na przyjęcie do Twojego domu. Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, + który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, * Bóg, przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    brewiarz.pl

    _________________________________________________________________________

    Betania – dom przyjaciół Jezusa

    Ziemia Święta jest określana mianem “piątej ewangelii”. Oznacza to, że miejsca biblijne opowiadają o zbawczym zaangażowaniu się Boga w historię człowieka. Pielgrzymowanie po Ziemi Świętej pozwala dostrzec, że oprócz historii zbawienia istnieje również topografia (geografia) zbawiania człowieka przez Boga.
    Czytając Ewangelie, dostrzegamy, że Jezus nieustannie był w drodze. Celem wędrówki Mistrza z Nazaretu była Jerozolima, miasto spotkania Boga z Jego ludem. Miasto, w którym Jezus spotykał swego Ojca. W czasach Jezusa Jerozolima liczyła ok. 30 tys. mieszkańców. Kiedy zbliżało się któreś z trzech świąt pielgrzymkowych: Pascha, Pięćdziesiątnica lub Święto Namiotów, ich liczba wzrastała do około 100 tys. Podczas dnia na terenie Świątyni Jerozolimskiej odbywały się uroczystości religijne, w których brali udział pielgrzymi, ale gdy nadchodził wieczór, znaczna ich część musiała udać się na nocleg do podjerozolimskich wiosek.
    Również Pan Jezus spędzał dni w Świętym Mieście, głosząc Ewangelię, zaś na noc opuszczał Jerozolimę i udawał się do pobliskiej Betanii. Jest to niewielka wioska położona na zboczu Góry Oliwnej, przy drodze prowadzącej do Jerycha. Od Jerozolimy dzieli ją tylko 2700 m. Właśnie w Betanii mieszkało zaprzyjaźnione z Jezusem rodzeństwo Maria, Marta i Łazarz; “A Jezus miłował Martę i jej siostrę, i Łazarza”. Ewangeliści przekazali nam relacje o kilku wydarzeniach, które miały miejsce w Betanii, a współcześnie znalazły odzwierciedlenie w wystroju franciszkańskiego kościoła wzniesionego tam w 1954 r. Na lewo od wejścia znajduje się mozaika, która ukazuje nauczającego Jezusa, zasłuchaną Marię (i psa) oraz krzątającą się Martę (por. Łk 10, 38-42). Marta wydaje się samym spojrzeniem czynić wyrzut: “Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu?”. Poniżej widnieje odpowiedź Jezusa: “Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona”.
    Nad wejściem do kościoła znajdujemy inną scenę ukazującą Jezusa z uczniami zasiadającego u stołu w domu Szymona Trędowatego. Do Jezusa podchodzi Maria i namaszcza Jego stopy funtem olejku nardowego. Jeden z uczniów, Judasz, wstaje i pyta: “Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów (trzysta dniówek najemnego robotnika) i nie rozdano ich ubogim?”. Jezus odpowiedział: “Zostaw ją! Przechowała to, aby mnie namaścić na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, Mnie zaś nie zawsze macie” (J 12,1-11). W ten sposób Maria z Betanii wykonała wobec Jezusa element żydowskiego obrzędu pogrzebowego (Mk 16, 1), zapowiadając w ten sposób Jego zbliżającą się śmierć. Mozaiki na prawo od wejścia i za głównym ołtarzem nawiązują do wskrzeszenia Łazarza. W apsydzie kościoła widać Jezusa w otoczeniu Apostołów oraz Martę, która wyszła naprzeciw Jezusowi. Toczy się tu, sprowokowany utratą brata i przyjaciela, dialog: “«Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?». Odpowiedziała Mu: «Tak, Panie! Ja mocno wierzę, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat»”. Wypowiadając te słowa, Marta stała się jedną z nielicznych wspomnianych w Ewangeliach osób (Jan Chrzciciel i Szymon Piotr) wyznających wiarę w mesjaństwo Jezusa.
    Z prawej strony inna mozaika pokazuje Jezusa i osoby zgromadzone wokół grobu. Jezus woła: “Łazarzu, wyjdź na zewnątrz!”. Z grobu wychodzi “zmarły, mając nogi i ręce przewiązane opaskami, a twarz jego była owinięta chustą”. Działo się to zaledwie kilka dni przed śmiercią i zmartwychwstaniem Jezusa.
    Dzisiejsza Betania nosi nazwę el Azarijeh, czyli “Łazarzowo” i jest zamieszkana przez Palestyńczyków, wśród których są chrześcijanie i muzułmanie. Współczesny kościół franciszkański, formą nawiązujący do rzymskiego grobowca, został wybudowany na pozostałościach starszych budowli. Na dziedzińcu i w kościele można zobaczyć pozostałości mozaik kościołów z IV i V w. Egeria, która ok. 384 r. odbyła pielgrzymkę do miejsc świętych, napisała w swoim dzienniku, że w sobotę przed Niedzielą Palmową w Lazarium, czyli w Betanii, odbywały się uroczystości liturgiczne, którym przewodził biskup Jerozolimy. Najpierw wierni zbierali się w kościele, który znajdował się w miejscu, do którego Maria, siostra Łazarza, wyszła naprzeciw Panu: “Skoro przybędzie tam biskup, mnisi i cały lud spieszą mu naprzeciw, odmawiając hymn i antyfonę oraz odczytując z Ewangelii ów ustęp o tym, jak siostra Łazarza wyszła na spotkanie Pana. Odbywa się tu modlitwa, a po otrzymaniu błogosławieństwa wszyscy z hymnami idą do Lazarium. Gdy przybędą do Lazarium, to nie tylko owo miejsce, lecz i wszystkie pola wokół są pełne ludzi – tak wielkie zbiera się ich mnóstwo. Odmawiają hymny i antyfony stosowne do tych dni i miejsc, podobnie wszystkie czytania odnoszą się do tego dnia. Zanim nastąpi rozesłanie, ogłaszana jest Pascha – to jest kapłan wstępuje na podwyższenie i czyta ów ustęp zapisany w Ewangelii: “Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii (…)”. Po przeczytaniu tego ustępu i obwieszczeniu Paschy następuje rozesłanie.
    W średniowieczu krzyżowcy wybudowali bezpośrednio nad grobem Łazarza nowy kościół i klasztor, w którym mieszkały Siostry Benedyktynki. Do dziś średniowieczny refektarz służy pielgrzymom jako kaplica, w której sprawują Eucharystię. Pod koniec XIV w. kościół był już opuszczony, a w XVI w. na jego ruinach wzniesiono meczet. Przez pewien czas grób Łazarza był dla chrześcijan niedostępny. W 1613 r. franciszkanie kupili od muzułmanów prawo do wykucia w skale bocznego wejścia do krypty. Schodzi się do niej z ulicy po dwudziestu czterech wąskich i nierównych, kamiennych stopniach. Do właściwej komory grobowej trzeba się przecisnąć przez wąski otwór w skale. Wchodząc i wychodząc, należy się mocno pochylić, gdyż korytarz jest niski.
    W 1965 r. po przeciwnej stronie meczetu zbudowano kościół grecko-prawosławny. Chrześcijanie i muzułmanie zatrzymują się zdumieni tajemnicą wskrzeszenia Łazarza, człowieka, który musiał umrzeć dwukrotnie. Według tradycji Kościoła Wschodniego, został on biskupem na Cyprze. W Larnace znajduje się prawosławny kościół pod wezwaniem św. Łazarza, w którym jego doczesne szczątki czekają na zmartwychwstanie.
    Bizantyjscy chrześcijanie właśnie w Betanii ogłaszali rozpoczęcie uroczystości paschalnych. Tam Jezus miał wiernych, kochających Go przyjaciół. Przez nich Bóg przygotowywał Go do przejścia przez śmierć do zmartwychwstania.

    Czesław Wróbel/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________

    Modlitwa i praca

    Modlitwa i praca
    Johannes Vermeer van Delft, „Jezus w domu Marii i Marty”, olej na płótnie, 1654–1655 National Gallery of Scotland, Edynburg.

    ***

    Jesteśmy w domu Marty i Marii, dwóch sióstr Łazarza, przyjaciela Jezusa. W Ewangelii według św. Łukasza czytamy, że pewnego razu Jezus przyszedł tam w odwiedziny. Marta krzątała się, chcąc Mu usłużyć, jej siostra zaś usiadła u Jego stóp i słuchała, co mówił.

    Vermeer namalował chwilę, w której Marta zwróciła się do Jezusa z pretensją pod adresem swej siostry. Poprosiła Go, by nakazał Marii, żeby jej pomogła. „(…) Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę (…)” (Łk 10, 41–42) – usłyszała w odpowiedzi. Postawę życiową Marty charakteryzuje niesiony przez nią koszyk z chlebem – symbol zabiegania o sprawy materialne, ziemskie.

    Kluczowy dla zrozumienia wymowy dzieła jest gest prawej ręki Zbawiciela. Jezus wskazuje palcem Marię, dając ją za przykład siostrze. Vermeer wyraźnie obawiał się, by jego obraz nie został zinterpretowany jako nagana życiowej aktywności. Dlatego namalowany przez niego Jezus zachowuje równowagę w traktowaniu obu sióstr. Wprawdzie palcem wskazuje Marię, ale w stronę Marty patrzy życzliwie i łagodnie.

    Artysta wydaje się sugerować, że scena w domu obu sióstr nie jest zderzeniem dwóch przeciwstawnych postaw życiowych: aktywności i kontemplacji. Życzliwe nastawienie Jezusa do obu sióstr ma zapewne pokazać, że akceptuje On i jedno, i drugie. Gest ręki ma jednak wskazać ludziom właściwą kolejność postępowania. Słuchanie Bożego słowa i zastanowienie się nad nim ma poprzedzać każdą postawę, jaką może wybrać człowiek. Najpierw modlitwa, a potem praca – mówi swym obrazem Vermeer.

    Leszek Śliwa/wiara.pl

    _________________________________________________________________________________

    św. Marta

    Imię Marta najczęściej jest tłumaczone jako „pani domu, gospodyni”, jednak jego źródłosłów znajduje się w czasowniku hebrajskim, który oznacza „być gorzkim”, „być strapionym”. Teksty źródłowe wyjaśniają też, że hebrajska idea gorzkości ma związek z jednej strony z żalem i smutkiem, ale z drugiej strony z siłą. Imię zaliczane jest do imion biblijnych, ale nie było w Palestynie zbyt popularne. W księgach Nowego i Starego Testamentu nosi je tylko jedna osoba. I rzeczywiście miała mocny charakterek…

    Lepsza czy gorsza?

    Mario siostro Łazarza
    gdy Pan wszedł do domu
    zapomniałaś o piecu
    nie nakryłaś stołu
    bo miłość zaczyna się od niejedzenia
    nieważnym stał się czajnik inaczej naciągacz
    kasza jak chuda wrona sądzona za rozpacz
    czosnek jak zęby wiedźmy
    z zasady nierówne
    powiedz siostrze swej Marcie

    gdy Pana zobaczę –

    czemu latasz po kuchni i po rondle skaczesz

    – nic nie zjem. Padnę na pysk
    jak grzech się rozpłaczę

    (ks. Jan Twardowski „Niejedzenie”)

    Imię Marta (aram. מרתא, gr. Μάρθα) wywodzi się z języka semickiego, aramejskiego lub hebrajskiego (dwa ostatnie są językami Biblii). Choć najczęściej jest tłumaczone jako „pani domu, gospodyni”, to źródłosłów imienia znajduje się w czasowniku מרר (marar), który oznacza „być gorzkim”, „być strapionym” (zob. Hi 27,2 czy Rt 1,20). Od niego pochodzi częsty biblijny przymiotnik מר mar (gorzki) czy מרה mara (gorzka). Teksty źródłowe wyjaśniają też, że hebrajska idea gorzkości ma związek z jednej strony z żalem, strapieniem, smutkiem, ale z drugiej strony z siłą. Posiłek z nutą goryczy jest posiłkiem o „silnym”, wyrazistym  smaku. Analogiczny rdzeń w j. ugaryckim, arabskim i aramejskim oznacza „wzmacniać”, jak też „błogosławić” czy „nakazywać”. Zaliczane jest do imion biblijnych, ale nie było w Palestynie zbyt popularne. W księgach Nowego i Starego Testamentu nosi je tylko jedna osoba. I rzeczywiści miała mocny charakterek… 🙂

    Św. Marta znana jest z ewangelicznych opowieści o wizytach Pana Jezusa w Betanii. W tej właśnie, położonej na wschodnim zboczu Góry Oliwnej miejscowości, mieszkała wraz z rodzeństwem: siostrą Marią i bratem Łazarzem. Św. Jan wspomina, że Jezus bardzo ich kochał i często odwiedzał. Był z każdym z nich zaprzyjaźniony. Ewangelie przekazują opis całkowicie różnych relacji, które łączyły Go z Marią, Martą i Łazarzem – jako Dobry Nauczyciel traktował każde z nich indywidualnie. Widać też wyraźnie różnice charakteru obu sióstr, które absolutnie nie były do siebie podobne, ani  z wyglądu, ani z zachowania. Przedstawiałam już postać  św. Marii – teraz skupimy się na Marcie.

    We wszystkich opisach pojawia się jako osoba poważna, odpowiedzialna pani domu, gościnna gospodyni. Z pewnością jest zapracowana – być może z własnej woli. Przez pewien czas wydaje się jej, że praca jest najważniejsza i bardzo się w nią angażuje. Psychologowie podkreślają, że takie nadmierne zaangażowanie w pracę może być też formą ucieczki od otaczającej rzeczywistości.

    Św. Łukasz opisuje, jak podczas jednej z wizyt Jezusa Marta stara się jak najlepiej przyjąć niezwykłego Gościa i koncentruje się na przygotowaniu zapewne wyśmienitego posiłku. Drażni ją jednak, że siostra uznała za ważniejsze słuchanie tego, co On mówi. Martę z pewnością łączą z Jezusem bliskie relacje – nie traktuje Go z dystansem i przyznaje sobie prawo do asertywności. Wie, że może czegoś od Niego wymagać. Ma więc odwagę, aby zgłosić pretensje i zastrzeżenia do Jego zachowania – uważa, iż powinien upomnieć siedzącą u Jego stóp Marię i kazać jej pomóc w kuchni. Jednak Jezus stanowczo daje do zrozumienia, że przede wszystkim trzeba Go słuchać, niejako skupić się na Nim, aby w ten sposób zbliżyć się do Boga. Zamiast poprzeć Martę, upomina ją, że „troszczy się i niepokoi o tak wiele, gdy tak mało potrzeba, albo jednego”. Podkreśla, że zasłuchana Maria „lepszą cząstkę obrała…”.

    Po śmierci Łazarza Marta wybiega na spotkanie Mistrza i też czyni Mu wyrzuty: „Gdybyś tu był, mój brat by nie umarł…”. Obie rozmowy są lekcją wiary: dla Marty i dla nas. Widać, że Marta wyciągnęła wnioski z poprzedniej sytuacji, gdyż za chwilę padają słowa: „Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś poprosił”. Marta już ufa Jezusowi bezgranicznie: „Tak Panie, ja wciąż wierzę, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży”. Ewangelista Mateusz zanotował, że te słowa tak mocno wzruszyły Jezusa, iż zapłakał i zaraz potem wskrzesił jej brata. Zaś Marta domyśliła się, że Pan chciałby, aby Maria też była tu obecna i pobiegła po nią, mimo, że Jezus jej o to nie prosił.

    Ostatni raz spotykają się wszyscy w Betanii – tuż przed świętem Paschy – to właśnie z ich domu Jezus wyruszył do Jerozolimy. Podczas tej wizyty Marta jak zwykle (lecz już bez pretensji) krzątała się wokół Gościa, zaś Maria przyniosła funt drogocennego olejku i  namaściła Mu stopy.

    Bibliści odczytują w wizerunkach obu sióstr obraz Kościoła, w którym ważne jest zarazem słowo i czyn, ale również słuchanie i milczenie. Obie postawy muszą się łączyć i uzupełniać. Jeden z cenionych franciszkańskich teologów podzielił się w homilii  spostrzeżeniem, że imiona obu sióstr: MARIA i MARTA różnią się tylko jedną literą: I zamienia się w T – dobrze znany franciszkanom znak Tau.

    A jak potoczyły się losy rodzeństwa po Zmartwychwstaniu i Wniebowstąpieniu Jezusa?  Według legendy Żydzi wsadzili ich na statek bez steru i puścili na Morze Śródziemne. Dzięki Opatrzności Bożej wszyscy ocaleli i dotarli aż do Francji. Łazarz został pierwszym biskupem Marsylii. Marta założyła klasztor, zaś Maria wiodła żywot pustelniczy. Francuska legenda przypisuje Marcie ocalenie miasta Tarascona (Prowansja) od straszliwego smoka Taraska. Niektórzy badacze uważają, że rodzeństwo nie opuściło Betanii i tam zmarli, zaś ich relikwie zostały wywiezione do Europy, aby uchronić je od zniszczenia przez Turków i Arabów, którzy zajęli Ziemię Świętą. W istocie relikwie Łazarza odnaleziono na Cyprze, zaś relikwie św. Marty znajdowały się we wspomnianym mieście Tarasona. Jednak zaginęły i nie wiadomo, co się z nimi stało.

    W ikonografii św. Marta przedstawiana jest jako gospodyni domowa – skromnie ubrana, z pękiem kluczy, drewnianą łyżką ,sztućcami, garnkami lub naczyniami kuchennymi. Ale istnieją też jej wizerunki we wspaniałej szacie, z koroną na głowie, z księgą i z różańcem. Niektóre przedstawiają Martę ze smokiem – prowadzi go na pasku i kropi święconą wodą.  Jest uznawana za patronkę spraw trudnych, opiekunkę gospodyń, pań domu i hotelarzy. Może być też wzorem (a może i ostrzeżeniem?) dla wszystkich osób aktywnych (nadaktywnych), zapracowanych, często zbyt zaangażowanych w pracę kosztem modlitwy, kontemplacji, życia duchowego. Warto zapamiętać radę, której udzielił jej Jezus, że Maria lepszą cząstkę obrała. Czemu latasz po kuchni i po rondle skaczesz? Miłość zaczyna się od niejedzenia…

    Mariola Wiertek/Franciszkanie.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    28 lipca

    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Wiktor I, papież
      •  Błogosławiony Jan Soreth, prezbiter
      •  Święta Alfonsa Muttathupadathu od Niepokalanego Poczęcia, zakonnica
    ***
    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf

    Józef Makhluf urodził się 8 maja 1828 r. w Beka Kafra, małej wiosce położonej wysoko w górach Libanu. Był synem ubogiego wieśniaka. Nauki pobierał w szkółce, która funkcjonowała dosłownie pod drzewami. W 1851 r. wstąpił do maronickich antonianów (baladytów). Przebywał najpierw w Maifuq, potem w Annaya, w klasztorze pod wezwaniem św. Marona (Mar Maroun). Składając śluby zakonne, przybrał imię Szarbela (Sarbela, Sarbeliusza), męczennika z Edessy. W 1859 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Powrócił wówczas do klasztoru św. Marona i przebywał tam przez następne szesnaście lat.
    W 1875 r. za przyzwoleniem przełożonych udał się do górskiej samotni. Spędził w niej 23 lata, które wypełnił pracą, umartwieniami i kontemplacją Najświętszego Sakramentu. Zmarł 24 grudnia 1898 r. Bez zwłoki otoczyła go cześć świadczona świętym Pańskim oraz sława cudów. Do grobu Abuna Szarbela ciągnęli nie tylko chrześcijanie, ale i muzułmanie. Wielu fascynowało także to, że ciało świętego mnicha nie ulegało jakiemukolwiek zepsuciu.

    Święty Szarbel (Sarbeliusz) Makhluf

    Szarbela beatyfikował w ostatnich dniach Soboru Watykańskiego II, 5 grudnia 1965 r., papież Paweł VI. Mówił wtedy: “Eremita z gór Libanu zaliczony zostaje do grona błogosławionych. To pierwszy wyznawca pochodzący ze Wschodu, którego umieszczamy wśród błogosławionych według reguł obowiązujących aktualnie w Kościele katolickim. Symbol jedności Wschodu i Zachodu! Znak zjednoczenia, jakie istnieje między chrześcijanami całego świata! Jego przykład i wstawiennictwo są dzisiaj bardziej konieczne, niż były kiedykolwiek. (…) Właśnie ten błogosławiony zakonnik z Annaya powinien służyć nam za wzór, ukazując nam absolutną konieczność modlitwy, praktykowania cnót ukrytych i umartwiania siebie. Kościół bowiem wykorzystuje również dla celów apostolskich ośrodki życia kontemplacyjnego, gdzie wznoszą się do Boga, z zapałem, który nigdy nie stygnie, uwielbienie i modlitwa”. Ten sam papież kanonizował Szarbela 9 października 1977 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Święty Charbel Makhlouf

    Pan Bóg wybiera niektórych ludzi, aby w nadzwyczajny sposób przypominali światu o Jego istnieniu, Jego wszechmocnej miłości oraz nieskończonym miłosierdziu. Święty Charbel Makhlouf jest jednym z najbardziej znanych świętych na Bliskim Wschodzie. Budzi zachwyt i powszechne zdziwienie z powodu nadzwyczajnych cudów i znaków, które się dokonały za pośrednictwem jego osoby.

    Święty Charbel Makhlouf urodził się 8.05.1828 r. jako piąte dziecko ubogich rolników Antuna i Brygidy Makhloufów, zamieszkałych w małej, górskiej miejscowości Beąaakafra, 140 km na północ od Bejrutu. Na chrzcie otrzymał imię Józef. Rodzice jego byli katolikami obrządku maronickiego. Dzieci Makhloufów wzrastały w radosnej atmosferze wzajemnej miłości, która wynikała z codziennej modlitwy oraz ciężkiej pracy na roli. W tych czasach Liban był pod panowaniem otomańskim.

    Kiedy Józef miał 3 lata, umarł mu ojciec. Aby zapewnić dzieciom utrzymanie i wykształcenie, matka decyduje się powtórnie wyjść za mąż – za uczciwego i pobożnego Ibrahima, który był stałym diakonem. W wieku 14 lat Józef po raz pierwszy odczuł powołanie do życia zakonnego. Dopiero jednak w 1851 r. decyduje się na wstąpienie do klasztoru w Maifug. Odbywa tam postulat i pierwszy rok nowicjatu. Na początku drugiego roku nowicjatu przenosi się do klasztoru w miejscowości Annaya, gdzie 1 listopada 1853 r. składa pierwsze śluby zakonne. Przybiera imię zakonne Charbel – jest to imię antiocheńskiego męczennika z 107 roku. Kończy studia teologiczne i 23 lipca 1859 r. otrzymuje święcenia kapłańskie.

    Jako młody ksiądz w 1860 r. jest świadkiem strasznej masakry przeszło 20 000 chrześcijan, dokonanej przez muzułmanów i druzów. Bojówki muzułmańskie bez żadnej litości mordowały całe rodziny chrześcijan, plądrowały, grabiły i paliły kościoły, konwenty, gospodarstwa i domy. Setki uciekinierów – głodnych, poranionych, przerażonych tym, co się stało i co mogło ich jeszcze spotkać – szukało schronienia w klasztorze w Annai. Ojciec Charbel całym sercem pomagał uciekinierom oraz modlił się, pościł i stosował surowe praktyki pokutne, ofiarując siebie Bogu w duchu ekspiacji za popełnione zbrodnie i błagając o Boże miłosierdzie dla prześladowców i prześladowanych.

    Kiedy człowiek całkowicie oddany Chrystusowi się modli, uobecnia w świecie wszechmocną miłość Boga. Wtedy sam Chrystus działa przez niego, zwyciężając zło dobrem, kłamstwo prawdą, nienawiść miłością. Jest to jedyny w pełni skuteczny sposób walki ze złem obecnym w świecie. W taki właśnie sposób przeciwstawiał się złu o. Charbel. Wiedział on, że najskuteczniejszym sposobem zmiany świata na lepsze jest najpierw zmiana samego siebie, czyli własne uświęcenie poprzez zjednoczenie się z Bogiem. To był główny cel jego zakonnego życia. Tylko ludzie, którzy szczerze dążą do świętości, czynią świat lepszym.

    15 lutego 1875 r., po 17 latach pobytu we wspólnocie zakonnej w Annai, o. Charbel otrzymuje pozwolenie na przeniesienie się do eremu św. św. Piotra i Pawła, aby tam – w całkowitym milczeniu, przez modlitwę, pracę i jeszcze surowsze umartwienia – całkowicie zjednoczyć się z Chrystusem. Erem ten był pustelnią położoną na wysokości 1350 m n.p.m. i mieszkało w nim trzech zakonników.

    Cela o. Charbela miała tylko 6 metrów kwadratowych; pod habitem libański eremita nosił zawsze włosiennicę, spał tylko kilka godzin na dobę, jadł bardzo skromne potrawy bez mięsa, i to tylko jeden raz na dzień. Centrum jego życia była Eucharystia. Codziennie odprawiał Mszę św. w kaplicy eremu; długo się do niej przygotowywał, a po jej skończeniu przez 2 godziny trwał w dziękczynieniu. Najbardziej ulubioną jego modlitwą była adoracja Najświętszego Sakramentu; medytował także teksty Pisma św., nieustannie modlił się i pracował. W ten sposób o. Charbel całkowicie oddawał się do dyspozycji Boga, aby Stwórca oczyszczał jego serce, by uwalniał go od wszelkich złych skłonności i egoizmu – czyli czynił go świętym, to znaczy takim, jakim Jezus pragnął, aby się stał. Jego zakonni współbracia już za życia uważali go za świętego, gdyż widzieli, że w heroiczny sposób naśladował Chrystusa. Tylko niektórych ludzi Chrystus powołuje na taką drogę życia, jaką przeszedł św. Charbel, ale wszystkich powołuje do świętości. Po to żyjemy na ziemi, aby dojrzewać do miłości, do nieba – czyli uczyć się kochać tak, jak kocha nas Chrystus, i wcielać w swoim codziennym życiu Jego największe przykazanie: “abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie” (J 13, 34).

    Ojciec Charbel był tak ściśle zjednoczony z Chrystusem, że w spotkaniu z każdym człowiekiem promieniował radością czystej miłości, a Jezus przez jego pośrednictwo mógł dokonywać różnych znaków i cudów. Spośród wielu cudów libańskiego zakonnika warto przypomnieć zdarzenie, kiedy to w 1885 r. na polach rolników mieszkających w wioskach w pobliżu klasztoru w Annai osiadła potężna chmura szarańczy, która niszczyła uprawy rolne. Dla miejscowych ludzi była to straszna plaga, prowadząca do wielkiego głodu. Przełożony polecił o. Charbelowi, aby natychmiast udał się na pola zajęte przez szarańczę i by się tam modlił, błogosławił i kropił wodą święconą. Ze wszystkich pól, które udało się zakonnikowi pobłogosławić, szarańcza zniknęła, a zbiory zostały uratowane.

    W 1873 r. o. Charbel z polecenia swojego przełożonego został zawieziony do pałacu księcia Rachida Beika Al-Khoury, aby się pomodlić nad jego synem Nagibem, który umierał zarażony tyfusem. Lekarze nie dawali mu żadnych szans na przeżycie. Ojciec Charbel udzielił choremu sakramentu chorych, a następnie pokropił go święconą wodą -wtedy w jednym momencie, ku wielkiej radości wszystkich obecnych, Nagib całkowicie odzyskał zdrowie. Po skończeniu studiów medycznych rozpoczął praktykę lekarską i stał się jednym z najsławniejszych lekarzy w Libanie. W małym miasteczku Ehmej żył człowiek psychicznie chory, bardzo niebezpieczny dla siebie i innych. Kilku mężczyzn z wielkim trudem przywiozło go do klasztoru w Annai, lecz nie było w stanie wprowadzić go do kościoła, ponieważ opierał im się z nadludzką siłą. Wtedy zbliżył się •do niego o. Charbel i rozkazał mu pójść za sobą oraz klęknąć przed tabernakulum. Człowiek ów uspokoił się i pokornie wykonał polecenie mnicha. Po modlitwie, zgodnie ze wschodnim zwyczajem, o. Charbel odczytał nad głową chorego fragment Ewangelii. Wtedy stał się cud: psychicznie chory mężczyzna odzyskał zdrowie. Później ożenił się, a kiedy miał już liczną rodzinę, przeniósł się do USA. (Jest jeszcze wiele innych relacji o cudownych zdarzeniach w życiu św. Charbela, ale najwięcej dokonało się już po jego śmierci).

    Ojciec Charbel zmarł w Wigilię Bożego Narodzenia 1898 r., podczas nocnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Współbracia zakonni znaleźli go rano leżącego na posadzce kaplicy; widzieli, jak z tabernakulum promieniowało przedziwne światło, które otaczało ciało zmarłego. Był to dla nich oczywisty znak z nieba. Na dworze padał wówczas obfity śnieg i wiał mroźny wiatr. Wszystkie drogi do eremu zostały całkowicie zasypane, zatem nikt z klasztoru nie mógł zawiadomić mieszkańców okolicznych wiosek o śmierci świętego pustelnika. Stała się jednak rzecz niezwykła: otóż wszyscy okoliczni mieszkańcy otrzymali tego dnia wewnętrzne przekonanie o narodzeniu się o. Charbela dla nieba. Młodzi mężczyźni wyruszyli z łopatami, aby odgarnąć śnieg, by można było dotrzeć do eremu i przenieść ciało do klasztoru w Annai. “Straciliśmy błyszczącą gwiazdę, która swoją świętością ochraniała Zakon, Kościół i cały Liban” – napisał o. przeor. “Módlmy się, aby Bóg uczynił go naszym patronem, który będzie nas strzegł i prowadził przez ciemności ziemskiego życia”.

    25 grudnia, w dzień Bożego Narodzenia, o. Charbel został pochowany we wspólnym zakonnym grobie. W pierwszą noc po pogrzebie zauważono nad miejscem pochówku zakonnika oślepiające, tajemnicze światło, widoczne w całej dolinie, które świeciło nieustannie przez 45 nocy od dnia pogrzebu. Fakt ten wywołał wielkie poruszenie w całej okolicy. Tysiące chrześcijan i muzułmanów przybywało do grobu, aby zobaczyć to osobliwe zjawisko. Niektórym z przybyłych udało się otworzyć grób i zabrać ze sobą jako relikwię kawałek ubrania czy kilka włosów z brody eremity. Patriarcha maronitów, poinformowany o tym, co się działo przy grobie pustelnika, ze względów bezpieczeństwa nakazał przeniesienie ciała do klasztoru. Grób o. Charbela został otwarty w obecności lekarza i innych urzędowych świadków. Była w nim woda z mułem, ale zwłoki świętego pustelnika pozostały nienaruszone. Po wyjęciu z grobu ciało poddano badaniom; stwierdzono, że nie miało ono najmniejszych śladów pośmiertnego rozkładu i wydzielało wspaniały zapach oraz płyn nieznanego pochodzenia (pewien rodzaj surowicy z krwią). Do dnia dzisiejszego płyn ten wypływa z ciała Świętego i jest znakiem Chrystusowej mocy uzdrawiania. Ciało o. Charbela zostało obmyte, ubrane w nowe szaty i włożone do otwartej trumny, która została złożona w klasztornym schowku, niedostępnym dla wiernych. Co dwa tygodnie zakonnicy musieli zmieniać szaty na ciele o. Charbela z powodu nieustannie wydzielającego się płynu.

    Dopiero 24 lipca 1927 r. ciało eremity zostało włożone do metalowej trumny i przeniesione do marmurowego grobowca w kościele klasztornym. Ponieważ w 1950 r. z tego grobowca zaczął obficie wyciekać tajemniczy płyn, patriarcha Kościoła maronickiego wydał polecenie otwarcia grobu i ekshumacji zwłok. Dokonano tego w obecności komisji lekarskiej, przedstawicieli Kościoła oraz władz cywilnych. Oczom zebranych ukazał się niesamowity widok: ciało świętego pustelnika wyglądało tak, jak w chwili śmierci – było zachowane w idealnym stanie. Tajemniczy płyn nieustannie wydzielający się z ciała całkowicie skorodował metalową trumnę i przedziurawił marmur grobowca. Po obmyciu i ubraniu w nowe szaty zwłoki św. Charbela zostały przez kilka dni wystawione na widok publiczny, a później w nowej trumnie złożone do grobowca i zacementowane. Tego roku zanotowano w Annai rekordową liczbę cudownych uzdrowień i nawróceń. Klasztor w Annai stał się celem pielgrzymek nie tylko dla chrześcijan, ale także dla muzułmanów oraz przedstawicieli innych wyznań.

    7 sierpnia 1952 r. nastąpiła ponowna ekshumacja zwłok o. Charbela w obecności patriarchy syryjskokatolickiego, biskupów, pięciu profesorów medycyny, ministra zdrowia i innych obserwatorów. Ciało świętego eremity było nienaruszone, ale zanurzone w tajemniczym płynie, który się nieustannie z niego wydobywał. Ponownie wystawiono je na widok publiczny od 7 do 25 sierpnia tego roku. Różnymi sposobami próbowano powstrzymać wydzielanie się płynu ze zwłok, między, innymi usunięto z nich żołądek i jelita, ale wszystkie te zabiegi okazały się nieskuteczne. Ludzkie działania nie były w stanie powstrzymać Bożej mocy działającej w ciele świętego eremity.

    Znany libański prof. medycyny Georgio Sciukrallah w ciągu 17 lat 34 razy szczegółowo badał ciało św. Charbela. Naukowiec tak podsumował swoje kilkunastoletnie analizy: “Ile razy badałem ciało Świętego, zawsze ze zdumieniem stwierdzałem, że było ono nienaruszone, giętkie, jakby było zaraz po śmierci. To, co szczególnie mnie zastanawiało, to płyn nieustannie wydzielający się z ciała. Podczas moich wielu wyjazdów konsultowałem się z profesorami medycyny w Bejrucie i w różnych miastach Europy, ale nikt z nich nie potrafił mi tego wyjaśnić. Jest to rzeczywiście zjawisko jedyne w całej historii. Gdyby ciało wydzielało tylko 3 gramy płynu dziennie – a w rzeczywistości wydzielało kilka razy więcej – to wtedy w ciągu 66 lat łączna jego waga wynosiłaby 72 kilo, czyli o wiele więcej aniżeli waga całego ciała. Z naukowego punktu widzenia jest to zjawisko niewytłumaczalne, gdyż w ciele człowieka znajduje się około 5 litrów krwi i innych płynów. Opierając się na dotychczasowych badaniach, doszedłem do przekonania, że ciało św. Charbela zachowuje się w stanie nienaruszonym, wydzielając tajemniczy płyn, dzięki interwencji samego Boga”.

    W 1965 r. o. Charbel został beatyfikowany, a 9 października 1977 r. kanonizowany na placu św. Piotra w Rzymie przez Ojca św. Pawła VI. Nikt nie sfotografował św. Charbela ani nikt nie namalował za życia jego portretu. 8 maja 1950 r. wydarzyła się rzecz niezwykła: otóż kilku misjonarzy maronitów zrobiło sobie grupowe zdjęcie przed grobem świętego pustelnika. Po wywołaniu fotografii okazało się, że znalazła się na niej dodatkowa, tajemnicza postać mnicha. Dopiero starsi zakonnicy rozpoznali w niej o. Charbela. Od tej pory na podstawie tego właśnie zdjęcia maluje się portrety świętego pustelnika.

    Święty Charbel przykładem swojego życia i nieustannym wstawiennictwem u Boga apeluje do nas, abyśmy codziennie, z odwagą i w sposób bezkompromisowy, zmierzali do szczęścia wiecznego w niebie. A prowadzi tam tylko jedna droga, na którą zaprasza nas Jezus: “Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je” (Mk 8, 34-35). Patrząc na przykład św. Charbela, nie bójmy się iść drogą umartwienia, zaparcia się siebie, śmierci dla grzechu, aby całkowicie jednoczyć się z Chrystusem – Źródłem Miłości – przez wytrwałą modlitwę, sakramenty pokuty i Eucharystii oraz ofiarną miłość bliźniego.

    ks. Mieczysław Piotrowski TChr/Miłujcie się! 2006

    _______________________________________________________________________________

    Św. Charbel – Eremita z Libanu

    Józef Charbel Makhluf stał się w Kościele świadkiem wieczności przez swoje zwyczajne życie całkowicie poświęcone Bogu.

    Józef Makhluf urodził się 8 V 1828 r. w Libanie, w miejscowości Beqaakafra, w maronickiej rodzinie ubogich rolników. Panowała w niej religijna atmosfera modlitwy i miłości bliźniego. Gdy miał zaledwie 3 lata, zmarł mu ojciec. W wieku 14 lat odkrył swoje powołanie, ale dopiero w 1851 r. rozpoczął swoją przygodę życia zakonnego w klasztorze w Maifug. Po dwu latach nowicjatu złożył śluby zakonne czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, przyjąwszy imię Sarbeliusz na pamiątkę męczennika ze 107 r. Po ukończeniu studiów filozoficzno-teologicznych otrzymał święcenia kapłańskie w 1859 r. Przez 17 lat modlił się i pracował w klasztorze w Annaya. Prowadził tam coraz surowszy tryb życia i wciąż szukał pustelni oddalonej od ludzkich siedzib, w której panowałaby całkowita cisza. W końcu, w 1875 r., znalazł taki erem świętych Piotra i Pawła położony na górze, na wysokości 1350 m n.p.m.

    Zanurzony w Bogu

    Duchowość tego pustelnika była bardzo prosta: żył i działał w duchu Ewangelii. Pocieszał ludzi, którzy garnęli się do niego, dzieląc się swymi krzyżami i troskami, ale nade wszystko miał czas dla Boga samego, On był na pierwszym miejscu w jego życiu. Każdego dnia długo medytował nad słowem Bożym oraz spędzał wiele godzin, adorując Najświętszy Sakrament.

    Promieniując radością, Charbel przypominał każdemu człowiekowi o najważniejszym powołaniu: by żyć w przyjaźni z Bogiem podczas ziemskiej pielgrzymki, tak by po śmierci cieszyć się Jego obecnością w niebie. Ten ubogi eremita przede wszystkim swoim życiem uczył maronickich katolików, jak oceniać różne wydarzenia ludzkiej egzystencji z punktu widzenia wieczności. Kiedy w 1860 r. w krótkim czasie fanatyczne bojówki muzułmanów wymordowały ponad 20 tysięcy chrześcijan, libański mnich pomagał uciekinierom i nawoływał ich do jeszcze większej modlitwy i pokuty w intencji nawrócenia nieprzyjaciół. Jedynie w powrocie do Boga widział możliwość pojednania i uzdrowienia bolesnych ran zadanych z nienawiści do uczniów Chrystusa.

    Już za ziemskiego życia Charbela wielu ludzi dostrzegało skuteczność jego modlitwy oraz licznych umartwień. Kiedy w 1885 r. uprawy rolników niszczyła szarańcza, modlitwa świętego mnicha i pokropienie wodą święconą sprawiły, że owady odleciały, a plony zostały ocalone. Dzięki temu ludność mieszkająca blisko klasztoru uniknęła klęski głodu.

    „Skuteczny” święty

    Cudowne znaki nastąpiły zaraz po jego śmierci 24 XII 1898 r. Dzień po pogrzebie jego grób przez 45 kolejnych nocy otoczony był tajemniczym światłem widocznym w najbliższej okolicy. Kiedy po kilku miesiącach dokonano ekshumacji, stwierdzono, że ciało zakonnika nie uległo nawet najmniejszemu rozkładowi, zachowując plastyczność żywego człowieka. Zauważono przy nim obfitą ilość zmieszanego z krwią płynu, z którego unosił się bardzo miły zapach. W 1927 r. ciało Charbela złożono do sarkofagu, z którego w 1950 r. zaczął się wydobywać tajemniczy pachnący olejek mający cudowne działanie. Uznano szereg cudów potwierdzających uzdrowienia osób, które zetknęły się z tymi relikwiami w różnych częściach świata.

    W opracowaniach o tym maronickim świętym znajduje się opis uzdrowienia tętnicy szyjnej pewnej kobiety. Lekarze nie podejmowali ryzyka przeprowadzenia niezwykle skomplikowanej operacji, chora zaś sama cały czas modliła się do św. Charbela, by wyprosił jej łaskę uzdrowienia. Pewnej nocy, jakby we śnie, widziała świętego eremitę z zakonnikiem, jak rozcinają jej szyję, docierając do chorej tętnicy. Jakież było zdumienie jej męża, który o świcie zobaczył żonę pokrytą krwią, z dwiema zaszytymi ranami. Lekarze uznali, że nigdy nie widzieli tak doskonale założonych szwów. Miejscowy kapłan radził uzdrowionej kobiecie zmianę miejsca zamieszkania, by nie wzbudzała wśród ludzi sensacji. Wtedy ponownie ukazał się jej we śnie św. Charbel, zachęcając, by pozostała, dając świadectwo innym o wielkich dziełach Boga.

    Papież Paweł VI w 1965 r. dokonał beatyfikacji świątobliwego mnicha, która sprawiła, że stał się on bardziej znany także poza Libanem. Akt kanonizacji w roku 1977 uczynił go współczesnym wzorem dla całego Kościoła. Do klasztoru, w którym złożono jego ciało – do dziś w całości zachowane – przybywają każdego roku tysiące pielgrzymów, by prosić Boga o cud uzdrowienia za jego wstawiennictwem.

    Niezwykła jest historia związana z fotografią świętego. Kiedy kilku misjonarzy maronitów w 1950 r. udało się, by pomodlić się przy jego grobie, poprosili, by ktoś zrobił im pamiątkowe zdjęcie. Jakież było ich zdziwienie, kiedy po jego wywołaniu na zdjęciu zobaczyli mnicha z białą brodą, w którym najstarsi zakonnicy rozpoznali św. Charbela. To powiększone zdjęcie umieszczono w Bazylice św. Piotra podczas uroczystej beatyfikacji i kanonizacji. Z oblicza eremity emanuje niezwykły pokój człowieka całkowicie przemienionego miłością Boga.

    ks. Marek Wójtowicz SJ – Apostolstwo Modlitwy – Krajowy Sekretariat w Polsce

    ___________________________________________________________________________________

    Jak św. Szarbel interweniuje z nieba? Poznaj działanie mnicha z Libanu

     Red. /„Mnich z Libanu. Życie i cuda św. Szarbela Makhlufa” /Esprit

    Annaya – trumna z ciałem św. Szarbela

    Annaya – trumna z ciałem św. Szarbela/ fot. Tomasz Kopytowski

    ***

    Szarbel Makhluf był mnichem, który wiele lat żył w biednej celi, odseparowany praktycznie od wszystkiego tego, co było ziemskie. Każdego dnia starał się podążać drogą modlitwy, kontemplacji, pokuty i pracy. Zmarł 24 grudnia 1898 roku. Gdy po 30 latach złożono jego ciało w nowym grobowcu, okazało się, że pozostało ono absolutnie nietknięte. Od tej chwili do jego grobu przybywają liczni pielgrzymi, wśród których zarejestrowano wiele cudownych uzdrowień. Wiele z nich przytoczone są w biografii św. Szarbela pt. „Mnich z Libanu”, która właśnie miała swoją premierę.

    Cudowny olej

    Kilka miesięcy po śmierci mnicha, doszło do ekshumacji jego ciała, której towarzyszył pewien znak. Oprócz tego, że jego zwłoki były nienaruszone, wypływała z nich krwawa ciecz, biała i czerwona, przy czym białej było więcej. Ponadto w całej kaplicy unosił się prawdziwy zapach krwi, a czuli go wszyscy, którzy byli obecni w pobliżu nowego grobu. Ta niesłychana okoliczność kazała zakonnikom dwa razy na tydzień zmieniać ojcu Makhlufowi szaty, żeby usunąć z nich plamy. Mimo tych środków plamy od krwi pojawiały się ponownie na albie, którą miał na sobie. Pogłoski o tych faktach rozeszły się, wzbudzając u zakonników różnych klasztorów ogromne zainteresowanie. Wydarzenia te tylko umocniły w ludziach przekonanie, że ojciec Szarbel jest święty. Zaczęto jeszcze bardziej niż do tej pory uciekać się do jego orędownictwa u Boga, powierzając mu mnóstwo codziennych trosk.

    To nie był jednak koniec cudów. W trakcie Roku Świętego 1950 goście przybywający do grobu zauważali, że z jednego rogu grobowca sączy się woda w kierunku oratorium klasztornego. Zwrócili na to uwagę przełożonemu opactwa Świętego Marona w Annaya, który zbadał ten płyn. Musiał przyznać, że nie jest to woda, lecz jakiś rodzaj lepkiej cieczy. Opat bał się o grób, ponieważ uważał, że ta dziwna substancja napływała do dołu z zewnątrz i mogła uszkodzić trumnę oraz zwłoki ojca Szarbela. Trumna była w tym samym miejscu, gdzie została umieszczona w roku 1927. Dziwna ciecz wypływała od stóp samej trumny i płynęła dalej po ziemi w kierunku ściany zachodniej, torując sobie stamtąd drogę poza dół i docierając do oratorium. Ponownie została otwarta przez specjalną komisję. Jej członkowie odkryli, że ciecz rozeszła się po całym ciele i że po wypłynięciu natychmiast krzepnie. Samo ciało było elastyczne i można było zginać ramiona i kolana.

    Cudowne uzdrowienia

    Nie można pominąć faktu, że tuż po śmierci Szarbela, sygnalizowano nowe niezwykłe wydarzenia: otrzymane łaski, uzdrowienia chorych, nieoczekiwaną pomoc w pilnych potrzebach za jego wstawiennictwem. Św. Szarbel nieustanie i do tej pory, wysłuchuje próśb wiernych w bardzo wielu intencjach.

    Jedna z historii opowiada, że mnich z góry Annaya nie był bowiem jeszcze pochowany, gdy do klasztoru przybył młody człowiek – Saba Tannousse Moussa. Nie słyszał on wcale o chorobie ojca Szarbela i przybył, żeby prosić go o pomoc. Ponieważ był biednym kaleką i ciężarem dla swych bliskich, a jego życie było nieustanną męczarnią, przyjaciele poradzili mu, żeby zwrócił się do pustelnika. Stał więc, przed drzwiami obleganymi przez wielki tłum ludzi, gdy usłyszał, że „święty mnich” – jak nazywano go już w całej okolicy – zmarł właśnie tego ranka. Matka kaleki z ciężkim sercem zdecydowała, że wyruszą w drogę powrotną. Lecz młody człowiek nie chciał o tym słyszeć: „Chcę iść do ojca Makhlufa” – powtarzał monotonnie z niezłomnym uporem. Prośby, błagania – wszystko na darmo. O godzinie trzeciej po południu 24 grudnia 1898 roku Saba Tannousse Moussa znalazł się w kościele przed katafalkiem. Dotknął z uszanowaniem ciała zmarłego, następnie – swej własnej piersi, a potem – swych sparaliżowanych członków. Po kilku minutach poczuł, jakby jakaś nowa siła przeniknęła jego ciało. Mógł się wyprostować i iść zupełnie sam. Przepełniła go wielka radość. On, który przybył, by prosić człowieka żywego o ratunek w swym ciężkim cierpieniu, mógł teraz, uzdrowiony, z normalnymi kończynami, uczestniczyć w uroczystościach pogrzebowych ojca Szarbela!

    Kolejne uzdrowienia za wstawiennictwem Szarbela, były tylko kwestią czasu. Można by opowiadać wiele historii, które docierających w listach do klasztoru, gdzie znajduje się grób świętego. I tak poznajemy świadectwo, dwudziestopięcioletniego Aql Jusuf Wakim. Miał wypadek na rowerze, którego skutkiem było skrócenie o pięć centymetrów lewej nogi. Był bez większego sukcesu leczony przez lekarzy europejskich, amerykańskich i arabskich. Udał się w towarzystwie matki, brata i wuja na pielgrzymkę do Annaya. Tak wspominał moment uzdrowienia za wstawiennictwem mnicha:

    – Matka położyła ręka na grobie i następnie potarła moją sparaliżowaną nogę. Po półgodzinnej żarliwej modlitwie mnisi podjęli śpiew kantyku do Najświętszej Dziewicy. W tym momencie poczułem nieznaną siłę przenikającą moje kolano; powstałem i mogłem iść bez żadnej pomocy.

    Z kolei francuska – Alice Milaire, tak opisuje swoje uzdrowienie za wstawiennictwem św. Szarbela:

    – Potwierdzam otrzymanie relikwii ojca Szarbela. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. Mój wrzód zniknął tego samego dnia. Spodziewałam się całkowitego wyleczenia. Wszystko poszło dobrze. Gdy po kilku dniach powstał strup, byłam nieco zaniepokojona. Obawiałam się, że wrzód znowu się otworzy. Ale teraz jestem przekonana, że zostałam całkowicie uzdrowiona.

    Do Annaya docierają także historie związane z nawróceniami, które dokonują się za wstawiennictwem świętego. Oto jedna z nich:

    – Piszę ten list, żeby Ojciec wiedział, że nie zapomniałam drogiego klasztoru w Annaya. Bardzo dobrze go wspominam i jestem głęboko przywiązana do tego świętego ze Wschodu, czcigodnego ojca Szarbela. Modlę się do niego codziennie. Przekazuję też Ojcu dobrą nowinę, że jedna z moich sióstr, oddalona od drogi wiary, zamierza jutro, po czterdziestu latach, iść się wyspowiadać, a następnie przyjąć Komunię. Jest wdową po bohaterze, który działał w ruchu oporu. Po jego śmierci była przez pewien czas zupełnie zagubiona. To dla mnie wielka radość, że Bóg udziela tej łaski za wstawiennictwem dobrego i drogiego ojca Szarbela.

    fragment pochodzi z książki „Mnich z Libanu. Życie i cuda św. Szarbela Makhlufa”, wydanej nakładem Wydawnictwa Esprit.

    ___________________________________________________________________________________

    Św. Charbel – Boży chirurg

    Św. Charbel

    Z pewnością św. Charbel (czyt. Szarbel) może uchodzić za jednego z najbardziej niekonwencjonalnych w działaniu świętych. Przede wszystkim, trudno o bardziej ekumenicznego świętego, który wysłuchuje nie tylko proszących o pomoc katolików, ale wszystkich chrześcijan, nie poprzestając na tym – również muzułmanów, a nawet osoby dalekie od wiary, uwikłane w sekty. To się nazywa, nie mieć względu na osobę… Znacie takiego świętego, który zoperował zwracającą się do niego po pomoc osobę pomimo braku medycznego wykształcenia? Nadmienię tylko, że operacja miała miejsce rzecz jasna wiele lat po śmierci świętego, a sam święty do rozcięcia skóry pacjentki zamiast skalpela użył… własnych palców. Wreszcie święty Charbel pochodzi z Libanu, miejsca, które dziś nie jest przyjazne katolikom i za jego czasów takie nie było. Być może więc jest to święty, który w dzisiejszych czasach chce działać w sposób szczególny?

    ŚW. SZARBEL – DROGA DO POWOŁANIA

    Ten dość „specyficzny w obejściu” człowiek urodził się katolickiej rodzinie wyznania maronickiego w Libanie, na północ od Bejrutu, w małej wiosce położonej w górach (1600 m n.p.m.). Był piątym z kolei synem, którego ojciec umarł, kiedy Yossef (takie imię święty otrzymał na chrzcie) miał 3 lata. Matka powtórnie wyszła za mąż, za bardzo pobożnego człowieka, który został wyświęcony na kapłana. (U maronitów, podobnie jak we wschodnich obrządkach żonaty mężczyzna może zostać wyświęcony na kapłana, jednak kapłan nie może wstąpić w związek małżeński.) Być może przykład ojczyma i dwóch wujów, którzy byli eremitami, zainspirował młodego Yossefa, który już w wieku 14 lat zaczął rozmyślać nad wstąpieniem do klasztoru. Któregoś dnia mając 23 lata, po prostu wstał rano i nie żegnając się z nikim wyszedł z domu udając się do klasztoru w Maifuq. Został tam przyjęty na okres próbny. Do jego zadań należało segregowanie gałęzi morwy, z których miejscowi wieśniacy zbierali gąsienice jedwabników. Kiedy podczas pracy jedna z dziewczyn dla sprowokowania zakonnika rzuciła mu w twarz gąsienicę, brat Charbel doszedł do wniosku, że Maifuq nie jest miejscem dostatecznie odosobnionym i nie zrealizuje tu swojego ideału życia pustelniczego. Jak to miał w zwyczaju, zabrał się jeszcze tej samej nocy, nie mówiąc nic nikomu i uciekł z klasztoru, aby o świcie prosić o przyjście w klasztorze św. Marona w Annaya.

    Odbył tam nowicjat i złożył pierwsze uroczyste śluby. Potem studiował teologię w klasztorze św. Cypriana, a jego mentorem i nauczycielem był św. Al-Hardini. W 1859 roku 23 lipa został wyświęcony na kapłana. Rok później miała miejsce sytuacja, którą dzisiaj w nieco innej wersji oglądamy w internecie i TV. Podburzeni przez Turków muzułmanie i druzowie zamordowali ponad 20 tys. maronitów. Palili i niszczyli kościoły, klasztory. Mnisi i wierni byli zabijani. W tej sytuacji setki maronickich, przerażonych i wymęczonych uciekinierów szukało schronienia w górach w klasztorze Annaya. To wydarzenie miało wielki wpływ na św. Charbela. Podjął on modlitwę i pokutę, jako zadośćuczynienie za morze niewinnie przelanej krwi, samemu szykując się do możliwego męczeństwa. Bóg miał jednak inne plany. Śmierć z ręki muzułmanów nie przyszła, za to jego udziałem miało być codzienne „białe męczeństwo”,

    ŚW. CHARBEL – PUSTELNIK

    Po 15 latach życia we wspólnocie klasztornej mnich otrzymuje pozwolenie na schronienie się w Eremie św. Piotra i Pawła, położonym na wzgórzu naprzeciw klasztoru, wraz z dwoma towarzyszami. Tu spędzi następne 23 lata, aż do dnia swojej śmierci.

    Życie eremity było bardzo surowe. Jego cela miała dokładnie 6 metrów kwadratowych i całe jej umeblowanie stanowiła: oliwna lampa, dzban z wodą, drewniany głęboki talerz, taboret służący za stół i kamienne krzesło. Za posłanie służyła św. Charbelowi mata z koziej skóry i deska pod głowę. Nie były zresztą specjalnie eksploatowane, ponieważ ten święty pustelnik spał tylko 3 godziny na dobę. Resztę czasu zajmowała mu modlitwa i praca. Siedem razy dziennie odmawiał brewiarz, codzienną Mszę Świętą odprawiał w kościółku pustelni, modlił się również szczególnie za dusze cierpiące w czyśćcu oraz miał ogromne nabożeństwo do Matki Bożej czcząc ją szczególnie poprzez odmawianie różańca.

    Spożywał jeden posiłek w ciągu dnia – około godziny trzeciej. Była to zupa z samych warzyw. Nie jadał ani mięsa ani owoców, mimo, że jego główne zajęcie stanowiła uprawa winogron. Styczności z pieniędzmi unikał jak ognia, jeśli był zmuszony przyjąć jakieś oddawał je natychmiast przełożonym. Swoją pustelnię opuszczał tylko, żeby odwiedzić chorego i na wyraźne polecenie przełożonego. Tak upłynęły św. Charbelowi 23 lata, w samotności, na pogłębianiu relacji z Bogiem, pracy modlitwie i wyzbywaniu się wszystkiego, co należy do świata. 16 grudnia podczas odprawiania Mszy Świętej w momencie podniesienia kielicha z Krwią Pańską święty pustelnik dostał ataku serca. Po krótkiej chorobie odszedł z tego świata w wieczór wigilijny 1898 roku.

    ŚW. CHARBEL – CUDA PO ŚMIERCI

    Jak to jednak z wielkimi świętymi bywa, na śmierci jego aktywność się nie skończyła. Ciało świętego mimo sugestii kilku braci, podczas nieobecności przełożonego, zostało pochowane we wspólnym grobie. Brat, który podczas nieobecności przełożonego pełnił jego obowiązki zawyrokował, że „jeśli o. Charbel był naprawdę święty, sam się obroni”. Cóż było czynić, święty zakonnik był posłuszny nawet po śmierci. Jak się okazało, przez 45 dni po pogrzebie, z grobowca zakonników, w którym spoczęło ciało św. Charbela wychodziło dziwne światło, które widoczne było w całej dolinie. Ludzie z niedalekiej wioski przychodzili do braci informować ich o dziwnym świetle, ale mnisi niczego nie widzieli. Przełożony zakonu, po swoim powrocie, chcąc się przekonać  o prawdziwości tego zjawiska, udał się wieczorem do jednego z pobliskich domówi i rzeczywiście, zauważył światło wychodzące z grobu, w którym został złożony zakonnik. Również prefekt miejscowej policji, który w tych dniach, szukał w pobliskich lasach zbiegłych więźniów zaświadczył o tym, że wraz ze swoimi ludźmi widział światło wydobywające się z grobu zakonników. Wieść o tym rozeszła się po okolicy. Były nawet próby włamania się do grobu i wykradzenia ciała. Wobec tej sytuacji przełożony klasztoru zdecydował o przeniesieniu ciała świętego do osobnego grobu.

    ŚW. CHARBEL – CIAŁO KTÓRE NIE ULEGA ROZKŁADOWI

    Podczas ekshumacji, przeprowadzonej cztery miesiące po pogrzebie zauważono, że w grobie braci jest pełno błota a na nim unosi się ciało św. Charbela w stanie nienaruszonym. Skóra zachowała swoją elastyczność i kolor, pokryła się jedynie niewielką warstwą białawej pleśni.  Zauważono też, ze z boku świętego wydobywa się nieokreślona substancja, jakby surowica. Była ona przyczyną skorodowania i zniszczenia 2 kolejnych grobowców, w których spoczywało ciało świętego. A bracia co dwa tygodnie musieli zmieniać habit św. Charbelowi, ponieważ po tym czasie był już cały mokry od zagadkowej substancji. Płyn wydzielał się z boków świętego, a jego ciało nie ulegało rozkładowi dokładnie do dnia w którym został ogłoszony świętym. Po tym dniu niebo pozwoliło, na „naturalny bieg rzeczy”.

    CUDA ŚWIĘTEGO SZARBELA

    OPERACJA

    Nouhad Al-Chami w 1993 roku była matką dwanaściorga dzieci, która zachorowała na połowiczne porażenie z podwójnym zablokowaniem tętnicy szyjnej. Lekarze byli jednomyślni, sytuacja jest beznadziejna. Jedynym rozwiązaniem jest operacja, ale i ona dawała tylko nikłą nadzieję na wyzdrowienie. Wobec takiej diagnozy Nouhad nie chciała nawet rozważać poddania się operacji. Z dnia na dzień jej stan pogarszał się dość gwałtownie. Jedną stronę ciała miała już całkowicie bezwładną, traciła też powoli zdolność mówienia i przyjmowania pokarmów. Dzieci bardzo ciężko przeżywały pogarszający się stan zdrowia matki. Dlatego jej najstarszy syn Saad udał się na grób św. Charbela, znajdujący się niedaleko w libańskim klasztorze w Annaya, prosząc o uzdrowienie matki. Przyniósł stamtąd również odrobinę poświęconego oleju, którym natarł matkę po powrocie. Jak wspomina Nouhad, po nałożeniu oleju poczuła coś podobnego do mrowienia w sparaliżowanej części ciała, ale na tym się skończyło.

    Jednak tej samej nocy z 21/22 stycznia miała bardzo dziwny sen. Śnił jej się św. Charbel, którego wcześniej wielokrotnie prosiła o pomoc. W wielkiej jasności przyszedł do niej wraz z innym, nieznanym jej mnichem. Powiedział jej, że przyszedł ją uzdrowić i że zoperuje jej szyję. Kiedy kobieta próbowała się opierać, mnisi nalegali i powiedzieli, że jest to konieczne do jej uzdrowienia. Kiedy pytała go, w jaki sposób zamierza ją operować, skoro nie ma nawet narzędzi, św. Charbel położył ręce na jej szyi i rozciął jej skórę… palcami. Ból, jaki poczuła kobieta był bardzo realny, nie wydawał się snem, jednak nie mogła się w żaden sposób ruszyć. Po skończonej operacji podszedł do niej również drugi mnich, który do tej pory stał z daleka i obaj posadzili pacjentkę na łóżku. Święty Charbel podał jej szklankę z wodą do picia, ale kobieta oponowała, mówiąc, że nie może nic pic bez słomki, z powodu paraliżu języka. Św. Charbel jednak z charakterystyczną dla siebie prostotą i konsekwencją odpowiedział, że przecież została uzdrowiona i teraz będzie mogła jeść, pić, a nawet chodzić. Potem obydwaj święci zniknęli w świetle, a kobieta się obudziła. Jakie było jej zdziwienie, kiedy obudziła się w pozycji siedzącej, w jakiej „w jej śnie” zostawili ją mnisi! Odtworzyła w pamięci cały sen i od razu instynktownie dotknęła szyi i przeraziła się po raz drugi. Czy to nie tą właśnie rękę, którą dotyka teraz szyi miała sparaliżowaną? Zerwała się na równe nogi i pobiegła do lusterka, a przecież od długiego czasu nie była w stanie wstać z łóżka. Okazuje się, że teraz może bez najmniejszego wysiłku samodzielnie się poruszać. Po zerknięciu do lustra kolejny szok. Po obu stronach szyi ma dwa równoległe, dwunastocentymetrowe szwy, świeżo zszyte nićmi chirurgicznymi, a na nocnej koszuli, którą miała na sobie, plamy krwi.

    Zaalarmowany hałasem i światłem palącym się w pokoju małżonki, przyszedł mąż, który na widok żony, która stoi o własnych siłach, z plamami krwi na koszuli i wielkimi bliznami na szyi zaczął przeraźliwie krzyczeć. Chwilę trwało zanim doszedł do siebie, kiedy żona opowiedziała mu o swoim śnie i o cudownej interwencji św. Charbela. Następnego dnia, już o świcie małżonkowie przybyli do klasztoru w Annaya, żeby złożyć świadectwo tego cudownego uzdrowienia.

    Od tej pory wszyscy znajomi, którzy towarzyszyli kobiecie w chorobę odwiedzali ją i z niedowierzaniem patrzyli na zupełnie zdrową kobietę, a wieść o jej uzdrowieniu rozeszła się szerokim kręgiem po okolicy. Równie sceptyczni lekarze ze szpitala w Bejrucie zdjęli szwy w kilka dni później i stwierdzili zupełne wyzdrowienie. Wobec stale roztaczającej coraz większy krąg wieści o uzdrowieniu kobiety, która obiegła już cały Liban i napływających gromadnie ludzi ze wszystkich stron kraju, którzy naocznie chcieli przekonać się o prawdziwości cudu, proboszcz miejscowej parafii i lekarz rodzinny zalecili kobiecie wyjazd na jakiś czas, póki sytuacja trochę nie okrzepnie. Jednak tej samej nocy św. Charbel ponownie ukazał się kobiecie we śnie mówiąc, żeby nigdzie nie wyjeżdżała. „Zoperowałem cię, aby ludzie cię widzieli, i aby wracali do wiary. Wielu oddaliło się od Boga, od modlitwy, od Kościoła. Proszę cię o uczestniczenie we Mszy Świętej przy pustelni w Annaya 22-go każdego miesiąca. Przez całe twoje życie, twoje rany będą krwawiły w każdy pierwszy piątek miesiąca oraz każdego 22-go w miesiącu, na pamiątkę otrzymanej łaski”. Św. Charbel wyjawił również, że mnichem, który towarzyszył mu w operacji był św. Maron, założyciel wspólnoty, do której należał św. Charbel.

    Od tej pory kobieta co miesiąc stawia się w określonym przez Charbela terminie i uczestniczy we mszy św. w Klasztorze w Annaya, a wraz z nią tłumy wiernych.

    Św. Charbel jednak jest świętym o wielkim geście i na tym jednym akcie uzdrowienia nie poprzestał. Z obrazu świętego Charbela zawieszonego w domu Nouhad zaczął wydzielać się olej, i pobłogosławił we śnie kobiety dąb który stał w jej ogrodzie. Od tej pory i olej z obrazu i liście dębu mają te same właściwości, co dąb na terenie klasztoru Annaya, w którego cieniu modlił się święty. Pielgrzymi rozebrali dąb z ogrodu kobiety po kawałku, zaświadczając jednocześnie, że każdy, kto napił się naparu zaparzonego z tego dębu, został uzdrowiony ze swojej choroby.

    LIŚCIE DĘBU

    Kolejnym przypadkiem uzdrowienia św. Charbela znanym społeczności libańskiej z prasy i z wielokrotnie dawanych publicznie świadectw jest uzdrowienie Nadii Sader, uroczej trzydziestolatki z wyższych sfer, matki dwójki dzieci, która jat twierdzi „lubi światowe przyjemności”. Kiedy została sparaliżowana przez nieuleczalną chorobę i zmagała się z potwornym bólem, bez nadziei uleczenia, mimo wielokrotnych konsultacji w najlepszych europejskich klinikach, bezradnie oczekiwała na śmierć.

    Kiedy znajomi próbowali ją namówić do modlitwy i wypicia naparu z liści dębu, który zdobyli z ogrodu Nouhad Al-Chami cynicznie odmawiała. Dopiero zmęczona chorobą i nasilającymi się bólami postanowiła spróbować. Ledwie przełknęła łyk naparu doznała ogromnych boleści i popadła w konwulsje. Krzyczała z bólu i przerażenia. Przed omdleniem wyznała, że „widzi najświętsze Serce Jezusa, otoczone wielkim światłem”. Osoby, które były zebrane wokół Nadii oświadczyły, że straciła ona przytomność targana konwulsjami.  Widzieli również jak jej sparaliżowane nogi poruszają się w niewytłumaczalny sposób. Stan ten trwał trzy godziny. Kiedy się obudziła stwierdziła, że jest całkowicie uzdrowiona. Znów mogła wstawać, chodzić, zajmować się rodziną. Przede wszystkim jednak doznała łaski skruchy i mogła żałować, za popełnione w swoim życiu grzechy, a dzisiaj umacnia wiarę innych głosząc świadectwo swojego uzdrowienia.

    ŚW. CHARBEL – WROCŁAW

    Dzisiaj św. Charbel jest jednym z najpopularniejszych świętych. Te i wiele innych cudów uczynionych przez świętego Charbela znajdziecie w książkach, które na jego licznie się pojawiają w Polsce. Jest również wiele pielgrzymek i wyjazdów – to dla tych, którzy chcieliby osobiście odwiedzić grób świętego i prosić o łaski dla siebie i bliskich. Olej św. Charbela można otrzymać pisząc list do klasztoru w Annaya, a w Polsce do parafii Św. Jadwigi we Wrocławiu. W tamtejszym kościele znajdują się relikwie świętego,  a proboszcz otrzymuje od zakonników z Libanu słynny olej świętego.

    Życzę wam, żebyście znaleźli w nim wielkiego przyjaciela i orędownika.

    J.G./Czas Doskonalenia Dusz.pl


    ______________________________________________________________________________________________________________


    28 lipca

    Błogosławiona Maria Teresa Kowalska,
    dziewica i męczennica

    Błogosławiona Maria Teresa Kowalska

    Mieczysława Kowalska urodziła się 1 stycznia 1902 roku w Warszawie. W 1923 r. wstąpiła do klarysek kapucynek w Przasnyszu, przyjmując imię Maria Teresa od Dzieciątka Jezus. Pięć lat później złożyła śluby wieczyste. Mimo że była chorowita, pełniła w klasztorze liczne obowiązki – m.in. zakrystianki, furtianki, bibliotekarki, a także mistrzyni nowicjatu.
    2 kwietnia 1941 r. Niemcy aresztowali całą wspólnotę klasztorną z Przasnysza. Maria Teresa została osadzona w obozie koncentracyjnym w Działdowie. Po ciężkiej chorobie zmarła tam śmiercią męczeńską 25 lipca 1941 r. Jej pełne spokoju oddanie życia dodało wiary siostrom. Dwa tygodnie po śmierci s. Marii Teresy kapucynki zwolniono z obozu. W przekonaniu sióstr, to właśnie ofiara cierpienia i męczeńskiej śmierci Marii Teresy wyjednała im uwolnienie i przeżycie koszmaru II wojny światowej.
    Mniszka z Przasnysza została beatyfikowana w gronie 108 męczenników II wojny światowej przez św. Jana Pawła II podczas Mszy sprawowanej w Warszawie w dniu 13 czerwca 1999 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 lipca

    Święty
    Tytus Brandsma, prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Innocenty I, papież
      •  Błogosławiona Maria Magdalena Martinengo, dziewica
      •  Święty Celestyn I, papież
      •  Błogosławiona Maria Klemensa od Jezusa Ukrzyżowanego, zakonnica i męczennica
      •  Błogosławiona Maria od Męki Pańskiej (Tarallo), dziewica
    ***
    Błogosławiony Tytus Brandsma

    Bł. Tytus Brandsma OCarm
    (1881-1942)


    Maryja kształtująca życie Karmelu
    Życie

    Anno Sjoerd Brandsma urodził się niedaleko Bolsward (Niderlandy) 22 lutego 1881 roku. Wstępuje do Karmelu w 1898 roku Po ukończeniu studiów filozoficzno-teologicznych, przyjmuje świecenia kapłańskie 17 czerwca 1905 roku. W latach 1906-09 studiuje filozofię na Gregorianum w Rzymie, wieńcząc naukę doktoratem. Powróciwszy do ojczyzny poświęca się nauczaniu w kolegiach karmelitańskich w Oss i Oldenzaal. Wydaje periodyk o tematyce maryjnej, współpracuje z regionalnymi czasopismami, organizuje bibliotekę publiczną i kongresy misyjne. Od 1923 roku wykłada na uniwersytecie w Nijmegen, gdzie otrzymał katedrę historii duchowości holenderskiej, piastując nawet urząd rektora. Był współautorem DSAM i redaktorem Encyklopedii Katolickiej. W 1935 roku wygłosił szereg konferencji i wykładów w Irlandii i Stanach Zjednoczonych na temat mistyki karmelitańskiej. Z powodu swoich antynazistowkich przekonań zostaje aresztowany 19 stycznia 1942 roku i po długich przesłuchaniach na gestapo przewieziony do Dachau, umiera 26 lipca 1942 roku. Dnia 3 listopada 1985 roku beatyfikowany przez Jana Pawła II.
    W maju 2022 r. papież Franciszek ogłosił Tytusa świętym Kościoła powszechnego.

    Teksty
    Maryja kształtująca życie Karmelu


    Szczególna uwaga należy się wizji Eliasza na górze Karmel. Jest ona kamieniem węgielnym maryjnego charakteru karmelitańskiej pobożności i duchowości.
    To właśnie ze szczytu Karmelu Prorok, po siedmiokrotnej modlitwie, dostrzegł małą chmurkę niosącą zapowiedź deszczu – daru dla spalonej ziemi. Nie jest dla nas rzeczą konieczną poszukiwanie autentycznego tłumaczenia tego wydarzenia. Wystarczy jedynie wspomnieć, że wielu komentatorów Pisma świętego widziało w chmurce Eliasza zapowiedź świętej Dziewicy, która zrodziła w swoim łonie Zbawiciela świata. Nie po raz pierwszy zresztą chmura została użyta jako symbol. Na pustyni chmura okrywała Arkę Przymierza i była znakiem obecności Bożej. Liczne opisy wzmiankujące pojawienie się specyficznego rodzaju chmury oznaczają zstąpienie Boga na ziemię i Jego przebywanie z synami ludzkimi. Okoliczności, w których Prorok po siedmiokrotnej modlitwie dostrzegł chmurkę podnoszącą się znad morza, pozwalają przyjąć, że widzenie w tym zjawisku symbolu Maryi i tajemnicy Wcielenia, jest w całkowitej zgodzie z symbolicznym charakterem Starego Testamentu. Wizja Eliasza zawsze była odczytywana przez karmelitów jako zapowiedź tajemnicy Wcielenia i przyszłej chwały Matki Boga. To właśnie z powodu tej wiary, jak przekazuje nam tradycja Zakonu, pierwsze sanktuarium zbudowane na górze Karmel, w pośrodku eremickich grot i jaskiń, było poświęcone świętej Służebnicy. W dziedzictwie szkoły karmelitańskiej wizja Proroka nigdy nie straciła swego poczytnego miejsca i stanowiła jakby zwierciadło, przez które Zakon spoglądał na Maryję. Wystarczy przypatrzyć się modlitwom brewiarzowym z uroczystości naszej Pani z góry Karmel, aby dostrzec ważność tejże wizji dla życia duchowego Karmelu.



    Tytus Brandsma O.Carm., Carmelite Mysticism. Historical Sketches, Illinois 1986, s. 1-11 przekł. J. Zieliński OCD

    __________________________________________________________________________

    Bł. Tytus Brandsma

    Holenderski karmelita Tytus Brandsma jest jednym z tych niepozornych misjonarzy, którzy samym pełnieniem swoich obowiązków i napełnianiem przestrzeni publicznej „nośnikami łaski” – czyli rozmaitymi inicjatywami, jak choćby prowadzenie akcji ewangelizacyjnych czy pism religijnych dla świeckich – świadczyli o nieprzemijalności katolickiej religii, której pozostali wierni do końca, żyjąc w laicyzowanym świecie i podlegając prześladowaniom ze strony lewicowych reżimów – komunizmu i narodowego socjalizmu.

    Sjoerd Bradsma był synem prostej i bardzo pobożnej rodziny zamieszkującej we wsi Oegeklooster we Fryzji. Od początku był bardzo wątłego zdrowia, więc gdy oznajmił rodzicom w wieku jedenastu lat, iż odkrył powołanie do stanu zakonnego i poprosił o wysłanie go do nowicjatu ojców franciszkanów, obawiali się oni, jak zniesie trudne warunki życia w zimnym klasztorze, wśród rozmaitych niewygód, pracując fizycznie. Uznając w tym wolę Bożą, zgodzili się jednak, by ich syn podjął taką drogę.

    Nie zagrzał on wszakże długo miejsca u franciszkanów w Megen właśnie z powodu złego stanu zdrowia. Przeniósł się tedy do zgromadzenia ojców karmelitów w miejscowości Boxmeer w Brabancji i przyjął imię zakonne Tytus, po swoim ojcu. Zwrócił tam na siebie uwagę z powodu uzdolnień i zalet charakteru, dlatego przełożeni wysłali go do Rzymu, aby tam zdobył formację kapłańską w Uniwersytecie Gregoriańskim, gdzie uzyskał tytuł doktora filozofii.

    W czasie studiów objawił się nie tylko jego talent naukowy, ale także literacki. Pierwsze lata po święceniach spędził zatem na pracy naukowej – wykładając na uniwersytetach w Oss i Nijmegen (pełnił także funkcję rektora tego drugiego) – oraz jako tłumacz (przełożył między innymi dzieła świętej Teresy z Avila na holenderski) i dziennikarz (pisząc artykuły do prasy katolickiej, w końcu zakładając własną gazetę). Miał szerokie kontakty z różnymi dziennikarzami i publicystami na całym świecie, a z powodu zaangażowania w szerzenie światła wiary w świecie dziennikarskim otrzymał od hierarchii Holandii tytuł Narodowego Duchowego Doradcy dla Dziennikarzy Katolickich.

    Występował przeciwko niebezpieczeństwom duchowym i moralnym, jakie niósł ze sobą duch czasów. Mówił, że „chociaż neopoganizm nie pragnie miłości, miłość sprawi, że podbijemy serca pogan” i prowadził rozmaite akcje wśród świeckich, aby pobudzić ducha religijnego i rozszerzać świadomość na temat współczesnych ideologii wrogich chrześcijańskiemu światopoglądowi. Jednym z tych neopogańskich ruchów, wprost odwołującym się do starogermańskich korzeni, był narodowy socjalizm w Niemczech, z którym ojciec Tytus miał zetknąć się bezpośrednio po wybuchu II wojny światowej.

    Wojska hitlerowskie wkroczyły do Holandii w 1940 roku, a gestapo śledzące poczynania osób niebezpiecznych dla reżimu, zwróciło po jakimś czasie uwagę na gorliwego kapłana, który nie bał się głosić zasad katolickiej religii przeciwko ideologii będącej mieszanką pogańskiej mitologii i nacjonalistycznej antyfilozofii niemieckiej w wydaniu Hegla i innych myślicieli.

    Tytus Brandsma został aresztowany w roku 1942 i po paromiesięcznej tułaczce po różnych więzieniach osadzony w obozie w Dachau. Okupanci chcąc złamać opór świątobliwego męża traktowali go wyjątkowo brutalnie, bijąc, poniżając i skazując na najcięższe prace. Wkrótce Błogosławiony zapadł na zdrowiu i został przeniesiony do szpitala obozowego. Uśmiercono go tam poprzez wstrzyknięcie fenolu. Z powodu okoliczności śmierci został uznany za męczennika, beatyfikacji zaś dokonał Jan Paweł II w roku 1985. Proces kanonizacyjny jest w toku.

    W maju 2022 r. papież Franciszek ogłosił Tytusa świętym Kościoła powszechnego.

    PCh24.pl

    ___________________________________________________________________________

    Święty Tytus Brandsma. Gdy trafił do Dachau, prosił współwięźniów o modlitwę za strażników

    Święty Tytus Brandsma. Gdy trafił do Dachau, prosił współwięźniów o modlitwę za strażników
    fot. via Wikipedia, CC 0

    ***

    Siard Brandsma, znany też jako Anno Sjoera Brandsma, urodził się 23 lutego 1881 r. w wiosce Oegeklooster koło Bolswardu w holenderskiej Fryzji. Był synem hodowcy krów Tytusa Brandsma i Tjitsje Postma. Była to bardzo pobożna rodzina. Powołanie Siard poczuł bardzo wcześnie. Gdy miał 11 lat, za zgodą rodziców wstąpił do Braci Mniejszych, bo jako wątłe dziecko i tak do pracy na wsi się nie nadawał. W czasie sześcioletniego pobytu zauważono, że jest chłopcem inteligentnym i z poczuciem humoru. Koledzy z klasy nadali mu przydomek “Krótki”.

    Gdy był na trzecim roku w seminarium, rozchorował się na ostre zapalenie jelit i bardzo schudł. Zakonnicy zalecili mu specjalną dietę: śmietanę, jajka, masło i inne składniki, które miały mu pomóc w odzyskaniu wagi. I rzeczywiście, Siard wkrótce powrócił do zdrowia i z nową energią zabrał się do nauki. Jego przełożeni uważali jednak, że jego kondycja nie jest wystarczająco dobra, aby mógł prowadzić życie franciszkanina, pełne wyrzeczeń.

    Dlatego gdy miał 17 lat, wstąpił do Karmelu w Boxmeer. Tu przyjął imię swojego ojca, Tytusa, i w 1899 r. złożył śluby zakonne. W 1905 r. przyjął święcenia kapłańskie. Władze zakonne wysłały go do Rzymu na uniwersytet Gregorianum, gdzie uzyskał doktorat z filozofii. Po powrocie do Holandii przez prawie 15 lat wykładał filozofię na uniwersytecie w Oss. Od 1923 r. prowadził katedrę filozofii i historii mistyki na uniwersytecie w Nijmegen, a w roku akademickim 1932/1933 był rektorem tej uczelni.

    O. Tytus poza pracą na uczelni zajmował się dziennikarstwem. Założył czasopismo o tematyce maryjnej, był też redaktorem naczelnym miejscowej gazety, ponadto zorganizował katolicką bibliotekę publiczną. Stał się szybko ojcem duchowym holenderskich dziennikarzy. Arcybiskup Utrechtu mianował go asystentem kościelnym czasopism wydawanych wtedy w Holandii. Był też tłumaczem. Przełożył na holenderski m.in. prace św. Teresy z Avila.

    Od 1934 r. ten odważny zakonnik zaczął występować przeciwko ideologii faszystowskiej i nazistowskiej. Otwarcie krytykował te niebezpieczne ideologie i przestrzegał przed ich lekceważeniem. Dbał, by żadna katolicka gazeta czy książka nie zawierała nazistowskich treści.

    W 1940 r. hitlerowskie Niemcy zajęły Holandię. Od tej pory o. Tytus znalazł się w niebezpieczeństwie, bo gestapo śledziło każdy jego krok. Mimo to w grudniu 1941 r. napisał list do dyrektorów wszystkich katolickich czasopism, zachęcając ich do przeciwstawiania się hitlerowskiej ideologii. Zdecydowanie występował też przeciwko antyżydowskim rozporządzeniom. Nie zgadzał się na wydalanie ze szkół dzieci i młodzieży tego pochodzenia.

    W styczniu 1942 r. został aresztowany. Więziono go w kilku miejscach, a w kwietniu 1942 r. trafił do obozu koncentracyjnym w Dachau. By go złamać, traktowano go bardzo okrutnie. Mimo to poprosił współwięźniów, aby modlili się o zbawienie dla strażników. Wreszcie kompletnie opadł z sił. Spowodowała to ciężka praca fizyczna, niedożywienie, bicie i poniżanie. Został wtedy przeniesiony do szpitala obozowego, gdzie dobito go zastrzykiem z fenolu. Ciało o. Tytusa zostało spalone w krematorium.

    Podczas beatyfikacji w dniu 3 listopada 1985 r. św. Jan Paweł II przypomniał, że “pielęgniarka, która 26 lipca 1942 r. dała mu śmiertelny zastrzyk, oświadczyła po latach, że pozostała żywa w jej pamięci twarz tego kapłana, który jej współczuł”. Błogosławiony Tytus jest przede wszystkim czczony w zakonie karmelitańskim, ale także w Nijmegen w Holandii, gdzie uznano go za największego spośród ludzi żyjących w tym mieście, postawiono w 2005 r. kościół pod jego wezwaniem, a w Polswardzie znajduje się poświęcone mu muzeum. W maju 2022 r. papież Franciszek ogłosił Tytusa świętym Kościoła powszechnego.

    Tytus Brandsma jest patronem dziennikarzy katolickich.

    brewiarz.pl

    _________________________________________________________________________________

    bł. Tytus Brandsma

    W maju 2022 r. papież Franciszek ogłosił Tytusa świętym Kościoła powszechnego.

    (1881 – 1942)

    ***

    Chociaż neopoganizm nie pragnie miłości, miłość sprawi, że podbijemy serca pogan – mówił o. Tytus Brandsma, holenderski karmelita, męczennik z Dachu, którego Jan Paweł II ogłosił 3 listopada 1985 r. błogosławionym.

         Siard, bó takie imię otrzymał na chrzcie, urodził się w 1881 r. w holenderskiej Fryzji w bardzo pobożnej rodzinie hodowcy krów. Początkowo wydawało się, że będzie franciszkaninem. Przez sześć lat kształcił się w szkole prowadzonej przez zakon, ostatecznie jednak – z powodu słabego zdrowia – opuścił franciszkanów i w 17. roku życia wstąpił do Karmelu w Boxmeer, przyjmując imię Tytus. W 1905 r. przyjął święcenia kapłańskie. Swoimi zdolnościami zwrócił uwagę władz zakonnych, które wysłały go do Rzymu na Uniwersytet Gregorianum, gdzie uzyskał doktorat z filozofii. Po powrocie do Holandii przez prawie 15 lat był wykładowcą filozofii na uniwersytecie w Oss. W 1923 r. objął katedrę filozofii i historii mistyki na Uniwersytecie w Nijmegen, a w roku akademickim 1932/1933 był rektorem tej uczelni. “Nie wolno nam w naszym sercu oddzielać Boga od świata – mówił do studentów. Musimy raczej świat oglądać na tle Boga”.

         Holenderski zakonnik był nie tylko nauczycielem akademickim, ale także dziennikarzem i tłumaczem. Przełożył na język holenderski prace św. Teresy z Avila. Założył czasopismo o tematyce maryjnej, był redaktorem naczelnym miejscowej gazety, zorganizował katolicką bibliotekę publiczną. Był też ojcem duchowym holenderskich dziennikarzy. Cieszył się dużym zaufaniem arcybiskupa Utrechtu, który mianował go asystentem kościelnym czasopism wydawanych w ówczesnej Holandii.

         Od 1934 r. o. Tytus odważnie występował przeciw ideologii faszystowskiej i nazistowskiej. Dostrzegał jej niebezpieczeństwa, otwarcie krytykował i przestrzegał przed lekceważeniem. Stanowczo podkreślał, że żadna katolicka gazeta czy książka nie może zawierać nazistowskiej propagandy.

         Kiedy w 1940 r. hitlerowskie Niemcy zajęły Holandię, o. Tytus znalazł się w niebezpieczeństwie. Gestapo śledziło każdy jego krok. W grudniu 1941 r. napisał list do dyrektorów wszystkich katolickich czasopism, zachęcając ich do walki z ideologią hitlerowską. Występował też przeciwko antyżydowskim rozporządzeniom, sprzeciwiając się wydalaniu ze szkół dzieci i młodzieży pochodzenia żydowskiego.

         W styczniu 1942 r. został aresztowany. Przeszedł przez kilka więzień, aby w kwietniu 1942 r. znaleźć się w obozie koncentracyjnym w Dachau. Traktowano go tu szczególnie brutalnie, chcąc złamać jego moralny opór wobec nazizmu. Był bity, poniewierany, a przy tym zmuszany do ciężkiej pracy fizycznej. Po krótkim czasie zupełnie opadł z sił. Wtedy przeniesiono go do obozowego szpitala, gdzie dobity został zastrzykiem fenolu. Ciało o. Tytusa zostało spalone w krematorium.

         “Pielęgniarka, która 26 lipca 1942 r. dała mu śmiertelny zastrzyk, oświadczyła po latach, że pozostała żywa w jej pamięci twarz tego kapłana, który jej współczuł. (…) I twarz ojca Tytusa jawi się dzisiaj przed nami. Kontemplujemy na niej świetlany uśmiech chwały Bożej” – mówił Jan Paweł II podczas beatyfikacji.

    W maju 2022 r. papież Franciszek ogłosił Tytusa świętym Kościoła powszechnego.

         Błogosławiony Tytus jest czczony w zakonie karmelitańskim, a także w Nijmegen w Holandii, gdzie dedykowany jest mu kościół. W holenderskim mieście Bolsward znajduje się poświęcone mu muzeum.


    Wojciech Świątkiewicz/Tygodnik IDZIEMY

    ______________________________________________________________________________________________________________

    26 lipca

    Święci Anna i Joachim,
    rodzice Najświętszej Maryi Panny

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Maria Pierina De Micheli, dziewica
    ***
    Ewangelie nie przekazały o rodzicach Maryi żadnej wiadomości. Milczenie Biblii dopełnia bogata literatura apokryficzna. Ich imiona są znane jedynie z apokryfów Protoewangelii Jakuba, napisanej ok. roku 150, z Ewangelii Pseudo-Mateusza z wieku VI oraz z Księgi Narodzenia Maryi z wieku VIII. Najbardziej godnym uwagi może być pierwszy z wymienionych apokryfów, gdyż pochodzi z samych początków chrześcijaństwa, stąd może zawierać ziarna prawdy zachowanej przez tradycję. Anna pochodziła z rodziny kapłańskiej z Betlejem. Hebrajskie imię Anna w języku polskim znaczy tyle, co “łaska”. Od IV wieku do dzisiaj pokazuje się

    Święta Anna z Maryją

    przy Sadzawce Owczej w Jerozolimie miejsce, gdzie stał dom Anny i Joachima. Obecnie wznosi się na nim trzeci z kolei kościół. Wybudowali go krzyżowcy.
    Św. Anna jest patronką diecezji opolskiej, miast, m.in. Hanoveru, oraz kobiet rodzących, matek, wdów, położnic, ubogich robotnic, górników kopalni złota, młynarzy, powroźników i żeglarzy.

    Święty Joachim z Maryją

    Joachim miał pochodzić z zamożnej i znakomitej rodziny z Galilei. Już samo jego imię miało być prorocze, gdyż oznacza tyle, co “przygotowanie Panu”. W dawnej Polsce czczony był jako “protektor Królestwa”. Kiedy Maryja była jeszcze dzieckiem, miał pożegnać ziemię. Razem ze św. Anną patronują małżonkom.
    Od dawna biblistów interesował problem, dlaczego Ewangeliści podają dwie odrębne genealogie Pana Jezusa: inną przytacza św. Mateusz (Mt 1, 1-18), a inną – św. Łukasz (Łk 3, 23-38). Przyjmuje się dzisiaj dość powszechnie, że św. Mateusz podaje rodowód Chrystusa Pana wymieniając przodków św. Józefa, podczas gdy św. Łukasz przytacza rodowód Pana Jezusa wymieniając przodków Maryi. Według takiej interpretacji ojcem Maryi nie byłby wtedy św. Joachim, ale Heli. Być może imię Joachim jest apokryficzne. Możliwe także, że Heli miał drugie imię Joachim. Sprawa jest nadal otwarta.

    Święci Joachim i Anna, rodzice Maryi

    Apokryficzna Protoewangelia Jakuba z II wieku podaje, że Anna i Joachim byli bezdzietni. Małżonkowie daremnie modlili się i dawali hojne ofiary na świątynię, aby uprosić sobie dziecię. Joachim, będąc już w podeszłym wieku, udał się na pustkowie i tam przez dni 40 pościł i modlił się o Boże miłosierdzie. Wtedy zjawił mu się anioł i zwiastował, że jego prośby zostały wysłuchane, gdyż jego małżonka Anna da mu Dziecię, które będzie radością ziemi. Tak też się stało. Przy narodzinach ukochanej Córki, której według zwyczaju piętnastego dnia nadano imię Maria, była najbliższa rodzina. W rocznicę tych narodzin urządzono wielką radosną uroczystość. Po urodzeniu się Maryi, spełniając uprzednio złożony ślub, rodzice oddali swą Jedynaczkę na służbę w świątyni. Kiedy Maryja miała 3 lata, oddano Ją do świątyni, gdzie wychowywała się wśród swoich rówieśnic, zajęta modlitwą, śpiewem, czytaniem Pisma świętego i haftowaniem szat kapłańskich. Wcześniej miał pożegnać świat Joachim. Według jednej z legend Annie przypisuje się trinubium – po śmierci Joachima miała wyjść jeszcze dwukrotnie za mąż.Kult świętych Joachima i Anny był w całym Kościele – a więc także na Wschodzie – bardzo dawny i żywy. W miarę jak rozrastał się kult Matki Chrystusa, wzrastała także publiczna cześć Jej rodziców. Już w IV/V w. istniał w Jerozolimie kościółek przy dawnej sadzawce Betesda w pobliżu świątyni pod wezwaniem św. Joachima i św. Anny. Tu nawet miał być według podania ich grób. Inni miejsce grobu sytuowali przy wejściu na Górę Oliwną. Cesarz Justynian wystawił w Konstantynopolu około roku 550 bazylikę ku czci św. Anny. Kazania o św. Joachimie i św. Annie wygłaszali na Wschodzie święci tej miary, co św. Epifaniusz (+ 403), św. Sofroniusz (+ po 638), św. Jan Damasceński (+ ok. 749), św. German, patriarcha Konstantynopola (+ 732), św. Andrzej z Krety (+ 750), św. Tarazjusz, patriarcha Konstantynopola (+ 806), a na Zachodzie: św. Fulbert z Chartres (+ 1029), św. Bernardyn ze Sieny (+ 1444) czy bł. Władysław z Gielniowa (+ 1505).
    Szczególną czcią była zawsze otaczana św. Anna. Jej kult był i jest do dnia dzisiejszego bardzo żywy. Na Zachodzie pierwszy kościół i klasztor św. Anny stanął w roku 701 we Floriac koło Rouen. Dowodem popularności św. Anny jest także to, że jej imię było i dotąd jest często nadawane dziewczynkom. Bardzo liczne są też kościoły i sanktuaria pod jej wezwaniem. Ku czci św. Anny powstało 5 zakonów żeńskich. W dawnej liturgii poświęcono św. Annie aż 118 hymnów i 36 sekwencji (wiek XIV-XVI).Święta Anna Samotrzecia
    Polska chlubi się wieloma sanktuariami św. Anny: na Górze św. Anny w pobliżu Brzegu Głogowskiego, w Jordanowie, w Selnikach, w Grębocicach, w Stoczku koło Lidzbarka Warmińskiego, w Kamiance. Największej jednak czci doznaje św. Anna w Przyrowie koło Częstochowy i na Górze Św. Anny koło Opola. Sanktuarium opolskie należy do najsłynniejszych w świecie – tak dalece, że figura św. Anny doczekała się uroczystej koronacji papieskimi koronami 14 września 1910 r. Sanktuarium to nawiedził św. Jan Paweł II 21 czerwca 1983 roku podczas swej drugiej pielgrzymki do Polski. Cudowna figura św. Anny wykonana jest z drzewa bukowego i liczy 66 cm wysokości. Przedstawia ona św. Annę piastującą dwoje dzieci: Maryję, której była matką, i Pana Jezusa, dla którego była babką (św. Anna Samotrzecia). Wszystkie trzy figury są koronowane. Początkowo była tylko jedna postać św. Anny (wiek XV). Potem dodano postacie Maryi i Jezusa (wiek XVII), umieszczając je przy głowie św. Anny.Liturgiczny obchód ku czci rodziców Maryi pojawił się najpierw na Wschodzie. Wprowadził go w 710 r. cesarz Justynian II pod tytułem Poczęcie św. Anny. Wspomnienie obchodzono w różnych dniach, łącznie (św. Joachima i św. Anny) lub oddzielnie. Na Zachodzie wprowadzono je późno. W Neapolu jest znane w wieku X. Papież Urban VI bullą Splendor aeternae gloriae z 21 czerwca 1378 r. zezwolił na obchodzenie tego święta w Anglii. Juliusz II w 1522 r. rozszerzył je na cały Kościół i wyznaczył na 20 marca. Paweł V zniósł jednak to święto w 1568 r., opierając swoją decyzję na tym, że o rodzicach Maryi z ksiąg Pisma świętego nic nie wiemy. Przeważyła jednak opinia, że należy im się szczególna cześć. Dlatego Grzegorz XIII święto Joachima i Anny ponownie przywrócił (1584). Z tej okazji wyznaczył jako dzień pamięci 26 lipca. Papież św. Pius X w 1911 roku wprowadził osobno święto św. Joachima, wyznaczając dzień pamiątki na 16 sierpnia. Św. Anna miała nadal swoje święto dnia 26 lipca. Reforma liturgiczna z roku 1969 połączyła na nowo imiona obojga pod datą 26 lipca.

    Święci Joachim i Anna, rodzice Maryi

    W ikonografii św. Anna ukazywana jest w scenach z apokryfów oraz obrazujących życie Maryi. Przedstawiana jako starsza kobieta z welonem na głowie. Ulubionym tematem jest św. Anna ucząca czytać Maryję. Niektóre jej atrybuty: palec na ustach, księga, lilia.
    Św. Joachim ukazywany jest jako starszy, brodaty mężczyzna w długiej sukni lub w płaszczu. Występuje w licznych cyklach mariologicznych oraz z życia św. Anny. Jego atrybutami są: anioł, Dziecię Jezus w ramionach, dwa gołąbki w dłoni, na zamkniętej księdze lub w małym koszyku, jagnię u stóp, laska, kij pasterski, księga, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Słyszałem twój płacz

    Słyszałem twój płacz
    Św. Joachim i św. Anna przyprowadzają Maryję do świątyni/fot. Henryk Przondziono/ Gość Niedzielny

    ***

    Byli rodzicami najpiękniejszej córki Izraela. Jedynej, która została wybrana z nieprzebranego tłumu pięknych żydowskich kobiet na matkę samego Mesjasza.

    Czy zdawali sobie sprawę z tego, że ich córka patrzy na świat przez inny pryzmat niż rówieśnicy? Czy przeczuwali, że jest wyjątkowa, niepokalana, przeczysta? Skażeni grzechem pierworodnym, nie potrafimy sobie nawet wyobrazić takiego stanu: życia w absolutnej czystości, bez najmniejszej chęci zemsty, ironii, potępienia, odwetu, osądzania, wyniosłości…

    Wedle tradycji już samo narodzenie Maryi miało być cudem. Sędziwa, bezdzietna Anna doczekała się odpowiedzi z nieba, gdy ufnie wołała w sytuacji nie do rozwiązania. Pan Bóg, jak to ma często w zwyczaju, zdziałał cud „pięć po dwunastej”.

    Wraz z mężem Joachimem bardzo długo czekali na dziecko. Jak Sara i Abraham zmagali się ze Słowem. Apokryficzna Protoewangelia Jakuba, napisana ok. 140 roku po narodzeniu Jezusa, opisuje modlitwę Anny (pochodziła z rodziny kapłańskiej z Betlejem, a jej imię oznacza „łaska”), dla której bezpłodność, uważana przez Izraelitów za hańbę, była prawdziwym dramatem.

    Wyszła na spacer do ogrodu, usiadła pod krzakiem wawrzynu i w poczuciu kompletnej bezradności rozpłakała się: „Biada mi! Któż mnie zrodził, jakież łono mnie wydało? Zostałam bowiem zrodzona przeklęta wobec synów Izraela. Bo stałam się przedmiotem obelg, zelżona, wyszydzono mnie i wygnano ze świątyni Pana, Boga mojego! Biada mi! Nie stałam się nawet podobną tej ziemi, bo ziemia wydaje swe owoce w czasie sposobnym i chwali Cię, Panie”. Gdy „żaliła się, przybył anioł Pański i oznajmił jej, że pocznie i porodzi, a potomstwo jej będzie sławione na całej ziemi”.

    Podobne widzenie miał otrzymać poszczący przez czterdzieści dni i nocy pochodzący z zamożnej galilejskiej rodziny Joachim. Jego prorocze imię oznacza „przygotowanie Panu”.

    Wedle tradycji mieszkali w jerozolimskiej dzielnicy Bezetha, leżącej wówczas poza murami Miasta Pokoju. Małżonkowie (oboje w podeszłym wieku) doświadczyli odpowiedzi z nieba. Swą malutką córeczkę nazwali Mariam, co można przetłumaczyć jako Kropelka. Wedle tradycji rodzice z wdzięczności oddali trzylatkę na wychowanie do tętniącej życiem jerozolimskiej świątyni. Miała przebywać tam do dwunastego roku życia, do zaślubin z Józefem. Historię tę poznajemy znów dzięki Protoewangelii Jakuba, a opis powtarzają również apokryfy z VI wieku: „Księga Narodzin Błogosławionej Maryi i Dziecięctwa Zbawiciela” oraz „Ewangelia Narodzenia Maryi”. Pamiętajmy, że te pisma, powstałe „na marginesie” Ewangelii, pełne są koloryzacji i przejaskrawień i nie wchodzą do oficjalnego kanonu ksiąg uznanych przez Kościół.

    Joachim i Anna przedstawili Bogu Maryję. Oddali Ją kapłanowi Zachariaszowi i powiedzieli: „Panie, to dziecko należy do Ciebie”. „I przyjął je kapłan, i ucałowawszy, pobłogosławił i rzekł: »Pan Bóg wywyższy twe imię pośród wszystkich narodów. Na tobie w dniach ostatecznych ukaże Pan zbawienie synom Izraela«. I posadził ją na trzecim stopniu ołtarza, i Pan zesłał na nią łaskę, i zatańczyła na swych nóżkach, i ukochał ją cały dom Izraela”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    _____________________________________________________________________________

    Co bł. kard. Wyszyński mówił o babciach i dziadkach?

    Co bł. kard. Wyszyński mówił o babciach i dziadkach?
    Instytut Prymasowski Stefana Kardynała Wyszyńskiego

    ***

    Dziadkowie są często pierwszymi wychowawcami i nauczycielami. Rozpieszczają, przekazują wiarę, uczą pracowitości i są strażnikami rodzinnych opowieści. W nauczaniu Kościoła podkreśla się godność, mądrość i doświadczenie życiowe osób starszych. Papież Franciszek nazywa dziadków „strażnikami i gwarantami wiary, którzy zachowują pamięć Kościoła i przekazują ją młodym pokoleniom”. O darze obecności osób starszych w rodzinie przypominał w swoim nauczaniu bł. kard. Stefan Wyszyński.

                Nie ma nic piękniejszego niż uśmiech dziadków trzymających w ramionach nowo narodzonego wnuka lub wnuczkę. Pierwsze spojrzenie, przytulenie – od tego momentu powstaje więź na całe życie. Bycie babcią i dziadkiem to praca w niepełnym wymiarze godzin, która przynosi ogromną radość i satysfakcję. Dziadkowie zajmują kluczowe miejsce w rodzinach. Są strażnikami rodzinnych opowieści, dostawcami porad życiowych i mają ogromne pokłady cierpliwości. Nic dziwnego, że czujemy potrzebę okazywania im wdzięczności. Bez nich nasze życie wyglądałoby zupełnie inaczej! Z nimi uczymy się modlitw, poznajemy Pismo Święte, nabieramy doświadczeń i wskazówek, które są przydatne w dorosłym życiu. Ewangelia wg św. Mateusza rozpoczyna się od genealogii Jezusa, przypomina o jego przodkach.

    Dziadkowie to drudzy rodzice

                W nauczaniu Kościoła Katolickiego osoby starsze zajmują znaczące miejsce. Podkreśla się ich godność, szczególne posłannictwo oraz miłość.  Tematyka rodziny zajmowała szczególne miejsce w nauczaniu papieży, widoczna była w wypowiedziach Jana Pawła II czy Benedykta XVI.        Papież Franciszek nazywa dziadków „strażnikami i gwarantami wiary, którzy zachowują pamięć Kościoła i przekazują ją młodym pokoleniom”. W jednym ze swoich przemówień stwierdził, że „dziadkowie i osoby starsze są chlebem, który karmi nasze życie”.

                Dar obecności osób starszych w rodzinie dostrzegał także bł. kard. Stefan Wyszyński. Dziadek kardynała, Piotr Wyszyński umarł, gdy ten miał zaledwie rok. Prymas Tysiąclecia pamiętał i bardzo cenił swoją babcię – Katarzynę, która zmarła, kiedy ks. Wyszyński miał 39 lat.

    Troska Prymasa Tysiąclecia o rodzinę wyrażała się w szacunku i zainteresowaniu każdą osobą, która do niej należy, także i dziadkami. Mówił: „Uczcie się szacunku do tych starszych ludzi, którzy już wypełnili obowiązki swojego życia. Niekiedy są wam tak bardzo pomocni, zastępując pracującą matkę czy nieobecnych rodziców. Czasami są dla was po prostu jakby drugimi rodzicami”.

    Prymas pielęgnował pamięć o dziadkach

                W przemówieniu na XXIV Tydzień Miłosierdzia w 1968 roku, Prymas Tysiąclecia opowiadał jak ważna jest relacja miłości w rodzinie i jak wielką rolę pełnią w środowisku domowym osoby starsze. „W powszechnym dziś dążeniu do nowości nie należy zapominać, że Chrystusa poznała na ziemi naprzód stara Elżbieta, matka Jana Chrzciciela, że spoczął On na ramionach starca Symeona i radował oczy staruszki Anny Prorokini. Jest to przedziwna właściwość ludzi poważnych wiekiem, iż są wrażliwi na sprawy Boże i pełni doświadczonej mądrości. Może właśnie do nich należy przypominać nadchodzącym młodym pokoleniom odwieczne prawo Boże, które uczy najskuteczniej miłości w środowisku domowym” – mówił.

    Jak podkreśla w rozmowie z Family News Service Marian Romaniuk, znawca życia kard. Wyszyńskiego i autor wielu książek o jego życiu i posłudze, Prymas Tysiąclecia miał wielki szacunek do dziadków i osób starszych, pielęgnował pamięć o swoich przodkach. – „W młodości jeździł do miejsca zamieszkania swoich dziadków. Są na ten temat dokumenty i wielokrotnie powtarza o tym także Andrzej Karp, krewny kard. Wyszyńskiego (jego dziadek był rodzonym bratem matki Wyszyńskiego – Julianny Wyszyńskiej z d. Karp – przyp. aut.). Prymas często odwiedzał także miejsce pochówku swoich dziadków w Andrzejewie” – mówi Family News Service Marian Romaniuk. Kard. Stefan Wyszyński podkreślał ważność rodziny wielopokoleniowej.

    Osoby starsze potrzebują miłości i zainteresowania

                Prymas tłumaczył, że wychowanie do miłości nigdy się nie kończy i jest przekazywane z pokolenia na pokolenie. Na zakończenie cyklu wykładów poświęconych zagadnieniu małżeństwa i rodziny, 9 czerwca 1969 roku, wyjaśniał: „Miłość dwojga przechodzi na potomstwo, idzie w przyszłość, z pokolenia na pokolenie. Bo miłość trwa i nigdy nie umiera. (…) Tak samo w rodzinie zaczyna się od miłości, bo Autorem rodziny jest Ojciec Niebieski, który jest Miłością. Miłość więc ma trwać i towarzyszyć rodzinie w drodze. Ma być ona przekazywana następnym pokoleniom. Ona prowadzi nas przez ziemię, pomagając wypełnić obowiązki stanu, zawodu, powołania. Na skrzydłach miłości rodzinnej, miłość przechodzi na naród i państwo, i wraca do Ojca naszego Niebieskiego, od którego pochodzi”.

    Z domu rodzinnego swoich dziadków wyniósł kard. Wyszyński miłość do Ojczyzny i patriotyzm. Jego dziadek walczył w Powstaniu Styczniowym; został nawet karnie wysiedlony z Podlasia i zamieszkał we wsi Kamieńczyk koło Radzymina. Julianna Wyszyńska, matka ks. Wyszyńskiego, zmarła, gdy ten był jeszcze dzieckiem. Opiekę nad nim przejęła babcia Katarzyna.           – „Ona opowiadała mu o dziadku, uczyła postawy patriotycznej i miłości do Ojczyzny i języka polskiego” – tłumaczy Marian Romaniuk. Wartości wyniesione z domu rodzinnego miały wpływ na tematykę jego kazań, homilii i przemówień.

                Prymasowi Tysiąclecia bliska była potrzeba otoczenia osób starszych szczególną opieką i troską. 1 sierpnia 1971 roku na Jasnej Górze mówił: „Jest, niestety, w naszej Ojczyźnie kategoria ludzi ‘niechcianych’. Mówi się o dzieciach ‘niechcianych’. Trzeba pamiętać i o starcach ‘niechcianych’. O tych, którzy mają swoje zasługi: wykonali zadanie życiowe, wychowali dzieci i wykształcili je, odejmując sobie nieraz od ust – a dzisiaj wydają się być niepotrzebni. W każdej rodzinie parafialnej istnieje duża grupa ludzi samotnych, opuszczonych, starców i chorych. Kto się nimi zajmie?”.

                Z okazji Dnia Babci i Dziadka swoją obecnością możemy zaskoczyć dziadków. To możliwość, aby ich odwiedzić, potrzymać za rękę, chwilę porozmawiać i uśmiechnąć się do siebie. Sfera uczuć bowiem łączy pokolenia. A wychowanie w miłości, o czym tak wiele razy wspominał bł. kard. Stefan Wyszyński, jest gwarancją kierunku rozwój przyszłych pokoleń i narodu.

    Family News Service/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    25 lipca

    Święty Jakub Starszy, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Krzysztof, męczennik
      •  Święta Olimpia
      •  Święta Maria del Carmen Sallés y Barangueras, dziewica
    ***
    Święty Jakub Większy

    Wśród apostołów było dwóch Jakubów. Dla odróżnienia nazywani są Większym i Mniejszym albo też Starszym i Młodszym. Prawdopodobnie nie chodziło w tym wypadku o ich wiek, ale o kolejność przystępowania do grona Apostołów. Rozróżnienie to wprowadził już św. Marek (Mk 15, 40). Imię Jakub pochodzi z hebrajskiego “aqeb”, oznaczającego “chronić” – a zatem znaczy “niech Jahwe chroni”. Etymologia ludowa tłumaczy to imię jako “pięta”. Według Księgi Rodzaju, kiedy Jakub, wnuk Abrahama, rodził się jako bliźniak Ezawa, miał go trzymać za piętę (Rdz 25, 26).
    Św. Jakub Większy jest tym, który jest wymieniany w spisie Apostołów wcześniej – był powołany przez Jezusa, razem ze swym bratem Janem, jako jeden z Jego pierwszych uczniów (Mt 4, 21-22): święci Mateusz i Łukasz wymieniają go na trzecim miejscu, a święty Marek na drugim. Jakub i jego brat Jan byli synami Zebedeusza. Byli rybakami i mieszkali nad jeziorem Tyberiadzkim. Ewangelie nie wymieniają bliżej miejscowości. Być może pochodzili z Betsaidy, podobnie jak święci Piotr, Andrzej i Filip (J 1, 44), gdyż spotykamy ich razem przy połowach. Św. Łukasz zdaje się to wprost narzucać, kiedy pisze, że Jan i Jakub “byli wspólnikami Szymona – Piotra” (Łk 5, 10). Matką Jana i Jakuba była Salome, która należała do najwierniejszych towarzyszek wędrówek Chrystusa Pana (Mk 15, 40; Mt 27, 56).Jakub został zapewne powołany do grona uczniów Chrystusa już nad rzeką Jordan. Tam bowiem spotykamy jego brata, Jana (J 1, 37). Po raz drugi jednak Pan Jezus wezwał go w czasie połowu ryb. Wspomina o tym św. Łukasz (Łk 5, 1-11), dodając nowy szczegół – że było to po pierwszym cudownym połowie ryb.
    Jakub należał do uprzywilejowanych uczniów Pana Jezusa, którzy byli świadkami wskrzeszenia córki Jaira (Mk 5, 37; Łk 8, 51), przemienienia na górze Tabor (Mt 17, 1nn; Mk 9, 1; Łk 9, 28) oraz modlitwy w Ogrójcu (Mt 26, 37). Żywe usposobienie Jakuba i Jana sprawiło, że Jezus nazwał ich “synami gromu” (Mk 3, 17). Chcieli bowiem, aby piorun spadł na pewne miasto w Samarii, które nie chciało przyjąć Pana Jezusa z Jego uczniami (Łk 9, 55-56). Jakub był wśród uczniów, którzy pytali Pana Jezusa na osobności, kiedy będzie koniec świata (Mk 13, 3-4). Wreszcie był on świadkiem drugiego, także cudownego połowu ryb, kiedy Chrystus ustanowił Piotra głową i pasterzem swojej owczarni (J 21, 2). Ewangelie wspominają o Jakubie Starszym na 18 miejscach, co łącznie obejmuje 31 wierszy. W porównaniu do innych Apostołów – jest to bardzo dużo.

    Święty Jakub Większy

    Dzieje Apostolskie wspominają o św. Jakubie dwa razy: kiedy wymieniają go na liście Apostołów (Dz 1, 13) oraz przy wzmiance o jego męczeńskiej śmierci. Z tej okazji św. Łukasz tak pisze: “W tym samym czasie Herod zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana…” (Dz 12, 1-2). Jakuba stracono w 44 r. bez procesu – zapewne po to, aby nie przypominać ludowi procesu Chrystusa i nie narazić się na jakieś nieprzewidziane reakcje. Było to więc posunięcie taktyczne. Dlatego także zapewne nie kamieniowano św. Jakuba, ale ścięto go w więzieniu. Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła (w. IV), pisze, że św. Jakub ucałował swojego kata, czym tak dalece go wzruszył, że sam kat także wyznał Chrystusa i za to sam natychmiast poniósł śmierć męczeńską. Jakub był pierwszym wśród Apostołów, a drugim po św. Szczepanie, męczennikiem Kościoła (zgodnie z przepowiednią Chrystusa – Mk 10, 39).
    W średniowieczu powstała legenda, że św. Jakub udał się zaraz po Zesłaniu Ducha Świętego do Hiszpanii. Do dziś św. Jakub jest pierwszym patronem Hiszpanii i Portugalii.

    Święty Jakub Większy

    Według tradycji, w VII wieku relikwie św. Jakuba miały zostać sprowadzone z Jerozolimy do Compostelli w Hiszpanii. Nazwa Compostella ma się wywodzić od łacińskich słów Campus stellae (Pole gwiazdy), bowiem relikwie Świętego, przywiezione najpierw do miasta Iria, zaginęły – dopiero w IX w. miał je odnaleźć biskup, prowadzony cudowną gwiazdą. Hiszpańska nazwa Santiago znaczy zaś po polsku “święty Jakub”. Te dwie nazwy łączy się w jedno, stąd nazwa miasta brzmi dziś Santiago de Compostella. Do dziś znajduje się tam grób św. Jakuba. W wiekach średnich po Ziemi Świętej i Rzymie było to trzecie sanktuarium chrześcijaństwa. W katedrze genueńskiej oglądać można artystyczny relikwiarz ręki św. Jakuba, wystawiany na pokaz podczas rzadkich okazji.
    Święty jest patronem Hiszpanii i Portugalii; ponadto m. in. zakonów rycerskich walczących z islamem, czapników, hospicjów, szpitali, kapeluszników, pielgrzymów, sierot.
    W ikonografii św. Jakub przedstawiany jest jako starzec o silnej budowie ciała w długiej tunice i w płaszczu lub jako pielgrzym w miękkim kapeluszu z szerokim rondem. Jego atrybutami są: bukłak, kij pielgrzyma, księga, miecz, muszla, torba, turban turecki, zwój.



    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    Święty Jakub Większy, Apostoł

    Święty Jakub Większy, Apostoł
    Św. Jakub Większy – Apostoł/Albrecht Durer(PD)

    ***

    (…) Ten Jakub, wraz z Piotrem i Janem, należy grupy trzech uczniów uprzywilejowanych, dopuszczonych przez Jezusa do udziału w ważnych chwilach Jego życia.

    Drodzy bracia i siostry,

    kontynuujemy cykl portretów Apostołów, wybranych przez samego Jezusa w czasie Jego życia ziemskiego. Mówiliśmy o świętym Piotrze i o jego bracie Andrzeju. Dzisiaj spotykamy postać Jakuba. Biblijna lista Dwunastu wymienia dwie osoby o tym imieniu: Jakuba, syna Zebedeusza i Jakuba, syna Alfeusza (por. Mk 3, 17.18; Mt 10, 2-3), których rozróżnia się powszechnie przydomkami: Jakub Starszy i Jakub Młodszy. Określenia te nie są oczywiście miarą ich świętości, odzwierciedlają jedynie różne znaczenie, jakie przypisują im teksty Nowego Testamentu, a zwłaszcza jakie mieli w ramach ziemskiego życia Jezusa. Dzisiaj skupimy naszą uwagę na pierwszym z tych imienników.

    Imię Jakub jest tłumaczeniem formy Iákobos – greckiego brzmienia imienia sławnego patriarchy Jakuba. Nazwany tak apostoł jest bratem Jana i we wspomnianych spisach zajmuje drugie miejsce, zaraz po Piotrze, u Marka (3, 17) lub trzecie, po Piotrze i Andrzeju w Ewangeliach Mateusza (10, 2) i Łukasza (6, 14), podczas gdy w Dziejach Apostolskich wymieniony jest po Piotrze i Janie (1, 13). Ten Jakub, wraz z Piotrem i Janem, należy grupy trzech uczniów uprzywilejowanych, dopuszczonych przez Jezusa do udziału w ważnych chwilach Jego życia.

    Ponieważ jest bardzo gorąco, chciałbym skrócić [swe rozważania] i wspomnieć tu jedynie o dwóch z tych zdarzeń. Mógł on uczestniczyć razem z Piotrem i Janem w chwili konania Jezusa w ogrodzie Getsemani i w wydarzeniu Przemienienia Jezusa. Chodzi więc o sytuacje bardzo różne i różniące się między sobą: w jednym przypadku Jakub wraz z pozostałymi dwoma Apostołami doświadcza chwały Pana, widzi Go rozmawiającego z Mojżeszem i Eliaszem, widzi w Jezusie boski blask; w drugim wydarzeniu staje w obliczu cierpienia i upokorzenia, widzi na własne oczy, jak Syn Boży poniża się, okazując posłuszeństwo aż do śmierci. Bezsprzecznie to drugie przeżycie było dla niego okazją do osiągnięcia dojrzałości w wierze, do skorygowania jednostronnej, triumfalistycznej interpretacji tego pierwszego doświadczenia: musiał on zobaczyć, że Mesjasz, oczekiwany przez naród żydowski jako triumfator, w rzeczywistości okryty był nie tylko czcią i chwałą, ale również cierpieniem i słabością. Chwała Chrystusa urzeczywistnia się właśnie w Krzyżu, w udziale w naszych cierpieniach.

    To dojrzewanie wiary dopełnione zostało przez Ducha Świętego w dniu Pięćdziesiątnicy, tak iż Jakub, gdy nadeszła chwila najwyższego świadectwa, nie cofnął się. Na początku lat czterdziestych I wieku król Herod Agrypa, wnuk Heroda Wielkiego, jak opisuje to Łukasz, “zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana” (Dz 12, 1-2). Lakoniczność tej wiadomości, pozbawionej jakichkolwiek szczegółów narracyjnych, pokazuje z jednej strony, jak bardzo czymś normalnym dla chrześcijan było dawanie świadectwa Panu własnym życiem, z drugiej zaś, że Jakub był wybijającą się postacią w Kościele jerozolimskim, również ze względu na rolę odegraną podczas ziemskiego życia Jezusa.

    Późniejsza tradycja, datująca się co najmniej od Izydora z Sewilli, mówi o pobycie Apostoła w Hiszpanii w celu ewangelizowania tego ważnego regionu cesarstwa rzymskiego. Według innej tradycji, to jego ciało miało zostać przywiezione do Hiszpanii, do miasta Santiago de Compostela. Jak wszyscy wiemy, miejsce to stało się przedmiotem wielkiej czci i jest do dzisiaj celem licznych pielgrzymek, i to nie tylko z Europy, ale z całego świata. I tym tłumaczy się ikonografię przedstawiającą Jakuba z pielgrzymim kijem w ręku i ze zwojem Ewangelii, typowymi dla wędrownego apostoła, oddanego głoszeniu “dobrej nowiny” i charakterystycznymi dla pielgrzymowania przez życie chrześcijańskie.

    Od św. Jakuba możemy się więc wiele nauczyć: gotowości do przyjęcia Pańskiego wezwania nawet wtedy, gdy każe nam pozostawić “łódź” naszej ludzkiej pewności, entuzjazmu w pójściu za Nim drogami, które On wskazuje, z pominięciem wszelkiej naszej złudnej zarozumiałości, gotowości do dawania o Nim świadectwa z odwagą, gdy to konieczne, aż po najwyższą ofiarę życia. Tak więc św. Jakub staje przed nami jako wymowny przykład wielkodusznego przylgnięcia do Chrystusa. On, który początkowo, ustami swej matki, prosił o to, by zasiąść wraz z bratem u boku Mistrza w Jego Królestwie, właśnie jako pierwszy wychylił kielich męki i dzielił męczeństwo z Apostołami.

    Na koniec zaś, podsumowując to wszystko, możemy powiedzieć, że droga nie tylko zewnętrzna, lecz przede wszystkim wewnętrzna – od Góry Przemienienia do góry konania, symbolizuje całe pielgrzymowanie życia chrześcijańskiego, pośród prześladowań świata i pocieszenia ze strony Boga, jak powiada Sobór Watykański II. Postępując za Jezusem jak św. Jakub wiemy, że nawet w chwilach trudnych idziemy właściwą drogą.

    katecheza papieża Benedykta XVI z 21.06.2006/wiara.pl

    __________________________________________________________________

    Święty Jakub Starszy, Apostoł

    „W tym samym czasie Herod zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana…” (Dz 12,1-2)

    Atrybuty Świętego Jakuba Starszego :

    Ilu Jakubów?

    Wśród około 50 świętych i błogosławionych noszących to imię dwóch było Apostołów. Dla ich odróżnienia nadano im przydomki: Starszy i Młodszy oraz Większy i Mniejszy. Odróżnienie to wprowadził już św. Marek (Mk 15,40). Zapewne za podstawę wzięto nie wiek, ale moment przyłączenia do grona Apostołów.

    Imię Jakub pochodzi z hebrajskiego „skeb”, co znaczy „pięta”. Bowiem, według Księgi Rodzaju, kiedy Jakub, wnuk Abrahama, rodził się jako bliźniak z Ezawem swoim bratem, miał go trzymać za piętę (Rdz 25,26).

    Brat Jana, syn Zebedeusza, a może kuzyn Jezusa?

    Św. Jakub Starszy był bratem św. Jana Apostoła (M14,21-22). Obaj byli synami Zebedeusza. Byli rybakami i mieszkali nad jeziorem Tyberiadzkim. Ewangelie nie wymieniają bliżej miejscowości. Być może, pochodzili z Betsaidy podobnie jak św. Piotr, Andrzej i Filip (J1,44), gdyż spotykamy ich razem przy połowach. Św. Łukasz zdaje się nam to wprost narzucać, kiedy pisze, że Jan i Jakub „byli wspólnikami Szymona – Piotra” (Łk 5,10).

    Matką św. Jana i Jakuba była Salome (Mt 15,40), która należała do najwierniejszych towarzyszek wędrówek Chrystusa Pana (Mk 15,40). Czy ze strony matki był św. Jakub kuzynem Pana Jezusa, jak sugerują niektórzy? Raczej nie. Św. Jakub został zapewne powołany do grona uczniów Chrystusa już nad rzeką Jordan. Tam bowiem spotykamy jego brata Jana (J1,37). Po raz drugi jednak Pan Jezus wezwał go w czasie połowu ryb: „Gdy (Jezus) przechodził obok jeziora Galilejskiego ujrzał dwóch braci – Szymona zwanego Piotrem i brata jego Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro i rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych braci: Jakuba syna Zebedeusza i brata jego Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca, i poszli za Nim” (Mt 4,21-22). Św. Łukasz podaje szczegół nowy, że było to po pierwszym cudownym połowie ryb (Łk 5,1-11).

    Spośród Apostołów katalogi wymieniają św. Jakuba Większego zawsze na czołowym miejscu. I tak św. Mateusz i Łukasz dają mu trzecie miejsce po św. Piotrze i Andrzeju (Mt 10,3; Łk 6,14), a św. Marek stawia go zaraz po św. Piotrze na miejscu drugim (Mk 3,17).

    Także Chrystus Pan wyróżniał św. Jakuba. Właśnie on należał do wybranej trójki Apostołów, którzy byli świadkami wskrzeszenia córki Jaira (Mk 5,37; Łk 8,51), Przemienienia Pańskiego (Mt 17,1; Mk 9,1; Łk 9,28), oraz Jego krwawego konania w Ogrójcu (Mt 26,37).

    Św. Jakub miał charakter popędliwy, czym się wyróżniał wśród Apostołów tak dalece, że otrzymał nawet od Chrystusa przydomek „Syn Gromu” (Mk 3,17). Chciał bowiem wraz z Janem, aby piorun spadł na pewne miasto w Samarii, które nie chciało przyjąć Pana Jezusa z Jego uczniami (Łk 9,55-56). Jakub był wśród tych uczniów, którzy pytali Pana Jezusa na osobności, kiedy będzie koniec świata (Mk 13,3-4). Wreszcie był on świadkiem drugiego, także cudownego połowu ryb, kiedy Chrystus ustanowił Piotra głową i pasterzem swojej owczarni (J 27,2).

    Ewangelie wspominają o Jakubie Starszym na 18 miejscach, co łącznie obejmuje 31 wierszy. W porównaniu do innych Apostołów jest to bardzo dużo.

    Pierwszy męczennik wśród Apostołów

    Dzieje Apostolskie wspominają o św. Jakubie dwa razy: kiedy wymieniają go na liście Apostołów (Dz 1,13) oraz przy wzmiance o jego męczeńskiej śmierci. Z tej okazji św. Łukasz tak pisze: „W tym samym czasie Herod zaczął prześladować niektórych członków Kościoła. Ściął mieczem Jakuba, brata Jana…” (Dz 12,1-2). Sprawcą wyroku śmierci na św. Jakuba Większego był król Herod Agryppa I. Jako wnuk Heroda Wielkiego i Hasmonejki Mariamme chciał Żydom okazać, że krew jego narodu płynie w jego żyłach. Dlatego pilnie przestrzegał przepisów prawa Mojżesza i sprawował opiekę nad świątynią w Jerozolimie. Z tych powodów Żydzi bardzo cenili Heroda i łączyli z nim nawet pewne nadzieje. Korzystając z przyjaźni, jaką darzył naród żydowski, Herod Agryppa I, kapłani i starsi nakłonili go, aby rozpoczął prześladowanie Kościoła. Chodziło na pierwszym miejscu o stracenie przywódców. To właśnie ten król po straceniu św. Jakuba kazał natychmiast uwięzić także św. Piotra. Kiedy go pojmał, osadził w więzieniu i oddał pod straż czterech oddziałów, po czterech żołnierzy każdy, zamierzając po święcie Paschy wydać go ludowi (Dz 12,3-4). Jest rzeczą zadziwiającą, dlaczego św. Jakuba stracono bez procesu. Władzę nad całą Palestyną dał Herodowi cesarz Klaudiusz (41-44). Herod jednak niedługo panował, gdyż zmarł nagle rażony apopleksją (Dz 12,20-25).

    Wyrok śmierci bez sądu wykonano zapewne dlatego, aby nie przypominać ludowi procesu Chrystusa Pana i nie narazić się na jakieś nieprzewidziane reakcje. Było to więc posunięcie taktyczne. Dlatego także zapewne nie kamieniowano św. Jakuba, ale go w więzieniu ścięto. Biskup Euzebiusz, pierwszy historyk Kościoła (w. IV), pisze, że św. Jakub ucałował swojego kata, czym go tak dalece wzruszył, że sam kat także wyznał Chrystusa i za to natychmiast poniósł śmierć (Hist. 2,9; 1-4).

    Santiago de Compostela

    W średniowieczu powstała legenda, że św. Jakub, zanim został biskupem Jerozolimy udał się najpierw zaraz po Zesłaniu Ducha Świętego do Hiszpanii. Tradycja ta powstała dlatego, ponieważ w wieku VII miano z Jerozolimy do Santiago de Compostela sprowadzić relikwie św. Jakuba. Palestynę bowiem opanowali Arabowie i była poważna obawa zniszczenia jego grobu. Nadto opowiadano sobie, że w czasie jednej z bitew z Maurami miał się ukazać na niebie św. Jakub w zbroi rycerza i przyczynić się do zwycięstwa chrześcijan.

    Piotr Skarga przyjmuje obecność św. Jakuba w Hiszpanii jako fakt: „Pójdź za Mną, nauczę cię lepszego rzemiosła – iż nie ryby, ale ludzi łowić będziesz. Dziwne rzemiosło, którego się ci uczyć mają, którym opieka dusz ludzkich zleconą jest. Powołany Jakub do onej szkoły i nauki łowienia ludzi, nie dał się takiej myśli zwyciężyć: – Porzucić mi pożywienie i chleb mój każe, a sam nic nie ma… Ojca miłego tak starego i matkę jako opuszczę? Po wzięciu Ducha Świętego puścił się św. Jakub do Hiszpanii tak daleko na zbawienie dusz zabiegając, a mało nie świat wszystek od wschodu aż na zachód ostatniego kraju ziemi przebiegł. O, jaka chęć do pozyskania dusz i wypełnienia rozkazu Pana swego” (Żywoty Świętych).

    W Santiago de Compostela od XI w. znajduje się stolica arcybiskupstwa, a wybudowana tam katedra pod wezwaniem Św. Jakuba została uroczyście konsekrowana w roku 1211. Tam został również założony zakon rycerski Św. Jakuba dla obrony wiary i kraju przed Arabami, którzy najechali w VII wieku także Hiszpanię i kilka wieków ją okupowali. W XIII wieku założono także we Francji inny zakon św. Jakuba dla opieki nad pielgrzymami. Przetrwał on do roku 1672. Święty Jakub jest pierwszym patronem Hiszpanii, a jego grób w Santiago należał w średniowieczu do najsłynniejszych sanktuariów chrześcijaństwa, zajmując trzecie zaszczytne miejsce – po Ziemi Świętej i po Rzymie.

    Santiago de Compostela ma własny uniwersytet założony w roku 1501, wspaniałą bazylikę-katedrę, gdzie mieszczą się relikwie św. Jakuba i kilkanaście innych okazałych i bogatych kościołów. Według tamtejszej legendy w roku 835 biskup miasta Irii, wiedziony przez cudowną gwiazdę, miał odnaleźć grób i relikwie św. Jakuba Apostoła. Alfons II, król Asturii zbudował tu kościół, przy którym rychło powstało miasto. Co roku Compostelę odwiedzają miliony pielgrzymów. Tak więc grób św. Jakuba do dnia dzisiejszego należy do największych sanktuariów na świecie. Przewodnik z XII wieku podaje aż 4 różne szlaki z Europy do Composteli. Umyślnie wybierano sanktuaria, aby je po drodze nawiedzać, np. we Francji: Matki Bożej w Le Puy, św. Marii Magdaleny w Vezeley, św. Leonarda w Saint Leonard, św. Marcjalina w Limoges, św. Fronta w Perignem, św. Marcina w Tours i inne.

    Pielgrzym z kijem lub muszlą

    Andrea del Sarto: Święty Jakub Starszy z dwójką dzieci, olej na płótnie 1528

    Tradycja podaje, że św. Jakub Większy po Zesłaniu Ducha Świętego udał się najpierw do Hiszpanii, żeby tam głosić Dobrą Nowinę. W 830 roku jego relikwie zostały sprowadzone do Hiszpanii, do miejscowości, która otrzymała nazwę Santiago de Compostela. Santiago znaczy Jakub. Na Półwyspie Iberyjskim trwały wówczas walki między chrześcijanami i Arabami. Rycerze chrześcijański ruszając do boju krzyczeli imię świętego, którego z racji ewangelizowania przez niego Hiszpanii, uważali za patrona. Wołali w ludowej łacinie “Sant Iacob” (Święty Jakub), co wkrótce przeszło w “Santiago”. Z kolei Compostela pochodzi od łacińskich słów “Campus Staelle” (Pole gwiazdy). Według tradycji relikwie znalazły się w Hiszpanii już w VII wieku (w miejscowości Iria), ale zaginęły. Odnalazły się w cudowny sposób. Drogę do nich wskazywała gwiazda.
    Przez całe średniowiecze pielgrzymki do grobu świętego były niezwykle popularne. Santiago de Compostela stało się po Ziemi Świętej i Jerozolimie najważniejszym celem ówczesnych peregrynacji. Drogę do Santiago nazywano często Mleczną Drogą – w nawiązaniu do gwiazd, które miały wskazywać grób.
    Nic więc dziwnego, że najważniejszym atrybutem św. Jakuba Starszego jest kij pielgrzymi. Czasem zresztą Apostoł jest przedstawiany w stroju pielgrzymim, z charakterystycznymi muszelkami (Santiago de Compostela leży blisko Atlantyku).

    Rycerz w zbroi

    Juan Carreno de Miranda: Święty Jakub w bitwie pod Calvijo, olej na płótnie, 1660

    Chrześcijańscy rycerze przez cały okres reconquisty (czyli walk o odbicie z rąk arabskich Półwyspu Pirenejskiego) zakończonej dopiero w 1492 roku odzyskaniem Granady, wierzyli, że razem z nimi na niewiernych rzuca się św. Jakub: na koniu, w zbroi i z mieczem, czasem ze sztandarem. Tak święty jest często przedstawiany w sztuce hiszpańskiej.

    Męczennik z mieczem

    Francisco de Zurbaran: Męczeństwo Świętego Jakuba, olej na płótnie 1639

    Św. Jakub Starszy był biskupem Jerozolimy. Poniósł śmierć męczeńską jako pierwszy z apostołów. W 44 roku został ścięty mieczem z rozkazu Heroda Agryppy I, wnuka Heroda I Wielkiego. Dlatego wizerunkom apostoła często towarzyszy miecz.

    Apostoł z księgą

    Iluminowany inicjał ze średniowiecznego Brewiarza Marcina z Aragonii

    Jak każdy apostoł św. Jakub Starszy jest czasem również przedstawiany z księgą.

    syn gromu/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 lipca

    Święta Kinga, dziewica

    Zobacz także:
      •  Święta Krystyna z Bolseny, dziewica i męczennica
      •  Błogosławione dziewice i męczennice Maria Pilar, Teresa i Maria Angeles
      •  Błogosławiona Maria Mercedes Prat, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiona Joanna z Orvieto, dziewica
    ***
    Święta Kinga

    Kinga (Kunegunda) urodziła się w 1234 r. jako trzecia z kolei córka Beli IV, króla węgierskiego z dynastii Arpadów, i jego żony Marii, córki cesarza bizantyjskiego Teodora I Laskarisa. Miała dwóch braci i pięć sióstr, wśród nich były św. Małgorzata Węgierska oraz bł. Jolenta. Św. Elżbieta z Turyngii była jej ciotką.
    O latach młodości Kingi nie wiemy nic poza tym, że do piątego roku życia przebywała na dworze królewskim prawdopodobnie w Ostrzychomiu. Możemy przypuszczać, że otrzymała głębokie wychowanie religijne i pełne jak na owe czasy wykształcenie.
    W Wojniczu małoletnia jeszcze Kinga spotkała się z Bolesławem Wstydliwym; tam też doszło do zawarcia umowy małżeńskiej. Ze względu na małoletność obydwojga były to zrękowiny, po których w kilka lat później miał nastąpić akt właściwych zaślubin.
    Pierwsze swoje lata Kinga spędziła w Sandomierzu pod opieką Grzymisławy i pedagoga Mikuły, wraz ze swoim przyszłym mężem Bolesławem. Były to czasy najazdów Tatarów. Wieści o ich barbarzyńskich mordach dochodziły do Polski coraz bliżej. Na wiadomość o zdobyciu Lublina i Zawichostu Bolesław z Kingą i Grzymisławą opuścili Sandomierz i udali się do Krakowa. Po klęsce wojsk polskich pod Chmielnikiem koło Szydłowa (18 marca 1241 r.) uciekli na Węgry w nadziei, że tam będzie bezpieczniej. Jednak i tu nie znaleźli spokoju. Wojska węgierskie poniosły klęskę nad rzeką Sajo (11 kwietnia 1241 r.). Dlatego Kinga uciekła z Bolesławem na Morawy, gdzie zapewne zatrzymali się w Welehradzie w tamtejszym konwencie cystersów. Wódz tatarski Batu-chan stanął w Krakowie w Niedzielę Palmową, 24 marca; stąd Tatarzy ruszyli na Śląsk.
    Po bitwie pod Legnicą w 1241 r. Tatarzy wycofali się z Polski. Po bohaterskiej śmierci Henryka Pobożnego w bitwie z Tatarami rozgorzała walka o jego dziedzictwo śląskie i krakowskie. Dopiero po pokonaniu Konrada Mazowieckiego młodzi książęta mogli wrócić do Krakowa (1243). Ponieważ zamek w Krakowie, jak też w Sandomierzu, Tatarzy zupełnie zniszczyli, tak że się nie nadawał do zamieszkania, Bolesław i Kinga pozostali w Nowym Korczynie. Tu właśnie Kinga nakłoniła swego przyszłego męża do zachowania dozgonnej czystości, którą ślubowali oboje na ręce biskupa krakowskiego Prandoty. Dlatego historia nadała Bolesławowi przydomek “Wstydliwy”. W tej formie czystości małżeńskiej Kinga spędziła z Bolesławem 40 lat. Wtedy także zapewne Kinga wstąpiła do III Zakonu św. Franciszka. Zaślubiny odbyły się na zamku krakowskim około roku 1247, bowiem wtedy Bolesław był władcą księstwa krakowsko-sandomierskiego. W posagu od ojca Kinga otrzymała 40 000 grzywien srebra, co Szajnocha przeliczył na około 3,5 miliona złotych. Była to ogromna suma.
    Kinga w tym czasie zapewne kilka razy odwiedzała rodzinne Węgry. Sprowadziła stamtąd do Polski górników, którzy dokonali pierwszego odkrycia złoży soli w Bochni (1251). Stąd powstała piękna legenda o cudownym odkryciu soli. Aby dopomóc w odbudowaniu zniszczonego przez Tatarów kraju, Kinga ofiarowała Bolesławowi część swojego posagu; Bolesław za to przywilejem z 2 marca 1252 r. oddał jej w wieczyste posiadanie ziemię sądecką. Kinga pomagała Bolesławowi w rządach nad obu księstwami (krakowskim i sandomierskim). Wskazuje na to spora liczba wystawionych przez obu małżonków dokumentów. Hojnie wspierała katedrę krakowską, klasztory benedyktyńskie, cysterskie i franciszkańskie. Ufundowała kościoły w Nowym Korczynie i w Bochni, a zapewne również w Jazowsku i w Łącku. Do Krakowa sprowadziła z Pragi Kanoników Regularnych od Pokuty i wystawiła im kościół św. Marka. Do Krzyżanowic nad Nidą sprowadzono norbertanki, gdzie im wystawiono kościół i klasztor. W Łukowie książę Bolesław osadził templariuszy. Swojej siostrze, bł. Salomei, Bolesław pozwolił i dopomógł wznieść w Zawichoście kościół, klasztor i szpital. Kinga w sposób istotny przyczyniła się do przeprowadzenia kanonizacji św. Stanisława ze Szczepanowa (1253). To ona miała wysłać do Rzymu poselstwo w tej sprawie i pokryć koszty związane z tą misją.
    7 grudnia 1279 r. umarł w Krakowie książę Bolesław Wstydliwy. Długosz wspomina, że biskup krakowski Paweł i niektórzy z panów zaofiarowali Kindze rządy. Kiedy Kinga poczuła się wolna, postanowiła zrezygnować z władzy i oddać się wyłącznie sprawie zbawienia własnej duszy. Upatrzyła sobie klaryski jako zakon dla siebie najodpowiedniejszy. Znała go dobrze, bo już w roku 1245 przyjęła welon i habit klaryski jej ciotka, bł. Salomea, która w tym czasie założyła w Zawichoście pierwszy ich klasztor, w roku 1259 przeniesiony do Skały. Sprawa założenia przez Kingę klasztoru klarysek w Starym Sączu komplikowała się, bo nowy władca Krakowa, Leszek Czarny, nie chciał zgodzić się na tę fundację i odkładał decyzję w obawie, aby nie utracić ziemi sądeckiej, którą Kinga chciała ofiarować klasztorowi na jego utrzymanie. Po czterech latach, w 1284 r., ostatecznie doszło do zgody. Kinga wstąpiła do tego klasztoru już wcześniej (1279), zaraz po śmierci męża. Prawdopodobnie nie zajmowała w klasztorze żadnych urzędów. Jej staraniem była budowa i troska o jego byt materialny. Welon zakonny otrzymała z rąk biskupa Pawła. Jednak śluby zakonne złożyła dopiero, jak to wynika ze szczęśliwie zachowanego dokumentu, 24 kwietnia 1289 roku. Spędziła w Starym Sączu 12 lat, poddając się we wszystkim surowej regule, zatwierdzonej przez Urbana IV w roku 1263.

    Święta Kinga - obraz kanonizacyjny

    Zmarła 24 lipca 1292 r. w Starym Sączu. Beatyfikacja Kingi nastąpiła dopiero za pontyfikatu papieża Aleksandra VIII. Dokonano jej po długim procesie kanonicznym dnia 10 czerwca 1690 r. Dekrety, wydane przez papieża Urbana VIII (1623-1644), zalecały w sprawach beatyfikacyjnych i kanonizacyjnych jak najdalej posuniętą ostrożność i surowość. Kult świątobliwej księżnej trwał jednak od wieków. Sam fakt porzucenia świata i jej wstąpienia do najsurowszego zakonu żeńskiego był dowodem heroicznej świętości Kingi. Pamięć dzieł miłosierdzia chrześcijańskiego, jak również instytucji pobożnych, których była fundatorką, były bodźcem do oddawania jej kultu. Była powszechnie czczona przez okoliczny lud jako jego szczególna patronka. Do jej grobu napływali nieustannie pielgrzymi. Liczne łaski, otrzymane za jej wstawiennictwem, rozsławiały jej imię. Kult bł. Kingi znacznie wzrósł po jej beatyfikacji. Benedykt XIII przyznał jej tytuł patronki Polski i Litwy (31 sierpnia 1715 r.). Jest także patronką diecezji tarnowskiej.
    Kanonizacji Kingi dokonał św. Jan Paweł II w Starym Sączu dnia 16 czerwca 1999 r., podczas swojej przedostatniej pielgrzymki do Polski. Mówił wtedy między innymi: “Mury starosądeckiego klasztoru, któremu początek dała św. Kinga i w którym dokonała swego życia, zdają się dziś dawać świadectwo o tym, jak bardzo ceniła czystość i dziewictwo, słusznie upatrując w tym stanie niezwykły dar, dzięki któremu człowiek w sposób szczególny doświadcza własnej wolności. Tę zaś wewnętrzną wolność może uczynić miejscem spotkania z Chrystusem i z człowiekiem na drogach świętości. U stóp tego klasztoru, wraz ze św. Kingą proszę szczególnie was, ludzie młodzi: brońcie tej swojej wewnętrznej wolności! Niech fałszywy wstyd nie odwodzi was od pielęgnowania czystości! A młodzieńcy i dziewczęta, których Chrystus wzywa do zachowania dziewictwa na całe życie, niech wiedzą, że jest to uprzywilejowany stan, przez który najwyraźniej przejawia się działanie mocy Ducha Świętego”.W ikonografii przedstawiana jest w stroju klaryski lub księżnej, w ręku trzyma makietę klasztoru ze Starego Sącza, czasami bryłę soli, bywa w niej pierścień.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    24 lipca

    Błogosławiona Maria Mercedes Prat,
    dziewica i męczennica

    Błogosławiona Maria Mercedes Prat

    Maria urodziła się 6 marca 1880 r. w Barcelonie, w rodzinie religijnej, która oprócz niej dała Kościołowi także brata – kapłana. Uczyła się u sióstr terezjanek. W wieku 15 lat straciła ojca, rok później matkę. Od młodości interesowała się sztukami pięknymi, była ponadto katechetką w tzw. szkole niedzielnej.
    W roku 1905 wstąpiła w Tortosie do terezjanek. Po nowicjacie pracowała w rozmaitych placówkach zgromadzenia. W roku 1915 mianowano ją konsultorką prowincji. Nieco później podjęła współpracę z przeglądem pedagogicznym o nazwie Iesús Maestro. Była równocześnie sekretarką przełożonej generalnej i asystentką junioratu.
    Wojna domowa zastała ją w San Gervasio. Początkowo siostry znalazły schronienie w prywatnym domu. 22 lipca 1936 r. Mercedes wspólnie z siostrą Joaquiną Miguelą udała się do domu innej z sióstr. W drodze rozpoznano je jako zakonnice. Zamknięto je zaraz razem z innymi. Maltretowano potem w rozmaity sposób i straszono nagłym rozstrzelaniem. W nocy z 22 na 23 lipca obydwie wyprowadzono w końcu na drogę i tam Mercedes została śmiertelnie zraniona. Żyła jeszcze przez parę godzin, cierpiąc i recytując Modlitwę Pańską, Credo i akty strzeliste. Westchnienia te zwróciły uwagę innych milicjantów, którzy zajęli opuszczony posterunek. Do Mercedes strzelono po raz wtóry.
    Zmarła z upływu krwi, modląc się i wyrażając przebaczenie. Joaquina Miguela, która także została postrzelona, ale zdołała przeżyć, stała się później koronnym świadkiem w staraniach o beatyfikację Mercedes. Dokonał jej 29 kwietnia 1990 r. papież św. Jan Paweł II.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    23 lipca

    Święta Brygida Szwedzka, zakonnica,
    patronka Europy

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Wasyl (Bazyli) Hopko, biskup
      •  Święty Jan Kasjan
      •  Błogosławiony Krystyn Gondek, prezbiter i męczennik
      •  Błogosławiony Jan Huguet Cardona, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Brygida

    Brygida urodziła się w 1303 r. na zamku w Finstad koło Uppsali. Jej rodzina była spokrewniona z dynastią królewską w Szwecji. Rodzina ta była bardzo religijna. Ojciec co tydzień przystępował do sakramentów pokuty i Eucharystii. Odbył także podróż do Hiszpanii na grób św. Jakuba w Compostelli.
    Według żywotów Brygida miała od dziecka cieszyć się oznakami szczególnej przyjaźni Pana Jezusa. Kiedy miała 7 lat, ukazała się jej Najświętsza Maryja Panna i złożyła na jej głowie tajemniczą koronę. Trzy lata później zjawił się jej Chrystus na krzyżu. Na widok męki Pana Jezusa Brygida miała zawołać: “O, mój kochany Panie! Kto Ci to zrobił? Nie chcę niczego, jak tylko miłować Ciebie!” Kiedy Brygida miała 12 lat, zmarła jej matka (1314). Ojciec oddał kapłanom sumę 200 marek w złocie, co było dużym majątkiem, prosząc, by modlili się o spokój duszy dla małżonki. Po śmierci żony wziął rodzeństwo Brygidy – Katarzynę i Izraela – na swój zamek, a Brygidę oddał na wychowanie do wujenki na zamku w Aspanas. Surowy tryb życia, jaki na zamku wprowadziła wujenka, odpowiadał Brygidzie, która chciała cała należeć do Chrystusa.
    Wbrew swojej woli Brygida została wydana w czternastym roku życia za syna gubernatora Wastergotlandu, 19-letniego Ulfa Gotmarssona. Po ślubie przeniosła się na zamek męża (1316). Chociaż utratę dziewictwa opłakiwała rzewnymi łzami, umiała w swoim małżeństwie dostrzec wolę Bożą i starała się być dla męża najlepszą żoną. Trafiła też na dobrego człowieka. Dlatego żyli szczęśliwie razem 28 lat (1316-1344). Pałac Brygidy należał do najświetniejszych w kraju. Było w nim zawsze rojno od gości. Brygida dbała o to, by wszyscy wchodzący w jej progi czuli się dobrze. Kierowała domem i gospodarstwem wzorowo, dbała o służbę, z którą codziennie odmawiała pacierze. Nie pozwalała wszakże na żadne pohulanki i zbyt swobodne zachowania.
    Szczególnie jednak była oddana mężowi, okazując mu przywiązanie i wprost matczyną opiekę. Dała mu 4 synów i 4 córki: Martę (1319), Karola (1321), Birgera (1323), Benedykta (1326), Gutmara (1327), św. Katarzynę Szwedzką (1330), Ingeborgę (1332) i Cecylię (1334). Na wychowawców dla swoich dzieci dobierała pedagogów o odpowiednim wykształceniu i głębokiej wierze. Każde dziecko miało inny charakter. Trzeba było ze strony matki wiele subtelności, by uszanować ich osobowość, a nie dopuścić do wypaczenia ich charakterów, bowiem mąż był często poza domem, zajęty sprawami publicznymi. Nie zaniedbała wszakże Brygida wśród tak licznych zajęć rodzinnych troski o własną duszę. Jej kierownikiem duchowym był uczony wiceprzeor cystersów, Piotr Olafsson. Na jej prośbę jeden z kanoników katedry, Maciej, przetłumaczył Pismo święte na język szwedzki, by Brygida mogła w nim się rozczytywać. Na jej życzenie kanonik ten ułożył również komentarze do Pisma świętego.
    W 1332 roku Brygida została powołana na dwór króla Magnusa II w charakterze ochmistrzyni. Korzystając z osobistego majątku, jak też z majątku króla, nad którym otrzymała zaszczytny zarząd, hojnie wspierała kościoły, klasztory i ubogich. W 1339 roku utraciła nieletniego syna. Dla uproszenia błogosławieństwa Bożego dla całej rodziny udała się z pielgrzymką na grób św. Olafa (+ 1030). Tradycją w domu były pielgrzymki do Compostelli. I Brygida wraz z mężem udała się na grób św. Jakuba Apostoła (1342). Pielgrzymka trwała rok. Towarzyszył im spowiednik, cysters Svenung, który później opisał całą podróż. Po powrocie z pielgrzymki Ulf wstąpił do cystersów w Alvastra, gdzie zmarł w lutym 1344 r. Brygida była wolna.

    Święta Brygida

    Postanowiła oddać się wyłącznie służbie Bożej i pełnieniu dobrych uczynków. Długie godziny poświęcała modlitwie. Mnożyła akty umartwienia i pokuty. Naglona objawieniami, pisała listy do możnych tego świata, napominając ich w imię Pana Boga. Królowi szwedzkiemu i zakonowi krzyżackiemu przepowiedziała kary Boże, które też niebawem na nich spadły. W 1352 roku wezwała papieża Innocentego VI, aby powrócił do Rzymu. To samo wezwanie skierowała w imieniu Chrystusa do jego następcy, bł. Urbana V, który też w 1367 roku faktycznie do Rzymu powrócił. Kiedy zaś papież, zniechęcony zamieszkami w Rzymie, powrócił do Awinionu, przepowiedziała mu rychłą śmierć, co się niebawem sprawdziło (+ 1370). Niemniej żarliwie zabiegała o powrót do Rzymu papieża Grzegorza XI. Była hojną dla fundacji kościelnych i charytatywnych. Dom jej stał zawsze otworem dla potrzebujących.
    Z poparciem króla, który na ten cel ofiarował posiadłość w Vadstena, i za zezwoleniem Stolicy Świętej, Brygida założyła nową rodzinę zakonną pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela, zwaną często “brygidkami”. Jej córka, św. Katarzyna Szwedzka, w roku 1374 została jego pierwszą opatką. W roku 1349 Brygida udała się przez Pomorze, Niemcy, Austrię i Szwajcarię do Rzymu, by uzyskać odpust z okazji roku jubileuszowego 1350. Chodziło jej również o zatwierdzenie reguł swojego zakonu. W Rzymie założyła klasztor swojego zakonu.
    Korzystając ze swojej obecności w Italii, Brygida przewędrowała wraz z córką cały kraj, nawiedzając pieszo ważniejsze ówczesne sanktuaria: św. Franciszka w Asyżu, św. Antoniego w Padwie, św. Dominika Guzmana w Bolonii, św. Tomasza z Akwinu w Ortonie, św. Bartłomieja w Benevento, św. Macieja w Salerno, św. Andrzeja Apostoła w Amalfi, św. Mikołaja w Bari oraz św. Michała Archanioła na Monte Gargano. Do Rzymu powróciła dopiero w 1363 roku. W 1372 roku udała się z pielgrzymką do Ziemi Świętej. Miała wówczas 70 lat. Po powrocie do Rzymu, zmęczona podróżą, zmarła 23 lipca 1373 r., w dniu, który przepowiedziała. W jej pogrzebie wzięły udział tłumy wiernych. Był to prawdziwy hołd, jaki złożył jej Rzym. Kroniki głoszą, że z okazji pogrzebu św. Brygidy wielu chorych zostało uzdrowionych. Jej ciało poprzez Korsykę, Styrię, Morawy i Polskę sprowadzono do Szwecji, gdzie złożono w klasztorze w Vadstena, który założyła.
    Dzięki staraniom córki, św. Katarzyny, została kanonizowana już w 1391 r. W 1489 roku złożono relikwie matki i córki, to jest św. Brygidy Szwedzkiej i św. Katarzyny Szwedzkiej, w jednej urnie. Kiedy Szwecja przeszła na protestantyzm (1595), relikwie te zaginęły bezpowrotnie.Brygida pozostawiła po sobie księgę Objawień. Wkrótce znała ją cała Europa. Była wielokrotnie przepisywana. W księdze tej św. Brygida spisała przepowiednie dotyczące Kościoła, papieży żyjących w jej czasach, losów państw i ówczesnych panujących oraz odnośnie do przyszłości wielu innych osób. Była przekonana, że pisze to, co jej dyktował Chrystus. Nawoływała do poprawy obyczajów, groziła karami Bożymi. Dzieło to miało wśród teologów sporo przeciwników. Mimo aprobaty papieży Grzegorza XI i Urbana VI, dzieła św. Brygidy były przedmiotem ataków i dyskusji nawet na soborach w Konstancji (1414-1418) i w Bazylei (1431). Brygida, jakby w przeczuciu, ile kłopotu narobi ta księga, dała ją najpierw do przejrzenia teologom. Ostatecznej aprobaty pismom św. Brygidy udzielił Kościół w akcie jej kanonizacji.
    1 października 1999 r. św. Jan Paweł II listem motu proprio ogłosił św. Brygidę współpatronką Europy (razem ze św. Katarzyną ze Sieny i św. Teresą Benedyktą od Krzyża). Św. Brygida jest także patronką Szwecji, pielgrzymów oraz dobrej śmierci.

    Święta Brygida z córką, św. Katarzyną

    W ikonografii św. Brygida przedstawiana jest w ciemnowiśniowym habicie z czerwonym welonem, na nim korona z białego płótna z pięcioma czerwonymi znakami – symbolizującymi pięć ran Jezusa. Czasami siedzi przy pulpicie i spisuje swoje wizje. Jej atrybutami są: heraldyczny lew, korona; księga, którą pisze; ptasie pióro, pielgrzymi kapelusz, serce i krzyż.

    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________

    Proroctwo i objawienia św. Brygidy Szwedzkiej. Aktualne także dziś!
    św. Brygida Szwedzkamalowidło w kościele w Salem, Sodermanland, Szwecja.

    ***

    Proroctwo i objawienia św. Brygidy Szwedzkiej. Aktualne także dziś!

    23 lipca obchodzimy wspomnienie św. Brygidy Szwedzkiej – Patronki Europy.

    Księga Pierwsza – Rozdział 1

    Jam jest Stworzyciel Nieba i ziemi, Jeden w Bóstwie z Ojcem i z Duchem Świętym. Ja jestem, który do Proroków i Patriarchów mówiłem i którego oni oczekiwali. Dla których pragnienia, według obietnicy mojej, wziąłem Ciało bez grzechu i pożądliwości, wstępując do wnętrzności Panieńskich jak słońce świecące przez kryształ najczystszy; a jako słońce szkło przenikając, żadnej zmazy w nim nie czyni ani obraża, tak i Dziewictwo Panny w przyjęciu Człowieczeństwa mego jest nienaruszone.

    Ja bowiem tak się z ciałem zjednoczyłem, abym Bóstwa nie odłączał. I nie byłem mniejszy w Bóstwie z Ojcem i Duchem Świętym, wszystkim rządząc i wszystko napełniając, choć w Łonie Dziewiczym przebywałem, z Człowieczeństwem. Bo jako jasność nie może być nigdy oddzielona od ognia, tak Bóstwo moje nigdy od Człowieczeństwa nie jest oddzielone, ani nawet przy śmierci. Potem chciałem, aby Ciało moje od grzechu najczystsze za grzechy świata od stóp aż do wierzchu głowy było poszarpane i na Krzyżu przybite. To Ciało co dzień na Ołtarzu jest ofiarowane, aby tym więcej mnie człowiek miłował i dobrodziejstwa moje częściej rozpamiętywał.

    Ale teraz we wszystkim jestem zapomniany, zaniedbany i wzgardzony, i jako Król z własnego Królestwa wygnany, a na to miejsce łotr najgorszy jest obrany i uczczony. A na koniec chciałem mieć swoje Królestwo w człowieku i nad nim według prawa miałem być Królem i Panem, bom go stworzył i odkupił. Lecz teraz wiarę, którą mi na Chrzcie obiecał, złamał, a ustawami moimi i Prawem, które mu podałem, wzgardził. Kocha się w woli własnej, a mnie słuchać pogardza. Nadto i najgorszego łotra, czarta, nade mnie przedkłada i jemu wiarę swoją daje, który prawdziwie łotrem jest, bo duszę człowieka, którą Krwią moją odkupiłem, przez złe poduszczenie i fałszywe obietnice do siebie porywa.

    A nie dlatego ją chwyta, jakoby był potężniejszy nade mną, bo jestem tak mocny, że wszystko mogę jednym słowem. Tak sprawiedliwy też jestem, że nic przeciwko sprawiedliwości nie uczynię, choćby mnie i wszyscy Święci prosili. Ale ponieważ człowiek wolnym rozumem jest obdarzony, dobrowolnie gardząc moim Przykazaniem, czartowi przyzwala. Dlatego słuszna to rzecz, aby człowiek na sobie doznał jego tyraństwa. Bo i sam czart dobry przeze mnie został stworzony, ale przez swą złą wolę upadłszy, jako sługa mój jest na pomstę złych ludzi.

    Ale chociaż teraz tak wzgardzony jestem, jednak tak miłosierny, że którzykolwiek miłosierdzia by mego prosili z pokorą, odpuszczę im, czego się dopuścili i od niezbożnego łotra ich wybawię. A którzy zaś w pogardzie mojej trwać będą, pokażę nad nimi moją sprawiedliwość tak, że słysząc będą drżeć, a którzy doznają, mówić będą: ‘Biada nam, żeśmy kiedy Pana Majestatu do gniewu przywiedli’.

    Ty tedy, Córko moja, którą ja obrałem sobie, do której Duchem moim mówię, miłuj mnie całym sercem, nie jak rodzice córkę albo syna, ale więcej niż co najmilszego na świecie. Bo ja, który cię stworzyłem, członkowi żadnemu nie przepuściłem na mękę dla ciebie. I jeszcze tak miłuję duszę twoją, że drugi raz, gdyby można, dałbym się ukrzyżować. Naśladujże pokorę moją, albowiem ja Król chwały i Aniołów, podło odziany byłem, do słupa nago przywiązany, wszystkie zelżywości i pośmiewiska ponosiłem w uszach moich. Przełóżże wolę moją nad wolę twoją. Albowiem Matka moja, a Pani twoja, od początku aż do końca nigdy nic innego nie chciała, tylko co się woli mojej podobało. Jeśli to uczynisz, wtedy serce twoje będzie w Sercu moim i rozżarzy się miłością moją. A jak suche drzewo od ognia łatwo się zapala, tak dusza twoja będzie zapalona i napełniona ode mnie, i ja będę w tobie, a tak wszystkie rzeczy doczesne staną się tobie gorzkimi i wszelka rozkosz cielesna stanie się tobie trucizną. Odpoczniesz na ramieniu Bóstwa mego, gdzie nie masz żadnej rozkoszy cielesnej, ale wesele i radość duchowa, którymi ucieszona dusza od wewnątrz i na wierzchu pełna jest radości i wesela, i nic innego nie myśli ani pragnie, jak tylko radości które ma. Miłujże tedy mnie, Boga samego, a wszystko otrzymasz, czego pragniesz i będziesz w tym obfitowała. I czyż nie napisano, że olej u wdowy nie ustał, aż Pan Bóg dał deszcz na ziemi według słowa proroka? Ja jestem prawdziwy Prorok, jeśli słowom moim wierzyć będziesz i je wypełnisz, olej i wesele, i radość nigdy ci nie ustaną aż na wieki.”

    jkg/objawienie św. Brygidy Szwedzkiej/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 lipca

    Święta Maria Magdalena

    Zobacz także:
      •  Święta Maria z Betanii
      •  Błogosławieni męczennicy Nicefor Díez Tejerina, prezbiter, i Towarzysze
    ***
    Święta Maria Magdalena

    Według biblijnej relacji Maria pochodziła z Magdali – “wieży ryb” nad Jeziorem Galilejskim, ok. 4 km na północny zachód od Tyberiady. Jezus wyrzucił z niej siedem złych duchów (Mk 16, 9; Łk 8, 2). Odtąd włącza się ona do grona Jego słuchaczy i wraz z innymi niewiastami troszczy się o wędrujących z Nim ludzi.
    Po raz drugi wspominają o niej Ewangeliści pisząc, że była ona obecna podczas ukrzyżowania i śmierci Jezusa (Mk 15, 40; Mt 27, 56; J 19, 25) oraz zdjęcia Go z krzyża i pogrzebu. Maria Magdalena była jedną z trzech niewiast, które udały się do grobu, aby namaścić ciało Ukrzyżowanego, ale grób znalazły pusty (J 20, 1). Kiedy Magdalena ujrzała kamień od grobu odwalony, przerażona, że Żydzi zbezcześcili ciało ukochanego Zbawiciela, wyrzucając je z grobu w niewiadome miejsce, pobiegła do Apostołów i powiadomiła ich o tym. Potem sama wróciła do grobu Pana Jezusa. Zmartwychwstały Jezus ukazał jej się jako ogrodnik (J 20, 15). Ona pierwsza powiedziała Apostołom, że Chrystus żyje (Mk 16, 10; J 20, 18). Dlatego też jest nazywana apostola Apostolorum – apostołką Apostołów, a Kościół przez długie stulecia recytował w jej święto uroczyste wyznanie wiary. Wschód i Zachód, oddając hołd Magdalenie, obchodzą jej pamiątkę tego samego dnia – 22 lipca.Nie wiemy, co św. Łukasz miał na myśli, kiedy napisał o Marii Magdalenie, że Pan Jezus wypędził z niej siedem złych duchów. Św. Grzegorz I Wielki utożsamiał Marię Magdalenę z jawnogrzesznicą, o której na innym miejscu pisze tenże Ewangelista (Łk 7, 36-50), jak też z Marią, siostrą Łazarza, o której pisze św. Jan, że podobnie jak jawnogrzesznica u św. Łukasza, obmyła nogi Pana Jezusa wonnymi olejkami (J 11, 2). Współcześni bibliści, idąc za pierwotną tradycją i za ojcami Kościoła na Wschodzie, uważają jednak, że imię Maria miały trzy niewiasty nie mające ze sobą bliższego związku. Dotąd tak w liturgicznych tekstach, jak też w ikonografii Marię Magdalenę zwykło się przedstawiać w roli Łukaszowej jawnogrzesznicy, myjącej nogi Pana Jezusa. Najnowsza reforma kalendarza liturgicznego wyraźnie odróżnia Marię Magdalenę od Marii, siostry Łazarza, ustanawiając ku ich czci osobne dni wspomnienia. Marię Magdalenę nieraz utożsamiano także z Marią Egipcjanką, nierządnicą (V w.), która po nawróceniu miała żyć jako pustelnica nad Jordanem.
    Kult św. Marii Magdaleny jest powszechny w Kościele tak na Zachodzie, jak i na Wschodzie. Ma swoje sanktuaria, do których od wieków licznie podążają pielgrzymi. W Efezie pokazywano jej grób i bazylikę wystawioną nad nim ku jej czci. Kiedy zaś Turcy zawładnęli miastem, jej relikwie miały zostać przeniesione z Efezu do Konstantynopola za cesarza Leona Filozofa (886-912). Kiedy krzyżowcy opanowali Konstantynopol (1202-1261), mieli przenieść relikwie Marii Magdaleny do Francji, do Vezelay, gdzie do dnia dzisiejszego doznają czci. We Francji jest jeszcze jedno sanktuarium św. Marii Magdaleny, w La Saint Baume, gdzie według legendy miała mieszkać przez 30 lat w jaskini jako pustelnica i pokutnica, kiedy ją w dziurawej łódce na pełne morze wywieźli Żydzi.
    Maria Magdalena jest patronką zakonów kobiecych; Prowansji, Sycylii, Neapolu; dzieci, które mają trudności z chodzeniem, fryzjerów, kobiet, osób kuszonych, ogrodników, studentów i więźniów.W ikonografii św. Maria Magdalena przedstawiana jest według tradycji, która utożsamiła ją z innymi Mariami. Ukazywana w długiej szacie z nakrytą głową; w bogatym książęcym wschodnim stroju lub jako pokutnica, której ciało osłaniają długie włosy; w malarstwie barokowym ukazywana bez odzieży lub półnago. Jej atrybutami są: dyscyplina, instrumenty muzyczne, krucyfiks, księga – znak jej misyjnej działalności, naczynie z olejkiem, kadzielnica, gałązka palmowa, czaszka, włosiennica, zwierciadło.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________

    Czy była jawnogrzesznicą? – św. Maria Magdalena

    Czy była jawnogrzesznicą? - św. Maria Magdalena
    św. Maria Magdalena/PIERO DI COSIMO (PD)

    ***

    Popularna tradycja kazała widzieć w Marii Magdalenie jawnogrzesznicę, której Jezus odpuścił grzechy. Żadna z Ewangelii jednak nie potwierdza takiej identyfikacji.

    Z Marią Magdaleną spacer po ogrodzie



    Dzieło biblijne cz.VI Obecność Marii Magdaleny w trzech kluczowych momentach paschalnego przejścia Jezusa ze śmierci do życia – przy śmierci, pogrzebie i przy pustym grobie – jest zasadnicza dla potwierdzenia prawdy o zmartwychwstaniu i nowym życiu Zbawiciela..

    Maria Magdalena w relacji wszystkich Ewangelistów jest obecna zarówno przy śmierci Jezusa na krzyżu, jak i przy pustym grobie w poranek zmartwychwstania. Jedynie Jan opisuje jednak szczegółowo ukazanie się Jezusa Marii Magdalenie. Jako ta, która widziała zarówno śmierć Jezusa, jak i Jego pogrzeb, może być wiarygodnym świadkiem powstania z martwych. Będąc pewna, w którym z grobów złożono ciało Jezusa po śmierci, może zaświadczyć, że ten właśnie grób jest pusty „pierwszego dnia po szabacie”. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości; nie może chodzić o pomyłkę.

    Kobieta – świadek
    Fakt ukazania przez Jana Marii Magdaleny jako świadka pustego grobu może nieco zaskakiwać, gdyż wiadomo, że w świecie żydowskim I stulecia świadectwo kobiet nie posiadało waloru prawnego. Jednak Ewangeliści podkreślają, że to właśnie kobiety były tymi, które pierwsze zauważyły fakt pustego grobu. Uczniowie byli nieobecni; żaden z nich nie towarzyszył wszystkim trzem wspomnianym momentom – śmierci i pogrzebowi Jezusa oraz odkryciu grobu bez Jego ciała. Właśnie świadectwo kobiet stało się „kamieniem węgielnym” wiary paschalnej.

    Fakt, że Ewangeliści nie szukają świadków mężczyzn (bo takich nie było), podkreśla historyczność całego wydarzenia. Poszukiwanie i rozpoznanie Jezusa zmartwychwstałego przez Marię Magdalenę ukazane jest przez Jana na zasadzie procesu. Stopniowe rozpoznanie tożsamości „ogrodnika” staje się dla Ewangelisty wzorcem wędrówki wierzącego, która prowadzi od zagubienia do radości paschalnej. Scena objawienia się Jezusa Marii z Magdali została skomponowana z wielką pieczołowitością. Można wyróżnić w niej cztery elementy: Maria płacze przy grobie; Maria widzi Jezusa, lecz sądzi, że to ogrodnik; Jezus woła Marię po imieniu; Maria rozpoznaje Jezusa.

    O prawdziwym „nawróceniu” Marii Magdaleny
    Na początku narracji Maria Magdalena znajduje się naprzeciw grobu; pochyla się, aby zajrzeć do środka i odkrywa, że grób jest pusty. Można przypuszczać, że brak ciała Jezusa staje się dla niej przyczyną jeszcze większego niż tylko spowodowanego śmiercią Pana smutku, a także przerażenia. Jezus pojawia się w scenie, jednak nie naprzeciw Marii, lecz za jej plecami. Po dialogu z aniołami Maria „odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus”. Określenie to sugeruje, że musiała przynajmniej odwrócić twarz w kierunku Jezusa, gdyż pełen obrót następuje dopiero po chwili: „Jezus rzekł do niej: »Mario!«, a ona obróciwszy się powiedziała do Niego »Rabbuni«, to znaczy: Nauczycielu”.

    Dopiero teraz Maria stoi twarzą w twarz z Jezusem, co wnioskować można również ze słów nakazu: „Nie zatrzymuj Mnie (dosł. nie dotykaj Mnie), jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: »Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego, do Boga mego i Boga waszego«”.
    Kiedy więc kobieta zwraca się twarzą do Jezusa, pozostawia za plecami pusty grób. Znajduje się zatem w pozycji przeciwnej do początkowej. Ta zmiana sygnalizuje nowy początek w jej życiu: śmierć jest już poza plecami, została pozostawiona z tyłu, natomiast przed nią stoi źródło życia, zmartwychwstały Jezus. Taką symboliką opatrzył Jan motyw zmiany pozycji ciała Marii, jej odwrócenie się od grobu, znaku śmierci, i zwrócenie twarzą do Jezusa, dawcy życia i zmartwychwstania.

    Motyw ten zawiera jeszcze jedną prawdę; istotna jest w nim wzmianka o dwukrotnym „odwróceniu się” kobiety. Jeśli po dokonaniu dwukrotnego zwrotu jej ciało zmieniło pozycję o 180 stopni, oznacza to, że pierwszy obrót był najprawdopodobniej jedynie zwróceniem głowy w stronę „ogrodnika”, całe zaś ciało pozostawało jeszcze naprzeciw grobu. Taki zwrot nie wystarczył, by rozpoznać Jezusa. Potrzeba całkowitego pozostawienia w tyle, za plecami, grobu, grzechu i śmierci, aby w pełni rozpoznać zmartwychwstałego Jezusa. Początek nowego życia możliwy jest dopiero po całkowitym zerwaniu z dawnym.

    Ów zwrot sygnalizowany jest również w tekście Janowej narracji przez wykorzystanie różnych czasowników oznaczających „widzieć”. Maria Magdalena w różny sposób „widzi” podczas opisywanego epizodu. Kiedy stoi naprzeciw grobu, „widzi” dwóch aniołów w bieli (J 20,12); gdy odwraca głowę, „widzi” Jezusa, jednak Go nie rozpoznaje (J 20,14); kiedy jednak z polecenia Jezusa udaje się do Jego uczniów, oznajmia im: „Widziałam Pana” (J 20,18). Tym razem Ewangelista używa innego czasownika. Wykorzystuje także inną terminologię rzeczownikową: nie mówi się już o Jezusie, lecz pojawia się tytuł chrystologiczny „Pan”.

    Zmiana czasowników oznaczających widzenie i zmiana rzeczowników wskazujących na Zmartwychwstałego podkreśla nowość wprowadzoną przez poznanie (rozpoznanie) Jezusa. W przypadku Marii Magdaleny owo rozpoznanie nie ogranicza się jedynie do identyfikacji osoby Jezusa, ale obejmuje swym zasięgiem fakt Jego zmartwychwstania, a więc zasadniczy moment stanowiący klucz do właściwego poznania całego dzieła odkupienia i zbawienia.

    Popularna tradycja kazała widzieć w Marii Magdalenie jawnogrzesznicę, której Jezus odpuścił grzechy. Żadna z Ewangelii jednak nie potwierdza takiej identyfikacji. Mówi się najwyżej, że była to kobieta, z której Jezus wyrzucił siedem złych duchów, ale to nie oznacza przecież jeszcze nieobyczajnego prowadzenia się. Prawdziwe „nawrócenie” dokonało się przed pustym grobem Jezusa: Maria odwraca się całkowicie od grobu, symbolizującego śmierć, i zwraca do Jezusa – źródła życia.

    Bóg woła po imieniu
    Z poznaniem faktu zmartwychwstania łączy się w narracji Janowej motyw imienia; Maria rozpoznaje Jezusa, gdy Ten zwraca się do niej po imieniu. W opowiadaniu Księgi Rodzaju Bóg zwraca się do człowieka: „Adamie, gdzie jesteś?” (Rdz 3,9). W starożytnym świecie żydowskim dobór imienia był niezwykle istotny. Wierzono, że imię wpływa na los człowieka, w pewien sposób determinuje jego przeznaczenie. Tak było zresztą w przypadku wszystkich ludów semickich. Stary Testament zna imiona, których znaczenie oddaje konkretną sytuację historyczną: Ewa – „urodziłam mężczyznę z pomocą Jahwe”; Samuel – Bóg wysłuchał; Gerszom – cudzoziemiec.

    Fakt, że Jezus zwraca się do Marii Magdaleny po imieniu, a czyni to w zupełnie nowej sytuacji – po swym zmartwychwstaniu – sprawia, że można odczytać to wołanie symbolicznie: Jezus na nowo „stwarza” Marię, określa ją i obdarza nowym życiem – życiem tak cudownym jak pielęgnowane ogrody starożytne.

    Dusza zamieniona w ogród
    Patrząc na Zmartwychwstałego, Maria Magdalena pomyślała: „To ogrodnik”. Czy to przypadek? Oczywiście nie. Ewangelia Jana pełna jest symboliki. Ogród to również symbol. Jezus ukazuje się po swym zmartwychwstaniu jako ogrodnik, jakby chciał oschłą i pozbawioną życia duszę zamienić w kwitnący ogród. Scena ta uświadamia czytelnikom, że życie bez Boga jest pustynią – szarą, smutną, bez wody i bez życia. Pustynią, na której nikt nie słyszy wołania człowieka.

    Pustynią, na której doskwiera samotność. Jezus zmartwychwstał, aby wyschłą i pustą duszę człowieka zamienić w kwitnący i tętniący życiem ogród.

    Symbol ogrodu znany jest ze Starego Testamentu. Po grzechu pierwszych rodziców, Bóg wypędził ich z ogrodu Eden, a przy jego bramach postawił na straży aniołów, którzy z mieczami strzegli dostępu do raju. O wschodzie słońca w niedzielę zmartwychwstania aniołowie porzucili swoje miecze. Wskazują na pusty grób Jezusa i obwieszczają, że bramy raju na nowo się otwierają. Wystarczy uznać w Zmartwychwstałym swojego Mistrza, wystarczy za Marią Magdaleną wykrzyknąć „Rabbuni”, a życie może stać się jak kwitnący ogród.

    Popularna tradycja kazała widzieć w Marii Magdalenie jawnogrzesznicę, której Jezus odpuścił grzechy. Żadna z Ewangelii jednak nie potwierdza takiej identyfikacji.

    ks. prof. Mariusz Rosik/wiara.pl

    __________________________________________________________________________

    Apostołka apostołów



    Tradycja widzi w niej nawróconą jawnogrzesznicę, ale w samej Ewangelii nie znajdziemy potwierdzenia takiej wersji jej życia. Papież Grzegorz Wielki (VI wiek) w swoich homiliach jako pierwszy utożsamił Marię Magdalenę z Marią z Betanii (siostrą Łazarza) oraz z nieznaną z imienia jawnogrzesznicą, która namaściła Jezusowi nogi w domu Szymona. W ikonografii i w powszechnej świadomości wizja Magdaleny jako nierządnicy funkcjonowała przez wieki i pokutuje do dziś powszechnie.

    A co mówi o niej Nowy Testament? Pochodziła z Magdali, miejscowości położonej nad Jeziorem Galilejskim. Ewangeliści piszą, że Jezus wyrzucił z niej siedem złych duchów. Liczba siedem sugeruje pełnię. Na tej podstawie możemy domyślać się, że poziom opanowania przez złego ducha był bardzo duży i musiał powodować wielkie cierpienie. Nie wiemy, jak wyglądało jej uzdrowienie. Pewne jest to, że wyzwolenie od złego rozpoczęło nowy etap jej życia. Magdalena towarzyszy odtąd wiernie Jezusowi w czasie Jego działalności aż po Golgotę. Wśród kobiet podążających za Chrystusem wymieniana jest na pierwszym miejscu.

    Maria z Magdali jest razem z Jezusem, kiedy zabrakło Piotra i innych Apostołów. Jest świadkiem ukrzyżowania i śmierci Mistrza, zdjęcia Go z krzyża i pogrzebu. Idzie wraz z dwoma innymi kobietami do grobu, aby namaścić ciało Ukrzyżowanego, znajduje pusty grób. Ewangelia św. Jana kreśli piękną scenę ukazania się jej Zmartwychwstałego Pana. Maria rozpoznaje Mistrza dopiero, kiedy słyszy swoje imię. Jako pierwsza głosi zmartwychwstanie. Nie znamy jej dalszych losów. Na Wschodzie nigdy nie utożsamiono ją z nawróconą jawnogrzesznicą. Na Zachodzie rozpowszechniły się legendy mówiące o tym, że dotarła do Francji, gdzie żyła jako pustelnica. Vezelay, które było w średniowieczu ważnym centrum pielgrzymkowym, szczyci się posiadaniem jej relikwii.

    W pierwszych wiekach po Chrystusie dominował pozytywny obraz Magdaleny jako wiernej uczennicy i rozmówczyni Jezusa. Porównywano ją do św. Piotra, ponieważ pełniła rolę liderki kobiecej wspólnoty. Św. Augustyn nazwał ją nawet „apostołką apostołów”. Pora porzucić obraz Marii Magdaleny jako nawróconej nierządnicy. Warto docenić jej wierność w podążaniu za Jezusem aż po krzyż i fakt, że to kobieta jako pierwsza głosiła wieść o zwycięstwie życia nad śmiercią.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    Mario! Rabbuni!

    Myśl: Jest tam, gdzie być powinien każdy uczeń Jezusa: pod krzyżem i w porannym świetle zmartwychwstania…

    Bibliści podkreślają, że św. Marii Magdaleny nie można utożsamiać z jawnogrzesznicą, która namaszczała Jezusowi stopy w domu faryzeusza Szymona. Ze wzmianek Ewangelistów wiemy tylko tyle, że Maria wymieniona jest na pierwszym miejscu wśród kobiet podążających za Mistrzem z Nazaretu i że została uwolniona od siedmiu złych duchów. Liczba siedem sugeruje, że jej zagubienie (opętanie? choroba?) było bardzo poważne. Tradycja zachodnia widzi w Magdalenie dawną prostytutkę nawróconą dzięki spotkaniu z Jezusem… Nie wiemy, jak to dokładnie było z Marią z Magdali, tym niemniej faktem jest, że Chrystus uzdrawiał kobiety lekkich obyczajów. Może więc ta tradycja nie jest bardzo daleka od prawdy. W każdym razie dobrze oddaje istotę Ewangelii: Boża łaska przemienia nawet największych grzeszników w świętych.

    Magdalena była pierwszą osobą, która spotkała Pana po jego zmartwychwstaniu. Początkowo wzięła Go za ogrodnika. Zapłakana, przybita smutkiem nie rozumie, co się dzieje. Moment przebudzenia następuje dopiero wtedy, gdy słyszy Jezusa mówiącego do niej po imieniu: „Mario!”. „Rabbuni!” – odpowiada. To słowo oznacza „nauczyciela”, ale ma ono silne zabarwienie emocjonalne. Brzmi jak „mój kochany nauczycielu”. Czyż nie o to właśnie chodzi w naszej relacji do Boga – o miłość i o uznanie Go za nauczyciela życia? Łzy Marii znikają, jest eksplozja miłości. Jezus wypowiada tajemnicze słowa: „Nie zatrzymuj mnie”. Tak, niemożliwe jest, by chwile ekstazy trwały w nieskończoność, nie da się żyć na najwyższych emocjach. „Idź do moich braci” – trzeba wrócić do wspólnoty, nawet jeśli ona nie zawsze nas rozumie i nieraz lekceważy nasze łzy. Piotr i Jan zostawili przecież płaczącą Marię samą przy pustym grobie.

    Jean Vanier: „Maria wyobraża każdego z nas. Tak jak ona, biegamy na oślep we wszystkich kierunkach, każdy sam z poczuciem pustki; płacząc i skarżąc się; szukając śmierci Jezusa, który żył dwa tysiące lat temu. Ona szuka Jezusa, ale to On ją znajduje i woła po imieniu. Podobnie każdy z nas pragnie być odnalezionym i wezwanym po imieniu”. Maria jest tam, gdzie być powinien każdy uczeń Jezusa: u stóp krzyża i w porannym świetle zmartwychwstania. Jej postać przypomina jak wielka jest siła Bożej miłości i jak piękny jest ten, kto tej miłości się poddaje. Mniejsza o biograficzne detale. Liczy się miłość.

    ks. Tomasz Jaklewicz/wiara.pl

    ______________________________________________________________________

    Oczami kobiety

    Oczami kobiety
    Lavinia Fontana „Jezus ukazujący się Marii Magdalenie”, olej na płótnie, 1581 Galeria Uffizi, Florencja.

    ***

    Święta Maria Magdalena była pierwszą osobą, która ujrzała zmartwychwstałego Jezusa. Pada na kolana, ledwie śmie wznieść oczy w Jego kierunku. W dłoni trzyma jeszcze flakonik z olejami, którymi miała namaścić Jego martwe ciało.

    Scenę tę znajdujemy w Ewangelii według świętego Jana. Maria Magdalena nie wiedziała początkowo, z kim rozmawia. Poznała Chrystusa dopiero wtedy, gdy zwrócił się do niej po imieniu. Właśnie tę chwilę oglądamy.
    Ale na obrazie jest także inna scena, namalowana z lewej strony, na dalszym planie. Widzimy tam również Marię Magdalenę, w czerwonej szacie, jak z inną kobietą zbliża się do grobu Chrystusa. Grób jest już pusty. Przez otwarte wejście widać jednego z aniołów, który w tym miejscu objawił się kobietom, by poinformować je, że Jezus żyje. Scena ta rozgrywa się więc chwilę wcześniej niż spotkanie Zbawiciela z Marią Magdaleną. Obraz w dwóch scenach opowiada nam w ten sposób cały fragment Ewangelii.

    Maria Magdalena myślała początkowo, że rozmawia z ogrodnikiem. Patrzymy na obraz jakby jej oczami, dlatego Zbawiciel trzyma w ręce ogrodniczą łopatę, a na głowie ma kapelusz.

    Patrzymy zresztą na obraz oczami kobiety nie tylko dlatego, że narratorką jest Maria z Magdali. Autorką dzieła jest również kobieta, córka znanego malarza Prospera Fontany. Lavinia Fontana (1552–1614) była pierwszą w historii malarką, która zdobyła sławę i przyjmowała zamówienia od bogatych zleceniodawców. Dziś jej obrazy można podziwiać w najważniejszych muzeach na świecie.

    Leszek Śliwa/wiara.pl

    _______________________________________________________________________

    Siła pokuty

    Św. Maria Magdalena

    Św. Maria Magdalena
    Anthony Frederick Augustus Sandys – olej na drewnie, 1858–1860, Muzeum Sztuki, Delaware

    ***

    Nie widzimy, dokąd idzie i gdzie spogląda, możemy się tylko spodziewać, że za chwilę podejdzie do Jezusa i swymi rozpuszczonymi włosami będzie ocierać Mu nogi.

    Święta Maria Magdalena zawsze była chętnie malowana przez artystów. Czy tylko dlatego, że można ją było przedstawić jako atrakcyjną kobietę? To pewnie jedna z przyczyn, ale niejedyna. Pretekstu do pokazania wizerunków pięknych kobiet obficie dostarcza przecież mitologia, a i w Piśmie Świętym ich nie brakuje. W postaci Marii Magdaleny malarzy szczególnie interesowała jednak pokuta. Powszechnie kojarzono bowiem kiedyś tę świętą – niesłusznie – z różnymi pojawiającymi się w Ewangeliach nawróconymi grzesznicami. „Popularność” św. Marii Magdaleny w sztuce jest więc dowodem na to, że sakrament pokuty i pojednania jest ważny dla ludzi w każdej epoce.

    Obraz, który reprodukujemy, nawiązuje do sceny z Ewangelii według św. Łukasza, opisującej odwiedziny Jezusa w domu faryzeusza Szymona. Do Zbawiciela podeszła tam kobieta, o której wiedziano, że prowadzi grzeszne życie. „(…) Przyniosła flakonik alabastrowy olejku i (…) płacząc, zaczęła łzami oblewać Jego nogi i włosami swej głowy je wycierać. Potem całowała Jego stopy i namaszczała je olejkiem” (Łk 7,37-38) – czytamy w Ewangelii. Jezus odpuścił jej grzechy, ku zgorszeniu faryzeusza.

    Ponieważ uważano, że była to Maria Magdalena, często przedstawiano tę świętą z alabastrowym flakonikiem perfum. Taki właśnie flakonik ściska w ręce kobieta namalowana na obrazie. Nie widzimy, dokąd idzie i gdzie spogląda, możemy się tylko spodziewać, że za chwilę podejdzie do Jezusa i swymi rozpuszczonymi włosami będzie ocierać Mu nogi. Historycy sztuki uważają, że artyście pozowała Lizzie Siddal, poetka i malarka, która była najbardziej cenioną modelką malarzy z kręgu prerafaelitów, do których zaliczał się Anthony Sandys.

    ___________________________________________________________________________

    Św. Magdalena – patronka żałujących za grzechy

    Dnia 22 lipca przypada wspomnienie liturgiczne św. Marii Magdaleny. Tradycja chrześcijańska utożsamia tę Świętą z grzesznicą, która – według relacji Jana ewangelisty (12, 3) – obmywała łzami stopy Jezusa i ocierała je swoimi włosami. Takie jej zachowanie sprawiło, że pobożność chrześcijańska uznała ją za patronkę wszystkich prawdziwie żałujących za grzechy.

    1. Żal za grzechy jest, jak wiadomo, jednym z warunków sakramentalnego pojednania się z Bogiem; co więcej, jeśli jest doskonały, sam wystarcza do uzyskania odpuszczenia grzechu, gdy w pewnych okolicznościach nie można przystąpić do sakramentu pokuty.
    A cóż to znaczy “żałować za grzechy”? Na czym polega “żal za grzechy”? Według Katechizmu Kościoła Katolickiego żal za grzechy jest to “ból duszy i znienawidzenie popełnionego grzechu z postanowieniem nie grzeszenia w przyszłości” (pkt 1451). Takie określenie żalu za grzechy znajduje się zresztą już w dekretach Soboru Trydenckiego (DB 1676). Natomiast w Katechizmie czytamy dalej: “Gdy żal wypływa z miłości do Boga miłowanego nade wszystko, jest nazywany “żalem doskonałym” lub “żalem z miłości”. Taki żal odpuszcza grzechy powszednie. Przynosi on także przebaczenie grzechów śmiertelnych, jeśli zawiera mocne postanowienie przystąpienia do spowiedzi sakramentalnej, gdy tyko to będzie możliwe” (pkt 1452). Elementem zasadniczym w “doskonałości” doskonałego żalu za grzechy jest wspomniany w definicji katechizmowej motyw miłości do Boga. Polega ów motyw na uświadomieniu sobie ogromu dobroci i miłosierdzia Bożego, tyle razy okazywanego grzesznikowi, przy równoczesnej próbie przyjrzenia się naszej ludzkiej niegodziwości. Nas ludzi też nic nie boli tak bardzo, jak aroganckie traktowanie nas przez tych, którym dobrze czynimy oraz ich pogarda dla naszej miłości do nich. Jakże boleśnie odbiera to z pewnością Pan Bóg, który jest przecież samą miłością. Żal doskonały to smutek z powodu sponiewierania miłości Boga do człowieka.

    2. Wydaje się więc, że żal za grzechy to sprawa przede wszystkim uczuć; to głównie uczucie smutku z powodu sprawienia przykrości zarówno Bogu jak i człowiekowi. Trudno mówić o wyrządzeniu krzywdy Bogu, ale ludziom prawie zawsze wyrządzamy krzywdę ilekroć sprzeniewierzamy się przykazaniu miłości bliźniego. Uświadomienie sobie jakości i rodzaju tej krzywdy innym wyrządzonej powinno nas napawać uczuciem smutku.
    Ale przed chwilą wspomniało się o uświadomieniu sobie zła wyrządzonego przez grzech zarówno Bogu jak i bliźniemu. Otóż proces uświadamiania sobie czegoś to sprawa umysłu. Żal za grzechy to jednak przede wszystkim rezultat myślenia. Ma to myślenie za przedmiot:
    – Boga i bliźniego oraz ich stosunek do mnie;
    – niegodziwość czynu, jakiego się dopuściłem.
    Myślenie to powinno stwarzać w sposób jakby mało realny uczucie swoistej samopogardy dla grzeszącego. Bo jakże można było dopuścić się czegoś podobnego.
    Nasuwają się w tym miejscu takie określenia samego siebie, których nie wypada nawet publicznie wypowiadać. Szczyt bezdusznej, karygodnej niewdzięczności.
    Ale przed uczuciami tego rodzaju należy się bronić. Żaden człowiek nie może być przedmiotem pogardy, nawet autopogardy. Gardzić można tylko złem, nigdy zaś człowiekiem, nawet jeśli jest grzesznikiem. Nad grzesznikiem trzeba natomiast przede wszystkim się litować, tak jak to czyni Bóg niezmiernie miłosierny.
    Magdalena swoją skruchę wyraziła tym, że:
    – upadła Jezusowi do stóp;
    – obmyła te stopy łzami i ocierała je własnymi włosami.
    Te zewnętrzne wyrazy żalu za grzechy nie są może najważniejsze dla samego grzesznika, ale po dzień dzisiejszy żałującemu za grzechy zaleca się przyjmowanie postawy klęczącej i uderzanie się w piersi. Niektórzy zdobywają się przy tym także dziś na wzruszenie aż do łez, jak właśnie ongiś Magdalena albo św. Piotr, który podobno tak bardzo i tak długo opłakiwał swoje zaparcie się Mistrza, że od łez powstały aż głębokie bruzdy na jego policzkach. Niektórzy święci prosili Boga o łaskę łez, czyli o dar prawdziwego żalu za grzechy.

    3. Św. Paweł mówi wiele razy o “nowym stworzeniu” człowieka. Czytamy na przykład w 2 Kor 5, 17: “Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. Wszystko zaś to pochodzi od Boga, który pojednał nas ze sobą”. Choć wyraźnie jest powiedziane, że dzieła pojednania dokonuje Pan Bóg, to jednak człowiek ma w tym procesie swoją cząstkę właśnie poprzez żal za grzechy. W Ga 6,15 apostoł oświadcza: “Nie ma bowiem żadnego znaczenia to, czy się jest obrzezanym, czy nie. Ważne jest zaś to, żeby być nowym stworzeniem”.
    W oparciu o te oraz inne wypowiedzi apostoła można by mówić o trzykrotnym stworzeniu człowieka. To pierwsze opisane jest w Księdze Rodzaju, drugie w momencie zmartwychwstania Chrystusa, a trzecie właśnie w każdym akcie doskonałego żalu za grzechy. Wskutek żalu za grzechy nasze występki, choćby były jak szkarłat czerwone, dzięki miłosierdziu Bożemu, stają się bielsze od śniegu. To wielkie dobrodziejstwo, owa możność żałowania za grzechy. Żal za grzechy przedłuża nasze istnienie; to powodowana nim możność zaczynania wszystkiego od nowa sprawia, że chrześcijaństwo jest religią tak bardzo optymistyczną.

    4. W cytowanej już trydenckiej definicji żalu za grzechy jest też wspomniane jako część składowa tego żalu “postanowienie nie grzeszenia w przyszłości”. Wszelkie postanowienia to różne formy chcenia, czyli to sprawa woli. Nie trudno jednak zauważyć, że dobre, mocne postanowienie poprawy to owoc także rzetelnego myślenia; to rezultat refleksji nad dobrocią Boga i niegodziwością człowieka. Pojawia się myśl: z taką postawą należy skończyć co prędzej. Tak dalej nie można. I w ten sposób rodzi się mocne postanowienie poprawy.
    Ale postanowienie poprawy jest dobre tylko wtedy, gdy można się spodziewać, że rzeczywiście uda się wprowadzić je w życie. Jednym z warunków efektywności mocnego postanowienia jest jego konkretność. Na pewno niewiele można będzie spodziewać się po tak na przykład sformułowanym postanowieniu poprawy: “Już naprawdę muszę się poprawić!”. Jest tak ogólne, że aż do niczego nie zobowiązuje. Trzeba być bardziej konkretnym. Trzeba dokładnie przeanalizować – to praca umysłu – wszystkie te okoliczności, które zazwyczaj towarzyszą naszym upadkom a często może i wręcz je powodują. Trzeba sobie postanowić zerwać z osobami, w których towarzystwie i za sprawą których sprzeniewierzyliśmy się Bożym nakazom; trzeba rzeczywiście zacząć omijać z daleka miejsca – na przykład przydrożne karczmy – w których najczęściej dochodziło do grzechu; trzeba sobie wypracować całą strategię bycia razem z osobami, które nas szczególnie drażnią i stają się przyczyną gorszących bo z trudem kontrolowanych wypowiedzi. Maria Magdalena też nie ograniczyła się do słownego współczucia Jezusowi i do oświadczenia o gotowości trwania już na zawsze przy Nim. Ewangelista wspomina o jej konkretnym działaniu: obmywała stopy Jezusa i wycierała je własnymi włosami.

    * * *

    Wypada zauważyć na zakończenie, że w naszej ludzkiej postawie wobec Boga żal za grzechy zastępuje rozpacz i rezygnację, prowadzącą niekiedy aż do samobójczych decyzji. Ewangelie ukazują nam ze szczególną wyrazistością dobrodziejstwo żalu za grzechy i tragizm desperacji. Postawę pierwszą reprezentuje Piotr, drugą Judasz.
    Trzeba nam modlić się często o łaskę doskonałego żalu za grzechy. Trzeba nam zanosić te modły do Boga za przyczyną św. Marii Magdaleny, patronki wszystkich, którzy chcą być “skruszonego serca”.

    bp. Kazimierz Romaniuk/Niedziela

    _______________________________________________________________________________________

    Pokutująca Maria Magdalena/El Greco/z Wikipedii
    ***

    Św. Mario Magdaleno!
    Czy Ty kochałaś Pana Jezusa?

    Ks. Antoni Tatara

    Odpowiedź dla mnie jest bardzo prosta i jednoznaczna. Oczywiście, że kochałam i nadal kocham Jezusa z Nazaretu, który jest moim najlepszym Przyjacielem. Właśnie w kontekście tej mojej miłości przez całe wieki nasłuchałam się o sobie i o Nim tylu bzdur, że już czasem brak mi sił, by je dementować. Ostatnio jednak dowiaduję się o tym, że podobno byłam nawet Jego żoną i urodziłam Mu córkę, której potomkowie do tej pory żyją w Europie, a Kościół rzymskokatolicki za wszelką cenę strzeże tej “tajemnicy”. Powiem otwarcie: ręce opadają, jak się słyszy takie brednie! Mogę jeszcze zrozumieć, że utożsamiano mnie kiedyś z jawnogrzesznicą, o której mowa w Ewangelii św. Łukasza (por. Łk 7,36-49), co nie jest zgodne z prawdą. Jestem też w stanie pojąć fakt identyfikowania mnie z siostrą Łazarza. Zaakceptuję też parę innych domysłów związanych z moją osobą, które nie są zgodne z rzeczywistością. Jakiekolwiek jednak insynuacje, że rzekomo byłam żoną Jezusa, są po prostu wierutnym kłamstwem!

    Kim byłam? Pochodzę z miasta o nazwie Magdala, czyli “wieża ryb”, położonego nieopodal Jeziora Galilejskiego. Właśnie tam poznałam Pana i pokochałam Jego nauczanie, zgodnie z którym też starałam się żyć, szczególnie po tym, jak mnie cudownie uzdrowił (por. Łk 8,2). Będąc zamożną wdową, wspomagałam materialnie razem z innymi kobietami pierwsze grono naśladowców Jezusa. Byłam pilną i wierną uczennicą Pańską, która nie opuściła Go nawet pod krzyżem (por. Mt 27,56). Ewangelie w bardzo wielu miejscach dają świadectwo mojej nieustannej obecności przy Nim. Może właśnie dlatego Jezus obrał nie kogo innego tylko mnie na pierwszą głosicielkę prawdy o Jego zmartwychwstaniu (por. J 20,11-18).

    Na temat etymologii mojego imienia powstało chyba z pięćdziesiąt hipotez. Ja będę trzymała się tej, że pochodzi ono z języka egipskiego i oznacza “ukochana boga Amona” (meri Amon). Zostałam bowiem wybrana i ukochana przez jedynego i prawdziwego Boga, który w osobie swojego Syna obdarzył mnie tym, czego pragnie każdy człowiek, czyli miłością. Jestem darzona czcią zarówno w Kościele zachodnim, jak i wschodnim. Patronuję wielu kobiecym zakonom, dzieciom niepełnosprawnym ruchowo, ogrodnikom, a nawet studentom. W ikonografii najczęściej przedstawiana jestem w długiej szacie z zakrytą głową, choć czasem w malarstwie barokowym bywam prezentowana wręcz frywolnie.

    Na zakończenie chciałabym wszystkim chrześcijanom życzyć, aby na mój wzór zakochali się w Jezusie. Niech właśnie w imię tego uczucia umieją dostrzec w każdym człowieku odblask Bożej miłości, którą zostaliśmy obdarowani.

    Z wyrazami szacunku – św. Maria Magdalena

    Tygodnik “niedziela” Nr 29 – 16 lipca 2006r.

    ____________________________________________________________________________________

    Żywot świętej Marii Magdaleny,
    pokutnicy

    (Żyła około roku Pańskiego 63)

    Pociechę grzesznym, wzór pokutującym, i naukę błądzącym wszystkim synom i córkom domu Chrystusowego daje dziś szczęśliwa niewiasta, święta grzesznica Magdalena. Początki jej szkaradne, ale koniec piękny; z mieszkania szatańskiego stał się w niej przybytek czysty i pałac Trójcy świętej. Wzgardzona w jednym mieście, stała się później podziwieniem i nauką wszystkiego świata.

    Pochodziła Magdalena z Betanii, miasteczka położonego blisko Jeruzalem. Z krewkości ludzkiej, ze złej rady i natury skażonej, do złego przez się skłonnej wpadła w sidła rozkoszy zmysłowych.

    Gdy Pan Jezus moc swoją nad czartami pokazywał, Magdalena również między innymi przywiedziona została do Niego i odniosła łaskę, że z niej siedmiu czartów wygnał. Widząc życie Jezusowe i cuda Jego, mocno uwierzyła, że jest Synem Bożym, posłanym na świat na odkupienie grzechów ludzkich i na szukanie dusz straconych. I zaczęła Go miłować jako Pana i Boga swego. Gdy pewnego razu dowiedziała się, że Jezus znajduje się w domu Szymona, człowieka zacnego, poszła tam. Acz nie przystało takiej niewieście wchodzić w dom męża w oczach ludzkich świętego, jako też czas obiadu wejścia bronił i sam wstyd świecki ją odrażał; wszakże nie chcąc odwłóczyć spowiedzi i oznajmienia nawrócenia swego, wbiegła w dom jak bezrozumna, z twarzą łzami zalaną, z postawą wstydliwą, w ubiorze pokornym. Pozdrowieniem jej było upadniecie do nóg Pańskich; mową – płakanie; spowiedzią – obmywanie Jego nóg łzami i włosami ścieranie; zadośćuczynieniem – wylanie maści na nogi Chrystusowe. I usłyszała słodkie słowa z ust Jezusowych: Odpuszczone są grzechy twoje, idź w pokoju. I wyszła usprawiedliwiona, jak oblubienica przybrana oblubieńcowi swemu.

    Od tego czasu Magdalena opuściła świat, trawiąc czas na pokucie za grzechy swoje i na bogomyślności. Chodziła wszędzie za Panem, gdziekolwiek się obrócił, bo miłość ku Jezusowi tak opanowała jej serce, iż bez Niego żyć było jej trudno. Nawiedził też Pan dom jej siostry Marty w Betanii: Marta Go jako gospodyni gościła jałmużną i usługiwaniem domowym, Magdalena zaś, siedząc u nóg Jego, czciła Go łzami i słuchaniem. Marta, obruszywszy się na to, uskarżała się na nią przed Panem, iż ją w pracy domowej opuszcza i prosiła Pana, aby jej kazał pomagać. Lecz Pan, broniąc Magdaleny, pokazał, iż Mu milsze było jej słuchanie, niżeli usługiwanie Marty, gdyż Marta żywnością ciało Jego opatrywała, a Magdalena duszę Jego Boską uweselała, pragnąc i biorąc z Jego słów pokarm zbawienny dla duszy własnej.

    Święta Marła Magdalena

    ***

    Gdy brat ich Łazarz bardzo się rozchorował, Magdalena z siostrą swą Martą wyprawiła poselstwo do Pana Jezusa, donosząc: “Oto zachorował ten, którego miłujesz”. Chrystus Pan, chcąc doświadczyć ich wiary i stateczności, nie poszedł zaraz, ale dopiero gdy Łazarz umarł. Dopuścił przez to wielki smutek na miłe córki swoje, aby za większym smutkiem większa im pociecha urosła. Łazarz już od czterech dni leżał w grobie, gdy Pan Jezus przyszedł do Betanii i kazał zawołać do siebie Magdalenę. Ona, przyszedłszy do Pana, padła do nóg Jego, mówiąc:

    “Gdybyś tu był, Panie, nie umarłby był brat mój” i rzewnie płakała. Pan Jezus zapłakał razem z nią, tak że patrzący na to żydzi mówili: “Oto, jak go miłował!” Potem udał się Pan na miejsce, gdzie leżał Łazarz, i wskrzesił go z martwych. Wkrótce potem, gdy Pan Jezus siedział u stołu w Betanii, Magdalena, po drugi raz nakupiwszy kosztownej i wonnej maści i drogiego olejku, płacząc znowu za grzechy swoje, upadła do nóg Jezusowych i pomazawszy je owym olejkiem, włosami ocierała nogi Jego. Widząc to Judasz, szemrał, iż tak drogą rzecz marnie straciła, i buntował innych. Jezus, który widział serce Magdaleny, zaczął jej bronić, chwaląc jej ową jałmużnę, iż uczciła pogrzeb Jego przed czasem, czcząc ciało Jego.

    Święta Maria Magdalena, Pokutnica

    ***

    Gdy przyszedł czas odkupienia naszego i męki Syna Bożego dla nas, gdy uczniowie uciekli i zostawili Pana i Mistrza swego w ręku nieprzyjaciół, Magdalena, nie lękając się ludu i panów, stała pod krzyżem wespół z Przeczystą Bogarodzicą i czuwała przy zwłokach Pana, dopóki w grobie nie spoczęły. Nie mogąc z powodu święta wielkanocnego uczcić Jego ciała drogimi maściami, w niedzielę rano nie omieszkała z innymi niewiastami pobiec do grobu, ale grób był próżny. I stała przy nim, rzewnie płacząc. Bolejąc, ponownie wejrzała w wnętrze grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, którzy rzekli do niej: “Niewiasto, czemu płaczesz?” Odpowiedziała im: “Bo wzięto Pana mego, a nie wiem, kędy go położono”. To rzekłszy, obróciła się i ujrzała Jezusa stojącego, ale Go nie poznała, a sądząc, że to ogrodnik, rzekła do niego: “Panie, jeśliś ty go wziął, powiedz mi, gdzieś go położył, a ja go wezmę”. Na to rzekł jej Jezus głosem dobrze znanym: “Mario!” Po tym słowie poznała Go natychmiast i upadłszy Mu do nóg, zawołała: “Mistrzu!” Wtedy Jezus rzekł: “Nie dotykaj Mnie, lecz idź do braci Moich i powiedz im: Wstępuję do Ojca Mojego i Ojca waszego, Boga Mojego i Boga waszego”. Przez to polecenie uczynił Jezus Magdalenę posłem wesołej nowiny do apostołów i uczniów. Nie tylko wtenczas Magdalena widziała Chrystusa w ciele po zmartwychwstaniu, ale i potem wielekroć jeszcze z innymi uczniami i niewiastami. O dalszych kolejach życia św. Magdaleny niepewne tylko doszły nas wiadomości. Opuściła kraj, gdzie niegdyś pędziła żywot grzeszny i gdzie Chrystus Pan za nią umarł na krzyżu, i towarzyszyła Matce Boskiej i świętemu Janowi do Efezu. Żydzi, pałając nienawiścią przeciw Chrystusowi, umieścili ją, jej siostrę Martę, brata Łazarza, sługę Marcelę i ucznia apostolskiego Maksymina na statku bez wioseł i żagli i puścili ich na wolę wiatrów i fal morskich. Pan Bóg zawiódł świętą rodzinę do Marsylii we Francji, gdzie Magdalena spędziła trzydzieści lat w jaskini na najsurowszej pokucie. Od czasu do czasu odwiedzali ją aniołowie, przynosili jej pożywienie i śpiewali z nią pieśni na chwałę Bożą. W godzinę śmierci dał jej świątobliwy biskup Maksymin ostatnią Komunię, po czym jej dusza połączyła się z niebieskim Oblubieńcem.

    Nauka moralna

    Rzadko kto wygłosił szczytniejszą pochwałę szczerym żalem i skruchą przejętej pokutnicy od naszego Zbawiciela. Jeżeli i my pragniemy zasłużyć na taką samą pochwałę, powinniśmy wzbudzić w sobie taki sam żal i podobną skruchę. Pierwszym do niej krokiem jest:

    1) Gorąca modlitwa o łaskę Bożą. Kościół katolicki uczy nas, że człowiek bez uprzedzającej i wspierającej łaski Ducha św. nie jest w stanie wzbudzić w sobie szczerego i zbawiennego żalu. Magdalena doznała tej łaski rozzniecającej skruchę przez to, że pobożne i bogobojne jej rodzeństwo wstawiało się za nią do Zbawiciela modlitwą i że ona sama słuchała nauk Chrystusowych. Może nie mamy takiego rodzeństwa, ale zyskać je sobie możemy drogą jałmużny i pełnienia dzieł miłosierdzia, polecając się modlitwie ubogich, którym świadczymy dobrodziejstwa. Słuchajmy kazań i poznawajmy z katechizmu naukę Chrystusa o szkaradzie grzechu i miłosierdziu Boskim. Bóg nie pragnie śmierci grzesznika, lecz poprawy jego.

    2) Klęknijmy u stóp krzyża, rozważajmy doskonałość Bożą i ofiarność Syna Jego, z jaką znosił męki i cierpienia, a w końcu śmierć dla zbawienia ludzkości; rozważajmy rany Jego, cierniową koronę, rozlaną krew i straszne boleści Ukrzyżowanego i pamiętajmy, że to wszystko znosić musiał za nieprawości nasze; rozważmy sobie rozkosze Niebios i straszne kary piekielne, czekające uporczywych grzeszników, a łaska Boża wespół z wolą naszą rozwznieci w nas żal i skruchę, która oczyściła serce Magdaleny. Do tego trzeba jednak czasu i dobrej woli. Nie starczy na to kilka minut; trzeba się przejąć chęcią naśladowania tonącej we łzach i żałującej za grzechy św. Magdaleny.

    3) Nie zapominajmy zabrać z sobą naczynia alabastrowego z wonnościami i wylać je na stopy Jezusa, tj. szczerze pozbyć się ulubionego grzechu, rozłączyć się z nim raz na zawsze i pokochać Zbawiciela z całego serca, a wtedy słowa pociechy przez Niego wyrzeczone słusznie będziesz mógł zastosować do siebie: “Ponieważ wiele miłowałeś, wiele ci będzie wybaczone; wiara twoja zbawiła cię”.

    Modlitwa

    Panie i Boże mój, spraw miłościwie, abyśmy wsparci zostali pośrednictwem świętej Marii Magdaleny, której modlitwami ubłagany, z otchłani wskrzesiłeś brata jej Łazarza, od czterech już dni w grobie leżącego. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi, po wszystkie wieki wieków. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1937r.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 lipca

    Święty Wawrzyniec z Brindisi,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Apolinary, biskup i męczennik
      •  Daniel, prorok
    ***
    Święty Wawrzyniec z Brindisi

    Juliusz Cezary Russo urodził się 22 lipca 1559 r. w Brindisi. Po śmierci ojca został przyjęty jako sierota do franciszkanów konwentualnych w Brindisi (1567). Po ukończeniu tamtejszej szkoły i śmierci matki (+ 1574), jako 15-letni młodzieniec opuścił małe seminarium franciszkańskie i udał się do Wenecji, do stryja, który jako kapłan diecezjalny prowadził prywatną szkołę i opiekował się klerykami. W 1575 r. wstąpił do zakonu kapucynów, przyjmując imię zakonne Wawrzyniec. Po rocznym nowicjacie i złożeniu ślubów przełożeni wysłali go na studia logiki i filozofii do Padwy, a potem na studia teologiczne do Wenecji. Wyświęcony w 1582 r. na kapłana, został mianowany profesorem teologii dla kleryków kapucyńskich w Wenecji. Równocześnie pogłębiał studia biblijne. Pragnąc zapoznać się z Pismem świętym w języku oryginalnym, studiował języki: hebrajski, aramejski, chaldejski i grecki.
    Zaledwie w cztery lata po święceniach kapłańskich, w 1586 roku Wawrzyniec został mianowany gwardianem oraz mistrzem nowicjatu, a w trzy lata potem prowincjałem w Toskanii (1589). Klemens VIII w 1592 r. powołał go do Ferrary, aby tam nawracał Żydów. Wawrzyniec był tam niedługo, gdyż próba nawracania Żydów wobec ich uporu na niewiele się zdała. Kapituła prowincjalna wybrała go następnie przełożonym prowincji weneckiej (1594). Kiedy miał zaledwie 37 lat, został wybrany drugim generalnym definitorem (1596). W dwa lata potem został prowincjałem w Szwajcarii. Założył klasztory kapucynów w Pradze, w Wiedniu i w Grazu. Kiedy w 1601 r. wybuchła wojna z Turkami na Węgrzech, pełen niezwykłej odwagi z krzyżem w ręku, podobnie jak kiedyś św. Jan Kapistran (1456), prowadził wojsko do zwycięskiej bitwy pod Szekesferhervar, czyli Białogrodem.
    W 1602 r. na kapitule generalnej został wybrany przełożonym generalnym zakonu. Miał wówczas 43 lata. W ciągu kolejnych trzech lat przeszedł prawie całą Europę pieszo, wizytując klasztory, odbywając wszędzie kapituły, by usuwać nadużycia i zachęcić do obserwancji. W 1606 r., na prośbę cesarza niemieckiego, Rudolfa II, który był równocześnie władcą Austrii, Czech i Węgier, papież Paweł V wysłał Wawrzyńca do Czech dla nawrócenia tamtejszych husytów i protestantów. W kazaniach i w rozmowach prywatnych, jak i w publicznych dysputach bronił dzielnie wiary katolickiej, wykazując fałszywość sądów atakujących prawdy Boże. W kościele kapucyńskim w Pradze gromadziła się cała elita stolicy, by słuchać wytrawnego teologa i doskonałego mówcę. Rosła też liczba nawróceń.

    Święty Wawrzyniec z Brindisi

    Na prośbę króla Hiszpanii, Filipa III, Wawrzyniec zorganizował koalicję państw chrześcijańskich pod dowództwem Hiszpanii – Ligę Świętą – skierowaną przeciwko Unii Protestanckiej. Papież wysłał go następnie jako swojego nieoficjalnego ambasadora do księcia Maksymiliana I (1611-1612). W 1613 r. zakon powierzył mu urząd generalnego definitora i wizytatora prowincji Piemontu i Ligurii (1613). W tym samym też roku został wybrany na prowincjała Ligurii (Genui).
    Zmarł podczas misji dyplomatycznej w Lizbonie 22 lipca 1619 r. Kiedy przy jego grobie zaczęły się dziać cuda, w cztery lata po jego śmierci przełożony generalny zakonu rozpoczął proces kanoniczny, by go wynieść do chwały ołtarzy. Jednak dekrety, które wydał wówczas Urban VIII (1623-1644), skomplikowały sprawę tak dalece, że dopiero Pius VI dokonał jego beatyfikacji w 1783 roku. Kanonizował go zaś papież Leon XIII w 1881 roku.
    Wawrzyniec pozostawił po sobie bogatą spuściznę literacką i teologiczną. Wszystkie jego pisma zebrano aż w 15 tomach. Ze względu na nie Jan XXIII ogłosił w 1959 r. św. Wawrzyńca z Brindisi doktorem Kościoła. Wśród nich wyróżniają się kazania, dzieła egzegetyczne i apologetyczne. Najcenniejszym z nich to Dzieje luteranizmu i jego teologia.
    Zajęty licznymi obowiązkami publicznymi, Wawrzyniec uczynił centrum całego dnia Mszę świętą. Wyrobił sobie u Stolicy Apostolskiej przywilej, że mógł ją odprawiać w dowolnej porze dnia. Odprawiał ją ponad godzinę, często nawet dwie godziny. Zwykł był mawiać: “Msza święta jest moim niebem na ziemi”. Często w czasie sprawowania Najświętszej Ofiary zalewał się łzami. Kiedy artretyzm i podagra nie pozwalały mu się poruszać, prosił, by go do ołtarza przynoszono. Święty Wawrzyniec jest patronem zakonu kapucynów.W ikonografii przedstawiany jest w brązowym habicie kapucyńskim. Jego atrybutami są: obraz Matki Bożej, krucyfiks, księga, pióro, czaszka, lilia, anioł z koroną.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    Św. Wawrzyniec z Brindisi

    21 lipca obchodzimy w Kościele wspomnienie św. Wawrzyńca. Prezentujemy treść audiencji z 2011 r., ówczesnego papieża – Benedykta XVI o tym świętym.

    pl.wikipedia.org

    Drodzy bracia i siostry,

    Wspominam jeszcze z radością uroczyste przyjęcie, jakie zgotowano mi w 2008 r. w Brindisi – w mieście, w którym w 1559 r. urodził się wybitny doktor Kościoła, św. Wawrzyniec z Brindisi. Jest to imię, jakie przyjął Giulio Cesare Rossi, wstępując do zakonu kapucynów. Od dziecka pociągała go rodzina zakonna św. Franciszka z Asyżu. Gdy bowiem miał siedem lat, zmarł jego ojciec i matka powierzyła go opiece miejscowych braci konwentualnych. Ale w kilka lat później przeniósł się wraz z matką do Wenecji i właśnie w Veneto poznał kapucynów, którzy w owym czasie włączyli się wielkodusznie w służbę całego Kościoła, aby umacniać wielką reformę duchową, wprowadzaną przez Sobór Trydencki. W 1575 r. Wawrzyniec, złożywszy śluby zakonne, został bratem kapucynem, a w 1582 r. przyjął święcenia kapłańskie. Już podczas studiów kościelnych wykazał wybitne zdolności intelektualne, którymi był obdarzony. Łatwo opanował języki starożytne, jak greka, hebrajski i syriacki oraz współczesne: francuski i niemiecki, które dołączył do znajomości włoskiego i łaciny, jakimi w owym czasie posługiwali się płynnie ludzie Kościoła i kultury.

    Dzięki poznaniu tak wielu języków Wawrzyniec mógł prowadzić intensywne duszpasterstwo wśród ludzi różnych kategorii. Będąc skutecznym kaznodzieją poznał tak dogłębnie nie tylko Biblię, ale również literaturę rabinistyczną, że sami rabini zdumiewali się i podziwiali go, okazując mu szacunek i uznanie. Jako teolog, zanurzony w Piśmie Świętym i Ojcach Kościoła, potrafił przedstawiać wzorcowo naukę katolicką także tym chrześcijanom, którzy – zwłaszcza w Niemczech – przyłączyli się do reformacji. W jasny i spokojny sposób ukazał biblijne i patrystyczne podstawy artykułów wiary, podważanych przez Marcina Lutra. Były wśród nich takie zagadnienia jak prymat św. Piotra i jego następców, boskie pochodzenie urzędu biskupiego, usprawiedliwienie jako wewnętrzna przemiana człowieka, konieczność dobrych uczynków do zbawienia. Powodzenie, jakim cieszył się Wawrzyniec, pomaga nam zrozumieć, że również dzisiaj, posuwając naprzód z wielką nadzieją dialog ekumeniczny, zetknięcie się z Pismem Świętym, czytanym w duchu Tradycji Kościoła, stanowi element niepodważalny i o podstawowym znaczeniu, jak pragnąłem o tym przypomnieć w adhortacji apostolskiej „Verbum Domini” (n. 46).

    Nawet najzwyklejsi wierni, nie mający wielkiej kultury, korzystali z przekonywających słów Wawrzyńca, który zwracał się do prostych ludzi, aby nawoływać wszystkich do zgodności własnego życia z wyznawaną wiarą. Było to wielką zasługą kapucynów i innych zakonów, że w XVI i XVII wieku przyczyniły się do odnowy życia chrześcijańskiego, przenikając w głąb społeczeństwa swym świadectwem życia i nauczaniem. Również dzisiaj nowa ewangelizacja potrzebuje dobrze przygotowanych, gorliwych i odważnych apostołów, aby światło i piękno Ewangelii przeważyły nad kulturowymi horyzontami relatywizmu etycznego i obojętności religijnej oraz aby przemieniły różne sposoby myślenia i działania w prawdziwy humanizm chrześcijański. Zaskakujące jest to, że święty Wawrzyniec z Brindisi mógł prowadzić nieprzerwanie tę działalność cenionego i niezmordowanego kaznodziei w wielu miastach Włoch i w różnych krajach, mimo piastowania innych poważnych i wysoce odpowiedzialnych urzędów. W zakonie kapucynów był mianowicie profesorem teologii, mistrzem nowicjatu, wielokrotnie ministrem prowincjalnym (prowincjałem) i definitorem generalnym i wreszcie ministrem (przełożonym) generalnym w latach 1602-05.

    Pośród tak wielu prac Wawrzyniec prowadził wyjątkowo gorliwe życie duchowe, poświęcając wiele czasu modlitwie i w sposób szczególny sprawowaniu Mszy świętej, która trwała często kilka godzin; był wówczas przejęty i poruszony, rozpamiętując Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie Pana. W szkole świętych każdy prezbiter, jak to często podkreślano w czasie niedawnego Roku Kapłańskiego, może uniknąć niebezpieczeństwa aktywizmu, to znaczy działania, któremu towarzyszy zapominanie o głębokich motywacjach posługi, tylko wówczas, gdy będzie dbał o własne życie wewnętrzne. Przemawiając do kapłanów i seminarzystów w katedrze w Brindisi – rodzinnym mieście św. Wawrzyńca – przypomniałem, że „chwila modlitwy jest najważniejsza w życiu kapłana, tym, w którym z największą skutecznością działa łaska Boża, czyniąc płodnym jego posługę. Modlitwa jest pierwszą posługą, jaką ma pełnić wobec wspólnoty. Dlatego też chwile modlitwy winny mieć w naszym życiu prawdziwy priorytet (…). Jeśli nie pozostajemy w nieprzerwanej wspólnocie z Bogiem, nie możemy też nic dać innym. Dlatego Bóg jest pierwszym priorytetem. Musimy zawsze mieć czas niezbędny, aby pozostawać w modlitewnej wspólnocie z naszym Panem”. Poza tym z niezrównanym zapałem w swoim stylu Wawrzyniec zachęca wszystkich, nie tylko kapłanów, do prowadzenia życia w modlitwie, gdyż za jej pośrednictwem mówimy do Boga, a Bóg mówi do nas. „Oh, gdybyśmy mieli świadomość tej rzeczywistości! – woła. – Tego, że Bóg jest naprawdę obecny pośród nas, gdy rozmawiamy, modląc się; tego, że naprawdę słucha naszej modlitwy, nawet jeśli modlimy tylko sercem i umysłem. I że nie tylko jest obecny i nas wysłuchuje, ale co więcej, że może i pragnie przychylić się chętnie i z największą przyjemnością do naszych próśb”.

    Innym rysem, charakteryzującym dzieło tego syna św. Franciszka, jest jego działalność na rzecz pokoju. Zarówno papieże, jak i książęta katoliccy powierzali mu ciągle ważne misje dyplomatyczne w celu rozstrzygnięcia kontrowersji i przyczynienia się do zgody między państwami europejskimi, zagrożonymi w owym czasie przez imperium osmańskie. Autorytet moralny, jakim się cieszył, sprawiał, że był poszukiwanym i słuchanym doradcą. Dzisiaj, podobnie jak w czasach św. Wawrzyńca, świat ogromnie potrzebuje pokoju, potrzebuje mężczyzn i kobiet pokojowych i budujących pokój. Wszyscy, którzy wierzą w Boga, winni być zawsze źródłem i twórcami pokoju. To właśnie z okazji jednej z takich misji dyplomatycznych Wawrzyniec zakończył swe ziemskie życie w 1619 roku w Lizbonie, dokąd udał się na dwór króla Hiszpanii Filipa III, aby wstawić się za poddanymi z Neapolu, gnębionymi przez miejscowe władze.

    Został ogłoszony świętym w 1889 r., a ze względu na swą żywą i intensywną działalność, swą rozległą i harmonijną wiedzę zasłużył na tytuł Doctor apostolicus – Doktor apostolski, który nadał mu bł. Papież Jan XXIII w 1959 r., z okazji 400. rocznicy jego urodzin. Taki wyraz uznania przyznano Wawrzyńcowi z Brndisi również dlatego, że był on autorem licznych dzieł z zakresu egzegezy biblijnej, teologicznych i pism o przeznaczeniu kaznodziejskim. Proponuje w nich organiczną prezentację dziejów zbawienia, skupioną na tajemnicy Wcielenia – największego przejawu miłości Bożej do ludzi. Ponadto, będąc mariologiem dużego formatu, autorem zbioru kazań o Matce Bożej, zatytułowanego „Mariale”, podkreślił wyjątkową rolę Maryi Panny, o której jasno stwierdza, że jest Niepokalanie Poczęta i że współpracowała w dziele odkupienia, dokonanego przez Chrystusa.

    Mając subtelną wrażliwość teologiczną, Wawrzyniec z Brindisi podkreślał także działanie Ducha Świętego w istnieniu człowieka wierzącego. Przypomina nam, że przez swoje dary Trzecia Osoba Trójcy Przenajświętszej rozświetla i pomaga nam angażować się w radosne przeżywanie Ewangelii. „Duch Święty czyni słodkim jarzmo prawa Bożego i lekkim jego ciężar, abyśmy zachowywali przykazania Boże z największą łatwością, a nawet z przyjemnością” – pisze św. Wawrzyniec z Brindisi.

    Chciałbym uzupełnić tę krótką prezentację życia i nauczania św. Wawrzyńca z Brindisi podkreśleniem, że cała jego działalność czerpała natchnienie z wielkiego umiłowania Pisma Świętego, którego wielkie fragmenty znał na pamięć, oraz z przekonania, że słuchanie i przyjmowanie Słowa Bożego tworzy przemianę wewnętrzną, która prowadzi nas do świętości. „Słowo Pańskie jest światłem dla umysłu i ogniem dla woli, aby człowiek mógł poznać i pokochać Boga – stwierdza. – Dla człowieka wewnętrznego, który dzięki łasce żyje z Ducha Świętego, jest chlebem i wodą, ale chlebem słodszym od miodu i wodą lepszą od wina i mleka (…) Jest młotem na serce mocno zatwardziałe w grzechach. Jest szpadą przeciw ciału, światu i szatanowi, aby zniszczyć wszelki grzech”. Święty Wawrzyniec z Brindisi uczy nas miłowania Pisma Świętego, wzrastania w zażyłości z nim, do codziennego utrzymywania więzów przyjaźni z Panem w modlitwie, aby każdy nasz czyn, każda działalność miały w Nim swój początek i swe wypełnienie. Jest to źródło, z którego należy czerpać, aby nasze świadectwo chrześcijańskie jaśniało i było w stanie prowadzić ludzi naszych czasów do Boga.

    (KAI)/Watykan

    ______________________________________________________________________________________________________________


    20 lipca

    Błogosławiony Czesław, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święta Małgorzata z Antiochii Pizydyjskiej, dziewica i męczennica
      •  Święty Torlak Thorhallsson, biskup
      •  Eliasz, prorok
      •  Błogosławiony Alojzy Novarese, prezbiter
      •  Święty Józef Barsaba Justus
    ***
    Błogosławiony Czesław

    Czesław urodził się około roku 1180 w Kamieniu Opolskim. Miał być krewnym św. Jacka. Wydaje się raczej mało prawdopodobne – co przekazują legendy – że studiował w Pradze, Paryżu i Bolonii i że miał studia uwieńczyć podwójnym doktoratem z teologii i prawa kanonicznego. Wiemy tylko, że należał obok św. Jacka Odrowąża i Hermana Niemca do księży z otoczenia biskupa krakowskiego, Iwona Odrowąża. Miał zajmować stanowisko kustosza kolegiaty sandomierskiej. Gdyby tak było, wskazywałoby to na rycerskie (szlacheckie) pochodzenie Czesława, gdyż wówczas tylko takich przyjmowano do kapituły.
    Jako kapłan diecezjalny w 1220 lub 1221 r. wstąpił do dominikanów. Habit otrzymał z rąk samego św. Dominika. W 1222 roku przybył z innymi współbraćmi, w tym ze św. Jackiem Odrowążem, do Krakowa. Tam przyjął ich uroczyście Iwo Odrowąż w otoczeniu kleru i ludu. Pierwsi dominikanie zamieszkali w Krakowie, oddając się pracy kaznodziejskiej i duszpasterskiej. W roku 1225 biskup Pragi zaprosił dominikanów do stolicy Czech. Wysłano tam Czesława z kilkoma ojcami. Czesław stał się więc założycielem rodziny dominikańskiej na ziemi czeskiej.
    Po założeniu klasztoru w Pradze (1225) udał się do Wrocławia. Tamtejszy biskup, Wawrzyniec, powitał go niemniej ciepło, jak to w Krakowie uczynił Iwo. Dominikanie otrzymali parafialny kościół św. Wojciecha. Zachował się do dzisiaj dokument przekazania świątyni z 1 maja 1226 r. Tam Czesław pozostał jako przeor do roku 1231, kiedy to został przez kapitułę wybrany na prowincjała (1233-1236). Jako prowincjał brał udział w kapitule generalnej w Bolonii i w kanonizacji św. Dominika w Rzymie (1234). Po złożeniu urzędu pozostał nadal przeorem w klasztorze wrocławskim, aż do swojej śmierci (ok. 1242).
    Jan Długosz przytacza barwną legendę, jak Czesław swoją modlitwą uratował Wrocław od najazdu Tatarów i całkowitego zniszczenia w roku 1241. Kiedy miasto zostało zajęte przez najeźdźców, część wrocławian postanowiła bronić się poza murami obronnego grodu. Czesław był duszą całej obrony, podobnie jak bł. Sadok w Sandomierzu, a później ks. Augustyn Kordecki podczas oblężenia Jasnej Góry. Podanie głosi, że Czesław modlił się o ocalenie miasta wychodząc często na jego wały i zachęcając dzielnych obrońców do oporu. Gdy Wrocław wyszedł obronną ręką z tej wojennej zawieruchy, mieszkańcy przypisywali uratowanie miasta modlitwom i wstawiennictwu Czesława, którego wiara złamała siły nieprzyjacielskie. Należy to uważać raczej za legendę, gdyż Wrocław został poważnie spalony właśnie w 1241 r. przez Tatarów. W innych zaś latach Mongołowie tak daleko już nie podeszli.


    .Błogosławiony Czesław

    Według tradycji wrocławskiej Czesław miał umrzeć 15 lipca 1242 r. Datę tę przyjmuje tradycja dominikańska. Zaraz po śmierci odbierał cześć jako święty. Nad jego grobem w kościele dominikanów we Wrocławiu wystawiono niebawem ołtarz. Cześć od dawna mu oddawaną zatwierdził papież Klemens XI 18 października 1713 roku. Ciało bł. Czesława spoczywa w dominikańskim kościele św. Wojciecha w osobnej kaplicy. Kiedy w czasie zdobywania Wrocławia w roku 1945 cały kościół legł w gruzach, zachowała się jedynie kaplica z relikwiami bł. Czesława. Jest on patronem Wrocławia.W ikonografii przedstawiany z kulą ognistą lub ze słupem ognia nad głową, który według tradycji ukazał się podczas oblężenia Wrocławia przez Tatarów. To niecodzienne zjawisko spowodowało ich odwrót. Atrybutami Błogosławionego są: krzyż misyjny, kielich, otwarta księga Ewangelii, laska pielgrzyma, lilia, monstrancja, puszka z komunikantami, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________

    Cud bł. Czesława, którego dokonał

    „modlitwą ze łzami wzniesioną do Boga”

    Cud bł. Czesława, którego dokonał „modlitwą ze łzami wzniesioną do Boga”
    Bł. Czesław, dominikanin (fot. Tomasz Muszyński, Public domain, via Wikimedia Commons)

    ***

    Bł. Czesław, którego wspomina dziś Kościół, a w sposób szczególny archidiecezja wrocławska, był obok św. Jacka jednym z pierwszych dominikanów na ziemiach polskich. Wsławił się cudem, który w opinii ówczesnych mieszkańców Wrocławia uratował ich przed pewną i okrutną śmiercią z rąk Tatarów.

    Bł. Czesław Odrowąż już jako ponad 40-letni kapłan diecezjalny otrzymał habit zakonu dominikańskiego z rąk samego jego założyciela, św. Dominika. W 1222 roku przybył wraz ze św. Jackiem Odrowążem do Krakowa, a trzy lata później na zaproszenie biskupa Pragi założył w dzisiejszej stolicy Czech pierwszy na ziemiach czeskich klasztor dominikański.

    Po dokonaniu tego przybył do Wrocławia, gdzie 1 maja 1226 roku dominikanie otrzymali w duszpasterską opiekę parafialny kościół św. Wojciecha.

    Jednak zdarzenie, które sprawiło, że postać bł. Czesława zrosła się na stałe z dziejami tego miasta oraz wdzięczną pamięcią jego mieszkańców miało miejsce kilkanaście lat później – w 1241 roku.

    Oto jak opisuje je wybitny średniowieczny polski kronikarz – Jan Długosz:

    „Z postoju pod Raciborzem Tatarzy szybko przybywają pod Wrocław. A kiedy wszyscy mieszczanie ogarnięci podobnym strachem jak krakowianie do tego stopnia, że chwytali w największym popłochu i pośpiechu tylko cenniejsze rzeczy, uciekając pospiesznie, jakby Tatarzy byli już na miejscu, opuścili miasto pełne nie tylko żywności, ale i wielu bogactw, rycerze i ludzie Henryka wyszedłszy z zamku, który obsadzili dla obrony, z wielkim pośpiechem zwożą do zamku majątek i żywność i dopiero wtedy puste miasto przezornie podpalają, żeby Tatarzy nie mogli zawładnąć jego domami i chlubić się jego spaleniem albo urządzić tam postoju.

    Tatarzy zaś zastawszy miasto spalone i ogołocone, zarówno z ludzi, jak z jakiegokolwiek majątku, oblegają zamek wrocławski. Lecz gdy przez kilka dni przeciągali oblężenie, nie usiłując zdobyć zamku, brat Czesław z Zakonu Kaznodziejskiego, z pochodzenia Polak, pierwszy przeor klasztoru św. Wojciecha we Wrocławiu, który sam z braćmi ze swojego zakonu i innymi wiernymi schronił się na zamku wrocławskim, modlitwą ze łzami wzniesioną do Boga odparł oblężenie.

    Kiedy bowiem trwał w modlitwie, ognisty słup zstąpił z nieba nad jego głową i oświetlił niewypowiedzianie oślepiającym blaskiem całą okolicę i teren miasta Wrocławia. Pod wpływem tego niezwykłego zjawiska serca Tatarów ogarnął strach i osłupienie do tego stopnia, że zaniechawszy oblężenia, uciekli raczej niż odeszli”.

    ren/Jan Długosz “Roczniki czyli Kroniki Królestwa Polskiego” Warszawa 2009/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    19 lipca

    Błogosławiony Achilles Puchała,
    prezbiter i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święta Makryna Młodsza
      •  Błogosławiona Ludwika z Sabaudii, zakonnica
      •  Święty Symmach, papież
    ***
    Błogosławiony Achilles Puchała

    Józef Puchała urodził się w 18 marca 1911 r. we wsi Kosina koło Łańcuta. Wychowywał się w średniozamożnej, rolniczej rodzinie Franciszka i Zofii z domu Olbrycht, w której pielęgnowano tradycje patriotyczne i katolickie. Miał siedmioro rodzeństwa. Miejscowy proboszcz wyczuł w nim znaki powołania i namówił rodziców do wysłania Józefa, po ukończeniu piątej klasy, do Lwowa, na naukę gimnazjalną w Małym Seminarium Misyjnym prowadzonym przez franciszkanów.
    W gimnazjum Józef wstąpił do Rycerstwa Niepokalanej i stał się jego aktywnym członkiem. W 1927 r. został przyjęty we Lwowie do franciszkanów konwentualnych i otrzymał zakonne imię Achilles. Śluby wieczyste złożył w 1932 r., a następnie rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne w Krakowie. W 1936 r. przyjął święcenia kapłańskie i jeszcze przez rok kontynuował studia.
    Pracował najpierw w konwencie franciszkańskim w Grodnie, a potem w Iwieńcu. Pod koniec 1939 r. pojechał do liczącej pięć tysięcy wiernych parafii pw. św. Jerzego we wsi Pierszaje (ok. 20 km od Iwieńca), aby objąć urząd proboszcza – opuszczony w trakcie kampanii wrześniowej przez kapłana diecezjalnego. Po pięciu miesiącach otrzymał do pomocy kapłana, innego franciszkanina, o. Hermana Karola Stępnia z Wilna. Ojciec Achilles pomagał materialnie wielu rodzinom, ubogim rozdawał chleb, dzielił się tym, co miał.
    W 1941 r. rozpoczęła się wojna rosyjsko-niemiecka. Proboszcz okazywał cierpiącym współczucie i niósł pociechę. Nie stawiał warunków w kwestii ofiar składanych z racji udzielanych sakramentów.
    Na plebanii w Pierszajach Niemcy zorganizowali posterunek żandarmerii. Dokonywali masowych aresztowań, poszukując partyzantów i kandydatów na roboty w Niemczech. O. Achilles zabiegał o uwolnienie uwięzionych: dzięki jego interwencji wielu zatrzymanych ocaliło życie. Ratował dzieci i dziewczęta, które miały być wywożone do niewolniczej pracy w III Rzeszy.
    W czerwcu 1943 r. w Iwieńcu i okolicach partyzanci z Armii Krajowej przeprowadzili skoordynowaną akcję na konwoje niemieckie kierowane na front wschodni. Niemcy w lipcu i sierpniu 1943 r. przeprowadzili odwetową operację “Hermann”, próbując ograniczyć działalność partyzantki na Kresach. Za cel wybrano mieszkańców wsi i małych miasteczek regionu. Zatrzymanych zamykano w stodołach, które następnie podpalano. W ten sposób Niemcy, w jednym powiecie wołożyńskim, spalili kilkanaście wiosek razem z mieszkańcami.
    19 lipca 1943 r. niemieckie SS pojawiło się w Pierszajach. Na placu zebrano mieszkańców wsi (było ich ok. 200-300, w tym uciekinierzy z Iwieńca). Dwaj franciszkanie mogli się ukryć – miał ich do tego namawiać jeden z żandarmów niemieckich mieszkających na plebanii, praktykujący katolik; miał to także uczynić ich bezpośredni przełożony, gwardian z Iwieńca, o. Hilary Pracz-Praczyński.
    Początkowo Niemcy zamierzali zamordować wszystkich na miejscu, w Pierszajach. Przywieźli ze sobą kanistry z benzyną. Rozdzielili kobiety i mężczyzn (w wieku od 10 do 50 lat), po czym zagnali ich do dwóch szop. Do mężczyzn wkrótce dobrowolnie dołączyli dwaj franciszkanie. Niektórzy świadkowie podawali, że franciszkanie próbowali negocjować z Niemcami. Po prawie dwóch godzinach nadjechało trzech oficerów i rozkazali wyprowadzić zatrzymanych. Niemcy dokonali ponownej selekcji i zagnali wszystkich, pod bagnetami, do wsi Borowikowszczyzna koło Nowogródka. Franciszkanów oddzielono od pozostałych osób i wieczorem tego dnia zamordowano w pobliskiej stodole, którą następnie podpalono. W jednej z wersji przed podpaleniem gestapowcy zabili obu męczenników strzałem w głowę. Według innej franciszkanie mieli być najpierw okrutnie torturowani. Niemcy mieli im wyłupić oczy, wyrwać języki, obciąć nosy, uszy i ręce, na koniec krępując drutem.
    Rozweseleni mordercy, przebrani we franciszkańskie habity, z drwiną naśladując czynności Mszy św. i szydząc z kapłanów, wrócili do wsi. Następnego dnia mieszkańcy wioski zebrali zwęglone szczątki męczenników i złożyli je we wspólnej trumnie w mogile przy kościele w Pierszajach (dziś Białoruś). Tam też, w specjalnej złoconej trumience, spoczywają w kościele parafialnym do dziś.
    O. Achilles Puchała i o. Herman Stępień zostali beatyfikowani w grupie 108 męczenników II wojny światowej w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie przez papieża św. Jana Pawła II.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _________________________________________________________________________

    Błogosławiony Herman Stępień,
    prezbiter i męczennik

    Błogosławiony Herman Stępień

    Karol Stępień urodził się 21 października 1910 r. w biednej, robotniczej rodzinie w Łodzi. Był błyskotliwym, inteligentnym – choć niesfornym – dzieckiem. Z doskonałymi wynikami ukończył w Łodzi szkołę powszechną. Zgłosił się następnie do niższego seminarium duchownego franciszkanów we Lwowie; tam ukończył gimnazjum. W 1929 r. zapukał do nowicjatu franciszkanów konwentualnych w Łodzi-Łagiewnikach i przyjął zakonne imię Herman.
    Przełożeni nie widzieli przed nim przyszłości zakonnej; sprawiał kłopoty wychowawcze, radzono mu odejście z zakonu. Karol jednak się uparł. Został wysłany na studia do Rzymu. Tam w 1937 r. przyjął święcenia kapłańskie. Kontynuował studia we Lwowie.
    Po ukończeniu nauki podjął pracę jako wikariusz w Radomsku, a potem w Wilnie. Po wybuchu II wojny światowej, w pierwszej połowie 1940 r., abp Jałbrzykowski (ordynariusz wileński) wysłał o. Hermana do pomocy pełniącemu obowiązki proboszcza parafii św. Jerzego we wsi Pierszaje o. Achillesowi Puchale.
    W 1941 r. rozpoczęła się wojna rosyjsko-niemiecka. Proboszcz okazywał cierpiącym współczucie i niósł pociechę. Nie stawiał warunków w kwestii ofiar składanych z racji udzielanych sakramentów.
    Na plebanii w Pierszajach Niemcy zorganizowali posterunek żandarmerii. Dokonywali masowych aresztowań, poszukując partyzantów i kandydatów na roboty w Niemczech. O. Achilles zabiegał o uwolnienie uwięzionych: dzięki jego interwencji wielu zatrzymanych ocaliło życie. Ratował dzieci i dziewczęta, które miały być wywożone do niewolniczej pracy w III Rzeszy.
    W czerwcu 1943 r. w Iwieńcu i okolicach partyzanci z Armii Krajowej przeprowadzili skoordynowaną akcję na konwoje niemieckie kierowane na front wschodni. Niemcy w lipcu i sierpniu 1943 r. przeprowadzili odwetową operację “Hermann”, próbując ograniczyć działalność partyzantki na Kresach. Za cel wybrano mieszkańców wsi i małych miasteczek regionu. Zatrzymanych zamykano w stodołach, które następnie podpalano. W ten sposób Niemcy, w jednym powiecie wołożyńskim, spalili kilkanaście wiosek razem z mieszkańcami.
    19 lipca 1943 r. niemieckie SS pojawiło się w Pierszajach. Na placu zebrano mieszkańców wsi (było ich ok. 200-300, w tym uciekinierzy z Iwieńca). Dwaj franciszkanie mogli się ukryć – miał ich do tego namawiać jeden z żandarmów niemieckich mieszkających na plebanii, praktykujący katolik; miał to także uczynić ich bezpośredni przełożony, gwardian z Iwieńca, o. Hilary Pracz-Praczyński.
    Początkowo Niemcy zamierzali zamordować wszystkich na miejscu, w Pierszajach. Przywieźli ze sobą kanistry z benzyną. Rozdzielili kobiety i mężczyzn (w wieku od 10 do 50 lat), po czym zagnali ich do dwóch szop. Do mężczyzn wkrótce dobrowolnie dołączyli dwaj franciszkanie. Niektórzy świadkowie podawali, że franciszkanie próbowali negocjować z Niemcami. Po prawie dwóch godzinach nadjechało trzech oficerów i rozkazali wyprowadzić zatrzymanych. Niemcy dokonali ponownej selekcji i zagnali wszystkich, pod bagnetami, do wsi Borowikowszczyzna koło Nowogródka. Franciszkanów oddzielono od pozostałych osób i wieczorem tego dnia zamordowano w pobliskiej stodole, którą następnie podpalono. Według jednej z wersji przed podpaleniem gestapowcy zabili obu męczenników strzałem w głowę. Według innej franciszkanie mieli być najpierw okrutnie torturowani. Niemcy mieli im wyłupić oczy, wyrwać języki, obciąć nosy, uszy i ręce, na koniec krępując drutem.
    Rozweseleni mordercy, przebrani we franciszkańskie habity, z drwiną naśladując czynności Mszy św. i szydząc z kapłanów, wrócili do wsi. Następnego dnia mieszkańcy wioski zebrali zwęglone szczątki męczenników i złożyli je we wspólnej trumnie w mogile przy kościele w Pierszajach (dziś Białoruś). Tam też, w specjalnej złoconej trumience, spoczywają w kościele parafialnym do dziś.
    O. Herman Stępień i o. Achilles Puchała zostali beatyfikowani w grupie 108 męczenników II wojny światowej w dniu 13 czerwca 1999 r. w Warszawie przez papieża św. Jana Pawła II. Herman jest jedną z dwóch pierwszych osób (oprócz o. Fidelisa Chojnackiego), i jak do tej pory jedynych, urodzonych w Łodzi i wyniesionych na ołtarze. Jego relikwie, poza Pierszajami, znajdują się także m.in. w łódzkiej parafii pw. Matki Bożej Anielskiej, prowadzonej przez franciszkanów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    18 lipca

    Święty Szymon z Lipnicy, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Arnulf, męczennik
      •  Święty Arnulf z Metzu, biskup
      •  Święty Arnold Wyznawca
      •  Święty Fryderyk z Utrechtu, biskup i męczennik
    ***
    Święty Szymon z Lipnicy

    Szymon urodził się około 1438-1440 r. w Lipnicy. Znane są nam imiona jego rodziców: Grzegorz i Anna. Nie znamy natomiast ich nazwisk. Ojciec był piekarzem. Fakt wysłania Szymona na studia uniwersyteckie wskazywałby na pewną zamożność rodziców, gdyż to suponuje także ukończenie szkół niższych. Jednak zamożność ta była względna, skoro w 1454 r. Szymon wpłacił do kasy Akademii Krakowskiej zaledwie 1 grosz, a więc zaledwie jedną czwartą już i tak skromnej rocznej opłaty. Zapisał się na wydział nauk wyzwolonych (artium). Był to wydział wstępny i najliczniej obstawiony, gdyż dawał przygotowanie do trzech wydziałów pozostałych i udzielał najogólniejszych wiadomości z zakresu siedmiu nauk wyzwolonych. Akademię Krakowską Szymon ukończył w roku 1457 tytułem bakałarza.
    W tym samym roku wstąpił wraz z dziesięcioma swoimi kolegami akademickimi do bernardynów, których cztery lata wcześniej sprowadził do Polski i założył ich pierwszy klasztor w Krakowie św. Jan Kapistran. Niewykluczone, że Szymon widział go i słuchał osobiście, kiedy Jan przez osiem miesięcy przebywał w Krakowie na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka. Po roku nowicjatu Szymon złożył śluby zakonne (1458). W Krakowie odbywał swoje studia teologiczne i po roku 1460 otrzymał święcenia kapłańskie.
    Szymon musiał wyróżniać się cnotą, wiedzą i powagą, skoro już w roku 1465 – w kilka lat po święceniach – został wybrany gwardianem konwentu w Tarnowie. Z tego powodu wziął udział w kapitule prowincji w Krakowie. W dwa lata później pełnił w Krakowie urząd kaznodziei. Urząd ten w zakonie franciszkańskim był zawsze w wysokim poważaniu. Wybierano na to stanowisko wyjątkowo zdolnych zakonników. Według relacji, jakie nam pozostawiły źródła, Szymon był nie tylko kaznodzieją z urzędu, ale przede wszystkim z powołania. Obowiązek ten miał sprawować przez kilkanaście lat, bo aż do śmierci (1467-1482). Szymon był nie tylko kaznodzieją zakonnym, ale przede wszystkim katedralnym. Dotąd ten zaszczytny i odpowiedzialny urząd pełnili wyłącznie dominikanie i profesorowie teologii Akademii Krakowskiej. Szymon był pierwszym, który przełamał tę tradycję jako bernardyn. Kazania w katedrze wygłaszano do elity umysłowej Krakowa w języku łacińskim. To dowodzi, że Szymon doskonale opanował ten język.

    Święty Szymon z Lipnicy

    O wielkiej powadze, jaką się cieszył Szymon wśród swoich współbraci, świadczy i to, że został wybrany wraz z kilkunastoma innymi bernardynami delegatem prowincji polskiej, aby uczestniczył w uroczystościach przeniesienia relikwii św. Bernardyna do nowego kościoła wystawionego ku jego czci w Akwilei (1472).
    W roku 1474 został wybrany na kapitule prowincji dyskretem, czyli delegatem na kapitułę generalną do Pawii. Wyruszył na nią wraz z ówczesnym prowincjałem Chryzostomem z Ponieca i gwardianem z Krakowa, Marianem z Jeziorka. Przez pewien czas Szymon pełnił także funkcję komisarza prowincjała i w jego imieniu wizytował niektóre konwenty prowincji. Poważnym wydarzeniem w jego życiu była pielgrzymka do Ziemi Świętej (1478/1479). Odbył ją korzystając z okazji, że był uczestnikiem kapituły generalnej w Pawii. Stamtąd udał się do ziemi Chrystusa Pana.
    W zakonie odznaczał się surowością życia, nabożeństwem do Najświętszego Sakramentu i Matki Bożej. Umarł posługując chorym podczas zarazy w Krakowie 18 lipca 1482 r. Pogrzeb odbył się w tym samym dniu w godzinach wieczornych. Ciało pochowano w kościele klasztornym pod wielkim ołtarzem, umieszczając je wraz ze szczątkami Tymoteusza i Bernardyna, zmarłych w opinii świętości. W 1488 r. bł. Władysław z Gielniowa, sprawujący wówczas funkcję prowincjała, na podstawie specjalnego breve papieża Innocentego VIII dokonał przeniesienia relikwii Szymona do osobnej kaplicy kościoła, co było wówczas uważane za formalną beatyfikację. Odtąd bowiem można było słudze Bożemu oddawać cześć publiczną. Grobowiec Szymona nawiedzali liczni pielgrzymi, a nagromadzone wota były dowodem jego skutecznego orędownictwa. Zaraz po jego śmierci miało miejsce aż 377 cudownych uzdrowień i łask. Długie zabiegi o formalną beatyfikację doszły do skutku. 24 lutego 1685 roku bł. Innocenty XI ogłosił dekret beatyfikacyjny. Dnia 3 czerwca 2007 r. papież Benedykt XVI kanonizował Szymona z Lipnicy.W ikonografii św. Szymon przedstawiany jest jako głoszący kazanie.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Świeżo malowany święty – św. Szymon z Lipnicy

    Świeżo malowany święty - św. Szymon z Lipnicy
    św. Szymon z Lipnicy/fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    ***

    Rozsypał rozpalone do czerwoności węgle i kazał stąpać po nich mnichom. Jego płomienne kazania przyciągały do krakowskich bernardynów tłumy. Sądzony był przez kapitułę krakowską za… nadużywanie imienia Jezus.

    Na bruku rozżarzyły się rozpalone do czerwoności węgle. Szymon z Lipnicy uśmiechnął się do bernardyńskich nowicjuszy: Przejdźcie po nich. Chcę sprawdzić wasze posłuszeństwo. Polecenie wydało się absurdalne, a jednak nowicjusze zaryzykowali. Wbrew zdrowemu rozsądkowi maszerowali boso po ogniu. Ku ich ogromnemu zaskoczeniu nie parzył ich. Posłuszeństwo zatriumfowało.

    Studia za jeden grosz
    O tej próbie ognia pisze w swej kronice Jan z Komorowa. Dokument zawiera świadectwa zakonników przechodzących tę trudną lekcję. Innym razem Szymon wręczył zaskoczonym nowicjuszom młodziutkie sadzonki dębów i kazał im je zasadzić… korzeniami go góry. Znów trudna próba posłuszeństwa. – Dziś śmieszą nas takie obrazki. A podobne historie zdarzały się często w średniowiecznych klasztorach. Widzimy je już u ojców pustyni. Rozżarzone węgle to metafora doskonałego posłuszeństwa. Nie jest ważne, co się robi, ale to, że ktoś o to poprosił. A dzisiaj? Dzisiejsze posłuszeństwo jest logiczne. Jesteśmy zbyt logiczni – uśmiecha się o. Cyprian Moryc, bernardyn, który oprowadza nas po krakowskim klasztorze. To tu, u stóp Wawelu, przed wiekami modlił się Szymon z Lipnicy.

    Urodził się w miejscowości, która słynie z długich palm. Nie, nie chodzi francuską Riwierę, ale o palmy wielkanocne. Niedaleko Bochni leży Lipnica Murowana. To tu około 1438 r. przyszedł na świat Szymon. Nie znamy nazwiska jego rodziców – lipnickiego piekarza Grzegorza i Anny. Niewiele wiemy o dzieciństwie świętego. Wiemy, że w 1454 r. Szymon został żakiem. Kroniki wspominają, że wpłacił do kasy Akademii Krakowskiej 1 grosz, a więc zaledwie jedną czwartą i tak skromnej rocznej opłaty. Był świetnym studentem. Z pasją zgłębiał nauki na wydziale nauk wyzwolonych (artium). I być może wybrałby drogę kariery naukowej, gdyby nie pewne spotkanie…

    Krew na rynku
    Tłum na krakowskim rynku nie mógł wyjść z podziwu. Na środku jakiś włoski zakonnik głosił płomienne kazanie, wzywając głośno ludzi do pokuty. Jego oczy płonęły. To Jan Kapistran, wierny uczeń św. Bernardyna ze Sieny, wielkiego reformatora zakonu franciszkańskiego. Do Polski przybył na zaproszenie Kazimierza Jagiellończyka i zatrzymał się tu na 8 miesięcy. Po śmierci Bernardyna nie rozstawał się z jego relikwiami (wszędzie woził ampułki z jego krwią). Na zakończenie kazania na krakowskim rynku zaczął nimi błogosławić krakusów. Wielu chorych odzyskało wówczas zdrowie. Nie wiemy, czy młodziutki żak Szymon z Lipnicy spotkał charyzmatycznego Włocha, na pewno jednak zetknął się z jego naukami. Po ukończeniu akademii Szymon wstąpił do niedawno założonego zgromadzenia bernardynów. Nie on sam: – Po płomiennych kazaniach Kapistrana mogła ich przyjść do nowicjatu nawet setka – opowiada o. Cyprian.

    Po święceniach kapłańskich w 1460 roku Szymon został przełożonym klasztoru w Tarnowie, a gdy wrócił do grodu Kraka, wybrano go na kaznodzieję katedralnego. Był to nie lada zaszczyt. Młody bernardyn przerwał monopol dominikanów na kazania na Wawelu – śmieje się o. Moryc. Swymi wygłaszanymi po łacinie homiliami porwał sporą część elity intelektualnej Krakowa. Zapamiętano go jako wielkiego kaznodzieję i porównywano do samego Bernardyna ze Sieny. Podobnie jak on miał ogromne nabożeństwo do imienia Jezus. W kaplicy kościoła bernardynów na ogromnym witrażu Józefa Mehoffera Szymon z Lipnicy krzyczy: Jezus! Jezus! Jezus!

    Dół z robactwem i nadużywanie imienia
    – Jego kazania były bardzo żarliwe, wręcz teatralne, przerywane różnymi aklamacjami i trzykrotnym zawołaniem imienia Jezus. To było tak szokujące, że Szymona zawleczono przed sąd kościelny. Sądziła go kapituła krakowska za… nadużywanie imienia Jezus. Udało mu się jednak wybronić i został uniewinniony – śmieje się o. Cyprian. Więcej, skruszeni sędziowie gorąco poprosili go o modlitwę. Szymon żył niezwykle surowo. W ogrodzie bernardyńskim, który znakomicie zachował się do dziś, był spory dół na śmieci, pełen odpadków i robactwa. Bracia widywali Szymona, który często spędzał w nim noc.

    Sam święty nazywał ten dół swoim „czyśćcem”. Kochał Maryję. Nawet na drzwiach swojej celi napisał: Ty, który będziesz tutaj mieszkał, pamiętaj, by zawsze czcić Maryję. – Miał charyzmat życia ukrytego. Wychodził przede wszystkim po to, by głosić kazania i spowiadać. Jak ojcowie pustyni, wyczuwał, kto przychodzi jedynie z ciekawości – opowiada o. Cyprian. Kiedyś przyszła do Szymona wpływowa niewiasta ze znakomitego rodu. Wiedziała, że święty niechętnie schodzi ze swej celi, powiedziała więc: przyszłam się wyspowiadać. Brat zakonny popędził po mnicha z Lipnicy. Ten jednak odmówił zejścia na furtę. Zniecierpliwiona kobieta nalegała. Mnich zszedł i… nie pokazując się jej, wyspowiadał ją przez drzwi. „Wielu magnatów za zaszczyt sobie poczytuje rozmowę ze mną, ten zaś ojciec nie chce ze mną mówić ani swej osoby ukazać” – fuknęła obrażona szlachcianka. – To nie był kaprys odludka – wyjaśnia o. Moryc. – To było głębokie rozeznanie duchowe: Szymon wiedział, kto naprawdę potrzebuje łaski, a kto przychodzi przygnany zwykłą ciekawością.

    Dżuma
    Chronimy się przed upałem w chłodnym wnętrzu kościoła krakowskich bernardynów. W kaplicy Szymona z Lipnicy Józef Pytel starannie maluje napis: Święty Szymon. Odrywa pędzel ze srebrną farbą i opowiada: – Pochodzę z miejscowości obok Lipnicy. Opowiadano, że kiedyś przechodził przez nią Szymon i obrzucono go kamieniami i błotem. Święty odwrócił się i powiedział: dlatego, że tak postąpiliście, bardzo długo nie będziecie mieli kapłana. I rzeczywiście tak było. Przed nami wielki sarkofag ze szczątkami świętego. Zmarł, posługując chorym podczas zarazy dżumy w Krakowie 18 lipca 1482 r. W XV wieku morowe zarazy często nawiedzały polskie miasta, dziesiątkując mieszkańców. Każdego dnia umierało od 40 do 50 ludzi.

    Przed jedną z epidemii uciekł z Krakowa sam król Kazimierz Jagiellończyk. W czasie zarazy w 1482 r. Szymon nie opuścił Krakowa. Wyszedł na ulice, posługując chorym i udzielając im sakramentów. Więcej: prosił Boga, by pozwolił mu umrzeć w czasie trwania zarazy. Bóg wysłuchał tej prośby. Po kazaniu w oktawę święta Nawiedzenia Matki Bożej na ciele mnicha pojawił się czerwony wrzód. Następnego dnia nabrał już koloru czarnego. Po sześciu dniach Szymon zmarł. Przed śmiercią gorąco prosił infirmarza, by pochował go pod progiem kościoła, ale kiedy brat przypomniał sobie o tym, było już za późno: ciało Szymona spoczywało w centralnym miejscu świątyni. Później przeniesiono je do osobnej kaplicy, gdzie spoczywa do dziś.

    Cudownie uzdrowieni
    Szymon zmarł w opinii świętości, więc niebawem do jego grobu zaczęli szturmować ludzie. Kroniki wspominają kobietę opiekującą się umierającymi na dżumę. Widząc trzech bliskich śmierci kleryków, poleciła ich opiece mnicha z Lipnicy. Niebawem zdrowi jak rydze sami pobiegli do grobu Szymona, by podziękować za otrzymaną łaskę. Wiadomość obiegła lotem błyskawicy gród Kraka. Tuż po śmierci mnicha zanotowano aż 377 cudownych uzdrowień i łask. – Zachowało się sporo podziękowań od kobiet, które miały trudności z donoszeniem ciąży, a nawet od tych, których dziecko zostało martwo urodzone, a następnie ożyło – opowiada o. Wiesław Murawiec, wicepostulator sprawy kanonizacyjnej Szymona.

    Wychodzimy z chłodnego prezbiterium. Zdziwieni podchodzimy do obsypanego kwiatami konfesjonału. Tu przez lata spowiadał o. Wiktoryn Swajda. Krakowski bernardyn zmarł trzynaście lat temu, ale do konfesjonału, w którym siedział, ludzie przynoszą codziennie świeże kwiaty. W grubych murach klasztoru bernardynów wielu mnichów do dziś powtarza za Szymonem z Lipnicy: Jezus, Jezus, Jezus.

    Marcin Jakimowicz/wiara.pl

    __________________________________________________________________________________

    Rozżarzone węgle

    Rozżarzone węgle

     

    Sądzono go za nadużywanie imienia Jezus. Zaprosił nowicjuszy do stąpania po rozpalonych do czerwoności węglach. Swymi homiliami Szymon z Lipnicy porwał elitę intelektualną Krakowa, a gdy wybuchła dżuma, wyszedł na ulice, by opatrywać chorych.

    Gdy odwiedziłem przed piętnastu laty jasny bernardyński klasztor, który przykucnął u stóp potężnego Wawelu, bracia przemalowywali właśnie napis: „Błogosławiony Szymon z Lipnicy” na „Święty…”. Bernardyn pochodzący z polskiego „Las Palmas”, słynącego z potężnych wielkanocnych palm, był jedną z najważniejszych postaci franciszkańskiego przebudzenia nad Wisłą.

    „Tylko Jego imię zawiera Obecność, którą oznacza” – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Dostojewski pisał, że Ojciec wypowiedział najpiękniejsze słowo, które będzie trwało wieczność: Jezus. Dziś doskonale o tym wiemy, ale w XV wieku było to rewolucyjne twierdzenie. Na mieniącym się feerią barw witrażu Józefa Mehoffera św. Szymon woła: „Jezus! Jezus! Jezus!”. Swe żarliwe kazania przerywał on trzykrotnym przywołaniem „Imienia ponad wszelkie imię”. Kapituła krakowska sądziła go nawet za… nadużywanie imienia Syna Bożego. Został uniewinniony. Ten pobożny nawyk przejął od swych mistrzów. Homilie wielkiego reformatora zakonu, Bernardyna ze Sieny, przypominały teatralne spektakle. Często wzywał imienia „Jezus”, z czego… musiał się tłumaczyć przed papieżami Marcinem V (1426) i Eugeniuszem IV (1431). Podobne problemy z oskarżeniami o „nadużywanie Imienia” miał jego uczeń Jan Kapistran. Gdy nauczał na krakowskim rynku, ludzie siedzieli nawet na dachach. Głosił płomienne kazania, wzywając wiernych do pokuty. Bernardyni z tęsknotą opowiadają, że po jednym kazaniu charyzmatycznego Włocha do nowicjatu braci obserwantów wstąpiła aż setka Polaków. W ich ślady poszedł Szymon z Lipnicy.

    Urodził się około 1438 r. W 1454 r. został żakiem Akademii Krakowskiej. Zgłębiał nauki na wydziale nauk wyzwolonych i być może wybrałby drogę kariery uniwersyteckiej, gdyby nie spotkanie z Kapistranem. Szymon wstąpił do młodziutkiego zgromadzenia obserwantów (nad Wisłą zwanych bernardynami), a po święceniach został kaznodzieją w katedrze na Wawelu. Był to nie lada zaszczyt. Swymi homiliami porwał sporą część elity Krakowa. Żył niezwykle surowo. Bernardyni widywali go, jak podczas postów spędzał noc w dole pełnym śmieci i robactwa. Nazywał to miejsce swym „czyśćcem”. „Posłuszeństwo to najkrótsza droga do nieba” – zapewniał św. Filip Nereusz. Szymon doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Pewnego dnia – wspomina w kronice Jan z Komorowa – zaprosił nowicjuszy do stąpania po rozpalonych do czerwoności węglach. Zaryzykowali i pomaszerowali boso po ogniu, który ku ich zdumieniu nie parzył stóp. Innym razem Szymon wręczył zaskoczonym nowicjuszom sadzonki dębów i kazał je sadzić… korzeniami do góry.

    Zmarł 18 lipca 1482 r., posługując podczas dżumy, która pustoszyła Kraków. Wyszedł na ulice, by opatrywać chorych i udzielać im sakramentów. Tuż po śmierci bernardyna przy jego grobie miało miejsce aż 377 cudownych uzdrowień.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    _________________________________________________________________________

    Szymon z Lipnicy i wielka epidemia

    fot. Piotr Tumidajski/Archiwum: Forum

    ***

    Płomienny kaznodzieja i gorliwy duszpasterz odszedł do Pana służąc zarażonym podczas epidemii jaka wybuchła w Krakowie w 1482 r. Śmierć nie oddzieliła go od potrzebujących. Wręcz przeciwnie – na skutek modlitwy za jego wstawiennictwem, cudownie uzdrowionych zostało pomiędzy 150 a 377 osób. Stało się to przyczyną szybkiego rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego.

    Epidemia nad Wisłą

    Zanim wynaleziono silnik spalinowy, a pierwsze cząsteczki dwutlenku węgla pochodzące z przemysłu dostały się do atmosfery, na świecie dochodziło do wielu naturalnych anomalii pogodowych. Połowa XV wieku w Europie środkowej charakteryzowała się występowaniem na przemian susz i powodzi, fal mrozów i gorąca. Były okresy, kiedy przez Wisłę można było przejechać konno. Taka sytuacja stanowiła doskonały grunt do wylęgnięcia się wielu rodzajów epidemii i chorób. Wtedy to najprawdopodobniej z Węgier dotarła do Krakowa cholera, nazwana przez ówczesnych pestis furiosa – wściekła zaraza.

    Panika ogarnęła miasto. W obawie o swoje życie stolicę opuścił król Kazimierz Jagiellończyk, co majętniejsi uciekali z miasta, a pozostałych ogarnął taki strach, że zostawiali swoich bliskich zmarłych bez pogrzebu. Epidemia zebrała obfite żniwo, zabijając ok. 1414 osób (12 proc. krakowian!).

    Pośród tragedii jednak jaśniała postać bernardyna Szymona z Lipnicy, który nie zważając na niebezpieczeństwa rzucił się na pomoc potrzebującym.

    Czas jubileuszu

    Krakowski zakonnik wraz z współbraćmi otaczali chorych opieką i dobrym słowem, zanosili im Komunię Świętą, spowiadali, odprawiali Msze Święte i głosili podnoszące na duchu kazania. Szymon z Lipnicy doskonale uosabiał połączone w harmonii cnoty intelektu i siły woli. Jako wykształcony na Akademii Krakowskiej człowiek, należał do ówczesnej inteligencji; dostąpił nawet zaszczytu sprawowania funkcji królewskiego kaznodziei w Katedrze Wawelskiej. Zajmował się też przepisywaniem starych ksiąg i nie rezygnował z pogłębiania swojej wiedzy. Wzorował się na najwybitniejszych ówczesnych kaznodziejach, św. Bernardynie ze Sieny i św. Janie Kapistranie.

    Jednocześnie nie zaniedbywał posługi duszpasterskiej. Jeszcze w 1473 po raz pierwszy pomagał chorym podczas krótkotrwałej zarazy, jednak prawdziwe świadectwo swojej wiary dał dziesięć lat później. Podczas kolejnej epidemii chodził po domach wyszukując chorych i umierających, opiekował się nimi zmieniając opatrunki, karmiąc, udzielając sakramentów Pokuty i Eucharystii. Pozostawione czy też porzucone przez najbliższych ciała zmarłych – grzebał, przywracając im właściwą godność.

    Czas zarazy Szymon nazywał „jubileuszem” oraz okresami „nawiedzenia”, dzięki którym człowiek dostępuje niesamowitej sposobności do nawrócenia. Pragnął umrzeć podczas posługi w trakcie jednego z takich „jubileuszy”. Jego marzenie spełniło się w 1482 r.

    Śmierć i początek świętości

    Po wygłoszeniu kazania w oktawie święta Nawiedzenia Matki Bożej Szymon zauważył na swoim ciele pierwsze oznaki choroby. Na łopatce pojawił się zwiastujący najgorsze wrzód – duchowny już wiedział, że wkrótce umrze, a mimo to do końca posługiwał chorym i zarażonym. Zmarł po sześciu dniach choroby, w opinii świętości i otoczony współbraćmi. Świadkowie wspominali jak z pokojem na twarzy odchodził wpatrzony w Chrystusowy krzyż. Na sam koniec dał świadectwo niesamowitej pokory  – poprosił o pochowanie w progu kościoła, tak by ludzie wstępujący do świątyni po nim deptali. Umierał z modlitwą na ustach: „Przyjdź, o słodki Zbawicielu, wywiedź moją duszę z więzów ciała, a zaprowadź ją na niebieskie gody. Pragnę rozstać się ze światem, a połączyć się z Tobą, o Chryste Jezu”.

    Śmierć, bynajmniej, nie była końcem jego posługi…

    Cuda, cuda ogłaszają!

    Ciało Szymona pochowano wraz z 25 współbraćmi pod ołtarzem w kościele oo. Bernardynów na Stradomiu. Ze względu na coraz większy kult, bardzo szybko przeniesiono je do bocznej kaplicy. Jeszcze przed końcem 1482 r., za przyczyną modlitw za wstawiennictwem niedawno zmarłego kapłana, potwierdzono około 150 uzdrowień z ciężkich i beznadziejnych przypadków choroby. Łączna liczba cudów przypisywanych wstawiennictwu Szymona z Lipnicy osiągnęła 377. Szczególnych łask dostępowały kobiety mające problemy z urodzeniem dziecka.

    W związku z kultem zmarłego w opinii świętości bernardyna, ówczesny prowincjał bł. Władysław z Gielniowa sporządził dokumentację do procesu beatyfikacyjnego. Ostatecznie, Szymon z Lipnicy został beatyfikowany przez papieża Innocentego XI  24 lutego 1685 r., potwierdzając autentyczność kultu. Rozpoczęto przygotowania do procesu kanonizacyjnego.

    Na skutek problemów natury politycznej, proces wznowiono dopiero w 1948 r.  W 2005 papież Benedykt XVI wydał dekret o uznaniu cudownego uzdrowienia, przypisywanego wstawiennictwu bł. Szymona, jakie miało miejsce w Krakowie w 1943. Uzdrowiona została wtedy Maria Piątek, krakowska farmaceutka chora na zator mózgowy (była sparaliżowana i pozbawiona mowy). Uroczystej kanonizacji Szymona z Lipnicy dokonano 3 czerwca 2007 r.

    źródła: przewodnik-katolicki.pl / liturgia.pl / diecezja.pl / kraków.maszemiasto.pl / gazetakrakowska.pl

    Piotr Relich/PCh24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    17 lipca

    Błogosławione dziewice i męczennice
    Teresa od św. Augustyna i Towarzyszki

    Zobacz także:
      •  Święty Aleksy, wyznawca
      •  Błogosławiony Paweł Piotr Gojdič, biskup
      •  Święty Leon IV, papież
    ***
    Błogosławione męczennice z Compiegne

    Podczas rewolucji francuskiej władze zamknęły w 1792 r. klasztor sióstr karmelitanek w Compiègne. 14 września 1792 r. zakonnice opuściły klasztor i założyły świeckie ubrania. Podzieliły się na 4 grupy mieszkające w niezbyt odległych od siebie domach. Przez kolejne 2 lata żyły w nich, przestrzegając – w miarę możliwości – zasad życia zakonnego.
    W 1794 r. oskarżono je o życie we wspólnocie zakonnej. Zostały aresztowane 22 czerwca i uwięzione w byłym klasztorze wizytek. 12 lipca przewieziono je do więzienia Conciergerie w Paryżu, a 5 dni później skazano na śmierć. Zostały zgilotynowane 17 lipca 1794 r. na Place du Trône Renversé (obecnie Place de la Nation). Idąc na gilotynę, śpiewały Salve Regina. Jako ostatnią stracono matkę przełożoną, która umacniała siostry.
    Ciała zakonnic wrzucono do dołu z piaskiem na paryskim cmentarzu Picpus, w którym w późniejszym czasie doliczono się 1298 ofiar terroru rewolucji. Nie było więc szans na odnalezienie relikwii karmelitanek. Były one pierwszymi ofiarami terroru rewolucji francuskiej, wobec których rozpoczęto proces beatyfikacyjny; jako pierwsze męczennice rewolucji francuskiej zostały beatyfikowane 27 maja 1906 r. przez Piusa X.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________

    Francuska Golgota męczenników czasu rewolucji

    Egzekucja katolickiego księdza w Rennes, 1792 r. Repr. Mary Evans Picture Library/Forum

    ***

    Ocenia się, że podczas rewolucji we Francji życie za wiarę oddało około trzech tysięcy katolickich kapłanów. Wśród nich zamordowani 2 września 1792 r. franciszkanin o. Jan Franciszek Burte, gwardian stołecznego klasztoru oraz jego zakonny współbrat, Seweryn Jerzy Girault, kapelan paryskich sióstr zakonnych. Rewolucja stawiała sobie za cel stworzenie „nowej Francji” i „nowego człowieka”. Każdego, kto nie mieścił się w „republikańskich wymiarach”, przykrawała do nich gilotyna.

    Antychrześcijańskie oblicze rewolucji francuskiej objawiło się na dwa sposoby: w aspekcie destruktywnym (czyli polityce wymierzonej w Kościół katolicki i duchowieństwo, a także niszczeniu symboli chrześcijaństwa w sferze publicznej, w tym kościołów) oraz w aspekcie twórczym, o wiele groźniejszym – jak zauważył Józef de Maistre – od tego pierwszego (czyli tym, co na gruzach chrześcijańskiej Francji rewolucjoniści chcieli zbudować). Oba aspekty łączyło przeświadczenie zaczer­pnięte z ateistycznego dziedzictwa Woltera, iż należy wymazać tę niegodziwość, czyli – wedle „patriarchy oświecenia” – chrześcijaństwo.

    Uczniowie de Sade’a

    Tak, obywatele, religia jest nie do pogodzenia z ustrojem wolności, czujecie to tak samo jak ja. Nigdy wolny człowiek nie pochyli głowy przed bogami chrześcijaństwa; nigdy jego dogmaty, rytuały, tajemnice, moralność nie będą mogły odpowiadać republikaninowi… Oddajcie nam pogańskich bogów! Chętnie będziemy czcić Jowisza, Herkulesa czy Pallas Atenę, ale nie chcemy więcej tego baśniowego stwórcy świata. (…) Nie chcemy więcej tego Boga nieogarnionego, który wszystko ponoć napełnia – takimi słowy zagrzewał rewolucjonistów do kontynuowania antychrześcijańskiej polityki we Francji markiz de Sade – znany zboczeniec seksualny, który zresztą z racji swego zboczenia został na prośbę własnej rodziny osadzony na jakiś czas w Bastylii. W tym kontekście jej zburzenie nabiera całkiem nowego znaczenia.

    Gdy de Sade wypowiadał te słowa, już od ponad pięciu lat trwała rewolucyjna polityka wymierzona we Francję jako „pierworodną córę Kościoła”. W pierwszej kolejności uderzono bowiem właśnie w Kościół. Już w roku 1789 skonfiskowano wszystkie należące doń majątki, które podobnie jak w szesnastowiecznej Anglii stały się początkiem fortun nowej, republikańskiej arystokracji. W lutym 1790 roku rewolucyjne Zgromadzenie Narodowe zadekretowało zniesienie wszystkich zakonów we Francji, a 15 sierpnia 1791 roku (nieprzypadkowo wybrano dzień wielkiego święta kościelnego) zakazano księżom noszenia sutann. We wrześniu 1793 roku – w apogeum szalejącego wówczas jakobińskiego terroru – uchwalono „prawo podejrzanych”, otwierające możliwość zgilotynowania osoby także za żywienie arystokratycznych sympatii; te ostatnie mogły oznaczać również uczestnictwo we Mszy Świętej odprawianej w prywatnych mieszkaniach przez tzw. niezaprzysiężonych księży, czyli tych, którzy nie złożyli przysięgi na wierność tzw. konstytucji cywilnej kleru.

    Ten akt prawny, uchwalony w lipcu 1790 roku, stanowił faktyczne wypowiedzenie wojny Kościołowi we Francji i Rzymowi. Anglikanin, Edmund Burke, komentujący na gorąco uchwalenie owej ustawy na kartach swoich Rozważań o rewolucji we Francji, pisał: Wydaje mi się, że ten nowy ustrój kościelny ma być tylko przejściową i przygotowawczą fazą prowadzącą do całkowitego wyrugowania wszystkich form religii chrześcijańskiej, gdy tylko umysły ludzi zostaną przygotowane do zadania jej ostatniego ciosu za sprawą urzeczywistnienia planu otoczenia jej kapłanów powszechną pogardą. Ludzie, którzy nie chcą wierzyć, że filozoficzni fanatycy kierujący tą akcją od dawna ją planowali, nie mają pojęcia o ich charakterach i poczynaniach.

    Ojciec europejskiego konserwatyzmu nie pomylił się w niczym. Konstytucja cywilna kleru była bowiem próbą ustanowienia we Francji schizmatyckiego wobec Rzymu Kościoła. Z katolickich duchownych czyniła funkcjonariuszy państwowych wybieranych (w tym biskupi) przez wszystkich obywateli danego departamentu (obszar diecezji przykrojono do granic administracyjnych) – również ateistów. 10 marca 1791 roku tę uzurpację rewolucyjnego państwa oficjalnie odrzucił i potępił papież Pius VI. Król Ludwik XVI, chociaż podpisał dokument, traktował go jak kroplę przelewającą kielich goryczy – o czym poinformował w liście pozostawionym na krótko przed nieudaną ucieczką z Paryża.

    Konstytucja cywilna kleru okazała się przełomowa również dlatego, że dostarczyła pretekstu dla rozpętania kolejnej spirali przemocy przeciw duchowieństwu, które nie przysięgając na nią dochowywało wierności widzialnej Głowie Kościoła. 27 maja 1792 roku zadekretowano więc deportację do kolonii wszystkich duchownych odmawiających zaprzysiężenia. Jednak już 18 marca 1793 roku Republika poszła dalej i uchwaliła dla odmawiających zaprzysiężenia karę śmierci. Taka sama kara spotkać miała również świeckich, którzy udzielali schronienia kapłanom niezaprzysiężonym lub uczestniczyli w nabożeństwach przez nich odprawianych bądź korzystali z udzielanych przez nich sakramentów. Jak mówił w roku 1793 „kat Lyonu”, jakobiński komisarz Chalier, księża są jedyną przyczyną nieszczęść we Francji. Rewolucja, która jest triumfem oświecenia, tylko z obrzydzeniem może spoglądać na zbyt długą agonię zgrai tych niegodziwców.

    Męczennicy czasów rewolucji

    Ocenia się, że podczas rewolucji we Francji życie za wiarę oddało około trzech tysięcy katolickich kapłanów. W roku 1793 w aktach orleańskiego Trybunału Rewolucyjnego, dotyczących osoby jednego z owych męczenników – ks. Juliena d’Herville, niezaprzysiężonego jezuity – zapisano między innymi, że znaleziono przy nim wszystkie środki dla uprawiania fanatyzmu i przesądu: szkaplerz z dwoma medalikami, małe okrągłe pudełko z zaczarowanym chlebem [chodzi o konsekrowane hostie – przyp. aut.], taśmę, na której był przyczepiony duży krzyż ze srebra, serce wykonane ze srebra oraz kryształowy relikwiarz.

    Danton namawiał swoich kolegów z rewolucyjnego Konwentu, by wszystkich „opornych księży” załadować na barki i wyrzucić na jakiejś plaży we Włoszech, ojczyźnie fanatyzmu. W końcu jednak wybrano mordercze tropiki Gujany Francuskiej, która stała się miejscem zesłania i męczeństwa niezaprzysiężonych. Przez ponad pół roku (od końca roku 1793) takiego losu oczekiwało na barkach zacumowanych u wejścia do portu w Bordeaux ponad ośmiuset księży. Stłoczeni w nieludzkich warunkach, pozbawieni żywności, lekarstw i elementarnych warunków ludzkiej egzystencji, czekali na wypłynięcie na ocean. W tych okolicznościach spośród 829 księży zmarło aż 547. Trwali jednak w owych ­katuszach do końca, wspólnie się modląc i nawzajem spowiadając.

    1 października 1995 roku papież Jan Paweł II beatyfikował sześćdziesięciu czterech z nich, bo jak sam podkreślił w homilii beatyfikacyjnej, na dnie udręki zachowali ducha przebaczenia. Jedność wiary i jedność ojczyzny uznali za sprawę ważniejszą niż wszystko inne.

    Martyrologium Kościoła francuskiego czasów rewolucji, sporządzane przez Jana Pawła II, bynajmniej się na tym nie kończy. W lutym 1984 roku beatyfikował on 99 męczenników z Angers – ofiary krwawej pacyfikacji Wandei przez władze Republiki. Do chwały ołtarzy wyniesiono wówczas jedenastu księży i trzy zakonnice. Papież z Polski kontynuował w tym względzie dzieło swoich poprzedników na Stolicy Piotrowej. W roku 1906 bowiem św. Pius X beatyfikował szesnaście karmelitanek z Compiegne straconych w apogeum dechrystianizacyjnych działań władz republikańskich (1793-1794). Wiezione na miejsce stracenia bydlęcymi wozami wszystkie śpiewały Miserere Salve Regina (Witaj Królowo Niebios). Ujrzawszy szafot, odśpiewały Veni Creator (Przybądź Duchu Święty) i na głos odnowiły swoje przyrzeczenia chrzcielne i śluby zakonne.

    Osobną grupę wśród męczenników czasów francuskiej rewolucji stanowią świeccy posyłani na szafot za miłosierdzie okazane duchownym (poprzez udzielenie im schronienia we własnym domu). Część z nich doczekała się oficjalnego uznania swej chwały męczeństwa przez Kościół (jak męczennicy z Angers), większość jednak to święci bezimienni.

    Niektórych jednak znamy, jak na przykład osiemdziesięcioletnią wdowę, Annę Leblanc i jej sześćdziesięcioletnią córkę, Anastazję, skazane na śmierć 1 lipca 1794 w Morlaix. Ich zbrodnią było przechowywanie w domu ściganego księdza, Augustina Clecha z diecezji Tregnier. Maria Gimet, robotnica z Bordeaux, natomiast, z pomocą Marii Bouquier (pracowała jako służąca) ukrywała w swoim mieszkaniu trzech księży: Jeana Molinier z diecezji Cahors, Louisa Soury z diecezji Limoges oraz Jeana Lafond de Villefumade z diecezji Perigueux. W uzasadnieniu wyroku śmierci dla owych kobiet czytamy, iż podzielały kontrrewolucyjne uczucia niezaprzysiężonych księży, (…) chlubiły się, że ich ukrywały oraz kilkakrotnie powtarzały, że lepiej być posłusznym prawu Bożemu niż prawu ludzkiemu. Nie znaleziono żadnych okoliczności łagodzących (na przykład w postaci plebejskiego pochodzenia oskarżonych).

    Zniszczyć papieski Rzym!

    Osobno omówić należy wrogie akty rewolucyjnego państwa (czy to Republiki, czy wywodzącego się z „ideałów roku 1789” Pierwszego Cesarstwa) wymierzone w Stolicę Apostolską i kolejnych papieży. Już w roku 1790 zaanektowano należący do papiestwa Awinion. Uchwalona w tym samym roku cywilna konstytucja kleru była niczym innym jak wypowiedzeniem wojny papieżowi. Od słów do czynów Republika przeszła w roku 1796, z chwilą błyskotliwej ofensywy generała Bonapartego w Italii. Dwa lata później, 1 lutego 1798 roku, wojska francuskie pod dowództwem generała Berthiera zajęły papieski Rzym. Wkrótce też „lud rzymski” (czytaj: co bardziej aktywni członkowie lóż wolnomularskich) „spontanicznie” (pod czujną obserwacją przybyłych zza Alp zaprzyjaźnionych wojsk) ogłosił powstanie Republiki Rzymskiej, znosząc w ten sposób istniejące od ponad tysiąca lat Państwo Kościelne. Aby dotkliwiej upokorzyć papieża, decyzję tę promulgowano 15 lutego 1798 roku, w rocznicę jego wyboru na Stolicę Piotrową.

    Ponad ­osiemdziesięcioletniego, schorowanego Piusa VI francuscy rewolucjoniści wygnali z Rzymu i umieścili w surowych warunkach twierdzy Palence, gdzie 29 sierpnia 1799 roku zakończył on życie ze słowami: In te Domine speravi, non confundar in aeternum (Tobie Boże zaufałem, nie zawstydzę się na wieki) na ustach. Wysłannik Republiki tak raportował to paryskiemu Dyrektoriatowi: Ja, niżej podpisany obywatel, stwierdzam zgon niejakiego Braschi Giovanni Angelo, który pełnił zawód papieża i nosił artystyczne imię Piusa VI. Na końcu zaś nazwał zmarłego papieża: Pius VI i ostatni.

    Podobne nadzieje wyrażał, jeszcze przed śmiercią Piusa VI, generał Napoleon Bonaparte – przyszły cesarz Francuzów. Pisał on do swojego brata, Józefa, pełniącego funkcję francuskiego wysłannika przy Państwie Kościelnym: Jeśli papież umrze, należy uczynić wszystko, by nie wybrano następnego i aby nastąpiła rewolucja [w Państwie Kościelnym]. Ale kolejnego Następcę św. Piotra wybrano podczas konklawe poza Rzymem (w Wenecji) i w dodatku przybrał on imię Piusa VII. To z nim Bonaparte jako Pierwszy Konsul zawarł w roku 1801 konkordat kładący kres najgorszej fali prześladowań Kościoła we Francji i umożliwiający odbudowę struktur kościelnych. Kreujący się na następcę Karola Wielkiego Korsykanin potrzebował papieża, by odbyć cesarską koronację w Paryżu. Ale cały czas traktował on biskupa Rzymu jako podwładnego sobie funkcjonariusza. Nie tolerował żadnego sprzeciwu i wymagał bezwzględnego posłuszeństwa. Gdy w roku 1809 Pius VII „ośmielił się” wyrazić swój sprzeciw wobec brutalnej inwazji Cesarstwa na katolicką Hiszpanię, został aresztowany i przewieziony do Francji, gdzie pozostał więźniem cesarza Francuzów aż do jego upadku w roku 1814.

    „Nowy człowiek” Rewolucji

    Rewolucja poczytywała sobie za cel stworzenie „nowej Francji” i „nowego człowieka” – każdego, kto nie mieścił się w „republikańskich wymiarach”, przykrawała do ich wielkości gilotyna. Choć nie tylko. Oto w roku 1793, podczas jednej z debat toczonych w Konwencie, poważnie roztrząsano projekt jednego z jakobińskich deputowanych zakładający zburzenie w imię republikańskiej równości wszystkich wież kościelnych we Francji. Do realizacji projektu nie doszło, co jednak nie zmienia faktu, że rewolucja francuska to kolejna odsłona radykalnego, antykatolickiego ikonoklazmu. Niszczono całe kościoły (w tym, wspaniałą bazylikę w Cluny) lub je poważnie uszkadzano (zwłaszcza tzw. portale królewskie, m.in. w paryskiej Notre Dame i w jej odpowiedniczce w Chartres). Z perełki gotyku, kaplicy Saint Chapelle w Paryżu (zbudowanej przez św. Ludwika IX w XIII wieku jako relikwiarz dla Korony Cierniowej) uczyniono magazyn na zboże. Katedrę w Chartres od zburzenia uchronił pewien obywatel, który wykupił ją od władz po cenie gruzu (dzisiaj katedra figuruje na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Komitet rewolucyjny w Bourges postanowił zburzyć dwa kościoły (w tym również wspaniałą tamtejszą katedrę), ponieważ w sytuacji, kiedy triumfuje filozofia, należy dołożyć wysiłku do zniszczenia wszystkich świątyń, które świadczą o głupocie naszych ojców i konserwują nadzieje winne przesądów i szarlatanerii.

    „Nowy człowiek” miał funkcjonować w nowym czasie („nowym” znaczy antychrześcijańskim). W takim właśnie kontekście należy rozpatrywać wprowadzenie przez francuskich rewolucjonistów w roku 1792 nowego, tzw. republikańskiego kalendarza. Początkiem nowej ery miała być data proklamowania republiki we Francji – 22 września 1792 roku. Zniesiono Dzień Święty (niedzielę) oraz wszystkie pozostałe święta chrześcijańskie. Zamiast siedmiodniowego tygodnia wprowadzono dziesięciodniowe dekady (chodziło o zamazanie odrębności niedzieli). Jak mówił jeden z projektodawców republikańskiego kalendarza, Fabre d’Eglantine: Długie przyzwyczajenie do gregoriańskiego kalendarza wypełniło pamięć ludu znaczną ilością wyobrażeń, które długi czas szanowano i które jeszcze dzisiaj są źródłem błędów religijnych. Konieczne jest więc zastąpienie tych wizji ignorancji rzeczywistością umysłu, zastąpienie godności kapłańskiej prawdą natury.

    „Nowego człowieka” w „republikańskiej cnocie” miała wychować nowa szkoła, wyjęta spod jakiegokolwiek wpływu Kościoła i oddana pod całkowitą dominację rewolucyjnego państwa. Republikański model edukacji miał być oparty wprost na zasadach antychrześcijańskich. Wspominany na początku teoretyk i praktyk rewolucji, markiz de Sade, zachęcał do tego słowami: Francuzi, zadajcie tylko pierwsze ciosy [religii katolickiej – przyp. aut.], reszty dopełni oświata publiczna.

    Co może oznaczać takie „republikańskie wychowanie”, któremu poddano całe jedno pokolenie Francuzów (w ciągu niemal trzydziestu lat, jakie minęły od roku 1789 do roku 1815), najlepiej dokumentują słowa św. Proboszcza z Ars, który porównał swoich parafian do istot różniących się od zwierząt jedynie chrztem. Pokolenie to, wyrosłe i ukształtowane przez rewolucję (której Pierwsze Cesarstwo było wszak wiernym kontynuatorem), ucieleśniało przerwanie ciągłości nie tylko z dawną Francją królów, ale przede wszystkim z Francją chrześcijańską – „pierworodną córą Kościoła”. Rewolucja nie jest bowiem najgorsza w tym, co niszczy, ale w tym, co tworzy.

    Aleksander Smolarski/Polonia Christiana

    _______________________________________________________________________________

    Rewolucja francuska i powrót męczenników systemów totalitarnych

    Świętość kanonizowna – czwarty tom serii na temat kanonizacji i beatyfikacji w Kościele, Rozmowa VII

    Rewolucja francuska i powrót męczenników systemów totalitarnych

    Kajetan Rajski

    Przedziwny Bóg w świętych swoich

    Świętość Kanonizowana – tom 4.

    Rozmowa siódma

    Rewolucja francuska i powrót męczenników — ofiar systemów totalitarnych

    14 lipca 1789 roku wybucha Wielka Rewolucja Francuska, głosząca hasła „Wolność, równość, braterstwo”. Charakterystyczne jest to, że ta wolność, równość i braterstwo obejmowała wszystkich, oprócz katolików. W imię tych jakże dziwnie i w specyfi czny sposób pojętych haseł mordowano księży, zakonników i zakonnice. W książce Listy krwią pieczętowane Stanisław Romuald Rybicki FSC, w rozdziale Rewolucja francuska, opisuje ich straszne męczeństwo. Chciałbym Ojca zapytać o męczenników tego okresu wywodzących się spośród karmelitów i karmelitanek bosych.

    Rzeczywiście, rewolucja francuska, wbrew hasłu „liberté, egalité, fraternité”, które było tylko frazesem czy pustosłowiem, 12 lipca 1790 roku uchwaliła tzw. konstytucję cywilną kleru, marginalizującą i całkowicie podporządkowującą Kościół władzom państwowym, która miała doprowadzić go do całkowitego unicestwienia, poprzez oderwanie Kościoła od Rzymu, zniesienie zakonów czy wprowadzenie przysięgi duchownych „na wierność tejże konstytucji”. Kto tej przysięgi nie złożył, bo pragnął pozostać wierny papieżowi, uważany był za buntownika i skazywano go na gilotynę. Tak zginęło siedemnaście mniszek karmelitanek bosych z klasztoru w Compiegne. Aresztowano je 24 czerwca 1794 roku. Przyjęły to z całkowitym poddaniem się woli Bożej, a nawet z radością, dając heroiczny przykład czerpania mocy ducha z miłości Boga. Za wierność Kościołowi i papieżowi zostały skazane na śmierć. Na miejsce stracenia szły ze śpiewem, odnowiwszy swe zakonne śluby na ręce przeoryszy, Teresy od św. Augustyna. Zostały ścięte w Paryżu dnia 17 lipca 1794 roku. Papież Pius X beatyfikował je w roku 1906, jako pierwsze męczennice rewolucji francuskiej. Słynny Georges Bernanos napisał o ich męczeństwie dramat Dialogi karmelitanek, przetłumaczony na wiele języków i często prezentowany na światowych scenach teatralnych. Wypada też wspomnieć, że w Polsce pierwszy opis męczeństwa swych współsióstr w powołaniu karmelitańskim opublikował z racji ich beatyfikacji św. Rafał Kalinowski.

    Podczas rewolucji straciło też życie wielu francuskich karmelitów bosych. Chwały ołtarzy przez beatyfikację, dzięki posłudze sługi Bożego Jana Pawła II, dostąpiło jednak tylko trzech spośród nich, mianowicie o. Jan Chrzciciel Duverneuil, o. Michał Ludwik Brulard i o. Jakub Gagnot. Przynależą oni do grupy 64 duchownych francuskich, tzw. „opornych”, którzy nie podpisali deklaracji lojalności wobec władz rewolucyjnych i w konsekwencji zostali zgrupowani na dwóch starych statkach, służących kiedyś do przewozu niewolników, zakotwiczonych w pobliżu wyspy Aix i przetrzymywani przez kilka miesięcy. Wszystkich uwięzionych kapłanów było 829. Umieszczeni w nieludzkich warunkach pod pokładem, cierpieli głód, choroby, upokorzenia fizyczne i moralne. Nie mogli posiadać żadnych przedmiotów religijnych ani też publicznie się modlić. Gdy umierali, grzebano ich na wyspach Aix i Madame w zbiorowych mogiłach wykopanych przez ich towarzyszy, którym nie pozwolono nawet odmówić modlitwy za zmarłych. W oczekiwaniu na deportację do Gujany Francuskiej zmarło łącznie 547 kapłanów. Beatyfikacja grupy „opornych” odbyła się w Rzymie 1 października 1995 roku.

    Czy mógłby Ojciec ukazać nam postacie jeszcze innych świętych i błogosławionych, ofiar krwawego terroru rewolucji francuskiej?

    Ciekawe, ale do dziś nie znajdujemy żadnego z męczenników rewolucji francuskiej w gronie świętych, wielu natomiast zostało błogosławionymi, m.in.: piętnaście sióstr urszulanek z Valenciennes i cztery siostry szarytki z Arras, zamordowane w Cambrais i beatyfikowane 13 czerwca 1920 roku; trzydzieści dwie siostry zakonne z Orange (16 urszulanek, 13 sakramentek, dwie cysterki i jedna benedyktynka), beatyfikowane 10 maja 1922 roku; męczennicy paryscy (zwani też męczennikami wrześniowymi) — 191 osób (trzech biskupów, 179 księży diecezjalnych i zakonnych, dwóch diakonów, jeden kleryk, jeden brat zakonny i pięciu świeckich), beatyfikowani 17 października 1926 roku; 13 męczenników z Laval, beatyfikowanych 19 czerwca 1955 roku przez Piusa XII i męczennicy z Angers — 99 osób (księży, zakonnic, osób świeckich, głównie kobiet, także matek z dziećmi) beatyfikowanych przez Jana Pawła II dnia 19 lutego 1984 roku.

    Nie zapominajmy, że w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych rozpatrywanych jest jeszcze 13 spraw męczenników francuskich z lat 1790- 1800 dotyczących 541 osób.

    W marcu 1793 roku dochodzi do wybuchu powstania w Wandei. Paradoksalnie za broń w obronie wiary i króla chwycili biedni chłopi, czyli ci, dla których według ideologów, rewolucja miała przynieść polepszenie ich warunków życia. Większość na piersiach miała zawieszony krzyż lub obrazek Najświętszego Serca Jezusowego, do ubrania zwierzchniego przypinano wyhaftowane na kawałku płótna czerwone serce z napisem „Bóg i Król”. Do boju powstańcy szli z modlitwą na ustach. Nazwali siebie Wielką Armią Katolicką i Królewską. W straszliwy sposób rozprawiły się z powstańcami i ludnością Wandei wojska rewolucyjne. Rzezie te nazywane są pierwszym ludobójstwem w nowożytnej historii. Czytałem, że niejako zasiewu pod to, że mieszkańcy Wandei stanęli w obronie Boga i króla dokonał na tych ziemiach św. Ludwik Maria Grignion de Montfort, który przemierzał te tereny w pierwszych latach XVIII wieku.

    W czasie swoich wędrówek wygłosił św. Ludwik około dwustu rekolekcji i misji. Każda misja trwała do pięciu tygodni: uczył śpiewów religijnych, zapisywał wiernych do bractw: Różańca świętego, Pokutników, 44 Dziewic, Milicji św. Michała i Przyjaciół Krzyża. Zmarł też w czasie głoszenia misji w małej parafii Saint-Laurent-sur-Sevre, 28 lipca 1716, będąc zaledwie w 43 roku życia. Tam też został pochowany. Beatyfikowany był w 1888 roku przez papieża Leona XII, a w 1947 roku kanonizował go Pius XII.

    W centrum swej duchowości osobistej i apostolskiej Ludwik Grignion postawił kult Najświętszej Maryi Panny i wierność przyrzeczeniom chrztu świętego. Aby dać temu wyraz przybrał jako drugie imię „Maria”, a do swego nazwiska dodał „Montfort”, od nazwy parafii, w której przez chrzest stał się dzieckiem Bożym.

    W 1996 roku Saint-Laurent-sur-Sevre odwiedził i modlił się przy grobie świętego Jan Paweł II, który z traktatu św. Ludwika o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny zaczerpnął swe maryjne motto „Totus Tuus”, będące dewizą jego pontyfikatu.

    Od czasów rewolucji francuskiej każda następna, czy to komuna paryska z 1871 roku, rewolucja meksykańska z lat 1910-1917, czy rewolucja październikowa 1917 roku, swoją szczególną agresję kierowała wobec Kościoła. Jak Ojciec sądzi, dlaczego?

    Dlatego, że Kościół zawsze bronił godności i praw człowieka, i to nie z racji konwencjonalnych, ale teologicznych, przypominając doktrynalną podstawę i teologiczny fundament tej godności i wynikających z niej praw, tj. stworzenie człowieka na obraz i podobieństwo Boże, jego odkupienie krwią Chrystusa, obdarowanie go — w Chrystusie — Bożym synostwem i powołanie go do życia z Bogiem samym przez całą wieczność. Nadto, broniąc praw człowieka, Kościół przypominał mu także o jego obowiązkach i tym samym bronił praw Bożych, bo przecież na obraz i podobieństwo Boga człowiek został stworzony, a nikt nie zna człowieka tak jak Bóg, nikt nie kocha go tak jak Bóg i nikt nie postawił człowieka w centrum wszechświata tak jak Bóg. Dyktatorzy zaś, nieważne czy biali, czy czerwoni, chcieli być jedynymi „panami” swoich społeczeństw, dlatego Kościół i jego ludzi eliminowali jako wrogów pierwszej klasy…

    W latach 30-tych XX wieku dochodzi w Hiszpanii do krwawych wydarzeń. W 1931 roku proklamowano republikę i Kościół stał się obiektem pierwszych ataków. Później, dzięki temu, że w wyborach w 1933 roku odniosły sukces partie prawicowe, doszło do pewnej poprawy sytuacji. Niestety, w 1936 roku w wyniku sfałszowanych wyborów zwyciężył tzw. Front Ludowy złożony z socjalistów, marksistów, anarchistów, szeroko był w nim reprezentowany liberalizm antykościelny i masoneria. Dało to początek olbrzymiej fali wystąpień skierowanych przeciwko Kościołowi. Ks. dr Józef Alonso, Hiszpan, kapłan z Prałatury Opus Dei, w rozmowie ze mną powiedział, że w sumie śmierć męczeńską poniosło 11 biskupów, ponad 16 tysięcy księży i zakonników, kilkaset zakonnic oraz 200 tysięcy osób świeckich z powodu wyznawanej wiary. Zburzonych i spalonych zostało ponad 22 tysiące kościołów i klasztorów. Dodał, że wtedy „walczono z wszelkimi objawami religii katolickiej. Profanowano tabernakula, relikwiarze i inne precjoza. Palono obrazy”. Wywlekano z grobowców pochowanych zakonników, a ich głowami grano w piłkę. Kolejny przykład totalnego zdziczenia i obłędu na punkcie niszczenia czegokolwiek, co tylko jest związane z wiarą katolicką… Poprzez te wydarzenia Kościół hiszpański dał nam olbrzymią rzeszę błogosławionych.

    Rzeczywiście. Dodajmy jeszcze, że komunistów hiszpańskich wspierali sowieci i brygady międzynarodowe, w tym także — co jest jedną z czarnych plam naszej historii — około pięciotysięczny batalion Polaków, dowodzony przez prosowieckiego generała Karola Świerczewskiego, ps. „Walter”. W czasach PRL wykreowano go na niezłomnego bohatera walk z faszyzmem, „człowieka, co kulom się nie kłaniał”. Jednak — jak przypomina Bartłomiej Kozłowski — „komunistyczni biografowie Waltera raczej nie pisali o takich cechach tej postaci, jak pijaństwo i okrucieństwo”. Osobiście torturował i rozstrzelał on wiele ofiar, zwłaszcza spośród duchownych.

    Mnie uderza bardzo to, że wielu spośród męczenników hiszpańskich było ludźmi bardzo młodymi. Często nie liczyli jeszcze trzydziestu lat życia. Byli wśród nich liczni członkowie Akcji Katolickiej, seminarzyści, czy zakonnicy, będący jeszcze w okresie formacji. Niektórzy klerycy zakonni tyle co powrócili do swej ojczyzny po studiach teologicznych z Rzymu, z Francji, z Ziemi Świętej lub z innych krajów. Wielu Marysiom powracającym z Francji nie pozwolono nawet swobodnie opuścić okrętu, ale aresztowano ich już w porcie w Barcelonie i bezwzględnie zamordowano. W gronie 498 męczenników hiszpańskich beatyfikowanych 28 października 2007 roku było aż 18 nowicjuszy, którzy nie ukończyli jeszcze 19 lat życia, a najmłodszy, salezjanin Federico Cobo Suárez, liczył ich zaledwie 16.

    Z ogromnej liczby męczenników prześladowania religijnego w Hiszpanii chwałą ołtarzy cieszy się 977, z których 471 beatyfi kował, a 11 potem także kanonizował Jan Paweł II. Czterech z nich było biskupami, 43 księżmi diecezjalnymi, 379 osobami konsekrowanymi i 45 świeckimi.

    W dniu 29 października 2005 roku odbyła się pierwsza beatyfikacja męczenników hiszpańskich za pontyfikatu Benedykta XVI. W poczet błogosławionych zostało wtedy wpisanych siedmiu księży diecezjalnych z Urgell i jedna siostra zakonna.

    Najliczniejszą grupę męczenników hiszpańskich wyniesionych na ołtarze podczas jednej ceremonii liturgicznej stanowi wspomniana już beatyfikacja 498 spośród nich, która miała miejsce 28 października 2007 roku: błogosławionymi zostało ogłoszonych dwóch biskupów, 23 kapłanów diecezjalnych, 462 zakonników i zakonnic, dwóch diakonów, jeden subddiakon, jeden seminarzysta i siedem osób świeckich.

    Czy wśród męczenników hiszpańskich wydarzeń znajdujemy także członków Waszego zakonu?

    Tak, i to licznych. Pierwszymi beatyfikowanymi męczennicami prześladowania religijnego w Hiszpanii były właśnie trzy mniszki karmelitanki bose z Guadalajary: Maria Pilar, Teresa i Maria Angeles. Jan Paweł II przyznał im chwałę ołtarzy 29 marca 1987 roku. Do dziś w prawie tysięcznej grupie męczenników hiszpańskich, którzy zostali wpisani w poczet świętych i błogosławionych, znajduje się 84 tych, którzy żyli duchowością Karmelu, mianowicie: 31 karmelitów bosych (OCD), cztery karmelitanki bose (OCD), 16 karmelitów i jedna karmelitanka dawnej obserwancji (OCarm), cztery karmelitanki misjonarki (CM), przełożona generalna i 24 siostry karmelitanki od miłości (CCV), jedna siostra ze zgromadzenia św. Teresy (STJ), założyciel i jedna siostra z instytutu terezjańskiego (IT). Wśród tych męczenników było kilku kleryków, jeden nowicjusz i jeden wykładowca Papieskiego Instytutu Duchowości „Teresianum” w Rzymie, który przebywał w Hiszpanii, by w okresie wakacji odwiedzić swoich najbliższych.

    Bł. Apolonię Lizarraga Ochoa de Zabalegui, przełożoną generalną karmelitanek od miłości, zamordowano w Barcelonie ćwiartując ją jeszcze za życia i dając jej ciało na pożarcie dla świń. Nadto dwóch z beatyfikowanych karmelitańskich męczenników hiszpańskich było związanych z Polską, z Krakowem, gdzie pracowali w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Są to bł. Eufrazjusz Barredo Fernández, karmelita bosy i bł. Anastazy Dorca Coromina, karmelita. Obaj przybyli do Polski, aby wspomóc nasze klasztory, dźwigające się do życia po zaborach i po pierwszej wojnie światowej.

    Bł. Eufrazjusz Barredo Fernández pracował w Krakowie w latach 1926-1928. Przyjechał zaledwie cztery lata po przyjęciu święceń kapłańskich. Wykładał teologię w tutejszym Kolegium Teologicznym Karmelitów Bosych przy ul. Rakowickiej. Latem 1928 roku powrócił do Hiszpanii, gdyż utworzono tam nową prowincję zakonną Burgos, która potrzebowała własnej kadry wychowawczej. Mianowano go wykładowcą teologii ascetycznej i mistycznej w Oviedo oraz dyrektorem ukazującego się w Burgos kwartalnika „El Monte Carmelo”. W 1933 roku został wybrany przeorem oviedańskiego klasztoru karmelitów bosych, gdzie w roku następnym spotkała go męczeńska śmierć ze strony zaślepionych komunistyczną ideologią rodaków. Miał wtedy tylko 37 lat i 8 miesięcy.

    W jego listach z Krakowa pisanych do Hiszpanii znajdujemy wiele ciekawostek. Narzekał m.in. na polskie śniegi i mrozy. Nie mógł się też nadziwić, że do klasztoru w Czernej, na imieniny o. przeora Sylwestra Gleczmana „jechali wozem bez kół”, czyli saniami, których wcześniej w gorącej Hiszpanii nie znał. W tutejszym naszym klasztorze mamy po nim miłą pamiątkę. Przed chórem zakonnym, czyli przed kaplicą, w której zakonnicy odmawiają brewiarz i swoje zakonne modlitwy, wisi duży obraz św. Jana od Krzyża. Był on namalowany w 1927 roku, a malarzowi pozował właśnie o. Eufrazjusz. Nietrudno jest zauważyć podobieństwo, gdy patrzymy na ten obraz i na zdjęcie o. Eufrazjusza. W kronice klasztoru, opisując odpust ku czci św. Jana od Krzyża z 1927 roku, zaznaczono, że „na ołtarzu był umieszczony wielki obraz, świeżo wykonany, przedstawiający nader pięknie św. Jana od Krzyża, przyciskającego do serca wielki krzyż. Pozował do obrazu wielebny o. Eufrazy, zabity potem od komuny w Oviedo. Jest nadzieja, że ten ojciec, znany u nas w Polsce, może rychle dostąpi zaszczytów błogosławionych. Już się mu to może znaczyło przez to, że na obraz św. Jana od Krzyża, on, jako nabożna postać hiszpańska i mądrość doktorska, posłużył za model”. A w jednej hiszpańskiej książce czytamy: „Dobrze uczyniłeś krakowski malarzu, że wybrałeś na model dla twego płótna, na którym odtworzyłeś św. Jana od Krzyża, naszego karmelitę z Hiszpanii. Podziwiałeś w nim psychiczne cechy świętego Reformatora, którymi zawsze żył o. Eufrazjusz, zarówno jako nowicjusz, zakonnik i przeor, co potwierdził swoją śmiercią męczennika, śmiercią świętego”.

    Zakonnicy naszego klasztoru ubolewali, gdy o. Eufrazjusz wracał z Krakowa do Hiszpanii. Kronika odnotowała: „Żal nam go było bardzo. Mozolił się on u nas 2 lata z młodzieżą. Mógłby być wychowawcą, by większy wpływ wywierać na naszych kleryków, jeszcze dostatecznie w świętości swej nie wybielonych i nie wyanielonych zakonnie”. A gdy nadeszła wiadomość o jego męczeństwie, kronikarz pisał o nim jako o „człowieku wielkiej nauki i nie mniejszej cnoty”, żywiąc równocześnie nadzieję, że „będzie się on za nami i za Polską naszą wstawiał się przed Bogiem tak samo, jak za swą ojczyzną — Hiszpanią”

    Co więcej, latem 1927 roku bł. Eufrazjusz był na odpoczynku w karmelitańskim klasztorze wadowickim, gdzie poznał o. Alfonsa Mazurka, dyrektora Niższego Seminarium. Łączyło ich wiele wspólnych zainteresowań, jak np. praca wychowawcza i zamiłowanie do muzyki. Żaden z nich nie przypuszczał chyba jednak, że w przyszłości połączy ich jeszcze męczeńska śmierć i chwała ołtarzy. O. Alfons zaproponował gościowi wykonanie wspólnego, grupowego zdjęcia z wychowankami alumnatu. Zdjęcie to przetrwało do naszych dni. W listopadzie 1999 roku, tj. w kilka miesięcy po beatyfikacji o. Alfonsa, opublikował je hiszpański dwumiesięcznik świeckiego zakonu karmelitańskiego „Carmelo seglar” z Burgos, wraz z obszernym komentarzem pt.: „La irradiación de los Santos” („Promieniowanie świętych”). Czytamy tam m.in. że „miał rację ten, kto powiedział, że XX wiek był wiekiem świętych Karmelu. Niewiele zakonów widziało się bowiem napełnionych i ukoronowanych tyloma swoimi synami i córkami, którzy uświęcili się wśród nas, czerpiąc życiodajne soki z Reguły karmelitańskiej. Rzeczywiście, w XX w. troje świętych Karmelu zostało ogłoszonych doktorami Kościoła, św. Edyta Stein współpatronką Europy a św. Rafał Kalinowski patronem Sybiraków. Nadto wielu karmelitów i karmelitanek bosych było beatyfikowanymi i kanonizowanymi”. Następnie autor wspomnianego artykułu informuje hiszpańskich czytelników, że „ Jan Paweł II beatyfikował w Warszawie wraz ze 107. towarzyszami o. Alfonsa Mazurka, polskiego karmelitę bosego” i kreśli jego biografię, zaznaczając, że „był on wychowankiem św. Rafała Kalinowskiego”. Niezwłocznie jednak dodaje, że „św. Rafał nie był jedynym świętym, którego o. Alfons poznał w swym życiu, bo spotkał się on także z o. Eufrazjuszem Barredo Fernándezem, na którego beatyfikację oczekujemy. Spotkanie to dokumentuje zdjęcie obu męczenników, wykonane latem 1927 r. w Wadowicach, w otoczeniu wychowanków niższego seminarium. Obaj zakonnicy zostali potem przeorami i obaj ponieśli jako przeorzy śmierć męczeńską. Jako pierwszy zginął z rąk komunistów o. Eufrazjusz; o. Alfonsowi zadali natomiast śmierć naziści. O. Alfons cieszy się już chwałą ołtarzy, o. Eufrazjusz jeszcze czeka na tę chwilę, ale jedno jest pewne — konkluduje autor hiszpańskiego artykułu — że zdjęcie to jest jedyne: dwóch świętych Karmelu obok siebie! Jeden Hiszpan, a drugi Polak! Słusznym jest więc wyjściowe określenie promieniowanie świętych, bo u boku jednego świętego wzrasta świętych wielu”.

    O. Eufrazjusz też doczekał się beatyfikacji owego 28 października 2007 roku w Rzymie, razem z 497. męczennikami prześladowania komunistycznego na Półwyspie Iberyjskim z lat 1934-1939. Należy do nich wspomniany już, związany z Polską o. Anastazy Dorca Coromina. Po studiach doktoranckich w Rzymie, gdzie przyjął także święcenia kapłańskie, w 1931 roku został skierowany do Polski i zamieszkał w klasztorze karmelitów na Piasku w Krakowie, wykładając teologię. Po dwóch latach powrócił do Katalonii i pracował w klasztorze w Olot. Zasłynął jako dobry kaznodzieja i zakonnik zaangażowany na polu socjalnym, w myśl encyklik społecznych „Rerum novarum” Leona XIII i „Quadregesimo anno” Piusa XI. Zamordowano go latem 1936 roku.

    Wspomniał ojciec o bł. Alfonsie Mazurku, męczenniku hitleryzmu. W drugiej wojnie światowej polskie duchowieństwo złożyło Bogu i Ojczyźnie wielką daninę. Według książki o. Władysława Szołdrskiego CSsR Martyrologium duchowieństwa polskiego pod okupacją niemiecką w latach 1939-1945 (Rzym, 1965) straty osobowe Kościoła w Polsce wyniosły 2 579 księży diecezjalnych i zakonnych, kleryków, braci zakonnych i sióstr zakonnych. Z kolei w wydanym w 1977 roku w Warszawie nakładem Akademii Teologii Katolickiej pierwszym wolumenie pięciotomowego dzieła opracowanego na polecenie Episkopatu Polski przez dwóch salezjanów: ks. Wiktora Jacewicza i ks. Jana Wosia Martyrologium polskiego duchowieństwa rzymskokatolickiego pod okupacją hitlerowską 1939-1945 straty polskiego duchowieństwa są wyższe o 222 osoby i wynoszą 2 801. Z informacji, które uzyskałem w innych opracowaniach wynika, że i ta liczba nie jest liczbą ostateczną i na pewno uległa podwyższeniu. Czy może Ojciec powiedzieć, czy znane są już obecnie dokładne straty polskiego duchowieństwa?

    Ustalenie dokładnej liczby zamordowanych nie jest nigdy czymś łatwym, tym bardziej, że zawieruchy wojenne czy rewolucyjne uniemożliwiają prowadzenie dokładnych statystyk. Wracając jeszcze do liczby męczenników hiszpańskich, historycy nie są zgodni co do dokładnej ich liczby. Mówią o dziesięciu tysiącach ofiar ślepego prześladowania religijnego. Dlatego cyfry wskazane przez ks. dr. Alonso trochę mnie zaskoczyły. Według studium abpa Antoniego Montero Moreno, opublikowanego w 1960 roku, zamordowanych duchownych było 6832, wśród których 12 biskupów, jeden administrator apostolski, 4184 księży diecezjalnych, wielu seminarzystów (diakonów, subdiakonów, alumnów), 2 365 zakonników i 238 sióstr zakonnych. Dane te potwierdzają badania i obliczenia Wincentego Cárcel Ortí, jakich się podjął z okazji przygotowywania Martyrologium XX wieku, o którego opracowanie z okazji Wielkiego Jubileuszu Dwutysiąclecia Chrześcijaństwa prosił sługa Boży Jan Paweł II. Według niego do wspomnianej liczby prawie siedmiu tysięcy duchownych należy dodać ponad trzy tysiące świeckich, głównie z Akcji Katolickiej, co daje łączną sumę dziesięciu tysięcy ofiar.

    Wracając do pytania o liczbę strat polskiego duchowieństwa w czasie ostatniej wojny światowej, nie wiem czy kiedykolwiek poznany ją w detalach. Bo przecież oprócz męczenników hitleryzmu istnieje cała rzesza tych, którzy zostali zamordowani przez reżim sowiecki i szowinizm ukraiński, a nadto przez komunistów polskich w czasach PRL. Do wskazanych przez Ciebie pozycji o. Władysława Szołdrskiego, redemptorysty, i księży Wiktora Jacewicza i Jana Wosia, salezjanów, należy dodać bezcenne opracowania ks. Romana Dzwonkowskiego, pallotyna, sięgające czasów pierwszej wojny światowej i obejmujące też lata PRL, tj. książkę pt. Losy duchowieństwa katolickiego w ZSRR 1917-1939 oraz Leksykon duchowieństwa polskiego represjonowanego w ZSRS 1939-1988 (Lublin 2003). W 1992 roku Archidiecezjalne Wydawnictwo Łódzkie wydało Martyrologia Duchowieństwa Polskiego 1939-1956, a w latach 2002-2006 w Wydawnictwie Księży Werbistów „Verbinum” ukazał się trzytomowy Leksykon Duchowieństwa Represjonowanego w PRL w latach 1945-1989, pomordowani, więzieni, wygnani, opracowany pod redakcją ks. prof. Jerzego Myszora, jako odpowiedź na apel Ojca Świętego Jana Pawła II, który wzywał, „ażeby Kościoły lokalne, zbierając konieczną dokumentację, uczyniły wszystko dla zachowania pamięci tych, którzy ponieśli męczeństwo”.

    „Nasz Dziennik” publikuje regularnie w swej rubryce „Księża niezłomni” biogramy bohaterskich kapłanów polskich, którzy nie ugięli się przed prześladowaniem i dochowali wierności Chrystusowi i Kościołowi, nawet za cenę utraty życia. Ostatnio w tym samym cyklu, jakkolwiek pod tytułem „Kościół niezłomny” odnotowywane są także prześladowane przez reżim komunistyczny siostry zakonne, a sądzę, że przyjdzie też czas na przywołanie w tym cyklu również osób świeckich, które nie ugięły się przed szykanami i pomimo dyskryminacji za poglądy religijne, trwały w wierności Chrystusowi i Kościołowi.

    W końcu ks. prof. Zdzisław Aleksander Jastrzębiec-Peszkowski oraz dr inż. Stanisław Zygmunt Maria Zdrojewski wydali w 2002 r. monumentalne, poprzedzone słowem wstępnym Prymasa Polski dzieło pt. Katoliccy duchowni w Golgocie Wschodu. W sumie, zestawiając dane, wolno mówić o kilku tysiącach polskiego duchowieństwa, które swą wierność Panu przypłaciło męczeństwem w XX wieku.

    W numerze 5 Biuletynu „Męczennicy” w artykule „Salezjanie w Auschwitz” możemy przeczytać opisy męczeństwa księży salezjanów. Przytoczę tutaj jeden z nich:

    W wigilię patronalnego święta Zgromadzenia Salezjańskiego, w przeddzień uroczystości Wspomożycielki Wiernych ks. Jan Świerc został aresztowany razem z innymi współbraćmi. Był wieczór, 23 maja 1941 r. Z Konfederackiej przewiezieni zostali do krakowskiego więzienia Montelupich. Tam miały miejsce przesłuchania, bicie, szczucie psami i wreszcie zaimprowizowany sąd i wyrok — obóz koncentracyjny w Oświęcimiu.

    Więźniów przywieziono skutych kajdanami po dwóch transportem inteligencji krakowskiej i żydów, 26 czerwca 1941 roku. Było ich dwunastu — 11 księży i koadiutor. Na placu apelowym zdjęto im kajdanki i po „krwawym chrzcie” przeznaczono do karnej kompanii na bloku śmierci w Oświęcimiu. Dowódca karniaka, esesman o szczurzym wyrazie twarzy i czarnych krogulczych oczach, każdego nowo przybyłego pytał o zawód. „Ksiądz katolicki” — padała odpowiedź. Wściekał się, kopał butem w brzuch, bił batogiem po twarzy, po głowie, aż krew rudymi strużkami spływała na szyję i plecy. Posypały się obelgi i przekleństwa. „Tyś ksiądz? Tyś Pfaffe, złodziej, obłudnik.” Następnie wygłosił przemówienie powitalne, które kończyło się apostrofą: „Zdechniecie tu wszyscy, świńskie psy! Jedyna nadzieja dla was to krematorium”.

    Następnego dnia obóz wyruszył do pracy. Z kotłowiska ludzi na placu uformowały się oddziały i przeszły przez bramę. Więźniowie niewyspani, głodni, jakby zaczadzeni oparami krwi i trupich dymów, które wydobywały się ognistymi pióropuszami z kominów krematoryjnych. Kompania karna pracowała w dołach żwirowych. Księży i Żydów odłączono i oddano pod szczególniejszą opiekę esesmanów i kapo-sadysty. Każdy otrzymał żelazną taczkę, łopatę i kilof. Praca polegała na rozbijaniu kilofem kamieni i żwiru, ładowaniu na taczki i wożeniu do dołu głębokiego na osiem metrów. Prace należało wykonywać „biegiem”, czego pilnowali uzbrojeni w styliska specjalni przodownicy pracy. Bili bez litości, a szczególnie znęcali się nad księżmi. Po krótkim czasie krwawymi odciskami pokrywały się dłonie i zmęczenie zaczęło ogarniać obolałe kości.

    Pierwszy upadł ks. Jan Świerc, dyrektor i proboszcz domu i parafi i salezjańskiej w Krakowie na Dębnikach. „Robić ci się nie chce! — odezwał się okrutny kapo. — Zaraz ci pomogę — i grubym styliskiem uderzał po głowie, po plecach”. Ksiądz Jan chwycił naładowaną ciężkimi kamieniami taczkę i zwolna posuwał się ku dołowi. Za nim kroczył zwyrodniały kapo, zmuszał do pośpiechu, okładał strasznymi razami, kopał w brzuch. Ilekroć nieszczęśliwiec upadł na ziemię, kopniakami zmuszany był do powstania. Ksiądz Jan czuł, że zbliżają się ostatnie chwile jego życia. Żegnał się ze światem, ku niebu kierował swe myśli.

    „O Jezu, Jezu — wzdychał za każdym uderzeniem”. To doprowadzało kapo do szału. Błyskawice zapaliły się w jego oczach. „Ja ci pokażę Jezusa! — krzyczał rozwścieczony. — Tu nie ma Boga! On cię z rąk moich nie wyrwie!” Po tych słowach zaczął miotać straszne bluźnierstwa. W pewnym momencie twardym batogiem uderzył z całej siły w twarz tak fatalnie, że oko wypłynęło na wierzch. Na jednym ścięgnie kołysało się na policzku, a z czarnej jamy ocznej sączyła się ciemną strugą krew. Zmasakrowana twarz pokryła się zakrzepłą krwią. Ksiądz Jan żył jeszcze, modlił się. Dochodziły do nas przytłumione jęki: „O Jezu, zmiłuj się nade mną!…” Po raz ostatni odwrócił ku nam twarz i żegnał nas niemym spojrzeniem. Krwawy kapo postanowił zadać swej ofierze cios śmiertelny. Podniósł księdza z ziemi i całą siłą pchnął na taczkę z kamieniami, tak iż złamał mu krzyż. Zwisającą głowę zmiażdżył kamieniem.

    „Po mistrzowsku to zrobiłeś” — rozległ się okrzyk i chichot stojących esesmanów. Ksiądz Jan nie żył. Ciało jego, jeszcze ciepłe, zawieziono na taczce do krematorium, a dusza kapłana-męczennika poszła po palmę zwycięstwa do Tego, za Którego on krew swą przelał.

    Ksiądz Jan Świerc, pierwsza ofiara tego pamiętnego dnia, 27 czerwca 1941 r., zginął na słynnym żwirowisku. Odszedł do Pana po nagrodę za wierność powołaniu salezjańskiemu i kapłańskiemu.

    Zginął w 64. roku życia, 42. ślubów zakonnych i 38. kapłaństwa.

    Numer obozowy 17 352.

    Wstrząsający to opis męczeństwa. Takich opisów w różnych publikacjach możemy znaleźć setki tysięcy… Śmierć żołnierza, walczącego nawet z przeważającymi siłami wroga, ale z bronią w ręku, jest zrozumiała. Ale na pewno nie jest zrozumiała śmierć człowieka torturowanego w więzieniu, zamęczonego w niemieckim obozie koncentracyjnym, czy w łagrze sowieckim…

    Tak, ale komunizm i nazizm — ateistyczne i totalitarne systemy XX wieku — zamierzały programowo zniszczyć religię i zamiar ten brutalnie realizowały, bo na miejscu Boga chciały postawić system oraz uosabiającego go wodza wraz z aparatem ciemiężycielskiej władzy. Oba systemy były okrutne. Nie liczyły się z człowiekiem, jego godnością i wrodzonymi prawami, ale słały sobie drogę do celu milionami ofi ar i oceanem cierpienia, wyciskając również swe brutalne piętno na Polsce, gdzie ze szczególnym okrucieństwem prześladowano Kościół katolicki.

    Jednak gdy ogromne szkody wyrządzone mu przez nazizm hitlerowski były za czasów PRL badane i opisywane, co leżało w interesie władz komunistycznych, represje i zbrodnie komunistów względem Kościoła były zatajane i niedostępne dla jakichkolwiek badań historyków, a tym bardziej dla publikacji. Sytuacja zmieniła się dopiero w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, wraz z przemianami ustrojowymi.

    Przytoczyłeś opis męczeństwa sługi Bożego ks. Jana Świerca. Pozwól, że przytoczę ze swej strony opis męczeństwa bł. Alfonsa Mazurka. Gdy latem 1944 roku losy wojny przesądzały się coraz bardziej przeciwko Niemcom, zaczęli oni budować okopy na zachodniej granicy Generalnego Gubernatorstwa, przymuszając do pracy okoliczną ludność. Wmawiano cynicznie Polakom, że chodzi o obronę Polski i zachodniej, chrześcijańskiej cywilizacji przed zalewem sowieckiego komunizmu. Oczywiście, argumentacja ta nie przynosiła żadnego skutku i ludzie szli do tej pracy z wielkim oporem, dlatego często urządzano obławy, łapanki, a także dokonywano morderstw w celu zastraszenia.

    Dla Czernej i okolicy szczególnie tragicznym dniem w tym sensie okazał się 28 sierpień. Przed południem Niemcy, zamordowawszy kilka osób w pobliskich wioskach i w samej Czernej, zjawili się w klasztorze. Nakazali zakonnikom udać się do punktu zbiorczego w Czernej i krzyczeli, że nie obędzie się bez kilku pogrzebów. O. Alfons, jako przełożony, którym okupanci interesowali się szczególnie, zachowywał spokój. Udał się na chwilę do kościoła, pomodlił się przed Najświętszym Sakramentem i przed ołtarzem Matki Bożej Szkaplerznej, po czym szedł na czele kolumny swoich współbraci. Z punktu zbiorczego w Czernej prowadzono ich razem ze spędzonymi tam mieszkańcami wioski do Krzeszowic. Kolumnę eskortował samochód z żołnierzami. Po przemaszerowaniu sporego odcinka polecono o. Alfonsowi wsiąść na platformę samochodu i odjechano razem z nim, maltretując go, w kierunku Krzeszowic, a potem w stronę Nawojowej Góry. Tam, na małej łące, nieco w bok od głównej drogi, dokonano jego męczeństwa. Zepchnięto go z samochodu i rozkazano iść przed siebie. Zachowywał spokój, w ręce trzymał różaniec, który odmawiał. Po chwili krzyknięto by się odwrócił i zaczęto strzelać prosto w jego twarz. Upadł, ale podniósł się jeszcze, jak gdyby chciał iść dalej. Runął jednak ponownie i jeden z żołnierzy podbiegł do niego, kopnął go i wrzucał do jego ust ziemię z kretowiska. Niemcy nakazali następnie jednemu z gospodarzy odwieźć ciało zmarłego na cmentarz do Rudawy i pogrzebać je. I właśnie gdy furman jechał z zamordowanym do Rudawy, spotkał kolumnę czernian i zakonników, którzy poznali po zakonnych sandałach i karmelitańskim habicie swojego zmaltretowanego przeora. Jeden ze współbraci kapłanów udzielił mu sakramentalnego rozgrzeszenia. Ciało męczennika, przykryte słomą, udało się przywieźć do klasztoru, gdzie nazajutrz, 29 sierpnia o zmierzchu, mimo zastraszenia i terroru ze strony Niemców, odbył się pogrzeb, w którym obok współbraci zakonnych uczestniczyła też spora gromada wiernych, pogrążonych w smutku i płaczu. Zamordowanego przeora pochowano obok nowicjusza, sługi Bożego Franciszka Powiertowskiego, którego Niemcy zastrzelili cztery dni wcześniej, i który został włączony do procesu beatyfikacyjnego drugiej grupy polskich męczenników hitleryzmu.

    Wielu męczenników hitleryzmu mamy już wśród świętych i błogosławionych Kościoła, jak np.: św. o. Maksymilian Maria Kolbe, bł. ks. bp Michał Kozal, bł. ks. Stefan Wincenty Frelichowski, błogosławione Męczenniczki z Nowogródka — Nazaretanki oraz 108 błogosławionych na czele z ks. abp. Antonim Julianem Nowowiejskim. Obecnie od kilku lat trwa proces beatyfikacyjny kolejnej dużej grupy męczenników, która liczy ponad 100 sług Bożych. Wiem także, że jezuici prowadzą proces 16 męczenników….

    Wybacz, że wchodzę Ci w słowo, ale chciałbym tutaj dodać jedną ciekawostkę, jakże aktualną w tych dniach, kiedy to Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu orzekł, że wieszanie krzyży w klasach to naruszenie „prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami” oraz pogwałcenie „wolności religijnej uczniów”. Chodzi o proces beatyfikacyjny ks. Gerarda Hirschfeldera z Kłodzka, w który zostałem urzędowo zaangażowany. Kapłan ten, który przez siedem lat pracował jako wikariusz i duszpasterz młodzieży w Kudowie-Czermnej w diecezji świdnickiej, i gdzie też spoczywają jego prochy krematoryjne, żył w latach 1907-1942. Tamtejsze tereny należały do Niemiec i sam był Niemcem. Sprzeciwił się jednak ideologii nazistowskiej, i stanął w obronie krzyża. Podczas kazania, po zbezczeszczeniu przez faszyzującą młodzież krzyża stojącego przy drodze do wsi Wyszki, pomimo wcześniejszego zastraszania, a nawet i pobicia przez faszystowskich bojówkarzy, powiedział odważnie: „Kto wyrywa z serc młodzieży wiarę w Chrystusa, jest zbrodniarzem!”. Został więc aresztowany i uwięziony w Kłodzku, skąd po czterech miesiącach skierowano go obozu koncentracyjnego w Dachau. Zmarł z wycieńczenia w równy rok od dnia aresztowania, tj. 1 sierpnia 1942 r. Jego proces beatyfikacyjny rozpoczęto 19 września 1998 r. w Münster, gdzie mieszka wielu Niemców wywodzących się z Ziemi Kłodzkiej. Grób sługi Bożego otaczany jest opieką przez dzisiejszych parafian Czermnej, naszych rodaków, a Gość Świdnicki (dodatek diecezjalny Gościa Niedzielnego) nazwał go „naszym przyszłym świętym diecezjalnym”. Święci oferują zawsze przesłanie pokoju i jedności.

    Dziękuję za to dopowiedzenie. Wracając do wcześniejszego wątku, gdy porównuję zaangażowanie naszego Kościoła w Polsce w beatyfikacje męczenników II wojny światowej do owocnych starań Kościoła hiszpańskiego, który doczekał się uwielbienia tej rzeszy męczenników z lat 30-tych XX wieku, o czym przed chwilą rozmawialiśmy, to przyznam, iż mam wrażenie, że trochę jakby zaniedbano, czy też zaniechano możliwość wyniesienia do chwały ołtarzy polskich męczenników drugiej wojny światowej, zwłaszcza męczenników komunizmu…

    Wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie zawiera się już częściowo w moich wcześniejszych wypowiedzianych. O męczennikach komunizmu nie wolno było mówić… A nadto do pontyfi katu Jana Pawła II nie został wyniesiony na ołtarze żaden męczennik wojny hiszpańskiej, niemieckiego hitleryzmu czy sowieckiego komunizmu. Przecież sam o. Maksymilian Kolbe, męczennik Oświęcimia, beatyfikowany był przez Pawła VI jako wyznawca… Wprawdzie Sobór Watykański II w konstytucji dogmatycznej „Lumen Gentium” (nr 49-50)traktując o powszechnym powołaniu do świętości i wskazując równocześnie na różnorodne formy jej realizacji i na środki do niej wiodące, przywołał męczenników, „którzy przelawszy krew swoją, dali najwyższe świadectwo wiary i miłości” tuż po Najświętszej Maryi Pannie i Aniołach, to jednak w latach posoborowych nie wynoszono męczenników na ołtarze. Wyjątek stanowi kanonizacja męczenników z Ugandy z lat 1885-1887, na czele z Karolem Lwangą, której dokonał Paweł VI w 1964 roku, podczas trzeciej sesji Soboru. Dopiero nadejście Jana Pawła II sprawiło, że podjęto dogłębną refleksję dotyczącą problematyki męczeństwa. Ojciec Święty zawsze, tj. od pierwszych dni pontyfikatu był świadomy tego, co później napisał w Tertio millennio adveniente (nr 37), że w „XX wieku wrócili męczennicy” i „zginęło ich w tym wieku więcej niż we wszystkich dziewiętnastu stuleciach od narodzenia Chrystusa”. Refleksja ta wydała obfite owoce w wypracowaniu nowych kryteriów męczeństwa w procedurze kanonizacyjnej, co reasumuje w swej monografii i pt. Koncepcja męczeństwa w praktyce Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych (Wrocław-Rzym 1992) ks. dr Józef Lisowski. Analizując dogłębnie zagadnienie męczeństwa, wychodząc od samej etymologii greckiego słowa martyr — świadek i martyrion — świadectwo, poprzez baptismus sanguinis — chrzest krwi, aż po współczesne rozumowanie zagadnienia odium fidei — nienawiści do wiary ze strony prześladowcy i powiązania tegoż motywu z motywami ubocznymi, jak np. kwestie polityczne, rasowe, narodowościowe, ks. Lisowski przywołuje fakt wypracowania w najnowszej procedurze kanonizacyjnej tzw. elementu przeważającego — motivum praevalens, co oznacza, że można udowodnić heroiczne męczeństwo także wtedy, gdy w przyczynie męczeństwa ze strony prześladowcy jego nienawiść do wiary nie jest jedyną, ale jest przeważającą.

    Nadto w kwestii samego rozumowania kim jest prześladowca, zostały wprowadzone poważne zmiany z tradycyjną koncepcją i oprócz tradycyjnych prześladowców w sensie osób fizycznych, od procesu kanonizacyjnego św. Maksymiliana M. Kolbe, dzięki zaangażowaniu o. Joachima Bara OFMConv., rozpoznaje się prześladowcę zbiorowego w postaci wrogiego religii systemu totalitarnego, jak właśnie narodowy socjalizm (faszyzm) w Niemczech, dyktatorskie rządy komunistyczne w Meksyku czy w Hiszpanii, czy w końcu dyktatura proletariatu także i u nas. Pierwszym procesem doprowadzonym do beatyfikacji męczennika polskiego komunizmu było wyniesienie na ołtarze bł. ks. Władysława Findysza z diecezji rzeszowskiej. Nie doczekał jego beatyfi kacji Jan Paweł II, ale w grudniu 2004 r. podpisał dekret o jego heroicznym męczeństwie za wiarę, zadanym przez komunistów.

    Trwają, jak wiemy, kolejne procesy wprowadzane w tym kluczu przez niektóre diecezje polskie, archidiecezję lwowską, a nadto przez konferencję biskupów katolickich Federacji Rosyjskiej. Mianowicie w archidiecezji warmińskiej trwa proces beatyfikacyjny 16 sióstr katarzynek, które poniosły śmierć za wiarę w Chrystusa z rąk żołnierzy sowieckich w 1945 roku, a w 2007 roku rozpoczęto tam proces 34 innych męczenników II wojny światowej, tj. ks. Bronisława Sochaczewskiego i 5 towarzyszy — ofiar nazizmu oraz ks. Józefa Steinki i 27 towarzyszy — ofiar komunizmu. Zaś we wspomnianej archidiecezji lwowskiej w 2006 roku rozpoczął się proces beatyfikacyjny ośmiu dominikanów, męczenników NKWD z Czortkowa. Dużo wcześniej, bo 31 maja 2003 r. — i sięgamy tu daleko poza Polskę — rozpoczął się w Sankt Petersburgu, pod auspicjami biskupów Federacji Rosyjskiej obrządku łacińskiego, proces beatyfikacyjny abp. Edwarda Proffi tlicha, jezuity i 15 towarzyszy, męczenników komunizmu sowieckiego, wśród których, oprócz wspomnianego, abp Proffitlicha (zmarłego w 1942 r. w więzieniu w Kijowie), znajduje się bp Antoni Malecki (zmarły w 1935 r. w Warszawie, na skutek udręczeń doznanych w łagrach), trzech kapłanów ze zgromadzenia księży marianów, tj. Fabian Abrantowicz (zmarły w 1946 r. w więzieniu w Moskwie), Janis Mendriks (rozstrzelany w 1953 r. w Workucie) i Andrzej Cikoto (zmarły w łagrze pod Tajszetem w 1952 r.), jeden pallotyn — Stanisław Szulmiński (zmarły w lagrze w mieście Uchta w 1941 r.) i siedmiu kapłanów diecezjalnych, mianowicie Epifanij Aleksandrowicz Akułow (który przeszedł na katolicyzm z prawosławia i został rozstrzelany w 1937 r.), Konstanty Romuald Julianowicz Budkiewicz (rozstrzelany w Moskwie w samą noc paschalną 1923 r.), Franciszek Budrys (rozstrzelany w 1937 r. w Ufie), Piotr Potapij Andriejewicz Emeljanow (zmarły z wyczerpania w sierpniu 1936 na stacji kolejowej Nadwojcy, gdy wracał na wolność z łagru na Sołowkach, gdzie przebywał od 1927 r.), Jan Janowicz Trojgo (zmarły w więzieniu w Sankt Petersburgu w 1932 r.), Paweł Siemionowicz Chomicz (rozstrzelany w 1942 r. w Sankt Petersburgu) i Antoni Czerwiński (rozstrzelany w 1938 r. we Władykaukazie). W grupie są nadto trzy kobiety: Kamila Nikolajewna Kruszelnicka, osoba świecka, która udostępniała swój dom na spotkania religijne młodzieży, za co została zesłana na Sołowki i w 1937 r. rozstrzelano ją na uroczysku Sandromoch pod Miedwieżjegorskiem oraz dwie siostry dominikanki — Anna Katarzyna Iwanowna Abrikosowa, zmarła w 1936 r. w szpitalu więziennym w Moskwie i Halina Róża Fadiejewna Jętkiewicz, zmarła w 1944 roku w Kazachstanie.

    Także w Czechach, a dokładniej na Morawach, diecezja brneńska prowadzi proces beatyfikacyjny trzech księży straconych w 1951 i 1952 roku na podstawie zarzutów spreparowanych przez Służbę Bezpieczeństwa. Sprawa dotyczy ks. Jana Buli, ks. Václava Drboli i ks. Frantiska Parila. W procesach rewizyjnych w 1990 roku kapłanów tych całkowicie rehabilitowano.

    Wracając do Polski, przypomnijmy, że z dniem podpisania dekretu o heroicznym męczeństwie, co nastąpiło 19 grudnia br., zakończył się praktycznie znany powszechnie proces beatyfikacyjny czcigodnego sługi Bożego ks. Jerzego Popiełuszki, i w najbliższym czasie powinna zostać ogłoszona data i miejsce rychłej jego beatyfikacji. A z tutejszego, krakowskiego środowiska, nie sposób nie wspomnieć w tym kontekście, będącej już w Rzymie sprawy ks. Michała Rapacza, zamordowanego przez komunistów w niedalekich Płokach w nocy z 11 na 12 maja 1946 roku. Nadto, jak niedawno, tj. pod koniec listopada, podała Katolicka Agencja Informacyjna, trwają przygotowania do rozpoczęcia zbiorowego procesu beatyfikacyjnego męczenników, którzy w latach 1917-1989 zostali zamordowani z nienawiści do wiary przez prześladowców należących do reżimu komunistycznego. Z ramienia Konferencji Episkopatu Polski odpowiada za nie ks. biskup Antoni Pacyfik Dydycz, kapucyn i ordynariusz drohiczyński, który powołał już Ośrodek Dokumentacji Kanonizacyjnej i mianował postulatora procesu w osobie ks. dr. Zdzisława Jancewicza. „Kandydaci na ołtarze — czytamy słusznie w komunikacie przesłanym KAI przez postulatora — powinni cieszyć się opinią męczeństwa, czyli powszechnym przekonaniem, że oddali oni swoje życie za wiarę w Chrystusa lub za jakąś cnotę wypływającą z tejże wiary, przyjmując cierpliwie śmierć, obecnie zaś towarzyszą im znaki i cuda dokonane przez Boga za ich wstawiennictwem i wiele osób wzywa ich wstawiennictwa w różnych potrzebach”.

    Nie znam jednak jeszcze sprawy (przynajmniej nie udało mi się zdobyć takiej informacji), by w tym kluczu, tj. w kluczu męczeństwa, był prowadzony jakiś proces, w którym prześladowcą zbiorowym byłby szowinizm ukraiński, przy udowodnieniu, że motivus praevalens tkwił jednak w kwestiach religijnych, a nie narodowościowych.

    Oczywiście, przy sprawach beatyfikacyjnych prowadzonych na drodze męczeństwa nie bez znaczenia jest też całe wcześniejsze życie męczennika, jego, moglibyśmy powiedzieć, dalsze przygotowanie do męczeństwa, nastawienie na obronę prawd wiary i gotowość na dobrowolne przyjęcie śmierci jako wyrazu najwyższej miłości do Chrystusa, a w samym momencie śmierci wewnętrzna wolność i przyjęcie śmierci bez oporów. Sposób zadania śmierci przez prześladowcę nie musi być oczywiście chwilowy, bo do udowodnienia męczeństwa stosuje się także pojęcie ex aeruminis carceris czy aerumenae in carceris, tzn. z powodu udręk i wycieńczenia w więzieniu czy w obozie, jak to miało miejsce w przypadku św. Maksymiliana Kolbe, bł. Michała Kozala, wielu męczenników z grupy 108 beatyfikowanych w 1999 r., czy — z rąk prześladowcy komunistycznego — w przypadku bł. ks. Władysława Findysza, który zmarł na wolności, w kilka miesięcy po wypuszczeniu go z więzienia, ale z powodu braku leczenia i udręk zadanych w komunistycznym więzieniu, czyli ex aeruminis carceris.

    Tak więc Kościołowi polskiemu należy zawdzięczać wypracowanie nowych kryteriów do beatyfikacji męczenników — kryteriów, które po raz pierwszy zastosowano do kanonizacji o. Maksymiliana Kolbe, ogłoszonego świętym 10 października 1982 roku, a następnie do gloryfikacji innych ofiar hitleryzmu (jak np. św. Edyta Stein, beatyfikowana 1 maja 1987 i bł. Rupert Mayer, beatyfikowany 3 maja 1987), męczenników prześladowania religijnego w Hiszpanii (pierwsza beatyfikacja w roku 1987) czy ofiar komunizmu w wydaniu sowieckim (pierwsza beatyfikacja we Lwowie 27 czerwca 2001, gdzie błogosławionym został ogłoszony także pochodzący spod Sanoka biskup Jozafat Kocyłowski (1876-1947), bazylianin, ordynariusz przemyski obrządku greko-katolickiego) i PRLowskim (beatyfikacja ks. Findysza 19 czerwca 2005), a nadto, jeszcze wcześniej, w wydaniu jugosławiańskiego reżimu Józefa Tito, albowiem już 3 października 1998 roku Jan Paweł II beatyfikował podczas wizyty w Chorwacji kard. Alojzego Stepinaca, prześladowanego przez Tito arcybiskupa Zagrzebia, a 4 października 2008 roku w Trieście został wpisany w poczet błogosławionych ks. Franciszek Jan Bonifacio, zamordowany przez ten sam reżim 11 września 1946 r. Niedawno, bo 31 października 2009 w Ostrzyhomiu na Węgrzech w poczet błogosławionych został wpisany bp Zoltán Lajos Meszlényi, męczennik komunistów węgierskich, zmarły z wycieńczenia w obozie w Kistarcsy 4 marca 1951 r.

    Ojcze Szczepanie, dziękuję za tak dokładne przybliżenie problemu beatyfikacji męczenników XX wieku.

    opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 lipca

    Najświętsza Maryja Panna z góry Karmel
    Szkaplerz karmelitański

    Zobacz także:
      •  Święta Maria Magdalena Postel, dziewica
      •  Święte dziewice i męczennice z Orange
      •  Święty Bartłomiej od Męczenników, biskup
    ***
    Dzisiejsze wspomnienie zwraca nas ku Maryi objawiającej się na górze Karmel, znanej już z tekstów Starego Testamentu – z historii proroka Eliasza (1 Krl 17, 1 – 2 Krl 2, 25). W XII wieku po Chrystusie do Europy przybyli, prześladowani przez Turków, duchowi synowie Eliasza, prowadzący życie kontemplacyjne na Karmelu. Również w Europie spotykali się z niechęcią. Jednakże Stolica Apostolska, doceniając wyrzeczenia i umartwienia, jakie podejmowali zakonnicy, ułatwiała zakładanie nowych klasztorów.

    Maryja ofiarowuje szkaplerz karmelitański św. Szymonowi Stockowi

    Szczególnie szybko zakon rozwijał się w Anglii, do czego przyczynił się m.in. wielki czciciel Maryi, św. Szymon Stock, szósty przełożony generalny zakonu karmelitów. Wielokrotnie błagał on Maryję o ratunek dla zakonu. W czasie jednej z modlitw w Cambridge, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r., ujrzał Bożą Rodzicielkę w otoczeniu Aniołów. Podała mu Ona brązową szatę, wypowiadając jednocześnie słowa:Przyjmij, synu, szkaplerz twego zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania.Szymon Stock z radością przyjął ten dar i nakazał rozpowszechnienie go w całej rodzinie zakonnej, a z czasem również w świecie. W XIV wieku Maryja objawiła się papieżowi Janowi XXII, polecając mu w opiekę “Jej zakon” karmelitański. Obiecała wówczas obfite łaski i zbawienie osobom należącym do zakonu i wiernie wypełniającym śluby. Obiecała również wszystkim, którzy będą nosić szkaplerz, że wybawi ich z czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Cały szereg papieży wypowiedziało się z pochwałami o tej formie czci Najświętszej Maryi i uposażyło to nabożeństwo licznymi odpustami. Wydali oni około 40 encyklik i innych pism urzędowych w tej sprawie.
    Do spopularyzowania szkaplerza karmelitańskiego przyczyniło się przekonanie, że należących do bractwa szkaplerza Maryja wybawi z płomieni czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Tę wiarę po części potwierdzili papieże swoim najwyższym autorytetem namiestników Chrystusa. Takie orzeczenie wydał jako pierwszy Paweł V 29 czerwca 1609 r., Benedykt XIV je powtórzył (+ 1758). Podobnie wypowiedział się papież Pius XII w liście do przełożonych Karmelu z okazji 700-lecia szkaplerza. Nie ma jednak ani jednego aktu urzędowego Stolicy Apostolskiej, który oficjalnie i w pełni aprobowałby ten przywilej. O przywileju sobotnim milczą najstarsze źródła karmelitańskie. Po raz pierwszy wiadomość o objawieniu szkaplerza pojawia się dopiero w roku 1430.
    Nabożeństwo szkaplerza należało kiedyś do najpopularniejszych form czci Matki Bożej. Jeszcze dzisiaj spotyka się bardzo wiele obrazów Matki Bożej Szkaplerznej (z Góry Karmel), ołtarzy i kościołów. We Włoszech jest kilkaset kościołów Matki Bożej z Góry Karmel, w Polsce blisko setka. Wiele obrazów i figur pod tym wezwaniem zasłynęło cudami, tak że są miejscami pątniczymi. Niektóre z nich zostały koronowane koronami papieskimi. Szkaplerz w obecnej formie jest bardzo wygodny do noszenia. Można nawet zastąpić go medalikiem szkaplerznym. Z całą pewnością noszenie szkaplerza mobilizuje i przyczynia się do powiększenia nabożeństwa ku Najświętszej Maryi Pannie.
    Szkaplerz nosili liczni władcy europejscy i niemal wszyscy królowie polscy (od św. Jadwigi i Władysława Jagiełły poczynając), a także liczni święci, również spoza Karmelu, m.in. św. Jan Bosko, św. Maksymilian Maria Kolbe i św. Wincenty a Paulo. Sama Matka Boża, kończąc swoje objawienia w Lourdes i Fatimie, ukazała się w szkaplerzu, wyrażając przy tym wolę, by wszyscy go nosili. Na wzór szkaplerza karmelitańskiego powstały także inne, jednakże ten pozostał najważniejszy i najbardziej powszechny. W wieku 10 lat przyjął szkaplerz karmelitański także św. Jan Paweł II. Nosił go do śmierci.
    Święto Matki Bożej z Góry Karmel karmelici obchodzili od XIV w. Benedykt XIII (+ 1730) zatwierdził je dla całego Kościoła. W Polsce otrzymało to święto nazwę Matki Bożej Szkaplerznej.
    Szkaplerz karmelitański

    Szkaplerz początkowo był wierzchnią szatą, której używali dawni mnisi w czasie codziennych zajęć, aby nie brudzić habitu. Spełniał więc rolę fartucha gospodarczego. Potem przez szkaplerz rozumiano szatę nałożoną na habit. Pisze o nim już reguła św. Benedykta w kanonie 55 dotyczącym ubrania i obuwia braci. Wszystkie dawne zakony noszą po dzień dzisiejszy szkaplerz. Współcześnie szkaplerz oznacza strój, który jest znakiem zewnętrznym przynależności do bractwa, związanego z jakimś konkretnym zakonem. Tak więc istnieje szkaplerz: brunatny – karmelitański (w. XIII); czarny – serwitów (w. XIV), od roku 1860 kamilianów; biały – trynitarzy, mercedariuszy, dominikanów (w. XIV), Niepokalanego Serca Maryi (od roku 1900); niebieski – teatynów (od roku 1617) i Niepokalanego Poczęcia Maryi (w. XIX); czerwony – męki Pańskiej; fioletowy – lazarystów (1847) i żółty – św. Józefa (w. XIX).
    Ponieważ było niewygodnie nosić szkaplerz taki, jaki nosili przedstawiciele danego zakonu, dlatego z biegiem lat zamieniono go na dwa małe kawałki płótna, zazwyczaj z odpowiednim wizerunkiem na nich. Na dwóch tasiemkach noszono go w ten sposób, że jedno płócienko było na plecach (stąd nazwa łacińska scapulare), a druga na piersi. Taką formę zachowały szkaplerze do dnia dzisiejszego. W roku 1910 papież św. Pius X zezwolił ze względów praktycznych na zastąpienie szkaplerza medalikiem szkaplerznym.
    W przypadku szkaplerza karmelitańskiego na jednym kawałku powinien być umieszczony wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej, a na drugim – Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jedna część powinna spoczywać na piersiach, a druga – na plecach. Szkaplerz musi być poświęcony według specjalnego obrzędu.Szkaplerz, będący znakiem maryjnym, zobowiązuje do chrześcijańskiego życia, ze szczególnym ukierunkowaniem na uczczenie Najświętszej Maryi Dziewicy potwierdzanym codzienną modlitwą Pod Twoją obronę.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _____________________________________________________________________________

    Szkaplerz. „Kto w nim umrze nie zazna ognia piekielnego”. Dziś wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel
    Matka Boża Szkaplerznal i Szymon Stock (Screenshot YouTube – sensum Fidelium)

    ***

    Szkaplerz. „Kto w nim umrze nie zazna ognia piekielnego”. Wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel

    „Przyjmij, synu, szkaplerz twego zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania”.

    Dzisiejsze wspomnienie zwraca nas ku Maryi objawiającej się na górze Karmel, znanej już z tekstów Starego Testamentu – z historii proroka Eliasza (1 Krl 17, 1 – 2 Krl 2, 25). W XII wieku po Chrystusie do Europy przybyli, prześladowani przez Turków, duchowi synowie Eliasza, prowadzący życie kontemplacyjne na Karmelu. Również w Europie spotykali się z niechęcią. Jednakże Stolica Apostolska, doceniając wyrzeczenia i umartwienia, jakie podejmowali zakonnicy, ułatwiała zakładanie nowych klasztorów.

    Szczególnie szybko zakon rozwijał się w Anglii, do czego przyczynił się m.in. wielki czciciel Maryi, św. Szymon Stock, szósty przełożony generalny zakonu karmelitów. Wielokrotnie błagał on Maryję o ratunek dla zakonu. W czasie jednej z modlitw w Cambridge, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r., ujrzał Bożą Rodzicielkę w otoczeniu Aniołów. Podała mu Ona brązową szatę, wypowiadając jednocześnie słowa: „Przyjmij, synu, szkaplerz twego zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania”.

    Szymon Stock z radością przyjął ten dar i nakazał rozpowszechnienie go w całej rodzinie zakonnej, a z czasem również w świecie. W XIV wieku Maryja objawiła się papieżowi Janowi XXII, polecając mu w opiekę “Jej zakon” karmelitański. Obiecała wówczas obfite łaski i zbawienie osobom należącym do zakonu i wiernie wypełniającym śluby. Obiecała również wszystkim, którzy będą nosić szkaplerz, że wybawi ich z czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Cały szereg papieży wypowiedziało się z pochwałami o tej formie czci Najświętszej Maryi i uposażyło to nabożeństwo licznymi odpustami. Wydali oni około 40 encyklik i innych pism urzędowych w tej sprawie.

    Do spopularyzowania szkaplerza karmelitańskiego przyczyniło się przekonanie, że należących do bractwa szkaplerza Maryja wybawi z płomieni czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Tę wiarę po części potwierdzili papieże swoim najwyższym autorytetem namiestników Chrystusa. Takie orzeczenie wydał jako pierwszy Paweł V 29 czerwca 1609 r., Benedykt XIV je powtórzył (+ 1758). Podobnie wypowiedział się papież Pius XII w liście do przełożonych Karmelu z okazji 700-lecia szkaplerza. Nie ma jednak ani jednego aktu urzędowego Stolicy Apostolskiej, który oficjalnie i w pełni aprobowałby ten przywilej. O przywileju sobotnim milczą najstarsze źródła karmelitańskie. Po raz pierwszy wiadomość o objawieniu szkaplerza pojawia się dopiero w roku 1430.

    Nabożeństwo szkaplerza należało kiedyś do najpopularniejszych form czci Matki Bożej. Jeszcze dzisiaj spotyka się bardzo wiele obrazów Matki Bożej Szkaplerznej (z Góry Karmel), ołtarzy i kościołów. We Włoszech jest kilkaset kościołów Matki Bożej z Góry Karmel, w Polsce blisko setka. Wiele obrazów i figur pod tym wezwaniem zasłynęło cudami, tak że są miejscami pątniczymi. Niektóre z nich zostały koronowane koronami papieskimi. Szkaplerz w obecnej formie jest bardzo wygodny do noszenia. Można nawet zastąpić go medalikiem szkaplerznym. Z całą pewnością noszenie szkaplerza mobilizuje i przyczynia się do powiększenia nabożeństwa ku Najświętszej Maryi Pannie.

    Szkaplerz nosili liczni władcy europejscy i niemal wszyscy królowie polscy (od św. Jadwigi i Władysława Jagiełły poczynając), a także liczni święci, również spoza Karmelu, m.in. św. Jan Bosko, św. Maksymilian Maria Kolbe i św. Wincenty a Paulo. Sama Matka Boża, kończąc swoje objawienia w Lourdes i Fatimie, ukazała się w szkaplerzu, wyrażając przy tym wolę, by wszyscy go nosili. Na wzór szkaplerza karmelitańskiego powstały także inne, jednakże ten pozostał najważniejszy i najbardziej powszechny. W wieku 10 lat przyjął szkaplerz karmelitański także św. Jan Paweł II. Nosił go do śmierci.

    Święto Matki Bożej z Góry Karmel karmelici obchodzili od XIV w. Benedykt XIII (+ 1730) zatwierdził je dla całego Kościoła. W Polsce otrzymało to święto nazwę Matki Bożej Szkaplerznej.

    Szkaplerz początkowo był wierzchnią szatą, której używali dawni mnisi w czasie codziennych zajęć, aby nie brudzić habitu. Spełniał więc rolę fartucha gospodarczego. Potem przez szkaplerz rozumiano szatę nałożoną na habit. Pisze o nim już reguła św. Benedykta w kanonie 55 dotyczącym ubrania i obuwia braci. Wszystkie dawne zakony noszą po dzień dzisiejszy szkaplerz. Współcześnie szkaplerz oznacza strój, który jest znakiem zewnętrznym przynależności do bractwa, związanego z jakimś konkretnym zakonem. Tak więc istnieje szkaplerz: brunatny – karmelitański (w. XIII); czarny – serwitów (w. XIV), od roku 1860 kamilianów; biały – trynitarzy, mercedariuszy, dominikanów (w. XIV), Niepokalanego Serca Maryi (od roku 1900); niebieski – teatynów (od roku 1617) i Niepokalanego Poczęcia Maryi (w. XIX); czerwony – męki Pańskiej; fioletowy – lazarystów (1847) i żółty – św. Józefa (w. XIX).

    Ponieważ było niewygodnie nosić szkaplerz taki, jaki nosili przedstawiciele danego zakonu, dlatego z biegiem lat zamieniono go na dwa małe kawałki płótna, zazwyczaj z odpowiednim wizerunkiem na nich. Na dwóch tasiemkach noszono go w ten sposób, że jedno płócienko było na plecach (stąd nazwa łacińska scapulare), a druga na piersi. Taką formę zachowały szkaplerze do dnia dzisiejszego. W roku 1910 papież św. Pius X zezwolił ze względów praktycznych na zastąpienie szkaplerza medalikiem szkaplerznym.

    W przypadku szkaplerza karmelitańskiego na jednym kawałku powinien być umieszczony wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej, a na drugim – Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jedna część powinna spoczywać na piersiach, a druga – na plecach. Szkaplerz musi być poświęcony według specjalnego obrzędu.
     

    Szkaplerz, będący znakiem maryjnym, zobowiązuje do chrześcijańskiego życia, ze szczególnym ukierunkowaniem na uczczenie Najświętszej Maryi Dziewicy potwierdzanym codzienną modlitwą Pod Twoją obronę.

    brewiarz.pl

    __________________________________________________________________________

    Jan Paweł II o szkaplerzu karmelitańskim: Noście go zawsze na sobie. Pozostałem mu wierny i jest moją siłą
    Jan Paweł II w szkaplerzu karmelitańskim (Screenshot YouTube – Krakowska Prowincja Karmelitów Bosych)

    ***

    Jan Paweł II o szkaplerzu karmelitańskim:

    Noście go zawsze na sobie. Pozostałem mu wierny i jest moją siłą

    Świętowana dziś w zakonach karmelitańskich uroczystość Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel była przez niemal całe życie niezwykle bliska Janowi Pawłowi II, który sam od dziecka nosił każdego dnia maryjny szkaplerz.

    Ja też zapisałem się do szkaplerza mając chyba 10 lat i do dzisiaj ten szkaplerz noszę” – wyznał na kartach książki „Dar i tajemnica” Jan Paweł II.

    Karol Wojtyła przyjął karmelitański szkaplerz najprawdopodobniej właśnie w uroczystość Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel 16 lipca 1930 roku w kościele karmelitów bosych w rodzinnych Wadowicach.

    „Noszę szkaplerz zawsze, a chociaż mieszkałem w cieniu kościoła parafialnego, wasz kościół na Górce był mi zawsze bardzo drogi. Wśród wielu nabożeństw, które urzekały mą dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością Matki Bożej z Góry Karmel. Był to czas wakacji, miesiąc lipiec. Dawniej nie wyjeżdżało się na wczasy, jak obecnie. Wakacje spędzałem w Wadowicach, więc nigdy do czasu mojego wyjazdu z Wadowic nie opuszczałem popołudniowych nabożeństw w czasie nowenny. Czasem trudno się było oderwać od kolegów, wyjść z orzeźwiających fal kochanej Skawy, ale melodyjny glos karmelitańskich dzwonów był taki mocny, taki przenikający do głębi duszy, więc szedłem. Tak, tak, mieszkałem obok kościoła parafialnego, ale wzrastałem w kościele św. Józefa” – wyznał przyszły święty, wizytując już jako biskup krakowski, wadowicki klasztor karmelitów bosych w cieniu którego kształtowała się jego wiara oraz pobożność szkaplerzna.

    Jeszcze jako kleryk, a potem kapłan wielokrotnie pielgrzymował też do Sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej w Czernej, w którym żył kiedyś święty karmelita bosy Rafał Kalinowski. Nie jest zresztą tajemnicą, że również sam Karol Wojtyła dwukrotnie próbował podejmować próbę wstąpienia do zakonu karmelitów bosych, tak szczególnie oddanych opiece Matki Bożej Szkaplerznej. Ostatecznie jednak podążył drogą kapłaństwa diecezjalnego.

    W swej posłudze kapłana diecezjalnego nie zapomniał jednak nigdy o duchowości karmelitańskiej oraz pobożności szkaplerznej. Jako młody wikariusz krakowskiej parafii św. Floriana przekonywał wiernych podczas jednego z nabożeństw: Noście zawsze szkaplerz święty. Ja zawsze mam szkaplerz na sobie i wiele z tego nabożeństwa doznałem pożytku”.

    Natomiast przy okazji wydarzeń z 1988 roku – koronacji obrazu Matki Bożej w Czernej, do którego Karol Wojtyła tak często pielgrzymował, Jan Paweł II przywołał swój „pierwszy szkaplerz” oraz stwierdził, że „pozostał mu wierny” i że jest on „jego siłą”.

    Nabożeństwo szkaplerzne pozostało na zawsze bliskie Janowi Pawłowi II. Szkaplerz nosił on wiernie przez całe życie, każdego dnia. Być może również dlatego, odszedł do domu Ojca w sobotę – czyli dzień związany z obietnicą szkaplerzną, mówiącą o tym, że właśnie tego dnia Matka Boża zabiera do nieba swoich wiernych czcicieli, praktykujących podczas swego życia z miłością i zaangażowaniem pobożność szkaplerzną.

    szkaplerz.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 lipca

    Święty Bonawentura, biskup i doktor Kościoła

    Zobacz także:
      •  Święty Pompiliusz Maria Pirrotti, prezbiter
      •  Święty Włodzimierz I Wielki, książę
      •  Błogosławiony Antoni Beszta-Borowski, prezbiter i męczennik
    ***
    Święty Bonawentura

    Jan di Fidanza urodził się około 1218 r. w Bagnoregio koło Viterbo. Jego ojciec był lekarzem. Rodzice obawiali się, czy ich dziecko długo pożyje, było bowiem bardzo słabowite. Pobożna matka złożyła więc ślub, że poświęci syna na służbę Bożą, jeśli ten wyzdrowieje. Podanie głosi, że dziecię miało zostać przyniesione do św. Franciszka z Asyżu, który w natchnieniu miał powiedzieć: O, buona ventura! – co znaczy: O, szczęśliwa przyszłość!
    Pierwsze nauki Bonawentura odbył w konwencie minorytów w rodzinnym miasteczku. Po ukończeniu szkoły średniej udał się na na studia filozoficzne na uniwersytecie w Paryżu (1242-1248). Tu, mając 25 lat, wstąpił do franciszkanów. Otrzymał imię zakonne Bonawentura – od słów, jakimi przywitał go wiele lat wcześniej św. Franciszek. Po nowicjacie studiował teologię w Paryżu (1243-1248) pod kierunkiem słynnych franciszkańskich teologów: Aleksandra z Hales, Jana z La Rochelle i Wilhelma z Overnii. Po otrzymaniu stopnia magistra studiował jeszcze dalsze trzy lata (1248-1251), a równocześnie wykładał Pismo święte i Sentencje Piotra Lombarda. W tym też czasie stoczył słowny i pisemny “pojedynek” z Wilhelmem z Saint-Amour i z Tomaszem z Yorku w obronie zakonów żebraczych (franciszkanów i dominikanów). Z tego też czasu pochodzi jego szczytowe dzieło z zakresu teologii dotyczące Trójcy Świętej. Bonawentura zajął się także filozoficznym problemem poznania ludzkiego. W tej kwestii odszedł od Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu, a zbliżył się do Platona i św. Augustyna. Wreszcie w tym samym czasie wydał tom rozpraw, w którym można odnaleźć syntezę jego myśli filozoficznej i teologicznej.
    Następne lata Bonawentura spędził w różnych klasztorach franciszkańskich w charakterze wykładowcy. Musiał imponować niezwykłą wiedzą, świętością i zmysłem organizacyjnym, skoro na kapitule generalnej 2 lutego 1257 r. został wybrany przełożonym generalnym zakonu, kiedy miał zaledwie 39 lat. Wybór ten okazał się dla młodego zakonu opatrznościowym. Zakon przechodził wówczas trudny czas. Powstały bowiem dwie zwalczające się zaciekle frakcje: gorliwych (zelantów), którzy byli za zachowaniem pierwotnej reguły Ojca Franciszka, oraz zwolennicy reguły łagodniejszej, możliwej do zachowania także przez przeciętnych członków. To jednak groziło rozluźnieniem. Bonawentura umiał wybrać “złoty środek”, a przez swoje roztropne zarządzenia nadał zakonowi właściwy kierunek. Zakon miał również licznych zewnętrznych wrogów, patrzących nieprzychylnym okiem na liczne przywileje, dane mu od papieży. Jako przełożony Bonawentura umiał je obronić. Przez 16 lat swoich rządów (1257-1273) doprowadził zakon do niebywałego rozwoju. W roku 1260 ułożył pierwsze konstytucje jako wykładnię reguły św. Franciszka. W ten sposób przeciął wieloraką dotąd jej interpretację. Zakonem rządził z konwentu paryskiego. Rzadko jednak bywał na miejscu, gdyż musiał odbywać stale wizytacje: w Anglii (1258 i 1265), we Flandrii, czyli w dzisiejszej Belgii i Holandii (1253), w Niemczech i w Hiszpanii (1264) oraz we Włoszech (1262-1272). Dla tych zasług niektórzy historycy nazywają go drugim “Ojcem Zakonu”.
    Posiadał umiejętność łączenia życia czynnego i publicznego z bogatym życiem wewnętrznym. Miał wielkie nabożeństwo do Męki Pańskiej i ku jej czci układał przepiękne poematy. Głośno było o nim także na dworze papieskim. Dlatego to papież Grzegorz X w 1273 r. mianował go kardynałem oraz biskupem Albano pod Rzymem. Delegacja papieża z wiadomością o nominacji zastała go przy myciu naczyń kuchennych w klasztorze. Bonawentura musiał zrzec się urzędu przełożonego generalnego zakonu, aby oddać się wyłącznie sprawom publicznym. Towarzyszył papieżowi w podróży do Mugello koło Florencji, a w listopadzie 1273 r. udał się do Lyonu na sobór powszechny. Otrzymał zaszczytne wyróżnienie wygłoszenia przemówienia inauguracyjnego. Był szczęśliwy, że doszło do unii między Kościołem rzymskim a greckim, która jednak niebawem została zerwana.

    Święty Bonawentura

    Główny ciężar prac przygotowawczych do soboru spadł na barki Bonawentury. Wyczerpany tymi obowiązkami, zmarł 15 lipca 1274 r. podczas soboru w Lyonie. W pogrzebie wziął udział papież i wszyscy ojcowie soboru w liczbie 500 biskupów i ok. 1000 prałatów i teologów. Pogrzeb miał więc królewski. Papież wygłosił mowę pogrzebową ku jego czci. Jego ciało złożono najpierw w zakrystii kościoła św. Franciszka, a w roku 1450 w nowo wystawionej świątyni. Znaleziono wówczas język św. Bonawentury zupełnie nietknięty rozkładem, a nawet zaczerwieniony. Miał to być znak niezwykłego daru wymowy Bonawentury. Kronikarze notują, że tego dnia wielu chorych odzyskało zdrowie.
    Bonawentura był jednym z najwybitniejszych teologów średniowiecza. Pozostawił po sobie wiele traktatów i dzieł teologicznych. Składają się na nie konstytucje, liczne traktaty i komentarze teologiczne, 440 kazań i wiele innych. Bonawentura stworzył własną szkołę teologiczną. Do najznakomitszych jego dzieł należą: Lignum vitae
     i Itinerarium mentis in Deum, jak też Illuminationes Ecclesiae. Bullę kanonizacyjną Bonawentury ogłosił Sykstus IV w 1482 roku, a papież Sykstus V ogłosił go doktorem Kościoła (1588). Św. Bonawentura jest patronem franciszkanów, matek oczekujących potomstwa, dzieci, robotników i teologów.W ikonografii przedstawiany jest w habicie franciszkańskim z biskupim krzyżem na piersiach; jako kardynał w cappa magna; jako teolog nad pulpitem. Jego atrybutami są: anioł przynoszący mitrę, kapelusz kardynalski trzymany przez anioła lub leżący u stóp, księga, krzyż w dłoniach, drzewo Krzyża Świętego (jest to aluzja do traktatu Lignum vitae), zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    14 lipca

    Święty Kamil de Lellis, prezbiter i zakonnik

    Zobacz także:
      •  Święty Henryk II, cesarz
      •  Błogosławiony Jakub de Voragine, biskup
      •  Święty Franciszek Solano, prezbiter
      •  Święci Jan Jones i Jan Wall, prezbiterzy i męczennicy
      •  Błogosławiona Angelina Marsciano, zakonnica
    ***
    Święty Kamil de Lellis

    Kamil urodził się 25 maja 1550 r. w Abruzzach. Matka Kamila, po przedwczesnej śmierci pierwszego syna, wybłagała sobie u Pana Boga narodziny Kamila; miała już wówczas prawie 60 lat. Przed urodzeniem dziecka miała tajemniczy sen: ujrzała swojego syna w otoczeniu wielu mężów z krzyżami na piersiach. Przerażona odczytała ten sen jako napomnienie Boże, że jej syn skończy jako herszt bandy i zawiśnie wraz ze swoją szajką na krzyżu. Pierwsze lata życia Kamila zdawały się potwierdzać przeczucia matki. Syn prowadził życie odległe od ascezy chrześcijańskiej. Podobnie jak ojciec, był porywczego i niespokojnego charakteru.
    Gdy Kamil miał około 20 lat, utworzyła mu się rana w nodze. Udał się więc do Rzymu, do szpitala św. Jakuba dla nieuleczalnie chorych. Nie wyleczył się zupełnie z rany, ale opuścił szpital i udał się na wojnę z Turkami: najpierw do Dalmacji (1571), potem nawet do Tunisu (1571-1574). Kiedy w grze w karty przegrał uzbierany kapitał, udał się do Manfredodi, do klasztoru kapucynów, jako pracownik fizyczny. Tam przeżył nawrócenie. 2 lutego 1575 r. postanowił pozostać na zawsze w zakonie, który mu udzielił dachu nad głową. Niestety, rana ponownie się otworzyła i tak dalece zaczęła mu dokuczać, że musiał powrócić do szpitala w Rzymie. Tu przebywał 4 lata. W czasie choroby z niezwykłym poświęceniem oddawał się posłudze nieuleczalnie chorym. Kiedy zaś rana jako tako się zagoiła, Kamil powrócił do kapucynów. Po pewnym czasie rana ponownie się odnowiła; Kamil zrozumiał, że jego miejsce nie jest u kapucynów.

    Święty Kamil de Lellis

    Powrócił więc do Rzymu, gdzie w Kolegium Rzymskim odbył studia teologiczne. Po ich ukończeniu przyjął święcenia kapłańskie (1584). W tym samym roku w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP w kościółku Matki Bożej Cudownej z kilkoma towarzyszami, których w czasie studiów zdołał pozyskać dla swoich planów, wdział habit nowej rodziny zakonnej i złożył trzy śluby proste: ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, z dodaniem ślubu czwartego: oddania się bez reszty posłudze chorym. Wszyscy udali się do szpitala Świętego Ducha, gdzie pod kierunkiem Kamila przez 28 lat spełniali tę samarytańską posługę.

    Święty Kamil de Lellis

    18 marca 1586 r. Kamil otrzymał od papieża Sykstusa V zatwierdzenie nowej rodziny zakonnej: Towarzystwa Sług Chorych. Tego samego roku papież zezwolił na noszenie osobnego habitu Kleryków Regularnych, koloru czarnego z czerwonym krzyżem na piersi. 8 grudnia 1591 r. Kamil wraz z 25 towarzyszami złożył śluby uroczyste z dodaniem ślubu czwartego: “wiecznej obecności ciałem i duszą przy chorych, nawet zarażonych”. Dzieło zaczęło wydawać owoce. Liczba członków zakonu rosła, powstawały też nowe placówki: w Neapolu, Mediolanie, Genui, Florencji, Mantui, Bolonii, Chieti, Viterbo, Mesynie i Palermo. Kamil napisał ustawy dla nowego zakonu, a także szczegółowy regulamin i wskazania, jak należy zajmować się chorymi. Są one najpiękniejszym świadectwem miłości chrześcijańskiej. Za życia Kamila jego duchowi synowie otworzyli 65 własnych szpitali. W tym samym czasie ponad 100 kamilianów zmarło wskutek zarażenia od chorych, którym służyli.

    Święty Kamil de Lellis

    Kamil zmarł 14 lipca 1614 r. w domu macierzystym swojego zakonu w Rzymie. Jego ciało spoczywa dotąd w kościele przy centralnym domu w kaplicy Najświętszego Sakramentu. Pan Bóg obdarzył Kamila darem kontemplacji, proroctwa oraz cudów za życia i po śmierci. Do chwały świętych wyniósł go papież Benedykt XIV w 1746 roku. Papież Leon XIII ogłosił Kamila de Lellis wraz ze św. Janem Bożym patronem szpitali i chorych (1886), papież Pius XI oddał mu także patronat nad służbą zdrowia – pielęgniarzami i pielęgniarkami (1930).W ikonografii św. Kamil przedstawiany jest w sutannie, na której widnieje czerwony krzyż. Jego atrybutami są: anioł, krzyż, księga, różaniec.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    13 lipca

    Święci Andrzej Świerad i Benedykt, pustelnicy

    Zobacz także:
      •  Święta Teresa od Jezusa de Los Andes, dziewica
      •  Święta Klelia Barbieri, dziewica
      •  Święty Sylas (Sylwan), biskup
      •  Święty Ewagriusz z Pontu
      •  Błogosławiony Marian od Jezusa Euse Hoyos, prezbiter
      •  Błogosławiona Marianna Biernacka, męczennica
      •  Joel, prorok
      •  Ezdrasz, pisarz
    ***
    Święci Andrzej Świerad i Benedykt wśród uczniów

    Według tekstu z 1064 r., napisanego przez węgierskiego opata benedyktyńskiego i biskupa Maurusa, Andrzej Świerad (Andrzej Żurawek) pochodził z Polski, z rodziny rolniczej. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach znalazł się na Węgrzech. W roku 997/998 wstąpił do benedyktyńskiego klasztoru św. Hipolita na górze Zabor koło Nitry. Opatem klasztoru był wtedy Filip. On też nadał nowemu zakonnikowi imię Andrzej, gdyż wtedy św. Andrzeja Apostoła uważano za głównego patrona Węgier. W klasztorze mieszkali także mnisi żyjący według reguły wschodniej. Do tej właśnie ławry wstąpił Świerad. Widocznie bardziej przystępny był dla niego język słowacki, aniżeli bardzo trudny węgierski. Spełniał różne posługi w klasztorze. Maurus wspomina, że Andrzej wstąpił do opactwa benedyktynów już zaawansowany w życiu ascetycznym. Uprzednio bowiem prowadził życie pustelnicze.
    Po przekroczeniu 40 lat, mnich mógł iść na pustelnię w towarzystwie jednego ucznia, który zmieniał się co kilka lat, by służyć Bogu w zupełnym odosobnieniu. Pustelnia była odległa od opactwa około pół dnia drogi. Co tydzień Andrzej musiał wracać do opactwa w sobotę wieczór i zostać na całą niedzielę. Jego zajęciem było karczowanie lasu. Pomimo tak ciężkiej pracy Andrzej trzy dni zupełnie pościł: w poniedziałek, w środę i piątek. Na Wielki Post brał od opata Filipa tylko 40 orzechów włoskich, które były jedynym jego pokarmem przez osiem tygodni (jeden orzech na dzień) za wyjątkiem sobót i niedziel, gdzie przyjmował wspólny posiłek w opactwie. Aby nawet sen sobie uprzykrzyć, siedział przez całą noc na pieńku, otoczonym ostrymi prętami. Gdy ciało przechylało się w jakąś stronę, budził się raniony. Aby uniemożliwić zaś ruchy głową, zakładał na nią koronę z drewna z zawieszonymi czterema kamieniami, o które uderzał przy każdym skłonie. Ponadto Andrzej opasał swoje ciało mosiężnym łańcuchem, który z czasem obrósł skórą. To właśnie było bezpośrednią przyczyną jego śmierci ok. 1030-1034 r., gdyż po pęknięciu naskórka wywiązało się zakażenie. Wezwany opat Filip przybył już po śmierci Świerada. Przy obmywaniu ciała zauważył na jego brzuchu klamrę, która zdradziła istnienie łańcucha.Towarzyszem pustelniczego życia Andrzeja i jednym z jego uczniów był Benedykt. Po jego śmierci opowiadał biskupowi Maurusowi o cnotach i umartwieniach swego mistrza. Kontynuował surowy tryb życia w pustelni. Podobnie jak św. Andrzej miał przybyć de terra Poloniensi – z ziemi polskiej. W trzy lata po śmierci św. Andrzeja napadli go zbójcy i zabili. Ciało wrzucili do rzeki Wag. Maurus dodaje legendę, że orzeł przez cały rok pilnował ciała Męczennika i że dzięki niemu ciało zostało odnalezione w stanie zupełnie nie zepsutym. Obydwu – ucznia i mistrza – pochowano obok siebie w kościele zakonnym.

    Święci Andrzej Świerad i Benedykt na tle góry Zabor i katedry w Nitrze

    Kult obu świętych szybko rozszerzał się. Naturalnym ośrodkiem tego kultu był klasztor na Zaborze. Tu początkowo znajdował się ich grób, tu również przechowywano ze czcią łańcuch św. Andrzeja. Opat Filip, który opowiadał o obu świętych Maurusowi, ówczesnemu opatowi w klasztorze św. Marcina na Górze Panońskiej, podarował mu nawet część łańcucha. Relikwię tę zabrał ze sobą Maurus do Pesc, kiedy został mianowany tam biskupem (1036). Z czasem powstały w Słowacji dwa odrębne sanktuaria: św. Andrzeja w pobliżu Nitry, gdzie była jego pustelnia, oraz św. Benedykta, gdzie poniósł śmierć od pogańskich rozbójników w Skałce nad Wagiem na północ od Tręczyna. Około 1064 r. Świerad i Benedykt zostali uroczyście proklamowani przez biskupów Węgier świętymi. Wtedy zapewne przeniesiono ich ciała do katedry w Nitrze, gdzie spoczywają do dziś. Andrzej Świerad w hagiografii polskiej wybija się jako największy asceta wśród świętych i błogosławionych polskich.
    Andrzej i Benedykt są pierwszymi Polakami, wyniesionymi do chwały ołtarzy (1083) po polskich kamedułach z eremu międzyrzeckiego: Izaaku, Mateuszu i Kryspinie, kanonizowanych przez papieża Jana XVIII (1004-1009). W ziemi krakowskiej kult św. Andrzeja Świerada jest szczególnie żywy w Tropiu. Od dawna ściągają tu pielgrzymi z Sądecczyzny i Słowacji na dzień dorocznego święta. Miejscowa ludność wierzy, że woda w źródełku, z którego Świerad miał czerpać, ma cudowną moc. Kościół w Tropiu posiada relikwie św. Świerada, sprowadzone z Nitry.W ikonografii ukazuje się św. Andrzeja jako pustelnika. Jego atrybutem jest dziupla.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 lipca

    Święty Brunon Bonifacy z Kwerfurtu,
    biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święci Jazon i Sozypater, biskupi i męczennicy
    ***
    Święty Brunon Bonifacy z Kwerfurtu

    Brunon urodził się w 974 r. w rodzinie grafów niemieckich w Kwerfurcie. W roku 986 uczył się w szkole katedralnej w Magdeburgu. Studia odbywał pod kierunkiem magistra Geddona. Tu zetknął się z metropolitą magdeburskim, Gizylerem, i z Thietmarem, późniejszym biskupem w Merserburgu, autorem znanej Kroniki. W roku 995 został mianowany kanonikiem katedralnym w Magdeburgu. W roku 997 wraz z cesarzem Ottonem III udał się do Rzymu. Tu w roku następnym (998) wdział habit benedyktyńskiego mnicha na Awentynie w opactwie świętych Bonifacego i Aleksego. Pięć lat wcześniej w tym samym klasztorze przebywał św. Wojciech i bł. Radzim. Brunon otrzymał jako imię zakonne Bonifacy.
    W roku 999 złożył śluby zakonne. W tym samym czasie zaprzyjaźnił się ze św. Romualdem, który miał już sławę świętego męża i ojca nowej rodziny zakonnej. W roku 1001 Bonifacy znalazł się wśród jego synów duchowych w eremie Pereum koło Rawenny. W tym samym roku jesienią udała się do Polski pierwsza grupa kamedułów z Pereum: Św. Jan i św. Benedykt. Misję tę zorganizował św. Romuald na prośbę cesarza Ottona III i króla polskiego, Bolesława Chrobrego. Mieli oni działać wśród Słowian nadodrzańskich. Do nich to miał się dołączyć Brunon. Dla wyjednania misji odpowiednich przywilejów papieskich, św. Romuald wysłał go do Rzymu. Papież Sylwester II chętnie udzielił wszystkich potrzebnych dla misjonarzy indultów. Brunon otrzymał także od papieża paliusz, a więc tym samym nominację na metropolitę misyjnego. Dawało mu to uprawnienia do mianowania biskupów na terenach misyjnych. Z niewiadomych przyczyn, sakrę biskupią Brunon Bonifacy otrzymał dopiero w roku 1004 w Magdeburgu. W ten sposób stał się pierwszym metropolitą pogańskich Słowian zachodnich, do których był wysłany jako misjonarz.
    Złożona sytuacja polityczna na terenie Polski sprawiła, że Brunon zatrzymał się we Włoszech, a potem na dworze cesarza. W 1005 r. udał się na Węgry, aby tam szukać pola dla swojej działalności. W roku 1006 był w Polsce, by w roku następnym (1007) znaleźć się po raz drugi na Węgrzech. Papież wysłał go w tym samym czasie także do Kijowa, a nawet do Pieczyngów nad Morzem Czarnym. Wyprawę finansował zapewne Bolesław Chrobry. W roku 1008 Bonifacy był ponownie w Polsce i usiłował udać się z kolei do Szwecji, aby przez swoich uczniów zorientować się w sytuacji tamtejszego Kościoła. W 1009 roku udał się do Jaćwieży z wyraźnym zamiarem rozpoczęcia tam misji. Niestety, nie było mu dane dokończyć pomyślnie rozpoczętego dzieła. Według podania miał nawrócić nad Bugiem jednego z książąt jaćwieskich, Nothimera. Rywale księcia wykorzystali ten moment i pozbawili go władzy. Brunon zaś, z 18 towarzyszami, miał zginąć z ich ręki 9 marca 1009 roku, gdzieś w okolicach Pojezierza Suwalskiego. Miał wówczas zaledwie 35 lat życia. Bolesław Chrobry wykupił jego ciało. Niestety, ślad o relikwiach Męczennika zaginął.
    Brunon jest autorem trzech zachowanych do dziś utworów pisanych: Żywotu św. Wojciecha, Listu do cesarza Henryka II (1008) i Żywotu Pięciu Braci Kamedułów (1008 lub 1009), zamordowanych przez na pół pogańskich pachołków królewskich. Styl i język tych pism wskazują na wysoką kulturę św. Brunona.
    Kult św. Brunona Bonifacego rychło rozszedł się po świecie. Już w roku 1040 wychodzi jego żywot wpleciony przez św. Piotra Damiana do żywota św. Romualda. Jego cześć rozwijała się w zakonie kamedułów, a także w kolegiacie w Kwerfurcie, której sam św. Bronon miał być fundatorem. W Martyrologium Rzymskim figuruje od XVI w. W XVII w. św. Brunon Bonifacy został uznany za patrona Warmii, a w 1963 został ogłoszony głównym patronem diecezji łomżyńskiej.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    Odnalezione relikwie?

    W większości publikacji na temat św. Brunona, towarzysza św. Benedykta i św. Jana w misji do Polski Chrobrego, można znaleźć informację, że jego relikwie zaginęły. Ich brak był m.in. jednym z powodów nieobecności brunonowego kultu w naszej ojczyźnie w wiekach średnich. Okazuje się jednak, że jego relikwie są. Być może nawet nie zaginęły?

    Srebrny relikwiarz św. Bonifacego Brunona z Kwerfurtu
    Srebrny relikwiarz św. Bonifacego Brunona z Kwerfurtu

    ***

    Święty Brunon z Kwerfurtu jest autorem niezwykle ważnych dla polskiej historii i kultury dzieł: Żywot Świętego Wojciecha, List do cesarza Henryka II i Żywot Pięciu Braci Męczenników. Kim jest i jak to było z jego relikwiami?

    Kim jest Brunon?

    Bruno urodził się ok. 974 w Kwerfurcie. Około 1000 r. zdecydował się pójść w ślady św. Romualda i rozpocząć życie pustelnicze. Gdy św. Romuald wysłał do Polski swych uczniów, zdecydowano, że Bruno uda się do Rzymu, by prosić o licencję na głoszenie Ewangelii wśród pogan. Benedykta i Jana Bolesław Chrobry umieścił w okolicach Międzyrzecza, a na miejscu dołączyli do nich Polacy. Wszyscy czekali na wieści od Brunona. Ten otrzymał od Sylwestra II potrzebne pozwolenie, a także paliusz arcybiskupi. Wyznaczono go na episcopus gentium, czyli biskupa posłanego na misję do ludów nieochrzczonych. Sprawa jednak bardzo się przedłużyła. Brak wieści z Rzymu martwił zakonników w Międzyrzeczu. Wówczas Benedykt z jeszcze jednym zakonnikiem udali się na poszukiwanie Brunona. Ostatecznie dotarli tylko do Pragi. Wojna przeszkodziła w dalszej podróży. Benedykt wrócił do Polski, a jego towarzysz udał się do Niemiec. Okazało się bowiem, że otrzymawszy potrzebne zezwolenie i paliusz metropolity, tam udał się Brunon w 1002 r. Na udzielenie święceń biskupich musiał jednak czekać aż do 1004 r. W tym czasie jego towarzysze ponieśli śmierć męczeńską.

    Sytuacja polityczna między Polską a Cesarstwem zmieniła się na tyle, że niechętni misji Brunona Niemcy podejmowali kroki, mające opóźnić jego przybycie do Polski. Brunon w końcu otrzymał święcenia biskupie i w pierwszej połowie 1004 r. udał się z ewangelizacją na Węgry. Gdy ustała wojna Chrobrego z Henrykiem II, Brunon mógł w końcu przybyć do Polski. Odwiedził erem międzyrzecki i zapewne tutaj napisał Żywot Pięciu Braci. Niestety, nowa wojna z Henrykiem II w 1007 r. zmusiła go do wyjazdu z Polski. Udał się znów na Węgry. Gdy powrócił do Polski, podjął akcję misyjną wśród plemienia Pieczyngów. Jesienią 1008 Brunon był znów w Polsce, skąd wyruszył na ostatnią w swoim życiu misję. Nawracał Prusów na pograniczu Rusi i Litwy. Zabrał ze sobą 18 towarzyszy, z których część mogła pochodzić z klasztoru międzyrzeckiego. Wszyscy oni ponieśli śmierć męczeńską 9 marca 1009 r. Ciała męczenników wykupił Bolesław Chrobry, podobnie jak kilkanaście lat wcześniej uczynił z ciałem św. Wojciecha. Nie do końca wiemy, co się z nimi później działo. Kilka bardzo interesujących tez na ten temat postawił wybitny historyk mediewista Piotr M. A. Cywiński. Przyjąć jednak możemy, że reakcja pogańska i najazd księcia czeskiego Brzetysława przerwała kult tego męczennika w naszym kraju. Kultowi nie pomógł też fakt, że w średniowieczu i czasach nowożytnych św. Brunon był mylony z innym świętym.

    Jak on się nazywał?

    Brunon występuje z reguły pod jednym jeszcze imieniem: albo jako Brunon, albo jako… Bonifacy. Sprawę współcześnie bardzo dobrze naświetlił wspomniany historyk Cywiński. Kwestię imion wyjaśnia następująco: „dwoistość imienin spowodowała zamieszanie wokół jednej i tej samej postaci. Przyczynili się do tego hagiografowie świętego. Jego krewny i kolega szkolny Thietmar oraz towarzysz prac misyjnych Wipert używali tylko imienia Brunon, podczas gdy urodzony na rok przed jego męczeństwem Piotr Damiani znał jedynie przybrane imię Bonifacy. Następni pisarze powtarzali za nimi i zatracili tożsamość osoby. W 1583 r. wyszło nowe, poprawione wydanie Martyrologium. Przygotował je dla papieża Grzegorza XIII słynny uczony Baroniusz. Zapisując pod dniem 19 czerwca św. Bonifacego, Baroniusz nie ograniczył się do powtórzenia kamedulskiej zapiski. Sięgnął i do źródeł, gdzie znalazł u Thietmara i innych autorów wiadomość o św. Brunonie. Stąd powstał pod 15 października drugi zapis w Martyrologium o tym samym świętym pod imieniem Brunon. Dopiero w 1715 r. Janning dowiódł identyczności obu osób. Jednak teksty liturgiczne niemal do ostatnich czasów powtarzały oba rozdzielne imiona 19 czerwca i 15 października”. Bruno Bonifacy z Kwerfurtu, Brunon z Kwerfurtu lub Bonifacy, biskup i męczennik to jedna i ta sama osoba.

    Relikwie w Klewaniu

    W literaturze można znaleźć informację, że w Klewaniu na Wołyniu w kościele Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny – wzniesionym staraniem księcia Jerzego Czartoryskiego w 1610 r. – znajdowały się kiedyś relikwie św. Bonifacego, naszego św. Brunona. Relikwie te Florian Czartoryski przywiózł z Rzymu w 1642 r. Późniejszy arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski, biskup poznański i kujawski oraz kanonik płocki, wileński i krakowski studia teologiczne odbył w Rzymie i tam także otrzymał święcenia kapłańskie. W artykule Tadeusza Jerzego Steckiego Książęce Gniazdo, umieszczonym w piątym tomie Przeglądu Powszechnego wydanym w Krakowie w 1885 r., można znaleźć informację o okolicznościach sprowadzenia słynnych relikwii: „A relikwie te syn księcia Florian, już kapłan wielce uczony i nabożny, przywiózł był sam z Rzymu, doznawszy przy zdobyciu tych świętych szczątków cale dziwnej przygody, o której wspomina ze zwykłym sobie humoryzmem pobożny kanclerz Ołycki. Otóż o te pobożne szczątki spierali się w Rzymie dwaj książęta cudzoziemscy, którzy zarówno posiąść je pragnęli. Co widząc Magister Palatii, aby obu ich pogodzić, darował je trzeciemu, obecnemu tam wówczas Czartoryskiemu, który też umknął tez z nimi co prędzej do Polski i do Klewania je przywiózł”.

    Relikwie św. Bonifacego przywiózł z Rzymu w 1642 r. Florian Czartoryski.

    Klewań ze słynnym obrazem Matki Bożej Klewańskiej był znaczącym sanktuarium na Wołyniu. Kościół w Klawaniu funkcjonował do 15 maja 1945 r. Polacy, którzy musieli przenieść się w nieznane ziemie zachodnie, zabrali ze sobą, co mieli najcenniejszego: cudowny obraz Matki Bożej, który udało się dowieźć aż do Skwierzyny, gdzie znajduje się do dziś. Natomiast relikwie św. Bonifacego, czyli naszego św. Brunona, umieszczone w XVII-wiecznej srebrnej trumience ręcznej roboty władze kościelne nakazały przenieść do Kurii Biskupiej w Gorzowie. Ksiądz Feliks Sznarbachowski w swej wielkiej pracy Początek i dzieje Rzymsko-Katolickiej Diecezji Łucko-Żytomierskiej, obecnie Łuckiej w zarysie podaje nawet, że w relikwiarzu tym znajduje się czaszka świętego.

    ***

    W 2017 r. na Uniwersytecie Jagiellońskim została obroniona praca Anny Dziuby o naszym relikwiarzu. W ocenie badacza „relikwiarz (…) jest niezwykle cennym zabytkiem i powinien zostać na nowo odkryty dla historii sztuki”. Może kiedyś ta cenna relikwia trafi do jakiejś wspaniałej świątyni w naszej diecezji. Wszak św. Brunon był współbratem św. Benedykta i św. Jana. Warto sprawę relikwii św. Bonifacego/św. Brunona przebadać dokładniej.

    ks. Adrian Put /Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 lipca

    Święty Benedykt z Nursji, opat, patron Europy

    Zobacz także:
      •  Święta Olga Mądra, księżna
      •  Święty Pius I, papież i męczennik
    ***
    Święty Benedykt z Nursji

    Benedykt z Nursji należy do najgłośniejszych postaci w Kościele łacińskim. Wsławił się niezwykle mądrą i wyważoną regułą, która stała się podstawą dla bardzo wielu późniejszych rodzin zakonnych na Zachodzie. Przez założony przez siebie zakon Benedykt przyczynił się nie tylko do pogłębienia życia religijnego w Kościele, ale i szeroko rozumianej kultury. Jego synowie duchowi zasłużyli się najwięcej dla pozyskania Chrystusowi ludów germańskich. Te racje skłoniły Pawła VI do tego, by w 1964 r. wyróżnić św. Benedykta zaszczytnym tytułem głównego patrona Europy.
    Chociaż św. Benedykt zajmuje w dziejach Kościoła katolickiego poczesne miejsce, udokumentowane wiadomości o nim są nikłe. Podstawowym źródłem jest dzieło św. Grzegorza I Wielkiego, papieża, przedtem mnicha benedyktyńskiego, który żył w czasach bliskich św. Benedykta. Niestety, Dialogi św. Grzegorza nie miały na celu podania biografii, ile raczej opis życia Benedykta; stąd mało w nich danych historycznych, a wiele wątków wręcz legendarnych.Ojciec Benedykta był właścicielem ziemskiej posiadłości w Nursji. Benedykt urodził się ok. roku 480 wraz ze swoją bliźniaczą siostrą, św. Scholastyką. Pierwsze nauki pobierał w rodzinnym miasteczku. Na dalsze studia udał się do Rzymu. Nie pozostał tu długo. Opuścił Wieczne Miasto, gdyż chciał oddać się Panu Bogu na wyłączną służbę jako asceta. Udał się ok. 60 km na wschód w kierunku Tivoli i osiadł w przysiółku Enfide (dzisiaj Affile) przy kościele świętych Piotra i Pawła u stóp wzgórz Prenestini. Z niewiadomych bliżej przyczyn opuścił jednak i to miejsce i przeniósł się do Subiaco. Znalazł tu nie tylko ciszę, ale również dogodną grotę, gdzie mógł zamieszkać i oddać się wyłącznie kontemplacji. Z rąk jakiegoś mnicha przyjął też habit. Obrana przez niego grota zapewniała mu zupełny spokój. Przebywał tam przez trzy lata. Miejscowi górale, wypasający kozy, zaopatrywali go w konieczną żywność.

    Święty Benedykt z Nursji

    Z czasem zaczęli przyłączać się do Benedykta uczniowie. Pod jego kierunkiem utworzono 12 małych klasztorów po 12 uczniów każdy. Na czele każdego z nich Benedykt postawił przełożonych, od siebie bezpośrednio zależnych. Tak więc z pustelnika przeobraził się w cenobitę, czyli w ascetę zamieszkującego pustynię wraz z innymi. Nie znamy przyczyn, dlaczego Benedykt opuścił również i to miejsce. Św. Grzegorz wymienia niechęć miejscowego duchowieństwa. Benedykt zabrał ze sobą najgorliwszych i najbardziej oddanych uczniów i przeniósł się z nimi na Monte Cassino do ruin dawnej fortecy rzymskiej. Benedykt rozpoczął budowę nowego klasztoru od wyburzenia pogańskiej świątyni Jowisza i Apollina. Mieszkańcy miasteczka, leżącego u stóp góry, przychodzili tutaj dla składania ofiar. Był to rok 525 lub 529. W tym czasie na Wschodzie cesarz Justynianin I Wielki zamykał ostatnią pogańską szkołę filozoficzną w Atenach.
    Kiedy stanął już klasztor i kościół, a mury nowej placówki zaczęły się zapełniać adeptami, Benedykt postanowił ułożyć regułę. Miał już sporo doświadczenia. Długie lata rządów na Monte Cassino pozwoliły w praktyce wypróbować przepisy. Roztropny prawodawca zmieniał je i stale doskonalił. Tak więc reguła benedyktyńska przeszła okres długiej próby i doświadczeń. Wprawdzie jej oryginał zaginął, spłonął bowiem w roku 896 w czasie pożaru klasztoru w Teano, jednakże zachowało się wiele jej odpisów.Zasadniczą cechą Reguły św. Benedykta jest umiar. Nie jest ona tak surowa jak reguły św. Kolumbana, Kasjana czy prawodawców rodzin mniszych Wschodu. Nie preferuje studiów jak reguła Kasjodora. We wszystkim: w modlitwie, uczynkach pokutnych, w pracy i w spoczynku, w posiłku i piciu zaleca umiar: “złoty środek”. Celem zasadniczym, jaki Założyciel wytyczył swoim synom duchowym, jest służba Boża. Całe życie mnicha, jego wszystkie chwile i czynności winny zmierzać do tego, by głosiły chwałę Stworzyciela. Dewizą Patriarchy było: Ora et labora – módl się i pracuj. Ze szczególną pieczołowitością strzegł kultu liturgicznego, co pozostało do dni obecnych pięknym dziedzictwem jego zakonu. Poważną część dnia zakonnika przeznaczył na lectio divina – czytanie Pisma Świętego. Wprowadził do zakonu profesję – prawem zagwarantowaną przynależność do zakonu oraz stabilność miejsca, czyli zobowiązanie mnichów do pozostawania w jednym klasztorze aż do śmierci. Reguła św. Benedykta stała się podstawą dla wielu innych.
    Sława Benedykta rozchodziła się szeroko. Powiększać ją miały cuda, o których wspomina św. Grzegorz. Miał m.in. przepowiedzieć najazd Longobardów. Ich wódz po śmierci Benedykta faktycznie najechał Monte Cassino; benedyktyni byli zmuszeni opuścić klasztor i ratować się ucieczką do Rzymu (587). Benedykt miał założyć także opactwo w Terracina, a zdaniem niektórych również w Rzymie (opactwo św. Pankracego przy Lateranie).

    Święty Benedykt z Nursji z rodzoną siostrą, św. Scholastyką

    Benedykt zmarł 21 marca 547 r. w kilka tygodni po śmierci swojej siostry, św. Scholastyki, założycielki żeńskiej gałęzi benedyktynów. Pochowano ich razem we wspólnym grobie na Monte Cassino. Kiedy Longobardowie zniszczyli klasztor (587), mnisi benedyktyńscy z Francji ze czcią przenieśli relikwie św. Scholastyki i św. Benedykta do Francji. Śmiertelne szczątki św. Scholastyki umieścili w klasztorze w Le Mans, a św. Benedykta – we Fleur. Tam są do dnia obecnego. W latach późniejszych część relikwii obu świętych oddano opactwu na Monte Cassino. Na pamiątkę przeniesienia relikwii św. Benedykta w dniu 11 lipca 673 r. do Fleur zakon obchodzi w liturgii pamiątkę “przeniesienia relikwii”. Na ten właśnie dzień Paweł VI ustanowił doroczne święto św. Benedykta.
    Zaraz po śmierci Benedykt odbierał od swoich duchowych synów cześć ołtarzy. Do jego grobu napływali liczni pielgrzymi. Sławę jego rozniosły Dialogi św. Grzegorza, w których jest mowa nawet o cudach, jakie Benedykt za życia działał. Rychło kult św. Benedykta stał się też własnością całego Kościoła. Ku czci Patriarchy ułożono mnóstwo hymnów, sekwencji i modlitw. Benedykt jest w naszych czasach czczony jako patron Opus Dei, jako patron pracujących, a nawet jako orędownik umierających. Pius XII ogłosił go patronem speleologów (1957) i architektów włoskich.
    Reguła św. Benedykta wywarła poważny wpływ na całe życie Europy Zachodniej. Dzieło św. Benedykta jest imponujące i niepowtarzalne. Benedyktyni przez długie wieki (wiek VI-XII) byli najpotężniejszą rodziną zakonną na świecie. Ich klasztory dochodziły do liczby kilku tysięcy, a liczba mnichów dochodziła do wielu dziesiątków tysięcy. Z modelu życia benedyktyńskiego wyrosły inne rodziny zakonne, m.in. benedyktynki (klauzurowe i czynne), cystersi, kameduli, oliwetanie, sylwestryni i trapiści. Zakony te wydały kilka tysięcy świętych i błogosławionych, dały Kościołowi ponad 20 papieży. Wśród świętych benedyktyńskich wypada wymienić: św. Grzegorza I Wielkiego (+ 604), doktora Kościoła; św. Augustyna z Canterbury, apostoła Anglii (+ 605); św. Bedę Czcigodnego, doktora Kościoła (+ 735); św. Bonifacego, apostoła Niemiec i głównego patrona tego kraju; św. Wojciecha – apostoła Czech, Węgier, Polski i Prus, męczennika (+ 997); św. Piotra Damiani, doktora Kościoła (+ 1072); św. Romualda, założyciela kamedułów (+ 1027); św. Jana Gwalberta (+ 1073), założyciela nowej gałęzi zakonnej; św. Anzelma, doktora Kościoła (+ 1109); św. Matyldę (+ 968); św. Hildegardę z Bingen, doktora Kościoła (+ 1179); św. Gertrudę Wielką (+ 1302).

    Święty Benedykt z Nursji

    W Polsce najbardziej znanym opactwem benedyktyńskim jest Tyniec. Do Polski benedyktyni przybyli wraz ze św. Wojciechem (+ 997). Za czasów Bolesława Chrobrego założyli klasztor po kamedułach w Międzyrzeczu. Zamieszki, jakie po śmierci tego króla powstały, i nawrót pogaństwa, doprowadziły do upadku klasztoru. W XI wieku widzimy benedyktynów w Trzemesznie, w Łęczycy (Tum), w Gnieźnie, w Tyńcu, na Łysej Górze, w Czerwińsku, Płocku, Kruszwicy, w Krakowie, Sieciechowie, we Wrocławiu, Oleśnicy, Lubiniu i w Gdańsku. Obecnie istnieją ich opactwa w Tyńcu, Lubiniu koło Kościana oraz Biskupowie.
    W ikonografii św. Benedykt przedstawiany jest w habicie benedyktyńskim, w kukulli, z krzyżem w dłoni. Jego atrybutami są: anioł, bicz, hostia, kielich z wężem, księga, kruk z chlebem w dziobie, księga reguły w ręce, kubek, pastorał, pies, rozbity puchar, infuła u nóg z napisem “Ausculta fili” – “Synu, bądź posłuszny”, wiązka rózg.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    Święty, który uprawiał Europę

    Żył 67 lat. Należy do świętych o ogromnej popularności. Został ogłoszony patronem Europy, ponieważ dobrze przysłużył się nie tylko chrześcijaństwu, ale też szeroko rozumianej kulturze.

    Św. Benedykt z Nursji, jak przypomniał Benedykt XVI, jest zasadniczym punktem odniesienia dla jedności Europy.

    Św. Benedykt z Nursji, jak przypomniał Benedykt XVI, jest zasadniczym
punktem odniesienia dla jedności Europy
    fresk Fra Angelico przedstawiający św. Benedykta z Nursji

    ***

    Świat chrześcijański po śmierci Jana Pawła II z pewnym napięciem oczekiwał decyzji nowego Papieża odnośnie do wyboru swego imienia. Niektórzy spodziewali się, że kard. Joseph Ratzinger, podobnie jak jego poprzednik, nawiąże do tradycji św. Jana i św. Pawła. Okazało się, że nowy Namiestnik Chrystusowy nawiązał do odleglejszej tradycji, która – wbrew pozorom – okazała się szalenie bliska Europie.

    Otwarł drzwi do wiary

    Benedykt XVI nieraz doceniał Regułę św. Benedykta, powstałą na początku VI wieku, i podkreślał jej wartość. Można ją streścić w prostych słowach: „Módl się i pracuj, i nie bądź smutny”. Warto w tym kontekście przytoczyć także inne fragmenty dokumentu autorstwa św. Benedykta, które stały się fundamentem kulturowym naszego kontynentu: „Niech młodsi starszych szanują”; „Nie zachowywać niczego dla siebie”; „Niech nic nigdy nie będzie ważniejsze od Chrystusa”. Te proste zdania, kiedy się je przełoży na język życia społecznego, mogą się okazać siłą napędową europejskiej kultury. Tak było w czasach pochodzącego z Nursji mnicha, tak dzieje się i dzisiaj. Niespełna trzy tygodnie przed konklawe kard. Ratzinger wygłosił w Subiaco wykład pt. „Europa Benedykta w kryzysie kultur”. I kto wie, czy wypowiedziane wówczas słowa nie towarzyszyły mu w szczególny sposób podczas pełnienia papieskiej misji. „Potrzebujemy – stwierdził – ludzi takich jak Benedykt z Nursji, który w czasach degradacji i upadku zagłębił się w skrajnej samotności i potrafił – po wielu duchowych oczyszczeniach, jakie musiał przeżyć, aby wspiąć się ku światłości – powrócić i założyć Monte Cassino, miasto na górze, które po wielu zniszczeniach zjednoczyło siły, z których powstał nowy świat”. Przemówienie kard. Ratzingera może być przez nas traktowane niejako proroczo, bo z pewnością wytyczyło szlak jego późniejszego pontyfikatu. Kardynał mówił dalej o św. Benedykcie: „W tej historycznej chwili przede wszystkim potrzebujemy ludzi, którzy za pomocą oświeconej i przeżywanej wiary uczyniliby Boga wiarygodnym w tym świecie. Negatywne świadectwo chrześcijan, którzy mówili o Bogu, a żyli przeciwko Niemu, przysłoniło Jego obraz i otworzyło drzwi do niewiary”. Benedykt XVI miał się zatem w szczególny sposób poświęcić otwieraniu drzwi do wiary. Przewodnikiem zaś był jego patron i patron Europy.

    Fundament kultury

    Kim zatem był święty, który zafascynował zarówno Jana Pawła II, jak i Benedykta XVI? Chociaż postać tego świętego zajmuje poczesne miejsce w historii Kościoła katolickiego, mamy niewiele dokumentów na jego temat. Za podstawowe źródło może tu posłużyć dzieło św. Grzegorza I Wielkiego, papieża, a przedtem mnicha benedyktyńskiego, który żył w czasach bliskich Benedyktowi. Niestety, dialogi autorstwa tego papieża nie miały być biografią Benedykta, a skupiały się jedynie na niektórych wątkach z jego życia, nie mogą więc być podstawowym źródłem odpowiedzi na pytania o jego historię. Z czytania brewiarzowego dowiadujemy się zatem, że pewne jest, iż ojciec Benedykta był właścicielem ziemskiej posiadłości w Nursji. Benedykt urodził się ok. roku 480 wraz ze swoją bliźniaczą siostrą, św. Scholastyką. Pierwsze nauki pobierał w rodzinnym miasteczku. Na studia udał się do Rzymu. Nie pozostał tam jednak długo. Opuścił Wieczne Miasto, gdyż chciał oddać się Panu Bogu na wyłączną służbę jako asceta. Udał się ok. 60 km na wschód w kierunku Tivoli i osiadł w przysiółku Enfide (dzisiaj Affile) przy kościele Świętych Piotra i Pawła u stóp wzgórz Prenestini. Z niewiadomych bliżej przyczyn opuścił jednak również to miejsce i przeniósł się do Subiaco, gdzie znalazł nie tylko ciszę, ale również dogodną grotę, gdzie mógł zamieszkać i oddać się wyłącznie kontemplacji. Z rąk jakiegoś mnicha przyjął też habit. Wybrana przez niego grota zapewniała mu zupełny spokój. Przebywał tam przez trzy lata. Miejscowi górale, wypasający kozy, zaopatrywali go w konieczną żywność.

    Najbardziej znany jest ze swojej reguły, którą pozostawił wielu rodzinom zakonnym. Późniejsza historia Europy pokazała, ile dobra rozsiali po Europie kolejni mnisi, którzy uczyli napotkaną ludność nie tylko dogmatów wiary, ale też astronomii czy matematyki, a nawet – wydawać by się mogło – tak prozaicznej czynności, jak uprawianie ziemi. To ostatnie przyczyniało się przecież zarówno do oświecenia, jak i – nade wszystko – do eliminacji głodu.

    Nie dziwi więc, że poprzednik papieża Franciszka przybrał imię Benedykta. Można i trzeba to odczytać w kontekście jego batalii o przywrócenie Europie jej duchowego wymiaru. Już podczas swojej pierwszej audiencji generalnej Ojciec Święty przypomniał, że św. Benedykt „jest zasadniczym punktem odniesienia dla jedności Europy i z mocą przypomina o niezbywalnych chrześcijańskich korzeniach kultury i cywilizacji”.

    ks. Marek Łuczak/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________

    Ład i umiar

    Ład i umiar

    Św. Benedykt: Człowiek, który panuje nad swoim czasem, jest przewidywalny w czynieniu dobra.

    Monte Cassino – wzgórze górujące nad drogą łączącą Rzym z Neapolem – kojarzy się Polakom głównie ze słynną bitwą w 1944 r. Historia tego miejsca jest o wiele bogatsza. Na tym wzgórzu św. Benedykt założył klasztor, który stał się duchowym centrum życia zakonnego na Zachodzie. Patron Europy napisał tam regułę określającą zasady życia wspólnoty mnichów – „szkoły służenia Bogu”. Ten tekst wyznaczył na długie wieki styl życia europejskich klasztorów.

    Początki klasztoru na Monte Cassino datuje się na rok 529. W tym samym roku cesarz Justynian zamknął słynną szkołę filozoficzną w Atenach. To wymowny symbol. Duchowe przewodnictwo przeszło od filozofii klasycznej do nauki chrześcijańskiej, przy czym klasztory działające według Reguły św. Benedykta uratowały dla świata tradycję kultury antycznej. Dzięki mnichom przepisującym księgi przetrwało wiele starożytnych dzieł.

    Święty Benedykt z Nursji (ur. 480) żył na przełomie starożytności i średniowiecza. Rozpoczął studia w Rzymie. Przerwał je, by podjąć życie pustelnicze w jaskini w Subiaco. Mnisi żyjący w pobliżu byli pod takim wrażeniem jego osobowości, że poprosili go, by został ich opatem. Wkrótce jednak zniechęcili się wymaganiami, które im postawił, i próbowali go otruć. Benedykt przeniósł się na Monte Cassino, gdzie założył słynny klasztor.

    Jego reguła określała rytm życia mnicha w myśl słynnej dewizy „módl się i pracuj”. Uczyła równowagi. Praca fizyczna była uzupełniana pracą umysłową. Benedykt przy całym swoim idealizmie liczył się z ludzkimi słabościami i dlatego starał się zachować we wszystkim właściwą miarę. Święty umarł w kaplicy na Monte Cassino. Umierał na stojąco, podtrzymywany przez braci, śpiewając psalm.

    Czy reguła zakonna może być inspirująca dla ludzi pochłoniętych dziś pracą zawodową, troską o rodzinę i codzienny byt? Wszyscy potrzebujemy pewnego ładu. Korzystamy z terminarzy, z notatników w komórkach, żeby nie pogubić się w natłoku spraw. Jak powiadają, zachowaj porządek, a porządek zachowa ciebie.

    Człowiek potrzebuje poszanowania zdrowego rytmu pracy, modlitwy, odpoczynku. Bez pewnej samodyscypliny do życia łatwo wkrada się chaos, nerwowość i gonitwa, których pierwszą ofiarą pada zwykle modlitwa, a potem jego bliscy. Człowiek, który panuje nad swoim czasem, jest przewidywalny w czynieniu dobra.

    ks. Tomasz Jaklewicz/Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________

    Symbolika i znaczenie medalika św. Benedykta

    Wielu z nas nie do końca wie czym tak właściwie są medalik i krzyż św. Benedykta. Czy mają one nadzwyczajną moc i co może dać nam ich noszenie? Wyjaśnia o. Guèranger – benedyktyn.

    Awers i rewers medalika św. Benedykta
    awers i rewers medalika św. Benedykta

    ***

    Chrześcijanom wystarczy zastanowić się przez chwilę nad wielce potężną zbawienną mocą Krzyża Jezusa Chrystusa, aby pojęli dostojeństwo medalika, na którym jest on przedstawiony. Krzyż był narzędziem odkupienia świata; jest on zbawiennym drzewem, na którym dokonało się przebłaganie za grzech, który popełnił człowiek, jedząc owoc z zakazanego drzewa.

    Święty Paweł poucza nas, że wyrok naszego potępienia został przybity do Krzyża i że został zmazany krwią Odkupiciela. Wreszcie Krzyż, w którym Kościół pozdrawia swą jedyną nadzieję (spes unica), ma się pojawić w ostatecznym dniu na obłokach niebieskich jako zwycięskie trofeum Boga-Człowieka.

    Obraz Krzyża budzi w nas wszelkie uczucia wdzięczności ku Bogu za dobrodziejstwo naszego zbawienia. Nie ma – prócz świętej Eucharystii – niczego na ziemi, co byłoby bardziej godne naszego szacunku niż Krzyż. To dlatego oddajemy mu pełną uwielbienia cześć, która odnosi się do Pana, którego krew go skropiła.

    Ożywieni uczuciami najczystszej pobożności pierwsi chrześcijanie okazywali od początku najgłębszą cześć obrazowi Krzyża, a Ojcowie Kościoła nie ustawali w pochwałach, jakimi obdarzali ten dostojny znak.

    Gdy po trzech wiekach prześladowań Bóg postanowił udzielić pokoju swemu Kościołowi, na niebie pojawił się krzyż wraz ze słowami: „W tym znaku zwyciężysz”. Cesarz Konstantyn, do którego było adresowane to widzenie, obiecujące mu zwycięstwo, postanowił, że jego wojsko będzie odtąd maszerować do boju pod sztandarem, który będzie przedstawiał obraz Krzyża z monogramem Chrystusa, a który został nazwany Labarum.

    Krzyż jest przedmiotem budzącym grozę złych duchów – zawsze się przed nim cofają; na jego widok bez wahania porzucają swój łup i uciekają. I wreszcie – krzyż jest dla chrześcijan tak ważny i niesie z sobą takie błogosławieństwo, że od czasów Apostołów aż do teraz przetrwał niezachwianie u wiernych zwyczaj częstego nakreślania tego znaku na sobie, a u sług Kościoła – na wszystkich przedmiotach, aby znak kapłański nadał im moc błogosławienia i uświęcania.

    Nasz medalik, który przede wszystkim przedstawia wizerunek Krzyża, jest więc doskonale dopasowany do pobożności chrześcijańskiej i choćby tylko z tej racji godzien jest wszelkiego rodzaju czci.

    Św. Benedykt dostąpił zaszczytu pojawienia się na tym samym medaliku wraz z wizerunkiem Krzyża św., aby podkreślić skuteczność, jaką ten święty znak miał w jego rękach. Św. Grzegorz Wielki, który napisał żywot świętego patriarchy, ukazuje go nam jako odpędzającego swe własne pokusy znakiem Krzyża – tym samym znakiem, który uczynił na zatrutym napoju, rozbijając naczynie i odkrywając złe zamiary tych, którzy czyhali na jego życie. Gdy zły duch, aby przerazić braci, sprawił, że wydawało im się, że klasztor Monte Cassino stoi w płomieniach, św. Benedykt zniweczył natychmiast ten czar, kreśląc na zmyślonych płomieniach ten sam znak Męki Zbawiciela.

    Gdy jego uczniowie byli wewnętrznie nękani poduszczeniami kusiciela, zalecał im jako lekarstwo naznaczenie swego serca obrazem krzyża.

    W swej Regule polecił, by brat, który właśnie przeczytał przed ołtarzem uroczystą formułę swej profesji, nakreślił znak krzyża jako nienaruszalną pieczęć na karcie swych ślubów. Pełni ufności w moc tego świętego znaku, uczniowie św. Benedykta dokonywali dzięki Krzyżowi niezliczonych cudów.

    Wystarczy przypomnieć św. Maura, przywracającego wzrok ślepemu, św. Placyda, uzdrawiającego wielu chorych, św. Rychmira, uwalniającego jeńców, św. Wulstana, który uratował podczas upadku robotnika, spadającego z wysokiej wieży kościelnej, św. Odylona, wyciągającego z oka rannego człowieka kawałek drzewa, który przeszył je na wylot, świętego Anzelma z Canterbury, przepędzającego straszliwe widma, które dręczyły umierającego starca, świętego Hugona z Cluny, uciszającego burzę, św. Grzegorza, gaszącego pożar Rzymu itd. Wszystkie te cuda i wiele innych, zawartych w Aktach świętych Zakonu świętego Benedykta, zostały dokonane za pomocą znaku Krzyża.

    Litery, które czytamy na medaliku

    Oprócz obrazu Krzyża i wizerunku św. Benedykta medalik przedstawia jeszcze określoną liczbę liter; każda z nich reprezentuje jakiś wyraz łaciński. Gdy połączymy te różne słowa, odsłania się sens, który ukazuje intencję medalika. Ich celem jest wyrażenie związków świętego patriarchy mnichów Zachodu ze świętym znakiem zbawienia ludzi, a zarazem dostarczenie wiernym sposobu posługiwania się mocą świętego Krzyża przeciwko złym duchom.

     Wydawnictwo Tyniec

    Te tajemnicze litery są położone na tej stronie medalika, na której figuruje krzyż. Najpierw należy się przyjrzeć czterem, które zostały umieszczone pomiędzy ramionami tego krzyża:

    C S P B

    Znaczą one: CRUX SANCTI PATRIS BENEDICTI; to jest: „Krzyż Świętego Ojca Benedykta”. Już te słowa wyjaśniają przesłanie medalika.

    W linii pionowej krzyża czytamy:

    C S S M L

    Znaczy to: CRUX SACRA SIT MIHI LUX, czyli: „Niech święty Krzyż będzie mi światłem”.

    W linii poziomej tegoż krzyża czytamy:

    N. D. S. M. D.

    To znaczy: NON DRACO SIT MIHI DUX, czyli: „Niech smok nie będzie mi wodzem”.

    Gdy połączymy te dwie linijki, tworzą one wiersz (pentametr), którego sens jest świadectwem chrześcijanina, wyrażającym jego ufność wobec świętego Krzyża i jego sprzeciw wobec jarzma, które chciałby nań nałożyć demon.

    Wokół medalika znajduje się dłuższa inskrypcja, która podaje najpierw święte imię Jezusa wyrażone tradycyjnym monogramem IHS. Wiara i doświadczenie pouczają nas wystarczająco o wszechmocy tego Imienia Bożego. Dalej, zaczynając od prawej strony, mamy kolejno następujące litery: V. R. S. N. S. M. V. S. M. Q. L. I. V. B.

    Te inicjały reprezentują dwa wersy:

    VADE RETRO SATANA, NUNQUAM SUADE MIHI VANA; SUNT MALA QUAE LIBAS, IPSE VENENA BIBAS.

    Czyli: „Idź precz, szatanie, nigdy nie doradzaj mi marności; zły jest napój, który mi nalewasz, sam pij truciznę”.

    Uważa się, że słowa te wyszły z ust św. Benedykta; te z pierwszego wersu podczas pokusy, która go doświadczyła, i którą pokonał dzięki znakowi krzyża, a te z drugiego wersu – w chwili, gdy jego wrogowie podali mu śmiercionośny napój, co odkrył czyniąc znak krzyża na czarze, która go zawierała.

    Chrześcijanin może się posługiwać tymi słowami za każdym razem, gdy jest narażony na pokusy i zniewagi niewidzialnego wroga zbawienia. Nasz Pan osobiście uświęcił pierwsze słowa: Vade retro Satana – Idź precz, szatanie. Ich moc jest gwarantowana przez samą Ewangelię. Marności, które doradza nam diabeł, to nieposłuszeństwo prawu Bożemu, pompy i wielkie oszustwa świata. Napój, który podaje nam ten anioł ciemności, to grzech, który zabija duszę. Zamiast go akceptować, powinniśmy zostawić go jemu, jako dolę, którą sam sobie wybrał.

    Nie ma potrzeby długo tłumaczyć chrześcijańskiemu czytelnikowi mocy tego wezwania, przeciwstawiającego sztukom i przemocy szatana to, czego obawia się on najbardziej: krzyż, święte imię Jezusa, własne słowa Zbawiciela podczas kuszenia, a wreszcie wspomnienie zwycięstw, jakie wielki patriarcha św. Benedykt odniósł nad smokiem piekielnym. Wystarczy wypowiedzieć te słowa, by poczuć się od razu umocnionym i aby stawić opór wszelkim sidłom piekielnym. Gdybyśmy nie znali faktów, które dowodzą, jak bardzo szatan obawia się tego medalika, samo zrozumienie tego, co on przedstawia oraz tego, co wyraża, wystarczyłoby, żebyśmy go uznali za jedną z najpotężniejszych broni, jakie Boża łaskawość złożyła w nasze ręce przeciwko niegodziwości złych duchów.

    ____________________________

    Tekst i przedstawienie graficzne medalika św. Benedykta pochodzą z książki „Szkic o pochodzeniu, znaczeniu i łaskach medalika albo krzyża św. Benedykta” / tłumaczenie z wydania z 1899 r. /

    Dom Prosper Guèranger OSB (1805–1875) – odnowiciel francuskiego monastycyzmu. Dziełko o. Guèrangera „Szkic o pochodzeniu, znaczeniu i łaskach medalika albo krzyża św. Benedykta” powstało jako uzupełnienie przesłania papieża Benedykta XIV, zawartego w jego brewe, ogłoszonym w Rzymie pod koniec 1741 r. W chwili, gdy dokument Stolicy Apostolskiej potwierdził prawowierność pobożnych praktyk związanych z medalikiem św. Benedykta, jego popularność wzrosła i utrwalił się jego wygląd.

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________

    Modlitwa ZA EUROPĘ

    poprzez wstawiennictwo św. Benedykta z Nursji

    Modlitwa ZA EUROPĘ do świętego Benedykta z Nursji
    fot. screenshot – YouTube (JACLOU-DL)

    ***

    Nasz wspólny, tak fizyczny jak i duchowy dom, Europa, pogrąża się w kryzysie. Kontynent słynący z walki za Chrystusa oddaje się ateizmowi, libertynizmowi i… islamizmowi, depcząc własną tradycję, swoje dokonania i duchowe dziedzictwo. Obok bezbożnej demokracji na Zachodzie wyłania się potwór bezbożnego despotyzmu na Wschodzie. Barbarzyńska napaść putinowskiej Rosji na Ukrainę zachwiała bezpieczeństwem całego kontynentu. Módlmy się dzisiaj do świętego Benedykta, patrona Europy, o dobrą przyszłość naszego kontynentu, o nawrócenie serc Europejczyków, przede wszystkim elit europejskich.

    Gdy nadszedł koniec dawnego porządku
    I nowa ziemia rodziła się w bólu,
    Stanąłeś, Ojcze, na czasów granicy,
    By chronić dobro.

    Posłuszny mocy Bożego wezwania
    I do proroków podobny natchnieniem,
    Poszedłeś drogą pokory i ładu
    Pańskiego Prawa.

    Dla wielu ludzi spragnionych pokoju
    Przez własne życie przykładem się stałeś
    Szukania Boga i Jego miłości
    We wszystkich braciach.

    I dzisiaj także przychodzi nieznane,
    A świat jest pełen zamętu i kłamstwa;
    Za twą przyczyną niech Pan nam ukaże
    Właściwą ścieżkę.

    Najświętszej Trójcy niech będzie podzięka
    Za Benedykta i jego naukę;
    Niech Europa swą jedność odnajdzie
    Przez wiarę w Boga. Amen.

    Módlmy się: Boże, Ty przez nauczanie świętego Benedykta zgromadziłeś w swoim Kościele wiele narodów, spraw przez jego zasługi, abyśmy z radosnym sercem biegnąc drogą Twoich przykazań, trwali w prawdziwej wierze i głębokim pokoju. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    10 lipca

    Święty Antoni Peczerski, opat

    Zobacz także:
      •  Święty Jan Gwalbert, opat
    ***
    Święty Antoni Peczerski

    Jego pierwotne imię to Antypas. Pochodził z grodu Lubecz nad Dnieprem, leżącego na północ od Kijowa (obecnie miasto w obwodzie czernihowskim na Ukrainie, przy granicy z Białorusią). Urodził się w roku 963 (lub 983). Jako młody człowiek zapoznał się z życiem zakonnym na górze Athos. Tam złożył śluby zakonne i przyjął imię Antoni. Po powrocie na Ruś zajął pieczarę w pobliżu Kijowa, w której wiódł surowe życie pustelnika. Od tego miejsca otrzymał przydomek “Peczerski” (lub “Kijowsko-Peczerski”).
    Mnich stał się sławny w okolicy. Po pewnym czasie zaczęli gromadzić się wokół niego uczniowie. Z ich pomocą powiększył pieczarę i urządził w niej cerkiew. Wokół wydrążono groty-cele. Dał tym samym początek Ławrze Pieczerskiej (Peczorskiej), najsłynniejszemu klasztorowi na Rusi, zwanemu matką monasterów. Początkowo Antoni sam kierował życiem mnichów, które wypełniała praca, czuwanie i modlitwa; zakonnicy troszczyli się o wstrzemięźliwość, umartwiali swoje ciała. Kiedy życie wspólnoty było w miarę zorganizowane, mianował igumena, a sam usunął się do osobnej groty, której nie opuszczał przez 40 lat. Po radę przychodzili tam nie tylko mnisi, ale przybywała licznie także ludność ziem ruskich, prosząc o modlitwę, dzięki której chorzy odzyskiwali zdrowie. Za wstawiennictwem Antoniego działy się liczne cuda.
    Zmarł 10 lipca (lub 27 maja) 1073, mając prawdopodobnie 90 lat. Ruś widziała w nim ojca życia monastycznego, związanego z tradycją wschodnią. Ławra Peczerska była przez lata rozbudowywana i przez wieki trwało tu życie monastyczne. Obecnie mieści się w niej siedziba zwierzchnika Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego. Obiekt został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 1990 r., a po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości (1991 r.) gruntownie odnowiony i ponownie konsekrowany w 2000 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    9 lipca

    Święci męczennicy
    Augustyn Zhao Rong i Leon Mangin, prezbiterzy,
    i Towarzysze

    Zobacz także:
      •  Święta Weronika Giuliani, dziewica
      •  Błogosławiona Joanna Scopelli, zakonnica
      •  Święci męczennicy z Gorkum
      •  Święty Hadrian III, papież
      •  Błogosławiony Adrian Fortescue, męczennik
      •  Błogosławiony Fidelis Chojnacki, zakonnik i męczennik
    ***
    Święci Augustyn Zhao Rong i TowarzyszePoczątki ewangelizacji Chin sięgają V w., ale misje europejskie w tym kraju rozwinęły się szczególnie w czasach nowożytnych, poczynając od XVI w. W ciągu minionych stuleci Kościół katolicki w Chinach wzrastał nieprzerwanie, choć w niektórych okresach i regionach bywał prześladowany. Za pierwszego męczennika uznawany jest o. Franciszek Fernandez de Capillas, hiszpański dominikanin, umęczony w 1648 r., beatyfikowany w 1909 r. Wchodzi on w skład 120-osobowej grupy męczenników kanonizowanych 1 października 2000 r., której przewodzi Augustyn Zhao Rong, pierwszy chiński kapłan umęczony za wiarę. Pozostali męczennicy to w części europejscy zakonnicy – członkowie zgromadzeń, którym Stolica Apostolska powierzyła prowadzenie misji w różnych regionach Chin (jezuici, franciszkanie, dominikanie, salezjanie i członkowie Paryskich Misji Zagranicznych) – a w części rodowici Chińczycy – biskupi, kapłani i świeccy, mężczyźni i kobiety. Najmłodszy z nich miał zaledwie 9 lat.Święty Augustyn Zhao RongAugustyn Zhao Rong pochodził z prowincji Syczuan. W wieku 20 lat zaciągnął się do wojska i wchodził w skład oddziału, który eskortował do Pekinu grupę chrześcijańskich więźniów. Uderzyła go ich cierpliwość i odwaga. Ponownie zetknął się z chrześcijanami w prowincji Wuczuan, gdzie poznał uwięzionego o. Marcina Moye. Przykład wiary i miłości tego kapłana oraz jego katecheza skłoniły Augustyna do przyjęcia chrześcijaństwa. Otrzymał chrzest z rąk o. Moye w wieku 30 lat. Przez następnych pięć lat przygotowywał się do kapłaństwa i przyjął święcenia w 1781 r. Przez wiele lat pełnił posługę kapłańską. W okresie prześladowań wszczętych za panowania cesarza Jiaqinga został aresztowany, gdy udzielał sakramentów choremu. Uwięziony w Chengdu, został skazany na dotkliwą karę cielesną, choć miał już 69 lat. Otrzymał 60 uderzeń bambusowym kijem w kostki i 80 policzków zadanych skórzaną podeszwą. Zmarł w więzieniu kilka dni później, 27 stycznia 1815 r. Jest pierwszym kapłanem-męczennikiem pochodzącym z Chin.Pod koniec XIX w. prześladowania katolików w Chinach nasiliły się. Nieporadna cesarzowa-wdowa Cixi szukała oparcia w stronnictwie staromandżurskim, które dla swych celów zmobilizowało wojowników fanatycznej sekty, nazywanych bokserami. Swoją nienawiść do obcych ześrodkowali oni na chrześcijanach. Zaczęli więc napadać na kościoły, palić je, potem masowo mordować wiernych. W okręgu Xiangchenggen pierwszym znakiem nadciągających pogromów była śmierć dwóch jezuitów francuskich. Ojcowie Remigiusz Isoré i Modest Andlauer zginęli przy ołtarzu skromnej kaplicy w On-Y. Było to wyraźne ostrzeżenie dla licznych chrześcijan z tych okolic. Pod kierownictwem ojca Mangin schronili się oni w Czu-Kia-cho, bo istniała tam szansa obrony i ocalenia. W obwarowanym miasteczku odparli kilka ataków, kiedy jednak bokserów wsparły oddziały regularnej armii, obrona nie miała już żadnych szans. Ostatniego ratunku szukali w kościele. Zginęli wszyscy. Ojcowie Mangin i Den ponieśli śmierć przy ołtarzu, inni znaleźli ją w płomieniach podpalonej świątyni lub w jej pobliżu, jeszcze inni wtedy, gdy próbowali ratować się ucieczką. Śmierć poniosło wówczas około 1800 chrześcijan, ponadto około 1200 zginęło w okolicach miasteczka. Nikt nie zdołał wówczas spisać ich imion i nazwisk. Ustalono je znacznie później, i to jedynie w pięćdziesięciu sześciu wypadkach. Tych też pięćdziesięciu sześciu Pius XII beatyfikował w roku 1955, a kanonizował – wraz z innymi męczennikami chińskimi – papież św. Jan Paweł II w 2000 r. Duchowymi przywódcami męczenników z okresu powstania bokserów byli jezuiccy kapłani: Leon Ignacy Mangin, Paweł Denn, Remigiusz Isoré i Modest Andlauer.Święty Leon Mangin
    Leon Ignacy Mangin urodził się 31 lipca 1857 r. w Verny, w Lotaryngii, jako jedenaste z dzieci miejscowego sędziego pokoju. Nauki pobierał w kolegiach w Metzu i Amiens. W roku 1875 wstąpił do jezuitów. Pod koniec studiów filozoficznych, odbywanych w Liége, wezwano go do wyruszenia na misje. W Tien-Tsinie ukończył teologię i w lipcu 1886 r. otrzymał święcenia kapłańskie. Pracował potem na wielu stacjach misyjnych w prowincji Hopej, poważany przez władze cywilne i ceniony dla swej energii w działaniu i pogodnego usposobienia. Gdy nadeszło prześladowanie, wszystkich podtrzymywał na duchu. Potem zachęcał wiernych, by pozostali w kościele. Gdy padł pierwszy strzał, Maria Czu-Ou-Czen osłoniła go własnym ciałem. Potem zapaliła mu się sutanna. Padł przeszyty drugą serią pocisków.Z nim razem zginął ks. Paweł Denn. Urodził się 1 kwietnia 1847 w Lille. W 1872 wstąpił do jezuitów i tego samego roku wysłany został do Chin. W osiem lat później otrzymał tam święcenia kapłańskie. Pracował w kilku ośrodkach, a w Tcian-Kia-Tcioang był rektorem. Pod koniec dołączył do wspólnoty kierowanej przez o. Mangin. Zginął u jego stóp, gdy ukląkł, by przyjąć absolucję.
    Remigiusz Isoré urodził się 22 kwietnia 1852 r. w Bambecque, na terenie francuskiej Flandrii. Studiował w Cambrai, a przez jakiś czas był prefektem w Roubaix. W roku 1875 wstąpił do zakonu. Studia kończył już w Chinach, gdzie też w roku 1886 otrzymał święcenia kapłańskie. Przez jakiś czas uczył w kolegium w Tcian-Kia-Tcioang, potem obsługiwał stację i szkołę w On-Y. Tam też zginął, stojąc przy ołtarzu.
    Modest Andlauer był Alzatczykiem. Urodził się w Strasburgu. W roku 1877 wstąpił do jezuitów. Nauczał w Amiens, Lille i Brescii, ale marzył o misjach i męczeństwie. Wreszcie w roku 1882 mógł wyjechać do Chin. Zginął tam razem z o. Isoré, miesiąc przed innymi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    8 lipca

    Święty Jan z Dukli, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święty Edgar Spokojny, król
      •  Święty Eugeniusz III, papież
      •  Święty Kilian, biskup i męczennik
      •  Błogosławiony Piotr Eremita, zakonnik
      •  Święci Akwila i Pryscylla
    ***
    Święty Jan z Dukli

    Jan urodził się w Dukli około roku 1414. O jego rodzicach wiemy tylko tyle, że byli mieszczanami. Nie możemy także nic konkretnego powiedzieć o młodości Jana. Zapewne uczęszczał do miejscowej szkoły, potem udał się do Krakowa. Legenda głosi, że tam studiował, jednak brak źródeł historycznych, które potwierdzałyby ten fakt.
    Według miejscowej tradycji Jan miał już od młodości prowadzić życie pustelnicze w pobliskich lasach u stóp góry zwanej Cergową. Do dziś w odległości kilku kilometrów od Dukli znajduje się pustelnia i kościółek drewniany, wystawiony pod wezwaniem św. Jana z Dukli na miejscu, gdzie miał on samotnie prowadzić bogobojne życie.
    Nie znamy przyczyn, dla których Jan opuścił pustelnię i wstąpił do franciszkanów konwentualnych, zapewne w pobliskim Krośnie, w latach 1434-1440. Po nowicjacie i złożeniu profesji zakonnej odbył studia kanoniczne i został wyświęcony na kapłana. Musiały to być studia solidne, skoro Jan został od razu powołany na urząd kaznodziei. Urząd ten bowiem powierzano w klasztorach franciszkańskich kapłanom wyjątkowo uzdolnionym i wewnętrznie uformowanym. Tego wymagał w regule św. Franciszek, założyciel zakonu.
    Jan przez szereg lat piastował także obowiązki gwardiana, czyli przełożonego klasztoru: w Krośnie i we Lwowie. Wreszcie powierzono mu urząd kustosza kustodii, czyli całego okręgu lwowskiego. Po złożeniu tego urzędu ponownie zlecono mu urząd kaznodziei we Lwowie.
    W latach 1453-1454, na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka i biskupa krakowskiego, kardynała Zbigniewa Oleśnickiego, przebywał w Polsce św. Jan Kapistran, reformator franciszkańskiego życia zakonnego. Założył klasztory obserwantów, czyli franciszkanów reguły obostrzonej, w Krakowie (1453) i w Warszawie (1454). W roku 1461 obserwanci założyli również konwent we Lwowie. Od krakowskiego klasztoru pw. św. Bernardyna zaczęto powszechnie nazywać polskich obserwantów bernardynami.
    Jan z Dukli obserwował życie bernardynów i umacniał się ich gorliwością. Postanowił do nich wstąpić. Do roku 1517 franciszkanie konwentualni i obserwanci mieli wspólnego przełożonego generalnego. Jednak przejście z jednego zakonu do drugiego poczytywano zawsze za rodzaj dezercji. Istniały ponadto przepisy w zakonie obserwantów, utrudniające przyjęcie zakonników konwentualnych w obawie o zaniżenie karności i ducha zakonnego. Ojciec Jan musiał więc być dobrze znany, skoro przyjęto go bez wahania. Nadarzyła się zresztą ku temu okazja. Z Czech przybył prowincjał franciszkanów konwentualnych, któremu podlegał Jan. Poprosił prowincjała, by zezwolił mu wstąpić do obserwantów. Według relacji miejscowej tradycji prowincjał, sądząc, że Jan chce odwiedzić kogoś w konwencie obserwantów, chętnie się zgodził. Kiedy zaś spostrzegł swoją pomyłkę, nie mógł już zmusić o. Jana do powrotu. Było to prawdopodobnie w roku 1463.
    Chociaż o. Jan był wtedy już starszy, przeżył u obserwantów jeszcze 21 lat. Krótki czas przebywał w Poznaniu, by następnie powrócić do ukochanego Lwowa i tam spędzić resztę życia. Tu powierzono mu funkcję kaznodziei i spowiednika. Pod koniec życia miał utracić wzrok. Jako dorobek wielu lat pracy kaznodziejskiej zostawił zbiór kazań, które jednak zaginęły. Rozmiłowany w modlitwie, poświęcał na nią długie godziny. Dla dokładnego zapoznania się z konstytucjami nowego zakonu wczytywał się w nie pilnie, a gdy utracił wzrok, prosił, by odczytywał mu je kleryk, bo chciał się ich wyuczyć na pamięć. Do ślepoty dołączyła się ponadto choroba bezwładu nóg.
    Jan oddał Bogu ducha w konwencie lwowskim 29 września 1484 roku. Pochowano go w kościele klasztornym, w chórze zakonnym, za wielkim ołtarzem. Przekonanie o świętości kapłana było tak powszechne, że zaraz po jego śmierci wierni zaczęli gromadzić się w pobliżu jego grobu i modlić się do niego o łaski. W roku 1487 obserwanci wystarali się u papieża, Innocentego VIII, o zezwolenie na “podniesienie ciała”, co równało się pozwoleniu na oddawanie mu czci publicznej. Zezwolenie przywiózł ze sobą z Rzymu komisarz generała zakonu, o. Ludwik de la Torre, ale sam akt przeniesienia odbył się dopiero w roku 1521. Nowy grób umieszczono nad posadzką w prezbiterium po prawej stronie. W roku 1608 z racji budowy nowego kościoła wystawiono marmurowy sarkofag, przeniesiony w roku 1740 za wielki ołtarz.
    Do roku 1946 trumienka z relikwiami Jana znajdowała się we Lwowie, w latach 1946-1974 w kościele bernardynów w Rzeszowie, obecnie zaś jest w Dukli.
    Liczne łaski, otrzymywane za pośrednictwem sługi Bożego, ściągały do jego grobu nie tylko katolików, ale także prawosławnych i Ormian. Mnożyły się także wota dziękczynne. Kiedy w roku 1648 Lwów został ocalony w czasie oblężenia przez Bohdana Chmielnickiego, przypisywano to wstawiennictwu Jana z Dukli, gdyż gorąco modlono się do niego. Proces kanoniczny rozpoczął się w roku 1615. Prośbę o beatyfikację przesłał do Rzymu król Zygmunt III Waza i biskupi polscy, jak też wielu senatorów. Proces, wiele razy przerywany, został wreszcie ukończony szczęśliwie w roku 1731. Na podstawie nieprzerwanego kultu, jakim sługa Boży się cieszył, papież Klemens XII w roku 1733 ogłosił ojca Jana błogosławionym, wyznaczając na dzień jego święta 19 lipca. Termin ten, kilka razy przenoszony, reforma kalendarza liturgicznego w Polsce w roku 1974 ustaliła na 3 października. Po kanonizacji jednak przesunięto go na dzień 8 lipca.
    W roku 1739 na prośbę króla Augusta III Sasa, biskupów i kapituł katedralnych oraz magistratu lwowskiego papież Klemens XII ogłosił bł. Jana z Dukli patronem Korony oraz Litwy. Papież Benedykt XIV nadał odpust zupełny na doroczną uroczystość bł. Jana dla kościołów obserwantów w Polsce (1742). Już w roku 1754 król August III Sas wniósł prośbę do Rzymu o kanonizację bł. Jana z Dukli. Prośbę ponowił król Stanisław August Poniatowski w roku 1764, uczynił to również sejm polski. Niewola jednak przerwała zabiegi. Dopiero w roku 1957 Episkopat Polski wystąpił do Stolicy Świętej z ponowną prośbą. Kanonizacji dokonał w Krośnie papież św. Jan Paweł II podczas swojej wizyty w dniu 10 czerwca 1997 r.W ikonografii przedstawiany jest w habicie zakonnika, czasami jako niewidomy. Jego atrybutem są promienie światła.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    Św. Janie z Dukli - módl się za naszą Ojczyzną!

    fot. via Wikipedia, CC 0 / pixabay – statistuta

    ***

    Św. Janie z Dukli – módl się za naszą Ojczyzną!

    Urodził się w Dukli (archidiecezja przemyska) w rodzinie mieszczańskiej około 1414 r. Uczył się w rodzinnym mieście, jak też później w Krakowie. Jako młodzieniec przez pewien czas przebywał na pustelni w pobliskich Dukli lasach pod górą Cergową. Przez modlitwę i samotność zapewne chciał wyrobić sobie właściwe spojrzenie na sprawy otaczającego go świata oraz być bardziej blisko Boga. Po opuszczeniu pustelni (1433-1440) postanowił zostać kapłanem zakonnym i wstąpił do franciszkanów konwentualnych (noszą czarne habity, jak obecnie w Niepokalanowie). Po odbyciu nowicjatu i złożeniu profesji zakonnej, nasz Patron odbył wymagane prawem studia i otrzymał święcenia kapłańskie.

    Z pewnością św. Jan należał do zdolnych studentów, skoro od razu po święceniach powierzono mu urząd kaznodziei. Warto wiedzieć, że dawniej, nie tak jak dzisiaj, nie wszyscy nowo wyświęceni mogli głosić kazania. Zdarzało się, że byli księża wyświęcani do sprawowania jedynie Mszy Świętej (ad solam Missam). W klasztorach franciszkańskich, zgodnie z poleceniem założyciela św. Franciszka z Asyżu, kaznodziejami mogli być tylko wybitnie zdolni i urobieni wewnętrznie kapłani. Oprócz głoszenia słowa Bożego św. Jan przez wiele lat pełnił funkcję gwardiana, czyli przełożonego klasztoru w pobliskim Dukli Krośnie oraz we Lwowie. Także powierzono mu urząd kustosza kustodii, tzn. przełożonego franciszkańskiego okręgu lwowskiego. Po zakończeniu tego ostatniego ważnego urzędu, św. Jan znów był kaznodzieją we Lwowie.

    Franciszkanie w wieku XV przeżywali pewien kryzys, gdy chodzi o zachowanie pierwotnej reguły zakonnej. Z tego powodu doszło do reformy części zakonu św. Franciszka z Asyżu. Na czele tego ruchu zmierzającego do obostrzenia reguły zakonnej stał św. Bernardyn ze Sieny (+1444) i jego duchowy uczeń św. Jan Kapistran (+1456). Zreformowani przez św. Bernardyna zakonnicy nazywani byli obserwantami (obostrzona reguła), a w Polsce bernardynami od krakowskiego klasztoru pod wezwaniem św. Bernardyna. Św. Jan Kapistran przebywał na zaproszenie króla Kazimierza Jagiellończyka przez osiem miesięcy w Polsce, głosząc w Krakowie i we Wrocławiu płomienne kazania, wskutek których wielu świeckich i duchownych nawracało się do bardziej gorliwego sposobu życia. Św. Jan Kapistran założył w Krakowie i w Warszawie (1453-1454) klasztory bernardyńskie. Wkrótce taki klasztor powstał również i we Lwowie. Św. Jan obserwował gorliwe życie bernardynów doszedł do przekonania, że powinien być w ich gronie. Uczynił tak w roku 1463, mając blisko 60 lat. U bernardynów przebywał 21 lat, przez krótki okres w Poznaniu, a następnie aż do śmierci we Lwowie. Przełożeni znów polecili św. Janowi pełnić funkcję kaznodziei i spowiednika. Wówczas zasłynął jako wybitny mówca (głosił także kazania po niemiecku do Niemców, mieszkańców Lwowa) i spowiednik. Nawet po utracie wzroku oraz cierpiąc na niedowład nóg z wielką gorliwością spełniał posługę kapłańską, szczególnie z wielką miłością traktował penitentów w konfesjonale. Św. Jan pragnął być gorliwym zakonnikiem, starał się na pamięć przyswoić regułę swojego zakonu, po utracie wzroku prosił kleryka, aby czytał mu poszczególne jej punkty w celu lepszego ich zapamiętania. Święty długie godziny spędzał na modlitwie. Pełen zasług, w opinii świętości odszedł do Pana we Lwowie 29 IX 1484 r. Przy grobie św. Jana modlili się nie tylko katolicy, ale także prawosławni i Ormianie, otrzymując liczne łaski. Wstawiennictwu św. Jana przypisuje się cudowne ocalenie Lwowa w roku 1648 podczas oblężenia przez wojska Bohdana Chmielnickiego.

    Papież Klemens XII ogłosił Jana z Dukli błogosławionym w roku 1733, a Jan Paweł II kanonizował błogosławionego w Dukli 10 VI 1997 r. Relikwie św. Jana przebywają w Dukli w Kościele Ojców Bernardynów. Wspomniany papież Klemens XII na prośbę króla, biskupów i kapituł katedralnych ogłosił w roku 1739 bł. Jana patronem Korony i Litwy. Św. Jan jest patronem Archidiecezji Przemyskiej, Lwowa, rycerstwa polskiego, jego postać widnieje w herbie Dukli. W ikonografii przedstawia się św. Jana jako niewidomego, w habicie franciszkańskim, padają na niego promienie światła.

    Liturgiczny obchód ku czci św. Jana z Dukli przypada na dzień 8 lipca i ma rangę wspomnienia obowiązkowego. W kolekcie mszalnej wspomina się, że Bóg obdarzył św. Jana cnotami: pokory i cierpliwości, o co też Pana prosimy. Modlitwa nad darami zawiera prośbę, abyśmy nie mieli ducha wyniosłości, ale zostali wywyższeni w wiecznej chwale dzięki wstawiennictwu naszego Patrona, człowieka pokornego i cierpliwego dzięki ofierze mszalnej. Po Komunii zanosimy do Boga błaganie, abyśmy za przykładem św. Jana z Dukli zawsze przede wszystkim szukali Boga i wobec świata nosili w sobie obraz zmartwychwstałego Chrystusa.

    Szczególnie w dzień 8 lipca polecajmy św. Janowi z Dukli sprawy naszej Ojczyzny.

    ks. Stanisław Hołodok/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________

    Odpust św. Jana w Dukli

    Niespokojny duch

    Gdy kariera stawała przed nim otworem, wykonywał zwrot o 180 stopni. Już wydawało się, że spocznie na laurach, gdy nagle decydował się na ruch, który komentowano latami.

    Jako dzieciak w miejscu, gdzie św. Jan z Dukli samotnie godzinami rozmawiał z Najwyższym, szukałem z babcią rydzów. Do Trzciany dojeżdżaliśmy z Krosna starym jelczem. Jako kilkulatek bardziej interesowałem się jednak żmijami, które znalazłem w gęstwinie ociekających malinowym sokiem krzewów, niż eremitą, który tu wybudował pustelnię. Odkryto ją dopiero w XVIII wieku, po beatyfikacji franciszkanina.

    Najlepiej te dziewicze tereny, niezadeptane jeszcze przez wszędobylskich turystów, odwiedzić wiosną lub jesienią. Latem przyjeżdża sporo wycieczek, a kuracjusze z pobliskiego Rymanowa i Iwonicza przystają przy szosie, po której w stronę przejścia granicznego w Barwinku mknie sznur samochodów. Przez wieki zarośnięta pustelnia Jana z Dukli była ukryta przed ciekawskim wzrokiem przechodniów. – Nie mógł nigdzie znaleźć sobie miejsca, nieustannie szukał woli Bożej – opowiada bernardyn o. Cyprian Moryc, historyk sztuki, który obok pustelni zaprojektował stacje drogi krzyżowej. – Z jego życiorysu można odczytać historię człowieka, który nieustannie szuka i dokonuje śmiałych wyborów, często na antypodach. Z Dukli (przyszedł tu na świat około 1414 roku) przywędrował na studia do Krakowa. Absolwenta akademii czekała kariera, to był rodzaj nobilitacji. Tymczasem on ruszył w rodzinne strony… do pustelni. Do leśnej głuszy. Przypomina w swym radykalnym wyborze samego Benedykta, który zgorszony obyczajami Rzymu uciekł właśnie do samotni. W podkarpackim lesie miał spotkać wędrującego na Węgry św. Jana z Kęt, który namówił go, by poszedł modlić się do wspólnoty zakonnej. Jan trafił do franciszkanów w Krośnie.

    W przyklejonym do ślicznego rynku klasztorze został gwardianem i kustoszem (1438–1440), potem trafił do Lwowa, gdzie pełnił urząd przełożonego kustodii. I wówczas znów wykonał radykalny manewr. Usłyszał o nurcie obserwanckim, który zrodził się w łonie zakonu. Stanowili go bracia wracający do pierwotnej surowości „Reguły” Franciszka. „Do Polski przywędrował charyzmatyczny Jan Kapistran. Obserwanci założyli ponad 20 nowych klasztorów, do których zgłosiło się aż 700 braci! To była prawdziwa eksplozja powołań” – opowiada o. Cyprian. Bracia, zwani nad Wisłą bernardynami, żyli w ubóstwie i prostocie. Jan dołączył do nich, używając fortelu. Podszedł do prowincjała z ornatem w ręku, pytając, czy może pójść do obserwantów. „Jasne” – zgodził się przełożony, sądząc, że chodzi o jednorazową wizytę. Tym sposobem Jan znalazł się wśród obserwantów i choć ci żyli już w rytmie klasztoru kontemplacyjnego, zdecydował się pójść o krok dalej i wybudować pustelnię.

    Gdy w 1648 roku Lwów oblegli Tatarzy, ruszył na mury miasta z procesją z Najświętszym Sakramentem, a Chmielnicki z Tuhaj-bejem mieli ujrzeć „w chmurach wieczornych nad klasztorem bernardynów postać zakonnika klęczącego z wzniesionymi rękami i widokiem tym przestraszeni dali znak do odwrotu”.

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    7 lipca

    Błogosławiona
    Maria Romero Meneses, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiony Benedykt XI, papież
      •  Święci męczennicy Grzegorz Grassi, biskup, Herminia, dziewica, i Towarzysze
      •  Błogosławiony Piotr To Rot, męczennik
      •  Święty Firmin z Amiens, biskup i męczennik
    ***
    Błogosławiona Maria Romero Meneses

    Maria urodziła się 13 stycznia 1902 roku w Granadzie w Nikaragui. Była jedenastym z trzynaściorga rodzeństwa. Pierwsze lata dzieciństwa spędziła w pięknym domu, odizolowanym od ubogich przedmieść. Od ojca, Feliksa Romero Menesesa, który był ministrem rządu, a równocześnie człowiekiem wrażliwym na ludzką nędzę, Maria nauczyła się miłości do potrzebujących. Rodzice starali się zapewnić swoim dzieciom dostatnie życie i dobre wykształcenie. Liczyli na to, że córka wybierze drogę kariery. Ona jednak odkryła w sobie powołanie do życia zakonnego i w 1923 r. wstąpiła do zgromadzenia Córek Maryi Wspomożycielki, popularnie zwanych salezjankami. Po odbyciu nowicjatu złożyła czasowe śluby zakonne w San Salwador, a profesję wieczystą w Nikaragui.
    Pierwszą placówką, na której przyszło jej pracować, była szkoła żeńska w San Jose, w Kostaryce. Maria łączyła pracę wychowawczą w szkole z działalnością charytatywną. Idąc za przykładem św. Jana Bosko, zajmowała się biednymi i opuszczonymi dziewczętami w mieście i w okolicznych wioskach. Gromadziła je w oratorium, a do pomocy angażowała uczennice. Grupę tych pomocnic nazwała “małymi misjonarkami”. Razem z nimi modliła się i sprawowała opiekę nad ubogimi dziewczętami. Praca przynosiła wspaniałe owoce. Wkrótce Maria zrezygnowała z posady nauczycielki i poświęciła się katechizowaniu dzieci i dorosłych oraz opiece nad potrzebującymi. Założyła specjalną wioskę dla najuboższych rodzin, zapewniając każdej z nich własny dom. Siłę do pracy charytatywnej czerpała z nabożeństwa do Najświętszego Sakramentu i do Matki Bożej Wspomożycielki Wiernych. W 1939 roku, gdy wybuchła II wojna światowa, wraz ze swymi siostrami otworzyła “małą misję”. Zachęcała je słowami: “Pójdziemy do domów, pomożemy je wyczyścić, wymyć, uporządkować. Zaniesiemy tam ubrania i coś do zjedzenia. Pamiętajmy jednak, że jeżeli zaniesiemy tym biednym tylko mleko i ubrania, a nie zaniesiemy im Jezusa – staną się jeszcze biedniejsi niż przedtem”.
    Dzięki jej staraniom w centrum San Jose został zbudowany kościół poświęcony Najświętszej Maryi Pannie. Z czasem powstało 36 oratoriów, w których zbierały się dziewczęta, dzieląc się z siostrami troskami i marzeniami. Pod kierunkiem s. Marii uczyły się katechizmu i otrzymywały pomoc materialną. W 1955 roku około sto rodzin otrzymywało regularnie pomoc, a ponad pięć tysięcy dzieci uczęszczało na katechezę. Widząc tłumy chorych i cierpiących, Maria poprosiła Matkę Bożą o łaskę cudownej wody: “Daj mi tę łaskę i uzdrów chorych biedaków także i tą wodą. Jest zbyt daleko, by pielgrzymować do Lourdes. Chorych na to nie stać”. Wtedy zaczęły się dokonywać cudowne uzdrowienia. Woda z kranu w jej domu cudownie leczyła potrzebujących. Biedacy przychodzili do s. Marii po “wodę Madonny”. Jednak za radą przełożonej, kierowana roztropnością, s. Maria zaprzestała jej rozdawania.
    Zmarła na zawał serca 7 lipca 1977 roku w Nikaragui. Rząd Kostaryki ogłosił ją honorową obywatelką swego kraju, a rada miasta San Jose jej imieniem nazwała jedną z ulic. Do grona błogosławionych zaliczył ją papież św. Jan Paweł II w dniu 14 kwietnia 2002 roku. Jak mówił wówczas: “Córka Maryi Wspomożycielki, potrafiła ukazywać oblicze Chrystusa, który daje się rozpoznać przy łamaniu chleba (…). Kochając Boga żarliwą miłością i bezgranicznie ufając w pomoc Maryi Panny, (…) była wzorową zakonnicą, apostołem i matką ubogich, którym okazywała szczególną troskę, nie wykluczając nikogo”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    6 lipca

    Błogosławiona
    Maria Teresa Ledóchowska, dziewica i zakonnica

    Dzisiejszego dnia wspominamy również:
      świętą Dominikę, dziewicę i męczennicę
    ***

    Wikipedia
    ***

    Maria Teresa urodziła się 29 kwietnia 1863 r. (w czasie powstania styczniowego) w Loosdorf w Austrii, dokąd jej rodzina wyemigrowała po powstaniu listopadowym. 21 grudnia 1873 r. została dopuszczona do pierwszej spowiedzi, a 12 maja 1874 r. do pierwszej Komunii świętej. Sakrament bierzmowania przyjęła w pałacu biskupim 15 lipca 1878 roku. Od najmłodszych lat wykazywała wybitne uzdolnienia literackie, muzyczne i aktorskie. Mając 5 lat napisała mały utwór dla domowników, a jako 9-letnia dziewczynka układała wiersze. Rodzina każdy dzień kończyła wspólnym pacierzem, a w niedzielę uczestniczyła we Mszy świętej. Matka – niezwykle czuła na niedolę bliźnich, bardzo towarzyska i pogodna – umiała wychować dzieci w karności i sumienności. Ojciec pogłębiał wiedzę dzieci, zapoznając je z historią malarstwa i sztuki, z historią Polski i ojczystą mową.
    W roku 1873 rodzice stracili po raz drugi majątek (pierwszy raz dziadek stracił go za udział w powstaniu listopadowym), na skutek bankructwa instytucji, której akcje wykupili. Ojciec sprzedał więc dobra w Loosdorf i wynajął mieszkanie w St. Polten. Tu dzieci uczęszczały do szkoły Pań Angielskich. Z tej okazji Maria Teresa zapoznała się z dziełem Marii Ward, założycielki tej instytucji. Dokumentem z tych lat jest świadectwo szkolne Marii Teresy Ledóchowskiej, wystawione w 1875 roku, gdy miała lat 12, na którym widnieją same oceny bardzo dobre. Wielkim przeżyciem dla niej była wiadomość o uwięzieniu w Ostrowie Wielkopolskim jej stryja, arcybiskupa Mieczysława Ledóchowskiego. Posłała do więzienia napisany przez siebie wiersz ku jego czci. W dwa lata potem witała go radośnie w Wiedniu (1875), gdy jako kardynał zatrzymał się tam w drodze do Rzymu. Pierwszą swoją książkę – Mein Polen – jemu właśnie zadedykowała. Było to sprawozdanie z podróży, jaką odbyła po Polsce ze swoim ojcem (1879). Miała wtedy zaledwie 16 lat.
    W 1883 r. Ledóchowscy przenieśli się z Austrii na stałe do Polski, do Lipnicy Murowanej koło Bochni (miejsce urodzenia św. Szymona z Lipnicy), gdzie ojciec wykupił mocno zaniedbany majątek. Powitali ich chlebem i solą burmistrz miasta i ludność w strojach krakowskich. Maria ucieszyła się z powrotu do Polski. Miała wtedy 20 lat. Rychło jednak zaznała, jakie są kłopoty w prowadzeniu gospodarstwa. W porze zimowej chętnie zwiedzała pobliski Kraków i brała udział w towarzyskich zebraniach i zabawach. Wyróżniała się urodą i inteligencją, dlatego rychło zdobyła sobie wzięcie.
    W zimie 1885 r. zachorowała na ospę i przez wiele tygodni leżała walcząc o życie. Choroba zostawiła ślady na jej twarzy. Organizm był osłabiony, bowiem sześć lat wcześniej Maria Teresa przebyła ciężki tyfus. Ta właśnie choroba uczyniła ją dojrzałą duchowo. Poznała marność tego życia i rozkoszy świata. Zrodziło się w niej postanowienie oddania się na służbę Panu Bogu, jeśli tylko dojdzie do zdrowia. Na ospę zachorował także jej ojciec i zaopatrzony sakramentami zmarł. Pochowany został w Lipnicy. Maria Teresa, sama osłabiona po ciężkiej chorobie, nie była zdolna do prowadzenia majątku. W wyniku starań rodziny, cesarz Franciszek Józef I mianował ją damą dworu wielkich książąt toskańskich – Marii i Ferdynanda IV, którzy po wygnaniu z Włoch rezydowali w zamku cesarskim w Salzburgu. Mimo życia na dworze, Maria Teresa prowadziła życie pełne wewnętrznego skupienia.
    W 1886 r. po raz pierwszy zetknęła się z zakonnicami, które przybyły na dwór arcyksiężnej po datki na misje. Wtedy po raz pierwszy spotkała się z ideą misyjną Kościoła. Jedną z owych sióstr była dawna dama tegoż dworu, hrabina Gelin. Właśnie w tym czasie kardynał Karol Marcial Lavigerie (+ 1892), arcybiskup Algieru, rozwijał ożywioną akcję na rzecz Afryki. Pewnego dnia Maria Teresa dostała do ręki broszurę kardynała, gdzie przeczytała słowa: “Komu Bóg dał talent pisarski, niechaj go użyje na korzyść tej sprawy, ponad którą nie ma świętszej”. To było dla niej światłem z nieba. Znalazła cel swojego życia. Postanowiła skończyć z pisaniem dramatów dworskich, a wszystkie swoje siły obrócić dla misji afrykańskiej. W tej sprawie napisała też do stryja, kardynała Ledóchowskiego, który pochwalił jej postanowienie.
    Jej pierwszym krokiem był dramat Zaida Murzynka, wystawiony w teatrze salzburskim i w innych miastach. Ponieważ obowiązki damy dworu zabierały jej zbyt wiele cennego czasu, zwolniła się z nich. Stanęła na czele komitetów antyniewolniczych. Te jednak rychło ją zwolniły, gdyż chciała, aby były to komitety katolickie. Opozycja zaś nalegała, by komitetom nadać charakter międzywyznaniowy. Maria zamieszkała w pokoiku przy domu starców u sióstr szarytek (1890). Zerwała stosunki towarzyskie i oddała się wyłącznie sprawie Afryki. Na własną rękę zaczęła wydawać Echo z Afryki (1890). Nawiązała kontakt korespondencyjny z misjonarzami. Wkrótce korespondencja wzrosła tak dalece, że musiała zaangażować sekretarkę i ekspedientkę. Jednak widząc, że dzieło się rozrasta, w roku 1893 w numerze wrześniowym Echa Afryki rzuciła apel o pomoc. Z pomocą jednego z ojców jezuitów opracowała statut Sodalicji św. Piotra Klawera. 29 kwietnia 1894 r., w swoje 31. urodziny, przedstawiła go na prywatnej audiencji Leonowi XIII do zatwierdzenia. Papież dzieło pochwalił i udzielił mu swojego błogosławieństwa. Siedzibą sodalicji były początkowo dwa pokoje przy kościele Świętej Trójcy w Salzburgu. Tam też założyła muzeum afrykańskie.

    Błogosławiona Maria Teresa Ledóchowska

    Od roku 1892 Echo z Afryki wychodziło także w języku polskim. Administrację Maria Teresa umieściła przy klasztorze sióstr urszulanek, gdzie zakonnicą była wtedy jej młodsza siostra, Urszula (przyszła założycielka urszulanek szarych Serca Jezusa Konającego, kanonizowana w 2003 r. przez św. Jana Pawła II). W 1894 r. Maria Teresa miała już własną drukarnię. Jako napędową siłę dla maszyn drukarskich wykorzystywała wodę rzeki płynącej w majątku, który zakupiła w Salzburgu. Nową placówkę oddała pod opiekę Maryi Wspomożycielki. Echo z Afryki, a od 1911 roku także Murzynek, zaczęły wychodzić w 12 językach. Tu drukowano nadto broszury misyjne, kalendarze, odezwy itp., a potem katechizmy i książeczki religijne w językach Afryki. W roku 1921 utworzyła akcję Prasy afrykańskiej jako pomoc dla misjonarzy w Afryce. Chodziło o druk książek religijnych w językach tubylczych.
    9 września 1896 r. Maria Teresa złożyła śluby zakonne na ręce kardynała Hellera, biskupa Salzburga. W 1897 r. kardynał zatwierdził konstytucję przez nią ułożoną dla nowego zgromadzenia zakonnego. Dzieło miało trzy stopnie: 1) członkowie zewnętrzni, wspomagający sodalicję; 2) zelatorzy uiszczający ofiary; 3) same zakonnice jako człon wewnętrzny i zasadniczy – prowadzący całe dzieło. W tym samym roku Maria Teresa założyła w Salzburgu drukarnię misyjną. W roku 1899 Święta Kongregacja Rozkrzewiania Wiary, na której czele stał kardynał Ledóchowski, wydała pismo pochwalne, a następnie przyjęła Sodalicję pod swoją bezpośrednią jurysdykcję. 10 czerwca 1904 r. św. Pius X osobnym breve pochwalił dzieło, a w roku 1910 Stolica Apostolska udzieliła mu definitywnej aprobaty.
    W roku 1904 Maria Ledóchowska przeniosła swoją stałą siedzibę do Rzymu. W cztery lata potem udała się osobiście do Polski, aby szerzyć tam ideę misyjną. Na wiadomość o powstaniu Polski niepodległej, Maria Teresa poleciła zatknąć polskie sztandary na domach swego zgromadzenia (1918). W roku 1920 wysłała zapomogę do Polski. Pod koniec jej życia Echo z Afryki miało ok. 100 000 egzemplarzy nakładu. W roku 1901 Maria Teresa założyła przy domu głównym Sodalicji w Rzymie międzynarodowy nowicjat. Także i biura Sodalicji były rozsiane niemal po wszystkich krajach Europy. Przy każdej filii założono muzeum Afryki. Nadto Maria wyjeżdżała do różnych miast z wykładami i odczytami o misjach w Afryce.
    Maria Teresa zmarła 6 lipca 1922 r. w obecności swoich duchowych córek. 10 lipca złożono jej ciało na głównym cmentarzu rzymskim przy bazylice św. Wawrzyńca. Proces beatyfikacyjny rozpoczęto w roku 1945. Paweł VI w świętym roku jubileuszowym, w niedzielę misyjną 19 października 1975 r., wyniósł ją do chwały ołtarzy. Ciało jej od roku 1934 znajduje się w domu generalnym Sodalicji. W czasie Soboru Watykańskiego II biskupi Afryki licznie nawiedzali grób tej, która całe swoje życie i wszystkie swoje siły poświęciła dla ich ojczystej ziemi. W nagrodę za bezgraniczne oddanie się sprawom Afryki Maria Teresa zdobyła zaszczytny przydomek Matki Afryki. Jest patronką dzieł misyjnych w Polsce.

    W ikonografii bł. Maria Teresa przedstawiana jest w habicie Sodalicji św. Piotra Klawera, czasami z murzyńskimi dziećmi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    Ledóchowscy – dom pełen świętych

    MARIA, URSZULA LEDÓCHOWSKA
    Wikipedia/Domena publiczna

    ***

    Siedmioro dzieci, z których jedno Kościół ogłosił świętą, drugie błogosławioną, trzecie służyło Bogu w zakonie jezuitów. Jakich potrzeba warunków, by wychować świętych?

    Jakiego trzeba domu, by z dzieci wyrosły: Maria Teresa – założycielka Stowarzyszenia Sióstr Misyjnych św. Piotra Klawera, Urszula – założycielka Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego, Włodzimierz – generał jezuitów w latach 1914-1942, bliski współpracownik papieży Benedykta XV, Piusa XI oraz Piusa XII, i Ernestyna – siostra zakonna? Jacy muszą być rodzice, którym z siedmiorga aż czworo Pan Bóg wzywa do wyłącznej pracy i służby?

    Z rozsądku, który… zaowocował miłością

    Hrabia Antoni Ledóchowski był 39-letnim wdowcem, a Józefina, szwajcarska hrabianka z rycerskiego rodu Salis-Zizers, 30-letnią, samotną przyjaciółką jego zmarłej żony. Troje dzieci z pierwszego małżeństwa potrzebowało matki i hrabia zdecydował się zaproponować małżeństwo Józefinie. To nie była płomienna miłość od pierwszego wejrzenia, raczej świadomy wybór osoby, z którą da się spędzić życie. Mimo małżeństwa zawartego z rozsądku, w krótkim czasie przekonali się, że wartości, które wyznają, sprawy, które są dla nich ważne, fundamenty, na których chcą budować życie – mają takie same. Przeżyli razem 23 lata. Rozłączyła ich śmierć Antoniego w 1885 r., gdy po zarażeniu ospą nie udało się go uratować. Józefina przeżyła męża o 24 lata. Oboje są pochowani w Lipnicy, w kościele p.w. św. Leonarda.

    Rodzina Ledóchowskich mieszkała najpierw w Loosdorf, 80 km na zachód od Wiednia. W 1870 r. z powodu złego ulokowania kapitału stracili wszystko, oprócz domu i ogrodu. Nie było ich stać na dotychczasowy adres. Przeprowadzili się do czynszowej kamienicy w St. Pölten. Było im ciężko, ale nie poddali się. Po latach Józefina podkreślała, że finansowy krach był próbą, która ich małżeństwo wzmocniła. Żyli bardzo skromnie. Odrobili finansową stratę dopiero 11 lat później i podjęli decyzję o przeprowadzce. W 1883 r. zamieszkali w Lipnicy Murowanej, niedaleko Bochni. Przeprowadzili się z Austrii na tereny Polski, pod zabór austriacki, ponieważ Antoni tęsknił za ojczyzną. I choć Polski nie było na mapie Europy, chciał być bliżej miejsc drogich swojemu sercu. Ten praktycznie wyrażany patriotyzm był jednym z najważniejszych – obok formacji religijnej – elementów w wychowaniu dzieci.

    Znoje rodzicielstwa

    A dzieci mieli siedmioro. Każde przyjmowali z wdzięcznością, choć w zapiskach Józefiny nie brakuje obaw przed kolejnymi ciążami. „Jest nas dwanaścioro w domu, oby Bóg raczył nas w tej liczbie zostawić – ani mniej, ani więcej” – notowała. Miłość do dzieci i troska o ich wychowanie były najważniejszymi zadaniami rodziców. Nie brakowało też przeżyć trudnych: dwoje z dzieci, Józefina i Stanisław – zmarło tuż po narodzinach. „Choć uwielbiałam Boga, który przecież kieruje wszystkim dla naszego dobra, to jednak serce pękało mi z bólu” – pisała po pogrzebie obolała matka.

    Wychowanie w domu Ledóchowskich polegało na nieustannej współpracy z Bogiem z jednej strony i stawianiem wymagań wobec dzieci – z drugiej. Córka Franciszka zapisała: „Wychowanie nasze było poważne, roztropne, raczej surowe, choć pełne miłości. Spaliśmy na twardych posłaniach, pod głową mieliśmy małą, cienką poduszkę z włosia. Nie pozwolono nam na kaprysy w jedzeniu. Od dzieciństwa uczono nas odwagi, wstydem było rozczulać się nad sobą”. Edukowano szeroko i starannie. Oprócz codziennych szkolnych obowiązków, jeszcze w Austrii, Antoni zabierał dzieci na wystawy malarskie, do teatru i uczył je rysunku.

    Rodzice przykładem modlitwy

    Józefina chodziła na mszę św. prawie codziennie. Bardzo dbała o to, aby rodzina regularnie modliła się przy posiłkach i przed snem. W ciągu dnia spotykano się na wspólnej modlitwie Anioł Pański. Dzieci często widziały ojca klęczącego wieczorem przy łóżku. Przez całe życie Józefina modliła się taką formułą: „Niech dobry Bóg pozwoli, żebyśmy razem z moim kochanym mężem mogli doprowadzić, aby nasze dzieci otrzymały gruntowne religijne podstawy”. Znając życiorysy siedmiorga ich dzieci można uznać, że Bóg jej modlitw wysłuchał…

    Agnieszka Bugała – 06.07.21/Aleteia.pl

    ___________________________________________________________________________

    Duch misyjny w życiu bł. Marii  Teresy Ledóchowskiej (1863-1922)

    Dla Pana Boga

       Chcę uczynić coś wielkiego dla Pana Boga – takimi słowami Maria Teresa wypowiedziała w wieku 21 lat od dawna noszone w sercu pragnienie. Wcześniej, w dzieciństwie, była to chęć poznania języków, tajników muzyki, malarstwa, pisarstwa, botaniki i astronomii.

       W domu Ledóchowskich panowała prawdziwie religijna atmosfera. Oboje rodzice – Józefina i Antoni – nie tylko przekazali dzieciom wiedzę religijną, ale sami dali im wspaniały przykład życia według zasad wiary. Dzień mojej matki zaczynał się od pójścia na Mszę św., gdy tylko dopisywało zdrowie i pogoda – tak wspominała Maria Teresa. Józefina także odwiedzała i otaczała opieką chorych, zanosiła ubogim jałmużnę. Ojciec zaś miał swój klęcznik i dzieci codziennie widziały go modlącego się, a na jego biurku zawsze stał obraz Matki Bożej Częstochowskiej.

    To czego najbardziej potrzebuję dla mojej pracy, to wsparcie modlitwą

       Po raz pierwszy o misjach Maria Teresa usłyszała od Franciszkanek Misjonarek Maryi, które odwiedziły dwór książęcy w Salzburgu, gdzie była damą dworu. Z wielkim zaciekawieniem słuchała ich opowiadań o wielkiej nędzy Afrykanów. Wówczas w jej sercu coś drgnęło, choć nie wiedziała jeszcze, co może dla nich uczynić. Dopiero słowa kard. Karola Lavigerie, francuskiego misjonarza prowadzącego krucjatę przeciw niewolnictwu w Afryce, uświadomiły jej powołanie życiowe. Z uwagą przeczytała jego wezwanie: Kobiety katolickie Europy! Jeśli Bóg dał wam zdolności pisarskie, oddajcie je w służbie tej sprawie. Żadna inna nie jest bardziej święta niż ta. W Axenstein udało się jej osobiście spotkać z kard. Lavigerie, który powiedział do niej: Niech pani powie swoim znajomym w Austrii i w Polsce, że to, czego najbardziej potrzebuję dla mojej pracy, to wsparcie modlitwą, proszę módlcie się za mnie, módlcie się bardzo.

       Maria Teresa miała wtedy 25 lat. W jednej chwili zrozumiała, że wszystkie jej zdolności mają służyć nowemu celowi: uświadamianiu ludzi o prawdziwej sytuacji Afrykańczyków i wskazywaniu sposobów uwalniania ich z niewolnictwa poprzez wspieranie misji afrykańskich.

    Nie ja wybrałam sobie to powołanie

       Maria Teresa opuściła więc stanowisko damy dworu, wynajęła mały pokój przy klasztorze sióstr szarytek w Salzburgu i zajęła się wyłącznie działalnością na rzecz uwolnienia niewolników i wspierania misji afrykańskich. Bóg dając jej tak wiele talentów, przygotowywał ją do czegoś wielkiego. Odnosząc się do słów Pisma Świętego: Nie wyście mnie wybrali, ale Ja was wybrałem, tak oto napisała o swoim powołaniu: Na pewno nie ja sama wybrałam sobie to powołanie. Ja, która do 23 roku życia nie byłam w najmniejszym stopniu zainteresowana misjami i nie rozumiałam ich potrzeby. Bardziej mi były znane nazwiska najsłynniejszych aktorów i aktorek czy wyszukanych krawców niż nazwiska misjonarzy afrykańskich (Konferencja misyjna – 2 II 1898).

    Zdolności na służbę misjom

       Pierwszym utworem, jaki napisała, był dramat o czarnej niewolnicy zatytułowany „Zaida, dziewczę murzyńskie”. Potem zaczęła redagować czasopismo misyjne „Echo z Afryki”, w którym przedstawiała pracę i problemy misjonarzy na Czarnym Lądzie. Pomyślała również o dzieciach i zaczęła dla nich wydawać „Murzynka”. Inne jej periodyki to „Katolicka Propaganda Misyjna” i „Kalendarz św. Piotra Klawera”. Podpisywała się pseudonimem Aleksander Halka.

       Oprócz pracy pisarskiej Maria Teresa organizowała kongresy i konferencje poświęcone walce z niewolnictwem, które odbywały się w różnych krajach Europy. Przemawiała na nich w języku polskim, niemieckim, francuskim i włoskim. Problemy Afryki znała z tysięcy listów, które otrzymywała od misjonarzy i na które sama odpisywała. W ich imieniu prosiła o ofiary na różnorodne potrzeby. Pozyskiwała w ten sposób wielu dobroczyńców misji. Wkrótce zrozumiała, że dzieło, które rozpoczęła, musi mieć stałe oparcie, stąd założyła Sodalicję św. Piotra Klawera, która w krótkim czasie została zatwierdzona przez papieża Leona XIII (1894). Koło Salzburga zakupiła dom, który nazwała „Maria Sorg” (Maryja pomaga). Tak o tym napisała: Wyznaję od razu, że przez to spełnia się życzenie, które od dawna nosiłam w sercu. Tam też założyła własną drukarnię, gdzie drukowała czasopisma misyjne oraz książki w językach krajów afrykańskich.

    Animacja misyjna

       Maria Teresa nie tylko apostołowała słowem i drukiem, ale podejmowała wciąż nowe dzieła. Powstało Towarzystwo Przeciwniewolnicze, wykup dziecka murzyńskiego z niewoli, kształcenie seminarzysty, Związek Mszalny na rzecz misji, Chleb św. Antoniego dla Afryki, Liga Dzieci dla Afryki. Organizowała również liczne krucjaty modlitewne, spotkania dobroczynne, podczas których sprzedawano wyroby afrykańskie, a nawet wystawiano sztuki teatralne o tematyce misyjnej.

       Potrafiła tak zorganizować współpracę misyjną, że każdy miał możliwość udziału w niej. Utworzyła grupę Zelatorów Klaweriańskich, którzy deklarowali się systematycznie wspierać modlitwą i ofiarą dzieła prowadzone przez Sodalicję św. Piotra Klawera. Kolejną grupę osób bardziej zaangażowanych w niesienie pomocy misjom stanowili Eksterniści, którzy poprzez przyrzeczenia wspierania misji stanowili drugi człon zgromadzenia. To im Maria Teresa powierzała prowadzenie biur misyjnych w różnych miastach krajów europejskich.

       Na stronie tytułowej swojego programu umieściła tylko jedno słowo: Animacja. Poprzez aktywność w słowie i piśmie poznała afrykańskie misje i nauczyła, jak je kochać. A zgromadzenie zakonne przez nią założone Nie jest instytucją podejmującą zbiórki pieniężne, ale Stowarzyszeniem zajmującym się animacją misyjną. Ma ono na celu wzbudzać u dorosłych, studiującej młodzieży oraz wśród dzieci miłość i entuzjazm dla Misji(…) Moim życiowym zadaniem, jak również zgromadzenia, do którego należę, jest coraz bardziej rozpowszechniać zainteresowanie misjami i zakorzeniać go we wszystkich sercach” (Konferencje. misyjne 1913)

    Duch misyjny i żywa wiara

       Cechą charakterystyczną duchowości Mari Teresy był duch misyjny, który rozwijał się w niej stopniowo. Źródłem jej apostolatu misyjnego była żywa wiara wyniesiona z domu rodzinnego. Pod wpływem wiary rozpoznała znaki czasu i odkryła swoje powołanie misyjne.

    Wymiar chrystologiczny

       Kiedy mówimy o duchowości misyjnej, to akcent spoczywa na Chrystusie. Tak było w przypadku bł. Marii Teresy Ledóchowskiej, która w centrum duchowości stawiała Osobę Chrystusa Odkupiciela – w jego Tajemnicy Paschalnej. Słowo Jezusa z krzyża Pragnę odczytała jako pragnienie zbawienia dusz. Stąd za myśl charakterystyczną dla swoich duchowych córek obrała słowa Dionizego Areopagity: Z rzeczy boskich najbardziej boską jest współpraca nad zbawieniem dusz. Jej duchowość misyjną charakteryzuje uległość Duchowi Świętemu i naśladowanie Chrystusa w życiu, modlitwie, umartwieniu i apostolacie.

    Wymiar maryjny

       W konferencjach skierowanych do sióstr i współpracowników Maria Teresa często wskazywała na ścisły związek pomiędzy Maryją, Matką Jezusa Odkupiciela, i dziełem misyjnym. Całe życie Maryi jest świadectwem gorliwości i troski o zbawienie świata. Po wniebowstąpieniu Pana Jezusa podtrzymywała wiarę Apostołów: Kto lepiej od Maryi mógł radzić Apostołom jak powinni prowadzić w duchu Jezusa powierzoną im misję ewangelizacji świata? Chrystus powiedział: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu (Mk 16,15). To była Jego ostatnia wola, Jego ostatnie polecenie. A Maryja pozostała tu na ziemi i nieustannie powtarza to polecenie, dodając: Wszystko co wam powie, to czyńcie (Konferencja maryjna 1912). Matce Bożej Dobrej Rady powierzyła założony przez siebie Instytut.

     Wymiar kontemplacyjny

       Istotnym fundamentem duchowości misyjnej jest modlitwa i kontemplacja. W modlitwie Maria Teresa szukała światła i umocnienia do swoich codziennych zadań, nie zastępowała modlitwy działalnością. Jej dzieła wypływały z głębokiego doświadczenia Boga. W sercu jej apostolatu misyjnego była miłość do Boga i człowieka, zwłaszcza tego cierpiącego z powodu niewolnictwa. Miłość uczyniła drogą do Boga i bliźniego. Karmiła się słowem Bożym i Eucharystią, o czym pisała w swoich pismach.

    Uniwersalizm

       Maria Teresa w swojej działalności dla misji miała świadomość, że Instytut, jako prawdziwe dzieło apostolskie, jest powszechny, tak jak nim jest Kościół. Była głęboko przekonana, że każdy kto otrzymał chrzest i dar wiary, jest zobowiązany do niesienia pomocy, by także inni otrzymali te dary. Swoim zaangażowaniem w dzieło misyjne Kościoła wyprzedziła myśl Soboru Watykańskiego II wyrażoną słowami: Cały Kościół jest misyjny i dzieło ewangelizacji jest podstawowym zadaniem Ludu Bożego, święty Sobór wzywa wszystkich, aby mając żywą świadomość własnej odpowiedzialności za rozszerzanie Ewangelii, podjęli swoją cząstkę w dziele misyjnym (Dekret o działalności misyjnej Kościoła, 35).

    Patronka Dzieła Współpracy Misyjnej Kościoła w Polsce

       Maria Teresa Ledóchowska krótko po beatyfikacji, która odbyła się w Niedzielę Misyjną, 19 października 1975 r. w Rzymie, na prośbę biskupów polskich, została ogłoszona Patronką Dzieła Współpracy Misyjnej Kościoła w Polsce (20 stycznia 1976 r.). Wpatrujemy się w jej postać i wzór całkowitego oddania się Bogu oraz poświęcenia wszystkiego najważniejszemu zadaniu Kościoła – zbawianiu dusz. Biskupi żywili nadzieję, że ten fakt wzbudzi na nowo ducha misyjnego w naszym kraju i zaangażowanie apostolskie na rzecz misji.

       Maria Teresa została nazwana Matką Afryki, chociaż jej stopa nigdy nie stanęła na tym kontynencie. Jej obraz często można zobaczyć w kaplicach i kościołach w wielu krajach Afryki i modlących się przed nim ludzi. Już ukochane dzieci poznają ją podczas katechezy.

    Misje „Ad gentes” czy nowa ewangelizacja

       Papież Jan Paweł II w encyklice Redemptoris Missio wprowadził wyrażenie „misja do narodów”, które wyraźnie odnosi się do głoszenia słowa Bożego ludom i wspólnotom, które jeszcze nie wierzą w Chrystusa, i do zakładania Kościoła pośród nich. Takie ludy i wspólnoty jeszcze istnieją. Misje ad gentes i nowa ewangelizacja to sprawa dwóch odmiennych sytuacji, wymagających różnych akcentów i podejść; zatem należy rozróżnić działalność misyjną i nową ewangelizację (por. Kościół Misyjny s. 31)

       Co dziś chce nam powiedzieć bł. Maria Teresa Ledóchowska? Za życia mówiła: Czytajcie znaki czasu i według tego podejmujcie odpowiednie dzieła. Charyzmat Zgromadzenia Sióstr Klawerianek, który pozostawiła i w który wpisuje się animacja misyjna, ukierunkowywał i nadal jest skierowany w pierwszym rzędzie do ludów, które jeszcze nie znają i nie wierzą w Chrystusa. Dziś mamy o wiele większe możliwości niesienia Ewangelii słowem i świadectwem do wszystkich ludzi i do wszystkich narodów.

    Zapał świętości

       Błogosławiona Maria Teresa z pewnością powiedziałaby do nas to samo, co zwykła mówić na różnych konferencjach: Kochajcie misje, módlcie się za misje, czytajcie o misjach, ofiarujcie im coś od czasu do czasu i bądźcie wierni zobowiązaniom podjętym wobec misji. Jest to pięć pragnień serca, którymi dzieliła się z dziećmi, młodzieżą i dorosłymi.

       Maria Teresa szła drogą świętości i tutaj należy szukać źródła skuteczności jej działań na rzecz misji. Jej duchowość misyjna doprowadziła ją do świętości. Samo odnawianie metod działalności na rzecz misji nie wystarczy. Trzeba wzbudzić nowy „zapał świętości” wśród misjonarzy i w całej wspólnocie chrześcijańskiej, szczególnie wśród tych, którzy są najbliższymi współpracownikami misjonarzy (por. RM 91). Do pięciu pragnień serca bł. Maria Teresa dołożyłaby, prawdopodobnie, szóste pragnienie: bądźcie święci.

    s. Bożena Najbar, klawerianka/Papieskie Dzieło Rozkrzewiania Wiary

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 lipca

    Święta Maria Goretti, dziewica i męczennica

    Dziewczynka, która uczy ekstremalnego przebaczania

    ŚWIĘTA MARIA GORETTI
    Sharon Mollerus/Flickr | CC BY 2.0

    ****

    Karolina Berka Aleteia.pl

    Przed śmiercią 11-letnia Maria powiedziała o swoim zabójcy, który zadał jej 14 ciosów nożem: „Przebaczam mu i chcę, żeby był ze mną w raju”…

    Śmierć pięknej Marii Goretii

    Środkowa Italia w lipcu to miejsce spalone słońcem. Mieszkańcy Rzymu uciekają do letnich kurortów, żeby złapać oddech. Jeszcze trudniej znieść upadł sześćdziesiąt kilometrów dalej, na bagiennych terenach Pól Pontyjskich.

    Jednak dwie rodziny pracują ciężko w polu. W Ferriere di Conca to czas zbiorów bobu. Marietta spogląda przez okno domu – matka prosiła ją, aby dziś została w cieniu. Lekki podmuch wiatru rozwiewa firanki. Wtedy jej sylwetkę w oknie zauważa Aleksander i prosi o chwilę przerwy, starając się o pretekst do samotnego spotkania z Marią. Falujące loki, wielkie czarne oczy, delikatność i ta nieśmiałość, gdy spuszcza wzrok i odchodzi do matki, gdy tylko spotka ją na korytarzu ich domostwa. 

    Assunta postawiła na kuchennym stole ciężki kosz pełen bobu. Zaraz przygotuje posiłek, tylko odpocznie chwilę po tym upalnym dniu. „Gdzie jest Marietta? Mam nadzieję, że nie wychodziła dziś z domu” – wzrok matki pada na podłogę, gdzie dostrzega krople krwi. Już po chwili trzyma w ramionach swoją 11-letnią córkę, ranioną nożem na całym ciele. 

    Alessandro Serenelli: historia nawrócenia

    Jeszcze przed śmiercią Maria wyznała kapelanowi szpitala: „Przebaczam mu i chcę, żeby był ze mną w raju”.

    20-letni Alessandro Serenelli został skazany na 30 lat więzienia. Po latach opowiada swój sen:

    (…) widziałem przed sobą ogród. W pewnym zakątku pełnym białych kwiatów zobaczyłem Mariettinę przepięknie ubraną w białe, długie szaty. Zrywała lilie, dawała mi je mówiąc: „Weź!”. Uśmiechała się przy tym do mnie jak anioł. A ja na ten uśmiech, na ten gest pełen życzliwości przyklęknąłem i błagałem o przebaczenie za to moje okrutne przestępstwo i przyjmowałem te lilie, jedna po drugiej, aż miałem pełne naręcze. Lecz spostrzegłem zaraz, że te lilie w mych rękach przemieniają się w płomienie. Marietta uśmiechnęła się po raz drugi i zniknęła.

    Maria, anioł i opiekunka, jak określa ją Aleksander, dzięki wstawiennictwu z nieba wyjednała mu dar nawrócenia i pokoju serca. Po wyjściu z więzienia mężczyzna został tercjarzem franciszkańskim i pracował jako ogrodnik w klasztorze kapucynów. W duchowym testamencie odnalezionym w jego celi potwierdza się głęboka przemiana, jaka dokonała się w zabójcy Marietty, kiedy otrzymał przebaczenie. 

    Maria Goretti – święta przebaczenia

    Kim była dziewczyna, która tak szybko sięgnęła po palmę męczeństwa? Urodzona w 1890 r. w ubogiej włoskiej rodzinie, wychowywała się razem z siedmiorgiem rodzeństwa. Po przeprowadzce z powodu poszukiwania zarobku Goretti dzielili dom z rodziną Sernellich. Kiedy Maria miała 10 lat, zmarł jej ojciec. Mieszkając w małej miejscowości, pomagała przy pracach w domu i gospodarstwie. Dwa lata później została zamordowana przez swojego sąsiada, który zadał jej 14 ciosów nożem. 

    Przesłanie życia Marii Goretti podkreślił papież Franciszek w liście do biskupów diecezji, które obrały ją za swoją patronkę, określając ją „świętą przebaczenia”:

    Przebaczenie staje się najbardziej ewidentnym wyrazem miłości miłosiernej, a dla nas chrześcijan jest nakazem, od którego nie możemy się uchylać. Jakże trudne wydaje się nieraz przebaczanie! A przecież przebaczanie jest narzędziem złożonym w nasze słabe ręce, abyśmy mogli osiągnąć spokój serca.

    ********************************

    Św. Maria Goretti – wzór przebaczenia, które nawraca

     

    Św. Maria Goretti

    Marię Goretti jako świętą przebaczenia przypomniał Papież w liście do biskupów dwóch podrzymskich diecezji, które czczą ją jako swoją patronkę. W miejscowości Le Ferriere w diecezji Latina-Terracina-Sezze-Priverno ta niespełna 12-letnia dziewczynka została 5 lipca 1902 r. ciężko zraniona nożem przez młodego sąsiada, który usiłował ją zgwałcić. Następnego dnia zmarła w Nettuno w sąsiedniej diecezji Albano i tam przechowywane jest jej ciało.

    W obecnym Roku Jubileuszowym Miłosierdzia oba Kościoły lokalne przygotowują się na przypadające 6 lipca wspomnienie liturgiczne św. Marii Goretti diecezjalnymi pielgrzymkami do miejsca jej męczeństwa. W sobotę 25 czerwca nocna pielgrzymka piesza udała się tam z Borgo Piave w diecezji Latina, a w następną sobotę 2 lipca podobna wyruszy z sanktuarium z w Nettuno w diecezji Albano, gdzie spoczywają jej relikwie.

    W liście do biskupów Latiny Mariana Crociaty i Albano Marcella Semeraro Franciszek przypomina, że rodzina św. Marii Goretti z powodu biedy i w poszukiwaniu pracy zmuszona była opuścić rodzinne Corinaldo koło Ancony. Osiedliła się na malarycznych Błotach Pontyjskich na wybrzeżu tyrreńskim pod Rzymem. „Łzy towarzyszyły wczoraj, tak jak dramatycznie również dzisiaj, rodzinom i ludom na ich drogach mających przeróżne przyczyny, w tym też ubóstwo – pisze Ojciec Święty. – To sprawia, że ta dziewczynka jest nam jeszcze bliższa. Jej rodzina przeżywała z godnością tę sytuację. Matka zajmowała się pracą, a ona sama troszczyła się o rodzeństwo i dom”.

    Papież podkreśla, że przyszła święta, śmiertelnie zraniona, nie dbała o siebie samą, ale myślała o zbawieniu swego mordercy, ostrzegając go, że grozi mu piekło. „Znamy też jej słowa przebaczenia dla niego – czytamy w liście. – Na łożu śmierci powiedziała kapelanowi szpitala w Nettuno: «Przebaczam mu i chcę, żeby był ze mną w raju»”. Franciszek przytacza słowa ze swej bulli „Misericordiae Vultus” o Roku Miłosierdzia: „Przebaczenie staje się najbardziej ewidentnym wyrazem miłości miłosiernej, a dla nas chrześcijan jest nakazem, od którego nie możemy się uchylać. Jakże trudne wydaje się nieraz przebaczanie! A przecież przebaczanie jest narzędziem złożonym w nasze słabe ręce, abyśmy mogli osiągnąć spokój serca” (9).

    Ojciec Święty zwraca uwagę, że właśnie wielkoduszne przebaczenie, z którym Maria Goretti zmarła w pokoju ducha, dało początek drodze szczerego nawrócenia jej zabójcy. Zachęca diecezjan Latiny i Albano pielgrzymujących w tych dniach do miejsc, które upamiętniają jej męczeństwo, by stawali się świadkami przebaczenia. Cytuje tu raz jeszcze swą bullę „Misericordiae Vultus”: „Nadszedł znowu dla Kościoła czas, aby z radością głosić przebaczenie. To jest czas powrotu do tego, co istotne, aby poczuć odpowiedzialność za słabości i trudności naszych braci. Przebaczenie to siła, która budzi do nowego życia i dodaje odwagi, aby patrzeć w przyszłość z nadzieją” (10).

    RV / Watykan / KAI

    ********************************

    Męczennica ziemi i anioł w niebie

    Św. Maria Goretti

      Archiwum autora

    ***

    Ze śmiercią kończy się zwykle pamięć o człowieku. U Marii Goretti było odwrotnie – napisał przed wielu laty ks. dr Stanisław Jezierski. – Okrutna jej śmierć rozsławiła jej imię, wywołała podziw, uwielbienie. Wszyscy mówili, pisali o niej jako o bohaterce. Mnożyły się oznaki czci wobec niej. Stała się istotą pociągającą duchowo, przewodniczką wielu chłopców i dziewcząt, rozdawała łaski, pomoce duchowe, rozsiewała radość”.

    Początki opinii świętości

    Męczeństwo tej 12-latki z włoskich Błot Pontyjskich, które nastąpiło w dniach 5-6 lipca 1902 r., szybko stawało się coraz bardziej znane w całej Italii. Sama Maria przez coraz większą liczbę ludzi uważana była za prawdziwie świętą orędowniczkę. Minęły zaledwie 2 lata od dnia narodzin dziewczynki dla nieba, gdy przy ołtarzu w sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Nettuno postawiono dużą figurę przedstawiającą jej postać.

    W 1910 r. życiem Marii zainteresował się papież – św. Pius X. Za jego zgodą 26 stycznia 1929 r., w obecności mamy Assunty i zaprzyjaźnionej rodziny Cimarellich, na cmentarzu w Nettuno dokonano ekshumacji ciała małej bohaterki. W lipcu tego samego roku jej doczesne szczątki umieszczono w sanktuarium w Nettuno, powierzonym Ojcom Pasjonistom.

    Gdy mama Assunta wybierała się w podróż do Nettuno na tę okazję, córka ukazała się jej we śnie i powiedziała: „Mamo! Przed wyjazdem każ odprawić Mszę św., abyś była wolna od nieprzyjemności w czasie jazdy”. Rzeczywiście, zaistniały nieprzyjemności: podczas drogi zderzyły się 2 autobusy, a w jednym z nich byli mama Marii i inni pielgrzymi z Corinaldo – im nic się nie stało, podczas gdy liczni z podróżujących drugim pojazdem odnieśli poważne obrażenia.

    Proces beatyfikacyjny

    Ojcowie pasjoniści z Nettuno z wielką energią i gorliwością rozpoczęli starania o beatyfikację Marii Goretti. Proces beatyfikacyjny został oficjalnie zainaugurowany przez Świętą Kongregację 1 czerwca 1938 r. Nie było łatwo do tego doprowadzić… Wielu bowiem miało poważne wątpliwości, czy za świętego męczennika można uznać osobę, która nie poniosła śmierci bezpośrednio w obronie wiary, lecz oddała życie w konfrontacji z zagrożeniem dla osobistej moralności. Tym bardziej że sprawa dotyczyła dziecka nie mającego nawet 12 lat. Liczni teologowie i hierarchowie Kościoła dyskutowali na ten temat, zeznawało wielu świadków. Wśród nich był także Alessandro Serenelli – zabójca Marii, nawrócony w cudowny sposób przez swą ofiarę. Właśnie jego zeznania oraz fakt nadzwyczajnej przemiany jego życia najbardziej przyczyniły się do pomyślnego rozwoju procesu, wbrew początkowym – słusznym ze swej strony – wątpliwościom kardynałów, biskupów i teologów.

    Beatyfikacja i kanonizacja

    Uroczystości beatyfikacyjne odbyły się 27 kwietnia 1947 r., 2 lata po kanonicznym zatwierdzeniu męczeństwa. W dniu tym na placu przed Bazyliką św. Piotra zgromadziła się ogromna liczba pielgrzymów z całych Włoch i z innych krajów, którzy pragnęli uczcić małą męczenniczkę. Obecna była także jej mama – Assunta wraz z rodzeństwem dziewczynki, która dostępowała chwały ołtarzy. Gdy tylko mama ukazała się obok Ojca Świętego, tłum zaczął wołać: „Viva la Mamma!” – Niech żyje Mama! Tylko sam Pan Bóg wie, jak wielka radość zapanowała w sercu pokornej, ubogiej staruszki, której ogromne matczyne cierpienie ukoronowane zostało wywyższeniem jej córki…

    Pius XII wraz z kardynałami i biskupami wzniósł po raz pierwszy publiczną modlitwę liturgiczną Kościoła powszechnego do nowej błogosławionej: „Beata Maria, ora pro nobis!” – Błogosławiona Mario, módl się za nami!

    Dzień później, 28 kwietnia, Ojciec Święty na audiencji przyjął rodzinę Gorettich wraz z liczną młodzieżą włoską. Wygłosił wówczas piękne, płomienne przemówienie. Powiedział m.in.: „Dzień wczorajszy stał się naprawdę Waszym świętem, Waszym dniem. (…) Stał się świętem młodych, (…) dniem szlachetnych, pobożnych, tych wszystkich, dla których wiara katolicka jest rzeczywistością, bezcennym skarbem, najlepszym dobrem. (…) Dzień ten stał się także świętem rodziny chrześcijańskiej. (…) Maria jest dojrzałym owocem ogniska domowego, gdzie dzieci są wychowywane w bojaźni Bożej, w posłuszeństwie wobec rodziców, w miłości do prawdy, w skromności i nieskazitelności, gdzie dzieci od dzieciństwa przyzwyczajają się (…) być gotowymi do pomocy w domu, w gospodarstwie (…). Agnieszka…, Alojzy Gonzaga…, Maria Goretti… – wobec żądz osób bezwstydnych nie byli nieświadomymi, nieczułymi, lecz byli mocnego ducha. Byli mężni tą siłą nadprzyrodzoną, której nasienie przyjęli wszyscy chrześcijanie w czasie chrztu, a która poprzez stałe i pilne wychowywanie, przy czułej współpracy rodziców i dzieci, przynosi stokrotne owoce cnót i dobra. Taką była Maria Goretti! (…)”.

    24 czerwca 1950 r. ten sam papież Pius XII ogłosił bł. Marię Goretti świętą. W dniu kanonizacji, w której podobnie jak w beatyfikacji wzięła udział matka św. Marii, papież wypowiedział aktualne także dzisiaj słowa: „Życie tego prostego dziewczęcia (…) godne jest nie tylko nieba, ale też godne, aby z podziwem i czcią spojrzeli na nie ludzie nam współcześni. Niech uczą się ojcowie i matki, jak starannie w prawości, świętości i męstwie należy wychowywać powierzone im przez Boga dzieci; jak kształtować je według zasad religii katolickiej, aby gdy staną kiedyś wobec próby, potrafiły z Bożą pomocą wyjść z niej zwycięskie, nietknięte i nieskażone. Niechaj uczą się wesołe dzieci, niech uczy się odważna młodzież, że nie wolno haniebnie ulegać urokom zwodniczych wad, złudnym i krótkotrwałym przyjemnościom, ale raczej, choćby w trudach i wyrzeczeniu, wytrwale zmierzać ku doskonałości chrześcijańskiego życia”.

    Wspomnienie dowolne św. Marii Goretti przypada 5 lipca.

     Marek Paweł Tomaszewski/Niedziela Ogólnopolska

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 lipca

    Święta Maria Goretti, dziewica i męczennica

    Zobacz także:
      •  Święty Atanazy z góry Athos, opat
    Święta Maria Goretti

    Maria urodziła się w Corinaldo koło Ankony 16 października 1890 r. Pochodziła z ubogiej wiejskiej rodziny. Jako sześcioletnie dziecko otrzymała sakrament bierzmowania z rąk kardynała Juliusza Boschi (1896), a 29 maja 1902 r. przystąpiła do Pierwszej Komunii św. Kiedy miała 10 lat, umarł jej ojciec. Marysia pocieszała mamę: “Odwagi, mamusiu! Bóg nas nie opuści!” Pobożne dziewczę brało często różaniec do rąk, modląc się o spokój duszy ojca. Maria pomagała matce i opiekowała się rodzeństwem.
    Dom Gorettich zajmowała także rodzina Serenellich – ojciec z synem. Chłopiec Aleksander Serenelli miał 18 lat, kiedy zapłonął ku Marii przewrotną żądzą. Zaczął ją też coraz mocniej napastować, grożąc jej nawet śmiercią. Dziewczę umiało się zawsze skutecznie uwolnić od napastnika, ratując się ucieczką i omijając go. Nie mówiła jednak o tym nikomu w rodzinie, by nie pogłębiać przepaści niechęci Serenellich do Gorettich.
    5 lipca 1902 r. rodzina Gorettich i Serenellich była zajęta zbieraniem bobu. Maria została w domu i obserwowała pracowników. Zauważył ją Aleksander. Pod pretekstem, że musi wyjść na chwilę, udał się do domu i siłą wciągnął dziewczę do kuchni, która była przy drzwiach. Usiłował ją zmusić do grzechu. Kiedy zaś Maria stawiła mu gwałtowny opór, rozjuszony wyrostek chwycił nóż i zaczął nim atakować dziewczynę. Szczegóły te podał sam morderca przed sądem. Powracająca z pracy rodzina znalazła Marię już w stanie agonii. Natychmiast odwieziono ją do szpitala, gdzie zaopatrzona świętymi Sakramentami zmarła 6 lipca. Przed śmiercią darowała winę swojemu zabójcy. Lekarze stwierdzili, że miała na ciele 14 ran.
    Zbrodnią poruszona była cała okolica. Dziewczę miało królewski pogrzeb. Wzięło w nim udział wiele tysięcy ludzi, setki kapłanów i biskup. Z balkonów i z okien na białą trumienkę padał deszcz róż i innych kwiatów. Zaczęto ją nazywać “świętą Agnieszką XX wieku”. Dzięki staraniom pasjonistów w 1935 r. rozpoczął się proces kanoniczny Marii Goretti. 27 kwietnia 1947 roku Pius XII zaliczył ją uroczyście w poczet błogosławionych, a 24 czerwca 1950 r. tenże papież zaliczył ją do chwały świętych. Zarówno w beatyfikacji, jak i w kanonizacji własnej córki miała szczęście uczestniczyć matka.
    W uroczystościach brał także udział zabójca – Aleksander Serenelli, który w czasie 27-letniego pobytu w więzieniu przeżył całkowite nawrócenie. Nie miał wątpliwości, że wiarę zawdzięczał wstawiennictwu Marii. Po wyjściu z więzienia przeprosił matkę Marii, wyznał swoją winę przed cała parafią, a po pewnym czasie został tercjarzem franciszkańskim. Do końca życia pracował jako ogrodnik u kapucynów w Macerata, gdzie zmarł w 1970 r. Duchową przemianę zabójcy opisał Jean du Parc w książce, która w Polsce została wydana pod tytułem “Niebo nad moczarami”.
    Św. Maria Goretti jest patronką młodzieży, dziewcząt, dziewic i bielanek. Jej relikwie spoczywają w kościele Matki Bożej Łaskawej w Nettuno. Jej grób nawiedził św. Jan Paweł II w pierwszym roku swojego pontyfikatu (1 września 1979 r.). W stulecie śmierci Marii Goretti ten sam papież skierował do biskupa diecezji Albano, Agostino Valliniego, specjalny list.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________

    5 lipca

    Święty Antoni Maria Zaccaria, prezbiter i zakonnik

    Święty Antoni Maria Zaccari

    Antoni urodził się w Cremonie (Lombardia we Włoszech) w grudniu 1502 r. W kilka miesięcy po urodzeniu stracił ojca (Lazzaro). Pozostał jedynie pod czułą opieką matki, Antoniny Pescaroli, która owdowiała mając zaledwie 18 lat. Po ukończeniu miejscowych szkół Antoni udał się do Padwy, gdzie studia medyczne uwieńczył doktoratem (1520-1524). Studiował tam także filozofię. Potem powrócił do Cremony i jako człowiek świecki zajął się katechizacją ubogiej młodzieży przy kościele św. Witalisa, który stał obok rodzinnego pałacu Zaccariów. Równocześnie pracował intensywnie nad własnym uświęceniem. Pod kierunkiem dominikanów podjął studia teologiczne. Zajął się biblistyką, patrologią i zgłębianiem pism doktorów Kościoła, a szczególnie św. Tomasza z Akwinu.
    W roku 1528 (lub w styczniu 1529 r.) przyjął święcenia kapłańskie. Nadal pozostawał w bliskim kontakcie z dominikanami. Z tego zakonu wybrał swojego nowego kierownika duchowego – Fra Battistę Carioni da Crema (zaprzyjaźnionego z Gerolamo Savonarolą). Z nim i z poznaną przez niego hrabiną Ludovicą Torelli w 1531 r. udał się do Mediolanu i dołączył do oratorium “Wiecznej Mądrości”, które założyła przy klasztorze sióstr augustianek Archangela Panigarola. Po jej śmierci bractwo zaczęło upadać. Pod kierunkiem Antoniego nabrało ono nowego rozmachu. Co więcej, przerodziło się w trzy rodziny zakonne, które poświęcił on św. Pawłowi Apostołowi: “Synowie św. Pawła”, zatwierdzeni przez Rzym pod nazwą “Kleryków Regularnych św. Pawła Ściętego”; zakon żeński “Aniołów św. Pawła Nawróconego” i ludzi świeckich – “Mężów Pobożnych św. Pawła”. Największą sławą okrył Antoniego zakon męski, który od kościoła św. Barnaby, przy którym się zawiązał, otrzymał popularną nazwę barnabitów. Zakon zatwierdził papież Klemens VII w 1535 roku. Zakon żeński otrzymał zatwierdzenie od papieża Pawła III w 1543 roku. Siostry zwano popularnie barnabitkami. Związek trzeci, który można by nazwać III zakonem barnabitów, czy raczej tercjarzami, miał za zadanie mobilizować ludzi świeckich, żyjących w rodzinach, do akcji apostolskich. Na tamte czasy wspólnota składająca się z zakonników, zakonnic i ludzi świeckich była czymś bardzo nowatorskim i nie była powszechnie akceptowana.
    Następne lata Antoni spędził w Mediolanie, gdzie zakładał domy swoich instytucji. Wspierał go biskup Mediolanu, św. Karol Boromeusz, z którym napisał regułę dla swojego zgromadzenia. Aby zachęcić ludność Mediolanu do nawrócenia, zorganizował akt publicznej pokuty. Na czele pokutników szli jego duchowi synowie i córki. To podziałało pozytywnie na lud, który licznie włączał się do tej praktyki publicznego zadośćuczynienia Panu Bogu za masowe odstępstwa od wiary. Znaleźli się jednak tacy, którzy upatrywali w tej praktyce wynaturzenie ascezy chrześcijańskiej, a nawet objawy herezji. Odbyły się w Rzymie dwa procesy (1534-1535 i 1537), z których Antoni wyszedł obronną ręką.

    Święty Antoni Maria Zaccari

    Dla ożywienia ducha religijnego Antoni wprowadził praktykę “15 piątków”. Na dźwięk dzwonów o godzinie, w której Pan Jezus poniósł śmierć, w kościołach zbierał się lud. Tam odbywało się nabożeństwo z kazaniem pasyjnym. Pragnieniem Antoniego było, aby wiernym stale przypominać, jaką ceną zostali odkupieni, i aby według tego kształtowali swoje życie chrześcijańskie. Dlatego też nabożeństwa te były połączone ze spowiedzią. Antoni wyróżniał się także szczególnym nabożeństwem do Eucharystii. Wbrew przyjętemu i zakorzenionemu wtedy zwyczajowi zachęcał wiernych do częstej, a nawet codziennej Komunii świętej. Była to nowość bardzo śmiała, gdyż w tamtych czasach Komunię świętą przyjmowaną co tydzień ganiono jako zbyt częstą. Antoniemu przypisuje się również wprowadzenie 40-godzinnego nabożeństwa adoracji Najświętszego Sakramentu, wystawionego w monstrancji.
    Wyniszczony pracą apostolską, zmarł w Cremonie, w domu swojej matki, 5 lipca 1539 r., w wieku zaledwie 37 lat. Jego ciało pochowano w Mediolanie w kościele św. Pawła, należącym do barnabitów. W roku 1891 przeniesiono je do kościoła św. Barnaby. Do dziś gromadzi się przy jego grobie wielu pielgrzymów. Kanonizacja Antoniego odbyła się dopiero 27 maja 1897 roku. Dokonał jej papież Leon XIII.W ikonografii św. Antoni przedstawiany jest m.in. w towarzystwie św. Pawła Apostoła, do którego miał szczególne nabożeństwo. Bywa ukazywany z monstrancją w ręku. Niekiedy trzyma krzyż (jako wielki czciciel Męki Pańskiej) albo lilię, ponieważ nazywano go “aniołem w ludzkim ciele”. Atrybuty: hostia, kielich, lilia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    4 lipca

    Błogosławiony Piotr Jerzy Frassati, tercjarz

    Zobacz także:
      •  Święta Elżbieta Portugalska, królowa
      •  Błogosławiona Maria od Ukrzyżowanego (Curcio), zakonnica
    ***
    Błogosławiony Piotr Jerzy Frassati

    Piotr Jerzy przyszedł na świat 6 kwietnia 1901 roku w Turynie. Wychowywał się w zamożnym domu razem z młodszą o półtora roku siostrą Lucianą (która jeszcze za życia brata wyszła za mąż za polskiego dyplomatę, Jana Gawrońskiego). Jego ojciec, Alfredo Frassati, był założycielem i właścicielem dziennika La Stampa, senatorem, przez pewien czas także ambasadorem Włoch w Niemczech. Matka, Adelaide Ametis Frassati, była malarką. Swoje wychowanie religijne Piotr Jerzy zawdzięczał przede wszystkim wychowawcom, nauczycielom i spowiednikom, ponieważ rodzice byli raczej obojętni wobec wiary. Tymczasem dla niego wiara bardzo szybko stała się wartością podstawową. Czasami wywoływało to bolesne nieporozumienia rodzinne, które starał się znosić – tak jak wszelkie życiowe niepowodzenia – pogodnie.
    Już jako uczeń Piotr Jerzy należał do wielu szkolnych stowarzyszeń religijnych, m.in. do Sodalicji Mariańskiej, do Koła Różańcowego, Apostolstwa Modlitwy, Stowarzyszenia Najświętszego Sakramentu. Codziennie uczestniczył we Mszy świętej i przyjmował Komunię świętą.
    W 1919 roku rozpoczął studia na wydziale inżynierii górniczej na politechnice w Turynie. 28 maja 1922 r. – myśląc o apostolstwie wśród górników – został tercjarzem Zakonu Dominikańskiego i przyjął imię Girolamo (czyli Hieronim – na cześć Savonaroli). Uczestniczył również z entuzjazmem w działalności różnych ruchów katolickich. Akcja Katolicka była dla niego prawdziwą szkołą formacji chrześcijańskiej i polem dla apostolatu. Miłował Jezusa w braciach, zwłaszcza tych cierpiących, zepchniętych na margines i opuszczonych. Poświęcał się ubogim i potrzebującym. W jego życiu mocna wiara łączyła się w jedno z miłością.
    Był człowiekiem ascezy i modlitwy, w której osiągnął wysoki stopień doskonałości. Jego duchowość kształtowały zwłaszcza Listy św. Pawła Apostoła oraz dzieła św. Augustyna, św. Katarzyny ze Sieny i św. Tomasza z Akwinu, nieustanna – także nocna – adoracja Najświętszego Sakramentu, nabożeństwo do Matki Bożej i Słowo Boże.
    Warto wiedzieć, że w 1922 r. Piotr Jerzy Frassati odwiedził Polskę. Był w Gdańsku i Katowicach. Jako przyszły inżynier interesował się górnictwem i planował zwiedzić jedną z kopalni na Śląsku. Do zjazdu pod ziemię prawdopodobnie nie doszło, ponieważ miał problem z ważnością paszportu.

    Błogosławiony Piotr Jerzy Frassati

    Jego zaangażowanie społeczne i polityczne opierało się na zasadach wiary; był zdecydowanym przeciwnikiem rodzącego się wówczas faszyzmu. Z tego powodu nieraz zatrzymywała go policja. Zafascynowanie pięknem i sztuką, a zwłaszcza malarstwem, zamiłowanie do sportu i górskich wypraw ani zainteresowanie problemami społecznymi nie stanowiło dla niego przeszkody w stałym zjednoczeniu z Chrystusem. W tajemnicy przed najbliższymi opiekował się i spieszył z pomocą, tak duchową, jak i materialną, ubogim swojego miasta. Był znany i bardzo lubiany w dzielnicach, w których nie bywał nikt z jego bliskich.
    Umarł nagle, w wieku 24 lat, 4 lipca 1925 roku, krótko przed ukończeniem studiów, na skutek infekcji chorobą Heinego-Medina, którą zaraził się od podopiecznych. Pogrzeb Frassatiego ujawnił jego popularność w Turynie, zwłaszcza wśród ubogich. Opinia społeczna szybko uznała go – mimo młodego wieku – za świętego. Pod jego patronatem powstało wiele stowarzyszeń religijnych.
    Św. Jan Paweł II podczas Mszy świętej beatyfikacyjnej odprawionej na placu św. Piotra 20 maja 1990 r. wyniósł go na ołtarze, stawiając za wzór współczesnej młodzieży świata.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    Co bł. Frassati mówi dziś młodym?

    O. Dariusz Kantypowicz OP podkreślił w rozmowie z KAI, że Pier Giorgio był człowiekiem odważnym i bardzo szczerym. Tego, zdaniem dominikanina, młodzi mogą się od niego uczyć. “My często zastanawiamy się, co inni powiedzą, jak coś zostanie odebrane, a w Pier Giorgiu nie było zupełnie takiego podejścia. On robił rzeczywiście to, co uważał, że jest wolą Bożą i co, według niego, powinien był robić. Nie patrzył na to, że ktoś to może wyśmiać, że ktoś jest temu przeciwny – po prostu to robił” – wskazuje o. Kantypowicz.

    bł. Pier Giorgio Frassati/fot. Niedziela

    ***

    Frassati był człowiekiem bardzo aktywnym – działał nie tylko w Kościele, ale także w różnych studenckich organizacjach. “Wszystko, co robił, robił z Chrystusem” – mówi tercjarka dominikańska, Marta Bizacka, której przygoda z Frassatim trwa już od 20 lat.

    Przyznaje, że na przestrzeni lat jej spojrzenie na tego błogosławionego zmieniało się. “Na początku byłam zdziwiona, że osoba tak zwyczajna. Mnie świętość zawsze kojarzyła się z zakonnikami, a on pokazuje, że jest dostępna dla każdego. To dla mnie przykład, jak żyć Ewangelią będąc osobą świecką” – mówi Marta Bizacka dodając, że to dla niej najbardziej pociągający przykład świętości, jaki zna.

    Piotr Górski, także świecki dominikanin, podkreśla, że źródłem świętości Frassatiego była jego relacja z Panem Bogiem i to powinno być wskazówką dla młodych.

    “On bardzo ukochał Eucharystię, codziennie starał się przyjmować Komunię św. w kościele, a w tamtych czasach to nie było łatwe, bo post Eucharystyczny trwał od północy. To oznaczało, że np. gdy wybierał się ze znajomymi na wycieczkę górską, prosił kapłanów, by jak najwcześniej odprawili Mszę św., żeby mógł w niej uczestniczyć. To był wręcz warunek uczestnictwa w wycieczce” – mówi Górski.

    Frassatiego często widywano także na nocnych adoracjach Najświętszego Sakramentu. Troszczył się też o swój rozwój duchowy, przystępując regularnie do spowiedzi. “Robił to naturalnie i spontanicznie, potrafił np. poprosić o spowiedź znajomego księdza na schodach kościoła, jeśli widział taką potrzebę. To jest taki element, który może być ważny dla młodych dzisiaj, też w kontekście Światowych Dni Młodzieży” – mówi Piotr Górski.

    Małgorzatę Korzeniewską w Pier Giorgiu fascynuje prostota i podejmowanie dzieł miłosierdzia. “Nie mógł obojętnie przejść obok biedy ludzkiej, czy to była bieda materialna czy duchowa. Nie ograniczał się, miał nieustannie wypchane kieszenie karteczkami, na których zapisywał, kto czego potrzebuje i gdzie trzeba jeszcze pójść. Był z tymi ludźmi, nie tylko im pomagał – to jest coś, czego możemy się od niego uczyć” – mówi tercjarka dominikańska.

    Frassati był świeckim dominikaninem – do III zakonu św. Dominika wstąpił trzy lata przed śmiercią.

    Urodził się w 1901 roku w zamożnej włoskiej rodzinie. Jego ojciec, Alfredo, był założycielem i właścicielem turyńskiej “La Stampy”. Pier Giorgio swoje krótkie, 24-letnie życie poświęcił czynieniu miłosierdzia.

    Opiekował się biedakami, chorymi i opuszczonymi. Był człowiekiem głębokiej modlitwy. Mając 13 lat podjął praktykę codziennej Komunii św., co w tamtym czasie było wciąż jeszcze nowością w Kościele. Miał duże poczucie humoru, dystans do siebie i niezwykłą skromność. Mimo, że fałszował jak mało kto, śpiewał często i głośno.

    Był wysportowany – najbardziej lubił górskie wspinaczki i regularnie organizował z przyjaciółmi wyprawy na alpejskie szczyty. Świadomie wybrał życie osoby świeckiej, bo chciał w ten sposób być bliżej ludzi, którzy nie spotkali jeszcze Chrystusa.

    Zmarł w wieku 24 lat. Zaraził się od jednego ze swoich podopiecznych chorobą Heinego-Medina. Jan Paweł II nazwał Frassatiego “człowiekiem ośmiu błogosławieństw”, stawiając go młodym za wzór. To on beatyfikował go w 1990 roku. Jak stwierdzono podczas procesu beatyfikacyjnego, ciało Per Giorgia mimo upływu lat nie uległo rozkładowi.

    Kai/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 lipca

    Święty Tomasz Apostoł

    Dzisiejszego dnia wspominamy również:
      świętego Leona II, papieża,
      świętego Rajmunda Gayrarda, prezbitera
    ***
    Święty Tomasz Apostoł

    Teksty ewangeliczne w siedmiu miejscach poświęcają Tomaszowi Apostołowi łącznie 13 wierszy. Z innych ksiąg Pisma świętego, jedynie Dzieje Apostolskie wspominają o nim jeden raz.
    Tomasz, zwany także Didymos (tzn. bliźniak), należał do ścisłego grona Dwunastu Apostołów. Ewangelie wspominają go, kiedy jest gotów pójść z Jezusem na śmierć (J 11, 16); w Wieczerniku podczas Ostatniej Wieczerzy (J 14, 5); osiem dni po zmartwychwstaniu, kiedy ze sceptycyzmem wkłada rękę w bok Jezusa (J 20, 19-29); nad Jeziorem Genezaret, gdy jest świadkiem cudownego połowu ryb po zmartwychwstaniu Jezusa (J 21, 2).

    Niewierny Tomasz

    Osobą św. Tomasza Apostoła wyjątkowo zainteresowała się tradycja chrześcijańska. Pisze o nim wiele Euzebiusz z Cezarei, pierwszy historyk Kościoła, Rufin z Akwilei, św. Grzegorz z Nazjanzu, św. Ambroży, św. Hieronim i św. Paulin z Noli. Według ich relacji św. Tomasz miał głosić Ewangelię najpierw Partom (obecny Iran), a następnie w Indiach, gdzie miał ponieść śmierć męczeńską w Calamina w 67 r. Piszą o tym wspomniani wyżej autorzy. Tak też podaje Martyrologium Rzymskie. Jako miejsce pochówku podawany jest Mailapur (przedmieście dzisiejszego Madrasu). Jednak już w III wieku jego relikwie przeniesiono do Edessy, potem na wyspę Chios, a w roku 1258 do Ortony w Italii.
    O zainteresowaniu osobą św. Tomasza Apostoła świadczą także liczne apokryfy: Historia Abgara, Apokalipsa Tomasza, Dzieje Tomasza i Ewangelia Tomasza. Pierwszy apokryf znamy jedynie z relacji Euzebiusza (+ ok. 340). Apokalipsa św. Tomasza, zwana także Listem Pana naszego Jezusa Chrystusa do Tomasza lub Słowami Zbawiciela do Tomasza opisuje koniec świata. Ciekawsza jest Ewangelia św. Tomasza. Na jej treść składają się logia, czyli słowa Chrystusa. Zdań tych jest 114. Według Euzebiusza zbiór ten miał posiadać biskup św. Papiasz (+ ok. 130) i miał nawet do nich napisać komentarz. Część tych słów odkryto w roku 1897 i 1903 w Egipcie w Oxyrhynchos. Od tej “ewangelii” należy odróżnić jeszcze jedną, zupełnie inną, także przypisywaną św. Tomaszowi. Zawiera ona opis życia lat dziecięcych Pana Jezusa. Stąd właśnie wzięły się średniowieczne legendy o ptaszkach, klejonych z gliny i ożywianych przez Pana Jezusa w zabawie z rówieśnikami itp.

    Święty Tomasz Apostoł

    Interesujący i oryginalny jest ostatni wymieniony wyżej apokryf – Dzieje Tomasza. Powstał on dopiero w wieku IV/V. Opisuje on podróż św. Tomasza do Indii w roli architekta na zaproszenie tamtejszego króla Gondafora. Zamiast jednak budować pałac królewski, św. Tomasz głosił Ewangelię, a pieniądze przeznaczone na budowę pałacu wydawał na ubogich. Na skutek jego nauk i cudów nawrócił się król i jego rodzina.
    Katolickie Indie czczą św. Tomasza jako swojego Apostoła. Około roku 52 po Chrystusie miał on wylądować na zachodnim wybrzeżu Malabaru i założyć tam siedem kościołów. Kiedy w roku 1517 Portugalczycy wylądowali w Mylapore, miano im pokazać grób Apostoła. Pamięć o Apostole zachowali tamtejsi chrześcijanie nestoriańscy. W Indiach jest również najgłośniejsze sanktuarium św. Tomasza Apostoła. Znajduje się ono na miejscu, gdzie według miejscowej tradycji Tomasz miał ponieść śmierć męczeńską. Miejsce to ma różne nazwy: Calamina (najczęściej spotykana), Thomas Mount (Góra Św. Tomasza), Madras, Maabar i Meliapore. Wszystkie te nazwy oznaczają jedną miejscowość: “Górę Św. Tomasza”, położoną na jednym z przedmieść Madrasu.
    Św. Tomasz jest patronem Indii, Portugalii, Urbino, Parmy, Rygi, Zamościa; architektów, budowniczych, cieśli, geodetów, kamieniarzy, murarzy, stolarzy, małżeństw i teologów.

    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest jako młodzieniec (do XIII w. na Zachodzie, do XVIII w. na Wschodzie), później jako starszy mężczyzna w tunice i płaszczu. W prezentacji ikonograficznej powraca wątek “niewiernego” Tomasza. Atrybutami Świętego są: kątownica, kielich, księga, miecz, serce, włócznia, którą go przeszyto, zwój.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    *******

    Św. Tomasz Apostoł: czy na pewno był „niewierny”?

    ŚWIĘTY TOMASZ APOSTOŁ

    Wikipedia | Domena publiczna

    ***

    Według tradycji moc wiary, która zrodziła się w Wieczerniku, zaprowadziła Tomasza aż do Indii. Podobno apostoł zbudował tam piękny, pełen przepychu i… niewidzialny pałac.

    Jego imię brzmi raczej jak przydomek, gdyż po hebrajsku „Thoma” to po prostu „bliźniak”. Takie rozumienie wydaje się potwierdzać podane przez św. Jana greckie imię „Didymos”, znaczące to samo. W Ewangeliach, szczególnie Jana, jego postać pojawia się na tyle często, że z grubsza potrafimy określić, jakie cechy posiadał ten z apostołów.

    Co o św. Tomaszu Apostole mówią Ewangelie?

    Kiedy niewiele przed męką nasila się poczucie zagrożenia, a Jezus mimo to postanawia iść do Jerozolimy, Tomasz mówi: „Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć” (J 11,16). Dobrze rozpoznaje sytuację, ale, podobnie jak większość pozostałych apostołów, przecenia swoje możliwości dania świadectwa w tamtym momencie. Z pewnością jednak chce być gotów na męczeństwo i przynajmniej w tamtej chwili woli je od odejścia od Mistrza.

    Podczas Ostatniej Wieczerzy Pan zapowiada, że odchodzi przygotować miejsce w domu Ojca, a potem powróci, by zabrać ze sobą uczniów. Mówi wtedy też, że znają drogę, którą On idzie. Tomasz wtedy zauważa, że uczniowie nie wiedzą, dokąd idzie Jezus, więc jak mogą znać drogę (zob. J 14,5). Myśli, podobnie zresztą jak pozostali obecni w Wieczerniku w kategoriach tego, co dosłowne i namacalne. Będzie potrzebował dużego szoku, aby zmienić swoje podejście.

    Następuje on po zmartwychwstaniu. Tomasz najpierw nie przyjmuje świadectwa pozostałych apostołów, że widzieli Zmartwychwstałego. Domaga się możliwości dotknięcia Jezusa, nawet więcej – włożenia palców w Jego rany, a dłoni w Jego bok. Prośba dość makabryczna, jednak kiedy Jezus znów się objawia uczniom, wśród których tym razem już jest Tomasz, jest gotów pozwolić apostołowi na tę wiwisekcję. Ten jednak od razu odpowiada, wyznając jednocześnie wiarę: „Pan mój i Bóg mój!” (zob. J 20,24–29).

    Misja Tomasza Apostoła

    Według tradycji moc wiary, która zrodziła się w Wieczerniku i została wzmocniona zesłaniem Ducha Świętego, zaprowadziła Tomasza bardzo daleko, bo najpierw do Mezopotamii, a potem aż do Indii.

    Kiedy w XVI w. dotarli na ten subkontynent portugalscy misjonarze, ze zdziwieniem odkryli, że są tam już chrześcijanie. Rodowici Hindusi, wierzący w Chrystusa, powoływali się na tradycję wywodzącą się właśnie od św. Tomasza Apostoła.

    Z jego misją na tamtym terenie związana jest piękna legenda o budowie pałacu króla Gudnafara. Jako że Tomasz był z zawodu cieślą i budowniczym, król zlecił mu budowę pałacu. Sam odjechał i tylko co jakiś czas przesyłał potrzebne materiały, kruszce i klejnoty. Jakie było jego zdziwienie, kiedy w wyznaczonym czasie przyjechał i okazało się, że na placu budowy nic nie ma!

    Wtedy apostoł odparł, że zbudował władcy pałac, ale żeby go ujrzeć, król musi przejść do innego świata. Tomasz bowiem wybrał bardzo nowatorski sposób budowy, mianowicie rozdał otrzymywane bogactwa potrzebującym, dodając do tego Boże słowo i często uzdrowienie od siebie.

    Gudnafar oczywiście wpadł we wściekłość i kazał uwięzić Judejczyka. W tym samym czasie zmarł brat królewski, Gad. Kiedy przyszedł do nieba, zobaczył tam cudownej urody pałac, a aniołowie mu powiedzieli, że rzeczywiście należy on do Gudnafara i stanowią go dawane przez niego jałmużny. Gad wrócił więc we śnie do brata i poprosił, czy nie mógłby dostać od niego tej nieziemskiej (dosłownie i w przenośni) posiadłości. Sen ten przekonał króla o prawdomówności Tomasza oraz o prawdzie głoszonej przez niego Ewangelii.

    Męczeństwo

    Zgodnie z legendami apostoł zginął ok. 72 r. w Ramapuram. Najpierw go torturowano, a potem przebito włóczniami. Z jego świadectwa i krwi narodził się Kościół malabarski. Do XVI w. chrześcijanie św. Tomasza mieli kontakt jedynie z Kościołami wschodnimi i nie brali udziału w sporach, jakie dzieliły chrześcijaństwo w basenie Morza Śródziemnego.

    Ich wiara karmiła się otrzymaną Ewangelią, sprawowaniem kultu, podtrzymywali sukcesję apostolską i wypracowali własne tradycje pobożnościowe. Doświadczali prześladowań, stanowiąc w indyjskim społeczeństwie jedynie drobną jego cząstkę o wyraźnie odmiennych normach postępowania. Jak na wspólnotę założoną przez apostoła o przydomku „Niewierny” okazywali i nadal okazują wyjątkową żywotność wiary.

    Elżbieta Wiater  /Aleteia.pl

    *****************

    Jezus miał pięć ran, a jednak wskazał św. Tomaszowi tę pod swoim Sercem

    ŚWIĘTY TOMASZ APOSTOŁ
    fr. Lawrence Lew OP/flickr

    ***

    Życiorys św. Tomasza Apostoła imponuje: trzy lata z Jezusem, osiem wzmianek w czterech Ewangeliach, jedna w Dziejach Apostolskich, liczne apokryfy i zainteresowanie pierwszych historyków Kościoła. Jeszcze przekaz, że dotarł do Indii zanim zrobił to Vasco da Gama. A jednak większość z nas pamięta z jego życiorysu tylko tę scenę, w której wkłada rękę w bok Jezusa. Skąd się wzięło Tomaszowe pragnienie? I czy można pójść w jego ślady?

    Podobno gdy w 1517 r. portugalscy żeglarze zeszli na ląd, dowiedzieli się, że mieszkają tam chrześcijanie, którzy poznanie Chrystusa zawdzięczają apostołowi Tomaszowi. Pokazano im nawet jego grób. Szósty z dwunastu – patrząc na kolejność zapisaną przez św. Mateusza – miał głosić Dobrą Nowinę najpierw Partom, czyli mieszkańcom terenów dzisiejszego Iranu, a potem Hindusom, za co zapłacił życiem. Jego męczeńska śmierć odnotowana jest w Martyrologium Rzymskim, a jako miejsce pochówku wskazano Mailapur, dzisiejsze przedmieścia Madrasu.

    „I nie bądź niedowiarkiem…”

    A jednak apostolskie sukcesy Tomasza mniej się przebiły do powszechnej świadomości, niż pamiętna scena z Wieczernika, gdy Jezus wszedł do środka mimo zamkniętych na wszystkie spusty drzwi. I chociaż kilka dni wcześniej w rozmowie z innymi apostołami nie brał fizycznie udziału, od razu po przywitaniu nawiązał do Tomaszowego pragnienia włożenia ręki w rany po gwoździach.

    Tomasz włożył rękę pod Serce Boga… W to samo miejsce, które dziesięć dni wcześniej rozpruła żołnierska włócznia i z którego wypłynęła krew i woda. Nie wiemy, czy propozycję Jezusa przyjął z wahaniem. Św. Jan zanotował tylko Tomaszową odpowiedź: Pan mój i Bóg mój! I to wszystko.

    Każdego roku, gdy przygotowujemy się do świąt Wielkiej Nocy, jesteśmy w takiej samej sytuacji jak Tomasz. W czasie Triduum – od Wielkiego Czwartku do Soboty – przeżywamy dni wielkiej obecności i… nieobecności Jezusa. Najpierw tajemnicę ustanowienia Eucharystii i kapłaństwa, potem uwięzienie Pana, które wciąga nas w przepastną noc ciemnicy. Wielki Piątek, po straszliwej Męce, zostawia nas nagle samych, jakby na środku drogi. Zapada cisza, która gęstnieje. Mrok, w którym nie ma Światła. W Wielką Sobotę, gdy już Go nie ma, bo umarł i leży w grobie, serce nabrzmiewa od strachu, oczekiwanie zadaje ból wręcz fizyczny. Wróci? Przyjdzie? Czy dobrze to wszystko zrozumieliśmy?

    Ukryty Bóg

    Te same pytania musiał zadawać sobie Tomasz. Był przecież w grupie apostołów, która uciekła. Wiedział, że Pana torturowano i zabito. Wiedział, że złożono Go w grobie, a przy kamieniu postawiono straże. Ale co się działo za wielkim kamieniem? Tego Tomasz nie rozumiał. „Wielka Sobota jest dniem ukrycia Boga” – mówił papież Benedykt XVI w 2010 r. Tomasz tego ukrycia doświadczył. Po tym, gdy „zasłona przybytku rozdarła się na dwoje z góry na dół; ziemia zadrżała i skały zaczęły pękać, groby się otworzyły”, a świat ogarnęła ciemność, chmura zwątpienia zasłoniła i jego serce. Zwątpił, bo nie rozumiał, a wiara wymaga uznania, że nie wszystko zrozumiemy. Jej istnienie zaczyna się tam, gdzie argumenty rozumowe się kończą.

    Ale nie był jedyny. Przez kolejne wieki stają wobec tajemnicy śmierci i zmartwychwstania Jezusa całe rzesze nowych Tomaszów. Cisza i ciemność „ukrycia Boga” dotykają serc coraz większej rzeszy ludzi i to, czego im brakuje, to bycie Tomaszem do końca, czyli uczciwe postawienie sprawy wobec Jezusa. On jest tym, któremu śmiało możemy powiedzieć: Nie wierzę. Nie wierzę, dopóki mi nie pokażeszNiewiara jest dobrym początkiem naprawy swojego życia, pod warunkiem, że jest uczciwa, nie zamieniona w pogardę i hardy gniew wobec Stwórcy. Tu też działają proste zasady. Nie wiesz? Spytaj. Nie rozumiesz? Spytaj jeszcze raz. Nie wierzysz, że umarł, zmartwychwstał i wciąż troszczy się o ciebie i świat? Powiedz Mu o tym.

    Pójdź na pustą łąkę i wykrzycz: Nie wierzę! Nie rozumiem! Gdzie jesteś?!Przedrzyj się przez nagłówki współczesnych mediów, które wieszczą, że Bóg o nas zapomniał. Żyjemy w świecie, który najpierw wepchnął Boga na krzyż, potem zamknął w grobie, a teraz krzyczy, że to On nas opuścił i przestał się interesować naszym losem. Pomyśl o apostole Tomaszu, który włożył rękę pod samo Serce Boga. To nie było bluźnierstwo, to nie była profanacja. Jezus miał pięć ran, a jednak sam zaproponował mu tę pod Sercem…

    W Jego Sercu jest miejsce dla wszystkich Tomaszów, jacy kiedykolwiek przyszli na świat. Dla ciebie też.

    Agnieszka Bugała/Aleteia24.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 lipca

    Najświętsza Maryja Panna Kodeńska, Matka jedności

    Dzisiejszego dnia wspominamy również:
      świętego Bernardyna Realino, prezbitera,
      Najświętszą Maryję Pannę Tuchowską,
      Najświętszą Maryję Pannę Licheńską
    ***



     
    W Kodniu nad Bugiem (północno-wschodnia część województwa lubelskiego) znajduje się sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Kodeńskiej, Matki jedności. Opiekują się nim obecnie misjonarze oblaci Maryi Niepokalanej.
    W głównym ołtarzu kościoła znajduje się cudowny obraz Matki Bożej, który według tradycji został namalowany w VI w. przez św. Augustyna z Canterbury na prośbę papieża Grzegorza I jako kopia rzeźby Matki Bożej, która znajdowała się w jego prywatnej kaplicy. Papież postanowił podarować rzeźbę Leanderowi, arcybiskupowi Sewilli, który umieścił ją w sanktuarium w Guadalupe w Hiszpanii. Obraz natomiast pozostał w papieskiej kaplicy aż do czasów papieża Urbana VIII, gdy w 1630 roku miał go wykraść z Rzymu książę Mikołaj Sapieha, zwany Pobożnym. Skradziony obraz umieścił w kościele św. Anny w Kodniu, gdzie znajduje się do dziś.
    Te informacje nie znajdują jednak potwierdzenia w źródłach historycznych. Obraz został prawdopodobnie zakupiony w Hiszpanii przez Mikołaja Sapiehę podczas pielgrzymki. Wskazuje na to styl, typowy dla malarstwa hiszpańskiego XVII w.
    Obraz został ukoronowany 15 sierpnia 1723 roku przez biskupa łuckiego Stefana Rupniewskiego jako trzeci z kolei obraz Matki Bożej na prawie papieskim na ziemiach Rzeczypospolitej (po obrazie Matki Bożej Częstochowskiej i Matki Bożej Trockiej). W kwietniu 1875 r. kościół w Kodniu trafił w ręce prawosławnych, co sprawiło, że od sierpnia 1875 do września 1927 r. obraz znajdował się na Jasnej Górze, skąd przez Warszawę wrócił w dniach 3-4 września 1927 r. do Kodnia. W 1973 roku Paweł VI nadał świątyni w Kodniu tytuł bazyliki mniejszej. Rocznie pielgrzymuje tutaj ponad 200 tys. pielgrzymów.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________

    Obraz Matki Bożej Kodeńskiej: ukradziony papieżowi, a dziś słynący łaskami

    MATKA BOŻA KODEŃSKA
    Wikipedia/Domena publiczna

    ***

    2 lipca liturgia Kościoła wspomina Najświętszą Maryję Pannę Kodeńską. Historia tego wizerunku jest niezwykła. Było w niej i uzdrowienie polskiego magnata, i ekskomunika…

    Historia wizerunku NMP Kodeńskiej

    Historycy nie są pewni, kiedy dokładnie powstał wizerunek maryjny, otaczany dzisiaj w Kodniu czcią nie tylko przez wiernych Kościoła rzymskokatolickiego, ale również przez grekokatolików i prawosławnych. Najprawdopodobniej jego korzenie tkwią jeszcze w I tysiącleciu chrześcijaństwa.

    Według rozpowszechnionej hipotezy ten wizerunek Maryi pochodzi od rzeźby znajdującej się pierwotnie w Konstantynopolu. Przedstawiała ona Bogurodzicę w szatach królewskich, z Dzieciątkiem Jezus na lewej ręce i berłem w prawej dłoni. Ujrzał ją mnich benedyktyński, późniejszy papież Grzegorz Wielki (znany m.in. jako twórca liturgii rzymskiej), pełniący wówczas funkcję posła na dworze cesarskim.

    Gdy został papieżem, postanowił sprowadzić figurę do Rzymu, gdzie zaczęto nazywać ją Matką Bożą Gregoriańską. Niedługo potem papież podarował ją jednemu z biskupów. Figura trafiła do opactwa benedyktyńskiego na Półwyspie Iberyjskim. To właśnie stamtąd wywodzi się jej drugi tytuł – Matka Boża z Guadalupe (nie należy go mylić z wizerunkiem Matki Bożej z Meksyku, pochodzącym z XVI w.).

    Przed wyjazdem figury do Hiszpanii miał na jej podstawie powstać obraz, namalowany przez mnicha Augustyna, późniejszego arcybiskupa Canterbury. Do XVII w. znajdował się w prywatnej kaplicy papieskiej w Watykanie. Jednak nie ma stuprocentowej pewności, czy nie była to wierna kopia wizerunku stworzonego przez Augustyna pod koniec VI w.

    Ale to jeszcze nie koniec naszej historii. Jak bowiem obraz znalazł się w Polsce?

    MATKA BOŻA KODEŃSKA

    Watykański skok księcia Sapiehy

    W 1631 r. Wieczne Miasto odwiedził właściciel podlaskiego miasta Kodeń, książę Mikołaj Sapieha. Intencją pielgrzymki było wyleczenie z ciężkiej choroby – postępującego paraliżu.

    Papież Urban VIII zaprosił magnata na mszę do swojej kaplicy. Już w trakcie Eucharystii Sapieha został uzdrowiony. Tego samego wieczoru zapragnął przywieźć obraz na rodzinne Podlasie, do budowanego w Kodniu kościoła, jednak papież odmówił przekazania wizerunku.

    Książę miał nie dać za wygraną. Dużą sumą pieniędzy przekupił papieskiego zakrystiana i w nocy, wraz ze swoim orszakiem dokonał zwyczajnej kradzieży obrazu. I rzucił się do ucieczki.

    Oburzony papież, który rankiem zobaczył w ołtarzu puste ramy po obrazie, zarządził pościg za złodziejami. Sapieha okazał się szybszy. W Polsce, z powodu wciąż trwającej budowy świątyni w Kodniu, obraz trafił najpierw na zamek magnata.

    Urban VIII ogłosił ekskomunikę polskiego księcia za zuchwałe świętokradztwo. Po kilku latach Sapieha udał się jednak z pielgrzymką pokutną do Rzymu (podobno aby zyskać względy papieża na sejmie sprzeciwił się planowanemu małżeństwu króla Władysława IV Wazy z anglikańską księżną Elżbietą, siostrzenicą Karola I Stuarta).

    Papież zdjął karę kościelną z magnata i co więcej… zgodził się na pozostawienie obrazu w Kodniu. Jako wotum dziękczynne za uzdrowienie i powrót do jedności z Kościołem Sapieha wraz z małżonką Anną ufundował wizerunkowi złotą koronę, berło oraz imitację słońca, księżyca i gwiazd.

    Gdy wreszcie kodeński kościół pod wezwaniem świętej Anny został wybudowany, magnat umieścił w nim również przywiezione z Rzymu już w „normalnym” trybie relikwie – m.in. fragmenty czaszki św. Feliksa, papieża i męczennika z II w. Przez wieki przy obrazie i relikwiach miały miejsce liczne uzdrowienia i nawrócenia.

    Matka, która jednoczy

    Po koronacji obrazu w XVIII w. kult Matki Bożej Kodeńskiej rozwijał się dynamicznie na wschodnich obszarach Rzeczpospolitej, niewolnych od sporów religijnych. Do wizerunku Bogurodzicy, mimo różnic i konfliktów pielgrzymowali wszyscy: Polacy, Litwini oraz Rusini, wierni rzymskokatoliccy, grekokatolicy i prawosławni.

    Tego wspólnego szacunku nie zniszczyły nawet ciężkie okoliczności po powstaniu styczniowym, kiedy władze carskie zadecydowały o przewiezieniu obrazu na Jasną Górę i przejściowym zamienieniu kościoła św. Anny na cerkiew prawosławną.

    Obraz powrócił do Kodnia już w czasach Polski międzywojennej, w 1927 r. W latach 70. XX w. Paweł VI nadał kościołowi tytuł bazyliki mniejszej. Jan Paweł II zatwierdził z kolei tytuł Matki Bożej Kodeńskiej jako Matki Jedności.

    Burzliwe losy obrazu Matki Bożej Kodeńskiej ilustrują, jak kręte i skomplikowane drogi prowadzić mogą do pojednania ludzi z Bogiem i pomiędzy sobą.

    Łukasz Kobeszko/Aleteia.pl

    __________________________________________________________________________

    Niezwykła historia obrazu Matki Bożej Kodeńskiej

    Zrządzeniem Bożej Opatrzności w kilku oblackich klasztorach można odczuć szczególną łączność z dziejami dawnej Rzeczypospolitej. Jednym z nich jest Kodeń nad Bugiem.

    W XVI w. siedzibę rodową założyli tam wywodzący się ze Smoleńszczyzny Sapiehowie herbu Lis, a ich potomkowie zyskali miano „linii kodeńskiej”, w odróżnieniu od „linii czerejskiej” (później „różańskiej” – od dawnych miast Czereja oraz Różana na dzisiejszej Białorusi). Wywodząca się z linii kodeńskiej gałąź krasiczyńska (od Krasiczyna na Podkarpaciu) wydała m.in. abp krakowskiego, kard. Adama Stefana Sapiehę.

    Królowa Podlasia

    W pierwszej połowie XVII w. Mikołaj Pius Sapieha sprowadził do Kodnia przepiękny obraz Marki Bożej, czczony do dzisiaj pod zaszczytnym tytułem Królowej Podlasia. Sto lat później Jan Fryderyk Sapieha uzyskał zgodę na koronację tego wizerunku Maryi. Uroczystość odbyła się 15 sierpnia 1723 r., zaledwie sześć lat po pamiętnej koronacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej. Nie spodziewano się wówczas, że obraz kodeński pewnego dnia będzie musiał szukać schronienia w jasnogórskim sanktuarium. Na razie Jan Fryderyk był zatroskany o rozwój czci dla Matki Bożej Kodeńskiej. W opublikowanym w 1721 r. dziele „Monumenta Antiquitatum Marianarium” opisał niezwykłe dzieje swego krewnego z minionego stulecia, Mikołaja Piusa. Wedle owej sensacyjnej relacji, Mikołaj Sapieha miał udać się z pielgrzymką do Rzymu, aby prosić świętych Apostołów Piotra i Pawła o łaskę uzdrowienia z ciężkiej choroby. W czasie Mszy św. sprawowanej w prywatnej kaplicy przez papieża Urbana VIII uzdrowienia rzeczywiście dostąpił. Urzeczony pięknem obrazu Matki Bożej, zdobiącego papieską kaplicę, prosił o możliwość przewiezienia go w rodzinne strony, a po otrzymaniu odmownej odpowiedzi Ojca Św., obraz wykradł i potajemnie przewiózł do Kodnia.

    Początek sanktuarium

    Po tym wydarzeniu nastąpiła jeszcze papieska ekskomunika, a następnie ułaskawienie w uznaniu zasług dla Kościoła katolickiego w czasie burzliwych sporów toczonych w Polsce z protestantami. Trudno się oprzeć wizji tak fantastycznych przygód, którą za Janem Fryderykiem Sapiehą spopularyzowała Zofia Kossak-Szczucka w świetnej skądinąd powieści pt. „Błogosławiona wina”. Chociaż historycy nie znajdują stosownych dokumentów na potwierdzenie tej wersji wydarzeń, jedno nie ulega wątpliwości: Mikołaj Pius Sapieha naprawdę sprowadził do Kodnia piękny obraz Matki Bożej i dał początek sanktuarium, które odtąd zaczęły nawiedzać rzesze wiernych, zdążających do kodeńskiego tronu Maryi z Podlasia, Polesia i całej Rzeczypospolitej.

    Jasna Góra i Kodeń

    Pielgrzymi znajdowali tu pociechę w smutnych czasach niewoli. Nawet tego było za wiele rosyjskiemu zaborcy, więc w 1875 r. carska administracja nakazała usunięcie z Kodnia obrazu Matki Bożej Kodeńskiej i przewiezienie go do Częstochowy. Na Jasnej Górze obraz był przechowywany do 1926 r. Jak wykazał to niedawno o. Leonard Głowacki OMI, m.in. po przebadaniu jasnogórskiego archiwum, ojcowie paulini nie potraktowali kodeńskiego obrazu jako zwykłego depozytu, lecz – świadomi jego znaczenia religijnego – umieścili ze czcią w bocznej kaplicy jasnogórskiej bazyliki i po 1875 r. uczynili wiele dla podtrzymania i rozwoju nabożeństwa do Królowej Podlasia. W czasie nieludzkich prześladowań, jakie spadły ziemie zaboru rosyjskiego w drugiej połowie XIX w., Matka Boża Kodeńska, czczona na Jasnej Górze, nieustannie odradzała w sercach ludzkich ufność do swego Syna oraz nadzieję na odmianę losu. To niezwykłe połączenie dziejów Jasnej Góry i sanktuarium kodeńskiego jest równie, albo nawet bardziej fascynujące niż opowieści Jana Fryderyka Sapiehy o rzekomym wykradzeniu obrazu z rzymskiej kaplicy.

    Represje wobec katolików

    Wywiezienie obrazu Matki Bożej z Kodnia było jedną z wielu form represji zastosowanych przez Rosjan wobec katolików po powstaniu styczniowym. Kodeń, jak wiele innych miasteczek Królestwa Polskiego, stracił prawa miejskie, kościoły zamieniano na cerkwie prawosławne, systematycznie wyniszczano wspólnoty unitów, zlikwidowano diecezję janowską czyli podlaską, wcielając ją bez oglądania się na zgodę papieża do diecezji lubelskiej. Sapiehowie rozstali się z Kodniem znacznie wcześniej. Po śmierci Kazimierza Nestora Sapiehy w 1798 r., sapieżyńskie dobra rodowe w Kodniu i okolicy przeszły w ręce dalszych spadkobierców i utraciły bezpośredni związek z możnym rodem. Dopiero odzyskanie przez Polskę niepodległości w 1918 r. dało nadzieję na uleczenie głębokich ran zadanych mieszkańcom Podlasia i Polesia przez carską administrację oraz podtrzymanie sapieżyńskich tradycji, z których najważniejsza dotyczyła szczególnego umiłowania Matki Bożej Kodeńskiej.

    Powrót obrazu do Kodnia

    Jeszcze w 1918 r. Ojciec Święty Benedykt XV zdecydował o odbudowie struktur diecezji janowskiej czyli podlaskiej, zwanej od 1925 r. diecezją siedlecką. W swym pierwszym liście pasterskim bp Henryk Przeździecki nawiązał do przemocy zaborców, którzy wywieźli z terenu diecezji m.in. obraz Matki Bożej Kodeńskiej. Prosił: „dopomóż, błagam, abym Twe święte wizerunki na dawnych miejscach mógł umieścić, a Ty, Matko, byś dawnemi łaskami wśród nas napowrót zajaśniała”. Pragnienie biskupa spełniło się w latach 1926–1927. Obraz kodeński przewieziono najpierw z Jasnej Góry do Warszawy i poddano gruntownej konserwacji. Przed obrazem tym, umieszczonym na pewien czas w Zamku Królewskim, birety kardynalskie odebrali nuncjusz apostolski w Polsce, Lorenzo Lauri oraz prymas August Hlond. Ostatni etap drogi powrotnej obrazu do Kodnia przybrał charakter pielgrzymki. Biskup Przeździecki towarzyszył wizerunkowi Maryi na całej trasie z Siedlec do Kodnia, idąc pieszo wraz z rzeszami wiernych. U swego boku miał misjonarzy oblatów, których zaprosił do przejęcia troski o sanktuarium i parafię kodeńską. Dokonało się to oficjalnie 4 września 1927 r., w dzień powrotu obrazu Matki Bożej Kodeńskiej na swe dawne miejsce w kościele (dziś bazylice) św. Anny w Kodniu, po 52 latach wygnania.

    Przyjmując zaproszenie biskupa siedleckiego do podjęcia pracy w Kodniu oblaci mieli poczucie, iż zaledwie siedem lat po utworzeniu pierwszej wspólnoty Polskiej Prowincji, kolejny raz dane im będzie w pełni urzeczywistnić oblacki charyzmat. Wzorem św. Eugeniusza de Mazenoda mieli poświęcić swe siły i zdolności dla odbudowy struktur Kościoła, zniszczonych przez okrucieństwo rosyjskiego zaborcy.

    o.Paweł Zając OMI /zdjęcia:Koden.com.pl/MISYJNE DROGI

    _________________________________________________________________

    Ślady Boga nad Bugiem – NMP Kodeńskiej

    Ślady Boga nad Bugiem - NMP Kodeńskiej
    NMP Kodeńska

    ***

    Sanktuarium Matki Bożej Jedności, Królowej Podlasia w Kodniu.

    Po przejechaniu ponad 500 km bez błądzenia, na ostatnim odcinku, szczęśliwym trafem, pomyliliśmy drogę. Szczęśliwym, bo dojeżdżając do Kodnia od strony Tucznej, można zobaczyć bazylikę św. Anny już z daleka. Choć znużeni podróżą, odzyskujemy siły. Przygotowujemy się na spotkanie z Matką Bożą Jedności w cudownym obrazie, ukradzionym kiedyś z Rzymu. Ojcowie Oblaci Maryi Niepokalanej prowadzą w Kodniu dom pielgrzyma.

    Godzina nie wystarczy
    — Specyfiką tego miejsca jest moim zdaniem to, iż nikt nie przybywa tu po drodze, przypadkiem — mówi proboszcz parafii św. Anny i kustosz sanktuarium Matki Bożej Jedności w Kodniu o. Stanisław Wódz. — Tu trzeba się wybrać, chcieć zobaczyć sanktuarium, bo przez Kodeń nie prowadzą dziś żadne szlaki. Mimo to, co roku odwiedza nas spora grupa pielgrzymów. Zapewne przyciąga ich tajemnica obrazu i jego nietypowa historia, ale na pewno również nienaruszona dzikość krajobrazu.

    Myli się, kto zamierza zwiedzić to miejsce nie zatrzymując się na dłużej. Proboszcz opowiada o ludziach, którzy podróżowali na Białoruś i zajrzeli do Kodnia wiedzeni ciekawością. Kiedy dowiedział się, że mają tylko godzinę, zapytał po prostu: „Po coście w ogóle skręcali?”.

    To tereny ludzi wschodu
    Dla nich czas płynie wciąż jeszcze inaczej, powoli, bez przymusu. Zapytani o drogę, mogą przez kwadrans opowiadać nie tylko o tym, jak dojechać do celu, ale także o ludziach, którzy wcześniej w tym miejscu pobłądzili, o stanie nawierzchni dróg, o okolicznych odpustach, a nawet o tym, że córka wychodzi jesienią za mąż, a jej narzeczony pochodzi z wioski, przez którą będziemy przejeżdżać.

    Niestety, dokonujące się w Polsce przemiany dotknęły te tereny chyba najboleśniej. Pozamykano PGR-y, a ludzie zostali bez pracy. Dziś w Kodniu, gminie liczącej około 5 tys. mieszkańców, niewiele osób ma pracę. Oblaci stali się więc ważnym pracodawcą — w sezonie zatrudniają około 20 osób — przewodników, recepcjonistów, pracownice kawiarenki, sprzątaczki…

    — Mamy fajną pracę, spotykamy się z ludźmi z całej Polski — mówi pani Teresa. — Oblaci płacą ubezpieczenie i składkę na ZUS. Wszystkie jesteśmy bardzo zadowolone, bo o pracę u nas ciężko.

    — Wciąż nie mogę przekonać parafian do zarabiania na pielgrzymach, nie mogą tego zrozumieć — skarży się ojciec proboszcz. — Proponowałem, by przygotowali bryczki i wozili pielgrzymów do letniej rezydencji Sapiehów, ale mnie wyśmiali. Powoli jednak ich przekonam. Już dwie rodziny zajęły się produkowaniem pamiątek i dewocjonaliów.

    Od 1999 roku w Kodniu istnieje Muzeum Misyjne i Ornitologiczne. Przewodnik Alina Hordyjewicz, emerytowana nauczycielka, bardzo lubi opowiadać o jego skarbach. Gdy tylko dojrzy swymi piwnymi oczami spod szkieł okularów zainteresowanego słuchacza, przestaje zwracać uwagę na czas. Opowiada o o. Kazimierzu Kozickim, który jeszcze niedawno przemierzał bezkresne pola wokół sanktuarium w śmiesznej czapeczce na głowie i zbierał gniazda i jaja ptaków. Wspomina historie, jakie usłyszała od misjonarzy. Jeden przekazał do muzeum komplet łyżeczek ozdobionych herbami portowych miast. Łyżeczki te zbierał pewien marynarz z zamiarem ofiarowania narzeczonej w dniu ślubu. Niestety, dziewczyna utonęła, a marynarz również chciał popełnić samobójstwo. Spotkał jednak na swej drodze owego misjonarza i po długiej, serdecznej rozmowie odstąpił od tego zamiaru. W dowód wdzięczności przekazał oblatowi pieczołowicie zbierane łyżeczki.

    W muzeum są też skóry pytonów, murzyńskie stroje i maski, naczynia i najprzeróżniejsze pamiątki z całego niemal świata. A pani Alina o każdym przedmiocie może opowiedzieć barwną historię. Na Madagaskarze na przykład, jak opowiadał pewien misjonarz, są dwie tylko pory roku — jedna kiedy pada i druga, kiedy leje…

    Papież rzucił klątwę
    Legendę dotyczącą cudownego obrazu Matki Bożej Jedności opisała Zofia Kossak w powieści „Błogosławiona wina”. Czy ta wersja wydarzeń jest prawdziwa, czy nie — dziś nikt nie jest w stanie powiedzieć. Jedno jest pewne: obraz przywiózł z Rzymu do Kodnia Mikołaj Sapieha, a ówczesnemu papieżowi Urbanowi VIII nie spodobało się to tak bardzo, że rzucił klątwę na Mikołaja. Dopiero po trzech latach Urban VIII zdjął klątwę i odstąpił od żądania zwrotu obrazu do Rzymu.

    Kolejne wieki historii obrazu również obfitują w wydarzenia niezwykłe i niewytłumaczalne. Ziemia podlaska była wszak sceną niejednej wojny, a najazdy, zniszczenia, rabunki i pożary nie omijały również Kodnia i sanktuarium. Obraz jednak ocalał nienaruszony. Nawet wtedy, kiedy w 1875 roku Rosjanie plądrowali Kodeń, wywozili lub palili obrazy z kościoła, niespodzianie i nie wiadomo dlaczego przyszedł nagle rozkaz od cara, aby obraz Matki Bożej przewieźć na Jasną Górę. Na swoje miejsce powrócił dopiero w 1927 roku wraz z przybyciem oblatów…

    — Cuda? Największe są wtedy, gdy ktoś przeżyje duchowe uzdrowienie, jak spowiada się na przykład z całego życia po dwudziestu, trzydziestu czy czterdziestu latach — o. Stanisław zamyślił się i dodał — zdarzają się i inne cuda, ale nikt tego nie bada, ani nie zapisuje…

    Oblackie uroczysko
    Plany ojców oblatów są imponujące. Zamierzają stworzyć przy sanktuarium ośrodek sportowo-rekreacyjny z polem namiotowym, amfiteatrem, boiskami do piłki nożnej i tenisa. Może uda się również zorganizować spływ łodziami po Bugu. Niedawno odzyskano ziemię, zagarniętą po II wojnie światowej, a o. Wódz już ma pomysł, jak ją zagospodarować.

    — „Uroczysko oblackie” — tak się będzie nazywało to miejsce — wyjaśnia. — To kilka kilometrów stąd. Jest tam las, duża polana i bobrowe żeremie.

    Warunki do modlitwy i wypoczynku są w okolicach Kodnia rzeczywiście wyjątkowe. Rozległe tereny nad Bugiem pozwalają spacerować do woli.

    Ojcowie Oblaci Maryi Niepokalanej są w Kodniu od 1927 roku. Dzięki ich staraniom powstała tu kalwaria ze stacjami Drogi Krzyżowej oplatająca zabytkowy kościół Świętego Ducha i ruiny zamku Sapiehów, ale przede wszystkim stworzyli oni zaplecze dla pielgrzymów: dom pielgrzyma, kawiarenkę z kuchnią, wydającą posiłki oraz Muzeum Misyjne i Ornitologiczne. W pobliskich Kostomłotach można obejrzeć jedyny w Polsce kościół parafialny neounitów pw. św. Nikity, w nieodległej Jabłecznej — prawosławny monastyr św. Onufrego Pustelnika z bogatym ikonostasem, w Pratulinie można zadumać się nad historią tych terenów przy grobach męczenników unickich, których Jan Paweł II ogłosił błogosławionymi podczas ostatniej pielgrzymki do Polski.

    Mirosław Rzepka/wiara.pl/tekst z 2001 roku

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 lipca

    Matka Boża Królowa Tatr. Orędowniczka górali i turystów 

    Przed laty 14-letniej dziewczynce w Tatrach ukazała się Matka Boża. I choć sekret zdradziła tylko jednej osobie, dziś miejsce to jest znane wszystkim turystom i mieszkańcom Podhala. 2 lipca obchodzimy uroczystość Matki Bożej Królowej Tatr.

    Był rok 1860. Albo 1861. Wynajęta przez bogatszego gospodarza do pasania jego owiec na Polanie Rusinowej 14-letnia dziewczynka, Marysia Murzańska jest przerażona – powierzone jej stado zniknęło, a zaczęło się zmierzchać i w górach nagle zapanowała mgła. Gdy tak chodziła, płakała i szukała, ciągle modliła się na Różańcu. W pewnym momencie przy jednym ze smereków widzi wielką światłość a w niej Matkę Bożą, która zapewnia ją, że owieczki się znajdą, ale prosi, by Marysia szybko opuściła to miejsce, bo grozi jej tu duchowe niebezpieczeństwo. Chce również, by dziewczynka przekazała ludziom by lepiej dbali o swoją modlitwę, pokutowali za grzechy i nawracali się.

    Rzeczywiście, po chwili stado się odnajduje, a Marysia posłusznie schodzi z gór.
    O swoim niezwykłym spotkaniu nie rozpowiada wszystkim. Pod obowiązkiem dochowania tajemnicy opowieść przekazuje tylko jednemu pasterzowi, który zresztą później umieszcza w miejscu spotkania Marysi z Matką Bożą – Jej obrazek. Wiadomość o prywatnym objawieniu szerzy się dopiero po śmierci Marysi.
    To są właśnie początki niezwykłej kaplicy, którą mijają wszyscy turyści wspinający się na Rusinową Polanę, aby podziwiać panoramę Tatr Wysokich.

    Na smereku wskazanym jako miejsce objawienia niepozorny obrazek Matki Bożej wisiał dość długo, bowiem początkowo proboszcz, któremu podlegało to miejsce był sceptycznie nastawiony do opowieści małej pasterki. Okoliczna ludność jednak, już po śmierci dziewczynki, regularnie odwiedzała to miejsce, prosząc Matkę Bożą o opiekę, o pomoc. W pewnym momencie proboszcz zmienia zdanie i z przeciwnika staje się gorliwym obrońcą niezwykłego charakteru tego miejsca. Zleca wybudowanie kapliczki i wyrzeźbienie do niej figurki, którą zawieszają na drzewie wskazanym przez pasterza, który rozmawiał z Marysią Murzańską.
    W pierwszych latach znali to miejsce i przychodzili na modlitwę tylko okoliczni pasterze i robotnicy leśni. Kult rozszerza się w pierwszych latach XX w. W latach ’30 wielkim zwolennikiem i promotorem tego miejsca stał się proboszcz z Bukowiny Tatrzańskiej, który początkowo był wrogo nastawiony. Za jego staraniem powstała tam najpierw większa nadrzewna kapliczka, a potem już prowizoryczna kapliczka naziemna. Wprawdzie ta wątła konstrukcja była raz za razem niszczona przez wiatr halny lub pożar, jednak wciąż ją odbudowywano, za każdym razem większą, solidniejszą i piękniejszą. W 1932 r. odprawiono tam po raz pierwszy mszę świętą.

    Wielki rozkwit następuję jednak w latach 50., gdy Wiktorówki rozbudowują się znacznie: najpierw poszerzana jest szopa, potem dobudowane do niej krużganki, następnie zakrystia. Tak powstaje najwyżej położone w Polsce sanktuarium Maryjne – to aż 1150 m. nad poziomem morza.

    Najpierw przez rok duszpasterstwo prowadzą tu ojcowie marianie, ale gdy rezygnują w 1958 r. biskup krakowski Karol Wojtyła powierza opiekę nad tym miejscem krakowskim dominikanom. Tak z Wiktorówkami związuje się historyk Kościoła, o. Paweł Kielar OP, który każdą wolną chwilę poświęca, aby tu przybywać: służyć jako spowiednik, odprawiać Msze św., głosić kazania.

    Wiktorówki początkowo działają sezonowo, głównie w okresie letnim. Chodziło o wsparcie opieką duszpasterską wędrujących po Tatrach turystów, ale również służyć miejscowym góralom, którzy opieki Matki Bożej Jaworzyńskiej, jak nazwali Maryję ukazującą się pasterce, przyzywają we wszystkich swoich potrzebach. W 1971 r., gdy umiera o. Kielar opiekę nad Wiktorówkami przejmuje pochodzący z gór o. Leonard Węgrzyniak OP, który – pomimo trudnych warunków bytowych w 1974 r. osiada tu na stałe. Zamieszkuje w piwnicy pod kaplicą, bez bieżącej wody i prądu.
    To on wymyśla, aby na Wiktorówkach oprócz wsparcia duchowego turyści otrzymywali też wsparcie ciała – uruchamia funkcjonującą do dziś „instytucję” gorącej herbaty dla każdego wędrowca, który dotrze aż tutaj.

    Nieraz korzysta z niej oddany czciciel Królowej Tatr biskup Karol Wojtyła. W 1961 r. oficjalnie wizytuje to miejsce jako biskup, a ostatni raz jest tu prawdopodobnie tuż przed wyborem na Stolicę Piotrową w 1978 r. Podczas pielgrzymki w 1997 r. miał przybyć do sanktuarium z prywatną wizytą, ale kiedy papieski śmigłowiec przyleciał nad Rusinową Polanę, było tam już tyle ludzi, że nie dało się bezpiecznie wylądować. Pobłogosławił zebranych i poleciał dalej. Natomiast o. Leonard wielokrotnie organizował pielgrzymki do Rzymu i za każdym razem były to niesłychanie serdeczne spotkania Papieża z góralami.

    Od 1981 roku o. Węgrzyniak przebywa w sanktuarium cały rok, gdzie oprócz nieustannego rozbudowywania i cywilizowania tego miejsca posługuje także jako ratownik TOPR (wtedy jeszcze GOPR). To z jego inicjatywy przy sanktuarium powstaje dyżurka górskiego Pogotowia.
    On też był głównym promotorem koronacji figurki Matki Bożej, do której doszło w 1992 roku.
    Ojciec Węgrzyniak posługuje tu aż do 2007 r. Wtedy też dominikanie posyłają do posługi u Matki Bożej Jaworzyńskiej więcej braci. W 2012 r. miejsce staje się oficjalnie domem zakonnym dominikanów i przyjmuje za patrona… św. Jana Pawła II.

    Od początku do dnia dzisiejszego Wiktorówki funkcjonują w dwóch wymiarach: jako sanktuarium Maryjne, przyjmujące głównie pielgrzymów-górali oraz jako ośrodek duszpasterstwa tatrzańskiego dla wędrujących po górach turystów. – Nie brakuje świadectw osób, które trafiły tu przypadkowo, przechodząc na Rusinową Polanę, a zatrzymały się na dłużej, poprosiły o rozmowę duchową lub spowiedź – mówi o. Cyprian Klahs, dominikanin, który przez kilka lat pracował na Wiktorówkach. Wspomina świadectwo pewnej kobiety, która znalazła się tu przypadkowo, podczas nabożeństwa usłyszała wezwanie: „Matko szczęśliwych powrotów – módl się za nami”, co odczytała jako boże wezwanie, by powróciła do wiary i do Kościoła.

    Ojcowie z Wiktorówek odprawiają nie tylko tutaj Msze św. (codziennie!), ale również chodzą odprawiać niedzielną Eucharystię w schroniskach górskich: na Włosienicy, w Dolinie Roztoki, Dolinie Pięciu Stawów Polskich oraz nad Morskim Okiem. W większość miejsc dojeżdżają samochodem (ze specjalnym wstępem do TPN), ale do Doliny Pięciu Stawów idą piechotą i tam zwykle zostają na noc.
    Mieszkanie na Wiktorówkach jest dla ojców wyzwaniem nie tylko duszpasterskim, ale również zwykłym, bytowym. Prąd dostarcza tu jedynie agregat. Za mieszkanie służy niewielki stryszek nad kaplicą oraz piwnica pod nią. Ogrzewają się sami za pomocą opalanego drewnem pieca, lecz w mrozy, z uwagi na brak odpowiedniej izolacji termicznej w ich celach nieraz trzeba zadowolić się ledwie 15 stopniami ciepła.
    – Każdy z nas nosi w kieszeni latarkę czołówkę jako jedno z niezbędnych urządzeń – mówi o. Cyprian.
    Jedną ze specyfik tego miejsca jest jego jedynie okresowa popularność. Są godziny, gdy tłoczno tu jak w ulu – wystarczy, że zatrzyma się wycieczka 100 dzieciaków. Innym razem za jedyne towarzystwo służą im zaglądające tu czasem dzikie zwierzęta z gór. Najbardziej ciche miesiące w roku to marzec i listopad, gdy zdarza się, że nawet w ciągu 5 dni nikt do nich nie zajrzy.

    Istnieje jeszcze jeden wymiar tego miejsca – to symboliczny „cmentarz” ludzi, którzy stracili życie w górach, a których ciał nigdy nie odnaleziono. Swoje tabliczki mają tu zmarli tragicznie ratownicy górscy, taternicy czy zwykli turyści, na zawsze pozostający wśród szczytów. – Często sprawowane są Msze w ich intencji, niemal ciągle palą się tu znicze w miejscu, gdzie są tabliczki z ich imionami – mówi o. Cyprian Klahs.

    Anna Drus/stacja7pl.

    ****************

    Wiktorówki
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny
    *** 

    Modlitwa do NMP Królowej Tatr

    Cudowna Jaworzyńska Pani.

    Tyś po Bogu największą pociechą.

    Biegnę do Ciebie, staję przed Tobą i błagam o pomoc Maryjo.

    Tyle cudów uczyniłaś w tym górskim zakątku.

    Tak wielu nieszczęśliwych uleczyłaś z chorób duszy i ciała.

    I niejednemu otarłaś łzy z oczu.

    Matko leśnej ciszy,

    Dostojna Królowo Tatr, hal, baców i potoków huczących srebrzystą wodą.

    Opiekunko zwierząt i górskiej przyrody.

    Matko najmilsza spośród wszystkich matek.

    Ty z różańcem w ręku, wiesz dobrze i znasz troski, każdego kto do Ciebie się ucieka.

    Dziękujemy Ci Panno Święta za szlak wiodący do Ciebie,

    Choć to czasem zasnuty śniegiem, wyścielony błotem… ale idziemy.

    Jakoś lżejsze to powietrze czym bliżej do Ciebie.

    Matko, która wspierasz nie tylko nas górali, ale i turystom dajesz swoje duchowe wzmocnienie.

    Prosimy Cię prowadź nas tą drogą, która zawsze pewna.

    A kiedy Matko zapadnie mrok i ciemność życia naszego, oddal mgłę i burzę

    I zaprowadź nas do domu wiecznego szczęścia. Amen.

    wersja góralska:

    Cudowno Jaworzyńsko Pani.

    Tyś po Bogu najwięksom pociechom.

    Lecem ku Tobie, stajym przed Tobom i błagom o pomoc Maryjo.

    Telo cudów zrobiyałaś w tym górskim zakontku, tylo niescenśliwyk

    Ulycyłaś z chorob dusy i ciała

    I niejednemu otarłaś świyrcki z ocu.

    Matko leśnej cisy.

    Honorno Gaździno Tater, hol, baców, potocków dudnioncyk śrybelnom wodom.

    Opiekunko zwierzont i górskiej przyrody.

    Matuchno Nomilso spośród syćkik Matek.

    Ty z Rozancym w ronckak wiys dobrze i znos zole kazdego, fto ku Tobiy siy garniy.

    Dzienkujemy Ci Panno Świynto za ślak ku Tobiy,

    Choć to casym zaduty śniezycom, wyścielony błotym… ale idziymy.

    Jakosi lzyjse to powietrze cym blizyj ku Tobiy.

    Matuchno ftoro ozywios nie ino nos goroli, ba i turystom dajes swoje duchowe zmocniynie,

    Pytomy Ciy, prowodz nos tom dozkom, ftoro zawse pewno.

    A kiedy Matuś zapadniy mrok i ciymność zycio naskiego

    Łozezyn mgłe i dujawice i zaprowodz do sałasa wiecystego scynscio. Amen.

    Błogosławieństwo

    Bóg Ojciec niech nas błogosławi,

    Niech strzeże nas Bóg Syn,

    Duch Święty niech nas oświeca

    I da nam

    Oczy, abyśmy patrzyli

    Uszy, abyśmy słyszeli

    I ręce dla Bożej pracy,

    Stopy, abyśmy szli

    I usta, abyśmy głosili słowo zbawienia

    I Anioła Pokoju, by czuwał nad nami

    Iż łaski naszego Pana prowadził nas do Królestwa. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    1 lipca

    Najdroższej Krwi Jezusa Chrystusa

    Zobacz także:
      •  Święty Otton z Bambergu, biskup
      •  Święty Teobald z Provins, pustelnik
      •  Błogosławiony Jan Nepomucen Chrzan, prezbiter i męczennik
    ***
    Do czasu reformy kalendarza liturgicznego po Soborze Watykańskim II w dniu 1 lipca obchodzona była uroczystość Najdroższej Krwi Chrystusa. Obecnie obchód ten został w Kościele powszechnym złączony z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa (zwaną popularnie Bożym Ciałem), zachował się jedynie – na zasadzie pewnego przywileju – w zgromadzeniach Księży Misjonarzy i Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa.


    Najdroższa Krew Chrystusa

    Do dziś istnieją kościoły pod wezwaniem Najdroższej Krwi Chrystusa. Jak Boże Ciało jest rozwinięciem treści Wielkiego Czwartku, tak uroczystość Najdroższej Krwi Jezusa była jakby przedłużeniem Wielkiego Piątku. Ustanowił ją dekretem Redempti sumus w roku 1849 papież Pius IX i wyznaczył to święto na pierwszą niedzielę lipca. Cały miesiąc był poświęcony tej tajemnicy. Papież św. Pius X przeniósł święto na dzień 1 lipca. Papież Pius XI podniósł je do rangi świąt pierwszej klasy (1933) na pamiątkę dziewiętnastu wieków, jakie upłynęły od przelania za nas Najświętszej Krwi.
    Szczególnym nabożeństwem do Najdroższej Krwi Pana Jezusa wyróżniał się św. Kasper de Buffalo, założyciel osobnej rodziny zakonnej pod wezwaniem Najdroższej Krwi Pana Jezusa (+ 1837). Misjonarze Krwi Chrystusa mają swoje placówki także w Polsce. Od roku 1946 pracują w Polsce także siostry Adoratorki Krwi Chrystusa, założone przez św. Marię de Mattias. Gorącym nabożeństwem do Najdroższej Krwi wyróżniał się także papież św. Jan XXIII (+ 1963). On to zatwierdził litanię do Najdroższej Krwi Pana Jezusa, a w liście Inde a primis z 1960 r. zachęcał do tego kultu.
    Nabożeństwo ku czci Krwi Pańskiej ma uzasadnienie w Piśmie świętym, gdzie wychwalana jest krew męczenników, a przede wszystkim krew Jezusa Chrystusa. Po raz pierwszy Pan Jezus przelał ją przy obrzezaniu. W niektórych kodeksach w tekście Ewangelii według świętego Łukasza można znaleźć informację, że podczas modlitwy w Ogrodzie Oliwnym pot Jezusa był jak krople krwi (zob. Łk 22, 44). Nader obficie płynęła ona przy biczowaniu i koronowaniu cierniem, a także przy ukrzyżowaniu. Kiedy żołnierz przebił Jego bok, “natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19, 24).
    Serdeczne nabożeństwo do Krwi Pana Jezusa mieli święci średniowiecza. Połączone ono było z nabożeństwem do Ran Pana Jezusa, a zwłaszcza do Rany Jego boku. Wyróżniali się tym nabożeństwem: św. Bernard (+ 1153), św. Anzelm (+ 1109), bł. Gueryk d’Igny (+ 1160) i św. Bonawentura (+ 1270). Dominikanie w piątek po oktawie Bożego Ciała, chociaż nikt nie spodziewał się jeszcze, że na ten dzień zostanie kiedyś ustanowione święto Serca Pana Jezusa, odmawiali oficjum o Ranie boku.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Wszyscy wierni, wyposażeni w tyle tak wielkich środków zbawienia, we wszystkich sytuacjach życiowych i w każdym stanie powołani są przez Pana, każdy na swojej drodze do doskonałej świętości.

    z Konstytucji o Kościele (Sobór Watykański II)

    Kościół nieustannie podaje nam wciąż nowe osoby, które w swoim życiu w sposób doskonały współpracowały z Bożą łaską i dziś oglądają już Boga twarzą w twarz. To są nasi błogosławieni, którzy nieustannie przed Bożym Obliczem orędują za nami i są wzorem dla nas szukającym swojej drogi prowadzącej do Boga.

    Jakże piękne i pełne pociechy jest świętych obcowanie! Jest to rzeczywistość, która nadaje inny wymiar całemu naszemu życiu. Nigdy nie jesteśmy sami! Należymy do duchowego «towarzystwa», w którym panuje głęboka solidarność: dobro każdego przynosi korzyść wszystkim i odwrotnie, wspólne szczęście promieniuje na jednostki.

    Każdy powinien mieć jakiegoś Świętego, z którym pozostawałby w bardzo zażyłej relacji, aby odczuwać jego bliskość przez modlitwę i wstawiennictwo, ale także, aby go naśladować. Chciałbym zaprosić was, abyście bardziej poznawali Świętych, rozpoczynając od tego, którego imię nosicie, czytając ich życiorysy i pisma. Bądźcie pewni, że staną się oni dobrymi przewodnikami, abyście jeszcze bardziej kochali Pana oraz będą cenną pomocą dla wzrostu ludzkiego i chrześcijańskiego.

    ojciec święty Benedykt XVI

    Męczennicy są kwiatem Kościoła

    św. Augustyn

    Życie świętych jest niczym innym, jak wprowadzoną w życie Ewangelią

    św. Franciszek Salezy

    Święci nie są wszyscy tacy sami,
    są święci, którzy nie mogliby żyć z innymi świętymi; nie wszyscy wstępują na tę samą drogę, ale wszyscy docierają do tego samego miejsca

    św. Jan Maria Vianney

    Jak łatwo stać się świętym.
    Podstawowym i prawie jedynym środkiem jest przyzwyczajenie się do pełnienia we wszystkim woli Bożej

    św. Wincenty a Paulo

    _________________________________________________________________________

    …. Kult świętych jednych ludzi absorbuje tak, że zajęci nimi, na samego Boga nie mają czasu; innych odpycha, czasem z tego właśnie powodu.

    A może dobrze byłoby pozwolić im czasem wygramolić się z ozdobnych nisz, poschodzić z ołtarzy – żebyśmy mogli odnaleźć ich tam, gdzie są w rzeczywistości: przy nas. Bo przecież właściwie wędrujemy razem, trochę wcześniej czy trochę później, to nie ma znaczenia; idziemy do tego samego Ojca, idziemy przez ten sam świat. Święci, jeżeli żyli dawno, mogli oczywiście nie wiedzieć, co to jest komputer, a może nawet słowo „pociąg” znaczyło dla nich, jak w dziewiętnastowiecznych słownikach, tylko atrakcję, bo o kolejach państwowych jeszcze nie słyszeli. Ale znali świetnie to, co w świecie Boskim i ludzkim niezmienne i co ważniejsze od chwilowych dekoracji. Znali Boga i znali naturę ludzką. Wiedzieli, co w nich samych jest dziełem Bożym, a co odruchem ich własnej ludzkiej słabości. Umieli odróżniać ziarno od plewy. A wędrując razem z nami, mogą nas niejednego nauczyć, o ile oczywiście zechcemy tę naukę zauważyć i skorzystać z niej.

    Przecież i oni sami zdobywali tę wiedzę w mozolnym i nieraz długim trudzie; tym lepiej mogą zrozumieć tych, którym jej brak. Przecież i oni sami popełnili niejedno głupstwo, zanim do tej wiedzy doszli, a zdarzało się, że i potem. Tym lepiej mogą zrozumieć tych, którzy zaczynają już mgliście wiedzieć, że pobłądzili, tylko jakoś im nieporęcznie zastanowić się, jak nazwać swoją winę po imieniu i przeprosić za nią. Przecież i oni tak bardzo pragnęli kochać Boga, i tak bardzo nie umieli, aż wreszcie zdobyli się na to, że zawierzyli Jego miłości i mocy, zawierzyli, że poprowadzi ich lepiej, skuteczniej, prościej: jedyną drogą właściwą. Idąc z nami, tego wszystkiego nas właśnie uczą.

    Dobrze jest mieć swoich prywatnych przyjaciół wśród świętych, a to dlatego, że cudowne bogactwo różnic w charakterach i uzdolnieniach ludzkich ułatwia nam porozumienie z jednymi spośród bliźnich raczej niż z innymi. Zatem, wędrując razem, szukamy takich towarzyszy drogi, z którymi rozumiemy się lepiej…

    fragment artykułu: “Radość świętych” s. Małgorzaty Anny Borkowskiej OSB z czasopisma „Benedictus”, prowadzony jest przez oblatów benedyktyńskich.

    _______________________________________________________________________

    Niezłe ziółka

    Tereski, Ela, Kasia, Gabryś, Janek. Czy zapowiadali się na mistyków? Jacy byli wielcy święci jako małe dzieci? I czy „małe diablątko” może zostać kanonizowane?

    Pozwólcie, że odłożę w kąt pobożne legendy o dzieciństwie świętych wczesnego chrześcijaństwa, o ponadnaturalnych zdolnościach tych bobasów i cudach, których dokonywały ot tak, podczas zabawy, ujawniając, jak mawiają współczesne dzieciaki, supermoce. Ziarno prawdy, które tkwi w tych barwnych opowieściach, miało pokazać wyjątkowość tych osób. Zajmijmy się lepiej udokumentowanym dzieciństwem mistyków. Na przykład świętą z Lisieux.

    Uparta jak osioł

    Jaka była mała Mała Tereska? Krnąbrna i uparta. Miała niezły tupet i charakterek. Nie była łatwym dzieckiem. Jej mama, święta Zelia Martin, wspominała: „Muszę dać klapsa temu biednemu dziecku, które wpada w przerażające furie, gdy nie może mieć tego, co chce. W rozpaczy tarza się po ziemi tak, jakby wszystko zostało stracone. To bardzo nerwowe dziecko”. Dla usprawiedliwienia tego uparciucha o oczach niewiniątka dodajmy, że lalce, którą zniszczyła w przypływie szału, urządziła wspaniały, królewski pogrzeb.

    Była rozpieszczana. Ojciec, którego nazywała „mój król”, wołał na nią „moja mała królewna”. W swej autobiografii notowała: „Och, naprawdę wszystko uśmiechało się do mnie na ziemi”. Czarująca królewna ze śmiejącymi się oczkami i jasną czupryną dawała rodzeństwu w kość. Umiała postawić na swoim. Jej mama żaliła się kuzynce: „Jeśli powie »nie«, nic nie może ją zmusić do ustąpienia. Zamknie się ją na cały dzień w piwnicy, ona woli raczej tam spać, aniżeli powiedzieć »tak«. Jeśli coś nie jest po jej myśli, może się zdarzyć, że zwija się ze złości, rzuca się po ziemi… gdy sobie uświadomi, że źle zrobiła, wszystkich prosi o przebaczenie i czaruje swoim rozbrajającym uśmiechem”.

    Upór i śmiałe, graniczące z bezczelnością dążenie do celu cechowały ją do końca. Nastoletnia Tereska podczas audiencji generalnej rzuciła się do stóp zdumionego papieża Leona XIII, błagając, by pozwolił jej na wstąpienie do Karmelu w piętnastym roku życia.

    Kanonizowane diablątko

    Malutka Francuzka Ela Catez, czyli przyszła Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej (1880–1906), również miała niezły charakterek. Była uparta, wybuchowa, a na dodatek obdarzona mnóstwem niespożytej energii. Wulkan pomysłów, żywe srebro. Nic dziwnego, że jej ojciec, kapitan wojska, nazywał ją wprost „małym diablątkiem”. Kiedy „diablątko” miało siedem lat, a ukochany ojciec zmarł, sytuacja finansowa w domu znacznie się pogorszyła. Rodzina musiała spakować manatki i przeprowadzić się do Dijon. Zamieszkali w pobliżu klasztoru karmelitanek, a sąsiedztwo mniszek okazało się brzemienne w skutki.

    Élisabeth wielokrotnie powtarzała, że najważniejsze decyzje podjęła, przygotowując się do swej Pierwszej Komunii. W swoim dzienniczku zanotowała, że przeżyła wówczas niezwykłe doświadczenie bliskości Boga i zapragnęła oddać się Mu bez reszty. Co ciekawe, „nasza” Faustyna Kowalska miała identyczne doświadczenie: „Łaskę powołania do życia zakonnego czułam od siedmiu lat; w siódmym roku życia usłyszałam pierwszy raz głos Boży w duszy, czyli zaproszenie do życia doskonalszego” – notowała w swym „Dzienniczku”.

    Elżbieta od dziecięcych lat była znakomitą pianistką, a w 1893 roku wygrała nawet konkurs fortepianowy. Gdy osiem dni po wstąpieniu do Karmelu usłyszała od przełożonej: „Jaki jest twój ideał świętości?”, odparła: „Żyć miłością, czyli uczynić się całkiem małą, oddać się Bogu bezpowrotnie”.

    Wielka ucieczka

    Do trzech razy sztuka. Pora na kolejną karmelitankę. Opuszczamy Lisieux i Dijon i ruszamy na południe. Do leżącej 110 km na północny zachód od Madrytu rozpalonej słońcem Ávili. Jaka była mała Teresa Wielka? Piękna i mądra reformatorka Karmelu jako dziecko miała szaloną odwagę. Postanowiła z młodszym bratem Rodrigiem wyruszyć do… Afryki. I to nie po to, by nawracać niewiernych, ale by ponieść z ich ręki męczeńską śmierć. „By skrócić drogę do nieba”.

    „Było nas trzy siostry i dziewięciu braci” – pisała po latach. „Z jednym z braci, najwięcej zbliżonym do mnie wiekiem, czytywaliśmy razem »Żywoty Świętych«. Czytając o mękach, jakie wycierpieli dla Boga, myślałam, jak tanim kosztem kupili sobie szczęście dostania się do nieba i cieszenia się Bogiem; za czym wielkim zapalałam się pragnieniem poniesienia śmierci podobnej, nie żebym dla Boga tak wielką miłość czuła, ale iż pragnęłam taką krótką drogą nabyć sobie te wielkie dobra, które święci posiadają w niebie. Wspólnie więc z tym bratem moim naradzaliśmy się, jakim sposobem moglibyśmy ten cel osiągnąć. Umawialiśmy się, że pójdziemy, żebrząc po drodze dla miłości Bożej, do kraju Maurów, aby tam ucięli nam głowę; i zdaje mi się, że odwagę do tego, choć w tak młodym wieku, Pan nam dawał dostateczną, gdybyśmy tylko tam dostać się mogli”.

    Na całe szczęście dwoje małych kandydatów na męczenników spotkał po drodze stryj i odprowadził do domu.

    Choć te opowieści mogą wzbudzać na naszych twarzach uśmiech, pokazują, jak serio traktowała Pana Boga. Uczyła się podejmowania odważnych decyzji. Jako dwudziestolatka wbrew woli ojca wstąpiła do klasztoru Wcielenia.

    Pierwszy tancerz

    Niezwykle popularny w Italii św. Gabriel od Matki Bożej Bolesnej był bardzo błyskotliwy, uczynny, żywiołowy i… chętny do zabawy. Lubił polować i tańczyć. Nie bez powodu nazywano go „pierwszym tancerzem Spoleto”. Przylgnął do niego nawet przydomek il damerino, czyli… bawidamek.

    Gdy chłopczyk miał cztery lata, zmarła mu mama. Tuż przed śmiercią zdążyła szepnąć: „Będziesz święty!”. Przejął się tymi słowami, które, jak pokazało życie, okazały się prorocze.

    Świętego Pawła VI nazywano „człowiekiem nieskończonej uprzejmości”. Jako następca Piotra sprawiał wrażenie nieśmiałego, nieco spłoszonego, a publiczne wystąpienia, jak sam wspominał, wiele go kosztowały. Tymczasem jako dziecko Giovanni Battista Montini, syn włoskiego dziennikarza i parlamentarzysty, był, jak wspominał go wychowawca, „nieznośnym malcem, niesłychanie ruchliwym”. „Nie jest to zarzut – wyjaśniał nauczyciel – bo według mnie ci, którzy nigdy nie uważają, którzy się wiercą, którzy ustawicznie rozglądają się dokoła, są inteligentni, bystrzy, zdrowi”.

    Wyśniony

    Stworzył nowoczesny system wychowania oparty na zaufaniu i słuchaniu, a prawdziwą innowacją było to, że zakazał wszelkiego rodzaju kar cielesnych, wprowadzając rewolucyjną zasadę, że wychowawca ma być przyjacielem dzieci, a nie surowym nadzorcą. Do historii przeszły jego brawurowe spacery po linie. Święty Jan Bosko (1815–1888) do końca życia wspominał sen, jaki przyśnił się mu, gdy miał zaledwie dziewięć lat. Na rozległej łące zobaczył tłum chłopców. Jedni żartowali i bawili się, inni byli agresywni i przeklinali. Mały Giovanni Melchiorre rzucił się na nich, chcąc ich siłą uciszyć. I wtedy – jak wspominał – ujrzał mężczyznę, którego twarz jaśniała. Poprosił, by chłopak stanął na czele tej rozbrykanej bandy. „Nie biciem, ale łagodnością i miłością będziesz musiał pozyskać sobie nowych przyjaciół” – wyjaśnił.

    „Bóg w widzeniu sennym objawił mi moją misję” – opowiadał twórca oratorium pod Turynem.

    Urodzona 500 kilometrów na południe od miasta Juventusu Katarzyna (a właściwie Kasia) ze Sieny (toskańskie miasto było wówczas większe od Paryża i Londynu!) oddała życie Jezusowi jako… siedmiolatka. Rok wcześniej, przechodząc obok gigantycznej bazyliki San Domenico, na dachu świątyni zdumiona ujrzała scenę, która radykalnie odmieniła jej życie. Zobaczyła potężny tron, na którym siedział Jezus w otoczeniu apostołów.

    „Podniósłszy oczy, zobaczyła naprzeciwko ponad szczytem kościoła Braci Kaznodziejów w powietrzu przepiękną komnatę, po królewsku urządzoną, w której Zbawiciel świata Pan Jezus Chrystus siedział na królewskim tronie. Odziany w pontyfikalne szaty, na głowie miał tiarę, to znaczy monarszą i papieską mitrę. Byli przy nim książęta Apostołów Piotr i Paweł, a także Ewangelista Jan. Gdy to zobaczyła, stanęła zdumiona i nie odrywając wzroku od Zbawiciela, wpatrywała się w Niego szeroko otwartymi oczami, pełnymi miłości. On zaś, który po to się tak cudownie ukazał, by miłosiernie wzbudzić jej miłość ku sobie, skierował ku niej oczy swego majestatu i uśmiechając się przyjaźnie, wyciągnął prawą rękę ku niej i zwyczajem przełożonych uczynił znak krzyża, udzielając jej daru swego wiecznego błogosławieństwa” – pisał w żywocie świętej Rajmund z Kapui.

    Katarzyna była tak poruszona, że po roku ślubowała Jezusowi dozgonną wierność i zachowanie dziewictwa. Jak pokazało życie, dotrzymała słowa.

    Przeźroczyste

    Bóg wybiera to, co małe i słabe. „Powiem coś, co może cię zaszokuje, ale mam przekonanie, że jeśli widzimy szturm zła w świecie, to dlatego, że nie ma wystarczającej ilości dzieci, które się modlą” – powiedział mi o. Daniel Ange, niestrudzony ewangelizator o oczach młodzieniaszka. „Świat zabiera im dzieciństwo. Straszne! Okradanie dzieci z niewinności dzieciństwa jest demoniczne. W każdym modlącym się dziecku Bóg widzi swego małego syna w Betlejem. Widzi Jezusa wyciągającego rączki w czasie ucieczki do Egiptu. Herod nie walczył z potężną armią. Walczył z… niemowlętami. Drżał przed nimi, był przerażony. Święty Franciszek Ksawery wysyłał dzieci, by modliły się nad chorymi, a ci zostawali uzdrowieni. Kto z nas, gdy zachoruje, woła najmłodszych, by modliły się o uzdrowienie? Święty Tomasz z Akwinu pisał, że dziecko jest dorosłym w Duchu Świętym. Dzieci mogą być bardziej dojrzałe duchowo niż ich rodzice. Są przeźroczyste. I mają coś, z czego my zostaliśmy przez świat okradzeni: noszą w sobie zachwyt”. •

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________


     

  • ogłoszenia – lipiec – 2022

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Lipiec jest miesiącem szczególnej czci PRZENAJDROŻSZEJ KRWI CHRYSTUSA

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1616663031.jpg
    fot. Karol Porwich/Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    31 LIPCA – XVIII NIEDZIELA ZWYKŁA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    GODZ. 15.00 – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 SIERPNIA WTOREK DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również jest zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    GODZ. 18.30 – KATECHEZA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    GODZ. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 SIERPNIA – I CZWARTEK MIESIĄCA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 SIERPNIA – I PIĄTEK MIESIĄCA- KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    PODCZAS ADORACJI JEST MOŻLIWOŚĆ PRZYSTĄPIENIA DO SPOWIEDZI ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    ___________________________________________________________________________________________

    6 SIERPNIA – I SOBOTA MIESIĄCAKOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XIX NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń. Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA NA MIESIĄC SIERPIEŃ 2022

    Intencja papieska:

    * Módlmy się, aby mali i średni przedsiębiorcy, poważnie dotknięci kryzysem gospodarczym i społecznym, znaleźli środki niezbędne do kontynuowania swojej działalności w służbie społeczności, w których żyją.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

      ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * 22 sierpnia 2012 roku, jeszcze w kościele św. Szymona, oddaliśmy siebie i całą wspólnotą do dyspozycji naszej Bożej Matce. Bogu niech będą dzięki za wiele błogosławieństw jakie dokonały się przez ten Akt oddania. Nadal pragniemy podejmować wezwanie do pokuty za grzechy nasze i za grzechy całego świata, aby ratować biednych grzeszników i błagać o Boży pokój w ludzkich sercach. Nadal pragniemy wynagradzać Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi za tych, którzy nie tylko nie czczą i nie kochają, ale wręcz bluźnią Miłosiernemu Bogu, który tak umiłował świat, że dał Syna swego Jednorodzonego, aby każdy, kto wierzy w Niego, nie umarł, lecz miał życie, Boże życie.

    *** 

    Intencja dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II)

    i św. Moniki: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 19 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 18 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – (brakuje jeszcze 3 osoby do kompletu)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rozżarzone węgle

    Rozżarzone węgle
    ISTOCKPHOTO

    *****

    Wymienianie się tajemnicami nie musi oznaczać szpiegostwa czy plotkarstwa. Może być osią najprężniejszej akcji modlitewnej w historii świata. Posłuchajcie różanych opowieści…

    Na hasło w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” odpowiedź nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot, osoba równie bliska lyońskim pracownicom i grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”.

    Nigdy się nie zawiodłam

    – Z Różańcem zaprzyjaźniłam się dwadzieścia lat temu, gdy poznałam orędzie fatimskie, ale odmawiałam go nieregularnie – opowiada Katarzyna Błotny. – Kilka lat temu poszłam na Mszę do swego parafialnego kościoła na katowickim Wełnowcu i zdziwiona zauważyłam, że w prezbiterium śpiewa Henryk Czich, jeden z założycieli popularnej grupy Universe. Miał wiaderko z różami i zachęcał do przystąpienia do tej formy modlitwy. Poszłam po jedną różę i… od czterech lat odmawiam codziennie swoją dziesiątkę. Zawsze, gdy czuję się bezsilna, chwytam za różaniec. Nigdy jeszcze się nie zawiodłam…

    Sam wokalista Universe opowiada: „Wybrałem Jezusa na Pana i Zbawiciela w 2007 roku, w czasie kursu Filip prowadzonego przez gliwicką Szkołę Nowej Ewangelizacji. Pan Bóg przestał być tylko Kimś, w kogo powinno się wierzyć, ale stał się mi bliski. Wyciągnąłem z szafki dawno nieużywane Pismo Święte i bardzo dotknęły mnie słowa: »Otwórz moje wargi, Panie, a usta moje będą głosić Twoją chwałę«. Tej nocy długo nie mogłem zasnąć”.

    Grupy Żywego Różańca istnieją w większości polskich parafii. Ile osób zrzeszają, Pan Bóg raczy wiedzieć… Ponieważ każda grupa jest jednostką autonomiczną i nie łączy się z innymi w struktury, nie można stworzyć bazy danych. Może i dobrze… Nad Wisłą obowiązuje zatwierdzony przez Prymasa Tysiąclecia Ceremoniał Żywego Różańca, opracowany w roku 1977 przez dominikanina Szymona Niezgodę. Odkąd świętujący ćwierćwiecze pontyfikatu Jan Paweł II w liście ­Rosarium Virginis Mariae wprowadził tajemnice światła, w grupie modli się nie piętnaście, jak na początku dzieła, ale dwadzieścia osób.

    Wiem, że Ty wiesz

    – Staram się upolować wolną chwilę już od rana. Najlepsze są dyżury w szkole – uśmiecha się Milena Żak, nauczycielka. – Do intencji za moje dzieci, o to, by nie pogubiły się w życiu i odnalazły swą relację z Jezusem, dorzucam chrześniaków, uczniów… Dorzucam też tych, którzy przyjdą mi tego dnia na myśl. Wybiegam także w przyszłość, bo już dziś modlę się za przyszłych małżonków moich dzieci. Rozpoczynam od przedstawienia intencji, które Pan Bóg zna już na pamięć. (śmiech) Mówię Mu jednak: „Ja wiem, że Ty wiesz, ale mi to pomaga, że Ci o tym opowiem”.

    – W parafii Ducha Świętego w Siemianowicach Śląskich działa prężnie róża różańcowa rodziców. Ludzie wpisywali na listę imiona dzieci, wnuków, chrześniaków – opowiada Beata Górny. – Weszłam w to, bo szukałam konkretu, modlitwy, która będzie dla mnie zobowiązaniem. Dotąd modliłam nieregularnie, a dzięki róży muszę wygospodarować na modlitwę czas, pilnować tego – i bardzo mi to pomaga. Co więcej mogę dać dzieciom, które polecam Bogu? Wierzę, że w tych pełnych zawirowań czasach uchronił je już od wielu niebezpieczeństw, że są w najlepszych rękach. Raz w miesiącu w parafii są odprawiane Msze w intencji róż różańcowych i widać wówczas, jak wiele osób zaangażowanych jest w to dzieło!

    Jeden za drugiego

    – Gdy trafiłem do Bytomia, nie było tu żadnych wspólnot – opowiadał mi przed laty Rafał Kogut, franciszkanin. – Zaczęliśmy od powołania wspólnoty Żywego Różańca. Dlaczego? Zależało mi na tym, by ludzie modlili się za parafię.

    – Przez lata miałam problemy z Różańcem, odmawianie go sprawiało mi sporą trudność, więc dołączenie do róży było dla mnie wyzwaniem – mówi Aleksandra Nowojska z Siemianowic Śląskich. – Zaryzykowałam, bo napędzała mnie myśl, że nie tylko ja sama będę modliła się za moje dzieci, ale otoczy je modlitwa całej grupy. I to do końca ich życia! Zachwyciła mnie ta zasada naczyń połączonych, ludzi, którzy wzajemnie sobie błogosławią. Swą małą cegiełkę dokładam do tego zawsze rano, gdy tylko wstanę…

    Pół godziny nikogo nie zbawi

    Kończy się majowe i większość ludzi wychodzi z kościoła. Na Eucharystii pozostaje jedynie część wiernych. Z jednej strony świadczy to o tym, że piękne maryjne nabożeństwa są wciąż nad Wisłą niezwykle popularne, a z drugiej rodzi się pytanie, czy właściwie rozłożyliśmy akcenty. Hitem stał się lapsus językowy jednego z proboszczów, który rzucił: „Po Różańcu będzie Msza Święta. Zostańcie, te pół godziny nikogo nie zbawi!”.

    Różaniec jest mi bliski. Nie rozumiem jednak tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwą jest modlitwą. – To jest bardzo trudna modlitwa – mówił mi o. Joachim Badeni. – Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to to całe różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć: nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania. A można zagadać Matkę Boską! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym: „Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce Mego Syna. I tę modlitwę obdarzę licznymi łaskami”. Tak to sobie wyobrażam.

    Róża zamiast kołysanki?

    Masz problemy z zasypianiem? Zapisz się do róży różańcowej i modlitwę odłóż na ostatnią chwilę dnia. Nic tak nie usypia jak zdrowaśki – taką „złotą radę” dostałem od osób zaangażowanych w dzieło. Cytując klasyka: nie idźcie tą drogą.

    Członkowie Żywego Różańca zgodnym chórkiem opowiadają, że najtrudniejsze są wierność i systematyczność. Wielu z nich bliska staje się opowieść Teresy z Lisieux, która wyznawała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych. Czuję, że tak źle go odmawiam! Nie mogę skupić myśli”.

    – Dlaczego modlę się w róży? Bo wierzę w słowa z listu św. Jakuba: „Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego” – opowiada Agnieszka Skarecka. – Czasami mam wrażenie, że dla współczesnego świata hasło: „Mogę się za ciebie pomodlić” jest wyrazem bezradności. Wierzę w to, że modlitwa za mojego męża naprawdę przynosi mu błogosławieństwo.

    – Jestem przekonany, że Żywy Różaniec to najpotężniejszy i jednocześnie najbardziej wykpiwany ruch w Kościele – twierdzi ks. dr Grzegorz Wita z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego. – Geniusz Pauliny Jaricot polegał na tym, że idealnie wpisała się w społeczny i historyczny klimat epoki. Pomysł był oddolny (to niezmiernie istotne! To nie była akcja odgórnie narzucona przez episkopat!). Schemat jest prosty: zapraszam do róży tych, którym ufam. Trochę kojarzy mi się to z budowaniem siatki konspiracyjnej. „Swoi” znają „swoich”. Zaufanie, zgrany team plus konkretna intencja to elementy scalające wspólnotę.

    To nie handel!

    Nie chcę przytaczać świadectw o tym, „co można wymodlić w róży”. Nie po to stworzono to dzieło. To nie rodzaj handlu: dziesiątka za usługę. Pracujący na Wschodzie oblat o. Andrzej Madej opowiadał: – W wielu kościołach zauważam tablice: „W tym miejscu Pan Bóg wysłuchał mojej prośby”, ale jeszcze nigdy nie widziałem tablicy: „Tu ja posłuchałem Pana Boga”. A byłby to nie mniejszy cud!

    Róże różańcowe to odpowiedź na zaproszenie do wiernej modlitwy. Lekcja słuchania.

    – Modlę się w intencjach, które proponuje Kościół, które są przypisane na dany miesiąc – mówi Mariusz Wolnik (prowadzi firmę na Górnym Śląsku). – Do róży należę razem żoną. Ja modlę się najczęściej w samochodzie, bo nie chcę zostawiać tej modlitwy na koniec dnia…

    „Lubimy dania z mikrofalówki, a Pan Bóg woli marynaty”. Róże różańcowe doskonale wiedzą, co „poeta miał na myśli”, nauczając: „Wytrwajcie w miłości mojej”. Słowo to nosi przecież w sobie pewną decyzję, determinację, zmaganie z przeciwnościami. Paulina Jaricot stawiała na wierność. – Dla mnie – podsumowuje Agnieszka Skamrot, nauczycielka z Warszawy – modlitwa w ramach róży różańcowej jest najbardziej niepozorną, a jednocześnie najpotężniejszą bronią. •

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    OD PIĄTKU 30 LIPCA 2021 ROKU

    PO SPALENIU KOŚCIOŁA ŚW. SZYMONA

    LITURGIA NAJŚWIĘTSZEJ OFIARY MSZY ŚWIĘTEJ I SAKRAMENT POJEDNANIA

    SĄ SPRAWOWANE W KOŚCIELE ŚW. PIOTRA

    Niedziela 13/12 Msza św. g. 14:00 kościół św. Piotra (St Peters) Glasgow
    46 Hyndland St, Partick, Glasgow G11 5PS

    ***

    Kościół św. Piotra jest jedną z najwcześniejszych parafii katolickich, która została przywrócona po reformacji (o dwie dekady wcześniej zanim na nowo przywrócono strukturę hierarchii Kościoła katolickiego). To tu, na West End, została odprawiona pierwsza Msza św., po bardzo wielkich prześladowaniach katolików przez szkockich kalwinów, pod gołym niebem w Roku Pańskim 1855 w pobliżu obecnej Merkland Street. Historyczny parasol, który chronił wtedy przed deszczem kapłana celebrującego Mszę św. znajduje się w biurze parafialnym św. Piotra, jako cenna pamiątka z tamtych czasów. Pierwszy kościół św. Szymona został otwarty przy Bridge Street w maju 1858 roku. Wtedy też została wybudowana plebania i szkoła. Kościół św. Szymona na początku był pod wezwaniem św. Piotra, ale kiedy okazało się, że jest zbyt mały dla rosnącej liczby katolików na “Partiku”, w roku 1903 powstał dużo większy kościół św. Piotra. Żeby nie myliło się o który kościół chodzi, dlatego pierwszy nazwano Bridge Street Church. Jednak od roku 1945 powrócono do patrona św. Piotra używając jego pierwszego imienia – Szymon.

    Podczas II wojny światowej, w latach 1940-1944, polscy żołnierze każdej niedzieli przychodzili do tego kościoła na Mszę św. z Yorkhill, gdzie znajdowały się koszary, jedne z wielu, w których zakwaterowano polskie wojsko. I od tamtej pory kościół św. Szymona powszechnie był nazywany jako “Polish Church”. Polacy, którzy po wojnie osiedlili się w Glasgow, byli bardzo związani z tym kościołem. W 1975 roku kapelanem dla Polaków został mianowany przez ks. Arcybiskupa Szczepana Wesołego ks. Marian Łękawa SAC, który objął polskie duszpasterstwo po śmierci ks. kanonika Jana Gruszki. W tym czasie proboszczem parafii św. Szymona był bardzo znany ks. Patrick “Pady” Tierney, dzięki któremu kościół św. Szymona nie został zamknięty.

    Niestety w nocy z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021 kościół św. Szymona przeszedł już do historii.

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1_image0jpeg.jpg

    Patrzę teraz na zgliszcza spalonego kościółka św. Szymona                                                   

    i klękam razem z tymi,                                                                                    

    których tu karmił Pan nasz Jezus Chrystus swoim Ciałem,                               

    bo On wciąż leży w tym miejscu uświęconym,                                                 

    przywalony osmolonymi szkockimi kamieniami.                                                    

    Dobrze jest teraz przypomnieć sobie św. Augustyna,                                   

    który zapewnia,                                                                                               

    że Pan Bóg cudownie potrafi wyciągać                                                              

    ze zła nieporównanie dużo większe dobro.                                                        

    Te olbrzymie buchające płomienie                                                      

    wydobywające się z wnętrza ginącej świątyni,                                           

    środku nocy z 27 na 28 lipca Roku Pańskiego 2021,                                                      

    już sprawiły,                                                                                                                    

    że tlący się nikły płomyk wiary w naszych sercach,                                                  

    osłabiony również wieloma miesiącami przesadzonego lęku,                         

    aby nawet od Pana Boga trzymać się na dystans – ożywa.  

    Nie jest właściwe pochopnie osądzać, że wiara w wielu ludziach wygasła,                

    bo to nie jest według Bożego spojrzenia.                                                                 

    Maleńka iskierka ma w sobie moc rozpalić płomień,                                                  

    nawet w gasnącym popiele ludzkich serc,                                                     

    które żyją na wyjałowionej ziemi tego świata,                                                 

    wydawałoby się –  opuszczonej przez Boga.

    A tymczasem płomienie palącego się kościółka św. Szymona                                

    rozświetliły ciemności,                                                                                                   

    w których wielu przyzwyczaiło się chodzić po omacku.                                           

    Widok ten sprawił,                                                                                              

    że przebudziło się ludzkie serce                                                                 

    uśpione przez tego, który działa w ciemnościach.

    Niech będzie błogosławiony wstrząs,                                                                          

    który sprawia,                                                                                                     

    że nagle, choć tak różni jesteśmy,                                                        

    powracamy do tego co jest najistotniejsze.

    Każda zmiana boli,                                                                                                           

    bo lubimy się przyzwyczajać – tak jak przyzwyczailiśmy się,                                         

    że kościół św. Szymona był już od zawsze na “Partyku”.                                          

    Widać potrzebne było,                                                                                                  

    aby Słowa Boga, wybite na kamieniach wznoszących Boży Dom,                       

    niewidzialne już dla wielu, stały się na nowo żywe.  

    W tych zgliszczach                                                                                                 

    pozostała również Matka Bożego Syna, która jest i naszą Matką                                                            

    w obrazie Jasnogórskim – zawsze obecna                                                           

    i pod krzyżem i w każdej Eucharystii.                                                                

    Czterdzieści dwa lata temu przywieźliśmy Jej wizerunek z Jasnej Góry,

    pobłogosławiony                                                                                                       

    przez Prymasa Tysiąclecia, kardynała Stefana Wyszyńskiego,                                

    którego Kościół za dni 44 będzie nazywał już błogosławionym.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    A oto mój pierwszy zapis o kościele św. Szymona z dnia 28 lipca 1975 roku:

    St Simon's RC Church, Partick Bridge Street

    Glasgow jest miastem, w którym dzwonów nie słychać,                          

    mimo licznych i pięknych wież kościelnych wyciosanych z kamienia.    

    Jedne są jak wieże obronne,                                                                       

    inne – jak strzały wycelowane prosto w niebo.                                          

    Według tutejszego prawa, jakie pozostało z religijnych wojen,          

    katolikom dzwonić nie wolno.                                                                         

    Nasi bracia, którzy kiedyś odeszli na znak protestu,                             

    tworząc z kolei całą mozaikę przeróżnych grup religijnych,                 

    budowali swoje własne kościoły.                                                                

    Teraz nie wiadomo co z nimi zrobić,                                                            

    bo te, które jeszcze nie zostały przemienione na różne biznesy,               

    stoją puste ze smutną swoją architekturą.

    Ludzi zaś pełno w dużych magazynach sklepowych,                                    

    bo na oścież są otwarte i „w piątek i w świątek”.                                            

    W takiej oto scenerii w niedzielny poranek                                                  

    na skrzyżowaniu Dumbarton Road i Byres Road słychać,                                   

    i to coraz głośniej – polską mowę.                                                                                                  

    Moi współziomkowie idą do maleńkiego i uroczego kościoła św. Szymona.   

    I tak kolejne już pokolenia                                                                                  

    w tym miejscu karmią się Jezusowym Słowem

    i Jezusowym Ciałem.                                                                                       

    A potem wychodząc, na pewno mają świadomość,                                   

    choćby nawet niewielką,                                                                                 

    że nie tylko spotkali, ale przyjęli samego Boga.                                                           

    Bo skąd wzięłaby się zwycięska walka, o której nikt nie wie?             

    Statystyki cóż mogą powiedzieć                                                                         

    o cierpieniu, o przyjaźni, o miłości, o wierności,                                        

    gdzie dokonują się ludzkie wybory,                                                             

    gdzie prawdziwe rodzi się życie.

    Maleńki kościół św. Szymona jest szczyptą drożdży                               

    otoczony z jednej strony młynem, gdzie ziarno ściera się na mąkę,                

    a z drugiej – ludzkim życiem, które się toczy,                                               

    jak w każdym wielkim mieście – niczym ciasto w dzieży.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Kard. Sarah: Człowiek jest sobą tylko wtedy, gdy spotyka Boga. Potrzeba więcej modlitwy w Kościele
    fot. kardynał Robert Sarah/Vatican Media

    ***

    Kard. Sarah: Człowiek jest sobą tylko wtedy, gdy spotyka Boga. Potrzeba więcej modlitwy w Kościele

    Kardynał Robert Sarah stwierdził, że tylko poprzez żywą relację z Bogiem człowiek jest w stanie odkryć własną tożsamość. Wyraził też opinię, że Kościół powinien dążyć do ożywienia życia modlitwy.

    „Kiedy cały świat idzie w stronę śmierci i nicości, pójście pod prąd oznacza pójście w stronę życia” – powiedział kard. Sarah w wywiadzie udzielonym francuskiemu czasopismu „Valeurs actuelles”.

    Mówiąc o swoich spotkaniach z mnichami żyjącymi przez długi czas w milczeniu, afrykański kardynał zauważył, że „człowiek jest sobą tylko wtedy, kiedy spotyka Boga”.

    Były prefekt Kongregacji Nauki Wiary przekonywał też o fundamentalnej roli modlitwy w relacji z Bogiem. Również niewierzącym zalecił modlitwę, proponując im swego rodzaju zakład Pascala: „Zdobądź się na modlitwę, nawet jeśli nie wierzysz, a zobaczysz… Nie nadzwyczajne objawienia, wizje czy ekstazy, ale Bóg przemawia w ciszy do serca człowieka”.

    Kai

    ____________________________________________________________________

    „Kontemplacja to rozkochanie się w Bogu”

    „To jest niezwykłe i zupełnie niezałużone, że Bóg, który nas kocha, sam chce być przez nas kochany. Chce, abyśmy Mu w miłości oddawali samych siebie” – dominikanin o. Jacek Salij

    „Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona”. Kontemplacja jest rozkochaniem się człowieka w Bogu. Pan Jezus, który powiedział, że Maria wybrała najlepszą cząstkę, dobrze wiedział, o czym mówi. On przecież szedł przez swoje ludzkie życie cały rozkochany w swym Ojcu. „Moim pokarmem jest pełnić wolę Tego, który Mnie posłał (…). Niech się świat dowie, że Ja miłuję Ojca i że tak czynię, jak Mi Ojciec nakazał”. Miłość Jezusa do swojego Przedwiecznego Ojca wyrażała się również w tym, że nieraz całe noce spędzał na modlitwie.

    To jest niezwykłe i zupełnie niezasłużone, że Bóg, który nas kocha, sam chce być przez nas kochany. Chce, abyśmy Mu w miłości oddawali samych siebie. „Człowiek – że przypomnę znaną formułę ostatniego Soboru – jest jedynym stworzeniem na tej ziemi, którego Bóg chciał dla niego samego; dlatego nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z samego siebie”.

    To samo, w sposób równie głęboki, powiedział w swojej pierwszej encyklice Jan Paweł II: „Człowiek będzie dla samego siebie istotą niezrozumiałą, jego życie będzie pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość przez duże M, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa”.

    Maria obrała najlepszą cząstkę, gdyż usiadła u stóp Tego, który jest samą Miłością i wchłaniała w siebie Jego Boską Obecność i Mądrość. Otóż warto sobie uświadomić, że do naśladowania Marii wezwani są wszyscy ochrzczeni. Jeśli tylko trwamy w łasce uświęcającej, jeśli słowo Boże rozświetla nasze drogi życiowe i jeśli każdego dnia staramy się oddawać Panu Bogu i Jemu zawierzać, wówczas „miłość Boża rozlana jest w sercach naszych” – i nawet jeśli prowadzimy życie bardzo czynne, nosimy w swoich sercach ziarno daru kontemplacji, daru rozkochania się w Bogu.

    o. Jacek Salij OP/teologiapolityczna.pl

    ____________________________________________________________________________

    Jezus w domu Marty i Marii – Otto Lessing (XIX wiek) Niedziela

    „Jezus w domu Marty i Marii” – Otto Lessing (XIX wiek)

    Droga Marii, czyli jak rozsmakować się w Słowie Bożym

    Wiele mówimy o lectio divina. Co rozumiemy pod tym wyrażeniem?

    Istnieją dwie skrajności, których należy unikać:

    – poprzestawanie w jakiejś mierze tylko na słowach, nadając im za szerokie znaczenie, a znowu gdy pojęcie będzie zawierać w sobie zbyt wiele znaczeń, może zatracić swą moc oddziaływania;

    – albo przeciwnie, zawężając sens lectio, tym samym hamuje się swobodę poszukiwania duchowego.

    Lectio divina jest, tak jak modlitwa, czynnością z istoty swej „osobistą”. Dlatego może przybierać tyle różnych postaci, ile jest osób. Istnieje więc wiele sposobów jej praktykowania.

    Co więcej, znów porównując z modlitwą, ponieważ jest to czynność „życiowa”, a więc konkretna, odkrywamy ją przede wszystkim przez jej praktykowanie.

    Wreszcie, tak jak modlitwa, jest ona „poszukiwaniem”, które z istoty swej ma cechę nieustannego odnawiania się.

    Z tych wszystkich powodów poznanie konkretnego doświadczenia innych ludzi może być źródłem wzbogacenia, które uczyni lepszym i bardziej owocnym nasz własny sposób odprawiania tej praktyki.

    Jak odprawiać „lectio divina”?

    W bardzo różny sposób. Zależnie od temperamentu – w tym bowiem wypadku nie warto „małpować” innych. Może to różnić się też w zależności od okresu i rozwoju duchowego każdego. Nie należy ograniczać się tylko do swojej metody – taki czy inny sposób postępowania, który chwilowo „nic nie daje”, może się okazać bardzo przydatny w odmiennych okolicznościach. Różne potrzeby wymagają rozmaitego pokarmu, dlatego doświadczenie innych może nam niekiedy pomóc.

    Wiele sposobów odprawiania lectio divina może być stosowanych jednocześnie i to jest być może… dobry sposób!

    Można więc opisać różne „typy” lectio divina.

    – Lectio jako powolne „smakowanie” tekstu, który się „żuje”, rozmyślając nad jego zawartością duchową tak długo, jak długo „przemawia” on do naszego serca i ducha. Można powiedzieć, że ten sposób jest punktem kulminacyjnym lectio divina. Punkt wyjścia: rozmyślanie nad tekstem w celu poznania go i zrozumienia. Punkt dojścia: rozmyślanie nad tekstem znanym i przyswojonym, aby w nim odnaleźć Boga bardziej bezpośrednio.

    Jest to „rozmyślanie” bardzo bliskie modlitwie. Wystarczy poświęcić na nie niekiedy kilka minut i może się ono przedłużyć… Dobrze by było to robić codziennie choćby krótko. Jest to jakby duchowe „kosztowanie”.

    – Lektura swobodna i spontaniczna tekstów, które w pewien sposób wiążą się z sobą, wyjaśniając się nawzajem przez paralele, reminiscencje, pewnego rodzaju harmonię. Cechuje ją także pełna swoboda wrażliwa na błyski natchnienia Ducha Świętego. Przygotowuje ona jednak bardziej aktywny charakter poszukiwań, aby lepiej uchwycić myśl Pana wyrażaną w różny sposób. Jest to duchowy „koktajl”.

    – Lektura nieprzerwana i szybsza tekstu dłuższego o pewnej jednolitości literackiej, która zawiera właściwe sobie przesłanie.

    Taki sposób ma ten plus, że pozwala lepiej wniknąć w mentalność biblijną, a przy trzymaniu się ściślej tekstu literalnego, pomaga odczytać czy też odkryć urywki zazwyczaj omijane jako mniej ważne. Natomiast nowym spojrzeniem ogarniamy wtedy części lepiej znane, które w ten sposób zostają włączone do szerszego kontekstu.

    Dobrze jest skorzystać z dłuższego czasu (np. w niedzielę) dla zagłębienia się w jakimś tekście i z umysłem uwolnionym od wszelkich innych rzeczy, czerpać zeń długimi haustami, by poniekąd dać się przeniknąć jego treścią. Można to robić codziennie (księgę Ewangelii da się przeczytać jednym ciągiem w godzinę lub dwie). Daje to pewne odświeżenie duchowe.

    – Czytanie, które bardziej jest poszukiwaniem, pytaniami stawianymi tekstowi. Charakteryzuje się ono przez użycie środków bardziej metodycznych, których zakres jest ogromny i różni się w zależności od osobowości każdego.

    – Jest to poszukiwanie przesłania właściwego danej książce, autorowi, przy czym często posługujemy się komentarzem itd.

    Jest to więc poszukiwanie tekstów, które mają nam odpowiedzieć na stawiane przez nas zagadnienie albo światło, jakie się chce zgłębić. Używamy w tym wypadku porównania, konfrontacji z tekstem oryginalnym przy pomocy komentarzy starych i nowych itd., do chwili, kiedy zabłyśnie nam większe i życiodajne światło, które z wolna nami zawładnie.

    Ten sposób wymaga więcej wysiłku i wytrwałości, może też mieć okresy trudne, ale jednak doprowadza do lepszego zgłębienia sensu Biblii (już się jej nie „gracuje”, ale w niej „kopie”) i przyczynia się do tego, że Biblia bardziej może nami zawładnąć przez powstawanie w nas głębokich przekonań i budując strukturę życia duchowego. Oczywiście – o ile praca ta ma charakter prawdziwego poszukiwania wewnętrznego, a nie tylko prostą ciekawość intelektualną. To, co wymaga więcej czasu, by poznać głębiej, trwa dłużej.

    Nie ma żadnych barier między tymi różnymi sposobami:

    – wzbogacają się wzajemnie: zatrzymanie się refleksyjne i pełne rozkoszy nad tekstem ożywia poszukiwanie bardziej metodyczne, a ono z kolei pozwala wydobyć z poszczególnych tekstów całą treść duchową. Często właśnie przy okazji rozmyślania nad tekstem albo dzięki jego konfrontacji z tekstem innym, tryska światło jako odpowiedź na długie poszukiwanie.

    – uzupełniają się również wzajemnie, ponieważ każda może podlegać różnym skrzywieniom. Temperamentom czynnym, które mogłyby się zadowolić pierwszymi sposobami, grozi zastanawianie się nad swymi własnymi myślami, jeśli się nie zmuszą do pilniejszego studium tekstu. Intelektualiści zaś, gdyby od czasu do czasu nie pobudzili uczucia pod wpływem jakiegoś tekstu, uciekaliby w tworzenie pięknych syntez, nie mających żadnego wpływu na życie.

    fragment książki „Jak żyć dzisiaj Regułą św. Benedykta”/Fronda.pl

    Bertrand Rollin OSB (1926-1990), benedyktyn z opactwa En Calcat we Francji. Do klasztoru wstąpił w 1943 r., a dwa lata później złożył profesję wieczystą. Wyświęcony na kapłana w 1951 r.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Litania do Najdroższej Krwi Serca Pana Jezusa

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami.
    Święta Trójco, Jedyny Boże, zmiłuj się nad nami.

    Krwi Chrystusa, Jednorodzonego Syna Ojca Przedwiecznego, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wcielonego Słowa Bożego, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nowego i wiecznego Przymierza, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, przy konaniu w Ogrójcu spływająca na ziemię, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, tryskająca przy biczowaniu, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, brocząca spod cierniowej korony, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, przelana na krzyżu, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zapłato naszego zbawienia, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, bez której nie ma przebaczenia, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, która poisz i oczyszczasz dusze w Eucharystii, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zdroju miłosierdzia, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zwyciężająca złe duchy, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, męstwo Męczenników, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, mocy Wyznawców, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, rodząca Dziewice, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, ostojo zagrożonych, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, ochłodo pracujących, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, pociecho płaczących, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, nadziejo pokutujących, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, otucho umierających, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, pokoju i słodyczy serc naszych, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, zadatku życia wiecznego, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wybawienie dusz z otchłani czyśćcowej, wybaw nas.
    Krwi Chrystusa, wszelkiej chwały i czci najgodniejsza, wybaw nas.

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    P. Odkupiłeś nas, Panie, Krwią swoją.
    W. I uczyniłeś nas królestwem Boga naszego.

    Módlmy się: Wszechmogący, wieczny Boże, Ty Jednorodzonego Syna swego ustanowiłeś Odkupicielem świata i Krwią Jego dałeś się przebłagać, daj nam, prosimy, godnie czcić zapłatę naszego zbawienia i dzięki niej doznawać obrony od zła doczesnego na ziemi, abyśmy wiekuistym szczęściem radowali się w niebie. Przez Chrystusa, Pana naszego.
    W. Amen.

    *****

    This image has an empty alt attribute; its file name is euch.jpg

    Cena naszego zbawienia

    Z Przenajdroższej Krwi Chrystusa jesteśmy zrodzeni.

    Z Przenajdroższej Krwi Chrystusa jesteśmy odkupieni.

    Przenajdroższa Krew Chrystusa obmywa nas z grzechów i daje zadatek

    życia wiecznego.

    Oby każde ludzkie serce napełniało się coraz bardziej wdzięcznością Panu Jezusowi!

    *****

    O Krwi najdroższa O Krwi odkupienia
    Napoju życia z nieba dla nas dany
    O zdroju łaski O ceno zbawienia
    Ty grzechowe leczysz rany

    Tyś w Jezusowym kielichu zamknięta
    Abyś nas wszystkich życiem napawała
    Abyś dla świata Krwi Boska Prześwięta
    Miłosierdzie wybłagała

    O Krwi najdroższa przez Serce przeczyste
    Gdzie Twoje źródło miałaś na tej ziemi
    Cześć Tobie niesiem dzięki wiekuiste
    Z Aniołami ze świętymi

    ________________________________________________________________________

    Krew Chrystusa oczyszcza nasze sumienie

    Autor Listu do Hebrajczyków porównuje starą i nową świątynię, aby wykazać definitywną skuteczność ofiary Jezusa.

    CANVA

    ***

    Z Listu do Hebrajczyków

    Ale Chrystus, zjawiwszy się jako arcykapłan dóbr przyszłych, przez wyższy i doskonalszy, i nie ręką – to jest nie na tym świecie – uczyniony przybytek, ani nie przez krew kozłów i cielców, lecz przez własną krew wszedł raz na zawsze do Miejsca Świętego i osiągnął wieczne odkupienie. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi skrapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. (Hbr 9, 11-14)

    Refleksja

    Krew Chrystusa zdolna jest działać w głębi sumienia, w celu oczyszczania i uwalniania od grzechu, to znaczy od tego źródła nieczystości, które zabija wszelką nadzieję, ponieważ czyni człowieka niewolnikiem i w konsekwencji niezdolnym do pracy nad sobą. Już w Starym Testamencie składane były ofiary na oczyszczenie kapłanów, ludu i świątyni. Te ofiary znalazły swoje wypełnienie w Chrystusie. Najwyższy Kapłan ustanawia i powierza nowemu ludowi Bożemu jedyną, drogocenną ofiarę swojego Ciała i swojej Krwi, która ma nieskończoną wartość. Moc płynąca z tej ofiary oczyszcza z grzechów, uświęca, stwarza pokój oraz ustanawia nową wspólnotę Boga z ludźmi. A ofiara ta spełnia się przez przelanie Krwi. W ten sposób zmazana zostaje wina ludzi, tych, którzy opłukali swe szaty i w Krwi Baranka je wybielili (Ap 7, 14), ponieważ prawdziwie Krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu (1 J 1, 7; por. Ap 1, 5).

    Z „Listów” św. Kaspra del Bufalo, kapłana (Tom VI f, 403)

    Adoracja niezmierzonej Ceny naszego zbawienia jest najcenniejszym przedmiotem naszych dążeń. Z Boskiej Krwi płyną skarby mądrości i uświęcenia, wolność od kary piekielnej oraz możność posiadania chwały świętych w niebie. Wraz z przyjęciem tej niezmierzonej Ceny, przez którą zostaliśmy zbawieni, znajdź grzeszna duszo świętą i wewnętrzną motywację znalezienia nadziei w miłosierdziu i przebaczeniu; a ciebie, człowieku skruszony, niech ta niezmierzona Cena naszego zbawienia pobudza do wzrostu w cnotach i w świętości

    oraz w zdrowej, płomiennej gorliwości ratowania dusz dla Pana. Rozmyślanie o tym tak ważnym nabożeństwie niech cię uzdalnia do powstania ze snu duchowej śmierci, która cię zniewala. Rozumiemy teraz, dlaczego w Starym Testamencie Pan miał upodobanie w krwi ofiar zwierzęcych: ponieważ były zapowiedzią Krwi Baranka, przelanej na ołtarzu krzyża w pełni czasów. Jeśli bowiem krew kozłów i cielców oraz popiół z krowy, którymi krapia się zanieczyszczonych, sprawiają oczyszczenie ciała, to o ile bardziej krew Chrystusa, który przez Ducha wiecznego złożył Bogu samego siebie jako nieskalaną ofiarę, oczyści wasze sumienia z martwych uczynków, abyście służyć mogli Bogu żywemu. Niech to nabożeństwo do Przenajdroższej Krwi przybliży nasze dusze do boskiego Serca Jezusa.

    Prośby

    Z żywą wiarą w moc Krwi Chrystusa módlmy się wspólnie i wołajmy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Za święty Kościół Boży, by oczyszczony Krwią Chrystusa stawał się coraz bardziej znakiem miłości i apostolskiej gorliwości, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Aby Krew Chrystusa obudziła w nas wszystkich potrzebę skruchy i zbawienia, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Za wszystkich cierpiących, by potrafili złączyć swoje cierpienia ze zbawczą ofiarą Chrystusa, Ciebie prosimy:

    Wysłuchaj nas, Panie.

    Boże, który odkupiłeś całą ludzkość Najdroższą Krwią swojego jedynego Syna, zachowaj w nas dzieła swojego miłosierdzia, byśmy – wspominając nieustannie tajemnice naszego zbawienia – mogli otrzymać jego owoce. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

     
    tekst pochodzi z książki: “KREW CHRYSTUSA” – codzienne rozważania na lipiec tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń. Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA NA MIESIĄC LIPIEC 2022

    Intencja papieska:

    * Módlmy się w intencji osób starszych, które są korzeniami i pamięcią narodu, aby ich doświadczenie i mądrość pomagały najmłodszym patrzeć w przyszłość z nadzieją i odpowiedzialnością.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

      ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Bądź uwielbiony Panie Jezu Chryste za Krew Twoją Przenajdroższą, która wciąż obmywa serca z grzechów naszych. Proszę Cię Panie o łaskę wdzięczności i to nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich, których stawiasz na drodze mojego pielgrzymowania.

    *** 

    Intencja dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II)

    i św. Moniki: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 19 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 18 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – (potrzeba jeszcze 5 osób)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rozżarzone węgle

    Rozżarzone węgle
    ISTOCKPHOTO

    *****

    Wymienianie się tajemnicami nie musi oznaczać szpiegostwa czy plotkarstwa. Może być osią najprężniejszej akcji modlitewnej w historii świata. Posłuchajcie różanych opowieści…

    Na hasło w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” odpowiedź nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot, osoba równie bliska lyońskim pracownicom i grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”.

    Nigdy się nie zawiodłam

    – Z Różańcem zaprzyjaźniłam się dwadzieścia lat temu, gdy poznałam orędzie fatimskie, ale odmawiałam go nieregularnie – opowiada Katarzyna Błotny. – Kilka lat temu poszłam na Mszę do swego parafialnego kościoła na katowickim Wełnowcu i zdziwiona zauważyłam, że w prezbiterium śpiewa Henryk Czich, jeden z założycieli popularnej grupy Universe. Miał wiaderko z różami i zachęcał do przystąpienia do tej formy modlitwy. Poszłam po jedną różę i… od czterech lat odmawiam codziennie swoją dziesiątkę. Zawsze, gdy czuję się bezsilna, chwytam za różaniec. Nigdy jeszcze się nie zawiodłam…

    Sam wokalista Universe opowiada: „Wybrałem Jezusa na Pana i Zbawiciela w 2007 roku, w czasie kursu Filip prowadzonego przez gliwicką Szkołę Nowej Ewangelizacji. Pan Bóg przestał być tylko Kimś, w kogo powinno się wierzyć, ale stał się mi bliski. Wyciągnąłem z szafki dawno nieużywane Pismo Święte i bardzo dotknęły mnie słowa: »Otwórz moje wargi, Panie, a usta moje będą głosić Twoją chwałę«. Tej nocy długo nie mogłem zasnąć”.

    Grupy Żywego Różańca istnieją w większości polskich parafii. Ile osób zrzeszają, Pan Bóg raczy wiedzieć… Ponieważ każda grupa jest jednostką autonomiczną i nie łączy się z innymi w struktury, nie można stworzyć bazy danych. Może i dobrze… Nad Wisłą obowiązuje zatwierdzony przez Prymasa Tysiąclecia Ceremoniał Żywego Różańca, opracowany w roku 1977 przez dominikanina Szymona Niezgodę. Odkąd świętujący ćwierćwiecze pontyfikatu Jan Paweł II w liście ­Rosarium Virginis Mariae wprowadził tajemnice światła, w grupie modli się nie piętnaście, jak na początku dzieła, ale dwadzieścia osób.

    Wiem, że Ty wiesz

    – Staram się upolować wolną chwilę już od rana. Najlepsze są dyżury w szkole – uśmiecha się Milena Żak, nauczycielka. – Do intencji za moje dzieci, o to, by nie pogubiły się w życiu i odnalazły swą relację z Jezusem, dorzucam chrześniaków, uczniów… Dorzucam też tych, którzy przyjdą mi tego dnia na myśl. Wybiegam także w przyszłość, bo już dziś modlę się za przyszłych małżonków moich dzieci. Rozpoczynam od przedstawienia intencji, które Pan Bóg zna już na pamięć. (śmiech) Mówię Mu jednak: „Ja wiem, że Ty wiesz, ale mi to pomaga, że Ci o tym opowiem”.

    – W parafii Ducha Świętego w Siemianowicach Śląskich działa prężnie róża różańcowa rodziców. Ludzie wpisywali na listę imiona dzieci, wnuków, chrześniaków – opowiada Beata Górny. – Weszłam w to, bo szukałam konkretu, modlitwy, która będzie dla mnie zobowiązaniem. Dotąd modliłam nieregularnie, a dzięki róży muszę wygospodarować na modlitwę czas, pilnować tego – i bardzo mi to pomaga. Co więcej mogę dać dzieciom, które polecam Bogu? Wierzę, że w tych pełnych zawirowań czasach uchronił je już od wielu niebezpieczeństw, że są w najlepszych rękach. Raz w miesiącu w parafii są odprawiane Msze w intencji róż różańcowych i widać wówczas, jak wiele osób zaangażowanych jest w to dzieło!

    Jeden za drugiego

    – Gdy trafiłem do Bytomia, nie było tu żadnych wspólnot – opowiadał mi przed laty Rafał Kogut, franciszkanin. – Zaczęliśmy od powołania wspólnoty Żywego Różańca. Dlaczego? Zależało mi na tym, by ludzie modlili się za parafię.

    – Przez lata miałam problemy z Różańcem, odmawianie go sprawiało mi sporą trudność, więc dołączenie do róży było dla mnie wyzwaniem – mówi Aleksandra Nowojska z Siemianowic Śląskich. – Zaryzykowałam, bo napędzała mnie myśl, że nie tylko ja sama będę modliła się za moje dzieci, ale otoczy je modlitwa całej grupy. I to do końca ich życia! Zachwyciła mnie ta zasada naczyń połączonych, ludzi, którzy wzajemnie sobie błogosławią. Swą małą cegiełkę dokładam do tego zawsze rano, gdy tylko wstanę…

    Pół godziny nikogo nie zbawi

    Kończy się majowe i większość ludzi wychodzi z kościoła. Na Eucharystii pozostaje jedynie część wiernych. Z jednej strony świadczy to o tym, że piękne maryjne nabożeństwa są wciąż nad Wisłą niezwykle popularne, a z drugiej rodzi się pytanie, czy właściwie rozłożyliśmy akcenty. Hitem stał się lapsus językowy jednego z proboszczów, który rzucił: „Po Różańcu będzie Msza Święta. Zostańcie, te pół godziny nikogo nie zbawi!”.

    Różaniec jest mi bliski. Nie rozumiem jednak tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwą jest modlitwą. – To jest bardzo trudna modlitwa – mówił mi o. Joachim Badeni. – Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to to całe różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć: nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania. A można zagadać Matkę Boską! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym: „Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce Mego Syna. I tę modlitwę obdarzę licznymi łaskami”. Tak to sobie wyobrażam.

    Róża zamiast kołysanki?

    Masz problemy z zasypianiem? Zapisz się do róży różańcowej i modlitwę odłóż na ostatnią chwilę dnia. Nic tak nie usypia jak zdrowaśki – taką „złotą radę” dostałem od osób zaangażowanych w dzieło. Cytując klasyka: nie idźcie tą drogą.

    Członkowie Żywego Różańca zgodnym chórkiem opowiadają, że najtrudniejsze są wierność i systematyczność. Wielu z nich bliska staje się opowieść Teresy z Lisieux, która wyznawała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych. Czuję, że tak źle go odmawiam! Nie mogę skupić myśli”.

    – Dlaczego modlę się w róży? Bo wierzę w słowa z listu św. Jakuba: „Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego” – opowiada Agnieszka Skarecka. – Czasami mam wrażenie, że dla współczesnego świata hasło: „Mogę się za ciebie pomodlić” jest wyrazem bezradności. Wierzę w to, że modlitwa za mojego męża naprawdę przynosi mu błogosławieństwo.

    – Jestem przekonany, że Żywy Różaniec to najpotężniejszy i jednocześnie najbardziej wykpiwany ruch w Kościele – twierdzi ks. dr Grzegorz Wita z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego. – Geniusz Pauliny Jaricot polegał na tym, że idealnie wpisała się w społeczny i historyczny klimat epoki. Pomysł był oddolny (to niezmiernie istotne! To nie była akcja odgórnie narzucona przez episkopat!). Schemat jest prosty: zapraszam do róży tych, którym ufam. Trochę kojarzy mi się to z budowaniem siatki konspiracyjnej. „Swoi” znają „swoich”. Zaufanie, zgrany team plus konkretna intencja to elementy scalające wspólnotę.

    To nie handel!

    Nie chcę przytaczać świadectw o tym, „co można wymodlić w róży”. Nie po to stworzono to dzieło. To nie rodzaj handlu: dziesiątka za usługę. Pracujący na Wschodzie oblat o. Andrzej Madej opowiadał: – W wielu kościołach zauważam tablice: „W tym miejscu Pan Bóg wysłuchał mojej prośby”, ale jeszcze nigdy nie widziałem tablicy: „Tu ja posłuchałem Pana Boga”. A byłby to nie mniejszy cud!

    Róże różańcowe to odpowiedź na zaproszenie do wiernej modlitwy. Lekcja słuchania.

    – Modlę się w intencjach, które proponuje Kościół, które są przypisane na dany miesiąc – mówi Mariusz Wolnik (prowadzi firmę na Górnym Śląsku). – Do róży należę razem żoną. Ja modlę się najczęściej w samochodzie, bo nie chcę zostawiać tej modlitwy na koniec dnia…

    „Lubimy dania z mikrofalówki, a Pan Bóg woli marynaty”. Róże różańcowe doskonale wiedzą, co „poeta miał na myśli”, nauczając: „Wytrwajcie w miłości mojej”. Słowo to nosi przecież w sobie pewną decyzję, determinację, zmaganie z przeciwnościami. Paulina Jaricot stawiała na wierność. – Dla mnie – podsumowuje Agnieszka Skamrot, nauczycielka z Warszawy – modlitwa w ramach róży różańcowej jest najbardziej niepozorną, a jednocześnie najpotężniejszą bronią. •

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Trzecie objawienie Matki Bożej we Fatimie. Wizja piekła

    This image has an empty alt attribute; its file name is z13.jpg

    13 lipca 1917 r. krótko po naszym przybyciu do Cova da Iria do dębu skalnegogdy odmówiliśmy różaniec z licznie zebranymi ludźmi, zobaczyliśmy znany już blask światła, a następnie Matkę Boską na dębie skalnym.

    – „Czego sobie Pani ode mnie życzy?” – zapytałam.
    – „Chcę, żebyście przyszli tutaj 13 przyszłego miesiąca, żebyście nadal codziennie odmawiali różaniec na cześć Matki Boskiej Różańcowej, dla uproszenia pokoju na świecie i o zakończenie wojny, bo tylko Ona może te łaski uzyskać”.
    – „Chciałabym prosić, żeby Pani nam powiedziała, kim jest i uczyniła cud, żeby wszyscy uwierzyli, że nam się Pani ukazuje”.
    – „Przychodźcie tutaj w dalszym ciągu co miesiąc! W październiku powiem, kim jestem i czego chcę, i uczynię cud, aby wszyscy uwierzyli”.

    Potem przedłożyłam kilka próśb, nie pamiętam, jakie to były. Przypominam sobie tylko, że Nasza Dobra Pani powiedziała, że trzeba odmawiać różaniec, aby w ciągu roku te łaski otrzymać. I w dalszym ciągu mówiła:
    – „Ofiarujcie się za grzeszników i mówcie często, zwłaszcza gdy będziecie ponosić ofiary: O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie, za nawrócenie grzeszników i za zadośćuczynienie za grzechy popełnione przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi”.

    Przy tych ostatnich słowach rozłożyła znowu ręce jak w dwóch poprzednich miesiącach.
    Promień światła zdawał się przenikać ziemię i zobaczyliśmy jakby morze ognia, a w tym ogniu zanurzeni byli diabli i dusze w ludzkich postaciach podobne do przezroczystych, rozżarzonych węgli, które pływały w tym ogniu. Postacie te były wyrzucane z wielką siłą wysoko wewnątrz płomieni i spadały ze wszystkich stron jak iskry podczas wielkiego pożaru, lekkie jak puch, bez ciężaru i równowagi wśród przeraźliwych krzyków, wycia i bólu rozpaczy wywołujących dreszcz zgrozy. (Na ten widok musiałam krzyczeć «aj», bo ludzie to podobno słyszeli.) Diabli odróżniali się od ludzi swą okropną i wstrętną postacią, podobną do wzbudzających strach nieznanych jakichś zwierząt, jednocześnie przezroczystych jak rozżarzone węgle.

    Przerażeni, podnieśliśmy oczy do Naszej Pani szukając u Niej pomocy, a Ona pełna dobroci i smutku rzekła do nas:
    – „Widzieliście piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników. Żeby je ratować, Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Jeżeli się zrobi to, co wam powiem, wielu przed piekłem zostanie uratowanych i nastanie pokój na świecie. Wojna zbliża się ku końcowi. Ale jeżeli ludzie nie przestaną obrażać Boga, to w czasie pontyfikatu Piusa Xl rozpocznie się druga wojna, gorsza. Kiedy pewnej nocy ujrzycie nieznane światło, (ma na myśli nadzwyczajne światło północne, które widziano w nocy 25 stycznia 1938 r. w całej Europie, także w Polsce. Łucja uważała je wciąż za znak obiecany z nieba) wiedzcie, że jest to wielki znak od Boga, że zbliża się kara na świat za liczne jego zbrodnie, będzie wojna, głód, prześladowanie Kościoła i Ojca Świętego.
    Aby temu zapobiec, przybędę, aby prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła, dobrzy będą męczeni, a Ojciec Święty będzie musiał wiele wycierpieć. Różne narody zginą. Na koniec jednak moje Niepokalane Serce zatriumfuje. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci i przez pewien czas zapanuje pokój na świecie. W Portugalii będzie zawsze zachowany dogmat wiary itd. Tego nie mówcie nikomu; Franciszkowi możecie to powiedzieć. Kiedy odmawiacie różaniec, mówcie po każdej tajemnicy: „O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba, a szczególnie te, które najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia”.

    Nastała chwila ciszy, a ja zapytałam:
    – „Pani nie życzy sobie ode mnie niczego więcej?”
    – „Nie, dzisiaj już nie chcę od ciebie niczego więcej”.

    I jak zwykle uniosła się w stronę wschodu, aż znikła w nieskończonej odległości firmamentu. 

    Siostra Łucja wspomina, że wizja piekła do tego stopnia przerażała siedmioletnią Hiacyntę, „że wszystkie kary i umartwienia wydawały się jej zbyt małe, aby uzyskać u Boga łaskę wybawienia niektórych dusz. Jak to się stało, że Hiacynta taka mała, mogła zrozumieć ducha umartwienia i pokuty i z takim zapałem mu się oddać. Wydaje mi się, że była to najpierw szczególna łaska, której Bóg za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi chciał udzielić, a potem widok piekła i nieszczęścia dusz, które się tam dostają. Niektórzy ludzie, nawet pobożni, nie chcą dzieciom mówić o piekle, żeby ich nie przerażać, ale Bóg nie zawahał się pokazać go trojgu dzieciom, z których jedno miało zaledwie 8 lat.. Hiacynta często siadała na ziemi lub na jakimś kamieniu i zadumana zaczynała mówić: «Piekło, piekło, jak mi żal tych dusz, które idą do piekła, i tych ludzi, którzy tam żywcem płoną, jak drzewo w ogniu.» Drżąc klękała z rękami złożonymi, aby powtarzać modlitwę, której Pani nasza nas nauczyła: 0 mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba a szczególnie te, które najbardziej potrzebują Twojego Miłosierdzia. Obecnie Ekscelencja rozumie, dlaczego ostatnie słowa tej modlitwy odnoszą się do dusz, które znajdują się w największym lub najbliższym niebezpieczeństwie potępienia.”

         Tuż przed swoją śmiercią przebywając w szpitalu w Lizbonie Hiacynta długie godziny spędzała na modlitwie, z jej pokoiku widać było wnętrze kościoła i tabernakulum. Adorowała Jezusa ukrytego w Najświętszym Sakramencie. Kilka razy odwiedziła ją Matka Boża. Po tych odwiedzinach zwierzała się siostrze Godinho przekazując jej to, co usłyszała od Matki Bożej.

         Między innymi Maryja powiedziała jej, że „najwięcej ludzi trafia do piekła przez grzechy nieczystości”. Mówiła również: „Gdyby ludzie wiedzieli, czym jest wieczność, na pewno uczyniliby wszystko, by odmienić swoje życie. Pojawią się na świecie mody, które będą obrażać naszego Pana. Ludzie, którzy służą Bogu, nie mogą być niewolnikami mody. W Kościele nie ma miejsca na mody. Bóg jest zawsze ten sam.”

         Według relacji s. Łucji Franciszek, w przeciwieństwie do swojej siostry Hiacynty, był mniej przejęty wizją piekła, „choć zrobiła na nim wielkie wrażenie. Całą swoją uwagę skupił na Bogu, który jest Trójcą Przenajświętszą w tym świetle ogromnym, które nas przenikało do głębi duszy. Potem powiedział: myśmy płonęli w tym świetle, które jest Bogiem, i nie spaliliśmy się. Jakim jest Bóg, tego nie można by powiedzieć. Tego właśnie nikt nie zdoła wypowiedzieć.”

    ***

    Łańcuch ocalenia
    Fragment malowidła “Sąd ostateczny” Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej, przedstawia człowieka ratującego innych za pomocą różańca
    ***

    „Na Watykanie w Kaplicy Sykstyńskiej jest ogromny obraz, namalowany na wielkiej ścianie – Przedstawia Sąd Ostateczny. Mnóstwo postaci, Chrystus, u Jego boku Maryja, aniołowie, Apostołowie i rzesze ludzkie, podnoszące się z tej ziemi ku niebu. Ale jeden fragment szczególnie nas zastanawia – oto potężny Duch Boży dźwiga z otchłani człowieka, uczepionego do różańca. Dźwiga go na różańcu ! Wielki mistrz Odrodzenia, Michał Anioł Buonarroti, miał widocznie tak żywą wiarę w potęgę różańca, że umieścił go w najwspanialszym dziele malarstwa chrześcijańskiego, jakim jest Sąd Ostateczny w Kaplicy Sykstyńskiej” (Sługa Boży Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski).

    _______________________________________________KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 lipca w liturgii Kościoła wspominamy Najświętszą Maryję Pannę z Góry Karmel – powszechnie znaną jako Matkę Bożą Szkaplerzną.

    obraz Matki Bożej Szkaplerznej w Sanktuarium w Rzeszowie
    ***

    Historia kultu Szkaplerza świętego

    Wspomnienie zwraca nas ku Maryi objawiającej się na górze Karmel, znanej już z tekstów Starego Testamentu – z historii proroka Eliasza (1 Krl 17, 1 – 2 Krl 2, 25). W XII wieku po Chrystusie do Europy przybyli, prześladowani przez Turków, duchowi synowie Eliasza, prowadzący życie kontemplacyjne na Karmelu. Również w Europie spotykali się z niechęcią. Jednakże Stolica Apostolska, doceniając wyrzeczenia i umartwienia, jakie podejmowali zakonnicy, ułatwiała zakładanie nowych klasztorów. Szczególnie szybko zakon rozwijał się w Anglii, do czego przyczynił się m.in. wielki czciciel Maryi, św. Szymon Stock, szósty przełożony generalny zakonu karmelitów. Wielokrotnie błagał on Maryję o ratunek dla zakonu. W czasie jednej z modlitw w Cambridge, w nocy z 15 na 16 lipca 1251 r., ujrzał Bożą Rodzicielkę w otoczeniu Aniołów. Podała mu Ona brązową szatę, wypowiadając jednocześnie słowa: Przyjmij, synu, szkaplerz twego zakonu, jako znak mego braterstwa, przywilej dla ciebie i wszystkich karmelitów. Kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego. Oto znak zbawienia, ratunek w niebezpieczeństwach, przymierze pokoju i wiecznego zobowiązania”. Szymon Stock z radością przyjął ten dar i nakazał rozpowszechnienie go w całej rodzinie zakonnej, a z czasem również w świecie. W XIV wieku Maryja objawiła się papieżowi Janowi XXII, polecając mu w opiekę “Jej zakon” karmelitański. Obiecała wówczas obfite łaski i zbawienie osobom należącym do zakonu i wiernie wypełniającym śluby. Obiecała również wszystkim, którzy będą nosić szkaplerz, że wybawi ich z czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Cały szereg papieży wypowiedziało się z pochwałami o tej formie czci Najświętszej Maryi i uposażyło to nabożeństwo licznymi odpustami. Wydali oni około 40 encyklik i innych pism urzędowych w tej sprawie. Do spopularyzowania szkaplerza karmelitańskiego przyczyniło się przekonanie, że należących do bractwa szkaplerza Maryja wybawi z płomieni czyśćca w pierwszą sobotę po ich śmierci. Tę wiarę po części potwierdzili papieże swoim najwyższym autorytetem namiestników Chrystusa. Takie orzeczenie wydał, jako pierwszy Paweł V 29 czerwca 1609 r., Benedykt XIV je powtórzył (+ 1758). Podobnie wypowiedział się papież Pius XII w liście do przełożonych Karmelu z okazji 700-lecia szkaplerza. Nie ma jednak ani jednego aktu urzędowego Stolicy Apostolskiej, który oficjalnie i w pełni aprobowałby ten przywilej. O przywileju sobotnim milczą najstarsze źródła karmelitańskie. Po raz pierwszy wiadomość o objawieniu szkaplerza pojawia się dopiero w roku 1430. Nabożeństwo szkaplerza należało kiedyś do najpopularniejszych form czci Matki Bożej. Jeszcze dzisiaj spotyka się bardzo wiele obrazów Matki Bożej Szkaplerznej (z Góry Karmel), ołtarzy i kościołów. We Włoszech jest kilkaset kościołów Matki Bożej z Góry Karmel, w Polsce blisko setka. Wiele obrazów i figur pod tym wezwaniem zasłynęło cudami, tak że są miejscami pątniczymi. Niektóre z nich zostały koronowane koronami papieskimi. Szkaplerz w obecnej formie jest bardzo wygodny do noszenia. Można nawet zastąpić go medalikiem szkaplerznym. Z całą pewnością noszenie szkaplerza mobilizuje i przyczynia się do powiększenia nabożeństwa ku Najświętszej Maryi Pannie. Szkaplerz nosili liczni władcy europejscy i niemal wszyscy królowie polscy (od św. Jadwigi i Władysława Jagiełły poczynając), a także liczni święci, również spoza Karmelu, m.in. św. Jan Bosko, św. Maksymilian Maria Kolbe i św. Wincenty a Paulo. Sama Matka Boża, kończąc swoje objawienia w Lourdes i Fatimie, ukazała się w szkaplerzu, wyrażając przy tym wolę, by wszyscy go nosili. Na wzór szkaplerza karmelitańskiego powstały także inne, jednakże ten pozostał najważniejszy i najbardziej powszechny. W wieku 10 lat przyjął szkaplerz karmelitański także św. Jan Paweł II. Nosił go do śmierci. Święto Matki Bożej z Góry Karmel karmelici obchodzili od XIV w. Benedykt XIII (+ 1730) zatwierdził je dla całego Kościoła. W Polsce otrzymało to święto nazwę Matki Bożej Szkaplerznej. Szkaplerz początkowo był wierzchnią szatą, której używali dawni mnisi w czasie codziennych zajęć, aby nie brudzić habitu. Spełniał więc rolę fartucha gospodarczego. Potem przez szkaplerz rozumiano szatę nałożoną na habit. Pisze o nim już reguła św. Benedykta w kanonie 55 dotyczącym ubrania i obuwia braci. Wszystkie dawne zakony noszą po dzień dzisiejszy szkaplerz. Współcześnie szkaplerz oznacza strój, który jest znakiem zewnętrznym przynależności do bractwa, związanego z jakimś konkretnym zakonem. Tak więc istnieje szkaplerz: brunatny – karmelitański (w. XIII); czarny – serwitów (w. XIV), od roku 1860 kamilianów; biały – trynitarzy, mercedariuszy, dominikanów (w. XIV), Niepokalanego Serca Maryi (od roku 1900); niebieski – teatynów (od roku 1617) i Niepokalanego Poczęcia Maryi (w. XIX); czerwony – męki Pańskiej; fioletowy – lazarystów (1847) i żółty – św. Józefa (w. XIX). Ponieważ było niewygodnie nosić szkaplerz taki, jaki nosili przedstawiciele danego zakonu, dlatego z biegiem lat zamieniono go na dwa małe kawałki płótna, zazwyczaj z odpowiednim wizerunkiem na nich. Na dwóch tasiemkach noszono go w ten sposób, że jedno płócienko było na plecach (stąd nazwa łacińska scapulare), a druga na piersi. Taką formę zachowały szkaplerze do dnia dzisiejszego. W roku 1910 papież św. Pius X zezwolił ze względów praktycznych na zastąpienie szkaplerza medalikiem szkaplerznym. W przypadku szkaplerza karmelitańskiego na jednym kawałku powinien być umieszczony wizerunek Matki Bożej Szkaplerznej, a na drugim – Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jedna część powinna spoczywać na piersiach, a druga – na plecach. Szkaplerz musi być poświęcony według specjalnego obrzędu. Szkaplerz, będący znakiem maryjnym, zobowiązuje do chrześcijańskiego życia, ze szczególnym ukierunkowaniem na uczczenie Najświętszej Maryi Dziewicy potwierdzanym codzienną modlitwą Pod Twoją obronę…

    tekst ks. Łukasza Ślusarczyka – wikariusza Parafii Rzymsko-katolickiej pod wezwaniem Świętego Krzyża w Rzeszowie

    ___________________________________________________________________________________

    Święci karmelitanie
    Pietro Novelli, „Matka Boża z Góry Karmel” – OLEJ NA PŁÓTNIE, 1641, MUZEUM DIECEZJALNE, PALERMO

    ***

    Z nabożeństwem do Matki Bożej Szkaplerznej są związane przywileje uznane przez Kościół:

    – noszącym szkaplerz Maryja zapewniła opiekę w trudach i niebezpieczeństwach życia zarówno względem duszy, jak i ciała;

    – w znaku szkaplerza Maryja obiecała szczęśliwą śmierć i zachowanie od wiecznego potępienia;

    – każdy, kto nosi szkaplerz, jest złączony z Zakonem Karmelitańskim i ma udział w jego duchowych dobrach za życia i po śmierci (objęty jest intencjami Mszy św., komunii św., umartwień, postów, modlitw itp.).

    Z końcem XV w. do powyższych łask dołączono tzw. przywilej sobotni, przekazany przez papieża Jana XXII, któremu Najświętsza Maryja Panna obiecała, że każdy, kto będzie nosił szkaplerz i zachowywał czystość według swego stanu zostanie uwolniony z czyśćca w pierwszą sobotę po śmierci.

    ______________________________________________________

    Zachęta do noszenia szkaplerza płynie także z Fatimy

    „Szkaplerz święty noś, na różańcu proś” –  głosi staropolskie przysłowie. Mieli rację nasi praojcowie, którzy je stworzyli, a stało za tym ich życie w szkole Maryi gdyż podążali do Jezusa przez Maryję („ad Jesum per Mariam”). Słuszność takiej drogi potwierdził Sobór Watykański II, stwierdzając, że „gdy Matka czci doznaje, to poznaje się, kocha, wielbi w sposób należyty i zachowuje się przykazania Syna” (Lumen Gentium 66). Dlatego też sobór zachęcał wszystkich do popierania zbożnych ćwiczeń ku czci Maryi, jakie były zalecane w ciągu wieków przez Urząd Nauczycielski (tamże 67), a bł. Paweł VI, papież wprowadzający w życie soborowe uchwały zaznaczył, że ojcowie soborowi, mówiąc o formach pobożności maryjnej zalecanych przez Kościół w minionych wiekach, mieli na myśli przede wszystkim „różaniec święty i szkaplerz karmelitański” (AAS (1965) 376).

    Skądinąd już w 1917 r. na szczególną aktualność i potrzebę praktykowania obu tych nabożeństw, tj. szkaplerznego i różańcowego, wskazała sama Matka Najświętsza, w czasie słynnego cudu słońca, kiedy to święci wizjonerzy Hiacynta i Franciszek wraz z s. Łucją zobaczyli na niebie obrazy symbolizujące tajemnice różańcowe, od radosnych (wyrażonych widzeniem Świętej Rodziny), poprzez bolesne (ukazane w wizji Matki Bożej w fioletowych szatach z mieczem przeszywającym Jej serce) i chwalebne (jawiące się w widzeniu Matki Bożej Szkaplerznej, ukoronowanej na Królową Nieba i Ziemi, z Dzieciątkiem Jezus trzymającym w ręku szkaplerz święty).

    Szczególnym propagatorem nabożeństwa szkaplerznego był św. Jan Paweł II, tak bardzo związany z Fatimą: nosił on szkaplerz osobiście, często o nim mówił, zachęcał do praktykowania nabożeństwa szkaplerznego i wydał o nim list apostolski „Opatrznościowe wydarzenie łaski” (25 III 2001). Także Benedykt XVI mówił o nabożeństwie do Matki Bożej Szkaplerznej, przynoszącym owoce modlitwy, kontemplacji, służby Bogu i bliźnim (16 VII 2006), a Papież Franciszek poleca opiece Matki Bożej Szkaplerznej wszystkich, z którymi się spotyka oraz ich rodziny (14 VII 2014).

    Z teologicznego punktu widzenia nabożeństwo szkaplerzne sytuuje się w kontekście duchowego macierzyństwa Maryi wobec ludzkości i Jej powszechnego wszechpośrednictwa.

    Łaski i dobrodziejstwa otrzymywane przez wiernych noszących szkaplerz karmelitański nie odnoszą się jedynie do przeszłości, ale są bardzo liczne także dzisiaj. Różnorodność dobrodziejstw szkaplerza wręcz zaskakuje, łaski bowiem dotyczą zarówno sfery duchowej, jak i fizycznej, jak odzyskane zdrowie, wymodlone potomstwo, uratowanie życia w wypadku, wyzwolenie z nałogów, przywrócenie zgody w rodzinach czy pomiędzy innymi ludźmi, nawrócenia duchowe. Coroczne Ogólnopolskie Spotkania Rodziny Szkaplerznej, organizowane w soboty po 16 lipca w sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej w Czernej k. Krakowa (w tym roku 22 lipca odbędzie już dziewiętnaste z nich), gromadzą tysiące osób noszących szkaplerz i wyznających, że jest on dla nich, cytując wybrane świadectwa: prezentem od Maryi, siłą w nieszczęściach i upokorzeniach, mocą i ochroną przed złem, ostoją w życiu, szatą Maryi, która odmienia życie, drogowskazem do Nieba, dowodem, że Matka Boża nas nie opuszcza, zobowiązaniem do bycia dobrymi, zaproszeniem do modlitwy, znakiem szczególnej łączności z Bogiem za pośrednictwem Jego Matki, przypomnieniem, że mamy naśladować cnoty Maryi, obietnicą osiągnięcia życia wiecznego.

    Niech uświadomienie sobie aktualności nabożeństwa szkaplerznego w przeżywanym przez nas roku stulecia objawień fatimskich będzie zachętą do jego praktykowania, zgodnie z maryjnym orędziem płynącym z portugalskiego sanktuarium z coraz to większą mocą, o czym świadczy kanonizacja pastuszków Hiacynty i Franciszka i postępujący proces beatyfikacyjny s. Łucji.

    o. Szczepan T. Praśkiewicz OCD/karmel.pl/Karmelici Bosi

    __________________________________________________________

    klasztor karmelitański/ w Czernej/fot.PCh24

    ***

    I Nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej

    (7 – 15 lipca – Nowenna do Matki Bożej Szkaplerznej)

    Matka Boża Szkaplerzna

    ***

    Modlitwa na początek Nowenny

    O najwspanialsza Królowo nieba i ziemi! Orędow­niczko Szkaplerza świętego, Matko Boga! Oto ja, Two­je dziecko, wznoszę do Ciebie błagalnie ręce i z głębi serca wołam do Ciebie: Królowo Szkaplerza świętego, ratuj mnie, bo w Tobie cała moja nadzieja.

    Jeśli Ty mnie nie wysłuchasz, do kogóż mam się udać? Wiem, o dobra Matko, serce Twoje wzruszy się moim błaganiem i wysłuchasz mnie w moich po­trzebach, gdyż Wszechmoc Boża spoczywa w Twoich rękach, a użyć jej możesz według upodobania. Od wie­ków tak czczona, najszlachetniejsza Pocieszycielko strapionych, powstań i swą potężną mocą rozprosz moje cierpienia, ulecz, uspokój mą duszę, o Matko pełna litości! Ja zaś wdzięcznym sercem wielbić Cię będę aż do śmierci. Na Twoją chwałę w Szkaplerzu świętym żyć i umierać pragnę. Amen.

    Dzień pierwszy — 7 lipca

    „Miłujcie Maryję! Z tej miłości nie przestawajcie czer­pać siły dla waszych serc. Niech Ona okazuje się dla was i przez was Matką wszystkich, którzy tak bardzo spragnieni są tej macierzyńskiej opieki”.

    Jan Paweł II

    Maryjo, Kwiecie Karmelu i Matko nasza! Ukazałaś się niegdyś prorokowi Eliaszowi w postaci jasnego obłoku, który wzniósłszy się nad morzem, użyźnił spragnioną ziemię obfitym deszczem. Pokornie Cię błagamy, racz nam wyjednać obfite zdroje łask niebieskich, które ubogacą nasze dusze, aby wydawały stokrotny plon świętych cnót i dobrych uczynków i abyśmy słu­żąc Bogu w wierze oraz miłości, już w tym życiu mo­gli się cieszyć błogą nadzieją oglądania Go w szczęśliwej wieczności.

    Składamy w Twoje Matczyne ręce nasze potrzeby i intencje tej nowenny, ufni, że nie odrzucisz naszej prośby, najlepsza i najczulsza Matko. Amen.

    Ojcze nasz…

    Zdrowaś Maryjo…

    Chwała Ojcu…

    Dzień drugi — 8 lipca

    „Nie bójmy się, że Maryja przesłoni nam Chrystusa, Ona jest po to, aby do Niego prowadzić”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Gwiazdo Karmelu i Matko nasza, która pałając szczególną miłością ku dzieciom odzianym Szkaplerzem świętym, nawiedzasz ich dusze, pocie­szasz je słowem i przykładem, uproś nam, o Królowo nasza, aby Syn Twój, a Pan nasz, Jezus Chrystus, swą Boską światłością rozproszył ciemności naszych umysłów; abyśmy poznali wartość Jego miłości ku nam zwróconej i serdecznie Go miłowali, abyśmy zrozu­mieli doniosłość naszych obowiązków i sumiennie je wypełniali, abyśmy wszystkie myśli, słowa i czyny kierowali ku większej chwale Bożej i zbudowaniu naszych bliźnich.

    Pokornie powierzamy Ci wszystko, co nas dręczy, niepokoi i boli. Ufamy, że przyjmiesz to jak Matka i dasz naszym duszom i sercom niezmącony pokój! Amen.
    Ojcze nasz…Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    Dzień trzeci — 9 lipca

    „Matka nigdy nie odchodzi — ani od kołyski, ani z Kalwarii, ani od grobu swojego dziecka”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Mistrzyni Karmelu i Matko nasza, prze­pełniona dobrocią dla nas, która raczyłaś przyjąć ofia­ry złożone Ci przez synów Twego zakonu, błagamy Cię, o Pani nasza, przemień nasze dusze w świątynie Boga żywego, aby przyozdobione kwiatami cnót i do­brych uczynków mogły godnie przyjąć Boski Maje­stat; abyśmy wielbiąc i miłując Boga, mogli wiernie Mu służyć i nigdy naszych świątyń duszy nie skalać grzesznym przywiązaniem do stworzeń.

    O Matko! Tyle w nas słabości, tyle nędz i mroków! Ty możesz umocnić nasze dusze i serca. Zawierzamy Ci całkowicie. Amen.

    Ojcze nasz…Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    Dzień czwarty— 10 lipca

    „Równowaga stojącej pod krzyżem Maryi pomaga całemu światu”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Chwało Karmelu i Matko nasza, która w do­wód szczególnej miłości do dzieci odzianych Twą świę­tą szatą, raczyłaś zaszczycić je mianem Twego najsłod­szego Imienia, prosimy Cię pokornie, obudź w naszych sercach pragnienie, abyśmy we wszystkich uciskach i dolegliwościach życia u Ciebie szukali wsparcia, ulgi i pociechy. Zachęcaj nas Twym życiem i przykładem do pełnienia dobrych uczynków i spraw, o Matko Miło­sierdzia, abyśmy naśladując Twoje święte cnoty, stali się godni zaszczytnej nazwy synów Twoich; abyśmy zapisani zostali w księdze żywota, pomiędzy Twymi dziećmi i braćmi Jezusa Chrystusa. Usłysz nasze błagania. Ty na Kalwarii w wielkim bólu stałaś się dla nas Matką. Ty najlepiej rozumiesz nasze cierpienia. Osłaniaj nas przed pokusami złego i zaprowadź nas do Twego Syna, Jezusa Chrystusa. Amen.

    Ojcze nasz…Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    Dzień piąty — 11 lipca

    „Jak bardzo postać Maryi promieniuje światu właśnie dziś, gdy tylu mądrych i roztropnych ludzi żenuje się mówić o ubożuchnym Dziewczęciu, które Bóg wypa­trzył sobie w Nazarecie i uczynił Matką Syna Swego”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Twierdzo Karmelu, która pośród ataków nieprzyjacielskich osłaniałaś tarczą swej opieki zakon karmelitański i ocaliłaś go od upadku, prosimy Cię po­kornie, o Pani i Orędowniczko nasza, broń nas od nie­przyjaciół duszy i ciała: abyśmy służyli Bogu w poko­ju i bezpieczeństwie na większą Jego cześć i na chwa­łę Twoją. Królowo Karmelu! Przychodzimy do Ciebie i skła­damy w Twoje Matczyne dłonie nasze przyszłe losy, losy Kościoła i naszej Ojczyzny. Ulżyj nam w dźwi­ganiu krzyża, który nosimy, i ukaż blask zwycięstwa prawdy, dobra, piękna i pokoju. Amen.

    Ojcze nasz…Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    Dzień szósty — 12 lipca

    „Bóg nie chce inaczej udzielać się światu, jak tylko z ramion Maryi”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Królowo Karmelu i Matko nasza, która swe­go wiernego sługę Szymona zaszczyciłaś świętym Szkaplerzem — znakiem zbawienia i synostwa Twe­go, przyobiecując niezliczone zdroje łask i błogosła­wieństw Bożych tym wszystkim, którzy będą poboż­nie tę szatę nosić i należycie wypełniać obowiązki swego powołania, a naśladując Twoje święte cnoty, będą się stawali wiernymi Twoimi sługami, spraw, abyśmy przez wierność podjętym zadaniom, korzystali w życiu i po śmierci z Twoich obietnic, a przez to zo­stali dopuszczeni do chwały wiecznej.

    Spraw, Królowo Szkaplerza świętego, aby nosząc Twój Szkaplerz, dusze nasze upodabniały się coraz bardziej do Ciebie, a przez Ciebie do Chrystusa, i aby wzrastała w nas ufność, że Ty każdej naszej potrzebie zaradzisz i osłonisz przed burzami życia. Amen.

    Ojcze nasz…Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    Dzień siódmy — 13 lipca

    „Zawsze, gdy jest szczególnie ciężko, gdy ciemności ogarniają ziemie, a słońce już gaśnie i gwiazdy nie dają światłości, trzeba wszystko oddawać Maryi”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Strażniczko Karmelu i Matko! Tyś nas za­pewniła, że święta Twa suknia, jeżeli ją godnie nosimy, będzie nam puklerzem i tarczą przeciwko pociskom nieprzyjacielskim i że uchroni nas od wszelkiego zła. Prosimy Cię gorąco: niech nas zachowa Twoja potęż­na obrona nie tylko od niebezpieczeństw ciała, ale przede wszystkim od niebezpieczeństw duszy i wiecz­nego potępienia. Spraw za swoją przemożną przyczy­ną, abyśmy nie popełnili takiej winy, przez którą mo­glibyśmy być odrzuceni przez Boga. Kornie upadając przed Tobą, ufamy, że nie będzie takiego bólu, którego byś nie ukoiła, nie będzie takiej zasadzki, której byś nie oddaliła, bo jesteś najbardziej kochającą Matką. Amen.

    Ojcze nasz…Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    Dzień ósmy — 14 lipca

    „Po Bogu w Trójcy Jedynym, nie mamy nikogo bliższego nad Matkę Słowa Wcielonego. Gdy wiec szukamy w naszych myślach modlitewnych, z kim mielibyśmy rozmawiać, komu mielibyśmy się zwie­rzyć, z kim naszą samotność dzielić, to chyba z Nią”.

    Stefan kard. Wyszyński

    Maryjo, Ozdobo Karmelu i Matko nasza! Dając nam tę szlachetną odznakę Twojej miłości — Szkaplerz święty, nie tylko chciałaś widzieć w nas swoje sługi, ale zapragnęłaś jeszcze przybrać nas za swoje córki i za swoich synów i raczyłaś nas tak nazwać. Błagamy Cię, wyjednaj nam u Jezusa tę łaskę, abyśmy nigdy nie byli dla Ciebie powodem smutku, ale Twoją rado­ścią i Twoją chwałą! Chcemy też być dobrymi Twymi braćmi, jak tego sobie życzyłaś. Dzięki pomocy takiej Matki, która wszystko rozumie — wyzwolimy się ze wszystkiego, co nas od Ciebie oddala, co nie podoba się Chrystuso­wi Panu. „Bądź z nami w każdy czas, wspieraj i ratuj nas”. Amen.

    Ojcze nasz…Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    Dzień dziewiąty— 15 lipca

    „Matko Kościoła!… Daj nam odradzać się wciąż ca­łym pięknem świadectwa dawanego Krzyżowi i Zmart­wychwstaniu Twego Syna”.

    Jan Paweł II

    Maryjo, Opiekunko Karmelu i Matko nasza! Wie­my, że nigdy nie opuszczasz wiernych swoich. Spraw, abyśmy zawsze byli wierni Tobie. Opiekuj się naszy­mi sercami, oczyść je z wszelkich brudów grzechowych, przystrój je w wonne kwiaty cnót. Niech Jezus Chrystus zamieszka w nas na zawsze, aby w godzinie śmierci naszej szatan odstąpił od nas, widząc Jezusa w naszych sercach. A kiedy dusze nasze rozłączą się z ciałami, daj nam pociechę oglądania Twego święte­go Oblicza i zaprowadź nas do przybytku wiecznego szczęścia. Matko Szkaplerza świętego! Przyobiecałaś, że nie będzie potępiony ten, kto pobożnie nosił Twój Szkaplerz. Przypominaj nam nieustannie o tym, abyśmy w ostatniej godzinie ziemskiego życia ucałowali Twój znak zbawienia i stali się uczestnikami wiecznej chwa­ły. Amen.

    Ojcze nasz…Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    Modlitwa do Matki Bożej Szkaplerznej (na zakończenie nowenny)

    Bogarodzico Dziewico! Królowo Szkaplerza świę­tego i Matko nasza! Nieustannie przywołujesz nas do Siebie. Pani i Królowo nasza! Jak niegdyś przez dar Szkaplerza świętego ocaliłaś swój umiłowany zakon karmelitański od rozbicia i upadku, a nam wszystkim dałaś znak szczególnej opieki, tak dzisiaj stań na drogach ludzkości odcho­dzącej od Boga jako znak pojednania i ratunku dla świata. Bądź ocaleniem dla całej ziemi, Kościoła i naszego narodu. Odnów znaki i powtórz cuda! Otrzyj łzy cier­piącym, ochraniaj niewinność dzieci, broń wiary świę­tej w sercach młodzieży; rodzinom naszym uproś po­kój i miłość wzajemną, i ducha ofiary! Naszej całej Ojczyźnie, którą tak bardzo umiłowałaś, błogosław od tronu Twej łaski. Niech będzie pociechą dla Twego Serca! Wyjednaj nam dar wytrwania w wierze ojców na­szych, byśmy Cię mogli chwalić teraz i w wieczności. Amen.

    sanctus.pl/Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    II Nowenna do Najświętszej Panny Maryi Szkaplerznej

    obraz Matki Bożej Szkaplerznej w Czernej

     

    Modlitwa – na rozpoczęcie nowenny

    O najwspanialsza Królowo nieba i ziemi! Orędow­niczko Szkaplerza świętego, Matko Boga! Oto ja, Two­je dziecko, wznoszę do Ciebie błagalnie ręce i z głębi serca wołam do Ciebie: Królowo Szkaplerza świętego, ratuj mnie, bo w Tobie cała moja nadzieja.

    Jeśli Ty mnie nie wysłuchasz, do kogóż mam się udać? Wiem, o dobra Matko, serce Twoje wzruszy się moim błaganiem i wysłuchasz mnie w moich po­trzebach, gdyż Wszechmoc Boża spoczywa w Twoich rękach, a użyć jej możesz według upodobania. Od wie­ków tak czczona, najszlachetniejsza Pocieszycielko strapionych, powstań i swą potężną mocą rozprosz moje cierpienia, ulecz, uspokój mą duszę, o Matko pełna litości! Ja zaś wdzięcznym sercem wielbić Cię będę aż do śmierci. Na Twoją chwałę w Szkaplerzu świętym żyć i umierać pragnę. Amen.

    kaplica Matki Bożej Szkaplerznej w Czernej

    Dzień pierwszy

    „Miłujcie Maryję! Z tej miłości nie przestawajcie czer­pać siły dla waszych serc. Niech Ona okazuje się dla was i przez was Matką wszystkich, którzy tak bardzo spragnieni są tej macierzyńskiej opieki” – św. Jan Paweł II

    Maryjo, Kwiecie Karmelu i Matko nasza! Ukazałaś się niegdyś prorokowi Eliaszowi w postaci jasnego obłoku, który wzniósłszy się nad morzem, użyźnił spra­gnioną ziemię obfitym deszczem. Pokornie Cię błaga­my, racz nam wyjednać obfite zdroje łask niebieskich, które ubogacą nasze dusze, aby wydawały stokrotny plon świętych cnót i dobrych uczynków i abyśmy słu­żąc Bogu w wierze oraz miłości, już w tym życiu mo­gli się cieszyć błogą nadzieją oglądania Go w szczę­śliwej wieczności.

    Składamy w Twoje Matczyne ręce nasze potrzeby i intencje tej nowenny, ufni, że nie odrzucisz naszej prośby, najlepsza i najczulsza Matko. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień drugi

    „Nie bójmy się, że Maryja przesłoni nam Chrystusa, Ona jest po to, aby do Niego prowadzić” – bł. kard. Stefan Wyszyński

    Maryjo, Gwiazdo Karmelu i Matko nasza, która pałając szczególną miłością ku dzieciom odzianym Szkaplerzem świętym, nawiedzasz ich dusze, pocie­szasz je słowem i przykładem, uproś nam, o Królowo nasza, aby Syn Twój, a Pan nasz, Jezus Chrystus, swą Boską światłością rozproszył ciemności naszych umysłów; abyśmy poznali wartość Jego miłości ku nam zwróconej i serdecznie Go miłowali, abyśmy zrozu­mieli doniosłość naszych obowiązków i sumiennie je wypełniali, abyśmy wszystkie myśli, słowa i czyny kierowali ku większej chwale Bożej i zbudowaniu naszych bliźnich.Pokornie powierzamy Ci wszystko, co nas dręczy, niepokoi i boli. Ufamy, że przyjmiesz to jak Matka i dasz naszym duszom i sercom niezmącony pokój! Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień trzeci

    „Matka nigdy nie odchodzi — ani od kołyski, ani z Kalwarii, ani od grobu swojego dziecka” – bł. kard. Stefan Wyszyński

    Maryjo, Mistrzyni Karmelu i Matko nasza, prze­pełniona dobrocią dla nas, która raczyłaś przyjąć ofia­ry złożone Ci przez synów Twego zakonu, błagamy Cię, o Pani nasza, przemień nasze dusze w świątynie Boga żywego, aby przyozdobione kwiatami cnót i do­brych uczynków mogły godnie przyjąć Boski Maje­stat; abyśmy wielbiąc i miłując Boga, mogli wiernie Mu służyć i nigdy naszych świątyń duszy nie skalać grzesznym przywiązaniem do stworzeń.O Matko! Tyle w nas słabości, tyle nędz i mroków! Ty możesz umocnić nasze dusze i serca. Zawierzamy Ci całkowicie. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień czwarty

    „Równowaga stojącej pod krzyżem Maryi pomaga całemu światu”- bł. kard. Stefan Wyszyński

    Maryjo, Chwało Karmelu i Matko nasza, która w do­wód szczególnej miłości do dzieci odzianych Twą świę­tą szatą, raczyłaś zaszczycić je mianem Twego najsłod­szego Imienia, prosimy Cię pokornie, obudź w naszych sercach pragnienie, abyśmy we wszystkich uciskach i dolegliwościach życia u Ciebie szukali wsparcia, ulgi i pociechy. Zachęcaj nas Twym życiem i przykładem do pełnienia dobrych uczynków i spraw, o Matko Miło­sierdzia, abyśmy naśladując Twoje święte cnoty, stali się godni zaszczytnej nazwy synów Twoich; abyśmy zapisani zostali w księdze żywota, pomiędzy Twymi dziećmi i braćmi Jezusa Chrystusa.Usłysz nasze błagania. Ty na Kalwarii w wielkim bólu stałaś się dla nas Matką. Ty najlepiej rozumiesz nasze cierpienia. Osłaniaj nas przed pokusami złego i zaprowadź nas do Twego Syna, Jezusa Chrystusa. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień piąty

    „Jak bardzo postać Maryi promieniuje światu właśnie dziś, gdy tylu mądrych i roztropnych ludzi żenuje się mówić o ubożuchnym Dziewczęciu, które Bóg wypa­trzył sobie w Nazarecie i uczynił Matką Syna Swego”- bł. kard. Stefan Wyszyński

    Maryjo, Twierdzo Karmelu, która pośród ataków nieprzyjacielskich osłaniałaś tarczą swej opieki zakon karmelitański i ocaliłaś go od upadku, prosimy Cię po­kornie, o Pani i Orędowniczko nasza, broń nas od nieprzyjaciół duszy i ciała: abyśmy służyli Bogu w poko­ju i bezpieczeństwie na większą Jego cześć i na chwa­łę Twoją. Królowo Karmelu! Przychodzimy do Ciebie i skła­damy w Twoje Matczyne dłonie nasze przyszłe losy, losy Kościoła i naszej Ojczyzny. Ulżyj nam w dźwi­ganiu krzyża, który nosimy, i ukaż blask zwycięstwa prawdy, dobra, piękna i pokoju. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu...

    Dzień szósty

    „Bóg nie chce inaczej udzielać się światu, jak tylko z ramion Maryi”- bł. kard. Stefan Wyszyński

    Maryjo, Królowo Karmelu i Matko nasza, która swe­go wiernego sługę Szymona zaszczyciłaś świętym Szkaplerzem — znakiem zbawienia i synostwa Twe­go, przyobiecując niezliczone zdroje łask i błogosła­wieństw Bożych tym wszystkim, którzy będą poboż­nie tę szatę nosić i należycie wypełniać obowiązki swego powołania, a naśladując Twoje święte cnoty, będą się stawali wiernymi Twoimi sługami, spraw, abyśmy przez wierność podjętym zadaniom, korzystali w życiu i po śmierci z Twoich obietnic, a przez to zo­stali dopuszczeni do chwały wiecznej.Spraw, Królowo Szkaplerza świętego, aby nosząc Twój Szkaplerz, dusze nasze upodabniały się coraz bardziej do Ciebie, a przez Ciebie do Chrystusa, i aby wzrastała w nas ufność, że Ty każdej naszej potrzebie zaradzisz i osłonisz przed burzami życia. Amen.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    Dzień siódmy

    „Zawsze, gdy jest szczególnie ciężko, gdy ciemności ogarniają ziemie, a słońce już gaśnie i gwiazdy nie dają światłości, trzeba wszystko oddawać Maryi” – bł. kard. Stefan Wyszyński

    Maryjo, Strażniczko Karmelu i Matko! Tyś nas za­pewniła, że święta Twa suknia, jeżeli ją godnie nosimy, będzie nam puklerzem i tarczą przeciwko pociskom nieprzyjacielskim i że uchroni nas od wszelkiego zła. Prosimy Cię gorąco: niech nas zachowa Twoja potęż­na obrona nie tylko od niebezpieczeństw ciała, ale przede wszystkim od niebezpieczeństw duszy i wiecz­nego potępienia. Spraw za swoją przemożną przyczy­ną, abyśmy nie popełnili takiej winy, przez którą mo­glibyśmy być odrzuceni przez Boga.Kornie upadając przed Tobą, ufamy, że nie będzie takiego bólu, którego byś nie ukoiła, nie będzie takiej zasadzki, której byś nie oddaliła, bo jesteś najbardziej kochającą Matką. Amen.

    Ojcze nasz…Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    Dzień ósmy

    „Po Bogu w Trójcy Jedynym, nie mamy nikogo bliższego nad Matkę Słowa Wcielonego. Gdy wiec szukamy w naszych myślach modlitewnych, z kim mielibyśmy rozmawiać, komu mielibyśmy się zwie­rzyć, z kim naszą samotność dzielić, to chyba z Nią”- bł. kard. Stefan Wyszyński

    Maryjo, Ozdobo Karmelu i Matko nasza! Dając nam tę szlachetną odznakę Twojej miłości — Szkaplerz święty, nie tylko chciałaś widzieć w nas swoje sługi, ale zapragnęłaś jeszcze przybrać nas za swoje córki i za swoich synów i raczyłaś nas tak nazwać. Błagamy Cię, wyjednaj nam u Jezusa tę łaskę, abyśmy nigdy nie byli dla Ciebie powodem smutku, ale Twoją rado­ścią i Twoją chwałą!Chcemy też być dobrymi Twymi braćmi, jak tego sobie życzyłaś. Dzięki pomocy takiej Matki, która wszystko rozumie — wyzwolimy się ze wszystkiego, co nas od Ciebie oddala, co nie podoba się Chrystuso­wi Panu. „Bądź z nami w każdy czas, wspieraj i ratuj nas”. Amen.

    Ojcze nasz…Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    Dzień dziewiąty

    „Matko Kościoła!… Daj nam odradzać się wciąż ca­łym pięknem świadectwa dawanego Krzyżowi i Zmart­wychwstaniu Twego Syna” – św. Jan Paweł II

    Maryjo, Opiekunko Karmelu i Matko nasza! Wie­my, że nigdy nie opuszczasz wiernych swoich. Spraw, abyśmy zawsze byli wierni Tobie. Opiekuj się naszy­mi sercami, oczyść je z wszelkich brudów grzechowych, przystrój je w wonne kwiaty cnót. Niech Jezus Chrystus zamieszka w nas na zawsze, aby w godzinie śmierci naszej szatan odstąpił od nas, widząc Jezusa w naszych sercach. A kiedy dusze nasze rozłączą się z ciałami, daj nam pociechę oglądania Twego święte­go Oblicza i zaprowadź nas do przybytku wiecznego szczęścia.Matko Szkaplerza świętego! Przyobiecałaś, że nie będzie potępiony ten, kto pobożnie nosił Twój Szkaplerz. Przypominaj nam nieustannie o tym, abyśmy w ostatniej godzinie ziemskiego życia ucałowali Twój znak zbawienia i stali się uczestnikami wiecznej chwa­ły. Amen.

    Ojcze nasz…Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    ***

    Modlitwa do Matki Bożej Szkaplerznej(na zakończenie nowenny)

    Bogarodzico Dziewico! Królowo Szkaplerza świę­tego i Matko nasza! Nieustannie przywołujesz nas do Siebie. Pani i Królowo nasza! Jak niegdyś przez dar Szkaplerza świętego ocaliłaś swój umiłowany zakon karmelitański od rozbicia i upadku, a nam wszystkim dałaś znak szczególnej opieki, tak dzisiaj stań na drogach ludzkości odcho­dzącej od Boga jako znak pojednania i ratunku dla świata. Bądź ocaleniem dla całej ziemi, Kościoła i naszego narodu. Odnów znaki i powtórz cuda! Otrzyj łzy cier­piącym, ochraniaj niewinność dzieci, broń wiary świę­tej w sercach młodzieży; rodzinom naszym uproś po­kój i miłość wzajemną, i ducha ofiary! Naszej całej Ojczyźnie, którą tak bardzo umiłowałaś, błogosław od tronu Twej łaski. Niech będzie pociechą dla Twego Serca! Wyjednaj nam dar wytrwania w wierze ojców na­szych, byśmy Cię mogli chwalić teraz i w wieczności. Amen. 

    Za stroną: http://sanctus.pl/index.php?podgrupa=270&doc=207

    ***

    Szkaplerz karmelitański św. Jana Pawła II

    “Cieszę się, że mogę podzielić się z wami moim nabożeństwem do Matki Bożej Szkaplerznej. Szkaplerz, który przyjąłem z rąk o. Sylwestra, noszę zawsze, a chociaż mieszkałem w cieniu kościoła parafialnego, wasz karmelitański kościół na Górce był mi zawsze bardzo drogi. Wśród wielu nabożeństw, które urzekały mą dziecięcą duszę, najgorliwiej korzystałem z nowenny przed uroczystością Matki Bożej z góry Karmel. Był to czas wakacji, miesiąc lipiec. Dawniej nie wyjeżdżało się na wczasy, jak obecnie. Wakacje spędzałem w Wadowicach, więc nigdy do czasu mojego wyjazdu z Wadowic nie opuszczałem popołudniowych nabożeństw w czasie nowenny. Czasem trudno się było oderwać od kolegów, wyjść z orzeźwiających fal kochanej Skawy, ale melodyjny głos karmelitańskich dzwonów był taki mocny, taki przenikający do głębi duszy, więc szedłem. Tak, tak, mieszkałem obok kościoła parafialnego, ale wzrastałem w kościele św. Józefa”.

    Ostatni szkaplerz Jana Pawła II ofiarowany wadowickiemu Karmelowi.
    (sanktuarium św. Józefa w Wadowicach)

    ***

    „Noście zawsze święty szkaplerz. Ja zawsze mam szkaplerz na sobie i odniosłem wiele dobra z tego nabożeństwa. Jest moją siłą”.

    św. Jan Paweł II/Wadowice/16.06.1999 r.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Lipiec jest miesiącem szczególnej czci PRZENAJDROŻSZEJ KRWI CHRYSTUSA

    Dziś zaczyna się lipiec, miesiąc, który zgodnie z ludową tradycją poświęcony jest kontemplacji Najświętszej Krwi Chrystusa, niezgłębionej tajemnicy miłości i miłosierdzia.

    W dzisiejszej liturgii apostoł Paweł w Liście do Galatów stwierdza, że «ku wolności wyswobodził nas Chrystus» (Ga 5, 1). Ta wolność ma bardzo wysoką cenę: jest nią życie, krew Odkupiciela. Tak! Krew Chrystusa jest ceną, którą Bóg zapłacił, aby wyzwolić ludzkość z niewoli grzechu i śmierci.

    Krew Chrystusa jest niezbitym dowodem miłości niebieskiego Ojca do każdego człowieka, bez żadnego wyjątku.

    Wszystko to bardzo jasno wyraził bł. Jan XXIII, który otaczał Krew Pańską wielkim nabożeństwem, wyniesionym z domu, gdzie słyszał w dzieciństwie, jak rodzina odmawiała litanie jej poświęcone. Jako papież napisał list apostolski wzywający do krzewienia tego kultu (Inde a primis, 30 czerwca 1959 r.) i zachęcił wiernych do rozważania nieskończonej wartości tej Krwi, «której jedna kropla może wybawić cały świat od wszelkiej winy» (hymn Adoro Te devote)…

    (z rozważania św. Jana Pawła II przed modlitwą “Anioł Pański” 1.07.2001)

    fot. Karol Porwich/Niedziela

    *****

    1 lipca zgromadzenia żyjące według duchowości Krwi Chrystusa obchodzą uroczystość Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Centrum kultu stanowi adoracja i komunia eucharystyczna, a także rozważania momentów przelania Krwi przez Chrystusa zawarte w liturgii i Piśmie Świętym. Publiczną i prywatną formą modlitwy może być także Litania do Najdroższej Krwi Chrystusa Pana.

    Św. Jan XXIII ogłosił w 1960 r. list apostolski „Inde a Primis” o rozszerzaniu nabożeństwa ku czci Przenajdroższej Krwi Pana Naszego Jezusa Chrystusa. W ten sposób Ojciec Święty zachęcał wiernych, aby w lipcu tematem swych rozmyślań uczynili Krew Chrystusa. „Niechaj rozważają o niesłychanie obfitej i nieogarnionej wartości tej Krwi prawdziwie najdroższej” – pisał i przypomniał o siedmiu momentach, w których Jezus przelewał swoją krew. Były to: obrzezanie, modlitwa w Ogrójcu, biczowanie, ukoronowanie cierniem, droga krzyżowa, przybicie do krzyża i przebicie boku włócznią.

    „Ta sama Krew Boża płynie we wszystkich sakramentach Kościoła, dlatego nie tylko słuszną jest rzeczą ale wielce sprawiedliwą, aby tej Krwi składali wszyscy odrodzeni w jej zbawczych strumieniach hołd adoracji, podyktowanej wdzięcznością i miłością” – czytamy w papieskim liście.

    Papież pokreślił, że centrum adoracji Krwi Chrystusa jest chwila jej podniesienia podczas ofiary Mszy św., a swe przedłużenie znajduje ona w akcie Komunii eucharystycznej. „I tak uzdolnieni chrześcijanie idą na spotkanie codziennych wyzwań i przeciwności, zbożnych wyrzeczeń, a czasem samego męczeństwa” – pisał Jan XXIII.

    Wielkim czcicielem i propagatorem tego kultu był ks. Kasper del Bufalo, który w 1815 r. założył Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Niespełna dwadzieścia lat później pod wpływem jego kazań powstało zgromadzenia Sióstr Adoratorek Przenajdroższej Krwi Chrystusa.

    Uroczystość poświęcona Przenajdroższej Krwi Jezusa Chrystusa sięga swymi korzeniami do corocznych obchodów związanych z relikwiami przechowywanymi w kościele San Nicola in Carcere w Rzymie, które według tradycji są skrawkiem płaszcza setnika, który przebił włócznią Ukrzyżowanego, aby upewnić się o Jego śmierci.

    10 sierpnia 1849 r. Pius IX rozszerzył na cały Kościół święto Przenajdroższej Krwi naszego Pana Jezusa Chrystusa, które było obchodzone w pierwszą niedzielę czerwca. Pius X w 1914 r. ustalił datę liturgicznych obchodów na dzień 1 lipca. W 1934 r. Pius XI podniósł te obchody do stopnia uroczystości.

    Po reformie Pawła VI Krew Chrystusa czczona jest w całym Kościele w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, czyli Boże Ciało. Zgromadzenia, żyjące według duchowości Krwi Chrystusa, obchodzą jednak święto Przenajdroższej Krwi Chrystusa 1 lipca jako uroczystość.

    Kai.pl/Tygodnik NIEDZIELA

    ___________________________________________________________________

    Niezbity dowód miłości

    Lipcowym nabożeństwom ku czci Krwi Chrystusa towarzyszy pytanie: dlaczego właśnie w tym miesiącu szczególnie czcimy Krew Zbawiciela?

    Adobe Stock

    ***

    Spójrzmy na to pytanie z perspektywy historycznej. Jest początek XIX wieku, kiedy swą kapłańską działalność rozpoczyna młody ksiądz, obecnie święty, Kasper del Bufalo (1786 – 1837). Na drodze swojej kapłańskiej służby spotyka wybitne postacie Kościoła: przyszłą świętą, założycielkę Zgromadzenia Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa Marię De Mattias oraz ks. Jana Merliniego, dziś sługę Bożego. Wraz z ks. Franciszkiem Albertinim zakłada 8 grudnia 1808 r. Bractwo Przenajdroższej Krwi, a 7 lat później (w 1815 r.) – Zgromadzenie Misjonarzy Krwi Chrystusa. Przez lata mówi o Przenajdroższej Krwi w różnych kościołach Rzymu oraz w wielu innych miejscowościach, równocześnie stara się u papieża o formalne zezwolenie na obchody liturgiczne święta Przenajdroższej Krwi Chrystusa we wszystkich domach zgromadzenia. W 1822 r. papież na nie zezwala i wskazuje datę: 1 lipca. Jest to pierwszy krok w kierunku formalnego uznania, że lipiec będzie poświęcony czci Krwi Chrystusa. Druga ważna data jest związana z dekretem Redempti sumus (1849), wydanym przez papieża Piusa IX, w którym nakazał on, by w pierwszą niedzielę lipca w całym Kościele obchodzone było święto Przenajdroższej Krwi Chrystusa. Ostatecznie w 1914 r. św. Pius X ustanowił święto Przenajdroższej Krwi Chrystusa na dzień 1 lipca. Podniesienie rangi tego święta do stopnia uroczystości nastąpiło z okazji upamiętnienia w 1933 r. upływu dziewiętnastu wieków od czasu Odkupienia.

    Ważne przesłanie

    Wielkim orędownikiem kultu Krwi Chrystusa był św. Jan XXIII, który w liście apostolskim Inde a primis (1960) zwrócił się do wiernych z ojcowską zachętą: „Z okazji zbliżającego się dnia uroczystości Przenajdroższej Krwi Pana Naszego Jezusa Chrystusa oraz miesiąca tejże Krwi Chrystusowej poświęconego, zapłaty naszego wykupienia, okupu naszego zbawienia i życia wiecznego, niechaj wierni nad tym rozmyślają i często przystępują do Sakramentów świętych”.

    Choć reforma kalendarza liturgicznego, która nastąpiła po Soborze Watykańskim II, zniosła odrębne obchodzenie w Kościele uroczystości Najdroższej Krwi Chrystusa, łącząc ją z uroczystością Najświętszego Ciała Chrystusa, popularnie nazywaną Bożym Ciałem, to zachowała się tradycja czci Przenajdroższej Krwi Chrystusa w lipcu. Nawiązał do niej św. Jan Paweł II 1 lipca 2001 r.: „Dziś zaczyna się lipiec, miesiąc, który zgodnie z ludową tradycją poświęcony jest kontemplacji Najświętszej Krwi Chrystusa, niezgłębionej tajemnicy miłości i miłosierdzia. (…) Krew Chrystusa jest ceną, którą Bóg zapłacił, aby wyzwolić ludzkość z niewoli grzechu i śmierci. (…) jest niezbitym dowodem miłości niebieskiego Ojca do każdego człowieka bez żadnego wyjątku”. To Krew, „której jedna kropla może wybawić cały świat od wszelkiej winy”.

    Zgromadzenia, stowarzyszenia, grupy

    Duchowość Krwi Chrystusa jest źródłem charyzmatu wielu zgromadzeń zakonnych, takich jak: Adoratorki Krwi Chrystusa (ASC), Misjonarze Krwi Chrystusa (CPPS) oraz Misjonarki Krwi Chrystusa (MSC), a także wielu ruchów świeckich żyjących tą duchowością.

    Wspomniane wyżej Zgromadzenie Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa liczy ok. 1,3 tys. zakonnic i działa obecne w dwudziestu siedmiu krajach. Do Polski siostry adoratorki przybyły w 1946 r. i osiadły w Bolesławcu na Dolnym Śląsku. Wyrazem ich działalności apostolskiej jest m.in. powołanie Stowarzyszenia Krwi Chrystusa (SKC) w 1993 r. i stała opieka formacyjna nad grupami modlitewnymi organizowanymi w ramach tego stowarzyszenia (grupy te mają najczęściej charakter wspólnot parafialnych, ale są też wspólnoty rodzinne i sąsiedzkie).

    Szerzenie kultu Krwi Chrystusa odbywa się również z gorliwym udziałem księży misjonarzy Krwi Chrystusa. Szczególnie ważna jest działalność wśród laikatu Wspólnoty Krwi Chrystusa (WKC) – międzynarodowego ruchu katolickiego prowadzonego przez misjonarzy.

    Dla zgromadzeń zakonnych i wspólnot świeckich żyjących duchowością Krwi Chrystusa obchody ku czci Przenajdroższej Krwi Chrystusa pozostają w randze uroczystości i odbywają się corocznie 1 lipca. W tym dniu siostry adoratorki z Bolesławca nieprzerwanie od 1947 r. organizują odpust Krwi Chrystusa, w którym biorą udział nie tylko mieszkańcy miasta i okolic, ale również delegacje grup modlitewnych Stowarzyszenia Krwi Chrystusa z całego kraju. Z kolei w sanktuarium Krwi Chrystusa w Częstochowie, gdzie posługują misjonarze Krwi Chrystusa, odpust przypada zazwyczaj w ostatnią niedzielę czerwca. Przyjeżdżający wtedy z całej Polski pielgrzymi m.in. otrzymują błogosławieństwo relikwią Krwi Chrystusa. To samo błogosławieństwo udzielane jest w każdy czwartek przez cały rok podczas odmawiania koronki.

    Zanim w dniu 1 lipca w kościołach parafialnych odprawione zostaną Msze św. inaugurujące nabożeństwa ku czci Krwi Chrystusa, od 22 czerwca odmawiana jest nowenna do Krwi Chrystusa. W wielu miejscach odbywa się także przez cały lipiec czytanie kolejnych rozważań dotyczących tajemnic przelania Krwi Chrystusa (np. autorstwa ks. Tullia Vegliantiego Krew Chrystusa – codzienne rozważania na lipiec). Inną praktyką lipcową jest codzienne odmawianie w parafiach i domach zakonnych Litanii i Koronki do Krwi Chrystusa.

    Siostra Bernadetta Pajdzik ze Zgromadzenia Sióstr Adoratorek Krwi Chrystusa, krajowa moderatorka Stowarzyszenia Krwi Chrystusa: – Wszystkie lipcowe dni poświęcone są adoracji i modlitwie oraz szerzeniu kultu Najdroższej Krwi Chrystusa. Warto, abyśmy w tych dniach składali dziękczynienie Bogu za umiłowanie nas i obmycie z grzechów we Krwi Jezusa. Żyjąc duchowością Krwi Chrystusa i doświadczając mocy „ceny naszego zbawienia”, mamy zaszczyt i obowiązek troszczyć się o zbawienie swoje i naszych bliźnich. (…) Pamiętajmy o tym, aby Najdroższej Krwi okazać wdzięczność. Postarajmy się choć przez chwilę każdego dnia oddać hołd Jezusowi za to, że z miłości do nas oddał życie dla naszego zbawienia. Przelał swoją Krew, aby nas wyzwolić z jarzma grzechów, ze szponów śmierci, i wykupić z mocy złego ducha. Wygospodarujmy czas na dziękczynienie i uwielbienie Boga obecnego w Najświętszym Sakramencie. Doceńmy tę bliską Bożą obecność również w Eucharystii.

    S. Krystyna Kusak, adoratorka Krwi Chrystusa/Niedziela

    _________________________________________________________________________________________

    O czci należnej Najdroższej Krwi Chrystusa

    (AnonymousUnknown author (Dutch), Public domain, via Wikimedia Commons)

    *****

    „Ten kielich to Nowe Przymierze we Krwi mojej, która za was będzie wylana” (Łk 22, 20). Te słowa Zbawiciela wprowadzają nas w najgłębsze tajemnice naszej wiary: odkupienia, przebóstwienia i trwania w Chrystusie. Tradycyjnie w lipcu Kościół zachęcał do pogłębienia naszej wiary oraz czci wobec Najdroższej Krwi Pańskiej, do szukania łask, jeszcze większego zjednoczenia z Panem.

    Pamiętamy, że krew Pańska przelana została biczowania, cierniem ukoronowania; krwawy pot towarzyszył Zbawicielowi w Ogrójcu. Kiedy Jego bok został przebity przez żołnierzy, „natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19, 24). Litania ku czci Najświętszej Krwi wskazuje nam ją jako „zapłato naszego zbawienia” – „bez której nie ma przebaczenia”, „zdrój miłosierdzia”, „pokój i słodycz dusz naszych”, „zadatek życia wiecznego”. Chrystus jest obecny w swym Kościele, a w sposób szczególny w Eucharystii, w trakcie Mszy świętej będącej uobecnieniem ofiary Krzyża. Konsekracja jest tym momentem, w którym powinniśmy wielbić dobroć i wielkość miłosiernego Boga, ofiarowując także swoje życie, troski, wysiłki, jak i nasze cierpienia. We wszystkim, co czynimy, co przeżywamy, mamy jednoczyć się z Bogiem, z miłości składając Mu ofiarę z samego siebie poprzez posłuszeństwo Prawu Chrystusowemu i Bożej woli.

    Uciekajmy się do Krwi Chrystusowej, oddawajmy należną jej cześć, szukajmy łask u Tego, dla którego wszystko jest możliwe. Wejdźmy w samą głębię tajemnicy Bożej miłości i odkupienia. Pamiętajmy, że możemy stać się winni Krwi Jego, o ile nie przyjmiemy łaski wysłużonej na Krzyżu. Św. Paweł przypomina nam także o Eucharystii, prawdziwym Chrystusie obecnym pośród nas: „Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pańską głosicie, aż przyjdzie. Dlatego też kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej” (1 Kor 11, 26-27). Odnówmy sposób, w jaki uczestniczymy w Przenajświętszej Ofierze, zwróćmy się do Boga z gorącą modlitwą – Kościół wskazuje nam wiele tekstów, które wykorzystać możemy dla oddania czci Najświętszej Krwi Pańskiej; w lipcu do naszych codziennych modlitw możemy dołączyć stosowną litanie.

    Św. Jan XXIII pozostawił takie oto nauczanie, zaprezentowane w liście apostolskim „Inde a primis”:

    Wielce (…) odpowiednią i zbawienną rzeczą jest oddawanie czci Boskiej Kielichowi z Krwią Nowego i Wiecznego Przymierza, szczególnie wtedy, kiedy ten kielich, podczas Mszy świętej, podniesiony jest w górę oraz w czasie przyjmowania tej Krwi w Komunii świętej, bo ta Krew przecież nierozdzielnie złączona jest z Jego Ciałem. Wtedy złączeni z kapłanem celebransem wierni mogą z całą szczerością w duszy powtarzać te słowa, które on wypowiada w chwili przyjmowania Komunii świętej: „Przyjmę kielich zbawienia i wzywać będę Imienia Pańskiego…”, „Krew Pana Naszego Jezusa Chrystusa niechaj strzeże duszy mojej na żywot wieczny. Amen”. W ten sposób wierni, ilekroć tylko godnie do Komunii świętej przystępować będą, otrzymają obfitsze owoce odkupienia, zmartwychwstania i życia wiecznego, jakie ofiarowana Krew Chrystusowa „przez Ducha Świętego” (Hebr 9, 14) przysparza całemu rodzajowi ludzkiemu. A posileni Ciałem i Krwią Chrystusa, staną się oni uczestnikami tej Boskiej mocy, która zrodziła całe szeregi męczenników. Ta moc sprawi, że wierni Chrystusowi łatwiej będą znosić trudy życia codziennego a nawet, gdy zajdzie tego potrzeba, złożą swe życie w ofierze, w obronie cnoty chrześcijańskiej i sprawy Królestwa Bożego. Tym żarem miłości zapaleni, powtarzać będą za św. Janem Chryzostomem te słowa, które on, miłością owiany, w swych pismach pozostawił: „Od tego stołu odchodzimy, jakoby lwy ogniem ziejące, straszni szatanom, rozpamiętując, kto to jest naszą Głowa i jak wielką miłość nam okazał… Ta Krew godnie przyjęta, czarta odstrasza, aniołów do nas przywołuje, samego Pana aniołów sprowadza… Ta Krew przelana cały świat obmywa… To jest ta cena świata; to jest cena, za którą Chrystus Pan Kościół kupił… To rozważanie nasze namiętności uśmierza… Dokąd że tedy będziemy do rzeczy doczesnych przywiązani? Kiedyż się obudzimy? Jak długo troskę o nasze zbawienie zaniedbywać będziemy? Rozpamiętujmy tedy te dobra, których nam Pan udzielić raczył, bądźmy Mu za to wdzięczni, chwałę Mu oddający nie tylko przez samą wiarę, ale przez uczynki” (Homilia do św. Jana XLVI: Migne PG L1X, 260 – 261).

    Benedykt XVI wyjaśniał tę tajemnicę następująco w roku 2010 w trakcie podróży apostolskiej do Wielkiej Brytanii:

    Wylana Krew Chrystusa jest źródłem życia Kościoła. Jak wiemy, św. Jan widzi w krwi i wodzie, która wypłynęła z ciała naszego Pana, źródło boskiego życia, które jest darem Ducha Świętego, przekazywanym nam w sakramentach (J 19, 34; por. 1 J 1, 7; 5, 6-7). List do Hebrajczyków «uwydatnia», że tak powiem, liturgiczne implikacje tej tajemnicy. Poprzez swoje cierpienie i śmierć, swoje samo-ofiarowanie się w wiecznym Duchu Jezus stał się naszym Najwyższym Kapłanem i «pośrednikiem Nowego Przymierza» (Hbr 9, 15). Słowa te nawiązują do słów samego Pana Jezusa, wypowiedzianych w czasie Ostatniej Wieczerzy, kiedy ustanowił Eucharystię jako sakrament swego Ciała, wydanego za nas, i swojej Krwi nowego i wiecznego przymierza, przelanej na odpuszczenie grzechów (por. Mk 14, 24; Mt 26, 28; Łk 22, 20).

    Wierny poleceniu Chrystusa: «to czyńcie na moją pamiątkę!» (Łk 22, 19), Kościół w każdym miejscu i czasie, sprawując Eucharystię, aż do chwili, kiedy Pan powróci w chwale, raduje się Jego sakramentalną obecnością i czerpie moc z Jego zbawczej ofiary, złożonej na odkupienie świata. Realność Ofiary eucharystycznej zawsze stanowiła centralny element wiary katolickiej; podawana w wątpliwość w XVI w., została uroczyście potwierdzona na Soborze Trydenckim, w kontekście naszego usprawiedliwienia w Chrystusie. (…)

    Ofiara eucharystyczna Ciała i Krwi Chrystusa zawiera z kolei tajemnicę nieustannie trwającej męki naszego Pana w członkach Jego Mistycznego Ciała — Kościoła, w każdym czasie. (…) Chrystus, nasz wiekuisty Najwyższy Kapłan, codziennie włącza nasze ofiary, cierpienia, potrzeby, nadzieje i pragnienia w nieskończone zasługi swojej własnej ofiary. Przez Niego, z Nim i w Nim oddajemy nasze własne ciała na ofiarę świętą i miłą Bogu (por. Rz 12, 1). W tym sensie zostajemy włączeni w Jego wiekuistą ofiarę, dopełniając, jak mówi św. Paweł, w naszym ciele braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół (Kol 1, 24).

    PCh.pl/msf

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czy zamordowana przez bolszewików św. Elżbieta stanie się patronką nawrócenia Rosji i jedności chrześcijan?

    Czy zamordowana przez bolszewików św. Elżbieta stanie się patronką nawrócenia Rosji i jedności chrześcijan?
    Sobór Wasyla Błogosławionego w Moskwie/ fot. Roman Koszowski/ GOŚĆ NIEDZIELNY

    ***

    Postać zamordowanej w okrutny sposób w 1918 r. przez bolszewików świętej mniszki, nowej męczennicy Elżbiety Fiodorowny nie przestaje inspirować ludzi na całym świecie, zwłaszcza w kontekście toczącej się obecnie wojny na Ukrainie. Niektórzy dopatrują się niej patronki nawrócenia Rosji a nawet zjednoczenia Kościołów chrześcijańskich. Tak uważa m.in. Robert Moynihan, redaktor naczelny amerykańsko-watykańskiego portalu „Inside the Vatican”, odnosząc ofiarę jej życia do słów Matki Bożej wypowiedzianych w Fatimie w 1917, iż „w końcu nawróci się też Rosja a na ziemi zapanuje czas pokoju”.

    Moynihan wielokrotnie odwiedzał Rosję, spotykając się tam z wiarą duchownych i świeckich, prawosławnych i katolików, w „stawiennictwo u Boga” świętej mniszki. W artykułach o niej, zamieszczanych na portalu, opisał m.in. epizod z wizyty w Nowosybirsku w ramach swej pielgrzymki śladami świętej. Przebywał tam wraz z kilkoma siostrami miłosierdzia (z klasztoru i zakonu, założonych przez świętą w 1906 r.).

    Posługujący tam kapłan prawosławny o. Borys zaprowadził całą grupę do domu pewnej staruszki, obłożnie chorej, która modliła się o pokój i zjednoczenie całego chrześcijaństwa. „Była ona z pochodzenia Polką, katoliczką. Ojciec Borys tak tłumaczył cel tej wizyty: «Jak dobrze wiesz, papież i patriarcha moskiewski nieprędko się spotkają. Ale tu, na Syberii, jesteśmy daleko i od Rzymu, i od Moskwy, i chrześcijanie już teraz współpracują ze sobą i okazują sobie nawzajem chrześcijańską miłość». W dłoniach staruszki zauważyłem różaniec. Na stoliku stała figurka Matki Bożej z Fatimy a na ścianie obok wisiała ikona Matki Bożej Kazańskiej”.

    Od przełożonej sióstr miłosierdzia, także o imieniu Elżbieta, amerykański redaktor dowiedział się szczegółów związanych z męczeństwem świętej. Była ona spokrewniona m.in. z niemieckim cesarzem Wilhelmem II i na jego prośbę mogla wielokrotnie opuścić Rosję i uratować swoje życie. Postanowiła jednak pozostać i dzielić swój los z mieszkańcami kraju, który w coraz większym stopniu stawal się obiektem bolszewickiego terroru.

    Na wiosnę 1918 r., w Wielkanoc, Lenin nakazał ją aresztować. Do klasztoru weszli czekiści i dali jej 30 minut na pożegnanie się z 97 siostrami i na przygotowanie się do „podróży”. Wiedząc, co ją czeka, święta pocieszała pozostałe mniszki słowami „Nie płaczcie, przecież spotkamy się wszystkie w innym świecie”. Wysłano ją pociągiem na Wschód, w kierunku Uralu. Po drodze udało się jej jeszcze napisać kilka listów. „Jak mogę was pocieszyć, moje dzieci? Bądźcie jednego ducha w służbie naszemu Panu, tak jak uczy nas św. Jan Chryzostom: «Oddajcie Bogu chwałę we wszystkim». (…) Wszystkie przejdziecie przez podobne doświadczenia. Nasz Pan wybrał ten czas dla nas, abyśmy dźwigały krzyż. Bądźmy tego warte. Codziennie powtarzajcie te święte słowa z Izajasza 40, 31: «Lecz ci, co zaufali Jahwe, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły. Biegną bez zmęczenia, bez znużenia idą»” – napisała w jednym z listów.

    W nocy z 17 na 18 lipca 1918, w dniu, w którym rozstrzelano cara i jego rodzinę, strażnicy obudzili Elżbietę i towarzyszące jej osoby. Kazano im iść dobrych kilka kilometrów do miejsca, w którym działała niegdyś kopalnia żelaza. Znajdowała się tam 60-metrowy sztolnia, do której wrzucono wszystkich więźniów, jednych na drugich. Wrzucano tam też granaty, aby upozorować wybuch miny w kopalni. „Święta żyła tam jeszcze trzy dni. Według okolicznych mieszkańców przez cały ten czas z głębi dochodził śpiew psalmów i pieśni religijnych” – napisał autor artykułu.

    Zaznaczył, że mniszki, które opawiadały historię jej męczeństwa, są przekonane, że ofiara jej życia nie poszła na marne. „Była ona świętą dla Rosji i staje się teraz świętą na nowo, reprezentuje bowiem sobą to, co było najlepsze w starej Rosji: naszą wiarę i duchowość oraz pragnienie bycia bliżej Boga. Ale zarazem przynosi nam nadzieje, że (powstanie) nowa Rosja, która będzie lepsza dla naszych dzieci” – stwierdził Moynihan.

    Zwrócił uwagę, że tragiczny i jednocześnie pełen nadziei los Rosji można też odczytać w symbolicznej „relikwii”, którą podarowała mu w Sankt-Petersburgu jego tłumaczka Ada, córka b. pułkownika Armii Czerwonej. Była to srebrna moneta z datą 1921, do której wykonania wykorzystano srebro ze zniszczonego ikonostasu z katedry Matki Bożej Kazańskiej. Według Ady „po rewolucji w 1918 komuniści zniszczyli go i bili z niego monety, chcac w ten sposób rozbudować Armię Czerwoną. Ale po upadku ZSRR [w 1991] ludzie zaczęli je traktować ze czcią jako «relikwie», gdyż pochodzą one ze świętego ikonostasu”.

    Zdaniem amerykańskiego dziennikarza potencjalna rola św. Elżbiety jako patronki zjednoczenia podzielonych Kościołów wynika z jej „wielowyznaniowych” tradycji rodzinnych. Dzięki rodzinie swej babki, królowej Wiktorii, na której dworze wychowywała się, miała ona w sobie korzenie anglikańskie. Ale w jej rodzinie było też sporo katolikow, spokrewnionych nawet ze św. Elżbietą z Turyngii (1207-31). Z kolei jej ojciec był zaciekłym luteranianem do tego stopnia, że sprzeciwiał się przejściu córki na prawosławie, gdy wychodzila ona za mąż za wielkiego księcia Sergiusza, wuja ostatniego cara.

    Elżbieta nie posłuchała jednak ojca, przyjęła prawosławie i po tragicznej śmierci męża (w wyniku zamachu terrorystycznego) w 1905 została mniszką, ogloszoną w 1981 świętą, która całe swoje życie ofiarowała za Rosję i za zjednoczenie „podzielonego Ciała Chrystusa”, jakim jest dzisiejsze chrześcijaństwo.

    Przyszła święta, a wcześniej wielka księżna Hesji i Renu urodziła się 1 listopada 1864 w mieście Darmstadt w Hesji jako Elisabeth Alexandra Luise von Hessen-Darmstadt und bei Rhein. Była córką wielkiego księcia Hesji Ludwika IV i Alicji Koburgów. Gdy miała 14 lat, zmarła jej matka i odtąd księżniczki heskie wychowywały się na dworze angielskim u swojej babki, królowej Wiktorii.

    W wieku 19 lat, w listopadzie 1883 w Darmstadt Elżbieta zaręczyła się z rosyjskim wielkim księciem Sergiuszem Aleksandrowiczem. Poślubiła go 3 czerwca 1884 w cerkwi Obrazu Chrystusa Nie Ludzką Ręką Uczynionego w kompleksie Pałacu Zimowego w Sankt-Petersburgu. Oboje małżonkowie zamieszkali w Pałacu Siergijewskim w tymże mieście, przy Prospekcie Newskim. Elżbieta brała żywy udział w życiu towarzyskim dworu. Z własnej inicjatywy zainteresowała się historią Rosji i zaczęła uczyć się języka rosyjskiego. Chociaż nie musiała tego robić, w 1891 dobrowolnie przeszła na prawosławie. Z jej listów wysyłanych do ojca wynika, że była to decyzja szczera i poparta dłuższą refleksją i modlitwą. Przyjęła wówczas imię Elżbiety Fiodorowny.

    Elżbieta i Sergiusz adoptowali wielkiego księcia Dymitra Pawłowicza i jego siostrę wielką księżnę Marię Pawłownę, gdy przy porodzie Dymitra zmarła ich matka, księżniczka grecka Aleksandra.

    W tym samym roku wielki książę Sergiusz Aleksandrowicz został generał-gubernatorem Moskwy i zamieszkał razem z żoną w Pałacu Aleksandrowskim, a następnie w rezydencji gubernatorskiej na Prospekcie Twerskim. W ramach swych nowych obowiązków ze szczególną surowością zwalczał nielegalne organizacje rewolucyjne. Wodpowiedzi eserowcy zorganizowali na niego zamach bombowy. 17 maja 1905 członek tej organizacji Iwan Kalajew rzucił bombę na przejeżdżający powóz wielkiego księcia, zabijając go na miejscu. Elżbieta znalazła się w kilka minut później na miejscu zdarzenia i według relacji świadków miała osobiście szukać szczątków swojego męża między częściami rozbitej karety. Spotkała się również z zabójcą męża w więzieniu.

    Mimo namów rodziny, nakłaniającej ją do wyjazdu z Rosji, postanowiła zostać w Moskwie. Rozdała cały majątek, jaki zgromadził Sergiusz, a w 1907 poprosiła Kościół Prawosławny o zgodę na założenie monasteru żeńskiego nowego typu. Klasztor, którego patronkami zostały święte Maria i Marta, miał skupić się w swojej działalności na niesieniu pomocy najuboższym przez wszechstronną działalność charytatywną. Jeszcze przed złożeniem ślubów zakonnych wielka księżna zrezygnowała z wystawnego życia i zaczęła pracować jako siostra miłosierdzia.

    10 lutego 1909 złożyła śluby monastyczne, zachowując imię świeckie. Równocześnie stanęła na czele założonego przez siebie monasteru, który – zgodnie z jej wcześniejszą koncepcją – zajmował się czynną pomocą najuboższym. Zakonnice prowadziły szpital z 22 łóżkami, aptekę, powszechnie dostępną przychodnię, przytułek dla osieroconych dziewczynek, lecznicę dla kobiet chorych na gruźlicę, dom z tanimi mieszkaniami dla studentek i robotnic, stołówkę, szkołę dla robotnic i bibliotekę. Mniszka Elżbieta, wykonując obowiązki przełożonej klasztoru, osobiście pracowała w prowadzonych przez monaster instytucjach. W 1913 w klasztorze żyło 97 sióstr. Uczestniczyła również w pracach Rosyjskiej Misji Prawosławnej w Jerozolimie jako wiceprzewodnicząca (od 1905) Palestyńskiego Towarzystwa Prawosławnego.

    Po wybuchu I wojny światowej w 1914 z jej klasztoru organizowano transporty leków do rosyjskich szpitali polowych. Mimo to w latach 1915-17 kilkakrotnie była podejrzewana, bezpodstawnie zresztą, o szpiegostwo na rzecz Niemiec.

    Wiosną 1917 cesarz Wilhelm II zaproponował Elżbiecie wyjazd z ogarniętej rewolucją Rosji, prawdopodobnie dlatego, że w młodości był w niej zakochany. Gdy kobieta odmówiła, podjął nowe wysiłki w tym zakresie po podpisaniu 3 marca 1918 z Rosją Sowiecką pokoju w Brześciu Litewskim. Elżbieta stwierdziła jednak, że musi dzielić z narodem rosyjskim jego los w każdej sytuacji. W kwietniu 1918 ją i 6 innych osób aresztował oddział Czerwonej, wywożąc ich do Ałapajewska na Uralu. W nocy z 17 na 18 lipca 1918 wszyscy przebywający tam członkowie rodziny carskiej zostali wywiezieni za miasto, pobici i wtrąceni do pustego szybu kopalni Nowaja Sielimskaja. Następnie do szybu czerwonogwardziści wrzucili granaty.

    Zwłoki wielkiej księżnej i pozostałych ofiar odkryto po zdobyciu regionu przez wojska adm. Kołczaka, po czym przewieziono je do Czyty, a stamtąd do Pekinu, gdzie przez pewien czas spoczywały w należącej do rosyjskiej misji prawosławnej cerkwi św. Serafina z Sarowa. W styczniu 1921 ciało Elżbiety, już wtedy nieformalnie czczonej jak święta, znalazło się w miejscu, gdzie sama chciała zostać pochowana – cerkwi św. Marii Magdaleny w Jerozolimie.

    W 1981 kanonizował ją Kościół Prawosławny za Granicą, a w 1992 uczynił to również Patriarchat Moskiewski. Elżbieta wchodzi w skład następujących Soborów (grup) świętych: Świętych Nowych Męczenników i Wyznawców Rosyjskich, Świętych Petersburskich, Świętych Kostromskich oraz Świętych Moskiewskich.

    Gość Niedzielny/Kai.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    81 lat temu o. Kolbe zgłosił się w Auschwitz na śmierć za współwięźnia

    29 lipca 1941 r. podczas apelu w niemieckim obozie Auschwitz franciszkanin Maksymilian Kolbe zgodził się dobrowolnie oddać życie za współwięźnia Franciszka Gajowniczka, jednego z dziesięciu skazanych na śmierć głodową w odwecie za ucieczkę Polaka.

     

    O. Maksymilian Kolbe był tytanem pracy
    Archiwum MI Niepokalanów
    O. Maksymilian Kolbe był tytanem pracy

    ***

    Franciszkanin zmarł w bunkrze głodowym 14 sierpnia 1941 r. Został dobity zastrzykiem fenolu.

    „Po dwóch latach przerwy spowodowanej pandemią koronawirusa, w rocznicę męczeństwa św. Maksymiliana powracają piesze pielgrzymki do byłego niemieckiego obozu Auschwitz i Msza św. przy Bloku Śmierci” – poinformował PAP franciszkanin o. Jan Maria Szewek.

    Uroczystości w niedzielę, 14 sierpnia, rozpocznie o godz. 8. w Centrum św. Maksymiliana w podoświęcimskich Harmężach nabożeństwo Transitus, które upamiętnia przejście o. Kolbego z ziemi do nieba. Po nim wyruszy piesza pielgrzymka do byłego obozu Auschwitz. Druga grupa pielgrzymów – diecezjalna – dotrze tam z oświęcimskiego kościoła św. Maksymiliana.

    „O godzinie 10.30 na placu przy poobozowym Bloku 11, w którym o. Maksymilian poniósł śmierć męczeńską, będzie celebrowana msza św.” – powiedział o. Szewek.

    Franciszkanin o. Maksymilian Maria Kolbe trafił do Auschwitz 28 maja 1941 r. z więzienia na Pawiaku w Warszawie. W obozie otrzymał numer 16670. Początkowo pracował przy zwożeniu żwiru na budowę parkanu przy krematorium. Potem dołączył do komanda w Babicach, które budowało ogrodzenie wokół pastwiska.

    Maksymilian w Auschwitz szybko podupadł na zdrowiu. Trafił do szpitala obozowego. Więźniowie otaczali go opieką. Gdy poczuł się lepiej, wręcz wypchnięto go ze szpitala w obawie, by nie został w nim uśmiercony. Później trafiał do lżejszych prac, początkowo w pończoszarni, gdzie reperowano odzież, a później w kartoflarni przy kuchni.

    Pod koniec lipca 1941 r. z obozu uciekł więzień Zygmunt Pilawski. Za karę zastępca komendanta Karl Fritzsch wybrał dziesięciu więźniów i skazał ich na śmierć głodową. Wśród nich był Franciszek Gajowniczek.

    Opisując w 1946 r. tzw. wybiórkę Gajowniczek powiedział:

    “Nieszczęśliwy los padł na mnie. Ze słowami +Ach, jak żal mi żony i dzieci, które osierocam+ udałem się na koniec bloku. Miałem iść do celi śmierci. Te słowa słyszał ojciec Maksymilian. Wyszedł z szeregu, zbliżył się do Fritzscha i usiłował ucałować go w rękę. Wyraził chęć pójścia za mnie na śmierć”.

    Egzekucje przez zagłodzenie budziły grozę wśród więźniów. Po ucieczce więźnia komendant lub kierownik obozu wybierał podczas apelu z bloku, z którego ktoś uciekł, dziesięciu lub więcej więźniów. Byli zamykani w jednej z cel w podziemiach bloku nr 11. Nie otrzymywali pożywienia ani wody. Po kilku, kilkunastu dniach umierali w straszliwych męczarniach. Na podstawie rejestru więźniów bloku 11 historycy ustalili kilka dat “wybiórek”.

    O. Kolbe po dwóch tygodniach męki wciąż żył. 14 sierpnia 1941 r. został uśmiercony przez niemieckiego więźnia-kryminalistę Hansa Bocka, który wstrzyknął mu zabójczy fenol.

    Kilka tygodni przed śmiercią Maksymilian powiedział do współwięźnia Józefa Stemlera: “Nienawiść nie jest siłą twórczą. Siłą twórczą jest miłość”.

    Franciszek Gajowniczek przeżył wojnę. Zmarł w 1995 r. w Brzegu na Opolszczyźnie w wieku 94 lat. Pochowany został na cmentarzu przyklasztornym franciszkanów w Niepokalanowie.

    Rajmund Kolbe urodził się 8 października 1894 r. w Zduńskiej Woli. W 1910 r. wstąpił do zakonu, gdzie przyjął imię Maksymilian. Studiował w Rzymie, gdzie w 1917 r. założył stowarzyszenie Rycerstwa Niepokalanej. Do Polski wrócił dwa lata później. W 1927 r. założył pod Warszawą klasztor-wydawnictwo Niepokalanów. Trzy lata później wyjechał do Japonii, skąd wrócił w 1936 r. Objął kierownictwo Niepokalanowa, który stał się największym klasztorem katolickim na świecie.

    We wrześniu 1939 r. Niemcy po raz pierwszy aresztowali Kolbego i franciszkanów. Duchowni odzyskali wolność w grudniu. 17 lutego 1941 r. Maksymiliana aresztowano po raz drugi. Trafił na Pawiak, a potem do Auschwitz.

    Polski franciszkanin został beatyfikowany przez papieża Pawła VI w 1971 r., a kanonizowany przez Jana Pawła II jedenaście lat później. Stał się pierwszym polskim męczennikiem podczas II wojny, który został wyniesiony na ołtarze.

    Niemcy założyli obóz Auschwitz w 1940 r., aby więzić w nim Polaków. Auschwitz II-Birkenau powstał dwa lata później. Stał się miejscem zagłady Żydów. W kompleksie obozowym funkcjonowała sieć podobozów. W Auschwitz Niemcy zgładzili co najmniej 1,1 mln ludzi, głównie Żydów. Spośród ok. 140-150 tys. deportowanych do obozu Polaków zginęła niemal połowa. W Auschwitz ginęli także Romowie, jeńcy sowieccy i osoby innej narodowości. (PAP)

    Marek Szafrański/Tygodnik Niedziela

    _____________________________________________________________________________________________________________

    30 LIPCA – SOBOTA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 10.00 – SPOTKANIE BIBLIJNE O KOBIETACH W PIŚMIE ŚWIĘTYM

    TEMAT: KANA GALILEJSKA

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XVIII NIEDZIELI ZWYKŁEJ W INTENCJI WSPÓLNOTY ŻYWEGO RÓŻAŃCA.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nocna Walka o Błogosławieństwo dla Polski

    Do udziału w modlitwie zaprasza Ks. Dominik Chmielewski oraz Centrum Życia i Rodziny

    W sobotę 30 lipca w Bazylice Najświętszej Maryi Panny w Niepokalanowie odbędzie się kolejne spotkanie modlitewne w ramach cyklu Nocy Walki o Błogosławieństwo dla Polski. Organizatorzy podkreślają, że w niepewnych czasach należy jednoczyć się i podejmować modlitwę za wstawiennictwem Patronów Polski.

    Ks. Dominik Chmielewski: Jakub walczył z Bogiem całą noc o uzyskanie błogosławieństwa, które otrzymał nad ranem od Boga. To jest ten symbol, figura naszej walki o błogosławieństwo dla Polski. Widząc, jak bardzo niesamowicie ludzie odpowiedzieli na pierwszą Noc Walki o Błogosławieństwo dla Polski, to w szczególny sposób chcemy to kontynuować (co drugi miesiąc), aby organizować w tych wszystkich miejscach, w których była zorganizowana Noc Walki o Błogosławieństwo dla Polski i w innych miejscach, które będą dołączać do inicjatywy. Zależy nam, abyśmy jako Polacy zjednoczyli się w szturmie do nieba. Taka modlitwa ma potężną moc. Takie wydarzenie jest tylko w Polsce – kraju Matki Bożej.

    Pragnę konstytuować tę inicjatywę, ponieważ jest to wyraźne natchnienie Ducha Świętego i potwierdzone przez sensus fidei, czyli zmysł wiary ludu Bożego. Pamiętam sytuację, jak bracia „Wojownicy Maryi” szli do poszczególnych biskupów z prośbą o błogosławieństwo na zorganizowanie pierwszej Nocy Walki o Błogosławieństwo dla Polski i spotykali się z komentarzami, że kto w nocy będzie się modlił. Okazało się, że w Noc Walki o Błogosławieństwo dla Polski włączyły się ponad 32 kraje, które zadeklarowały, że będą modlić się razem z nami. Kilkaset tysięcy osób w internecie, online modliło się z nami w nocy. Ponad 650 parafii w Polsce tej nocy modliło się razem z nami. To był szok liczbowy, ile ludzi zrozumiało sens i było świadomych tego, jak bardzo potrzebne jest walka w nocy (BlogoslawienstwoDlaPolski.pl)

    Modlitewne spotkania w ramach Nocy Duchowej Walki o Błogosławieństwo dla Polski odbywają się w wielu miejscach w całym kraju. Jednak centralne i główne wydarzenie ma miejsce w Bazylice Najświętszej Maryi Panny w Niepokalanowie. Spotkanie rozpocznie się w sobotę 30 lipca o godz. 20:30, a zakończy następnego dnia o 4 nad ranem. Szczegóły wydarzenia można znaleźć na stronie: BlogoslawienstwoDlaPolski.pl. Wydarzenie wspiera Centrum Życia i Rodziny, które jest jednym z partnerów modlitewnego przedsięwzięcia.

    „Wobec Pana Boga Wszechmogącego wraz z Królową Polski – Niepokalaną Dziewicą Maryją, prowadzeni przez patronów naszej Ojczyzny: św. Andrzeja Bobolę, św. Jana Pawła II i wszystkich Świętych naszego narodu, dziś ze Strachociny płynie wezwanie do zjednoczenia się w modlitwie o odwagę i zjednoczenie polskich serc w mocy Ducha Świętego, aby Jezus Chrystus zakrólował w każdej polskiej rodzinie i we wszystkim co Polskę stanowi” – wyjaśniają organizatorzy i zapraszają 30 lipca do Niepokalanowa.

    Noc Walki o Błogosławieństwo dla Polski jest organizowana co dwa miesiące. W pierwszej edycji czuwania uczestniczyły parafie z Polski oraz wielu innych krajów, wśród nich parafie ze Stanów Zjednoczonych, Australii, Włoch, Francji oraz Wielkiej Brytanii. W modlitwie udział online zadeklarowało także kilkaset tysięcy osób.

    Centrum Życia i Rodziny znajduje się w gronie organizacji wspierających wydarzenie. Więcej informacji można znaleźć na stronie internetowej BlogoslawienstwoDlaPolski.pl.

    Plan spotkania:

    21.00 – APEL JASNOGÓRSKI
    – Modlitwa do Ducha Świętego
    – Akt zawierzenia Polski i siebie samych Niepokalanemu Sercu Najświętszej Maryi Panny
    – Litania Narodu Polskiego
    – Litania do Św. Andrzeja Boboli – o łaskę jedności wśród Polaków
    – Modlitwa za Ojczyznę do Św. Jana Pawła II / św. s. Faustyny / bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    22.00 – WYSTAWIENIE NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU
    – Modlitwa Litanijna do Św. Michała Archanioła
    – Różaniec za Ojczyznę – część Radosna

    23.00 – MODLITWA ZA KAPŁANÓW, MAŁŻEŃSTWA I RODZINY
    – Różaniec za Ojczyznę – część Bolesna

    24.00 – MSZA ŚWIĘTA W INTENCJI OJCZYZNY

    PO MSZY ŚWIĘTEJ – WYSTAWIENIE NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU
    – Różaniec za Ojczyznę – część Chwalebna
    – Pancerz św. Patryka
    – Procesja Siedmiu Okrążeń w ciszy (opcja)
    – Błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem

    Ok. 5.00 – TE DEUM – CIEBIE BOGA WYSŁAWIAMY

    źródło: BlogoslawienstwoDlaPolski.pl/Centrum Życia i Rodziny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    7 LIPCA – I CZWARTEK MIESIĄCA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA

    *****

    Jezus przelewa Krew w ogrodzie Oliwnym

    Drugie przelanie Krwi Jezusa dokonuje się w warunkach ekstremalnego cierpienia wewnętrznego. W noc między Wielkim Czwartkiem i Wielkim Piątkiem Jezus modli się w ogrodzie Oliwnym.

    Święty, święty, święty Jahwe Zastępów – oto słowa umieszczone na krzyżu – na Moście Karola

    Święty, święty, święty Jahwe Zastępów - oto słowa umieszczone na wspomnianym krzyżu - krzyż na Moście Karola
    fot. Monika Książek/Niedziela

    *****

    Z Ewangelii św. Łukasza

    Potem wyszedł i udał się, według zwyczaju, na Górę Oliwną: towarzyszyli Mu także uczniowie. Gdy przyszedł na miejsce, rzekł do nich: «Módlcie się, abyście nie ulegli pokusie». A sam oddalił się od nich na odległość jakby rzutu kamieniem, padł na kolana i modlił się tymi słowami: «Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Wszakże nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!» Wtedy ukazał Mu się anioł z nieba i pokrzepiał Go. Pogrążony w udręce, jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię. Gdy wstał od modlitwy i przyszedł do uczniów, zastał ich śpiących ze smutku. Rzekł do nich: «Czemu śpicie? Wstańcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie». (Łk 22, 39-46)

    Refleksja

    Ogród Getsemani jest miejscem walki Jezusa, walki z pomocą oręża modlitwy, którą zaleca również swoim uczniom, aby przezwyciężyli ciężką próbę. Jezus przychodził tam często i tam spędzał całe noce na modlitwie. Ogród Oliwny będzie także miejscem Jego wniebowstąpienia. Tamtej nocy jednak Jezus nie przyjmuje swojej zwykłej postawy modlitewnej, ale klęka, przyjmując postawę pokory. Prosi Ojca, aby odsunął od Niego kielich cierpienia. Ten kielich oznacza cel misji Jezusa: umrze w Jeruzalem, ponieważ Bóg posłał Go, aby wypełnił posłannictwo królestwa Bożego wobec uciśnionych i pokrzywdzonych tego świata. Jezus w całości jest zaangażowany w wewnętrzną walkę, aby rozeznać wolę Ojca i przyjąć ją w posłuszeństwie, a nie dla samej ofiary, albo jak ktoś, kto stracił już kontrolę nad sobą, albo kieruje się jakimś irracjonalnym porywem chwili. Anioł umacnia Chrystusa. Jego krwawy pot jest niczym pot moralnego atlety, który stara się zwyciężyć w walce.

    Z dzieła św. Justyna, męczennika, Dialog z Żydem Tryfonem (nr 103)

    Fragment Pisma św.: rozlany jestem jak woda i rozłączają się wszystkie moje kości; jak wosk się staje moje serce, we wnętrzu moim topnieje (Ps 22, 15), jest zapowiedzią tego, co wydarzyło się Jezusowi w tę noc, kiedy na Górze Oliwnej wyszli naprzeciw Niego oprawcy, aby Go pojmać. Rzeczywiście w świętych księgach, które zawierają teksty Apostołów Jezusa oraz ich następców, jest napisane, że Jego pot był jak krople krwi sączące się na ziemię, kiedy się modlił: Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich (Łk 22, 42). Właśnie wtedy prawdziwie Jego serce drżało, a Jego kości i serce stały się jak wosk, które topnieją we wnętrzu. Działo się to wszystko, abyśmy zrozumieli, że Bóg Ojciec chciał, aby dla naszego dobra Jego własny Syn został poddany próbie cierpliwości i abyśmy nie twierdzili, że będąc Synem Bożym, nie czuł całego zła, które Mu zostało wyrządzone.

    Prośby

    Wznieśmy naszą modlitwę do Boga Ojca i wołajmy:

    Ofiarujemy Ci, Ojcze, Najdroższą Krew Jezusa Chrystusa.

    Dla uczczenia Twojego świętego Imienia, prosząc o przyjście Twojego Królestwa i zbawienie całego świata:

    Ofiarujemy Ci, Ojcze, Najdroższą Krew Jezusa Chrystusa.

    Za uświęcenie pracy i cierpienia, za ubogich, ułomnych, chorych i cierpiących:

    Ofiarujemy Ci, Ojcze, Najdroższą Krew Jezusa Chrystusa.

    Za nawrócenie grzeszników, o całkowitą uległość Słowu Twojemu i zjednoczenie wszystkich chrześcijan:

    Ofiarujemy Ci, Ojcze, Najdroższą Krew Jezusa Chrystusa.

    Ojcze, niech łaska Ducha Świętego otwiera nasze serca na przyjęcie Twojej woli, byśmy mieli siłę czuwać i modlić się z Jezusem w walce ze złem, a nasze uczestnictwo w Jego cierpieniach niech pozwoli nam mieć udział w mocy Jego zmartwychwstania. Prosimy o to przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    tekst pochodzi z książki: KREW CHRYSTUSA – codzienne rozważania na lipiec

    “Krew Chrystusa – Codzienne rozważania na lipiec”
    /tłumaczenie z j. włoskiego: ks. Daniel Mokwa CPPS

    _________________________________________________________________

    49 lat temu włoski mistyk zapisał pierwsze przesłanie Matki Bożej
    ks. Stefano Gobbi i św. Jan Paweł II (Screenshot YouTube – 99 Catholics)

    ***

    49 lat temu włoski mistyk zapisał pierwsze przesłanie Matki Bożej

    7 lipca 1973 roku włoski kapłan Stefano Gobbi zapisał pierwsze z licznych przesłań, jakich miała udzielać mu w postaci lokucji (tzw. słów wewnętrznych) przez następne blisko ćwierć wieku Matka Boża.

    „Odnów twoje poświęcenie się Mojemu Niepokalanemu Sercu” – czytamy w pierwszym spisanym przesłaniu Maryi do ks. Gobbiego. „Nie lękaj się. Będę zawsze blisko ciebie! Przygotowuję cię teraz do wielkich rzeczy, lecz robię to powoli, stopniowo – jak postępuje mama ze swoim małym dzieckiem” – zapisał przed 49-laty w przypadające tamtego dnia wspomnienie Niepokalanego Serca Najświętszej Maryi Panny włoski kapłan.

    Stefano Gobbi urodził się w 1930 roku we włoskiej miejscowości Dongo w prowincji Como. W 1963 roku uzyskał dyplom z teologii na Papieskim Uniwersytecie Laterańskim, a w 1964 roku został w Rzymie wyświęcony na kapłana. 8 maja 1972 roku odbył pielgrzymkę do Fatimy, gdzie po raz pierwszy usłyszał podczas modlitwy przesłanie Matki Bożej w swoim sercu. W 1973 roku zakłada Kapłański Ruch Maryjny.

    Przez następne ponad dwie dekady ks. Gobbi podróżuje po całym świecie propagując maryjne przesłania. Zostają one zebrane w kilkusetstronicowej książce: „Do kapłanów, umiłowanych synów Matki Bożej”, z której przez ostatnie dziesięciolecia czerpały w swej kapłańskiej formacji setki kapłanów na całym świecie.

    29 czerwca 2011 roku ks. Stefano Gobbi umiera w jednym z mediolańskich szpitali po doznanym wcześniej ataku serca. Oddany bez reszty Maryi kapłan, na niespełna pół roku przed śmiercią, której okoliczności przepowiedział, spisał testament, w którym padło m.in. to wyznanie: „Jako mój duchowy testament zostawiam wszystko to, co jest zawarte w książce ‘Do Kapłanów, umiłowanych Synów Matki Bożej’, i potwierdzam, że przesłania w niej zawarte były odbierane przez mnie w formie lokucji czyli wewnętrznych słów.

    “Do kapłanów, umiłowanych synów Matki Bożej” Vox Domini 1998; gobbi.pl/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    9 LIPCA – SOBOTA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XIV NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚW. KORONKA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

    This image has an empty alt attribute; its file name is 50900.jpg
    fragment figury Matki Bożej Bolesnej

    ***


    MODLITWA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

              
    Matko Bolesna stojąca pod krzyżem, naucz nas trwać mężnie przy cierpiących i współcierpieć z nimi, jak Ty na Kalwarii. Matko Ukrzyżowanego i Matko wszystkich ludzi, oddawaj Ojcu Niebieskiemu ludzkie cierpienia, tak jak ofiarowałaś Mękę Twego Syna i swój ból matczyny. Ucz swoje dzieci przyjmować z gotowością każdą wolę Bożą, w cierpieniu zachować ufność, znosić je mężnie w zjednoczeniu z Chrystusem i ofiarowywać je z miłością dla zbawienia świata. Matko Bolesna, pomóż nam i wszystkim ludziom udręczonym, odkrywać w cierpieniu głęboki sens. Uproś, aby cierpienia chrześcijan stały się wynagrodzeniem Bogu za grzechy świata
    i przyczyniły się do jego zbawienia. Amen.

    KORONKA (RÓŻANIEC) DO SIEDMIU BOLEŚCI MATKI BOSKIEJ  

       
    Koronka (Różaniec) do Siedmiu Boleści Matki Bożej składa się z siedmiu tajemnic, w których rozważamy najboleśniejsze momenty z życia Matki Bożej. Rozważając te tajemnice w szczególny sposób czcimy Matkę Bożą Bolesną i upraszamy dla siebie i bliźnich potrzebne łaski w tym życiu, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci.            

    W Imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.


    Modlitwa wstępna
    :

    Mój Boże, ofiarowuję Ci ten różaniec na cześć siedmiu boleści Maryi, na Twoją większą chwałę, moje nawrócenie i nawrócenie wszystkich ludzi na wiarę w Twego umiłowanego Syna, Jezusa Chrystusa- nasze zbawienie i naszą jedyną drogę do Ciebie, w jedności z Duchem Świętym, na wieki wieków. Amen!
    Ku Tobie Święta Matko wznosimy serca swoje, aby współczuć w Boleściach Twoich.

    BOLEŚĆ I – Proroctwo Symeona

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść, która przeszyła Serce Twoje, gdyś słyszała prorocze słowa starca Symeona o Męce Jezusa, Syna Twojego, racz nam wyjednać łaskę uświęcenia naszego życia i cierpliwego znoszenia cierpień i przeciwności.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ II – Ucieczka do Egiptu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść Twoją, której doznałaś uciekając z Synem Twoim przed Herodem do Egiptu, uproś nam łaskę wiernego poddania się Woli Bożej we wszystkim co nas spotyka.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ III – Szukanie Jezusa

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś szukając zgubionego Jezusa, uproś nam łaskę, abyśmy nigdy Go nie utracili. Tym, którzy zgubili Jezusa, na grzesznych drogach swojego życia dopomóż Go odnaleźć w Sakramentach Świętych.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ IV – Spotkanie z Synem na drodze Krzyżowej

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś spotkawszy Jezusa na drodze Krzyżowej, gdy na Swoich Ramionach dźwigał grzechy moje i całej ludzkości, uproś nam łaskę, abyśmy już nigdy nie obarczali Jezusa najmniejszymi grzechami. Prosimy Cie o łaskę miłości do Krzyża oraz cierpliwości i wytrwałości w niesieniu codziennych krzyży całego naszego życia dla ratowania dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ V – Śmierć Pana Jezusa na Krzyżu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś u stóp Krzyża patrząc na Mękę i śmierć Twojego Syna, uproś nam łaskę szczerego żalu i pokuty oraz nawrócenie zatwardziałych grzeszników, szczególnie konających i Łaskę Miłosierdzia Bożego dla świata całego.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ VI – Maryja trzyma martwe Ciało Syna

    Matko Najboleśniejsza! Przez łzy, którymi obmywałaś Rany Jezusa złożonego w Twoich Ramionach oraz przez Twoje Matczyne i Krwawe łzy, które wylewasz nad całą grzeszną ludzkością stojącą w obliczu zagłady, prosimy Cię, ratuj dusze idące na potępienie, ratuj dusze w czyśćcu cierpiące, ratuj zagrożoną młodzież i nasze rodziny. Dla pocieszenia Twojego Zbolałego Serca i otarcia Twoich Łez ofiarujemy Ci Maryjo nasze serca, cierpienia, ofiary, łzy i modlitwy i całe nasze życie w ofierze miłości dla ratowania zagubionych dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ VII – Złożenie Jezusa W Grobie

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść rozstania z Jezusem złożonym w grobie, uproś nam łaskę, aby umarły w nas wszystkie złe skłonności i przywiązania do grzechu. Abyśmy żyli w świętości i miłości dla Chwały Bożej i ratowania dusz, przez Chrystusa i z Chrystusem, a po śmierci osiągnęli życie wieczne.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    Modlitwa na zakończenie: 

    O Święta Matko, którą Wszechmogący Bóg wybrał na Matkę Odkupiciela świata i upodobnił w cierpieniach do Swego Syna Ukrzyżowanego, niech boleść Twoja pobudzi nas do miłości Jezusa i Ciebie. O Królowo Męczenników, udziel nam podobnej cierpliwości i męstwa w znoszeniu cierpień z jakimi Ty stałaś pod krzyżem, Syna Twego. Amen.

    Na uczczenie łez, które Najświętsza Maryja Panna przy tych tajemnicach wylała oraz na uproszenie łaski odpustu przypisanego do tej modlitwy odmówmy 3 razy: Zdrowaś Maryjo…
    Wieczny odpoczynek racz zmarłym dać Panie…
    

    LITANIA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ


    Kyrie eleison! Chryste eleison! Kyrie eleison!
    Chryste, usłysz nas! Chryste, wysłuchaj nas!
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże zmiłuj się nad nami

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Boża Rodzicielko
    Święta Panno nad pannami
    Matko męki krzyżowe Twego Syna cierpiąca
    Matko Bolesna
    Matko płacząca
    Matko żałosna
    Matko opuszczona
    Matko stroskana
    Matko mieczem przeszyta
    Matko w smutku pogrążona
    Matko trwogą przerażona
    Matko sercem do krzyża przybita
    Matko najsmutniejsza
    Krynico łez obfitych
    Opoko stałości
    Nadziejo opuszczonych
    Tarczo uciśnionych
    Wspomożenie wiernych
    Lekarko chorych
    Umocnienie słabych
    Ucieczko umierających
    Korono Męczenników
    Światło Wyznawców
    Perło panieńska
    Radości Świętych Pańskich

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Boże, Ty sprawiłeś, że obok Twojego Syna, wywyższonego na krzyżu, stała współcierpiąca Matka, daj, aby Twój Kościół uczestniczył razem z Maryją w męce Chrystusa i zasłużył na udział w Jego zmartwychwstaniu. Który z Tobą żyje i króluje, w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    BOŻA MATKA BOLEŚCIWA

    Radków
    fot. Jan Nitecki/Radków/Tygodnik Niedziela

    ***

    Pannę Maryję nazywamy Najświętszą Panną. Nazwa ta odnosi się raczej do Jej obecnego stanu w niebie, bo gdy wyobrażamy Ją sobie żyjącą na ziemi, to najlepiej odpowiada Jej nazwa Matki Boskiej Bolesnej. To zupełnie zrozumiałe: cierpienie Chrystusa musiało odbić się na Maryi, przecież Ona była Mu najbliższą. Jeśli wichura złamie drzewo, to zniszczyć potrafi i kwiaty. Jeśli cierpiał Chrystus, to cierpiała i Maryja.

    Zwykle mówi się o siedmiu boleściach Najświętszej Panny, o jakich?

    1. Pierwsza boleść spotkała Ją jeszcze przed narodzeniem Pana Jezusa, kiedy musiała wyjść za mąż za Józefa i porzucić świątynię, przy której postanowiła spędzić całe życie na służbie Bożej. Dużo bólu kosztowała Ją ta decyzja, ale wykonała ją zgodnie z wolą Bożą.

    2. Druga boleść była dotkliwsza. Św. Józef z początku nie wiedział, że Bóg w cudowny sposób chce zesłać Swojego Syna na świat. Był zaskoczony niewytłumaczonym macierzyństwem Najświętszej Panny i postanowił z Nią zerwać. Możemy sobie wyobrazić, jak ten moralny cios dotknął Maryję!

    3. Niedługo potem nawiedza Ją nowy ból, oto szuka schronienia w świętą noc i nie znajduje go, idzie więc do zimnej groty pasterskiej, by tam wydać na świat Zbawiciela!…

    4. Czterdziestego dnia po Narodzeniu Chrystusa idzie do świątyni, by Go ofiarować Bogu, a tam stary Symeon przepowiada, że smutna przyszłość Ją czeka, miecz boleści przeszyje Jej duszę (Łk 2,35). Jaki smutek owładnął duszą Maryi po słowach Symeona! Bolesną jest rana fizyczna, ale stokroć bardziej boli rana zadana duszy. Słowa Symeona zraniły do głębi duszę Maryi i ciążyły nad Nią te koszmarne chmury smutku. Są słowa, które całe życie pamiętamy. Człowiek nie może zapomnieć ostatnich słów kochanych osób. Pamiętamy przestrogi konającego ojca, matki. Słowa Symeona tak głęboko utkwiły w sercu Maryi, że nie dawały Jej spokoju. Karmiąc małego Jezusa pamiętała, że chowa Go na mękę, na śmierć, że duszę Jej przeszyje miecz boleści.

    Wyobrażam sobie dom Nazaretański, pełen smutnego wyczekiwania śmierci Chrystusowej. Krajało się z bólu serce Maryi, kiedy słuchała w świątyni słów Izajasza proroka o mękach Zbawiciela, że będzie „mężem boleści”, „ubity”, „jako trędowaty” „uniżony”, „wzgardzony”, że przebiją Jego ręce i nogi… Wiadomości te musiały bardzo zasmucać serce Najświętszej Panny.

    5. Matka Boska przeżyła wiele utrapień, niedostatku i boleści w czasie ucieczki do Egiptu.

    6. Niedługo potem musiała się rozstać na pewien czas z 12-letnim Jezusem i z niepokojem szukać Go; było to jakby przygotowanie do rozstania się z Jezusem, skazanym na śmierć. Maryja chcąc zbliżyć się do nas, musiała przeżyć największe cierpienie: rozstać się ze Swym Synem.

    7. Był to największy ból, jakiego doznała Maryja. Pewnego dnia usłyszała smutną nowinę, że Judasz wydał Chrystusa, że żołdactwo z rozkazu przełożonych świątyni uwięziło Go, że Piotr się Go wyparł. Słyszała złowrogie okrzyki rozjuszonego tłumu — ukrzyżuj Go!… widziała Swego najukochańszego Syna biczowanego, w cierniowej koronie. Teraz rozumiemy dlaczego Kościół katolicki nazywa Najświętszą Pannę „Matką Bolesną”, „Królową Męczenników”, bo męką i cierpieniem duchowym przeżyła wszystkie boleści, jakie mogą spotkać człowieka. Chrystusa skazali na śmierć. Włożono Mu ciężki krzyż na ramiona. Pochód ruszył, słychać urągania, szyderstwa, potwarze. Chrystus ledwie idzie pod ciężarem krzyża.

    Na rogu jednej ulicy zachodzi wzruszająca scena, którą by się przejęli na pewno wrogowie Chrystusa, gdyby ich nie zaślepiała nienawiść. Tłum rozstąpił się, a przed skrwawionym Chrystusem stanęła Marja! Napróżno Ją wstrzymywali krewni, znajomi – koniecznie chciała widzieć Swego ukochanego Syna. Było to smutne spotkanie! „Im większa, miłość, tym głębszy ból” – mówi św. Augustyn.

    Im większa miłość! Czy może istnieć miłość macierzyńska, która by dorównała miłości Maryi? Kto znał tak dobrze Chrystusa, jak Ona? Dobrze wiedziała, kim jest Chrystus: że jest Synem Bożym bez grzechu, pełen doskonałości, mądrości, dobroci, miłości. A teraz na śmierć Go prowadzą!

    Nastąpiło ukrzyżowanie, śmierć i pogrzeb. Najświętsza Panna przez cierpienia musiała Sobie wysłużyć zasługi wobec Boga… dusza Jej, lgnąc do strasznego drzewa krzyża, godziła się z wolą Bożą. Co wycierpiała Maryja pod krzyżem, tego język ludzki nie jest w stanie wyrazić. Co przeżywała, kiedy Syn Jej konał, kiedy Go zdjęto z krzyża i umieszczono na Jej łonie! Św. Hieronim mówi, że tyle dostała ran, ile miał Chrystus na Swym ciele. Ból ten można opisać tylko słowami Pisma Świętego: „Wielkie jest jako morze skruszenie Twoje” (Lm 2, 13). Kiedyś śpiewałaś Magnificat – a teraz smucisz się i bolejesz? Smutną jesteś, bo  na wskroś przeszyta jest Twoja dusza. Słusznie możesz powiedzieć o Sobie słowami Noemi: „Nie nazywajcie Mię Noemi (to jest piękna), ale Mię zwijcie Mara (to jest gorzka), bo Mię gorzkością wielką napełnił Wszechmogący” (Rt 1,20). „Wy wszyscy, którzy idziecie przez drogę obaczcie i przypatrzcie się, jeśli jest boleść, jako boleść Moja?” (Lm 1 12).

    bp dr Tihamer Toth, Wierzę w Jezusa Chrystusa, Kraków 1934, s. 275-278

    _____________________________________________________________________________________

    KOLEJNE NABOŻEŃSTWO DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

    BĘDZIE 13 SIERPNIA – W DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 1 LIPCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    SPOWIEDŹ ŚW. – PRZED MSZĄ ŚW. I PO MSZY ŚW.

    „Najświętsze  Serce Jezusa”,  obraz nieznanego  artysty z XIX wieku.
     „Najświętsze Serce Jezusa”, obraz nieznanego artysty z XIX wieku/istockphoto

    ***

    Abp Gądecki w Zakopanem: Krzyż odkrywa egoizm, interesowność i chciwość
    Kraków, bazylika Św. Franciszka z Asyżu.fot. Roman Koszowski/GOŚĆ NIEDZIELNY

    ***

    Dobrze jest nie tylko pamiętać o Pierwszych Piątkach Miesiąca, ale również praktykować. W te dni szczególnie powinniśmy czynić zadość za nasze i całego świata grzechy. To właśnie w piątek Pan nasz Jezus Chrystus przeszedł Drogę Krzyżową aż do śmierci a była to śmierć krzyżowa. To wtedy Jego Najświętsze Serce zostało przebite włócznią, z którego wypłynęła Krew i Woda. Dobrze jest przypominać słowa naszego Zbawiciela, które powiedział do św. Małgorzaty Marii Alacoque. Za jej pośrednictwem Pan nasz przekazał czcicielom swego przebitego Serca 12 cudownych i wspaniałych obietnic:

    1. Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie.

    2. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach.

    3. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach.

    4. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci.

    5. Wyleję obfite błogosławieństwa na wszystkie ich przedsięwzięcia.

    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia.

    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.

    8. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości.

    9. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony.

    10. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych.

    11. Imiona tych, co rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w mym Sercu i na zawsze w Nim pozostaną.

    12. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów, i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I SOBOTA MIESIĄCA – 2 LIPCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XIV NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NABOŻEŃSTWO PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    This image has an empty alt attribute; its file name is z13.jpg

    Ze wspomnień Siostry Łucji:

    Następnie podnieśliśmy oczy ku naszej Pani, która nam powiedziała z dobrocią i ze smutkiem: „Widzieliście piekło, dokąd idą dusze biednych grzeszników. Aby ich ratować, Bóg chce ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Jeśli zrobi się to, co ja wam mówię, wiele dusz zostanie uratowanych, nastanie pokój na świecie. Wojna się skończy. Ale jeżeli się nie przestanie obrażać Boga, to za pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga, gorsza. Kiedy ujrzycie noc oświetloną przez nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak, który wam Bóg daje, że ukarze świat za jego zbrodnie przez wojnę, głód i prześladowania Kościoła i Ojca Świętego. Żeby temu zapobiec, przyjdę, by żądać poświęcenia Rosji memu Niepokalanemu Sercu i ofiarowania Komunii św. w pierwsze soboty na zadośćuczynienie. Jeżeli ludzie me życzenia spełnią, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, Rosja rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła. Sprawiedliwi będą męczeni, Ojciec Święty będzie bardzo cierpieć, wiele narodów zostanie zniszczonych, na koniec zatriumfuje moje Niepokalane Serce. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, a dla świata nastanie okres pokoju”.

    „Odmawiajcie codziennie różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny!”.

    Krótko przed pójściem do szpitala mówiła Hiacynta mi:

    „Już niedługo pójdę do nieba. Ty tu zostaniesz, aby ludziom powiedzieć, że Bóg chce wprowadzić na świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. Kiedy nadejdzie czas, aby o tym mówić, nie kryj się. Powiedz wszystkim ludziom, że Bóg daje nam łaski za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, że ludzie muszą je uprosić przez to Serce, że Serce Jezusa chce, aby obok Niego wiel­biono Niepokalane Serce Maryi. Niech proszą o pokój Niepokalane Serce Maryi, bo Bóg temu Sercu powierzył pokój na świecie. Ach, gdybym mogła włożyć w serca wszystkich ludzi ogień, który płonie w głębi mojego serca, i który sprawia, że kocham tak bardzo Serce Jezusa i Serce Maryi?”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ISTOTA NABOŻEŃSTWA PIĘCI PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    This image has an empty alt attribute; its file name is hero_fatima_maryja_figurka_naboc5bcec584stwo_our_lady_of_fatima_international_pilgrim_statue-flickr_cc.jpg

    Podczas drugiego objawienia dzieciom w Fatimie, 13 czerwca 1917 roku, Maryja powiedziała, że Franciszka i Hiacyntę zabierze już niebawem do nieba, a Łucję jeszcze pozostawi, by przekazała światu nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Tak też się stało. Franciszek zmarł w kwietniu 1919 roku, a Hiacynta w lutym 1920.

    Pięć lat później osiemnastoletnia Łucja wstąpiła do klasztoru. Tam właśnie 10 grudnia 1925 roku ponownie ujrzała Najświętszą Maryję Pannę, tym razem z Dzieciątkiem Jezus na rękach. Matka Boża zwróciła jej uwagę na swoje otoczone cierniami i poranione Serce, a mały Jezus wezwał Łucję do współczucia ze zranionym ludzkimi grzechami Sercem Maryi. Matka Boża sama przekazała siostrze Łucji na czym polega nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca:

    1. Spowiedź w pierwszą sobotę. Niekoniecznie musi ona nastąpić dokładnie w ten dzień. Można odbyć ją wcześniej. Ważne, by zrobić to z intencją wynagrodzenia Najświętszemu Sercu Maryi. Najlepiej wzbudzić w sobie tę intencję, przygotowując się do spowiedzi lub otrzymując rozgrzeszenie.
    2. Komunia Święta w pierwszą sobotę. Przyjmujemy ją z intencją wynagradzającą Sercu Matki Bożej za wszystkie zniewagi wyrządzone Jej przez nas i innych. Najbardziej oczywiste jest przyjęcie Komunii podczas Eucharystii, ale w szczególnych wypadkach można poprosić kapłana o udzielenie jej także poza mszą świętą.
    3. Jedna część (czyli pięć tajemnic) różańca w pierwszą sobotę. Odmawianie modlitwy różańcowej było przecież najważniejszą z próśb, jakie Maryja skierowała do trojga pastuszków w Fatimie. Rozpoczynając modlitwę, wzbudzamy intencję wynagradzającą – mówimy Matce Bożej, że chcemy modlić się o ratunek dla grzeszników obrażających Jej Serce, a Jej samej okazać w ten sposób naszą dziecięcą miłość. Po każdej tajemnicy należy pamiętać o modlitwie powierzonej dzieciom podczas objawień: O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
    4. Kwadrans rozmyślania nad jedną z 20 Tajemnic Różańcowych w pierwszą sobotę miesiąca. Ważne, by poświęcić piętnaście minut (poza odmawianiem różańca, dodatkowo) na medytację nad wydarzeniami z życia Jezusa i Maryi, nad którymi zatrzymujemy się w modlitwie różańcowej. Może to być po prostu serdeczna rozmowa naszego serca z Maryją o tym, co przeżywało Jej Serce w danym wydarzeniu. Tu także pamiętamy o intencji wynagradzającej za zniewagi uczynione Niepokalanemu Sercu w jakikolwiek sposób.

    Pan Jezus pytany przez siostrę Łucję o konkretny czas nabożeństwa – powiedział, że ci, którym trudno jest odbyć to nabożeństwo w pierwszą sobotę miesiąca (stale lub jednorazowo), mogą za zgodą kapłana zrobić to w następującą po niej niedzielę.

    Obietnice Matki Bożej

    Maryja obiecała, że tym, którzy odprawią nabożeństwo pięciu pierwszych sobót, będzie towarzyszyć w godzinie ich śmierci ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia. Jednak ta, czy jakakolwiek inna obietnica nie jest istotą nabożeństwa wynagradzającego. Pan Jezus sam powiedział Łucji, że o wiele milsi są mu ci, którzy oprawiają to nabożeństwo nawet nieudolnie, ale ze szczerą intencją wynagrodzenia i pocieszenia Jego ukochanej Matki, niż ci, którzy robią to skrupulatnie, ale bezdusznie, tylko ze względu na obiecane łaski.

    Na to pytanie Łucji dlaczego pięć sobót – otrzymała odpowiedź, że to ze względu na pięć rodzajów zniewag, jakimi obrażane i ranione jest Serce Maryi. A są to obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu, przeciw Jej Dziewictwu, przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu, obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki oraz bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W czasie każdej Mszy św. kapłan modli się po wspólnej modlitwie OJCZE NASZ: …“Wspomóż nas w swoim miłosierdziu, abyśmy zawsze byli wolni od grzechu i bezpieczni od wszelkiego zamętu”… A przecież żyjemy w czasach ogromnego zamętu głęboko zanurzeni w grzechach wołających o pomstę do Nieba. Nie dajmy się zwieść również i tym, którzy powołują się na słowa z Dzienniczka św. siostry Faustyny o iskrze wychodzącej z Polski a pomijają istotny warunek postawiony przez Pana Jezusa: „jeśli posłuszna będzie Woli Mojej”! Czy ten warunek spełnia się?! Teraz jest czas na pokutę a nie łudzenie się wywyższeniem. Pan nasz Jezus Chrystus kiedy mówił o swoim wywyższeniu – to mówił o swojej śmierci krzyżowej. Weźmy sobie do serca słowa Bożej Matki, która mówi co mamy czynić: “odmawiajcie różaniec i czyńcie pokutę”.

    Warto zapamiętać słowa siostry Łucji: “zobaczyliśmy po lewej stronie Matki Bożej nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Matki Bożej w jego kierunku; Anioł wskazując prawą ręką ziemię powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta!”…

    Antonio Borelli w swojej książce „Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” tak komentuje tę część:

    „Zatem pierwszym punktem do zapamiętania jest to, że ludzkość jest w takim stopniu oddalona od Boga i Jego Kościoła co wyraźnie manifestuje się przez teoretyczne i/lub praktyczne odrzucenie jego nauki i moralności że stanowi to akt buntu przeciwko Bogu, zasługujący na najwyższą karę. Tak istotny wniosek nasuwa się, gdyż wielu dzisiejszych katolików, włącznie z tymi najbardziej znanymi, myśli, mówi i czyni jakby obecna sytuacja świata taka nie była.
    Jednakże Matka Boża interweniuje i uzyskuje od Boga, żeby Anioł nie doprowadził swojego działania do końca, co równałoby się zniszczeniu świata. Płomienie rzucane przez Anioła w kierunku ziemi „gasły w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Matki Bożej w jego kierunku” pisze siostra Łucja. Oznacza to, że Matka Boża posiada miłosierne zamiary w stosunku do świata i chce dać mu szansę zbawienia. Lecz do tego konieczne jest, aby ludzkość uznała swój grzech i uczyniła pokutę. Dlatego na końcu tej sceny „Anioł wskazując prawą ręką ziemię, powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta!”.
    Fakt, że Anioł wołał „mocnym głosem” i powtarzał okrzyk „Pokuta” trzykrotnie, wskazuje, że nie chodzi tu o pokutę płynącą z powierzchowności ducha, ale o poważną pokutę, która prowadzi do głębokiego nawrócenia. Wskazuje to ponownie na powagę stanu oddalenia od Boga, w jakim ludzkość się znajduje.

    

    (fragmenty książki Antonio A. Borellego „Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?”, Kraków 2001, str. 34)

    _____________________________________________________________________________

    Pierwsze soboty miesiąca

    Objawienia Fatimskie ukazały nam głęboką prawdę o naszych wysiłkach na drodze do nieba, gdyż niebo to najważniejsze przesłanie Fatimy.

    Stock.Adobe

    *****

    Dzieci fatimskie – Łucja, Hiacynta i Franciszek – tak były zachwycone pierwszym objawieniem z 13 maja 1917 r., gdy doświadczyły szczęścia nieba, że później już niczego więcej nie pragnęły. Natomiast jak wielki musiały przeżyć wstrząs podczas trzeciego objawienia, 13 lipca 1917 r., kiedy Maryja odsłoniła im pierwszą część fatimskiej tajemnicy – wizję piekła i bolesny głosem powiedziała, że wiele dusz idzie do piekła.

    Jednocześnie Maryja wskazywała na środki, jakie uchronić mogą ludzkość od tego nieszczęścia, czyli zatraty dusz w piekle.

    Maryja prosiła wówczas, aby wprowadzić w Kościele nabożeństwo pierwszych sobót miesiąca.

    Ten wątek drugiej części tajemnicy fatimskiej na tyle okazał się ważny, że Niebo poświęciło mu kolejne objawienie. A miało to miejsce 10 grudnia 1925 r. w Pontevedra. Wówczas Matka Boża wytłumaczyła s. Łucji istotę tegoż nabożeństwa.

    Prosiła o: przystąpienie do spowiedzi św. wynagradzającej za grzechy świata; przyjęcie Komunii św. w intencji wynagradzającej; odmówienie jednej części Różańca św. w intencji wynagradzającej za grzechy świata; odprawienie 15-minutowego rozmyślania nad treścią Różańca w intencji wynagradzającej za grzechy świata.

    Dlaczego pięć pierwszych sobót?

    Pan Jezus objawił to s. Łucji: „Moja córko, powód jest prosty: jest pięć rodzajów zniewag i bluźnierstw przeciw Niepokalanemu Sercu Maryi: bluźnierstwa przeciwko Jej niepokalanemu poczęciu; bluźnierstwa przeciwko Jej dziewictwu; bluźnierstwa przeciwko Jej boskiemu macierzyństwu i nieuznawanie w Niej Matki ludzi; wpajanie w serca dzieci obojętności, pogardy, a nawet odrazy wobec Niepokalanej Matki; znieważanie Maryi w Jej świętych wizerunkach”. I dalej powiedział Pan Jezus, że to zadośćuczynienie za obrazy przeciwko Najświętszej Maryi Pannie poruszy Jego miłosierdzie, a On wybaczy temu, kto miał nieszczęście Maryję znieważyć. Łucję natomiast Pan Jezus poprosił, aby poprzez swoje modlitwy i ofiary starała się bez ustanku skłaniać Go do miłosierdzia wobec tych nieszczęsnych dusz.

    Osobom, które będą uczestniczyć w pierwszosobotnich nabożeństwach, Maryja obiecuje towarzyszenie w chwili śmierci i ofiarowanie im wszystkich łask potrzebnych do zbawienia.

    1. Wielka obietnica Matki Bożej Fatimskiej

    W Fatimie 13 lipca 1917 r. Matka Boża powiedziała: „Widzieliście piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników. Bóg chce je uratować, Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Jeżeli uczyni się to, co wam powiem, wielu zostanie przed piekłem uratowanych i nastanie pokój na świecie”.

    „Przybędę, by prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeśli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie wiele cierpiał. Różne narody zginą, na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje”.

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej części tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925 r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce. Dzieciątko powiedziało: “Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał”.

    Maryja powiedziała: “Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”.

    2. Dlaczego ma to być „pięć sobót” wynagradzających, a nie dziewięć lub siedem na cześć Matki Bożej Bolesnej?

    Siostra Łucja odpowiada: „Pozostając przez część nocy z 29 na 30 maja 1930 roku w kaplicy z naszym Panem i rozmawiając z Nim o czwartym i piątym pytaniu, poczułam się nagle mocniej owładnięta Bożą obecnością. Jeśli się nie mylę, zostało mi objawione, co następuje: Córko, motyw jest prosty: Jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Pierwsze: Bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu.
    Drugie: Przeciwko Jej Dziewictwu.
    Trzecie: Przeciwko Bożemu Macierzyństwu, kiedy jednocześnie uznaje się Ją wyłącznie jako Matkę człowieka.
    Czwarte: Bluźnierstwa tych, którzy starają się otwarcie zaszczepić w sercach dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść do tej Niepokalanej Matki.
    Piąte: Bluźnierstwa tych, którzy urągają Jej bezpośrednio w Jej świętych wizerunkach.

    Oto, droga córko, motyw, który kazał Niepokalanemu Sercu Maryi prosić mnie o ten mały akt wynagrodzenia. A poza względem dla Niej chciałem poruszyć moje miłosierdzie, aby przebaczyło tym duszom, które miały nieszczęście Ją obrazić. Co do ciebie, zabiegaj nieustannie swymi modlitwami i ofiarami, aby poruszyć Mnie do okazania tym biednym duszom miłosierdzia”.

    Jezus powiedział do siostry Łucji: „To prawda, moja córko, że wiele dusz zaczyna, lecz mało kto kończy i ci, którzy kończą, mają za cel otrzymanie przyrzeczonych łask. Ja jednak wolę tych, którzy odprawią pięć pierwszych sobót w celu wynagrodzenia Niepokalanemu Sercu twojej Matki Niebieskiej, niż tych, którzy odprawią piętnaście, bezdusznie i z obojętnością”.

    3. Warunki nabożeństwa pierwszych sobót – co jest wymagane, aby uczynić zadość temu nabożeństwu

    Warunek 1 – Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca.

    „Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i że mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi”. Spowiedź można odbyć na przykład w ramach pierwszego piątku miesiąca, pamiętając jednak o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi. Do spowiedzi – co istotne – należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. Intencję można wzbudzić podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę: Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2 – Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca.  Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inną modlitwę: Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną między niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3 – Różaniec (jedna część) w pierwszą sobotę miesiąca.  Rozpoczynając różaniec należy wzbudzić intencję wynagradzającą, powiedzieć Matce Najświętszej, że będziemy się modlić, by ratować grzeszników i okazać Jej dowód miłości. Jeśli modlimy się prywatnie, spróbujmy zrobić to własnymi słowami. Jeżeli odmawiamy różaniec we wspólnocie, można odmówić następującą modlitwę: Królowo Różańca Świętego. Oto klękamy do modlitwy, by w pierwszą sobotę odmówić różaniec, o który prosiłaś. Chcemy przez niego zadośćuczynić za grzechy swoje, naszych bliskich, naszej Ojczyzny i całego świata. Pragniemy modlić się szczególnie za tych, którzy najdalej odeszli od Boga i najbardziej potrzebują Jego miłosierdzia. Wspomóż nas, abyśmy pamiętali o tej intencji wyznaczonej przez Ciebie. Pomóż nam wynagradzać naszym różańcem cierpienia Twego Niepokalanego Serca i Najświętszego Serca Jezusowego.

    Po każdej tajemnicy różańca należy odmówić modlitwę: O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Warunek 4 – Piętnastominutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca. Podejmujemy piętnaście minut rozmyślania o ściśle określonej przez niebo tematyce: mamy pochylić się nad jedną (lub kilkoma) z tajemnic różańca. Możemy rozmyślać nad dowolną tajemnicą, również nowymi tajemnicami: tajemnicami światła. Wzbudźmy intencję wynagradzającą za grzeszników, którzy nie chcą słuchać Matki Najświętszej ani być Jej dziećmi, którzy okazują Maryi obojętność, a nawet Ją nienawidzą i wiele czynią, by pomniejszyć Jej chwałę. Możemy w tym celu odmówić następującą modlitwę: Matko Najświętsza, Niepokalana Maryjo! Z radością przyjmuję Twe zaproszenie do udziału w Twoim rozmyślaniu. W pierwsze soboty otwierasz Swe Niepokalane Serce dla każdego, kto pragnie wlać we własne serce te najważniejsze znaki, jakie Bóg ukazał nam we Fatimie. Proszę, otwórz przede mną Swoje Serce. Ośmielam się prosić o to z całą pokorą, ale i z dziecięcą śmiałością, ponieważ chcę Cię naśladować, ponieważ chcę żyć miłością do Twego Syna, ponieważ pragnę zawsze trwać w stanie łaski i miłować Twój święty Różaniec, wreszcie – ponieważ pragnę wszystkiego, co tylko mogę ofiarowywać w duchu zadośćuczynienia za grzeszników. Daj mi uczestniczyć w Twym rozmyślaniu, a ja obiecuję wprowadzać w życie Słowo, które wlejesz do mego małego serca, by stawało się coraz milsze Tobie, bliższe Tobie, podobniejsze do Twego Niepokalanego Serca. A jeśli chcesz, zawsze możesz zabrać me serce, a dać mi Swoje – jak uczyniłaś to z tyloma swoimi dziećmi. Będę wtedy duszą najszczęśliwszą na świecie! Piętnastominutowe rozmyślanie (przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną) 4.1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz. 4.2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy. 4.3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego. 4.4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen. 5.5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe. Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża. 4. A jeśli ktoś nie może spełnić warunków w sobotę, czy może wypełnić je w niedzielę? Siostra Łucja odpowiada: „Tak samo zostanie przyjęte praktykowanie tego nabożeństwa w niedzielę następującą po sobocie, jeśli moi kapłani ze słusznej przyczyny zezwolą na to duszom”.

    5. Korzyści: jakie łaski zostały obiecane tym, którzy choć raz je odprawią? 

    „Duszom, które w ten sposób starają się mi wynagradzać – mówi Matka Najświętsza – obiecuję towarzyszyć w godzinie śmierci z wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia”.

    6. Intencja wynagradzająca.

    Jak ważna jest intencja zadośćuczynienia, przypomina sam Jezus, który mówił siostrze Łucji, że wartość nabożeństwa uzależniona jest od tego, czy ludzie „mają zamiar zadośćuczynić Niepokalanemu Sercu Maryi”. Dlatego siostra Łucja rozpoczyna swe zapiski uwagą: „Nie zapomnieć o intencji wynagradzania, która jest bardzo ważnym elementem pierwszych sobót”.

    7. Warunki rzeczywiście proste, ale czy są wypełniane?

     „Jeśli zrobi się to, co ja wam mówię, wiele dusz zostanie uratowanych, nastanie pokój na świecie. Wojna się skończy”- mówi Maryja. Trzeba zatem wypełnić to, o co prosi Niebo. Prośba Maryi dotyczy czterech warunków, zatem wszystkie cztery należy wypełnić, a nie jedynie dowolnie wybrane. Jeśli mowa jest o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi, to taka intencja winna nam przyświecać w trakcie nabożeństwa pierwszych sobót. Matka Boża prosi, by Jej towarzyszyć przez 15 minut, rozmyślając o tajemnicach różańcowych, zatem nie zapominajmy o medytacji, której temat jest jasno sprecyzowany i nie ma tu dowolności. Maryja prosi ponadto nie tylko o różaniec, ale również o rozmyślanie, zatem zwróćmy uwagę, by nie utożsamiać rozważań w czasie różańca z rozmyślaniem o tajemnicach różańcowych. Pamiętajmy: medytacja, niezależna od modlitwy różańcowej, jest niezmiernie istotna i nie możemy jej pomijać.

    8. Czy nabożeństwo pierwszych sobót jest jeszcze dziś aktualne? 

    Ojciec Święty Benedykt XVI odpowiada: „Łudziłby się ten, kto sądziłby, że prorocka misja Fatimy została zakończona”. „W tym sensie posłanie nie jest zakończone, chociaż obydwie wielkie dyktatury zniknęły. Trwa cierpienie Kościoła i trwa zagrożenie człowieka, a tym samym nie ustaje szukanie odpowiedzi; dlatego wciąż aktualna pozostaje wskazówka, którą dała nam Maryja. Także w obecnym utrapieniu, gdy siła zła w najprzeróżniejszych formach grozi zdeptaniem wiary. Także teraz koniecznie potrzebujemy tej odpowiedzi, której Matka Boża udzieliła dzieciom”. Do dziś pozostają również aktualne słowa siostry Łucji: „Najświętsza Maryja Panna obiecała odłożyć bicz wojny na później, jeśli to nabożeństwo będzie propagowane i praktykowane. Możemy dostrzec, że odsuwa Ona tę karę stosownie do wysiłków, jakie są podejmowane, by je propagować. Obawiam się jednak, że mogliśmy uczynić więcej niż czynimy i że Bóg, mniej niż zadowolony, może podnieść ramię swego Miłosierdzia i pozwolić, aby świat był niszczony przez to oczyszczenie. A nigdy nie było ono tak straszne, straszne”. Nabożeństwo pierwszych pięciu sobót miesiąca jest wciąż wezwaniem dla Kościoła i każdego z nas; nadal możemy twierdzić, iż moglibyśmy więcej uczynić, by było ono znane i praktykowane. Rodzi się jednak pytanie: po cóż nam dziś to nabożeństwo? Nie zapominajmy jednak, iż to „Bóg chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi”. Zatem sam Stwórca Nieba i Ziemi wyciąga pomocną dłoń człowiekowi przez Maryję, a to zupełnie zmienia postać rzeczy. Siostra Łucja z wielką prostotą poucza wszystkich wątpiących w sens tego nabożeństwa, iż „Bóg jest Ojcem i lepiej od nas rozumie potrzeby swoich dzieci” i pragnie „ułatwić nam drogę dostępu do Siebie”.

    Przypomnienie tego nabożeństwa, w czasie, kiedy trwa Wielka Nowenna Fatimska, nabiera szczególnego znaczenia. Stanowi ono bowiem istotę przesłania Matki Bożej i jest wezwaniem skierowanym do każdego z nas. Jeśli mówimy o pobożności fatimskiej, to nie możemy jej utożsamiać jedynie z 13. dniem miesiąca od maja do października. Fatima bowiem woła o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca. Nie wypełnimy fatimskiego przesłania, jeśli nie będziemy wynagradzać Niepokalanemu Sercu Maryi w pierwsze soboty.

    ______________________________________________

    Modlitwy Anioła z Fatimy

    O Boże mój, wierzę w Ciebie, uwielbiam Ciebie, ufam Tobie i miłuję Ciebie. Proszę Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i Ciebie nie miłują.

    Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty. W najgłębszej pokorze cześć Ci oddaję i ofiaruję Tobie Przenajdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego na ołtarzach całego świata jako wynagrodzenie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, którymi jest On obrażany. Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i przez przyczynę Niepokalanego Serca Maryi, proszę Cię o łaskę nawrócenia biednych grzeszników.

    _________________________________________

    ks. Grzegorz Wejman/Tygodnik Niedziela/www.sekretariatfatimski.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co czyni w człowieku chrzest? ZOBACZ  - zdjęcie
    fot. via: Pixabay – biglinker

    ***

    Co czyni w człowieku chrzest? ZOBACZ

    Katechizm Kościoła Katolickiego, zgodnie z duchem posoborowej teologii, wskazuje na 5 zasadniczych skutków sakramentu chrztu., dzięki którym staje się on wydarzeniem misteryjnym, wprowadzającym człowieka w chrześcijańską nowość życia.

    Są nimi: uwolnienie od grzechu pierworodnego, synostwo Boże, wszczepienie w Jezusa Chrystusa, wszczepienie w Kościół święty oraz udział w posłannictwie Chrystusa i Kościoła (KKK 1213). 

    Uwolnienie od grzechu pierworodnego 

    Św. Jan Chrzciciel, udzielając chrztu pokuty przez obmycie w wodach Jordanu, zapowiada chrzest w Duchu i ogniu (Mt 3,11). Duch jest obiecanym darem mesjańskim, zaś ogień wskazuje na sąd, który aktualizuje się z chwilą przyjścia Mesjasza (J 3,18-21). Z tego względu w nauce św. Pawła, obmycie z pierworodnej winy ma wydźwięk pozytywny. Jest nie tyle wspomnieniem grzechu Adama, co przede wszystkim wskazaniem na nową jakość ludzkiej egzystencji. Apostoł pisze bowiem o „obmyciu odradzającym i odnawiającym w Duchu Świętym” (Tt 3, 5). Duch Święty w sakramencie chrztu przywraca pierwotną niewinność, integruje wewnętrzne rozdarcie człowieka i stwarza nowy ład, czyniąc chrześcijanina swoją świątynią (l Kor 3,16-17; 6,19). Jest to istotnie nowe narodzenie (J 3,5-7), w wyniku którego powstaje nowe życie i nowe stworzenie (2 Kor 5,17). Na skutek buntu pierwszych ludzi została poważnie zakłócona harmonia człowieka z Bogiem, ze sobą i całym Bożym stworzeniem (Rdz 1,26). Dzięki łasce chrztu ta przepaść została pokonana. Natomiast utracone przez grzech pierworodny „obraz i podobieństwo Boże” na nowo stały się udziałem ochrzczonego poprzez Chrystusa, który jest „obrazem Boga niewidzialnego, pierworodnym wszelkiego stworzenia…” (Kol 1,15). 

    Św. Paweł istotę tej prawdy oddaje posługując się analogią do śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Zanurzenie w wody chrztu reprezentuje Jego śmierć i pogrzebanie, zaś wyjście z wody symbolizuje Jego zmartwychwstanie i zjednoczenie z Nim (Rz 6,3-4; Kol 2,12). Podobnie liturgia Wigilii Paschalnej, przywołując wydarzenia zbawcze, w cudownym przejściu Izraelitów przez Morze Czerwone widzi analogię do chrztu. Jest to przejście z niewoli grzechu do wolności dzieci Bożych mających obietnicę uczestnictwa w Królestwie Bożym. 

    Nieodłącznym zatem warunkiem nowego życia w Chrystusie jest śmierć grzechowi, czyli nawrócenie. Związek chrztu i nawrócenia wyraźnie pojawia się już w po paschalnej katechezie Apostołów. Na pytanie tłumów, poruszonych zesłaniem Ducha Świętego, co mają czynić, św. Piotr odpowiada: „Nawróćcie się […] i niech każdy z was ochrzci się w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a weźmiecie w darze Ducha Świętego” (Dz 2,38). 

    W chrześcijańskiej ascezie nawrócenie nadal pozostaje warunkiem chrztu, ale jest zarazem jego koniecznym następstwem i poniekąd dopełnieniem. W przypadku chrztu dziecka jego nawrócenie zastępuje wiara Kościoła i zobowiązanie rodziców naturalnych oraz chrzestnych do wychowania nowo ochrzczonego we wierze. Z chwilą dojścia do używania rozumu, ochrzczony ma obowiązek dokonać świadomego wyboru Chrystusa i pójścia za Nim (naśladowanie Chrystusa). 

    Chrzest zatem jako nowe życie implikuje w sposób konieczny życie duchowe, przez które należy rozumieć życie w Chrystusie, życie wg Ducha Świętego (VC 93). 

    Synostwo Boże

    Następstwem „odradzającego obmycia w Duchu Świętym” jest przywrócenie człowiekowi synostwa Bożego i uczestnictwo w życiu Osób Trójcy Przenajświętszej (KKK 1265). Uczy o tym Sobór Watykański II, stwierdzając, że ochrzczeni „[…] w chrzcie wiary stali się prawdziwie synami Bożymi […] a przez to rzeczywiście świętymi. Toteż powinni oni zachować w życiu i w pełni urzeczywistniać świętość, którą otrzymali z daru Bożego” (LG 40). 

    Przywrócenie człowiekowi godności dziecka Bożego, utraconej przez grzech pierworodny, i uświęcenie go, wyraża sam obrzęd nałożenia białej szaty podczas sprawowania sakramentu chrztu. Symbolizuje ona stan świętości, niewinności i łaski. 

    Wskutek chrztu w człowieku zamieszkuje Trójjedyny Bóg (J 14,23). W posoborowej teologii to samoudzielanie się Trójosobowego Boga człowiekowi rozumiane jest jako istota łaski uświęcającej (K. Rahner, Podstawowy wykład wiary, Wwa 1987, 102-106). Bóg jako Miłość (1 J 4, 8), czyniąc na nowo człowieka podobnym sobie, pragnie mu się udzielać. Chce, aby odrodzony przez chrzest człowiek uczestniczył w szczęściu Boskich Osób, dlatego uzdalnia go do uświęcająco-zbawczego dialogu ze Sobą i wyposaża w niezbędne do tego usprawnienia, jakimi są: cnoty teologalne wiary, nadziei i miłości, a ponadto dary Ducha Świętego, jako najbardziej proporcjonalne środki do zjednoczenia z Bogiem, a zarazem „dynamizmy przeobrażające”. To nadprzyrodzone wyposażenie, udzielanie w chwili chrztu, tradycyjnie nazywa się organizmem duchowym (KKK 1266). 

    Dzięki temu nadprzyrodzonemu wyposażeniu chrześcijanin otrzymuje zadatek życia wiecznego i obietnicę udziału w Królestwie Bożym na prawach dziedzica (Rz 8,17; Ga 3,29; 4,7). Zatem już w chwili chrztu człowiek zostaje wezwany i uzdolniony do świętości. Mając to na uwadze Sobór Watykański II przypomniał niezmienną naukę Kościoła świętego o powszechnym powołaniu wszystkich ochrzczonych do świętości (LG 39). 

    W ten sposób we chrzcie dokonuje się zapoczątkowanie życia duchowego, którego celem jest osiągnięcie pełni zjednoczenia dziecka Bożego z Ojcem w majestacie Boskich Osób, a więc świętość i doskonałość na miarę Boga Ojca i ze względu na Niego (Mt 5,48). 

    Wszczepienie w Chrystusa

    W ekonomii zbawczej jedyną drogą do Ojca jest Słowo Wcielone – Jezus Chrystus. To w Jego imię udzielany jest chrzest Jako Bóg-Człowiek „zburzył on rozdzielający nas mur” (Ef 2,14). Przez Niego Bóg pojednał nas z Sobą (2 Kor 5,18). On jest „obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 1,15), a zatem jedynym i najdoskonalszym wzorem aktualizacji w sobie przywróconego nam „obrazu i podobieństwa”. Istotnym zatem aspektem chrztu jest idea naszego wszczepienia w Chrystusa i wypływającej z tego powinności życia na Jego podobieństwo (chrystoformizacja). Prawdę tę na różne sposoby rozwija św. Paweł, pisząc m.in. że przez chrzest człowiek jest ukształtowany na Jego podobieństwo (Rz 8,29), przyobleka się w Niego (Ga 3,27) i dzięki temu jako „usynowiony w Synu” wraz z Nim będzie miał udział w życiu wiecznym (1 Kor 4,8; Ef 2,6). Wszyscy ochrzczeni podlegają temu uchrystusowieniu, aż osiągną pełnię doskonałości (Ef 1,10; 4,13). Szczytem tego procesu jest integracja z Chrystusem, o której św. Paweł zaświadcza w słowach: „Teraz zaś już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). 

    To całkowite i bezwarunkowe oddanie się Chrystusowi stanowi podstawową konsekrację, na bazie której możliwa jest każda inna konsekracja osób w Kościele świętym. Dla podkreślenia doniosłości chrztu jako podstawowej konsekracji, w okresie posoborowym wiele rodzin zakonnych odeszło od starodawnego zwyczaju zmiany imienia z chwilą przyjęcia do nowicjatu, natomiast zachowuje imię chrzcielne. 

    Chrzest wszczepia nas w Chrystusa i daje udział w Jego życiu, kształtuje wedle Niego i nadaje nam Jego rysy (SC 6). To ukształtowanie na wzór Chrystusa dokonuje się mocą Ducha Świętego, którego On posłał, aby dopełnił w sercach wierzących dzieła odkupienia i uświęcenia. Niekiedy mówi się, że Chrystus jest życiem duszy (bł. C. Marmion). Jest nim właśnie przez Ducha Świętego, który stale z Chrystusa bierze i nam daje (J 16, 8-15). Jak uczy Jan Paweł II, „pod wpływem Ducha Świętego dojrzewa i umacnia się ów człowiek wewnętrzny, czyli «duchowy». […] Dzięki łasce uczynkowej, która jest darem Ducha Świętego, człowiek wchodzi w «nowość życia», zostaje wprowadzony w Boży i nadprzyrodzony jego wymiar” (DeV 58). 

    Konsekwencją chrzcielnego wszczepienia w Chrystusa jest zatem życie chrześcijańskie na Jego wzór. Wymownym tego symbolem w obrzędzie chrztu jest zapalona świeca – znak Zmartwychwstałego Pana, światłości świata. 


    Wszczepienie w Kościół święty


    Wszczepienie w Chrystusa przez chrzest jest równoznaczne z wszczepieniem w Jego Mistyczne Ciało Kościół święty. Podkreśla to św. Paweł pisząc: „Wszyscy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało” (1 Kor 12,13). 

    Pogłębienie tej prawdy znajdujemy w nauczaniu Katechizmu Kościoła Katolickiego: „Stając się członkiem Kościoła, ochrzczony «nie należy już do samego siebie» (1 Kor 6,19), ale do Tego, który za nas umarł i zmartwychwstał. Od tej chwili jest powołany, by poddał się innym i służył im we wspólnocie Kościoła, by był «posłuszny i uległy» (Hbr 13,17) przełożonym w Kościele, by ich uznawał z szacunkiem i miłością. Z chrztu wynikają odpowiedzialność i obowiązki. Ochrzczony posiada równocześnie prawa w Kościele; ma prawo do przyjmowania sakramentów, do karmienia się słowem Bożym i korzystania z innych pomocy duchowych Kościoła” (KKK 1269). 

    Między chrztem a misterium Kościoła zachodzi istotny związek przyczynowo-skutkowy, rodzaj sprzężenia zwrotnego. Z woli Chrystusa chrzest udzielany jest w Kościele i przez Kościół. Z drugiej strony właśnie przez chrzest Kościół jako społeczność ochrzczonych wyznawców Chrystusa buduje się i rozwija. 

    Sakrament chrztu wciela w żywy organizm Kościoła, który jako widzialna struktura składa się z trzech stanów życia: duchowieństwa, osób konsekrowanych i laikatu. Podstawą zrodzenia się powołania do każdego z tych stanów jest chrzest w Kościele świętym. Otrzymany na chrzcie „charakter sakramentalny” (osobowość sakramentalna) nie tylko wiernych uzdalnia czy wręcz konsekruje do sprawowania kultu chrześcijańskiego, ale także zobowiązuje do budowania Mistycznego Ciała Chrystusa przez świadectwo życia naznaczonego miłością (KKK 1273). 

    Udział w posłannictwie Chrystusa i Kościoła

    Ta konfiguracja do Chrystusa przez chrzest oznacza uczestnictwo w godności Syna Bożego, a tym samym udział w Jego potrójnym posłannictwie: kapłańskim, prorockim i królewskim (LG 9-15). 

    Katechizm Kościoła Katolickiego kładzie akcent na uczestnictwo ochrzczonych w kapłańskiej godności i misji Chrystusa. Są oni bowiem „wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem Bogu na własność przeznaczonym”, aby ogłaszać „dzieła potęgi Tego, który ich wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła” (1 P 2,9; KKK 1268). Chrzest zatem jest podstawą kapłaństwa powszechnego wiernych, od którego kapłaństwo urzędowe różni się „istotą a nie stopniem tylko, są sobie jednak wzajemnie przyporządkowane, jedno i drugie bowiem we właściwy sobie sposób uczestniczy w jednym kapłaństwie Chrystusowym” (LG 10). Według nauki Soboru Watykańskiego II, wypełniają je współdziałając w ofiarowaniu Eucharystii. „Pełnią też to kapłaństwo przez przyjmowanie sakramentów, modlitwę i dziękczynienie, świadectwo życia świątobliwego, zaparcie się siebie i czynną miłość” (LG 10). 

    Ochrzczeni mają także udział w proroczej funkcji Chrystusa, która zobowiązuje ich do tego, aby szerzyli o Nim świadectwo przede wszystkim przez życie wiary i miłości, a także „składanie Bogu ofiary chwały”. Szczególnym przejawem funkcji profetycznej ochrzczonych jest wielkoduszne przyjmowanie rozmaitych charyzmatów, a także posługiwanie nimi dla chwały Bożej i dobra Kościoła świętego” (LG 12). 

    Szczególną formą realizacji prorockiego posłannictwa Chrystusa i Kościoła, do którego zobowiązuje chrzest, jest ewangelizacja i kształtowana odpowiednio do tego misyjna duchowość. Wierność misyjnemu nakazowi, jaki dał Chrystus Kościołowi (Mt 28,19-20), sprawia, że chrzest, jako fundament życia duchowego, jest zarówno darem, jak i zadaniem. „Nie ma zatem żadnego członka, który by nie uczestniczył w posłannictwie całego Ciała, lecz każdy ma nosić w sercu swoim Jezusa jako świętość, a duchem proroctwa dawać świadectwo o Jezusie” (PO 2). 

    Przez chrzest. człowiek dostępuje także udziału w królewskiej godności Chrystusa (LG 26). Ochrzczeni, zwłaszcza świeccy, wynikające z tej godności posłannictwo aktualizują przede wszystkim pielęgnując stan „królewskiej wolności”, co wyraża się w samozaparciu i odrzucaniu każdego przejawu grzechu w życiu osobistym i społecznym, a także przez pokorną i cierpliwą służbę bliźnim, przez którą możliwe staje się uporządkowanie skażonego grzechem świata. „W powszechnym zaś wypełnianiu tego zadania świeckim przypada szczególnie wybitne miejsce” (LG 36). 

    Nikt z tych, którzy przez chrzest zostali wszczepieni w Chrystusa i Kościół nie może wymówić się od pełnienia posłannictwa kapłańskiego, prorockiego i królewskiego, które stanowią zasadniczy wymiar duchowości chrztu. 

    Duchowość chrzcielna 

    Duchowość chrześcijańska z samej swej istoty jest duchowością chrzcielną. Świadomość chrztu winna zatem kształtować postawy chrześcijanina względem Boga, bliźniego, samego siebie i całego Bożego stworzenia. W nich ma wyrażać się ta „nowość życia”, kształtowana w Kościele świętym na wzór Chrystusa pod tchnieniem Ducha Świętego. 

    Ponieważ chrzest na ogół przyjmowany jest w nieświadomości niemowlęctwa, dlatego domaga się ciągłego uświadamiania i pogłębiania. Uprzywilejowaną do tego okazją jest celebracja Wigilii Paschalnej, podczas której dokonuje się odnowienia przymierza chrztu. Każde niedzielne pokropienie wodą święconą na rozpoczęcie Mszy św. także przypomina pamiątkę chrztu. Tę samą treść wyraża każdorazowe pobożne przeżegnanie się wodą święconą, zwłaszcza podczas wchodzenia do świątyni. 

    O dowartościowaniu roli chrztu w chrześcijańskiej duchowości świadczy m.in. pełne godności obchodzenie dorocznych imienin (bardziej niż urodzin), powiązane z przeżyciem Eucharystii i – jeśli trzeba – przystąpieniem do spowiedzi. Z tym wiąże się konieczność poznania daty i miejsca swojego chrztu. 

    Przechowywane wśród domowych pamiątek: świeca chrzcielna, biała szata czy inne przedmioty mają dla ochrzczonego nie tylko wielką wartość emocjonalną, ale także przypominają o godności dziecięctwa Bożego, otrzymanego na chrzcie, a zarazem o odpowiedzialności wobec Boga i Kościoła za łaskę chrztu. 

    Jak wielką rolę w duchowości chrześcijańskiej odgrywa chrzest, świadczy postawa Jana Pawła II, który podczas I pielgrzymki do Ojczyzny nawiedzając rodzinny kościół w Wadowicach (7 VI 1979), zatrzymał się przy chrzcielnicy na modlitwę, a potem powiedział: „Kiedy patrzę wstecz, widzę, jak droga mojego życia poprzez środowisko tutejsze, poprzez parafię, poprzez moją rodzinę, prowadzi mnie do jednego miejsca, do chrzcielnicy w wadowickim kościele parafialnym. Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do Łaski Bożego synostwa i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego Kościoła w dniu 20 VI 1920 roku”. 

    ks. Marek Chmielewski/Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Ks. Marek Dziewiecki dla Frondy: Chrzest to szczepionka Bożej miłości - zdjęcie

    Chrzest to szczepionka Bożej miłości

    Parę lat temu dyskusję w mediach spowodował fakt, że Papież Franciszek ochrzcił w Niedzielę Chrztu Pańskiego dziecko rodziców, którzy nie są sakramentalnymi małżonkami.

    Zdziwienie w tej kwestii byłoby uzasadnione jedynie wtedy, gdyby owi rodzice nie mieli zamiaru wychować po katolicku swojego dziecka. Nie znam osobistej sytuacji tych konkretnych rodziców. Nie mam natomiast wątpliwości co do tego, że dali oni gwarancję księżom, którzy tych rodziców przygotowali do chrztu ich dziecka (nie czynił tego sam Papież), że swoje dziecko będą wychowywać zgodnie z nauką Kościoła. W tym kontekście warto przypomnieć sens sakramentu chrztu świętego. To sakrament, który wszczepia dziecko w Chrystusa, by mogło ono wzrastać w łasce i mądrości u Boga i u ludzi. Chrzest jest zobowiązaniem do ciągłego nawrócenia i do uczenia się ciągle większej miłości po to, by nie było rozdźwięku między człowiekiem a żyjącym w Nim Chrystusem.

    Każdy sakrament to powtarzanie w naszych czasach tego, czego w czasie swojej widzialnej obecności na ziemi dokonywał Jezus wobec ludzi, których spotykał. On uzdrawiał chorych, grzeszników wzywał do nawrócenia, nawracającym się odpuszczał grzechy, świeckim i duchownym wskazywał drogę świętości. Sakramenty to moc wychodząca z Chrystusa, który żyje na wieki. To ustanowione przez Niego znaki miłości, którą Bóg komunikuje człowiekowi. Skutki przyjęcia chrztu świętego i innych sakramentów nie pojawiają się w sposób magiczny. One zależą od usposobienia i dojrzałości konkretnego człowieka, który spotyka się z Bogiem w danym sakramencie. Nie różnimy się wielkością łaski, jaką Bóg ofiaruje nam w sakramentach. Różnimy się natomiast sposobem, w jaki przyjmujemy dar Jego uzdrawiającej i umacniającej miłości.

    Chrzest dzieci to umacniające spotkanie z Bogiem na początku życia w świecie, w którym przychodzi nam mierzyć się ze skutkami grzechu pierworodnego, a także ze skutkami słabości i grzechów ludzi kolejnych pokoleń. Adam i Ewa uwierzyli w to, że bez pomocy Boga odróżnią dobro od zła (to właśnie oznacza zerwanie owocu z drzewa dobra i zła) i że sami będą jak bogowie – mądrzy, nieomylni, „postępowi”. Na skutek tego pierwszego grzechu życie na ziemi stało się życiem jakby na krzywej podłodze, pochylonej w kierunku grzechu. Odtąd łatwiej jest nam – jak wyjaśnia św. Paweł – czynić zło, którego nie chcemy, niż dobro, którego pragniemy. Najbardziej zagrożeni złem jesteśmy w dzieciństwie, ze względu na naszą niedojrzałość i zależność od otoczenia. To właśnie dlatego Jezus w sposób szczególny okazywał troskę o los dzieci i najtwardszymi słowami przestrzegał demoralizatorów: „Kto by stał się powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. (…). Biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie” (Mt 18, 6-7).

    We chrzcie świętym Bóg upewnia rodziców o tym, że kocha ich dziecko i że umacnia je „szczepionką” swojej miłości. Przypomina im też o tym, że to jest Jego ukochane dziecko, o które będzie się troszczył przez całą doczesność, aby osiągnęło wieczne zbawienie. Zadaniem rodziców i chrzestnych jest troska o chrześcijańskie wychowanie ochrzczonego dziecka tak, by uczyło się ono myśleć, decydować i kochać na podobieństwo Jezusa. W przypadku chrztu małych dzieci owoce tego sakramentu w latach dzieciństwa zależą głównie od postawy rodziców i rodziców chrzestnych. Sakrament chrztu przynosi największe owoce wtedy, gdy rodzice i chrzestni dorastają do świętości, gdyż świętość jest powołaniem wszystkich ochrzczonych. Święci rodzice najbardziej pomagają swemu dziecku żyć w obecności Boga i postępować według zasad Ewangelii.

    ks. Marek Dziewiecki/Fronda.pl

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    Fulla Horak - od ateistki do mistyczki. Kobieta, która zobaczyła piekło
    fot. yt/wydawnictwo aa

    ***

    Fulla Horak – od ateistki do mistyczki.

    Kobieta, która zobaczyła piekło

    Z ks. Tomaszem Horakiem, bratankiem polskiej mistyczki Fulli Horak, rozmawia Jolanta Krasnowska-Dyńka.

    Ostatnio o Księdza stryjence zrobiło się głośno: film „Czyściec”, który właśnie wszedł na ekrany kin, wznowienie wydań jej książek. Jak Ksiądz myśli, skąd takie zainteresowanie?

    Nie tylko ostatnio. Jej pisma były rozpowszechniane od dawna w tzw. drugim obiegu. Było też wydanie niemieckie. Warto wspomnieć „wydania” „Świętej Pani” na odbitkach fotograficznych oryginału z 1939 r. – kilkaset zdjęć oprawionych w solidny album. Prawdą jest, że ostatnio zainteresowanie skumulowało się, m.in. ze strony wydawnictwa AA oraz wydawcy filmowego Kondrat-Media.

    A skąd wzrost zainteresowania i jego nowe formy? Powiem tak – wszystkie sprawy mają swój czas. Obserwując to, powiadam, że scenariusz jest pisany „na górze”. Bo skoro o mistyce mowa, to i mistyczny argument wydaje się usprawiedliwiony.

    No właśnie, Fulla była mistyczką. Mogła rozmawiać ze świętymi i błogosławionymi. Bóg pozwolił jej także zajrzeć do czyśćca, nieba i piekła. „Gdy czytałem książkę «Święta Pani», odezwał się we mnie sceptyk – racjonalista” – napisał Ksiądz we wstępie do książki. Skąd ten sceptycyzm?

    Pewnie rodzinny. Mój brat, inżynier i profesor, był twardym sceptykiem. A ciocia Fulla… W „Świętej Pani” znajdziemy takie perełki – otóż ciocia obserwuje, czy postać zjawiającej się u niej świętej przesłoni sobą palącą się świecę. Siedząc blisko niej, stara się dotknąć habitu zakonnicy, by sprawdzić jego materialność. Zważa na odgłosy przejeżdżającego tramwaju, czy są w stanie zagłuszyć słowa świętej. Urodzony sceptyk. A ja… Cóż, studia teologiczne i biblijne nauczyły mnie szukania sedna sprawy. Jako duszpasterz miałem do czynienia z młodzieżą w Ruchu Światło-Życie. Jacyż oni potrafili być – przy całej swojej religijnej gorliwości – sceptyczni. A we wszystkim towarzyszyła mi zasada, że jeśli coś tłumaczy się przyczynami naturalno-fizykalnymi, to nie należy sięgać po nadprzyrodzone.

    Ostatecznie jednak uznał Ksiądz mistyczne przeżycia swojej stryjenki. Co o tym zdecydowało?

    Osobowość cioci. Pogodna, zwyczajna – mimo całej otaczającej ją aury. Przychodzący do niej ludzie, którzy szukali pociechy, umocnienia, napomnienia. Wreszcie – cierpienie. A właściwie umiejętność przyjmowania cierpienia. O przeżyciach na Syberii opowiadała tak prosto i zwyczajnie, bez słowa skargi czy pretensji. Potrafiła z tych strasznych realiów wydobywać okruch tkwiącego w nich dobra. Makabryczna relacja z „operacji” wycięcia żołądka przez obozowego lekarza – to było mocne i budziło podziw. Jednocześnie rodziło pytanie: jak ona to wszystko przetrzymuje? Wreszcie choroby z ostatniego okresu życia, gdy m.in. zaczęły ją nękać wracające ropne zapalenia nerek. No i ostatni rok, kiedy leżała ze złamaną kością udową. Jej postawa była tak mocnym świadectwem, że pytanie o autentyczność objawień wydawało się niepotrzebne, a może i niestosowne.

    Zanim jednak Fulla stała się mistyczką, była daleko od Boga. W jej zapiskach możemy znaleźć m.in. taki fragment: „(…) gdyby Bóg do mnie przyszedł, z otwartością bym Go przyjęła i dałabym Mu się nasycić? Gdybym Go odczuła, serce moje doznałoby ulgi, ciężar, który je ugniata, spłynąłby, a ja odnalazłabym rzeczy niewypowiedziane… Chciałabym wierzyć w Boga… Jaką okrutną zabawkę wymyślił sobie Ten, kto nas stworzył!… A ponad wszystkim ta paląca tęsknota za niepojętą a przeczuwaną – Wiecznością”. Niektóre media podają, że Fulla była ateistką. Czy to prawda?

    Słowo „ateista” doznawało ewolucji i rozumienia oraz oceny – zwykle negatywnej. Nie użyłbym tego słowa wobec cioci. Choć był czas, że jej wrodzony sceptycyzm wziął górę nad tradycją, wychowaniem, atmosferą Lwowa. Jakie są szczegóły tej utraty wiary? Nie wiem. Można przypuszczać, że dokonywało się to, jak zwykle u młodych ludzi, powoli pod wpływem otoczenia. A lata 30 niosły wicher duchowej niepewności. Fulla na salonach brylowała. Piękna, oczytana, uzdolniona – malowała, grała na fortepianie… Wystarczała sama sobie. Do czasu. Ale szukała… Nie użyłbym wobec niej określenia „ateistka” w dzisiejszym odcieniu rozumienia tego słowa.

    „Boże, jeśli jesteś – daj mi światło!” – prosiła Fulla. I to światło wreszcie nadeszło, opromieniając całe jej życie…

    Tak, nadeszło jako dar. Nie była „ateistą zabetonowanym”, czyli głuchym i ślepym na jakiekolwiek znaki – czy to świata przyrody, czy świata historii ludzkiej myśli. Zorientowana w starożytnej filozofii i religiach, także w prądach z XVIII-XX w. Musiał przyjść moment, kiedy wypowiedziała słowa: „Boże, jeśli jesteś – daj mi światło!”.

    Fulla w młodości była pewną siebie, może nieco zarozumiałą dziewczyną. Świadczą o tym obie książki. I musiał przyjść moment pokory. To typowe dla wielu postaci mistyków. Nie człowiek znalazł Boga. To Bóg człowieka pochwycił. „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja dałem się uwieść” – wołał prorok Jeremiasz (Jr 20,7). Wiara to droga ku nieskończoności, ciągle musi dojrzewać, pogłębiać się, uodparniać na zawieruchy. Patrząc na ciocię Fullę, tę drogę dojrzewania wiary widać.

    Ostatnio nakładem Wydawnictwa AA ukazało się wydanie książki F. Horak „Niewidzialni”. Redakcja opatrzyła je podtytułem: „Osobiste świadectwo 1938-1956”. Czego z tej publikacji, nad którą „Echo” sprawuje patronat medialny, możemy dowiedzieć się o Fulli?

    Po śmierci cioci przyjaciele z Krakowa doprowadzili do druku w małym nakładzie tekstu „Niewidzialnych”. Teraz mamy w pełni profesjonalne wydanie książki. Trzeba podkreślić dużą pracę wydawcy, który w przypisach zawarł objaśnienia postaci w książce wspominanych – ludzi polityki, sztuki, literatury, patriotycznego podziemia. Większość udało się zilustrować zdjęciami.

    Czego możemy się dowiedzieć? Poznać możemy jej bogaty świat umysłu i ducha, już jako osoby głęboko i żywo wierzącej. Są tam minitraktaty filozoficzne osadzone w relacjach ze spotkań, odczytów czy wykładów. Poznajemy obszary zainteresowań Fulli i skupione wokół niej kręgi ówczesnej elity. Przedziwna to galeria – z jednej strony marszałek Rydz-Śmigły, z drugiej Aniela Wolska-Jasnorzewska. Ta część książki jest tyleż fascynująca, co i trudna w odbiorze ze względu na wątki filozoficzne. Druga część to relacje z czasów obu okupacji – sowieckiej i niemieckiej. Fulla była łączniczką między Lwowem a Warszawą. Część trzecia obejmuje czas aresztowania i zesłania na Sybir, co dotknęło także jej siostrę Zofię, zwaną Papcią, tyle że wyrok opiewał na pięć lat, a Fulli na dziesięć. Mistyczka, wizjonerka, filozof, artystka musiała zmierzyć się z więzieniem, pluskwami, głodem, nieludzkim traktowaniem, chorobą. Przeżyła na Syberii operację usunięcia żołądka i dwunastnicy. Bez znieczulenia, w warunkach ekstremalnych. Przeżyła. Ale następstwa pozostały do końca życia.

    A jaka była Fulla prywatnie?

    Prywatnie… Całe jej życie było „prywatne”. Była panią siebie – od młodości. Chadzała swoimi ścieżkami. W codziennym obyciu miła, delikatnie i jakby niepewnie uśmiechnięta, lubiła mówić, ale i słuchać potrafiła. Pobożność miała głęboką, ale nie dewocyjną. Warto też wspomnieć symbolikę słonecznika i pszczółek. „W słoneczniku każde ziarnko jest pełne dobroci” – mówiła. „A pszczółka wciąż pracuje nad dobrem”.

    W „Niewidzialnych” jest zdanie tłumaczące tytuł książki, ale i siłę, jaką miała na zesłaniu: „Wewnątrz cierpienia miałam Niewidzialnych Przyjaciół, którzy odwracali moje myśli ku pięknu”. Tę niewidzialną obecność otaczającą ciocię czułem już jako dziecko. Żeby Fullę zrozumieć, trzeba czytać obie książki: „Święta Pani” oraz „Niewidzialni”. Jedna bez drugiej staje się niemal niezrozumiała.

    Dlaczego Kościół nigdy oficjalnie nie zajął się pismami Fulli?

    Najkrótsza odpowiedź brzmi: nie wiem. I to jest prawda. Można szukać powodów, co też jest prawdą. Kościół, dokładnie mówiąc jego przełożeni, jest bardzo ostrożny w podejmowaniu decyzji w materii mistyki i objawień. Ostrożny z odcieniem podejrzliwości – i to jest potrzebne, by nie dopuścić do promowania spraw nie całkiem pewnych. Proszę pamiętać, że wizjonerka z tej samej epoki s. Faustyna została nie tylko „odłożona na półkę”, ale zablokowana zakazem rozpowszechniania jej objawień. No i musi być promotor każdej takiej sprawy. Nie zajmowałem tej pozycji, wychodząc z założenia, że bratanek nie jest dobrym kandydatem na adwokata. Ostatnio bez jakichkolwiek usiłowań z mojej strony narasta zainteresowanie Fullą. Co będzie dalej? Bóg ma swoje plany.

    Dziękuję za rozmowę.

    Fronda.pl/Echo Katolickie/opoka.org.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Jak się modlić? Ucz się od mnichów!

    Liturgia Godzin w opactwie Heiligenkreuz w Dolnej Austrii Fot. Jorge Royan via: Wikipedia CC BY-SA 3.0

    Jak się modlić? Ucz się od mnichów!

    Modlitwa w duchu osobistej wolności

    Modlitwa osobista jest jedynym elementem duchowości, co do którego św. Benedykt w Regule nie podał żadnych konkretnych przepisów. W związku z tym, zgodnie z Deklaracjami Kongregacji Zwiastowania, do której należy Opactwo tynieckie, „monastycyzm benedyktyński zachowuje tradycyjnie w ich sprawie wielką powściągliwość, roztropność i szacunek dla wolności duchowej”.

    Każdy mnich wypracowuje własną formułę modlitwy, zwracając uwagę przede wszystkim na to, by wiązała się ona ze szczerym szukaniem Boga oraz by zapewnić spokój braciom pragnącym modlić się w ciszy.

    Czas na osobistą modlitwę

    Tradycyjnie w klasztorze poświęca się jej przynajmniej pół godziny dziennie. Jeśli jednak ktoś dopiero rozpoczyna praktykę regularnej modlitwy osobistej, może zacząć od krótszych odcinków czasu (10–15 minut), wydłużając je w miarę możliwości. Bardzo ważne jest przy tym – podobnie jak w odniesieniu do lectio divina – by czas na modlitwę umieścić na stałe w planie dnia i nie skracać go bez bardzo ważnej przyczyny.

    Idąc za wskazaniami mistrzów

    Mimo, że Reguła nie zawiera wskazówek dotyczących modlitwy, to jednak w ostatnim rozdziale przypomina, że „kto śpieszy do doskonałości życia monastycznego, znajdzie w nauce świętych Ojców wszystko, co może doprowadzić człowieka do doskonałości najwyższej” (RB 73,2). Idąc więc za wskazówką św. Benedykta, zamieszczamy poniżej wybrane fragmenty z dzieła Ewagriusza z Pontu zatytułowanego O modlitwie. Ich autor, nazywany „filozofem na pustyni” oraz „pierwszym mnichem teologiem”, dał teoretyczne podstawy życiu duchowemu i pustelniczemu.

    Wybrane fragmenty z dzieła Ewagriusza z Pontu „O modlitwie”:

    Modlitwa jest obcowaniem umysłu z Bogiem.

    Nade wszystko módl się o dar łez, abyś przez skruchę zniszczył właściwą twej duszy zatwardziałość, a po wyznaniu – wbrew sobie – nieprawości przed Panem otrzymasz od Niego przebaczenie.

    Módl się ze łzami skruchy, a każda twoja prośba zostanie wysłuchana. Bowiem Pan twój raduje się bardzo, kiedy przyjmuje modlitwę połączoną ze łzami.

    Jeżeli na modlitwie wylewasz strumienie łez, nie wynoś się w duchu, jakbyś był lepszy od innych. Otrzymałeś bowiem pomoc dla swojej modlitwy, abyś mógł gorliwie wyznać swoje grzechy i dzięki łzom przypodobać się Panu. Nie obracaj więc w namiętność tego, co jest na nią lekarstwem, abyś nie rozgniewał Tego, który udzielił ci swojej łaski.

    Wielu, chociaż opłakiwało grzechy, zapomniało o celu, w jakim łzy zostały im dane, i tak w szaleństwie zagubili się.

    Bądź wytrwały i módl się usilnie; odrzucaj nachodzące cię troski i myśli. Wprowadzają one w zamęt i niepokoją, aby pozbawić cię siły.

    Ilekroć demony widzą, że jesteś gotów modlić się naprawdę gorliwie, podsuwają ci myśli o różnych, niby koniecznych rzeczach, i co chwila przypominają o nich, poruszając umysł tak, aby ich szukał, a nie znalazłszy – bardzo się smucił i tracił odwagę. Kiedy zaś umysł staje do modlitwy, przywołują mu w pamięci te poszukiwane i wspominane sprawy, aby rozproszony pragnieniem ich poznania, utracił owocną modlitwę.

    Zabiegaj o to, by w czasie modlitwy twój umysł był głuchy i niemy, a będziesz mógł się modlić.

    Wszystko, cokolwiek uczynisz, by wziąć odwet na bracie, który wyrządził ci niesprawiedliwość, w czasie modlitwy stanie się dla ciebie przeszkodą.

    Modlitwa wyrasta z łagodności i wolności od gniewu.

    Jeżeli chcesz modlić się jak należy, w każdej chwili zapieraj się siebie, a doznając rozlicznych trudności, rozmyślaj o modlitwie.

    Nad czymkolwiek trudnym będziesz rozmyślał wytrwale, tego owoc odnajdziesz w czasie modlitwy.

    Modlitwa jest lekarstwem na smutek i zniechęcenie.

    Zostaw swój dar – jak zostało powiedziane – przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim, a będziesz mógł modlić się bez przeszkód. Bowiem pamięć złego zaślepia umysł modlącego się i zaciemnia jego modlitwę.

    Ci, którzy gromadzą w sobie troski i pamięć złego, a zdaje się im, że się modlą, są podobni do tych, którzy czerpią wodę i wlewają ją do dziurawego naczynia.

    Jeżeli będziesz wytrwały, zawsze będziesz modlił się z radością.

    Kiedy będziesz modlił się jak należy, przyjdą ci na myśl takie sprawy, że ulec zagniewaniu wyda ci się rzeczą całkiem słuszną. Gniew jednak skierowany przeciw bliźniemu żadną miarą nie jest słuszny. Jeśli będziesz szukał, odkryjesz, że i bez gniewu można dobrze załatwić sprawę. Rób więc wszystko, aby nie ulec gniewowi.

    Bacz, byś sądząc, że leczysz innych, sam nie popadł w nieuleczalną chorobę, gdyż będzie to przeszkodą dla twojej modlitwy.

    Jeżeli powstrzymasz się od gniewu, sam znajdziesz zmiłowanie, okażesz się roztropnym i zostaniesz zaliczony do ludzi modlitwy.

    Uzbrojony przeciwko gniewowi, nigdy nie ulegniesz pożądliwościom. To one bowiem dostarczają materii gniewowi, a gniew z kolei przysłania duchowe oko i psuje stan modlitwy.

    Nie módl się jedynie zewnętrznymi gestami, ale skieruj swój umysł ku świadomości modlitwy duchowej, z wielką bojaźnią.

    Czasami stanąwszy do modlitwy, od razu będziesz modlił się dobrze. Innym razem pomimo wielkich starań nie osiągniesz celu – po to, abyś jeszcze bardziej szukał; a kiedy dosięgniesz celu, posiądziesz nienaruszoną doskonałość.

    Nie módl się o spełnienie swych własnych pragnień; niekoniecznie bowiem muszą się one zgadzać z wolą Boga. Raczej módl się tak, jak się nauczyłeś, słowami: bądź wola Twoja we mnie. I w każdej sprawie proś Go, aby spełniała się Jego wola. Bo przecież chce On tego, co dobre i korzystne dla twojej duszy – ty zaś nie zawsze tego szukasz.

    Często, modląc się, prosiłem o to, co wydawało mi się dobre dla mnie i obstawałem przy mej prośbie, bezmyślnie przymuszając wolę Bożą. Nie dopuszczałem, aby raczej On sam udzielił mi tego, o czym wiedział, że jest dla mnie korzystne. A jednak kiedy otrzymałem to, o co prosiłem, czułem się bardzo przygnębiony, że nie prosiłem raczej o spełnienie się Jego woli – to bowiem, co otrzymałem, nie było takie, jak się spodziewałem.

    Cóż innego jest dobrem, jeżeli nie Bóg? Pozostawmy więc Jemu wszystko, co nas dotyczy, a będzie nam dobrze. Ten bowiem, który jest samą dobrocią, jest też dawcą dobrych darów.

    Nie smuć się, jeżeli od razu nie otrzymasz tego, o co prosisz. Pragnie On bowiem udzielić ci jeszcze większego dobra, jeśli tylko będziesz trwał z Nim cierpliwie na modlitwie. Cóż bowiem lepszego nad obcowanie z Bogiem i przebywanie w Jego obecności?

    Modlitwa bez rozproszeń jest najważniejszą aktywnością umysłu.

    Dobrze jest modlić się nie tylko o oczyszczenie siebie samego, ale także za cały rodzaj ludzki, naśladując sposób postępowania aniołów.

    Czy modlisz się sam, czy też z braćmi, usiłuj modlić się nie z przyzwyczajenia, ale z uwagą.

    Jeżeli twój umysł w czasie modlitwy nadal się błąka, to nie modli się jeszcze tak, jak powinien modlić się mnich, ale ciągle jest światowy i ozdabia jedynie zewnętrzną stronę przybytku.

    Gdy się modlisz, czuwaj usilnie nad swoją pamięcią, aby sama z siebie nie podsuwała ci własnych myśli, ale skłaniała cię do poznania obecności Boga. Jest bowiem rzeczą wynikającą z natury, że pamięć zawłaszcza umysł w czasie modlitwy.

    Kiedy się modlisz, pamięć przywodzi ci na myśl albo obrazy rzeczy minionych, albo nowe troski, albo też postać tego, kto cię skrzywdził.

    Demon bardzo zazdrości człowiekowi, który się modli, i używa wszelkich sposobów, by nie osiągnął zamierzonego celu. Nie przestaje więc za pomocą pamięci wzbudzać myśli o różnych sprawach, a za pomocą ciała wzniecać wszystkie namiętności, tak aby przeszkodzić – na ile to możliwe – w jego wspaniałym biegu i wędrówce ku Bogu.

    Dlaczego demony chcą w nas wywołać obżarstwo, nierząd, chciwość, gniew, pamięć złego i inne namiętności? Aby umysł, ociężały z ich powodu, nie mógł się modlić tak jak trzeba. Bowiem namiętności pochodzące z nierozumnej części naszej natury nie pozwalają, aby działał rozumnie i poszukiwał Boskiego Słowa.

    Wstęp pochodzi z książki „Modlitewnik benedyktyński”.

    Wybrane myśli z dzieła Ewagriusza z Pontu „O modlitwie”.

    Benedyktyni są mnichami, a ich duchowość wywodzi się z najwcześniejszych przejawów życia konsekrowanego w Kościele. Monastycyzm chrześcijański jest formą odpowiedzi człowieka na łaskę Ewangelii. Cechą naczelną duchowości monastycznej jest “bycie z Bogiem”, do którego mnich dąży przez metanoię, czyli codzienne nawracanie się. Monastycyzm ma swe bardzo wyraźne miejsce w Kościele jako ZNAK absolutu Bożego.

    Fronda.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    „Widziałam wielkie zagniewanie Boże”. Czy zniszczenie Warszawy było karą za grzechy?

    oprac. GS/PCh24.pl

    ***

    Rok po śmierci świętej Siostry Faustyny na polskiej ziemi wybuchł zbrojny konflikt, który przerodził się z czasem w wojnę o światowym zasięgu. Towarzyszące działaniom wojennym hitlerowskie okrucieństwo wobec ludności cywilnej wprawiło w osłupienie nawet tych, których oczy widziały niejedną straszliwą zbrodnię. Do najkrwawszych przewinień niemieckiego okupanta względem Polski zaliczyć można dokonany na mieszkańcach powstańczej Warszawy mord. Wraz z bestialsko tłumioną insurekcją niszczono dobytek całych pokoleń. Czy w wydarzeniu tym należy dopatrywać się Bożej kary, która – zgodnie z wizją wspomnianej mistyczki i stygmatyczki – miała spaść na „najpiękniejsze w Ojczyźnie miasto” za rozliczne grzechy jej mieszkańców?

    Trudno, by odwiedzającym stołeczne Muzeum Powstania Warszawskiego nie zakręciła się łezka w oku po seansie wyświetlanego tam filmu ukazującego zgliszcza polskiej stolicy po niemieckiej, niszczycielskiej nawałnicy, jaka przez nią przeszła po upadku sierpniowej insurekcji. Malowniczy, architektoniczny krajobraz miasta, nazywanego czasem „Paryżem Północy”, hitlerowski okupant przeistoczył w smętne gruzowisko, wraz z usunięciem którego żegnano opiewany w tak wielu dziełach przedwojenny świat. Granice powojennej Warszawy wyznaczyły obszar rozległego cmentarzyska, w którym obok żołnierza z karabinem leżała matka ze swym niemowlęciem. Powracającym do stolicy mieszkańcom widok ruin tętniącego niegdyś życiem miejsca mógł nasuwać biblijne obrazy miast ukaranych przez Boga za ich liczne występki.

    W upamiętniających sierpniowe wydarzenia roku 1944 tekstach spotkać się można czasem z wizją zniszczonej Warszawy jako kary Bożej za jej rozliczne przewinienia. Za takim sposobem patrzenia na dziejowy moment w historii miasta przemawiają zapisane w „Dzienniczku” słowa św. Siostry Faustyny: Pewnego dnia powiedział mi Jezus, że spuści karę na jedno miasto, które jest najpiękniejsze w Ojczyźnie naszej. Kara ta miała być [taka], jaką Bóg ukarał Sodomę i Gomorę. Widziałam wielkie zagniewanie Boże i dreszcz napełnił, przeszył mi serce.

    Uważa się, że powodem Bożego zagniewania była dokonująca się w majestacie polskiego prawa zbrodnia na nienarodzonych. O duchowej wadze tej winy świadczy ogrom cierpienia, jakie Sekretarka Bożego Miłosierdzia musiała znosić, czyniąc zadość Stwórcy za wołające o pomstę do Nieba krzyki mordowanych w łonach kobiet dzieci.

    Dziś tak gorąco pragnęłam odprawić godzinę św. przed Najświętszym Sakramentem – czytamy w „Dzienniczku” – jednak inna była wola Boża; o godzinie ósmej dostałam tak gwałtownych boleści, że musiałam się natychmiast położyć do łóżka; wiłam się w tych boleściach trzy godziny, to jest do jedenastej wieczorem. Żadne lekarstwo mi nie pomogło, co przyjęłam, to zrzuciłam; chwilami odbierały mi te boleści przytomność. Jezus dał mi poznać, że w ten sposób wzięłam udział w Jego konaniu w ogrodzie i że te cierpienia Sam dopuścił dla zadośćuczynienia Bogu za dusze pomordowane w żywotach złych matek. (…)Mówiłam lekarzowi, że jeszcze nigdy w życiu podobnych cierpień nie miałam, on oświadczył, że nie wie co to za cierpienie. Teraz rozumiem co to za cierpienie, bo mi Pan dał poznać… Jednak kiedy pomyślę, że może kiedyś jeszcze będę w podobny sposób cierpieć, to dreszcz mnie przenika, (…). Obym tymi cierpieniami uratować mogła choćby jedną duszę od morderstwa.

    Prenatalne dzieciobójstwo nie było jedynym uchybieniem, jakiego dopuścił się wobec Boga polski naród, o czym Święta wzmiankuje wiele razy w swoim dziele. Duchowy stan rodaków przynaglał ją do nieustannego orędownictwa. Św. Siostra Faustyna pisała:

    Często się modlę za Polskę, ale widzę wielkie zagniewanie na nią, iż jest niewdzięczna. Całą duszę wytężam, aby ją bronić. Nieustannie przypominam Bogu Jego obietnice miłosierdzia. Kiedy widzę Jego zagniewanie, rzucam się z ufnością miłosierdzia i w nim zanurzam całą Polskę, a wtenczas nie może użyć swej sprawiedliwości. Ojczyzno moja, ile ty mnie kosztujesz, nie ma dnia, w którym bym się nie modliła za ciebie.

    Trudno wyobrazić sobie los Polaków bez przemożnego wstawiennictwa Apostołki Bożego Miłosierdzia. Rąbek tajemnicy uchyla Siostra Faustyna w następującym fragmencie „Dzienniczka”:

    Widziałam gniew Boży ciążący nad Polską. I teraz widzę, że jeśliby Bóg dotknął kraj nasz największymi karami, to byłoby to jeszcze Jego wielkie miłosierdzie, bo by nas mógł ukarać wiecznym zniszczeniem za tak wielkie występki. Struchlałam cała, jak mi Pan choć trochę uchylił zasłony. Teraz widzę wyraźnie, że dusze wybrane podtrzymują w istnieniu świat, aby się dopełniła miara.

    Wśród ogromu ludzkich przewinień, których ciężar poznać miała polska Święta, były grzechy przeciwko ciału.

    Kiedy przyszłam na adorację, zaraz mnie ogarnęło wewnętrzne skupienie i ujrzałam Pana Jezusa przywiązanego do słupa, z szat obnażonego i zaraz nastąpiło biczowanie. Ujrzałam czterech mężczyzn, którzy na zmianę dyscyplinami siekli Pana. Serce mi ustawało patrząc na te boleści; wtem rzekł mi Pan te słowa: – „cierpię jeszcze większą boleść od tej, którą widzisz?” I dał mi Jezus poznać za jakie grzechy poddał się biczowaniu, są to grzechy nieczyste. O, jak strasznie Jezus cierpiał moralnie, kiedy się poddał biczowaniu – pisała.

    Gdy w kontekście przywołanych słów spróbujmy naszkicować duchową mapę przedwojennej Polski, to nietrudno będzie nam zauważyć wyróżniającą się na tle pozostałych miast ilość stołecznych domów rozpusty. Gdyby zapytać przedwojennego policjanta – czytamy w książce Pawła Rzewuskiego pt. „Warszawa. Miasto grzechu. Prostytucja w II RP” – co stanowi największy problem Warszawy, odpowiedziałby, że prostytucja. Co prawda stolicy Polski daleko było do Berlina z czasów Republiki Weimarskiej, barwnie ukazanego w filmie „Kabaret”, to jednak proceder ten był powszechny. I niezwykle widoczny.

    „Przybytki rozkoszy” rozlokowane były nawet w wokół Bożych Świątyń, co niezgodne było zresztą z obowiązującym wówczas prawem. Na warszawskiej mapie grzechu niechlubnie wyróżniały się dzielnice: Wola, Muranów, Powiśle i Stare Miasto. Warto zauważyć, że to właśnie w tych miejscach okupant przelał brutalnie najwięcej polskiej krwi w czasie Powstania. W labiryncie ulokowanych w centralnej części miasta uliczek przybyszowi trudno było z kolei znaleźć miejsce na nocleg, jako że właścicielom lokali opłacało się bardziej wynajmować pokoje na tak zwane „godziny”. Im dalej od śródmieścia, tym trudniej spotkać było córy Koryntu, co potwierdzą dane wskazujące na centrum stolicy jako na teren, w którym znaleźć można było najwięcej lunaparów.

    W próbie zrozumienia problemu przedwojennej prostytucji w Warszawie nie sposób nie odnieść się do przepisów regulujących ten aspekt życia II RP. W odrodzonej Polsce zakazano prowadzenia domów publicznych, legalna była natomiast prostytucja pod warunkiem stawiania się przez osobę zajmującą się nierządem na regularne badania lekarskie. Panie do towarzystwa zobowiązane były do posiadania karty zdrowia, czyli tak zwanej „czarnej książeczki”, którą – zgodnie z opisem – nie należało traktować jako „zachętę do rozpusty ani przeszkodę dla pracy”. Wszystko to było jednak papierową fikcją, ponieważ po warszawskim niebem czynne stały domy publiczne, w których zamieszkiwały zarówno zarejestrowane, jak i nielegalne prostytutki.

    Możemy być niemal pewni, że jednym ze skutków pleniącego się w stolicy nierządu były usługi płatnych morderców nienarodzonych dzieci. Trudno określić dokładną ich ilość, ponieważ tego typu przestępstwa zatajano lub nie zgłaszano organom ścigania.

    Z fragmentarycznych danych ogólnopolskich wynika, że w latach 1924–1928 odnotowywano rocznie 1233 do 1393 zgłoszeń dotyczących przeprowadzenia nielegalnych aborcji. Według obliczeń dokonanych przez Adama Czyżewicza na podstawie danych statystycznych dotyczących liczby kobiet z rozpoznaniem poronienia, które zostały przyjęte do szpitali, wynika natomiast, że w latach 1922–1938 przestępstw dokonywano rocznie od 256213 do 513237 tego typu – czytamy w artykule Mateusza Łodygi pt. „Metody i środki stosowane w procederze aborcyjnym w okresie międzywojennym na przykładzie spraw z terenu siedleckiego okręgu sądowego”.

    Skala tego procederu pokazuje, że w aborcyjnym podziemiu ginęły nie tylko dzieci zdeprawowanych matek. Kwestia „zabiegów” i środków służących przeprowadzaniu nielegalnych aborcji stanowiła swego rodzaju „tajemnicę poliszynela” w II RP, w której, co warto podkreślić, legalnie zabić można było nienarodzonego człowieka ze względu na stan zdrowia ciężarnej matki lub gdy ciąża była wynikiem przestępstwa (czyn nierządny z nieletnią lub upośledzoną, zgwałcenie, kazirodztwo). Za te, wołające o pomstę do Nieba grzechy, najdotkliwiej cierpiała znana prawie na całym świecie polska mistyczka.

    Czy wobec powyższego możemy domniemywać, że to właśnie te przewinienia ściągnęły pod koniec wojny na miasto Bożą karę, zgodnie z zapowiedzią, jaką otrzymała Apostołka Bożego Miłosierdzia? Ks. Sopoćko w swoich wspomnieniach opisuje jedną z ostatnich wizyt u chorej na gruźlicę zakonnicy:

    Znalazłem Siostrę Faustynę w szpitalu zakaźnym na Prądniku już zaopatrzoną na śmierć.(…) Jeszcze opisała mi wygląd kościółka i domu pierwszego zgromadzenia oraz ubolewała na losem Polski, którą bardzo kochała i za którą często się modliła. (…)W tym wypadku również nie zapytałem, jaki to los ma spotkać Polskę, że ona tak ubolewa. Sama mi tego nie powiedziała, tylko westchnąwszy zakryła twarz od zgrozy obrazu, który prawdopodobnie wówczas widziała.

    Modlitwa za Polskę była jedną z najczęstszych, jakich się podejmowała, o czym mówi nam sama Święta na łamach „Dzienniczka”: Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała, ile ofiar i modłów do ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu. Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna. Nie bez powodu intencja ta była tak droga sercu zakonnicy. Wagę jej ustawicznego orędownictwa za ojczyznę dostrzec można lepiej w perspektywie cierpień, które stały się udziałem ludności cywilnej w czasie wojny. Pod tym względem hekatomba mieszkańców Warszawy w czasie Powstania i późniejsze, niemal doszczętne, zniszczenie miasta musiały nasuwać związek między wizjami i przestrogami mistyczki a stanem faktycznym.

    Powiązanie skutków sierpniowej insurekcji z przyczyną, jaką miały być grzechy zamieszkujących w stolicy ludzi, budzi do dzisiaj wiele emocji, dzieląc włączających się w dyskusję o tym na zwolenników i przeciwników takiej tezy. Trudno rozstrzygnąć powstały spór, jako że dotyka materii wymagającej spojrzenia na nią oczami wiary. Bez tej optyki nie sposób zrozumieć skierowanych do Siostry Faustyny słów Zbawiciela o szczególnym umiłowaniu przez Niego naszej ojczyzny. W obliczu dramatycznej historii obywateli II RP dane mistyczce słowo jawi się jako niedorzeczność, którą przemóc może w jakiejś mierze znajomość Biblii. W perspektywie ukazanych tam dziejów zobaczyć możemy nie tylko Bożą Sprawiedliwość, ale też Boże Miłosierdzie względem grzesznika, a w związku z tym pedagogiczny wymiar kary.

    Uprawniony wydaje się zatem sąd, że dopuszczone przez Boga skutki ludzkich działań są z jednej strony konsekwencją danej człowiekowi wolności, z drugiej zaś ukazują w jakiś sposób Bożą pedagogię w prowadzeniu człowieka. Nie możemy więc wykluczyć Bożego dopustu, jakim było zniszczenie Warszawy z powodu rozlicznych grzechów jej mieszkańców. Rozważając problem w takim ujęciu, jednego możemy być pewni. Wraz z cierpiącymi mieszkańcami stolicy współcierpiał Jezus. Prawdę tę pięknie ujął Paul Claudel, pisząc: „Ach, Panie, (…)wiemy, że Cię boli, gdy w nas uderzasz”.

    Anna Nowogrodzka-Patryarcha/PCh24.pl

    ____________________________________________________________________________________

    „Krew będzie płynęła rynsztokami”

    fot. kadr z filmu

    ***

    Głusi na ostrzeżenia, przekonani o własnej wielkości ludzie z trudem akceptują prawdę o Bogu „Sędzim sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za złe karze”. Dlatego wielu z nas sugestia, że straszliwa hekatomba stolicy Polski, której 70. rocznicę właśnie obchodzimy, mogła być karą za grzechy przedwojennych mieszkańców Stolicy, może wydać się wręcz bluźnierstwem. Warto jednak pamiętać, że przedwojenna Warszawa była prawdziwą stolicą prostytucji i aborcji. I że kara za te grzechy była zapowiadana.

    Rzadko pamięta się też, iż przedwojenna Warszawa była prawdziwym zagłębiem haniebnych praktyk aborcyjnych. Przepisy chroniące życie od poczęcia obowiązywały w odrodzonym państwie polskim do 1932 r, choć i wówczas istniało duże „podziemie aborcyjne”. W latach 20. ruszyła jednak szeroko zakrojona akcja na rzecz wprowadzenia zmian ułatwiających zabijanie dzieci nienarodzonych. Po stronie domagającej się legalizacji aborcji „z przyczyn społecznych” szczególną aktywnością wykazywali się m. in. mason Tadeusz Boy-Żeleński i jego partnerka, działaczka feministyczna Irena Krzywicka z domu Goldberg. Antynatalistyczne lobby odniosło wreszcie sukces i w 1932 r. rządząca Polską Sanacja zalegalizowała aborcję w Polsce artykułem 233 Kodeksu Karnego (wprowadzonego rozporządzeniem Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 11 lipca 1932 r.).

    Nowe przepisy tworzyły możliwość dokonania aborcji w dwóch przypadkach: z powodu ścisłych wskazań medycznych, oraz gdy ciąża zaistniała w wyniku gwałtu, kazirodztwa bądź współżycia z nieletnią poniżej lat 15. Kodeks wprowadzał wymóg, aby „zabieg” był dokonany przez lekarza. Co najbardziej przerażające, nie określono trybu stwierdzania przesłanek umożliwiających „legalną” aborcję. Nie określono także stadium zaawansowania ciąży, do jakiego wolno dokonać aborcji. Trzeba zauważyć, że wprowadzone przez władze II RP aborcyjne regulacje mogły śmiało stawać w śmiertelne szranki z przepisami obowiązującymi w latach 1920-1936 w ZSRR.

    Tylko komunistyczne Sowiety mogły poszczycić się bardziej złowrogimi dla życia nienarodzonych przepisami.

    Według różnych danych, w okresie międzywojennym przeciętna liczba zabójstw dokonywanych na dzieciach poczętych zarówno w lekarskich gabinetach, jak i nielegalnie wynosiła od 100 do 130 tysięcy rocznie! Tylko w latach 1932-1939 mogło więc zostać zabitych nawet milion nienarodzonych Polaków! Zjawisko to nasiliło się jeszcze po 1939 roku: okupacyjne władze hitlerowskie śmiało wkroczyły w uchylone przez władze II RP bramy aborcyjnego koszmaru, wprowadzając w 1943 roku „aborcję na życzenie”. Znakomita część zbrodniczych „zabiegów” wykonywana była w Warszawie, możliwe więc, że do 1944 zabito w łonach warszawianek więcej dzieci, niż wyniosły straty w ludności cywilnej podczas samego Powstania Warszawskiego.

    Znakomita część sanacyjnej elity II RP nie przykładała szczególnej wagi do nauczania Kościoła w zakresie nierozerwalności małżeństwa i etyki seksualnej. Przykłady można mnożyć: Józef Piłsudski, Rydz-Śmigły, Walery Sławek, Józef Beck. Obraz kondycji moralnej elit – choć z pewnością przerysowany – jaki odnajdujemy w „Karierze Nikodema Dyzmy” nie odbiegał zbytnio od rzeczywistości. Promowanie stylu życia pozbawionego moralności, nagłaśnianie skandali obyczajowych, lekceważący stosunek do dramatu, jakim jest rozwód, stały się chlebem powszednim obyczajowości międzywojennej Polski, a zwłaszcza stołecznej Warszawy.

    Do największych problemów z jakim zmagali się stróże porządku przedwojennej Warszawy należała prostytucja. Pod tym względem Stolica była prawdziwym miastem grzechu. Korzystanie z „usług” panien lekkich obyczajów było zjawiskiem mocno egalitarnym. Gdzie znaleźć najbliższy lupanar wiedzieli zarówno biedni i bogaci, gimnazjaliści oraz panowie posunięci w latach.

    To, co kiedyś szokowało, powoli stawało się „normalnością”; to, co wzbudzało odrazę okazywało się „dobrodziejstwem współczesności”. W taki sposób rewolucja wprowadzała w narodowy krwioobieg swój antyporzadek oparty na nihilizmie i skoncentrowany na człowieku.

    Zapowiedź kary

    Oddajmy głos ks. kard. Augustowi Hlondowi: „Fala wszelkiego rodzaju nowinkarstwa zabagnia dziedzinę obyczajów. Podkopuje nie tylko moralność chrześcijańską, ale godzi wprost w etykę naturalną, szerzy nieobyczajność wśród młodzieży i dorosłych. Celem tej propagandy jest zachwianie idei katolickiej, aby zastąpić naukę chrześcijańską masońskim naturalizmem”. Jakże zatem, w kontekście szerokiej fali demoralizacji płynącej zarówno w elitach społecznych jak i wśród warstw mniej wpływowych w przedwojennej Polsce, dramatycznie brzmią słowa skierowane przez Pana Jezusa do Sługi Bożej Rozalii Celakównej:

    „Trzeba ofiary za Polskę, za grzeszny świat (…), straszne są grzechy Narodu Polskiego. Bóg chce go ukarać. Ratunek dla Polski jest tylko w moim Boskim Sercu”.

    Ponieważ mimo wielu starań do intronizacji w Polsce nie dochodziło, na parę miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej Rozalia otrzymuje następną wizję ukazującą ogrom nieszczęść, jakie spadną na Polskę, a zarazem zapewnienie, że jeśli Polska – z rządem na czele – dokona intronizacji, do zapowiadanej wojny nie dojdzie.

    „Pod koniec lutego 1939 roku – pisze Rozalia – Pan Jezus przedstawił mej duszy następujący obraz w czasie, gdy Mu polecałam naszą Ojczyznę i wszystkie narody świata. Zobaczyłam w sposób duchowy granicę polsko-niemiecką, począwszy od Śląska, aż po Pomorze, całą w ogniu. Widok był to naprawdę przerażający, zdawało mi się, że ten ogień zniszczy całkowicie cały świat. Po pewnym czasie ogień ogarnął całe Niemcy niszcząc je tak, że ani śladu nie pozostało z dzisiejszej Trzeciej Rzeszy. Wtedy usłyszałam w głębi duszy głos i równocześnie odczułam pewność niezwykłą, że tak się stanie: Moje dziecko, będzie wojna straszna, która spowoduje takie zniszczenie (…). Wielkie i straszne grzechy i zbrodnie są Polski. Sprawiedliwość Boża chce ukarać ten Naród za grzechy, zwłaszcza za grzechy nieczyste, morderstwa i nienawiść. Jest jednak ratunek dla Polski, jeśli Mnie uzna za swego Króla i Pana w zupełności poprzez intronizację, nie tylko w poszczególnych częściach kraju, ale w całym państwie z rządem na czele. To uznanie ma być potwierdzone porzuceniem grzechów, a całkowitym zwrotem do Boga (…). Tylko we Mnie jest ratunek dla Polski”. (op. cit. rozalia.krakow.pl).

    Zapowiedź wielkiego nieszczęścia i grożącej Polakom kary padła także w trakcie objawień w Siekierkach w 1943 r. Choć nie zostały one oficjalnie uznane przez Kościół, warto jednak przyglądnąć się ich treści, zwłaszcza w kontekście następujących po nich wydarzeń z sierpnia 1944 r. Matka Boża miała zwrócić się do 12-letniej Władzi Fronczak tymi słowami: „Módlcie się, bo idzie na was wielka kara, ciężki krzyż. Nie mogę powstrzymać gniewu Syna mojego, bo się lud nie nawraca”. Wśród słów skierowanych do dziewczynki szczególnie dramatycznie brzmią z 27 października 1943r: „Śmierć będzie dla was straszna. Krew będzie płynęła rynsztokami”.

    Szczególnie tragicznie w kontekście dramatu Powstania Warszawskiego brzmią słowa zapowiadające „straszliwą śmierć”. Choć Kościół do dziś nie ustosunkował się oficjalnie do siekierkowskich objawień, nie trudno dostrzec w nich pewnego podobieństwa do treści objawień z Fatimy. Stałym motywem objawień maryjnych pozostaje konieczność nawrócenia i pokuty oraz ostrzeżenie przed indywidualnymi i społecznymi konsekwencjami popełnianych grzechów. Nie oszukujmy się, te wezwania są ciągle aktualne. Słowa, jakie skierował Bóg do Kaina o „krwi brata wołającej z ziemi”, znakomicie pasują do współczesnego świata. Głos mordowanych nienarodzonych dzieci, szaleństwo homorewolucji, planowa destrukcja rodziny – to dramaty wołające współcześnie z ziemi do naszego Stwórcy. A jest On Sędzią sprawiedliwym…

    Łukasz Karpiel/PCh24.pl

    TEKST ZOSTAŁ OPUBLIKOWANY W 70. ROCZNICĘ POWSTANIA WARSZAWSKIEGO

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Co o czyśćcu mówią święci? Katarzyna z Genui, Faustyna, Jan od Krzyża, o. Pio

    Co o czyśćcu mówią święci? Katarzyna z Genui, Faustyna, Jan od Krzyża, o. Pio

    30.07.2022/Fronda.pl

    ***

    Czyściec jest oczyszczeniem naszej miłości, która ma być podobna do miłości Jezusa Chrystusa, jaśniejącej najpełniej w tajemnicy Jego Krzyża i Zmartwychwstania. Podobnie jak złoto oczyszcza się w ogniu ze wszelkich obcych domieszek, tak miłość nasza oczyszcza się w ogniu cierpienia, prób i doświadczeń dawanych nam z miłującej ręki Boga.

    Miłość, jaką odznaczali się Święci była na wzór miłości Jezusowej, gdyż oni pragnęli i pozwolili, aby On już tu na ziemi oczyścił ich miłość. Doświadczenia wewnętrzne opisywane przez nich porównywane są często do cierpień czyśćcowych.

    Święci opisując cierpienia dusz w czyśćcu mówią, że ich intensywność nie ustępuje cierpieniom piekła, ale cierpienia te przeżywane są zupełnie inaczej. Dusza cierpi bardzo, ale cierpienie to nie jest cierpieniem beznadziejnym. Jest ono przeżywane w ogromnej radości i tęsknocie z powodu czekającego spotkania twarzą w twarz z miłującym Bogiem. Radość dusz czyśćcowych wynika także z ich pewności zbawienia i jest skutkiem ufnego powierzenia siebie Bogu. Dusza pragnie cierpieć, gdyż pragnie jak najszybciej być u Boga.

    Św. Katarzyna z Genui, której Bóg pozwolił już na ziemi doświadczyć cierpień czyśćca, pisze: “Z wyjątkiem świętych w niebie, nie przypuszczam, aby u kogokolwiek można spotkać zadowolenie równe temu, jakie odczuwa dusza w czyśćcu. Wzrasta ono z każdym dniem pod wpływem działania Bożego na duszę, a to działanie wzmaga się w miarę ustępowania jego przeszkody. Tą przeszkodą jest rdza grzechu. Płomień ją pożera, a równocześnie dusza coraz więcej wystawia się na działanie Boże”.

    Jako przykład obrazujący tę prawdę podaje ona zasłonięte lustro, które nie może odbijać promieni słonecznych. Nie dzieje się to z winy słońca, które świeci nieustannie, lecz z powodu zasłony, w którą spowite jest lustro. W miarę jednak jak zasłona znika lustro coraz intensywniej odbija promienie słoneczne. Św. Katarzyna pisze, że: “W podobny sposób dusza jest pokryta rdzą grzechu, którą stale spalają płomienie czyśćcowe. Im bardziej rdza ginie, tym doskonalej dusza odbija blask prawdziwego słońca, jakim jest Bóg”. Promienie słońca są więc obrazem promieni Bożej miłości w duszy człowieka, a także radości jaka udziela się duszy, która coraz bardziej zbliża się do Boga. Gdy oczekuje na pełne szczęście, żadne cierpienie nie jest dla niej za duże, ani zbyt ciężkie. Ona sama pragnie tego bolesnego oczyszczenia, bo wie, że jest to dla niej dar Bożego miłosierdzia – ostatnia szansa na niebo.

    Bóg jest przede wszystkim Miłością. Miłość jest Jego najważniejszym i najbardziej właściwym imieniem. Stworzył nas z miłości i przeznaczył do miłości. W serce każdego człowieka wszczepił poczucie miłości i sprawiedliwości. One to sprawiają, że człowiek sam sobie wymierza sprawiedliwość zgodnie ze słowami św. Jana od Krzyża – “pod wieczór życia będziemy sądzeni z miłości”. Bóg, który jako pierwszy inicjuje dialog miłości z każdym człowiekiem, czyni to nie tylko w czasie naszego ziemskiego pielgrzymowania, ale również w stanie oczyszczenia po śmierci. W tym trudnym i bolesnym stanie oczyszczania się człowieka wychodzi On na spotkanie w swojej miłosiernej miłości. Miłość ta jaśnieje w Krzyżu Jezusa i jawi się jako miłość wieczna, nieskończona, niewyczerpana, a zarazem bardzo czuła, wrażliwa i pełna tkliwości.

    Taka właśnie miłość oświetla życie człowieka, który przechodzi do wieczności, dając mu poznać jego braki, niedomagania, wszelkie plamy i całą rdzę grzechu pokrywającą życie. To właśnie dzięki przeżyciu Bożej bliskości człowiek może poznać stopień własnej nędzy i niedostatku, który każe mu jednocześnie wołać z głębi skruszonego serca: “Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8).

    W tym przeżyciu własnej niedoskonałości i równocześnie ogromnym pragnieniu zbliżenia się do Boga człowiek otwiera się coraz bardziej na przyjęcie szczęścia Bożej miłości. Rodzi się w nim pragnienie odpowiedzi na tę miłość, która zapoczątkowuje proces oczyszczenia. Wszystko to jest dziełem Bożej miłości i ogromnej Jego łaski, która przenikając serce człowieka niejako od “wewnątrz” otwiera go na taką decyzję. Ta miłosierna miłość Boga przenikając człowieka, dosięga jego najgłębszych pokładów, dając mu nie tylko pragnienie, ale i moc uwolnienia się od własnego egoizmu, zafałszowania i chwiejności. Rodzi się wówczas ogromne pragnienie oddania się całkowitego Bogu, aby móc być przenikniętym całkowicie tą Jego uszczęśliwiającą miłością. Czyściec więc nie jest czymś biernym i statycznym. Dusza przeżywając go “płonie” pragnieniem oglądania Bożego oblicza i przebywania w Jego obecności.

    Św. Katarzyna z Genui, której Bóg w przeżyciu mistycznym dał poznać czym jest ten proces oczyszczenia, tak pisze: “…ze strony Boga, jak widzę, niebo nie ma zamkniętych bram, lecz kto chce tam wejść, wchodzi. Bóg bowiem jest pełen miłosierdzia, otwiera ku nam swe ramiona, aby przyjąć nas do swojej chwały. Istota Boża jest zarazem zupełnie czysta, nieskończenie bardziej, niż rozum to pojąć może; dusza więc, znajdując choćby najmniejszą odrobinę niedoskonałości, wolałaby raczej rzucić się do tysiąca piekieł, niż stanąć przed majestatem Boga z jakąś zmazą na sercu. Widząc zatem, że czyściec jest przeznaczony na to, by zetrzeć plamy duszy, dobrowolnie się do niego rzuca i znajduje tam wielkie miłosierdzie, uwalniające ją od owej przeszkody”.

    Z tych słów możemy wywnioskować, że z jednej strony grzech i nieczystość duszy sprawia, że człowiek czuje się “oddalony” od Boga, z drugiej zaś strony pragnie poddać się oczyszczającemu procesowi, aby “przybliżyć się” do Niego. Dusza pragnie oczyszczenia, gdyż pragnie ze wszystkich sił pełnej wspólnoty miłości z Bogiem. Św. Katarzyna tak o tym mówi: “Jeśliby dusza mająca na sobie choćby maleńką zmazę, miała zbliżyć się do Boga w widzeniu uszczęśliwiającym odczułaby to jako krzywdę dla siebie i mękę wielokroć straszniejszą od cierpień czyśćcowych. (…) Dusza nie czułaby się na swoim miejscu, widząc, że jeszcze nie dała Bogu pełnego zadośćuczynienia. Niechby nawet brakował jej moment tylko do odpokutowania, już odczułaby nieznośną udrękę, i dla oczyszczenia jej z tej drobnej zmazy wolałaby raczej iść na dno piekła – gdyby to od jej woli zależało – niż stanąć przed obliczem Bożym, nie będąc jeszcze zupełnie czysta”.

    W słowach tych widzimy związek cierpienia czyśćcowego z grzechem, którego dopuścił się człowiek w ciągu swojego ziemskiego życia. Grzech oddalił go od wspólnoty z Bogiem. Odtrącając Bożą miłość, postanawiając żyć na własną rękę i ustanawiając – prawa według własnego “widzimisię” człowiek zadał ranę sobie, ale zranił także Ojcowskie Serce Boga, który jak czuła matka nie może zapomnieć “o swym niemowlęciu” (Iż 49,15). W momencie poznania prawdy o własnym grzechu człowiek równocześnie dostrzega jak grzech zrujnował jego wewnętrzne życie, które domaga się odbudowy. Czyściec jest więc stanem oczyszczenia się z tego wszystkiego, co nadal jeszcze plami duszę człowieka i nie odbija w niej pełni Bożego światła.

    Św. Katarzyna opisując stan zachwytu duszy pięknem i miłością Boga jednocześnie ukazuje przeżycie cierpienia duszy z powodu własnej niedoskonałości. “Dusza w nadprzyrodzonym świetle widzi, jak Bóg ze swej wielkiej miłości i w nieustannej opatrzności nigdy nie przestaje jej i prowadzić ku całkowitej doskonałości, a czyni to ze szczerej miłości. Jednak nieodpokutowany grzech nie pozwala iść za przyciągającą siłą Boga, czyli za tym pojednawczym spojrzeniem, jaką Bóg ją darzy, by ją przyciągnąć ku sobie. Nadto dusza poznaje, co to za nieszczęście być pozbawionym bezpośredniego oglądania światła Bożego. Właśnie świadomość takiego położenia stwarza męki, jakie dusze cierpią w czyśćcu. Nie znaczy to, by dusze wielką wagę przywiązywały do cierpień, choćby i jeszcze raz tak straszne były. Natomiast uwaga ich głównie jest zwrócona na pewną sprzeczność, jaka zachodzi między nimi, a wolą Boga; widzą bowiem wyraźnie, jak On goreje dla nich czystą miłością, której przecież nie są godne. Dusza, gdy to rozważa gotowa by znaleźć czyściec jeszcze dotkliwszy i porwana siłą miłości ku Bogu, gotowa rzucić się weń, aby tym wcześniej uwolnić się od więzów, oddzielających ją od dobra najwyższego”.

    Kara za grzech jawi się tutaj nie jako coś bolesnego przychodzącego z zewnątrz, ale jako możliwość jakiej udziela miłosierny Bóg człowiekowi dla jego pełnego “uleczenia” i oczyszczenia z bolesnych skutków wywołanych grzechem. Czyściec jest więc ostateczną możliwością zbawienia przez zadośćcierpienie. Kara czyśćcowa jest leczniczym środkiem, który służy człowiekowi, pozwalając mu wejść w doskonałą wspólnotę z Bogiem i radować się przyjaźnią z bliźnimi. Wszelki zatem rodzaj kar czyśćcowych jest największym darem Boga, który nigdy nie rezygnuje z człowieka. Św. Katarzyna tak o tym pisze: “Dusze w zupełności zgadzają się  z wyrokami Boga, tak że wszystko chętnie przyjmują, co podoba się Bogu, który działa przecież z roztropnego upodobania swego, stąd nawet wśród wielkich swych cierpień niezdolne są myśleć o sobie. One nie widzą nic innego, jak tylko działanie dobroci Boga, który w swoim nieskończonym miłosierdziu wiedzie człowieka do siebie; one nie myślą ani o osobistych cierpieniach, ani o dobru, jakie by im przypaść mogło; gdyby im było dane nad tym rozmyślać, nie miałyby miłości doskonałej”.

    Mimo, iż udzielanie się Boga duszy w czyśćcu jest łaskawe i pełne dobroci, to jednak posiada ono charakter bolesnego doświadczenia. Im bowiem bardziej człowiek przybliża się do Boga, tym bardziej wzmaga się w nim poczucie niegodności i wstydu, a zarazem szczerej tęsknoty za posiadaniem Go jeszcze bardziej i pełniej. Dojrzewanie duszy do przeżycia Bożej miłości jest przede wszystkim bólem duchowym, którego źródłem jest oddalenie od Boga i jednoczesna chęć powrotu do przebywania w Jego bliskości. Czyściec gładzi więc kary, jakie pozostały człowiekowi po darowanych mu grzechach, których dopuścił się w trakcie swojego ziemskiego życia. Czyściec gładzi też grzechy lekkie. Dopiero więc w momencie zupełnego oczyszczenie się ze wszystkiego, co przeszkadza duszy oglądać Boże oblicze, co utrudnia jej odpowiedź miłością na Bożą miłość, zapoczątkowana zostaje wieczna radość.

    Św. Jan od Krzyża, opisując etapy oczyszczenia człowieka porównuje je do “wewnętrznych nocy”. Ostatni etap oczyszczenia na ziemi nazywa “nocą ducha” i porównuje go wprost do czyśćca: “Cierpienie to jest podobne do mąk czyśćcowych; bo jak tam oczyszczają się dusze, aby mogły ujrzeć Boga w jasnym widzeniu życia przyszłego, tak i tu na swój sposób oczyszczają się, aby się mogły przeobrazić w Niego przez miłość”. Oczyszczenie to, jak pisze Święty, przeżywa niewiele osób, a jedynie te, które Bóg chce już tu na ziemi podnieść do najwyższego stopnia zjednoczenia ze sobą.

    Pisząc o tym ogromnie bolesnym doświadczeniu życiowym ma trudność, aby wyrazić je słowami. Dlatego porównywanie do czyśćca przychodzi mu z pomocą. W księdze Żywy płomień miłości pisze: “niemożliwe jest, żeby oddać należycie to, co dusza cierpi w tym czasie. Jest to niewiele mniej niż czyściec”. Podobnie bowiem jak po przejściu do wieczności Bóg przenika duszę światłem i żarem swej miłości, tak i teraz dzięki światłu i płomieniowi Ducha Świętego, daje jej poznać i odczuć wszystkie słabości i nędze, których do tej pory ona nie widziała ani nie odczuwała. Dusza w tym stanie zderza się boleśnie ze swą naturalną nędzą. Światło Boże, które ją przenika jest dla jej nieczystego i słabego wzroku zupełną ciemnością. Zaś dla jej woli naturalnie twardej i oschłej w stosunku do Boga ten płomień miłości i czułości Bożej zadaje ogromne cierpienia i udrękę. W tym stanie dusza jednak poznaje jasno i wyraźnie swą naturalną nędzę, ubóstwo i zło oraz wszelkie niedoskonałości. Tego płomienia Bożej miłości obfitującego w niezmierne bogactwa, dobra i rozkosze duchowe, będzie ona mogła doświadczać i odczuć dopiero wtedy, gdy Bóg ją całkowicie oczyści i przemieni w siebie.

    Św. Ojciec Pio, znany stygmatyk dwudziestego wieku, na drodze swego zjednoczenia z Bogiem doświadczył i pozostawił na piśmie wiele wypowiedzi, mówiących o tym, jak Bóg oczyszcza dusze, które pragną Go posiąść w tym życiu. Przeżywając proces bolesnego oczyszczenia tak pisał do swego kierownika duchowego: “Stan mój jest ogromnie przykry, okropny wprost przerażający. Wszystko zarówno wokół mnie, jak i we mnie jest ciemnością: nieprzenikniony mrok w umyśle, utrapienia woli, udręczenia w sumieniu. W swoim wnętrzu odczuwam cierpienia i równocześnie utrapienie i niespokojne pragnienie miłości Bożej”.

    Wyznaje jednocześnie, że “aby dusza mogła wznieść się do kontemplacji Boga, musi najpierw być oczyszczona ze wszystkich niedoskonałości. Dotyczy to nie tylko pozbycia się aktualnych niedoskonałości – co dokonuje się przez zmysłowe oczyszczenie – ale także wyzwolenia się ze zwyczajnych niedoskonałości, którymi są pewne uczucia (przywiązania), zwykłe niedoskonałości. To oczyszczenie zmysłów nie zmierza ku temu, by je wykorzenić, gdyż one pozostają w duszy niczym korzeń w ziemi. To oczyszczenie dotyczy ducha i dokonuje się w ten sposób, że Bóg swoją najwyższą światłością przenika duszę w całości, przeszywa ją niejako dogłębnie i w całej pełni odnawia.

    To najwyższe światło, którym Bóg napełnia wspomniane dusze, zstępuje w nie w ten sposób, że wówczas one odczuwają ból. Dusze przeżywają wtedy uczucie opuszczenia, co z kolei powoduje wyjątkowe, krańcowe utrapienie aż po doświadczenie wewnętrznej agonii. Obecnie te dusze nie mogą w żaden sposób pojąć Boskiego oddziaływania tego najwyższego światła. Dzieje się tak z dwóch powodów: pierwszy z nich to samo światło, które z jednej strony jest tak wspaniałe i pełne subtelności, że przekracza faktyczne możliwości duszy. I dlatego raczej staje się powodem powstania ciemności i udręki niż samego światła. Drugi powód, dla którego dusza nie może pojąć tego Boskiego działania, to miernota i brak jej niewinności. I dlatego to najwyższe światło nie tylko, że napełnia ją ciemnością, ale przynosi ból i udrękę. I oto w miejsce pociechy dusza napełnia się cierpieniem przez nowe ciosy, które są odczuwalne we władzach zmysłowych i duchowych. Są to straszliwe i wprost przerażające cierpienia.

    To wszystko dzieje się już na samym początku, bo światło Boże zastaje dusze nieprzygotowane do zjednoczenia się z Panem. Z tego względu owe światło dokonuje dzieła oczyszczenia. Kiedy to działanie się kończy i dusze zostają oczyszczone, wówczas światło je opromienia i napełnia blaskiem kierując ku doskonałemu zjednoczeniu z Bogiem”.

    Święta Faustyna również bardzo plastycznie opisuje oczyszczenie duszy człowieka, którą Bóg wybiera i przygotowuje do doskonałego zjednoczenia ze sobą. Pisze ona, iż człowiek odczuwa wówczas bardzo głęboko, że nie miłuje Boga jak On tego żąda. W miejsce dawnej obecności Boga przychodzi oschłość, duchowa posucha; potęguje się tęsknota za Bogiem, a jednak jakby górę biorą wszystkie błędy, które uświadamiają człowiekowi własną nędzę. W całej duszy zapada ciemność i udręka.

    Doświadczenie to przypomina czyściec. Bóg przeprowadza człowieka przez takie wewnętrzne oczyszczenie całej jego zmysłowej i duchowej natury, żeby go doprowadzić do zjednoczenia ze sobą. I nie staje tu człowiek tylko wobec sądu, ale staje raczej wobec potęgi samej miłości, którą jest Bóg. Ogarnięty tą miłością może wołać:

    O płomieniu Ducha Świętego,

    który mnie oświecasz, abym mogła zobaczyć ciemność moją

    który mnie dotykasz, abym mogła odczuć twardość moją

    który mnie przenikasz, abym mogła doświadczyć całej nędzy mojej

    oczyść mnie i wypal, abym mogła zjednoczyć się z Jezusem – JEDYNĄ MIŁOŚCIĄ moją.

    Amen.

    s. Anna Czajkowska, s. Irena Złotkowska. Jak pomagać duszom czyśćcowym ? Jałmużna

    Więcej informacji: http://www.wspomozycielki.pl/

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Szczyrk – miejsce,

    w którym objawiła się Matka Boża

    12-letnia Julianna Pezda widziała po raz pierwszy Matkę Bożą 25 lipca 1894r. „Jednego dnia rano, kiedy szłam zbierać grzyby, pod bukiem zauważyłam jakąś Panią, miała czarne dłonie i twarz ciemną, brązowe szaty, kiwającą na mnie palcami, wtedy uciekłam do domu” – relacjonowała potem. Mimo początkowego strachu dziewczynka wracała w to miejsce. Tak rozpoczęła się historia kultu Matki Bożej w Szczyrku.

    Adobe.Stock

    ***

    Udokumentowana tradycja podaje, że od tego dnia Maryja ukazywała się na Górce przez kilka miesięcy, a widzenia były udziałem także trzech innych dziewczynek. Matka Boża objawiała im się, zachęcając do modlitwy. Szczególną uwagę zwróciła na szkaplerz, poleciła także odmawiać Anioł Pański i śpiewać Godzinki. Obiecała, że w miejscu objawień wytryśnie źródło wody i poleciła wybudowanie tam kaplicy, a w przyszłości kościoła, w którym będzie się odprawiać „dużo Mszy świętych”.

    szczyrksanktuarium.pl

    ***

    „Z miejsca zagubionego wśród gór, gdzieś poniżej Klimczoka i Skrzycznego, nasze Sanktuarium stało się miejscem łaski, radości i pokoju a zwłaszcza pasterskiej gościnności wobec dzieci, młodzieży, rodzin i wszystkich Pielgrzymów” – mówią salezjanie.

    Głównym dokumentem, który przedstawia te wydarzenia jest książka, tak zwany Pamiętnik. Autor, naoczny świadek, starannie relacjonuje to wszystko, co wtedy się wydarzyło. Możemy w Pamiętniku przeczytać, że Matka Boża objawiała się niemal każdego dnia. Najbardziej wyraźne widzenia bywały w niedziele i w święta Maryjne. Kronikarz podaje, że wizjonerki unosiły się podczas modlitwy. Wielu doznawało uzdrowień. Zawsze towarzyszyła im głęboka wiara. Prawdziwość objawień zdają się potwierdzać liczne pisma urzędników do Konsystorza Biskupiego w Krakowie.

    Trzeba stwierdzić, że rozwój kultu maryjnego w Szczyrku „na Górce” rozpoczął się tuż po objawieniu się Najświętszej Maryi Panny, czego dowodem są opisane fakty. Kult wyrósł z potrzeby serca prostych, ale przepełnionych głęboką wiarą ludzi. Z biegiem czasu coraz bardziej się rozwijał, przejawiając się w różnorakich formach.

    Grota
    Grota/szczyrksanktuarium.pl

    ***

    Pochodzenie i opis obrazu Matki Bożej

    Najświętsza Maryja Panna ukazywała się w różnych wizerunkach, najbardziej jednak w wizerunku Pani Częstochowskiej. Według relacji wizjonerek Matka Boża mówiła do nich takie słowa: „Nie bójcie się, ja jestem Pani z Częstochowy. Odmawiajcie „Zdrowaś Maryjo”.

    Wieść o objawieniach szybko się rozniosła po całym regionie. Na Górkę przybywały tak liczne pielgrzymki, że – jak mówią ówczesne zapiski – „aż ziemi było ciężko”. Pielgrzymi przynosili dary, w tym niewielki obraz Matki Bożej Częstochowskiej, który zawisł na buku, w miejscu, gdzie doszło do objawień.

    Pierwszy obraz z wielką czcią i pobożnością został przyniesiony przez pielgrzymów z Ustronia. Podobno sama Maryja Panna wyszła w wielkiej jasności na spotkanie pątników. Według relacji ludzi, Julianna często modliła się przed tym obrazem. Modlitwie towarzyszyły różne stany. Padała na ziemię krzyżem, po czym wstawała i powtórnie w wielkim zachwycie padała i leżała bezwiednie.

    Z biegiem czasu na miejscu objawień pojawiały się nowe obrazy. Należy tu wspomnieć, że pracownice fabryki pana Bryla z Mikuszowic (obecnie Bielsko-Biała) ufundowały obraz Matki Bożej Częstochowskiej, który dnia 15 sierpnia 1897 roku został przyniesiony procesjonalnie do Szczyrku na Górkę.

    Obraz Matki Bożej Częstochowskiej był nieodłącznym elementem tego miejsca. Zarówno w pierwszej drewnianej, jak i kolejnej murowanej kaplicy, obraz Matki Bożej Częstochowskiej zajmował miejsce centralne. Tak już pozostało do dziś.

    Obecny obraz namalowany został w 1960 roku przez artystę malarza Stefana Justa z Łodzi. Autor namalował go jako osobiste wotum darowane Matce Bożej. Obraz formatu prostokątnego o wymiarach 100 centymetrów na 160 centymetrów został umieszczony w głównym ołtarzu 15 sierpnia 1960 roku. Przedstawia Matkę Bożą Częstochowską w całej postaci. Maryja trzyma Dziecię Jezus w lewej ręce. W prawej dłoni trzyma berło. Płaszcz Maryi jest koloru niebieskiego i okrywa całą postać. Suknie Matki i Dzieciątka są koloru czerwonego, a korony złoto – żółtego.

    W 2005 roku salezjanie rozpoczęli starania o koronację obrazu Matki Bożej koronami papieskimi. W 2007 roku za pośrednictwem Nuncjatury Apostolskiej w Warszawie został przekazany dekret koronacyjny. W piśmie podpisanym przez Prefekta Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, Ojciec Święty Benedykt XVI zezwolił na koronację „Obrazu Madonny z Dzieciątkiem w Szczyrku”. Korony zostały pobłogosławione przez Ojca Świętego, 9 kwietnia 2008 roku, a 21 września 2008 roku ksiądz kardynał Stanisław Dziwisz, w asyście księdza biskupa Tadeusza Rakoczego, ordynariusza diecezji bielsko-żywieckiej, nałożył korony na skronie Dzieciątka i Maryi. W pierwsza rocznicę koronacji 20 września 2009 roku, ksiądz biskup Tadeusz Rakoczy poświęcił berło, które umieszczono na obrazie, jako wotum wdzięczności Pielgrzymów.

    Szczyrkowska Góra Błogosławieństw

    Sanktuarium Matki Bożej Królowej Polski w Szczyrku, oprócz nazwy oficjalnej znane jest od kilku lat jako „Góra Błogosławieństw”, bowiem Salezjanie w Sanktuarium regularnie błogosławią: małżeństwa, brzemienne matki, dzieci, młodzież, chorych, wdowy i wdowców oraz uzależnionych i ich rodziny.

    Modlitwa

    Najświętsza Panienko, wybrana Córko Ojca Niebieskiego, Rodzicielko Bożego Syna i Ducha Świętego Oblubienico! Tu na Szczyrkowskiej Górce chciałaś mieć swoją świątynię, by dla pielgrzymów, którzy z trudem szukają prawdy, nadziei i wiary, być znakiem Bożej odwiecznej miłości. Matko cudownej przemiany, osłoń nas tarczą swego szkaplerza, zjednocz modlitwą świętego różańca, obroń przed atakami zła i grzechu. Ty, któraś była Matką rodzącego się Kościoła, Wspomożycielko trudnego czasu, prowadź nas po niebieskim szlaku za słońcem, co nie zna zachodu, za Synem Twoim do domu Ojca. Amen.

     Tygodnik Niedziela 2022-07-29/ szczyrksanktuarium.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Watykan: bliżej beatyfikacji Jana Pawła I

    Franciszek przyjął wczoraj prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, kard. Angelo Amato SDB i upoważnił kierowaną przez niego dykasterię do opublikowania sześciu dekretów o heroiczności cnót. Jedne z nich dotyczy osoby papieża Jana Pawła I (1912-1978), który rządził Kościołem 33 dni.

    Jan Paweł I
    Wikipedia.org

    ***

    Jan Paweł I, czyli Albino Luciani, urodził się 17 października 1912 r. w Forno di Canale (dziś Canale d’Argordo) w północno-wschodnich Włoszech. Święcenia kapłańskie przyjął 7 lipca 1935 r. 15 grudnia 1958 r. św. Jan XXIII mianował go biskupem Vittorio Veneto i osobiście udzielił mu sakry 27 grudnia tegoż roku w Watykanie. Dokładnie 11 lat później – 15 grudnia 1969 r. Paweł VI powołał go na patriarchę Wenecji, a na konsystorzu 5 marca 1973 r. włączył go w skład Kolegium Kardynalskiego. Na konklawe 26 sierpnia 1978 r. kard. Luciani został wybrany papieżem i jako pierwszy w historii przyjął dwa imiona: Jan Paweł I. Zmarł niespodziewanie na atak serca 28 września 1978 r. w Watykanie, zaledwie po 33 dniach sprawowania urzędu. 17 czerwca 2003 r. Jan Paweł II zezwolił na otwarcie procesu beatyfikacyjnego, który rozpoczął się na szczeblu diecezji Belluno 23 listopada tegoż roku a zakończył się 10 listopada 2006 r. i obecnie dobiega końca w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

    Do beatyfikacji „papieża uśmiechu” konieczne jest także stwierdzenie autentyczności cudu za jego przyczyną. W tej sprawie zakończył się już proces diecezjalny w Buenos Aires, natomiast sprawa drugiego cudu toczy się na poziomie diecezjalnym. Promotorem sprawy kanonizacyjnej jest prefekt Kongregacji ds. Duchowieństwa, kard. Beniamino Stella.

    Kai/Watykan

    ________________________________________________________________________

    Szczegóły beatyfikacji Jana Pawła I

    We wrześniu w Rzymie odbędzie się beatyfikacja Jana Pawła I. Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej opublikowało szczegóły tego wydarzenia.

    Jan Paweł I
    Jan Paweł I

    ***

    Liturgia beatyfikacyjna odbędzie się w niedzielę 4 września na Placu św. Piotra o godzinie 10.30. Przewodniczyć jej będzie papież Franciszek. Dzień wcześniej, w sobotę 3 września, w Bazylice św. Jana na Lateranie odbędzie się czuwanie modlitewne pod przewodnictwem kard. Angelo De Donatisa, papieskiego wikariusza Rzymu.

    Msza dziękczynna za beatyfikację Jana Pawła I odbędzie się natomiast w niedzielę 11 września. Uroczystość odbędzie się na placu w Canale d’Agordo, miejscu narodzin nowego błogosławionego, z udziałem biskupów i duchowieństwa diecezji, w których Albino Luciani pełnił swoją posługę kapłańską i biskupią: patriarchatu Wenecji, diecezji Vittorio Veneto i macierzystej diecezji Belluno-Feltre.

    Radio Watykańskie/Tygodnik Niedziela

    ___________________________________________________________________________

    Przed 40 laty wybrano Jana Pawła I – “uśmiechniętego papieża”

    Przed 40 laty – 26 sierpnia 1978 r. wybrano na papieża patriarchę Wenecji kard. Albino Lucianiego. Zmarł po 33 dniach zasiadania na Stolicy Piotrowej. Od razu po swym wyborze Jan Paweł I zdobył sympatię świata. Z przekrzywioną białą piuską na głowie i uśmiechem dziecka “bezradnie” rozkładał ręce w loggii Bazyliki św. Piotra, jakby chciał powiedzieć: “Zobaczcie, co mi zrobili”. Włosi poufale nazywali go Gianpaolo. W listopadzie 2017 r. papież Franciszek ogłosił dekret o heroiczności jego cnót i tym samym do beatyfikacji „papieża uśmiechu” konieczne jest już tylko stwierdzenie autentyczności cudu za jego przyczyną.

    wikipedia.org

    ***

    Jako pierwszy w historii papież przyjął dwa imiona. Wytłumaczył się z tego nazajutrz po wyborze, w pierwszym przemówieniu do tłumów zgromadzonych na Placu św. Piotra: “Pomyślałem sobie: Papież Jan osobiście udzielił mi sakry biskupiej w tej tu bazylice św. Piotra. Następnie, choć niegodny, objąłem po nim katedrę św. Marka w Wenecji, w tej Wenecji, która jeszcze teraz pełna jest Papieża Jana. Wspominają go gondolierzy i zakonnice, wszyscy. Ale papież Paweł nie tylko kreował mnie kardynałem, ale na kilka miesięcy przedtem, na kładkach, na zalanym wodą placu św. Marka sprawił, że cały zaczerwieniłem się wobec 20 tysięcy ludzi, ponieważ zdjął stułę i nałożył ją na moje ramiona. Jeszcze nigdy się tak nie zaczerwieniłem! Z drugiej strony Papież ten przez 15 lat swego pontyfikatu nie tylko mnie, ale całemu światu pokazał jak kochać, jak służyć, jak pracować i cierpieć dla Kościoła Chrystusowego. Dlatego powiedziałem sobie: będę się nazywał Jan Paweł. Nie mam mądrości serca Papieża Jana, ani przygotowania i kultury Papieża Pawła, ale jestem na ich miejscu, muszę więc starać się służyć Kościołowi. Ufam, że będziecie mnie wspierać swoimi modlitwami”.

    Słowa te, przerywane burzliwymi oklaskami, bp Władysław Rubin, ówczesny sekretarz generalny Synodu Biskupów, nazwał “uczciwym przyznaniem się do swoich możliwości” i “świadectwem ogromnej pokory”.

    Przemówienie Jana Pawła I uderzało prostotą. Papieże zwyczajowo przemawiali używając w stosunku do siebie liczby mnogiej “my”. Papa Luciani natomiast mówił jak ojciec do swych dzieci. Skądinąd po raz pierwszy od 75 lat – gdy katedrę św. Piotra objął św. Pius X, skądinąd także przybyły z Wenecji – papieżem został doświadczony duszpasterz. Luciani bowiem nigdy nie pracował ani w Kurii Rzymskiej, ani w papieskiej dyplomacji. Mówiono wręcz, że do Rzymu jeździł tak rzadko, jak to było możliwe… Obcy mu był kurialny savoir-vivre.

    Biskup katecheta

    Albino Luciano przyszedł na świat 17 października 1912 r. w Forno di Canale – górskiej wiosce położonej w Dolomitach na północy Włoch. Pochodził z ubogiej rodziny. Jego ojciec w poszukiwaniu pracy jeździł za granicę jako sezonowy robotnik, a w końcu zatrudnił się przy produkcji szkła w Wenecji. Był socjalistą i antyklerykałem, toteż gdy syn oznajmił mu, że zostanie księdzem, z trudem zaakceptował jego decyzję.

    Już jako dziecko Albino bardzo dużo czytał, głównie literaturę włoską, francuską i angielską. Uwielbiał zwłaszcza książki Charlesa Dickensa.

    Po święceniach kapłańskich, które przyjął w Belluno 7 lipca 1935 r., Albino został wikariuszem w swej rodzinnej wiosce, a następnie w pobliskim Agordo. To tam zdobywał pierwsze doświadczenia katechetyczne – dziedzina ta stałą się jego pasją na całe życie. W wieku 25 lat ks. Luciani był już wicerektorem seminarium duchownego w Belluno. Wykładał tam też teologię dogmatyczną i moralną, prawo kanoniczne i sztukę sakralną. Podjął też zaoczne studia na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, zdobywając w 1947 r. doktorat z teologii dogmatycznej. Pisał o pochodzeniu duszy ludzkiej według Antonio Rosminiego – XIX-wiecznego teologa, którego publikacje długo znajdowały się na kościelnym indeksie ksiąg zakazanych.

    Odtąd powierzano mu coraz poważniejsze obowiązki w diecezji Belluno. Był wicekanclerzem kurii biskupiej, sekretarzem synodu diecezjalnego, zastępcą wikariusza generalnego, wikariuszem generalnym. Kierował też wydziałem katechetycznym kurii, co zaowocowało wydaniem dwóch książek: “Catechesi in briciole” (1949), którą wielokrotnie wznawiano, i “Nuovo briciole di catechetica” (1961), zawierającą praktyczne wskazówki dla duchowieństwa.

    Mianowany w grudniu 1958 r. biskupem Vittorio Veneto poświęcił się pracy duszpasterskiej i katechetycznej. Gdy przedstawiono mu kandydaturę Lucianiego, Jan XXIII miał powiedzieć: “Znam go. Ten człowiek sprawi mi radość”. Sam Luciani wspominał o swych kontaktach z Roncallim: “Kilkakrotnie podróżowałem z nim koleją, ale wówczas to on najczęściej mówił..”..

    W dniu konsekracji biskupiej Jan XXIII przeczytał Lucianiemu fragment książki Tomasza á Kempis “O naśladowaniu Chrystusa”: “Mój synu, próbuj postępować raczej zgodnie z wolą innych niż swoją. Zawsze staraj się posiadać mniej niż więcej. Zawsze wybieraj najskromniejsze miejsce i dąż do tego, by mniej znaczyć niż wszyscy inni. Zawsze zmierzaj ku temu i módl się o to, by w twoim życiu całkowicie urzeczywistniała się wola Boga. Przekonasz się, że człowiek, który bierze sobie to wszystko do serca, będzie poruszał się po krainie ciszy i pokoju”. Młody biskup wziął sobie te zachęty do serca i wcielił w życie.

    Często porównywano go z Janem XXIII: “Było tak, jak gdyby papież Roncalli był w tej diecezji i pracował z nami. Podczas posiłków gościł u siebie zazwyczaj dwóch lub trzech księży. Nie potrafił po prostu inaczej, jak tylko dzielić z innymi to, co posiadał oraz siebie samego. Zdarzało się, że bez zapowiedzi odwiedzał chorych lub kalekich. W szpitalu zawsze pojawiał się nieoczekiwanie, przybywał nagle na rowerze lub w swoim starym samochodzie; swojemu sekretarzowi polecał czekać na zewnątrz i czytać dokumenty, a sam wizytował pokoje chorych. W chwilę później pojawiał się w górskiej wiosce, by z tamtejszymi księżmi przedyskutować określony problem”. Najczęściej nosił zwykłą, czarną księżowską sutannę.

    Uczestniczył w obradach Soboru Watykańskiego II, które relacjonował w listach do księży. Nie był jednak

    jego aktywnym uczestnikiem, raczej przysłuchiwał się dyskusjom i zawierał przyjaźnie z biskupami z całego świata. “Sobór przeniknął do jego ciała i krwi. Znał na pamięć dokumenty. Co więcej, wyciągał z nich praktyczne konsekwencje” – wspomina jeden z ówczesnych współpracowników Lucianiego.

    W grudniu 1969 r. został patriarchą Wenecji, a trzy lata później wiceprzewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch. W tym samym 1972 r. jego gościem w Wenecji był papież Paweł VI. W swoim domu przyjmował wszystkich, którzy przychodzili. Troszczył się o los ubogich, podejmując liczne akcje charytatywne. Dużo szumu wywołał jego apel do księży, by sprzedali kościelne kosztowności, aby wesprzeć ośrodek dla upośledzonych. “Mierząc w kategoriach finansowych – pisał – niewiele to wyniesie, ale może będzie to miało jakąś wartość, jeśli pomoże zrozumieć ludziom, że prawdziwymi skarbami Kościoła, jak powiedział św. Wawrzyniec, są biedni i słabi, których trzeba wspierać nie okazjonalną jałmużną, lecz dopomaganiem im w stopniowym osiągnięciu owego standardu życia i owego poziomu kultury, do jakich mają prawo”. Baczną uwagę zwracał na robotników, organizując dla nich duszpasterstwo. W marcu 1973 r. został kardynałem.

    Ludzie, którzy zetknęli się z Lucianim powtarzali, że już sama myśl o nim nastrajała pogodnie, uśmiechali się, ich twarze odprężały się i nabierały łagodnego wyrazu. Mówiono o nim: pobożny, świątobliwy, pokorny, ubogi, człowiek o pozytywnym nastawieniu do świata. Od dziecka wprost “pożerał” książki. Uwielbiał zwłaszcza powieści Charlesa Dickensa. Mówił po niemiecku, francusku, portugalsku i angielsku. Dużo podróżował, nie tylko po Europie; był także w Brazylii i Afryce – jeszcze jako biskup Vittorio Veneto nawiązał partnerstwo z diecezją Kiremba w Burundi. Wśród jego znajomych byli nie tylko katoliccy hierarchowie (m.in. kard. Karol Wojtyła), lecz także niekatolicy (m.in. sekretarz generalny Światowej Rady Kościołów Philip Potter) i niechrześcijanie. Z niepokornym teologiem Hansem Küngiem wymieniał listy i książki.

    Zanim został papieżem najbardziej znany był jako… publicysta. Często ogłaszał artykuły w weneckim “Il Gazettino”. Dla “Messagero di Sant’Antonio” napisał cykl listów do sławnych postaci z przeszłości (króla Dawida, Hipokratesa, św. Teresy z Lisieux, Carla Goldoniego itp.), a także do… postaci literackich (np. do Cyrulika Sewilskiego i do “czterech jegomościów z Klubu Pickwicka”), poruszając aktualne problemy współczesności. Pisał o życiu rodzinnym, związkach zawodowych, narkomanii, przemocy, nauce, sztuce. Teksty te złożyły się na książkę “Ilustrissimi” (po polsku wydano ją jako “Listy do sławnych postaci”).

    “Niebezpieczeństwo”

    Gdy 6 sierpnia 1978 r. zmarł Paweł VI grupa znanych teologów opublikowała ogłoszenie: “Poszukuje się przepełnionego nadzieją, świątobliwego człowieka, który potrafi się śmiać. (…) Podania (…) prosimy kierować do kolegium kardynalskiego w Watykanie”.

    “Trudno będzie znaleźć właściwą osobistość, która mogłaby poradzić sobie z (…) licznymi problemami, stanowiącymi naprawdę ciężkie brzemię – pisał Luciani w przeddzień konklawe do swej siostrzenicy. – Na szczęście mnie nie grozi to niebezpieczeństwo”. Konklawe rozpoczynało się w sobotę, a już na wtorek zamierzał wracać do Wenecji.

    Jednak to właśnie on został wybrany papieżem 26 sierpnia 1978 r., po konklawe trwającym zaledwie jeden dzień. Ostatni raz tak szybko wybrano następcę św. Piotra w 1939 r., gdy został nim Pius XII. Niezwykła jednomyślność kardynałów była tym bardziej zaskakująca, że po raz pierwszy Biskupa Rzymu wybierało konklawe tak liczne: aż 111 kardynałów (spośród 114 uprawnionych) było obecnych w kaplicy Sykstyńskiej. Nie przybyli jedynie trzej chorzy: kard. Valerian Gracias z Indii, kard. John Wright z USA i kard. Bolesław Filipiak z Polski. Kardynałowie pochodzili z kilkudziesięciu państw z wszystkich kontynentów. Spodziewano się więc, że konklawe będzie trwało długo, gdyż dojdzie do konfrontacji kultur i konieczne będą kompromisy. Tymczasem – jak napisali nazajutrz polscy kardynałowie: Karol Wojtyła i Stefan Wyszyński w wydanym w Rzymie komunikacie – “dokonany w ciągu jednego dnia wybór Papieża jest widomym znakiem Opatrzności Bożej. Objawił się w nim «dar jedności w Duchu Świętym», o który Kościół prosi na początku Mszy św.”..

    A oto jak sam Papież wspominał te wydarzenia w swym pierwszym przemówieniu: “Wczoraj rano poszedłem spokojnie do Kaplicy Sykstyńskiej na głosowanie. Nigdy mi do głowy nie przyszło, że stanie się to, co się stało. Jak tylko zbliżyło się w moją stronę niebezpieczeństwo, dwóch siedzących obok mnie kardynałów zaczęło mi szeptać słowa otuchy. Jeden z nich powiedział: «Odwagi! Jeżeli Pan nakłada ciężar, to i da siły do niesienia go». Drugi natomiast: «Nie obawiaj się! Na całym świecie tylu ludzi modli się za nowego papieża». Przyszedł moment: przyjąłem”. Niedługo potem zwierzał się w prywatnym liście: “Nie wiem, jak to się stało, że przyjąłem wybór. Dzień później już tego żałowałem, ale było za późno”.

    Pierwsze chwile nowego Papieża ujawnił kard. Alexandre Renard z Lyonu: “Kiedy Duch Święty przemówił ustami zgromadzonych na konklawe, on po prostu powiedział: tak. Nie zaczął płakać, nie był zmieszany. Powiedział: przyjmuję imiona Jana i Pawła, by kontynuować dzieło moich poprzedników”. “Szukałem tego, który wydawał mi się najlepiej odpowiadać potrzebom dzisiejszego świata” – tłumaczył głosowanie na Lucianiego kard. François Marty z Paryża. Francuscy kardynałowie dostrzegli w patriarsze Wenecji “pokorę, łagodność, ducha nadprzyrodzonego, ale także odwagę”. “Wiemy, że będzie on zarazem stanowczy i otwarty, przyjazny dla wszystkich, ale zwłaszcza – on, syn robotnika – dla biednych i maluczkich” – napisali w oświadczeniu wydanym po konklawe. Kard. George Basil Hume nazwał Jana Pawła I “kandydatem Boga”.

    Jego wybór został powitany z radością także poza kolegium kardynalskim. “Jestem przekonany, że Bóg dał nam we właściwej godzinie papieża, którego powinniśmy mieć” – wyznał na wieść o wyborze swego przyjaciela Dom Helder Camara. Rzecznik prymasa Kościoła anglikańskiego oznajmił: “Celem Kościoła anglikańskiego jest, abyśmy się mogli pewnego dnia zjednoczyć z Kościołem katolickim. Mamy nadzieję, że dzień ten nadejdzie szybko, dzięki wyborowi kardynała Luciani”. Niezadowolony był jedynie krytyk Soboru Watykańskiego II abp Marcel Lefebvre: “Wybrał imię Jana Pawła i jeśli to imię świadczy, że zamierza kontynuować dzieło Jana XXIII i Pawła VI, to wyznaję, że nie jest to dla nas dobry znak”.

    Kard. Luciani nie był uważany za faworyta do sukcesji po Pawle VI. W gronie papabili wymieniał go jedynie pewien hiszpański dziennik i polski tygodnik “Perspektywy”, zaś włoskie gazety – jak sam żartował – umieszczały go “najwyżej na liście C”. “Jakoś ukrył go Pan Jezus i ochronił przed tym całym hałasem i rejwachem prasy włoskiej i światowej, przed tym przetargiem i przelicytowywaniem się poszczególnych dziennikarzy” – komentował na gorąco kard. Wojtyła wychodząc z konklawe.

    Boży meteor

    Bożym meteorem nazwał Jana Pawła I jeden z jego biografów. Po 33 dniach jego pontyfikatu Kościół nie mógł już być taki jak przedtem. Nadał papiestwu nowy styl. Przede wszystkim zrezygnował z koronacji tiarą, zastępując ją Mszą św. inaugurującą pontyfikat, w czasie której, tak jak każdy metropolita (a papież jest metropolitą rzymskiej prowincji kościelnej), włożono mu na ramiona wełniany paliusz. Potrójna papieska korona oznaczała m.in. świecką władzę papieży nad światem. Rezygnując z tiary Jan Paweł I wyrzekł się tym samym jakiejkolwiek innej władzy poza duchową. “Monarcha zmienił się w pasterza” – komentowano.

    Na pierwszą audiencję ogólną przyszedł piechotą. Postanowił zrezygnować z noszenia w sedia gestatoria – tronie-lektyce, którego używali jego poprzednicy. Jednak wkrótce uległ namowom otoczenia i na kolejne audiencje dawał się wnosić, aby mogli go widzieć zgromadzeni wierni.

    Tym, co najbardziej odróżniało Jana Pawła I od swych poprzedników był sposób mówienia. Przemawiał językiem, który ludzie rozumieli. Często improwizował, używając mało teologicznych, za to chwytliwych medialnie sformułowań. Polemizował z twierdzeniem: Ubi Lenin, ibi Jeruzalem. O Bogu powiedział, że jest nie tylko naszym Ojcem, ale także Matką. Duszę porównał do silnika samochodu, a modlitwę do używania mydła. O św. Pawle mówił, że gdyby żył w dzisiejszych czasach, byłby szefem agencji Reutera i starałby się o czas antenowy w telewizji. Słynne były jego rozmowy podczas środowych audiencji ogólnych z chłopcami z watykańskiego chóru, przypominające szkolną katechezę. Cytował Marka Twaina, mówił o Pinokiu…

    W swym programowym orędziu wygłoszonym nazajutrz po wyborze Jan Paweł I przypomniał, że podstawowym obowiązkiem Kościoła jest ewangelizacja, czyli głoszenie orędzia zbawienia. Chciał, aby prowadzili ją “wszyscy synowie Kościoła”. Upatrywał w niej ratunku dla świata spragnionego miłości i prawdy. “Różnica między księdzem parafialnym w Canale a mną polega tylko na liczbie wiernych, ale zadanie jest to samo: przypominanie Chrystusa i jego przesłania” – powiedział kiedyś. W październiku chciał to przesłanie przypominać w Meksyku, przed Bożym Narodzeniem zamierzał udać się do Libanu.

    Jan Chrzciciel?

    Zmarł niespodziewanie 28 września 1978 r. Tak niespodziewanie, że zaczęto tworzyć scenariusze o spisku na życie Papieża, który został otruty, gdyż chciał wprowadzić śmiałe reformy: zezwolić katolikom na antykoncepcję, poprzeć teologię wyzwolenia, przeciąć niejasne powiązania watykańskich finansistów z mafią itp. Jednak nawet ówczesny komunistyczny ambasador PRL w Rzymie Kazimierz Sidor nazwał te teorie “absurdalnymi supozycjami”. To raczej “schorowane serce nie podołało ciężarowi obowiązków wikariusza Chrystusowego”. W podobnym duchu wypowiadał się długoletni rzymski korespondent PAP Zdzisław Morawski: “Nie brak było w Rzymie głosów, że jedną z przyczyn przedwczesnego i niespodziewanego zgonu było stałe napięcie, w jakim żył od chwili wyboru na papieża ów skromny człowiek, czujący, że problemy, którym musi stawić czoła jako najwyższy zwierzchnik Kościoła uniwersalnego, przerastają jego możliwości”. “Gdybym wiedział, że pewnego dnia zostanę papieżem, więcej bym się uczył” – miał powiedzieć Papa Luciani do swej bratanicy.

    Ktoś napisał, że Jan Paweł I miał powołanie Jana Chrzciciela: przygotował drogę papieżowi znad Wisły.

    Paweł Bieliński/Kai/Watykan

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • XIII Niedziela Zwykła – ROK C

    Działać w prawdzie

    Czytałem o takim spotkaniu ewangelizacyjnym, podczas którego prowadzący zapytał słuchaczy:

    – Czy jesteście święci?

    Pytanie wśród zgromadzonych ludzi wywołało zdziwienie, ale ten, który je zadał nie dał za wygrane i ponownie zapytał, tym razem młodego mężczyznę siedzącego w pierwszym rzędzie:

    A ty, czy jesteś święty?

    Co prawda… próbuję nim być, ale czy jestem? – odpowiedział zaskoczony takim pytaniem.

    Wtedy pytający powiedział do swojego rozmówcy:

    – Próbuj wstać!

    I ten od razu z miejsca wstał.

    – Ale ja nie mówiłem: „wstań”, tylko „próbuj wstać”.

    Człowiek ten usiadł i po chwili znowu wstał.

    – Ty przecież wstałeś, a ja powiedziałem ci: próbuj wstać.

    – Jak mam próbować wstać – zapytał zmieszany słuchacz. Albo siedzę, albo wstaję. Nie rozumiem co to znaczy: próbować wstać?

    Na tym przykładzie prowadzący grupę modlitewną pokazał bardzo przekonywująco jaka jest różnica pomiędzy natychmiastowym działaniem a chęcią próbowania. Nie ma czegoś takiego, że ja próbuję być świętym. Albo jestem święty teraz w tym konkretnym czasie, albo nie jestem.

    Słowo Boga skierowane dziś do mnie domaga się właśnie takiego zdecydowanego opowiedzenia się. W Ewangelii znajduje się dwadzieścia siedem opisów, w których występuje słowo: „natychmiast”. A raz jeden występuje słowo „próbować” i to w sytuacji kiedy Pan Jezus mówi do Żydów: „Nie próbujcie sobie wmówić: ‘Abrahama mamy za ojca’.”

    Wymagania Jezusa skierowane do owych trzech ludzi pragnących iść za Nim są radykalne i natychmiastowe, ale oni nie są jeszcze gotowi, aby pójść zaraz, natychmiast. Brak im tego zdecydowanego kroku, uczynienia wszystkiego od razu, co jest ich powołaniem, co dana chwila wymaga od nich.

    W Księdze Apokalipsy wyraźnie jest powiedziane: „Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, pocznę cię wyrzucać z mych ust.” Zaś św. Mateusz zanotował takie słowa Pana Jezusa: „Królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je.”

    Ks. Piotr Pawlukiewicz w książce Bóg dobry aż tak? zwraca uwagę jak ważnym momentem w życiu duchowym każdego chrześcijanina jest chwila postanowienia: „Choć może człowieka, którego powinieneś przeprosić, spotkasz dopiero jutro, może do spowiedzi będziesz mógł pójść za kilka godzin, może tę rzecz, którą musisz oddać, odniesiesz właścicielowi za kilka dni, to tę decyzję możesz podjąć już teraz! I jesteś święty. Natychmiast! Możesz natychmiast stać się święty – w autobusie, w kolejce do kasy, nawet leżąc w łóżku. Każdy człowiek na świecie, gdzie chce i kiedy chce, może natychmiast stać się święty! I to jest najprawdziwsza, niesamowita wolność, którą zyskaliśmy przez to, że Jezus już nas zbawił.”

    Dzisiejsze II Czytanie mówi o takiej wolności ku której „wyswobodził nas Chrystus” i która realizuje się poprzez oddawanie siebie bliźniemu: „miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie”. Ale rozeznanie i wybór tej właściwej, tzn. prawdziwej wolności nie jest łatwy. Dla wielu staje się wręcz labiryntem. Kazimierz Brandys w książce Nierzeczywistości pisze w ten sposób, że „wolność polega na kontrolowaniu i władaniu instynktami, nie zaś na ich zaspakajaniu. Natura we mnie, jeśli jej nie otamuję, powiększy moją zależność i moją niewolę.” Podobne słowa można znaleźć u Artura Górskiego: „wszystko, co daje swobodę, co uwalnia ducha, a nie umacnia zarazem panowania nad sobą, jest zgubne.”

    Ojciec Święty Jan Paweł II stale przypominał, że tylko w przestrzeni prawa moralnego można być człowiekiem prawdziwie wolnym. Jednym z podstawowych źródeł kryzysu współczesnej cywilizacji jest właśnie lekceważenie tej elementarnej prawdy. W orędziu pokojowym na rok 1981 pisał: „Nie ma prawdziwej wolności w społeczeństwie permisywnym, które myli wolność z zezwalaniem na jakikolwiek wybór, i które głosi w imię wolności pewien rodzaj powszechnej amoralności. Pogląd, że człowiek jest wolny w organizowaniu swego życia bez odwoływania się do wartości moralnych, i że nie jest zadaniem społeczeństwa zapewnienie ochrony i rozwoju wartości etycznych, jest wypaczeniem wolności.”

    Zaś młodzieży zgromadzonej w Rzymie tłumaczył, że „być wolnym to znaczy spełniać owoce prawdy, działać w prawdzie. Być wolnym to znaczy umieć siebie poddać, podporządkować prawdzie – a nie: podporządkować prawdę sobie, swoim zachciankom, interesom, koniunkturom. Być wolnym to – wedle programu Chrystusa i Jego królestwa – nie użycie, ale trud. Trud wolności.

    Kto szuka wolności łatwej, znajdzie tylko taką, która jest niczym innym, jak tylko przystosowaniem się do wielorakiego przymusu: do przymusu zmysłów i instynktów, do przymusu sytuacji, do przymusu wywieranego przez środki przekazu, do przyjmowania obiegowych schematów myślenia, wartościowania, postępowania, w których zagłusza się podstawowe pytanie o to, czy postępowanie takie jest dobre czy złe, godne czy niegodne.”

    To, że człowiek musi walczyć sam z sobą i ze swą pożądliwością, by zachować prawdziwą wolność, wcale nie przemawia przeciwko podarowanej mu wolności; przecież nawet sam Chrystus musiał stoczyć wewnętrzną walkę w trakcie kuszenia. Jezusowa wolność polega właśnie na ciągłym czynieniu woli Ojca. I idąc tym śladem człowiek prawdziwie wyzwala siebie. Na tej drodze zaczyna widzieć cały sens wolności, którą jest miłość.

    Raz jeszcze zacytuję słowa papieża, tym razem z sierpnia 1983 roku: „Staliśmy się uczestnikami wolności samego Chrystusa, wolności w dawaniu siebie samych… Ten, kto wybrał oddawanie siebie Bogu i bliźnim, już teraz żyje życiem wiecznym.”

    W tym moim zdecydowaniu odnawianym każdego dnia trzeba mi być bardzo przezornym, bo jest jeszcze ktoś, kto zawsze zwodzi człowieka i mówi właściwie całkiem rozsądnie, może się nawet wydawać, że życzliwie. Słyszę ten szept, abym sobie dał spokój, abym w końcu był realistą: „Ty chcesz być święty, z twoimi grzechami, z twoimi słabościami? Bądź zwykłym, normalnym i przyzwoitym człowiekiem. Najwyżej, jak już chcesz, możesz próbować się poprawić, ale też nie od razu”… I jeżeli dam się zwieść tej podstępnej taktyce tym samym wchodzę na niebezpieczny teren, na którym rezygnuję z walki i nie podejmuję już decyzji zdecydowanej i gwałtownej. Pozostaje mi wtedy tylko bałamutne pocieszanie samego siebie – faktycznie zacznę dopiero od jutra, od przyszłego miesiąca…

    Błagam Cię więc Panie o siłę i odwagę, abym zawsze podejmował natychmiastową walkę, bo Tobie zaufałem, który wciąż dotykasz mnie cudem swego miłosierdzia.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa – ROK C

    Być świadkiem

    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa Kościół przeżywa każdego roku w swojej Liturgii podczas Wielkiego Tygodnia – w Wielki Czwartek. Tego dnia Pan Jezus ustanowienił dwa sakramenty: Eucharystię i kapłaństwo. Ale wtedy, w przeddzień Męki i Śmierci Pana Jezusa trudno jest o nastrój radosny i uroczysty. Dlatego po okresie Pięćdziesiątnicy Kościół adoruje i czci publicznie Hostię konsekrowaną – prawdziwe Ciało i Krew Pańską.

    Wtedy rozlega się poprzez wioski i miasta potężny śpiew Twoja cześć, chwała, nasz wieczny Panie! Wszędzie jest tłum. Wszędzie jest zieleń. Są kwiaty, bo Pan idzie z nieba, pod przymiotami ukryty chleba. Zagrody nasze widzieć przychodzi i jak się dzieciom Jego powodzi. Każdy wychowany na polskiej ziemi nie może nie mieć swoich ciepłych wspomnień związanych z procesją Bożego Ciała. Kto wie, czy pamięć z dziecinnych lat nie obudziła nostalgii polskich komunistów, bo święto Bożego Ciała jakoś się ostało w tym szalejącym i destrukcyjnym zawirowaniu, które likwidowało wszystko, co z religią było związane?

    O tym święcie ks. Janusz Pasierb napisał w swojej książce pt. Czas otwarty, że „to jest bardzo piękne święto, złote i zielone. Zrodziła je zarówno teologia, jak i poezja. Największy myśliciel średniowiecza układał o nim wiersze i hymny. U nas nabrało barokowego kształtu i takie chyba pozostało, ale to nie jest źle: daj Boże innym, bardziej zarozumiałym epokom tyle ludzkiego ciepła i pogodnej mądrości…”

    Pierwsza w naszej Ojczyźnie udokumentowana procesja Bożego Ciała odbyła się w Krakowie w roku 1420. Zaś monstrancja, która była wynalazkiem północnych miast hanzeatyckich, pojawiła się po raz pierwszy w Gdańsku. W tej uroczystości chodziło przede wszystkim o to, aby przybliżyć Tajemnicę Eucharystii naszej codzienności. Później, kiedy w Europie zbierała swoje żniwo nieszczęsna Reformacja odrzucając we wszystkich odmianach protestantyzmu rzeczywistą obecność Chrystusa pod postacią konsekrowanego chleba, było potrzebne, aby uroczystością Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej i związaną z nią procesją Eucharystyczną zamanifestować tę prawdę.

    Odrzucanie prawdziwej obecności Chrystusa bardzo było widoczne podczas ostatniej wojny w Szkocji, gdzie dominują wyznawcy prezbiteriańscy wywodzący się od Johna Knoxa.   Duchowieństwo szkockie, obawiając się negatywnych reakcji prezbiterian, nie chciało się zgodzić, aby Polacy urządzali procesję Bożego Ciała. Bowiem publiczne katolickie manifestacje religijne w Szkocji były zakazane. Po dziś dzień ekstremalna odmiana szkockich kalwinów Mszę św. nazywa bluźnierstwem.

    Katolików w Szkocji jest bardzo mało, a nasi rodacy porozrzucani na rozległych połaciach żyją już coraz częściej pojedynczo i tęsknią za procesjami Bożego Ciała. Bo trudno być świadkiem Chrystusa w pojedynkę. Człowiek odczuwa wtedy lęk i boi się otoczenia. Siłą Kościoła jest niewątpliwie moc Ducha Świętego, ale jest nią też poczucie jedności, którą sprawia Bóg. Dlatego na Ostatniej Wieczerzy Pan Jezus zgromadził uczniów i nakazał im jednoczyć się na łamaniu Chleba aż do ostatniego wieczoru świata.

    Ci, którzy są świadomi na czym polega życie prawdziwe znają taktykę szatana. On, aby pokonać człowieka wyprowadza go najpierw na bezdroża duchowej samotności. Ksiądz Pawlukiewicz pisze, że „można żyć w tłumie, ale swoją wiarę przeżywać samotnie. Sam ze swoimi poglądami w pracy, sam ze swoją postawą w środowisku . A wtedy zaczyna się człowiekowi wydawać, że już tylko on jeden pozostał takim dziwakiem przejmującym się Bogiem i Jego przykazaniami. To dlatego tak wielu ludziom zależy, by nasza wiara była jedynie naszą prywatną sprawą i ograniczała się tylko do intymnego wymiaru serca. A jak wiele może uczynić choćby najmniejsza wspólnota”.

    Na przyjęciu gospodarz, tak jak zwykle bywa przy takich okazjach, namawiał wszystkich do picia alkoholu. Pewna pani, która złożyła przyrzeczenie abstynencji, miała już swoje doświadczenie w odmawianiu. Wszyscy dziwili się, że tylko ona i jeszcze jeden pan wytrwali do końca w swoim postanowieniu. Po przyjęciu, przy pożegnaniu niepijący mężczyzna podszedł do tej pani i powiedział:

    –       Chcę pani bardzo podziękować.

    –       Pan mi dziękuje? Ale za co?

    –       Widzi pani, ja jestem nałogowym alkoholikiem. Dla mnie nawet jeden kieliszek może być początkiem końca. Znam siebie i wiem, że tak wewnętrznie, duchowo nie jestem mocny. Gdyby nie pani, pewnie dziś bym się skusił i wypił. Pani mi bardzo  pomogła. Nie byłem sam i zwyciężyłem.

    Jak trudno być wiernym, być mocnym w pojedynkę, będąc zupełnie osamotnionym w środowisku, które zupełnie nie bierze w rachubę Pana Boga. Dlatego Kościół wypełniając polecenie Pana, gromadzi ludzi wokół Eucharystii. I to dzięki Eucharystii zgromadzeni stają się wspólnotą, parafią.

    Ksiądz Aleksander Federowicz, proboszcz z Lasek, w rozmowie z księżmi na temat parafii tak powiedział: „Parafia, czy Kościół w swojej istocie – to jest Słowo Boże, Eucharystia i wypływająca z tych źródeł miłość wzajemna”. Jego ulubionym powiedzeniem były słowa: „Msza święta się kończy, Msza święta się zaczyna”. Bo rzeczywiście, po liturgii Mszy świętej zaczyna się msza życia. I ona trwa dalej. Ksiądz Piotr Pawlukiewicz tak obrazuje ten ciąg dalszy Mszy świętej: „Gdy ktoś w szpitalu przyjmie Komunię świętą, to jego łóżko staje się jak eucharystyczny ołtarz, na którym cierpienie chorego jednoczy się z ofiarą Chrystusa. Msza święta trwa dalej. Słowa prefacji W górę serca! rozbrzmiewają tam, gdzie wobec człowieka załamanego, pogrążonego w smutku ktoś wypowiada słowa: Nie martw się, ja ci pomogę. Msza święta trwa dalej, gdy ludzie mówiąc: Przepraszam, nie gniewaj się, podają sobie ręce i przekazują znak pokoju. Msza święta trwa dalej, gdy udzielamy sobie jednoczącej komunii dobroci i uśmiechu. Eucharystia bez tych codziennych owoców byłaby niepełna. Ona przecież rodzi Kościół, a Kościół jest tam, gdzie ludzie wierzący w Chrystusa żyją na co dzień miłością. Msza święta jest jak uderzenie serca, które rozprowadza tę nadprzyrodzoną krew Bożej miłości po całym organizmie Kościoła.”

    Pamiętamy z naszych rodzinnych parafii jak w Boże Ciało uroczyście niósł kapłan Boga w procesji drogą, którą co dnia chodziliśmy do szkoły czy do pracy. Jak łatwo było wtedy uklęknąć i śpiewać wspólnie eucharystyczne pieśni – bo był tłum, bo było nas wielu. A teraz kiedy jesteśmy tu na Wyspach Brytyjskich, gdzie z każdym rokiem przybywa tubylców, którzy nie uznają Boga – czy mam odwagę, tu w tym środowisku, wyznać moją wiarę, którą otrzymałem na chrzcie świętym?

    Panie Jezu, proszę Cię, daj mi tę łaskę, aby miał odwagę uklęknąć przed Twoim Najświętszym Ciałem. Bo wtedy łatwiej będzie mi rozpoznać Ciebie także w moich bliźnich, których postawiłeś na mojej drodze.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Matka Boża i Święci w Roku Liturgicznym

    CZERWIEC 2022

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    30 czerwca

    Święci Pierwsi Męczennicy
    Świętego Kościoła Rzymskiego

    Zobacz także:
      •  Święty Władysław, król
      •  Błogosławiony Rajmund Lull, męczennik
      •  Błogosławiony January Maria Sarnelli, prezbiter
    ***
    Ostatnia modlitwa pierwszych chrześcijan

    Ze wszystkich miast, najwięcej męczenników poniosło śmierć i pochowano w Rzymie. Przez pierwszych 300 lat chrześcijaństwa to tu powstawały dekrety prześladowcze i tu je skwapliwie wykonywano. Kościoły i kaplice Rzymu kryją w swoim cieniu setki ich relikwii. Samych papieży, którzy za wiarę oddali swoje życie, jest około trzydziestu.
    Pierwsze prześladowanie, rozpętane przez cesarza Nerona w latach 64-67, było dużym zaskoczeniem – i nie ma żadnego rejestru osób, które oddały wtedy życie za Chrystusa. Liczba tych męczenników była ogromna, oblicza się ją na kilka tysięcy. Wyrafinowanymi mękami i torturami Neron chciał zrzucić na chrześcijan winę za podpalenie Rzymu, którego się dopuścił, aby na jego zgliszczach wystawić nowe, piękniejsze miasto. Przez masowe egzekucje chciał odwrócić od siebie całą nienawiść ludu rzymskiego. Dla oddania – tym po większej części bezimiennym – bohaterom wiary należnej czci w nowym kalendarzu liturgicznym zostało ustanowione w roku 1969 wspomnienie świętych Pierwszych Męczenników Kościoła Rzymskiego. Nawiązuje ono do uroczystości wczorajszej, kiedy to ofiarą tego właśnie prześladowania stali się książęta apostolscy, św. Piotr i św. Paweł. Najwybitniejszy historyk rzymski, Tacyt (+ 120), który uważał chrześcijan za sektę i jawnie okazywał wobec nich swoją niechęć i pogardę, pisał tak:”Zdarzyło się potem (rok 64) nieszczęście – nie wiadomo, czy z przypadku, czy przez złośliwość cezara (Nerona), bo obydwie wersje podają pisarze – ale cięższe i okropniejsze od wszystkich, jakie temu miastu gwałtowność pożarów wyrządziła. Ogień powstał w tej części cyrku, która przylegała do palatyńskiego i celijskiego wzgórza (…). I nikt nie śmiał pożarowi zapobiec wobec częstych pogróżek wielu, którzy gasić zabraniali, i ponieważ inni jawnie ciskali głownie, i głośno wołali, że są do tego upoważnieni – czy też chcąc swobodniej uprawiać grabież, czy też istotnie taki mieli rozkaz (…). Te zabiegi (zrzucenia ze siebie winy) chybiały celu, ponieważ rozeszła się pogłoska, że właśnie w chwili, gdy miasto stało w płomieniach, Neron wstąpił na scenę domowego teatru i opiewał zagładę Troi (…). Atoli ani pod wpływem zabiegów ludzkich, ani darowizn cezara (…) nie ustępowała hańbiąca pogłoska, lecz wierzono, że pożar był nakazany.
    Aby ją usunąć, podstawił Neron winowajców, najbardziej wyszukanymi kaźniami tych (…), których gmin chrześcijanami nazywał. Początek tej nazwie dał Chrystus, który za panowania Tyberiusza był na śmierć skazany przez prokuratora, Poncjusza Piłata; a przytłumiony na razie zabobon zgubny znowu wybuchnął nie tylko w Judei, gdzie się to zło wylęgło, lecz także w stolicy (…).
    Schwytano więc najpierw tych, którzy tę wiarę publicznie wyznawali (…). A śmierci im przydano urągowisko, że okryci skórami dzikich zwierząt ginęli rozszarpywani przez psy albo przybici do krzyżów. Gdy zabrakło dnia, płonęli, służąc za nocne pochodnie” (…).Tacyt pisze także, że aresztowanych było “ogromne mnóstwo”, tak że “budziła się ku nim litość, jako że nie dla pożytku państwa, lecz dla zadośćuczynienia okrucieństwu jednego człowieka byli traceni” (Roczniki, XV, s. 38-45).Kościół pochyla się dzisiaj nad tymi, którzy w jego początkach, podczas prześladowań rzymskich, złożyli za wiarę ofiarę z życia.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________

    Pierwsi chrześcijanie ginęli w Koloseum? Prawda jest inna

    Kto z tysięcy ludzi spacerujących po placu św. Piotra pamięta, że chodzi po miejscu okrutnej zbrodni? To w Watykanie ginęło pierwsze pokolenie rzymskich chrześcijan. Tu był cyrk Nerona

    Styczniowe przedpołudnie. Plac przed bazyliką watykańską świeci pustkami. Pod stojącym w centrum obeliskiem zbiera się grupa młodzieży. Robią kolejne selfie. Nagle nawoływania milkną, a młodzi z zaskoczeniem wpatrują się w wyślizgane butami pielgrzymów kostki brukowe, popularnie nazywane sanpietrini. Przewodnik pyta, czy mają świadomość, że stoją w miejscu przesiąkniętym krwią pierwszych chrześcijan. Na twarzach widać oszołomienie. Ktoś nieśmiało mówi, że przecież ginęli w Koloseum. Prawda – ginęli i tam, ale później, już po śmierci Nerona.

    Gdzie ginęli pierwsi chrześcijanie? 

    Pierwszym miejscem ich kaźni był wybudowany przez Nerona stadion, zwany też cyrkiem Kaliguli – od imienia cesarza, który w 40 roku rozpoczął jego budowę. Cofnijmy się o dwa tysiące lat, do słów rzymskiego kronikarza Tacyta:

    A śmierci ich przydano to urągowisko, że okryci skórami dzikich zwierząt ginęli rozszarpywani przez psy albo przybici do krzyżów, albo przeznaczeni na pastwę płomieni; gdy zabrakło dnia, palili się, służąc za nocne pochodnie. Na to widowisko ofiarował Neron swój park i wydał igrzyska w cyrku, gdzie w przebraniu woźnicy z tłumem się mieszał lub na wozie stawał.

    Ktoś przywołuje sceny zapamiętane z sienkiewiczowskich opisów „Qvo vadis?” i umiejscawia je na terenie dzisiejszego Watykanu…

    Ogrody Nerona

    Trzeba wymazać sobie sprzed oczu współczesną infrastrukturę. Całe życie polityczne i administracyjne toczyło się wtedy po drugiej stronie Tybru. Tu była część rekreacyjna zwana horti Neronis, czyli ogrodami Nerona, a ich znaczny obszar zajmował właśnie ogromny cyrk. Jego położenie odpowiada lewej połowie obecnego placu św. Piotra i bazyliki watykańskiej i rozciąga się daleko jeszcze poza kolumnadę.

    Cyrki były znaczącym elementem życia publicznego. Słynne zawołanie „chleba i igrzysk” wyznaczało ważny obszar społecznych oczekiwań i kolejni władcy się z tym liczyli, a szczególnie Neron, słynący ze swej próżności. Ogromna budowla, na arenie której mogło rywalizować ze sobą kilka rydwanów, była centrum zabawy i rozrywki do 64 r. Wówczas miasto strawił pożar. O jego sprowokowanie posądzono Nerona, który przy blasku płonącego miasta chciał śpiewać o zagładzie Troi.

    Żywe pochodnie 

    Gniew ludu narastał. By go załagodzić, nie wystarczało rozdawanie pogorzelcom wina, oliwy, zboża i otwieranie dla nich podwojów cesarskich willi. Wśród rzymian rosło pragnienie zemsty. By odwrócić od siebie uwagę, cesarz postanowił zrzucić odpowiedzialność na chrześcijan. Odwołał się przy tym do bliskiego każdemu rzymskiemu obywatelowi „prawa odpłaty”: podpalili miasto, więc sami zostaną spaleni.

    Co więcej, z polowania na chrześcijan postanowił urządzić widowisko. W cyrku zaczęły płonąć żywe pochodnie, wygłodniałe zwierzęta rozszarpywały kobiety i dzieci, wznoszono kolejne krzyże, do których przybijano wyznawców nowej nauki.

    W arenę wsiąkała krew pierwszych chrześcijan. Wtedy też Rzym usłyszał pierwszy raz publicznie śpiewaną pieśń „Christus regnat!”, zobaczył ludzi ze spokojem idących na śmierć i w obliczu męczeństwa przebaczających swym oprawcom.

    Pierwsi męczennicy 

    Milczącym świadkiem tych wydarzeń jest stojący pośrodku placu egipski obelisk. Pierwotnie stanowił on centrum cyrku, a w obecnym miejscu został ustawiony w 1586 r., gdy wznoszono nową bazylikę. O tym, że był dla chrześcijan ważnym punktem odniesienia świadczą źródła. Wspominają one o męczennikach, którzy zginęli iuxta obeliscum, czyli w pobliżu obelisku. Szlakiem korzeni pamięci idziemy dalej. Tuż za strzeżoną przez gwardzistów szwajcarskich Bramą Dzwonów wchodzimy na Dziedziniec Pierwszych Męczenników.

    Obok niewielki cmentarz, a na nim mozaika przedstawiająca św. Piotra wśród chrześcijan na arenie cyrku. Nie mamy jednoznacznych źródeł historycznych mówiących o tym, gdzie dokładnie ukrzyżowano św. Piotra. Co więcej, dopiero w 1950 r. Pius XII ogłosił przez radio historyczną wiadomość: „Odnaleziono grób Księcia Apostołów!”. Wcześniej wiedzę na ten temat opierano na tradycji.

    Jedno jest pewne – gdy cesarz Konstantyn podejmował dzieło budowy bazyliki, musiał mieć całkowitą pewność, że staje ona w najwłaściwszym miejscu z punktu widzenia związków z osobą Szymona Piotra. W przeciwnym wypadku nie podjąłby się tak szaleńczego planu, jakim było zniwelowanie wzgórza watykańskiego. Prace własnoręcznie zaczął cesarz Konstantyn. Sam napełnił i wyniósł na własnych plecach dwanaście koszy z ziemią. Następnie położył kamień węgielny, który poświęcił papież Sylwester. Był rok 324.

    Watykańska nekropolia

    Pewność historyczna o miejscu pochówku Apostoła przyszła po wiekach. Prace wykopaliskowe pod bazyliką podjęto w 1939 r. na skutek przypadkowego odkrycia. Pius XI wyraził przed śmiercią pragnienie, by pochowano go ad caput Sancti Petri, czyli u głowy św. Piotra. W tym celu postanowiono naruszyć posadzkę w grotach watykańskich i w rezultacie oczom robotników ukazały się posadzka pierwszej bazyliki i wiele grobów chrześcijańskich. Stopniowo odkrywano kolejne części obszernej nekropolii, która z czasem powstała na terenie cyrku Nerona i wyszła daleko poza jego obszar.

    W końcu odkryto prosty grób, a nad nim malutką kapliczkę wspartą na dwóch kolumienkach. To świadczyło o tym, iż w tym ubogim grobie leżał ktoś szczególnie czczony. Jedna z badaczek odnalazła wyryte na okalającym grób czerwonym murze dwa greckie słowa: Petr(os) eni, Piotr jest tu.

    Dziś watykańską nekropolię można zwiedzać z przewodnikiem. Nad grobach widać mozaikę ukazującą Chrystusa wschodzące Słońce na rydwanie czy łaciński napis: „Piotr wstawia się u Jezusa Chrystusa za chrześcijanami pochowanymi przy jego szczątkach”. Gdy dochodzimy do czerwonego muru okalającego grób Piotra Apostoła, przewodniczka proponuje chwilę modlitwy. Ciszę przerywa szeptane przez nas Credo. Ze wzruszenia słowa więzną w gardle. To miejsce nie tylko spoczynku „Opoki, na której Jezus zbudował swój Kościół”, ale też męczeńskiej śmierci pierwszego pokolenia rzymskich chrześcijan.

    Beata Zajączkowska/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    29 czerwca

    Święci Apostołowie Piotr i Paweł

    Święci Piotr i Paweł - książęta Kościoła

    Kościół umieszcza w jednym dniu uroczystość św. Pawła wraz ze św. Piotrem nie dlatego, aby równał go w prymacie z pierwszym zastępcą Chrystusa. Chodzi jedynie o podkreślenie, że obaj Apostołowie byli współzałożycielami gminy chrześcijańskiej w Rzymie, obaj w tym mieście oddali dla Chrystusa życie swoje oraz że w Rzymie są ich relikwie i sanktuaria. Najwięcej jednak zaważyła na połączeniu pamiątki obu Apostołów w jednym dniu opinia, dzisiaj uznawana za mylną, że obaj Apostołowie ponieśli śmierć męczeńską tego samego dnia. Już w roku 258 obchodzono święto obu Apostołów razem dnia 29 czerwca, tak na Zachodzie, jak też i na Wschodzie, co wskazywałoby na powszechne przekonanie, że był to dzień śmierci obu Apostołów. Taki bowiem był bardzo dawny zwyczaj, że święta liturgiczne obchodzono w dniu śmierci męczenników, a potem także (od w. IV) – wyznawców. Inna ze współczesnych teorii mówi, że 29 czerwca miało miejsce przeniesienie relikwii obu Apostołów do katakumb Kaliksta podczas prześladowań za cesarza Waleriana w celu schowania ich i uchronienia przed zniszczeniem.

    Święty Piotr Apostoł

    Właściwe imię Piotra to Szymon (Symeon). Pan Jezus zmienił mu imię na Piotr przy pierwszym spotkaniu, gdyż miało ono symbolizować jego przyszłe powołanie. Pochodził z Betsaidy, miejscowości położonej nad Jeziorem Genezaret (Galilejskim). Był bratem św. Andrzeja, Apostoła, który Szymona przyprowadził do Pana Jezusa niedługo po chrzcie w rzece Jordan, jaki Chrystus Pan otrzymał z rąk Jana Chrzciciela (Mt 10, 2; J 1, 41). To, że Chrystus Pan zetknął się z Andrzejem i Szymonem w pobliżu rzeki Jordan, wskazywałoby, że obaj bracia byli uczniami św. Jana (J 1, 40-42). Ojcem Szymona Piotra był Jona (lub Jan), rybak galilejski. Kiedy Chrystus Pan włączył Piotra do grona swoich uczniów, ten nie od razu przystał do Pana Jezusa, ale nadal trudnił się pracą rybaka. Dopiero po cudownym połowie ryb definitywnie został przy Chrystusie w charakterze Jego ucznia wraz ze swoim bratem, Andrzejem (por. Łk 5, 1-11).
    Kiedy Piotr przystąpił do grona uczniów Pana Jezusa, był już człowiekiem żonatym i mieszkał w Kafarnaum u teściowej, którą Pan Jezus uzdrowił (Mk 1, 29-31; Łk 4, 38-39). Tradycja wczesnochrześcijańska wydaje się potwierdzać, że miał dzieci, gdyż wymienia jako jego córkę św. Petronelę. Nie jest to jednak pewne.

    .Święty Piotr Apostoł

    Jezus bardzo wyraźnie wyróżniał Piotra wśród Apostołów. Piotr był świadkiem – wraz z Janem i Jakubem – wskrzeszenia córki Jaira (Mt 9, 23-26; Mk 5, 35-43; Łk 8, 49-56), przemienienia na górze Tabor (Mt 17, 1-13; Mk 9, 2-13; Łk 9, 28-36) i modlitwy w Getsemani (Mt 26, 37-46; Mk 14, 33-42; Łk 22, 41-46). Kiedy Jezus zapytał Apostołów, za kogo uważają Go ludzie, otrzymał na to różne odpowiedzi. Kiedy zaś rzucił im pytanie: “A wy za kogo Mnie uważacie?” – usłyszał z ust Piotra wyznanie: “Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Za to otrzymał w nagrodę obietnicę prymatu nad Kościołem Chrystusa: “Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr (czyli skała), i na tej skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie” (Mt 16, 18-19).
    Można byłoby wymienić jeszcze inne historie związane z Piotrem. Jezus ratuje Piotra, kiedy tonął w Jeziorze Galilejskim (Mt 14, 28-31). Piotr płaci podatek za Jezusa i za siebie monetą, wydobytą z pyszczka ryby (Mt 17, 24-27); od Piotra Pan Jezus zaczyna mycie nóg Apostołom przy Ostatniej Wieczerzy (J 13, 6-11). Przed pojmaniem Mistrza Piotr zapewnia Go o swojej dla Niego wierności (Mt 26, 33). W Getsemani występuje w obronie Jezusa i ucina ucho słudze arcykapłana, Malchusowi (Mt 26, 51-54; Mk 14, 47; Łk 22, 49-50; J 18, 10-11). On jeden, wraz z Janem, idzie za Chrystusem aż na podwórze arcykapłana. Jednak tu, rozpoznany, trzykrotnie wyrzeka się ze strachu Jezusa, dwukrotnie potwierdzając to zaparcie się Chrystusa przysięgą. Kiedy zapiał kogut, przypomniał sobie przepowiednię Mistrza i gorzko zapłakał (Mt 26, 69-75; Mk 14, 66-72; Łk 22, 54-62; J 18, 15-27).

    Święty Piotr otrzymuje klucze Królestwa

    Przed odejściem do nieba Pan Jezus zlecił Piotrowi najwyższą władzę pasterzowania nad Jego Apostołami i pozostałymi wiernymi wyznawcami (J 21, 15-19). Apostołowie od początku podjęli te słowa i uznali w Piotrze pierwszego spośród siebie. We wszystkich wykazach apostolskich Piotr jest zawsze stawiany na pierwszym miejscu (Mt 10, 2; Mk 3, 16; Łk 6, 14; Dz 1, 13). Pisma Nowego Testamentu wymieniają go 150 razy. Piotr proponuje Apostołom przyłączenie do ich grona jeszcze jednego w miejsce Judasza (Dz 1, 15-26). Piotr pierwszy przemawia do tłumu w dzień Zesłania Ducha Świętego i pozyskuje sporą liczbę pierwszych wyznawców (Dz 2, 14-36). Uzdrawia chromego od urodzenia i nawraca kilka tysięcy ludzi (Dz 3, 1-26). Zakłada pierwszą gminę chrześcijańską w Jerozolimie i sprawuje nad nią władzę sądowniczą (Dz 5, 1-11). To jego Chrystus poucza w tajemniczym widzeniu, że ma także przyjmować pogan i nakazuje mu udać się do domu oficera rzymskiego, Korneliusza (Dz 10, 1-48). Na Soborze apostolskim Piotr jako pierwszy przemawia i decyduje, że należy iść także do pogan, a od nawróconych z pogaństwa nie należy żądać wypełniania nakazów judaizmu, obowiązujących Żydów (Dz 15, 1-12). W myśl zasady postawionej przez Pana Jezusa: “Uderzę pasterza, a rozproszą się owce stada” (Mt 26, 31) – właśnie Piotr stał się głównym przedmiotem nienawiści i pierwszym obiektem prześladowań. Został nawet pojmany i miał być wydany przez króla Heroda Agryppę I Żydom na stracenie. Jednak anioł Pański wybawił go cudownie od niechybnej śmierci (Dz 12, 1-17).
    Niebawem po uwolnieniu Piotr udał się do Antiochii, gdzie założył swoją stolicę (Ga 2, 11-14). Stamtąd podążył do Małej Azji i Koryntu (2 P 1, 1), aby wreszcie osiąść na stałe w Rzymie. Tu także poniósł śmierć męczeńską za panowania cesarza Nerona ok. 64 roku, umierając na krzyżu, jak mu to zapowiedział Chrystus (J 21, 18-19). O pobycie Piotra w Rzymie i jego śmierci piszą między innymi: św. Klemens Rzymski (+ ok. 97), List do Koryntian, 5; św. Ignacy z Antiochii (+ ok. 117), List do Rzymian 4, 3; św. Dionizy z Koryntu (+ 160); św. Ireneusz (+ 202); Euzebiusz – Historia Kościoła 2, 25, 8; św. Kajus Rzymski (+ 296) i wielu innych.

    Święty Piotr Apostoł

    Św. Piotr zostawił dwa listy, które należą do ksiąg Pisma świętego Nowego Testamentu. Dyktował je swojemu uczniowi Sylwanowi (1 P 5, 12). Wyróżniają się one niezwykłą plastyką i ekspresją. Jako zwierzchnik Kościoła Piotr ma odwagę przestrzec wiernych przed zbyt dowolnym tłumaczeniem pism Pawła Apostoła (2 P 3, 14-16). Pierwszy list Piotr pisał ok. 63 r., przed prześladowaniem wznieconym przez Nerona. Pisał go z Rzymu. Drugi list, pisany również z Rzymu, prawdopodobnie został zredagowany w więzieniu, gdyż Piotr pisze o swojej rychłej śmierci. Tak więc list powstał w 64 lub 67 roku (2 P 1, 14).
    O wielkiej popularności św. Piotra świadczą liczne apokryfy. Na pierwszym miejscu należy do nich Ewangelia Piotra, której fragment udało się przypadkowo odnaleźć w roku 1887 w Achmin w Górnym Egipcie. Mogła powstać już w latach 120-130 po Chrystusie. Kerygma Piotra – to rodzaj homilii. Powstała ona również ok. roku 130 i ma zabarwienie gnostyckie. Apokalipsa św. Piotra należała kiedyś do najbardziej znanych apokryfów. Pochodzi ona również z początków chrześcijaństwa, odnaleziona została w roku 1887 wraz z Ewangelią Piotra. Zawiera opis sądu i losu dusz po śmierci. Wreszcie apokryf już znacznie późniejszy, z V w., Dzieje Piotra i Pawła. Autor tak niepodzielnie łączy losy obu Apostołów, że oznacza datę ich śmierci nie tylko w jednym roku, ale nawet w jednym dniu. Nadto według autora obydwaj Apostołowie zostali pochowani w jednym miejscu. Wyznaczoną przez autora tego apokryfu datę śmierci przyjęło Martyrologium Rzymskie.

    Śmierć św. Piotra Apostoła

    Św. Piotr poniósł śmierć męczeńską według podania na wzgórzu watykańskim. Miał być ukrzyżowany według świadectwa Orygenesa głową w dół na własną prośbę, gdyż czuł się niegodnym umierać na krzyżu jak Chrystus. Cesarz Konstantyn Wielki wystawił ku czci św. Piotra nad jego grobem bazylikę. Obecna bazylika Św. Piotra w Rzymie pochodzi z wieku XVI-XVII, zbudowana została w latach 1506-1629. Teren wokół bazyliki należy do Państwa Watykańskiego, istniejącego w obecnym kształcie od roku 1929 jako pozostałość dawnego państwa papieży. Liczy ono 0,44 km2 powierzchni i zamieszkuje je ok. 1000 ludzi. Bazylika wystawiona na grobie św. Piotra jest symbolem całego Kościoła Chrystusa. Rocznie nawiedza ją kilkanaście milionów pielgrzymów i turystów z całego świata. W czasie prac archeologicznych przeprowadzonych w podziemiach bazyliki św. Piotra w latach 1940-1949 znaleziono pod konfesją (pod głównym ołtarzem bazyliki) grób św. Piotra.
    Oprócz tej najsłynniejszej świątyni, wystawionej ku czci św. Piotra Apostoła, w samym Rzymie istnieją ponadto: kościół św. Piotra na Górze Złotej (Montorio), czyli na Janikulum, zbudowany na miejscu, gdzie Apostoł miał ponieść śmierć męczeńską; kościół św. Piotra w Okowach, wystawiony na miejscu, gdzie św. Piotr miał być więziony; kościół świętych Piotra i Pawła; kościółek “Quo vadis” przy Via Appia, wystawiony na miejscu, gdzie Chrystus według podania miał zatrzymać Piotra, usiłującego opuścić Rzym.Św. Piotr, pierwszy papież, jest patronem m. in. diecezji w Rzymie, Berlinie, Lozannie; miast: Awinionu, Biecza, Duszników Zdroju, Frankfurtu nad Menem, Genewy, Hamburga, Nantes, Poznania, Rygi, Rzymu, Trzebnicy; a także blacharzy, budowniczych mostów, kowali, kamieniarzy, marynarzy, rybaków, zegarmistrzów. Wzywany jako orędownik podczas epilepsji, gorączki, febry, ukąszenia przez węże.W ikonografii św. Piotr ukazywany jest w stroju apostoła, jako biskup lub papież w pontyfikalnych szatach. Od IV w. (medalion z brązu – Watykan, mozaika w S. Clemente) ustalił się typ ikonograficzny św. Piotra – szerokie rysy twarzy, łysina lub lok nad czołem, krótka, gęsta broda. Od XII wieku przedstawiany jest jako siedzący na tronie. Atrybutami Księcia Apostołów są: anioł, kajdany, dwa klucze symbolizujące klucze Królestwa Bożego, kogut, odwrócony krzyż, księga, łódź, zwój, pastorał, ryba, sieci, skała – stanowiące aluzje do wydarzeń w jego życiu, tiara w rękach.

    Święty Paweł Apostoł

    Paweł pochodził z Tarsu w Cylicji – Mała Azja (Dz 21, 39; 22, 3). Urodził się jako obywatel rzymski, co dawało mu pewne wyróżnienie i przywileje. W naglących wypadkach umiał z tego korzystać (Dz 16, 35-40; 25, 11). Nie wiemy, jaką drogą Paweł to obywatelstwo otrzymał: być może, że całe miasto rodzinne cieszyło się tym przywilejem; możliwe, że rodzina Apostoła nabyła lub po prostu kupiła sobie ten przywilej, bowiem i tą drogą także można było otrzymać obywatelstwo rzymskie w owych czasach (Dz 22, 28).
    Szaweł urodził się w Tarsie ok. 8 roku po narodzeniu Chrystusa (niektórzy badacze podają czas między 5 a 10 rokiem). Jego rodzina chlubiła się, że pochodziła z rodu Beniamina, co także i Paweł podkreślał z dumą (Rz 11, 1). Dlatego otrzymał imię Szaweł (spolszczona wersja hebrajskiego Saul) od pierwszego i jedynego króla Izraela z tego rodu (panował w wieku XI przed Chrystusem). Rodzina Szawła należała do faryzeuszów – najgorliwszych patriotów i wykonawców prawa mojżeszowego (Dz 23, 6). Uczył się rzemiosła – tkania płótna namiotowego. Po ukończeniu miejscowych szkół – a trzeba przyznać, że Paweł zdradza duże oczytanie (por. Tt 1, 12) – w wieku ok. 20 lat udał się Apostoł do Palestyny, aby w Jerozolimie “u stóp Gamaliela” pogłębiać swoją wiedzę skrypturystyczną i rabinistyczną (Dz 22, 3). Nie znał Jezusa. Wiedział jednak o chrześcijanach i szczerze ich nienawidził, uważając ich za odstępców i odszczepieńców. Dlatego z całą satysfakcją asystował przy męczeńskiej śmierci św. Szczepana (Dz 7, 58). Nie mając jednak pełnych lat 30, nie mógł wykonywać wyroku śmierci na diakonie. Pilnował więc szat oprawców i zapewne pilnie ich zachęcał, aby dokonali egzekucji (Dz 7, 58-60).

    Nawrócenie pod Damaszkiem

    Kiedy tylko Szaweł doszedł do wymaganej pełnoletności, udał się do najwyższych kapłanów i Sanhedrynu, aby otrzymać listy polecające do Damaszku. Dowiedział się bowiem, że uciekła tam spora liczba chrześcijan, chroniąc się przed prześladowaniem, jakie wybuchło w Jerozolimie (Dz 9, 1-3). Gdy Szaweł był blisko murów Damaszku, spotkał go Chrystus, powalił na ziemię, oślepił i w jednej chwili objawił mu, że jest w błędzie; że nauka, którą on tak zaciekle zwalczał, jest prawdziwą; że chrześcijaństwo jest wypełnieniem obietnic Starego Przymierza; że Chrystus nie jest bynajmniej zwodzicielem, ale właśnie tak długo oczekiwanym i zapowiadanym Mesjaszem. Było to w ok. 35 roku po narodzeniu Chrystusa, a więc drugim po Jego śmierci.
    Po swoim nawróceniu Szaweł został ochrzczony przez Ananiasza, któremu Chrystus polecił to w widzeniu (Dz 9, 10-18). Po chrzcie Szaweł rozpoczął nową erę życia: głoszenia Chrystusa. Najpierw udał się na pustkowie, gdzie przebywał prawdopodobnie kilka miesięcy. Tam Chrystus bezpośrednio wtajemniczył go w swoją naukę (Ga 1, 11-12). Paweł przestudiował i przeanalizował na nowo Stare Przymierze. Następnie, po powrocie do Damaszku, przez 3 lata nawracał jego mieszkańców. Zawiedzeni Żydzi postanowili zemścić się na renegacie i czyhali na jego zgubę. Zażądali więc od króla Damaszku Aretasa, by wydał im Szawła. Szaweł jednak uciekł w koszu spuszczonym z okna pewnej kamienicy przylegającej do muru miasta. Udał się następnie do Jerozolimy i przedstawił się Apostołom. Powitano go ze zrozumiałą rezerwą. Tylko dzięki interwencji Barnaby, który wśród Apostołów zażywał wielkiej powagi, udało się przychylnie nastawić Apostołów do Pawła. Ponieważ jednak także w Jerozolimie przygotowywano na Apostoła zasadzki, musiał chronić się ucieczką do rodzinnego Tarsu.

    Święty Paweł Apostoł

    Stamtąd wyprowadził Pawła na szerokie pola Barnaba. Razem udali się do Antiochii, gdzie chrześcijaństwo zapuściło już korzenie. Tamtejszej gminie nadali niezwykły rozwój przez to, że kiedy wzgardzili nimi Żydzi, oni udali się do pogan. Ci z radością przyjmowali Ewangelię tym chętniej, że Paweł i Barnaba zwalniali ich od obrzezania i prawa żydowskiego, a żądali jedynie wiary w Chrystusa i odpowiednich obyczajów. Zostali jednak oskarżeni przed Apostołami, że wprowadzają nowatorstwo. Doszło do konfliktu, gdyż obie strony i tendencje miały licznych zwolenników. Zachodziła obawa, że Apostołowie w Jerozolimie przychylą się raczej do zdania konserwatystów. Sami przecież pochodzili z narodu żydowskiego i skrupulatnie zachowywali prawo mojżeszowe.
    Na soborze apostolskim jednakże (49-50 r.) miał miejsce przełom. Apostołowie, dzięki stanowczej interwencji św. Piotra, orzekli, że należy pozyskiwać dla Chrystusa także pogan, że na nawróconych z pogaństwa nie należy nakładać ciężarów prawa mojżeszowego (Dz 15, 6-12). Było to wielkie zwycięstwo Pawła i Barnaby. Od tej pory Paweł rozpoczyna swoje cztery wielkie podróże. Wśród niesłychanych przeszkód tak natury fizycznej, jak i moralnej, prześladowany i męczony, przemierza obszary Syrii, Małej Azji, Grecji, Macedonii, Italii i prawdopodobnie Hiszpanii, zakładając wszędzie gminy chrześcijańskie i wyznaczając w nich swoich zastępców. Oblicza się, że w swoich czterech podróżach, wówczas tak bardzo wyczerpujących i niebezpiecznych, Paweł pokonał ok. 10 tys. km dróg morskich i lądowych. Pierwsza wyprawa miała miejsce w latach 44-49: Cypr-Galacja, razem z Barnabą i Markiem; druga – w latach 50-53: Filippi-Tesaloniki-Berea-Achaia-Korynt, razem z Tymoteuszem i Sylasem; trzecia – w latach 53-58: Efez-Macedonia-Korynt-Jerozolima.
    Aresztowany został w Jerozolimie w 60 r. Kiedy namiestnik zamierzał wydać Pawła Żydom, ten odwołał się do cesarza. Przebywał jednak w więzieniu w Cezarei Palestyńskiej ponad dwa lata, głosząc i tam Chrystusa. W drodze do Rzymu statek wiozący więźniów rozbił się u wybrzeży Malty. Na wyspie Paweł spędził trzy zimowe miesiące, w czasie których nawrócił mieszkańców. W Rzymie także jakiś czas spędził jako więzień, aż dla braku dowodów winy (Żydzi z Jerozolimy się nie stawili) został wypuszczony na wolność. Ze swojego więzienia w Rzymie Paweł wysłał szereg listów do poszczególnych gmin i osób. Po wypuszczeniu na wolność zapewne udał się do Hiszpanii (Rz 15, 24-25), a stamtąd powrócił do Achai. Nie wiemy, gdzie został ponownie aresztowany. Jednak sam fakt, że go tak pilnie poszukiwano, wskazuje, jak wielką powagą się cieszył.

    Święty Paweł Apostoł

    Ok. 67 (lub 66) roku Paweł poniósł śmierć męczeńską. Według bardzo starożytnego podania św. Paweł miał ponieść śmierć od miecza (jako obywatel rzymski). Nie jest znany dzień jego śmierci, za to dobrze zachowano w pamięci miejsce jego męczeństwa: Aquae Silviae za Bramą Ostyjską w Rzymie. Ciało Męczennika złożono najpierw w posiadłości św. Lucyny przy drodze Ostyjskiej. W roku 284 za czasów prześladowania, wznieconego przez cesarza Waleriana, przeniesiono relikwie Apostoła do katakumb, zwanych dzisiaj katakumbami św. Sebastiana przy drodze Apijskiej. Być może na krótki czas spoczęły tu także relikwie św. Piotra. Po edykcie cesarza Konstantyna Wielkiego (313) ciało św. Piotra przeniesiono do Watykanu, a ciało św. Pawła na miejsce jego męczeństwa, gdzie cesarz wystawił ku jego czci bazylikę pod wezwaniem św. Pawła.
    Z pism apokryficznych o św. Pawle można wymienić: Nauczanie Pawła o zabarwieniu gnostyckim. Dzieje Pawła w przekładzie koptyjskim odnalazł i opublikował C. Schmidt w roku 1905. Autor opisuje w nim wydarzenie znane z Dziejów Apostolskich, dołącza na pół fantastyczne dzieje św. Tekli oraz apokryficzną korespondencję św. Pawła z Koryntianami, wreszcie opis męczeństwa Apostoła. Według Tertuliana dzieje te napisał pewien kapłan z Małej Azji około roku 160-170. Autor za podszywanie się pod imię Apostoła został kanonicznie ukarany. Apokalipsa św. Pawła to opis podróży Pawła pod przewodnictwem anioła w zaświaty. Opisuje spotkanie w niebie z osobami, znanymi z Pisma świętego Starego i Nowego Przymierza, oraz w piekle – z osobami przewrotnymi. Dzieło to odnalazł Konstantyn Tischendorf w roku 1843 na Górze Synaj w tamtejszym klasztorze prawosławnym. Wreszcie dużą wrzawę wywołał kiedyś spór o Korespondencję św. Pawła z Seneką. Nawet św. Hieronim i św. Augustyn błędnie opowiedzieli się za autentycznością tego dzieła.

    Święty Paweł Apostoł

    Paweł jest autorem 13 listów do gmin chrześcijańskich, włączonych do ksiąg Nowego Testamentu. Jest patronem licznych zakonów, Awinionu, Berlina, Biecza, Frankfurtu nad Menem, Poznania, Rygi, Rzymu, Saragossy oraz marynarzy, powroźników, tkaczy.W czasie pontyfikatu papieża Benedykta XVI Kościół obchodził Rok św. Pawła w związku z jubileuszem 2000 lat od narodzin Apostoła Narodów (2008-2009).W ikonografii przedstawiany jest w długiej tunice i płaszczu. Jego atrybutami są: baranek, koń, kość słoniowa, miecz.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________________

    UROCZYSTOŚĆ ŚWIĘTYCH PIOTRA I PAWŁA

    El Greco, “Święci Piotr i Paweł” (XVI wiek)fot.Tygodnik NIEDZIELA

    ***

    PRZEMIANA DOKONUJĄCA SIĘ BOŻĄ MOCĄ: SZYMON PIOTREM A SZAWEŁ PAWŁEM

    Tutaj w Szkocji uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła jest w tym roku przeniesiona na niedzielę. Dlatego dziś czcimy tych szczególnych świętych obdarzonych tak różnymi i wspaniałymi darami samego Boga. Są budowniczymi jednego Chrystusowego Kościoła. Kiedy wypowiadamy ich imiona – wypowiadamy je jednym tchem. Mówimy: Piotr i od razu dodajemy: Paweł. Dlaczego? Byli przecież tak różnymi od siebie ludźmi. Piotr zajmował się łowieniem ryb. Za namową swego brata Andrzeja poszedł spotkać Mesjasza.  Usłyszał wtedy słowa: „Pójdź za Mną”. I poszedł z miejsca, od razu.

    Spotkanie zaś Pawła z Panem Jezusem było zupełnie inne. Był uczonym teologiem, pobierał nauki u mądrego rabina Gamaliela, gorliwy wyznawca judaizmu, zagorzały prześladowca chrześcijan aż do momentu kiedy usłyszał tajemne słowa u bram miasta zwanego Damaszkiem: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?”

    Ale nie tylko łączy ich zmiana imion – Szymon stał się Piotrem, Szaweł  – Pawłem. Jest jeszcze coś co bardzo ich połączyło – przeżycie własnej słabości.

    Piotrowi potrzeba było długiego czasu, aby stał się zapowiedzianą przez Pana skałą. Był spontaniczny, wybuchowy, gotowy składać obietnice i przysięgi. Ale potrafił też przyjmować nawet bardzo mocne słowa od Pana Jezusa, jak chociażby te: „Zejdź mi z oczu szatanie!” – bo nie wyobrażał sobie życia bez swojego Mistrza. A jednak stał się  zaprzańcem i to potrójnym, ale właśnie to gorzkie doświadczenie nauczyło go, co to jest człowiecza słabość i jak koniecznie potrzebna jest Boża moc. Dlatego z takim przekonaniem napisał w swoim pierwszym Liście: „Czuwajcie i módlcie się, bo przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć… sprzeciwiajcie mu się, mocni w wierze” – w wierze Jezusa Chrystusa.  Nie można ufać sobie. Nie można nigdy być pewnym siebie.

    Z kolei Szaweł zaufał swojemu rozumowi, bo miał umysł głęboki i wnikliwy – a jednak zawiodła go jego własna inteligencja.. I tak obaj zrozumieli, Piotr i Paweł, że tylko na Bogu trzeba się oprzeć – nie na sobie. Dlatego są jak dwaj bracia syjamscy, jak dwa potężne filary, które potrafiły mocno i zdecydowanie dźwigać Jezusowy Kościół.

    Carlo Carretto w książce „Bóg, który nadchodzi” pisze, że „wiarygodność nie jest cechą ludzi, a jedynie Boga. Cechą ludzi jest słabość i – co najwyżej – wola czynienia dobra z pomocą łaski płynącej z niewidzialnych żył widzialnego Kościoła.

    Maritain robi rozróżnienie pomiędzy osobami, z których składa się Kościół, tzw. „personel Kościoła”, i zespołem ludzi zwanych Kościołem. Kościół bowiem, w odróżnieniu od wszystkich innych ludzkich wspólnot, „otrzymał od Boga osobowość nadnaturalną, świętą, niepokalaną, czystą, doskonałą, nieomylną, umiłowaną jako Oblubienica Chrystusa i godną tego, abym ja Ją umiłował jak najlepszą matkę”.

    To jest właśnie  tajemnica Chrystusowego Kościoła, że ma moc dawania świętości, choć składa się z samych grzeszników, z ludzi słabych. Czyż nie czuję na sobie dotyku nieustannej pokusy, która próbuje doprowadzić do utraty wiary? Ileż może zrodzić się pokus, aby być w Kościele urządzonym na sposób tego świata, który chce jedynie imponować swoją mocą i potęgą? A to znaczy, że należy odsunąć i wyeliminować wszystkich, którzy są słabi i nieudolni i którzy już się skompromitowali. To jest pokusa: zorganizować i urządzić wszystko rozsądnie. A tu – jak napisał ks. Pasierb – „ukrzyżowany jako przestępca Założyciel i pierwszy papież, który wyparł się pod przysięgą, że nie ma z Nim nic wspólnego”.

    Jakie to szczęście dla mnie człowieka słabego, że Pan Jezus wciąż mnie zaprasza na swoją Eucharystię, bo On jeden wie jak bardzo potrzebuję wciąż umacniać się Jego Słowem i Jego Ciałem.  

    Panie Jezu, daj mi tę łaskę zrozumienia, abym widział gdzie jest siła i gdzie jest słabość Kościoła. Abym zrozumiał słowa św. Pawła : „Ilekroć niedomagam – tylekroć jestem mocny”.

    ks. Marian SAC

    *************

    Św. Piotr i Paweł. Umarli z miłości do Chrystusa

    1. Uroczyste wspomnienie apostołów Piotra i Pawła zachęca nas, byśmy raz jeszcze udali się z duchową pielgrzymką do jerozolimskiego wieczernika w dniu zmartwychwstania Chrystusa. Drzwi były wówczas «zamknięte z obawy przed Żydami» (J 20, 19). Zgromadzeni w nim apostołowie, już wcześniej głęboko wstrząśnięci męką i śmiercią Mistrza, niepokoili się teraz napływającymi przez cały dzień wiadomościami o pustym grobie. I nagle przez drzwi zamknięte wchodzi Jezus: «Pokój wam! – mówi. – Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam. (…) Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane» (J 20, 21-23).

    Mówi to z mocą, która nie budzi wątpliwości. Apostołowie wierzą Mu, ponieważ Go rozpoznają: jest to ten sam Jezus, którego znali; ten sam, którego słuchali; ten sam, który trzy dni wcześniej został ukrzyżowany na Golgocie i pogrzebany nie opodal. Ten sam – żywy. Aby zapewnić ich o swojej tożsamości, pokazuje im rany w rękach, nogach i boku. Właśnie Jego rany są zasadniczym pokryciem dla tego, co im w tej chwili powiedział, i dla misji, którą im powierzył.

    Uczniowie doświadczają zatem w pełni tożsamości swojego Mistrza, a zarazem rozumieją, skąd się bierze Jego władza odpuszczania grzechów: tylko Bóg może odpuszczać grzechy. Kiedyś Jezus powiedział do paralityka: «odpuszczają ci się twoje grzechy» i na oczach oburzonych faryzeuszów uzdrowił go, aby dać znak swojej mocy (por. Łk 5, 17-26). Teraz przychodzi znów do apostołów po dokonaniu największego cudu – zmartwychwstania, w którym władza odpuszczania grzechów zapisana jest w sposób szczególnie wymowny. Tak, to prawda! Tylko Bóg może grzechy odpuszczać, ale Bóg zechciał dokonać tego dzieła przez swego ukrzyżowanego i zmartwychwstałego Syna, aby każdy człowiek, któremu grzechy zostają odpuszczone, miał pełną świadomość, że oto przechodzi ze śmierci do żywota.

    2. Czytany dziś fragment Ewangelii każe nam cofnąć się jeszcze o kilka lat w życiu Chrystusa, aby zastanowić się nad wysoce znamiennymi słowami, jakie padły w pobliżu Cezarei Filipowej, gdy zapytał On uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? (…) A wy za kogo Mnie uważacie?» (Mt 16, 13-15). W imieniu wszystkich odpowiedział Piotr: «Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego» (Mt 16, 16). W ślad za tym wyznaniem wiary padają znane słowa Jezusa, które miały na zawsze wyznaczyć przyszłość Piotra i Kościoła: «Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie» (Mt 16, 17-19).

    Władza kluczy. Apostoł staje się klucznikiem największego skarbu: skarbu odkupienia. Ten skarb wykracza daleko poza wymiary doczesne. Jest to skarb życia Bożego, życia wiecznego. Został on powierzony ostatecznie Piotrowi i apostołom po zmartwychwstaniu: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane» (J 20, 22-23). Klucznik ma władzę i obowiązek zamykania i otwierania. Jezus upoważnia Piotra i apostołów, by rozdzielali łaskę odpuszczenia grzechów i by ostatecznie otworzyli Królestwo Boże. Po Jego śmierci i zmartwychwstaniu zrozumieli oni do końca, jakie zadanie zostało im powierzone, i z taką świadomością poszli w świat, przynaglani miłością do swojego Mistrza. Poszli wszędzie jako Jego wysłannicy (por. 2 Kor 5, 14. 20), ponieważ ich udziałem stał się czas Królestwa.

    3. Dzisiaj Kościół, a w szczególności Kościół w Rzymie, czci pamięć świętych Piotra i Pawła. Rzym to serce katolickiej wspólnoty rozsianej po świecie; Rzym to miasto, które zrządzeniem Opatrzności stało się miejscem ostatecznego świadectwa, jakie ci dwaj apostołowie dali o Chrystusie.

    O Roma felix! W twojej wielowiekowej historii dzień ich męczeństwa to z pewnością dzień najważniejszy. Przez świadectwo Piotra i Pawła, którzy umarli z miłości do Chrystusa, Boże zamysły wpisały się w bogate dziedzictwo twoich dziejów. Tych Bożych zamierzeń Kościół nie przestaje głosić całej ludzkości, zbliżając się do granicy trzeciego millennium – tertio millennio adveniente.

    4. Zgodnie z wymowną tradycją w tym tak uroczystym dniu gromadzą się w Rzymie arcybiskupi metropolici mianowani w ciągu minionego roku. Przybywają z różnych części świata, aby otrzymać od Następcy Piotra święty paliusz – znak komunii z nim i z Kościołem powszechnym.

    Witam was z wielką radością, czcigodni bracia w biskupstwie, i pozdrawiam w Panu! Każdemu z was serdecznie dziękuję za obecność, która w szczególny sposób wyraża trzy istotne cechy Kościoła, a mianowicie że jest on jeden, katolicki i apostolski; jego świętość zaś zostaje ukazana w pełnym świetle przez świadectwo «filarów Kościoła» – Piotra i Pawła.

    Sprawując z wami Eucharystię, modlę się zwłaszcza za wspólnoty kościelne powierzone waszej pasterskiej opiece: wzywam Ducha Świętego, aby obficie obdarzył je swoimi darami i przeprowadził je, pełne wiary, nadziei i miłości, przez próg trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa.

    5. Źródłem szczególnej radości i ufności jest udział w dzisiejszej uroczystości czcigodnych braci z Kościoła prawosławnego, delegatów Ekumenicznego Patriarchy Konstantynopola. Z całego serca dziękuję im za ten kolejny znak czci dla świętych apostołów Piotra i Pawła, a zarazem przypominam sobie ze wzruszeniem, że trzy lata temu w tym uroczystym dniu Jego Świątobliwość Bartłomiej I zechciał spotkać się ze mną w Rzymie: razem wyznaliśmy z radością naszą wiarę przy grobie Piotra i udzieliliśmy wiernym błogosławieństwa.

    Te znaki wzajemnej duchowej bliskości mają wymowę opatrznościową, zwłaszcza w obecnym okresie bezpośredniego przygotowania do Wielkiego Jubileuszu Roku 2000: wszyscy chrześcijanie, a w szczególny sposób pasterze są wezwani, aby przez gesty braterskiej miłości, nie naruszające wymogów prawdy, okazywali ewangeliczną troskę o pełną jedność, a tym samym ją umacniali, zgodnie z wolą jedynego Pana – Jezusa. Wiara mówi nam, że postęp procesu ekumenicznego jest całkowicie w ręku Boga, ale wymaga też gorliwego współdziałania ludzi. Dziś powierzamy tę sprawę wstawiennictwu świętych Piotra i Pawła, którzy przelali krew za Kościół.

    6. Jerozolima i Rzym, dwa bieguny życia Piotra i Pawła. Dwa bieguny Kościoła, na które wskazuje dzisiejsza liturgia: od wieczernika jerozolimskiego do «wieczernika» w Bazylice Watykańskiej. Świadectwo Piotra i Pawła rozpoczęło się w Jerozolimie i dopełniło w Rzymie. Tak zrządziła Opatrzność Boża, która uchroniła ich od wcześniejszych śmiertelnych niebezpieczeństw, ale dopuściła, aby zakończyli swój bieg w Rzymie (por. 2 Tm 4, 7) i tutaj otrzymali koronę męczeństwa.

    Jerozolima i Rzym to także dwa bieguny Wielkiego Jubileuszu Roku 2000, ku któremu zmierzamy w duchu głębokiej wiary, umocnionej także przez dzisiejszą uroczystość. Niech świadectwo świętych apostołów uświadomi całemu Ludowi Bożemu prawdziwy sens tego wydarzenia, które ma z pewnością wymiar historyczny, ale przekracza historię i przemienia ją duchową energią Królestwa Bożego.

    opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    28 czerwca

    Święty Ireneusz, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Paweł I, papież
    ***
    Święty Ireneusz z Lyonu

    Ireneusz urodził się w Smyrnie (dzisiejszy Izmir w Turcji) około 130 r. (chociaż podawane są też daty między 115 a 125 rokiem albo między rokiem 130 a 142). Był uczniem tamtejszego biskupa, św. Polikarpa – ucznia św. Jana Apostoła. W swoim dziele Przeciw herezjom Ireneusz pisze, że gdy był uczniem św. Polikarpa, ten był już starcem. Apostołował w Galii (teren dzisiejszej Francji). Stamtąd w 177 r. został wysłany przez chrześcijan do papieża Eleuteriusza z misją. Kiedy Ireneusz był w drodze do Rzymu, w mieście nastało krwawe prześladowanie, którego ofiarą padli św. Potyn, biskup Lyonu, i jego 47 towarzyszy. Kiedy Ireneusz powrócił do Lyonu (łac. Lugdunum), został powołany na biskupa tegoż miasta po św. Potynie. Jako wybitny teolog zwalczał w swoich pismach gnostyków, wykazując, że tylko Kościół przechował wiernie tradycję otrzymaną od Apostołów.
    Nie wiemy nic o działalności duszpasterskiej Ireneusza. Pozostawił jednak dzieło, które stanowi prawdziwy jego pomnik i wydaje najwymowniejsze świadectwo o wiedzy teologicznej autora, jak też o żarliwości apostolskiej o czystość wiary. Ireneusz używał greki. W swoim dziele Przeciw herezjom (które zachowało się w jednej z łacińskich kopii) przedstawił wszystkie błędy, jakie nękały pierwotne chrześcijaństwo. Jest to więc niezmiernie ważny dokument. Zbija on błędy i daje wykład autentycznej wiary. Zawiera nie tylko indeks herezji, ale także sumę tradycji apostolskiej i pierwszych Ojców Kościoła. Drugie dzieło, Dowód prawdziwości nauki apostolskiej, zachowało się w przekładzie na język ormiański. Ireneuszowi zawdzięczamy pojęcie Tradycji i sukcesji apostolskiej, a także spis papieży od św. Piotra do Eleuteriusza. Euzebiusz z Cezarei (pisarz i historyk Kościoła żyjący na przełomie III i IV w.) nie podaje, jaką śmiercią pożegnał życie doczesne w 202 r. Ireneusz, ale wyraźnie o jego męczeńskiej śmierci w czasach prześladowań Septymiusza Sewera piszą św. Hieronim (w. V) i św. Grzegorz z Tours (w. VI). Pochowany został w Lyonie, w kościele św. Jana, który później otrzymał jego imię. Relikwie zostały zniszczone przez hugenotów w 1562 r.

    .Święty Ireneusz z Lyonu

    Kościół w Lyonie oddaje cześć św. Ireneuszowi jako doktorowi Kościoła i swemu głównemu patronowi. Dopiero jednak papież Benedykt XV w roku 1922 doroczną pamiątkę św. Ireneusza rozszerzył na cały Kościół.W ikonografii jest przedstawiany w stroju biskupa rytu rzymskiego z mitrą i pastorałem.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________________

    W TYM ROKU PRZYPADA 145 ROCZNICA OBJAWIEŃ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY W GIETRZWAŁDZIE

    Gietrzwałd stał się sławny dzięki Objawieniom Matki Bożej, które miały miejsce dziewiętnaście lat po Objawieniach w Lourdes i trwały od 27 czerwca do 16 września 1877 roku. Głównymi wizjonerkami były: trzynastoletnia Justyna Szafryńska i dwunastoletnia Barbara Samulowska. Obie pochodziły z niezamożnych polskich rodzin. Matka Boża przemówiła do nich po polsku, co podkreślił ks. Franciszek Hipler, “w języku takim, jakim mówią w Polsce”. 

     

    Matka Boża objawiła się pierwszy raz Justynie, kiedy powracała z matką z  egzaminu przed przystąpieniem do  I Komunii świętej. Następnego dnia “Jasną Panią” w postaci siedzącej na tronie z Dzieciątkiem Jezus pośród Aniołów nad klonem przed kościołem w czasie odmawiania różańca zobaczyła też Barbara Samulowska. Na zapytanie dziewczynek: Kto Ty Jesteś? Odpowiedziała: “Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta!” Na pytanie: Czego żądasz Matko Boża? Padła odpowiedź: “Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec!”.

    Dalej między wieloma pytaniami o zdrowie i zbawienie różnych osób, dzieci przedłożyły i takie: “Czy Kościół w Królestwie Polskim będzie oswobodzony”? “Czy osierocone parafie na południowej Warmii wkrótce otrzymają kapłanów?” – W odpowiedzi usłyszały: “Tak, jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów !” Aktualność tych pytań  potwierdzały prześladowania Kościoła katolickiego w Królestwie Polskim po powstaniu styczniowym przez carat i ograniczaniu jego wpływów w zaborze pruskim w okresie Kulturkampfu. Odpowiedzi Matki Bożej przyniosły wtedy pocieszenie Polakom. Faktycznie one się wypełniły. Stąd Polacy ze wszystkich dzielnic tak gromadnie nawiedzali Gietrzwałd. Przez to władze pruskie  od razu w sposób zdecydowanie negatywny odniosły się do objawień. Miejscowa administracja, prasa niemiecka i częściowo duchowieństwo, uznały je za manifestację polityczną, za polską demonstrację narodową, za oszustwo i zabobon, rzekomo niebezpieczny dla państwa, postępu i pokoju społecznego. W stosunku do pielgrzymów polskich, do kapłanów Polaków, przede wszystkim do miejscowego proboszcza ks. Augustyna Weichsla, wymierzono różne kary: z osadzaniem w więzieniu, nakładaniem grzywien i zawieszaniem w możliwościach wypełniania posługi duszpasterskiej.

    Wydarzeniami gietrzwałdzkimi interesował się ówczesny biskup warmiński Filip Krementz. Najpierw zażądał szczegółowego sprawozdania proboszcza, a potem wydelegował do Gietrzwałdu kanoników Kapituły Katedralnej, aby uczestniczyli w nabożeństwach różańcowych, obserwowali stan i zachowanie wizjonerek w trakcie objawień i sporządzili protokoły ich zeznań oraz zgromadzili obserwacje pielgrzymów i duchownych.

    Doniesienia delegatów biskupich potwierdziły, że w objawieniach nie może być mowy o oszustwie i kłamstwie, a dziewczęta zachowują się normalnie. W ich sposobie zachowania nie ma żadnej bigoterii ani chęci zysku bądź chęci zdobycia uznania. Wyróżniały się, jak napisano, skromnością, szczerością i prostotą.

    Pierwszą wzmiankę o objawieniach gietrzwałdzkich podał pelpliński “Pielgrzym”. Było 10 lipca 1877 roku. W krótkiej notatce przyrównywano je do tego, co zdarzyło się rok wcześniej w Marpingen. Autorem tego tekstu mógł być sam redaktor pisma Stanisław Roman, który w następnym roku wsparł  Andrzeja Samulowskiego w założeniu księgarni. Potem ukazywały się dłuższe publikacje.

    Ksiądz Arcybiskup Edmund Piszcz napisał w 1977 roku w “Studiach Warmińskich”, że “Pielgrzym dobrze i uczciwie spełnił swe zadania wobec czytelników Prus Zachodnich, wobec wiernych diecezji chełmińskiej (…) Skłaniał się w tych opisach do poglądów, iż to, co stało się w letnich miesiącach 1877 roku w Gietrzwałdzie, było faktem i prawdą”.

    Wpływ objawień na Warmii był ogromny. Nastąpiło przede wszystkim odrodzenie życia obyczajowego i podniesienie świadomości religijnej wiernych. Pięć lat po wydarzeniach, w sprawozdaniu z 27 września 1882 roku ks. Augustyn Weichsel pisał: “nie sama tylko moja parafia, ale też cała okolica stała się pobożniejsza po objawieniach. Dowodzi tego wspólne odmawianie różańca świętego po wszystkich domach, wstąpienie do klasztoru bardzo wielu osób, regularne uczęszczanie do Kościoła (…).

    Dobre skutki objawień rozprzestrzeniły się wszędzie, przeniknęły także do Królestwa Kongresowego i Rosji (…). Wyraźnym skutkiem był zwyczaj codziennego w gromadzie odmawiania różańca. Na południowej Warmii różaniec był odmawiany prawie we wszystkich domach, podobnie też w wielu parafiach diecezji chełmińskiej, poznańskiej i wrocławskiej”. W samej wsi nad rzeką Giłwą parafianie odmawiali w kościele trzy razy dziennie różaniec: rano, w południe i wieczorem. Poza tym miały miejsce liczne nawrócenia i konwersje oraz częste przystępowanie do sakramentów świętych.

    Wielkie zmiany dokonały się w życiu społeczno-politycznym. Objawienia Matki Bożej uznano  jako przebudzenie świadomości narodowej miejscowych Warmiaków i odrodzenie się ich poczucia jedności z Polakami z innych dzielnic. “Skoro Przenajświętsza Panienka przemówiła do dzieci warmińskich po polsku to grzechem jest jeśli ktokolwiek języka ojczystego jako daru Bożego się wyrzeka!” Argumentem tym posługiwali się działacze narodowi z południowej Warmii, kiedy w 1885 roku podejmowano akcję petycyjną i organizowali wiece w sprawie przywrócenia języka polskiego w szkołach ludowych, potem powtarzano wiele razy w “Gazecie Olsztyńskiej” i przed wyborami do parlamentu pruskiego, kiedy zabiegano o głosy dla polskiego kandydata.

    Kult Matki Bożej krzepł i promieniał coraz bardziej. Co roku do Gietrzwałdu 29 czerwca, 15 sierpnia i 8 września przybywały rzesze polskich pielgrzymów ze wszystkich zaborów. Tu zbiegły się ich drogi, tu szukali pokrzepienia. Z różnych stron polskiej Warmii przybywały tradycyjne łosiery. Pielgrzymowali też Niemcy. Napływ pątników skłaniał kolejnych proboszczów, bratanka ks. Augustyna Weichsla, Juliusza, Jana Hanowskiego, Hieronima Nahlenza, Franciszka Klinka do rozbudowy sanktuarium. Jeszcze podczas trwania objawień , 16 września 1877 roku w miejscu, gdzie dzieciom ukazywała się Matka Boża umieszczona została kapliczka z figurą Najświętszej Marii Panny. Została ona wykonana w Monachium.

    Z pobłogosławionego przez Matkę Bożą 8 września 1877 roku wieczorem źródełka pielgrzymi od lat czerpią wodę, którą przynosiła ulgę cierpiącym i liczne uzdrowienia. Sam akt błogosławieństwa został uwieczniony figurą Niepokalanej Dziewicy w altance. Wodę przeprowadzono następnie do kamiennej studzienki. Nad źródełkiem znajdują się trzy marmurowe płaskorzeźby, ukazujące Mojżesza, dotykającego laską skałę, z której wytrysnęła woda i Izraelitów, pijących wodę na pustyni.

    Największe zasługi w upowszechnianiu przesłania Matki Bożej z Gietrzwałdu przypisać trzeba księdzu proboszczowi Augustynowi Weichslowi (1830-1909), który prawie czterdzieści duszpasterzował w Gietrzwałdzie. Wydarzenia gietrzwałdzkie przeżył bardzo głęboko, całą gorliwość kapłańską oddał na usługę pobożnych pątników, starał się wydarzenia pilnie obserwować. Ksiądz Weichsel wywodził się z rodziny niemieckiej, od lat zamieszkałej w Pieniężnie, ale wspierał Polaków w ich przywiązaniu do wiary i języka ojców. W czasie objawień opiekował się wizjonerkami. Skierował je do Domu św. Józefa w Pelplinie. Był kilka razy aresztowany, wytoczono mu procesy sądowe za propagowanie kultu maryjnego.

    Objawieniom gietrzwałdzkim nadał szczególne znaczenie i związał je z sytuacją narodu polskiego błogosławiony kapucyn o. Honorat Kożmiński z Zakroczymia (1829-1916). W swoich wystąpieniach podkreślał, że wydarzenia z 1877 roku są dowodem błogosławieństwa i łaski, nadanych Polakom. “Nigdy nie słyszano jeszcze, aby tak długo i tak przystępnie i do tego w sposób tak uroczysty ukazała się Matka Boża”.

    Nie można też pominąć kolejnych proboszczów gietrzwałdzkiego sanktuarium, a więc bratanka ks. Augustyna Weichsla, Juliusza, który w latach 1909-1912 tu duszpasterzował, następnie ks. Jan Hanowski w latach 1912-1924, po nim ks. Hieronim Nahlenz do 1935 roku oraz ks. Franciszek Klink, zmarły w 1946 roku. Każdy z nich opiekował się przybywającymi do Gietrzwałdu pielgrzymami i starał się rozbudować sanktuarium.

    11 września 1977 odbyły się, poprzedzone IV Ogólnopolskim Kongresem Mariologicznym, uroczystości 100-lecia objawień Matki Bożej, którym przewodniczył Ks. Karol Kardynał Wojtyła, metropolita krakowski. W tym dniu Ks. Biskup Józef Drzazga, biskup warmiński, uroczyście zatwierdził kult objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie.

    24 czerwca 2002 roku papież Jan Paweł II przesłał list z okazji 125 rocznicy objawień Matki Bożej, w duchu pielgrzymując do sanktuarium gietrzwałdzkiego, by dziękować Maryi za Jej obecność i matczyną opiekę.

    Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    _________________________________________________________________________________

    Gietrzwałd. Jedyne w Polsce objawienia maryjne uznane przez Kościół

    Obraz Matki Bożej w Gietrzwałdzie
    fot. PAP

    ***

    Z pobłogosławionego przez Matkę Bożą 8 września 1877 r. źródełka pielgrzymi od lat czerpią wodę, która przynosi ulgę cierpiącym i liczne uzdrowienia.

    Gietrzwałd (niem. Dietrichswalde) został założony przez Warmińską Kapitułę Katedralną. Pierwsze przejawy kultu Najświętszej Maryi Panny w Gietrzwałdzie pojawiają się w drugiej połowie XIV wieku. Związany najpierw był z pietą, a od XVI w. z obrazem Matki Bożej z Dzieciątkiem, umieszczonym w miejscowym kościele. Obraz przedstawia Maryję okrytą ciemnoniebieskim płaszczem, trzymającą na lewym ramieniu Dziecię, ubrane w długą, czerwoną sukienkę. W 1717 r. obraz został ozdobiony srebrnymi koronami. Kult obrazu potwierdzają liczne wota.

    Gietrzwałd zamieszkiwali najpierw potomkowie dawnych Prusów, a potem głównie „Warmiacy”, potomkowie przybyszów z Polski, którzy od XIV wieku zasiedlali ten teren. Sytuacja uległa zmianie dopiero w drugiej połowie XIX stulecia. Germanizacja przebiegała coraz gwałtowniej, od momentu wprowadzenia ustaw uderzających w Kościół katolicki.

    W 1873 r. język polski został zabroniony we wszystkich szkołach warmińskich, a pod wpływem kulturkampfu zaczęto rugować z Warmii niepokornych kapłanów i zgromadzenia religijne, z wyjątkiem tych, które zajmowały się działalnością charytatywną.

    Objawienia maryjne w Gietrzwałdzie

    27 czerwca 1877 r. 13-letnia Justyna Szafryńska wracała z kościoła w Gietrzwałdzie do domu. Przygotowywała się do I Komunii Świętej i właśnie zdała egzamin u proboszcza, ks. Augustyna Weichsela. Gdy na głos dzwonu odmówiła Anioł Pański, na klonie rosnącym koło plebanii zobaczyła niezwykłą jasność, a w niej biało ubraną postać, siedzącą na złocistym tronie, udekorowanym perłami.

    Po chwili zauważyła jasny blask zstępujący z nieba i anioła ze złotymi skrzydłami, w białej szacie. Gdy dziewczynka odmówiła Zdrowaś, Mario, postać podniosła się z tronu i wraz z aniołem uniosła się do nieba. Tak rozpoczęły się objawienia Matki Bożej, które trwały do 16 września.

    Dziewczynka opowiedziała wszystko proboszczowi, który polecił jej następnego dnia przyjść na to samo miejsce. Gdy zadzwoniono na Anioł Pański, drzewo klonu zostało oświetlone. Wokół niego utworzył się złoty krąg, a na jego tle ukazał się tron ze złota, do którego dwaj aniołowie przyprowadzili Najświętszą Dziewicę.

    Gdy usiadła, inni dwaj aniołowie przynieśli Dziecię Jezus w niebiańskim blasku, trzymające w lewym ręku kulę ziemską i posadzili Je na lewym kolanie Matki Bożej. Jeszcze inni dwaj aniołowie unosili błyszczącą koronę nad głową Madonny. Inny znów anioł przyniósł złote berło i trzymał je w prawej ręce nad koroną. Nad wszystkimi pojawił się jeszcze jeden anioł, który wskazywał na wielki krzyż bez wizerunku Chrystusa ukrzyżowanego.

    Czego żądasz, Matko Boża?

    30 czerwca Matka Boża objawiła się sama, bez towarzystwa aniołów. Tego dnia po raz pierwszy miała wizję także 12-letnia Barbara Samulowska, która przyszła wraz z Justyną. Obie dziewczynki pochodziły z ubogich warmiackich rodzin o korzeniach polskich, aczkolwiek niektóre źródła niemieckie twierdzą, że Justyna pochodziła z rodziny niemieckiej. Nie zostało to jednak potwierdzone.

    Podczas widzenia Szafryńska zapytała Najświętszą Pannę: „Czego żądasz, Matko Boża?” i otrzymała odpowiedź: „Życzę sobie, abyście codziennie odmawiali różaniec”. Matka Boża mówiła w zrozumiałej dla widzących miejscowej gwarze, bliskiej językowi polskiemu.

    1 lipca Szafryńska zapytała: „Kto Ty jesteś?” i usłyszała w odpowiedzi: „Jestem Najświętsza Panna Maryja Niepokalanie Poczęta”.

    Warto przypomnieć, że objawienia w Gietrzwałdzie miały miejsce w niecałe 20 lat po objawieniach w Lourdes, gdzie Matka Boża powiedziała Bernadetcie Soubirous: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”, a także niespełna 23 lata po ogłoszeniu przez papieża Piusa IX dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny.

    Gorliwa modlitwa was uratuje

    Od w lipca Szafryńska i Samulowska miały codziennie objawienia w czasie wieczornego nabożeństwa różańcowego. Między wieloma pytaniami o zdrowie i zbawienie różnych osób, dzieci zapytały także: „Czy Kościół w Królestwie Polskim będzie oswobodzony?” oraz czy osierocone – na skutek kulturkamfu – parafie na południowej Warmii wkrótce otrzymają kapłanów?

    W odpowiedzi usłyszały: „Tak, jeśli ludzie gorliwie będą się modlić, wówczas Kościół nie będzie prześladowany, a osierocone parafie otrzymają kapłanów!”.

    Wieść o objawieniach spowodowała napływ do Gietrzwałdu licznych pielgrzymów. Pierwszą wzmiankę o objawieniach podał pelpliński „Pielgrzym” w 1877 r. Podczas trzydniowych obchodów święta Narodzenia Matki Bożej zgromadziło się w Gietrzwałdzie aż 50 tysięcy ludzi.

    Z pobłogosławionego przez Matkę Bożą 8 września 1877 r. źródełka pielgrzymi od lat czerpią wodę, która przynosi ulgę cierpiącym i liczne uzdrowienia. 6 września 1877 r. w miejscu, gdzie dzieciom ukazywała się Matka Boża, umieszczona została kapliczka z figurą Najświętszej Marii Panny. Została ona wykonana w Monachium.

    Odrodzenie polskości

    Objawienia wstrząsnęły Warmią i życiem lokalnej społeczności. Z perspektywy coraz trudniejszego położenia ludności polskiej w państwie pruskim potraktowano je jako ważny znak, symbol obrony zarówno katolików, jak i polskiej społeczności. Polacy ze wszystkich zaborów zaczęli gromadnie nawiedzać Gietrzwałd, aczkolwiek przybywali tu także pielgrzymi narodowości niemieckiej, Kaszubi, Mazurzy, Litwini, itd.

    Choć objawienia te spowodowały odrodzenie polskości, w sensie religijnym miały charakter uniwersalny, owocowały odrodzeniem życia religijnego i podniesieniem świadomości religijnej wiernych oraz ich postaw moralnych.

    Co roku do Gietrzwałdu 29 czerwca, 15 sierpnia i 8 września przybywały rzesze polskich pielgrzymów ze wszystkich zaborów. Pielgrzymowali też Niemcy, Kaszubi, Mazurzy i Litwini. Napływ pątników skłaniał kolejnych proboszczów do rozbudowy sanktuarium.

    Dalsze losy wizjonerek

    Losy obu wizjonerek do pewnego czasu po objawieniach były takie same. Obie zostały siostrami w zakonie szarytek (św. Wincentego a Paulo), najpierw w Chełmnie, a potem w Paryżu. Z Paryża Barbara Samulowska (imię zakonne Stanisława) wyjechała z misją do Gwatemali, gdzie zmarła 6 grudnia 1950 r. w opinii świętości. 2 lutego 2005 r. w bazylice gietrzwałdzkiej, abp Edmund Piszcz, metropolita warmiński, otworzył proces beatyfikacyjny siostry Stanisławy Barbary Samulowskiej.

    Natomiast Justyna Szafryńska w 1897 r. opuściła zakon i powróciła do życia w stanie świeckim. Poślubiła w 1899 r. w Paryżu Raymonda Etienne Bigota. Po 1904 r. ślad o niej zaginął, nie wiadomo, gdzie spędziła resztę życia oraz gdzie jest pochowana.

    Uznanie objawień

    Ówczesny biskup warmiński, Filip Krementz, jeszcze podczas trwania objawień w 1877 r. zwołał specjalną komisję teologów, by gruntownie zbadali sprawę. Komisja przebywała w Gietrzwałdzie już od 20 sierpnia, jeszcze podczas trwania objawień. W liczącym 47 stron sprawozdaniu zajęła stanowisko pozytywne, a dziewczęta określiła jako „bezpretensjonalne, proste, naturalne, dalekie od jakiejkolwiek przebiegłości”.

    Na początku września 1877 r. biskup powołał ponadto komisję składającą się z trzech lekarzy, by zbadali wizjonerki podczas objawień. Lekarze orzekli, że symulacja nie wchodzi w rachubę. W czasie objawień u dziewczynek zaobserwowali zwolnienie tętna, utratę ciepłoty w rękach i ramionach, zastygnięcie twarzy.

    1 września 1977 r. odbyły się uroczystości 100-lecia objawień Matki Bożej, którym przewodniczył kard. Karol Wojtyła, metropolita krakowski. W tym dniu bp Józef Drzazga, biskup warmiński, uroczyście zatwierdził kult objawień Matki Bożej w Gietrzwałdzie. Wydał dekret zatwierdzający objawienia jako wiarygodne, nie sprzeciwiające się wierze i moralności chrześcijańskiej.

    Katolicka Agencja Informacyjna – 27.06.17/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    27 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Nieustającej Pomocy

    Zobacz także:
      •  Święty Cyryl Aleksandryjski, biskup, patriarcha i doktor Kościoła
      •  Święta Emma z Gurk, wdowa
    ***
    Ikona NMP Nieustającej Pomocy

    Tytuł Matki Bożej Nieustającej Pomocy jest na trwałe związany z dostojnym wizerunkiem Maryi, czczonym w Rzymie. Obraz namalowany na desce o wymiarach 54×41,5 cm, pochodzenia bizantyńskiego, przypomina niektóre stare ikony ruskie nazywane Strastnaja. Jego autorstwo jest przypisywane jednemu z najbardziej znanych malarzy prawosławnych wczesnego średniowiecza, mnichowi bazyliańskiemu – S. Lazzaro.
    Kiedy i w jakich okolicznościach obraz powstał, a potem dotarł do Rzymu – nie wiemy. Według niektórych źródeł został namalowany na Krecie w IX w.; inne dane mówią o wieku XII i pochodzeniu z Bizancjum lub z klasztoru na świętej Górze Athos. Według legendy, do Europy obraz został przywieziony przez bogatego kupca. Kiedy podczas podróży statkiem na morzu rozszalał się sztorm, kupiec ten pokazał obraz przerażonym współtowarzyszom. Ich wspólna modlitwa do Matki Bożej ocaliła statek. Po szczęśliwym przybyciu do Wiecznego Miasta ikona została umieszczona w kościele św. Mateusza, obsługiwanym przez augustianów. Z dokumentu z roku 1503 wynika, że w ostatnich latach XV w. wizerunek był już w Wiecznym Mieście czczony i uważany za łaskami słynący. Zwano go Madonna miracolosissima. Gdy w roku 1812 wojska francuskie zniszczyły kościół, mnisi wywędrowali do Irlandii. Po powrocie objęli kościół św. Euzebiusza. Kult cudownego obrazu uległ wówczas pewnemu zaniedbaniu, na co wielu się skarżyło.
    W grudniu 1866 r. Pius IX powierzył obraz redemptorystom, którzy umieścili go w głównym ołtarzu kościoła św. Alfonsa przy via Merulana. Od tego czasu datuje się niebywały rozkwit kultu Matki Bożej Nieustającej Pomocy, propagowanego przez duchowych synów św. Alfonsa Marii Liguoriego. 23 czerwca 1867 r. odbyła się uroczysta koronacja obrazu. W roku 1876 powstało arcybractwo Maryi Nieustającej Pomocy i św. Alfonsa. Równocześnie mnożyły się kopie, które redemptoryści umieszczali w swoich kościołach w wielu krajach, w tym także na ziemiach polskich. Dla propagowania kultu ponad 100 autorów wydało rozmaite opracowania, powstały różnojęzyczne periodyki, poświęcone temu samemu celowi. Ogromne powodzenie miały także małe obrazki z odpowiednimi wezwaniami. Rozchodziły się one w wielomilionowych nakładach. W 1876 r. ustanowiono święto Maryi Nieustającej Pomocy na dzień 26 kwietnia, z czasem przeniesione na 27 czerwca.
    Sam obraz przedstawia cztery postacie: Maryję z Dzieciątkiem oraz świętych Archaniołów Michała (po lewej stronie obrazu) i Gabriela (po stronie prawej). Maryja jest przedstawiona w czerwonej tunice, granatowym płaszczu (zielonym po spodniej stronie) i w niebieskim nakryciu głowy, które przykrywa czoło i włosy. Na środkowej części welonu znajduje się złota gwiazda z ośmioma prostymi promieniami. Głowę Maryi otacza, charakterystyczny dla szkoły kreteńskiej, kolisty nimb. Oblicze Maryi jest lekko pochylone w stronę Dzieciątka Jezus trzymanego na lewej ręce. Prawą, dużą dłonią, o nieco dłuższych palcach, charakterystycznych dla obrazów typu Hodegetria (“wskazująca drogę”), Maryja obejmuje ręce Jezusa. Jej spojrzenie charakteryzuje czuły smutek, ale nie patrzy na swojego Syna, lecz wydaje się przemawiać do patrzącego na obraz. Miodowego koloru oczy i mocno podkreślone brwi dodają obliczu piękna i wyniosłości.
    Dzieciątko Jezus przedstawione jest w całości. Spoczywając na lewym ramieniu Matki, rączkami ujmuje mocno Jej prawą dłoń. Przyodziane jest w zieloną tunikę z czerwonym pasem i okryte czerwonym płaszczem. Opadający z nóżki prawy sandał pozwala dostrzec spód stopy, co może symbolizować prawdę, że będąc Bogiem, Jezus jest także prawdziwym człowiekiem. Ma kasztanowe włosy, a rysy Jego twarzy są bardzo dziecięce. Stopy i szyja Dzieciątka wyrażają jakby odruch nagłego lęku przed czymś, co ma niechybnie nadejść. Tym natomiast, co wydaje się przerażać małego Jezusa, jest wizja męki i cierpienia, wyrażona poprzez krzyż i gwoździe niesione przez Archanioła Gabriela. Po drugiej stronie obrazu Archanioł Michał ukazuje inne narzędzia męki krzyżowej: włócznię, trzcinę z gąbką i naczynie z octem.
    Maryja, pomimo że jest największą postacią obrazu, nie stanowi jego centralnego punktu. W geometrycznym środku ikony znajdują się połączone ręce Matki i Dziecięcia, przedstawione w taki sposób, że Maryja wskazuje na swojego Syna, Zbawiciela.Maryja jest Matką Kościoła, ludu Bożego, który Jej Syn nabył swoją najdroższą Krwią. Jest Matką każdego z nas. Niewątpliwie jest jeden nasz Pośrednik, według słów Apostoła: “Bo jeden jest Bóg; jeden też pośrednik między Bogiem i ludźmi, człowiek Chrystus Jezus, który wydał samego siebie na okup za wszystkich” (1 Tm 2, 5-6). Nie przeszkadza to jednak bynajmniej, byśmy mogli mówić o macierzyńskiej roli Maryi w stosunku do wszystkich. Nie przyćmiewa ona żadną miarą i nie pomniejsza tego jedynego pośrednictwa Chrystusowego, lecz ukazuje jego moc: “Cały bowiem wpływ zbawienny Błogosławionej Dziewicy na ludzi wywodzi się nie z jakiejś konieczności rzeczowej, lecz z upodobania Bożego, i wypływa z nadmiaru zasług Chrystusowych, na Jego pośrednictwie się opiera, od tego pośrednictwa całkowicie jest zależny i z niego czerpie całą moc swoją. Nie przeszkadza zaś w żaden sposób bezpośredniej łączności wiernych z Chrystusem, przeciwnie, umacnia je” (KK, nr 60).
    “Macierzyństwo Maryi w ekonomii łaski trwa nieustannie – poczynając od aktu zgody, którą przy zwiastowaniu wiernie wyraziła i którą zachowała bez wahania pod krzyżem – aż do wiekuistego dopełnienia się zbawienia wszystkich wybranych. Albowiem wzięta do nieba, nie zaprzestała tego zbawczego zadania, lecz poprzez wielorakie swoje wstawiennictwo zjednuje nam dary wiecznego zbawienia. Dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi Syna swego, pielgrzymującymi jeszcze i narażonymi na trudy i niebezpieczeństwa, dopóki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny. Dlatego to do Błogosławionej Dziewicy stosuje się w Kościele tytuły: Orędowniczki, Wspomożycielki, Pomocnicy, Pośredniczki. Rozumie się jednak te tytuły w taki sposób, że niczego nie ujmują one ani nie przydają godności i skuteczności działania Chrystusa jedynego Pośrednika… Kościół nie waha się jawnie wyznawać taką podporządkowaną rolę Maryi; ciągle jej doświadcza i zaleca ją sercu wiernych, aby oni wsparci tą macierzyńską opieką, jeszcze silniej przylgnęli do Pośrednika i Zbawiciela” (KK, nr 62).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________

    Matka Boża Nieustającej Pomocy

    Matka Boża Nieustającej Pomocy
    fot. Henryk Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Historia obrazu Matki Bożej Nieustającej Pomocy

    W dziejach cudownego obrazu Matki Bożej wyróżniamy trzy okresy: czas przebywania obrazu na Krecie; okres rzymski, kiedy obraz znajdował się pod opieką oo. augustianów w kościele Św. Mateusza; wreszcie okres trzeci, kiedy obraz przejęli oo. redemptoryści i umieścili go w kościele Najświętszego Odkupiciela.

    A oto streszczenie dziejów obrazu rzymskiego MB Nieustającej Pomocy.

    1) Kult Matki Bożej jako Wspomożycielki wiernych jest bardzo dawny. Sięga bowiem początków chrześcijaństwa. Od IV w. mamy wiele oznak kultu publicznego, oddawanego w chrześcijaństwie świętej Bożej Rodzicielce. W kulcie tym znaczną rolę odgrywa powszechne przekonanie o uprzywilejowanym miejscu Maryi i związana z tym wiara w Jej pośrednictwo. Dlatego wierni Kościoła w przeróżnych okazjach uciekają się do Maryi, pełni ufności, że zostaną wysłuchani. Od wieków średnich pojawiają się kościoły i sanktuaria pod tytułem: Matki Bożej Pomocy czy też Matki Bożej Wspomożycielki, Matki Bożej Łaskawej, Pocieszycielki, Uzdrowicielki itp.

    2) Pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy sławiony był obraz na Krecie w Lassithi. Jego autorstwo przypisywali niektórzy historycy najgłośniejszemu malarzowi prawosławnemu wczesnego średniowiecza, mnichowi bazyliańskiemu – S. Lazzaro (868). Ostrożniejsi przesuwali jego pochodzenie na wiek X/XI. Obraz był celem licznych pielgrzymek. Obecny obraz w Lassithi pochodzi dopiero z roku 1725 i jest inny od obrazu rzymskiego. Co się stało z cudownym obrazem pierwotnym, starożytnym? Wieść o nim zupełnie zaginęła. Miejscowa tradycja głosi, że został wykradziony. Według badań najnowszych ten właśnie obraz z w. X/XI jest w Rzymie.

    Kreta – to wyspa na Morzu Śródziemnym, piąta co do wielkości po Sycylii, Sardynii, Cyprze i Korsyce. Jej długość wynosi 260 km (w kierunku równoleżnikowym), szerokość – 57 km a cała powierzchnia – 8 259 km kw. Wyspa jest „dobrze zasłużona” w powszechnej historii. Tu bowiem odkryto najstarsze po Egipcie i Babilonii ośrodki kultury, której ślady dotąd budzą podziw. Obecnie wyspę zamieszkuje ponad 500 000 prawosławnych Greków.

    Od najbliższego brzegu Grecji jest oddalona Kreta ok. 100 km, od Turcji – ok. 200 km. Złoty okres dla wyspy rozpoczął się wtedy, gdy cesarz bizantyjski Nicefor Fokas w 961 roku wypędził Saracenów mahometańskich a osadził na wyspie kolonistów greckich. Wraz z nimi przybyli mnisi bazyliańscy, którzy założyli tu szereg klasztorów. Oni też otworzyli na Krecie szkoły malarskie. Ikony rozchodziły się po całym świecie, aż po Ruś Białą i Czerwoną. Wystarczy przypomnieć, że w wieku XIV-XV wykonywało obrazy Matki Bożej i Świętych 112 malarzy, których imiona zdołano stwierdzić. Do najgłośniejszych obrazów należał właśnie umieszczony w Lassithi, doznający czci powszechnej już w wieku X/XI pod wezwaniem Matki Bożej Nieustającej Pomocy.

    Wśród tych wszystkich malarzy wybija się imię Andrzeja Rizo (ok. 1421- ok. 1495)i jego syna, Mikołaja. Zostawili oni sporo reprodukcji znanych na Krecie obrazów(także z Lassithi) oraz koncepcji własnej. Ustalono, że z ręki Andrzeja Rizo wyszły między innymi następujące głośne, znane w świecie obrazy, do dzisiaj istniejące: w Tetimo na Krecie, w Bari w kościele Św. Mikołaja, we Fiesole, Farmie, na Patmos,w Ston w Dalmacji i w Princeton w USA. Niektórzy uczeni byli skłonni przyjąć, żeobraz rzymski pochodzi również z tej samej ręki. Jednak istotnie badania obrazuzdają się wskazywać, że jest on znacznie wcześniejszy.

    3) Obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Rzymie: Przez szereg lat aż do zburzenia kościoła Św. Mateusza przy cudownym obrazie Matki Bożej Nieustającej Pomocy – a więc w latach 1499-1808, wisiały przy świętym wizerunku dwie tablice: jedna z napisem łacińskim, druga włoskim, opisujące dzieje obrazu. Jest w nich mowa, że zostały one wykradzione z Krety przez pewnego rzymskiego kupca i przywiezione do Rzymu dnia 27 marca 1499 roku. Po śmierci kupca obraz przeniesiono do kościoła augustianów św. Mateusza, który znajdował się przy ich klasztorze na via Merulana na wzgórzu eskwilińskim pomiędzy Bazyliką Matki Bożej Większej a Bazyliką Św. Jana na Lateranie. Tu ponad 300 lat doznawał czci od ludu rzymskiego. Musiał być ten obraz znany, skoro Giovanni Antonio Bruzio (1610-1690) w swoim monumentalnym dziele o zabytkach Rzymu poświęca mu 69 stron.

    4) Przyszły wszakże na „wieczne miasto” klęski, które odbiły się również niekorzystnie na cudownym obrazie Matki Bożej Nieustającej Pomocy. W roku 1798 do Rzymu wkraczają wojska francuskie. Na skutek oblężenia i walk ucierpiało wiele czcigodnych miejsc. Wśród nich został zniszczony kościół i klasztor augustianów. Wkroczenie wojsk Napoleona do Rzymu w roku 1808 dokonało reszty zniszczenia. Augustianie przenieśli się na inne miejsce, zabierając ze sobą obraz Matki Bożej. W roku 1852 przybyli na to miejsce duchowi synowie św. Alfonsa Liguori, redemptoryści. Zabrali się energicznie do odbudowy klasztoru i kościoła, któremu nadali nowy tytuł: Najświętszego Odkupiciela i Św. Alfonsa. Kiedy dowiedzieli się, że cudowny obraz jest w posiadaniu augustianów, przekonani, że powinien znaleźć się w miejscu pierwotnym, interweniowali u papieża Piusa IX, by wpłynął na augustianow by ci zwrócili obraz. Tak się też stało. Obraz uroczyście wniesiono do kościoła Najświętszego Odkupiciela i Św. Alfonsa w 1866 roku.

    Odtąd Matka Boska Nieustającej Pomocy stała się główną Patronką zakonu a kościół jej pierwszym sanktuarium. Obraz zajaśniał tak licznymi łaskami, że już w roku następnym papież Pius IX zezwolił na jego uroczystą koronację. Ponieważ w roku 1867 cały świat chrześcijański obchodził 1800-lecie śmierci męczeńskiej świętych Apostołów Piotra i Pawła, do Rzymu przybyło bardzo wielu hierarchów kościelnych. W koronacji 24 czerwca 1867 roku wzięło ich udział kilkuset. Była to prawdziwa manifestacja Rzymu. Redemptoryści, wykorzystując niezwykłe piękno obrazu, jego starożytność a przede wszystkim bardzo sugestywny tytuł, rozszerzyli kult Matki Bożej Nieustającej Pomocy tak dalece, że stał się on powszechny w całym świecie chrześcijańskim. Nie ma dzisiaj kraju, gdzie by nie znano tego obrazu, gdzie by nie było wiecznej nowenny w każdą środę do Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Matka Boża nie pozostała też dłużna. Dzisiaj cudownych miejsc Matki Bożej pod tym wezwaniem jest kilkaset, wśród nich kilkadziesiąt koronowanych. W ciągu pierwszych 50 lat rozdano ok. l 500 wiernych kopii obrazu, dzisiaj jest ich drugie tyle.

    Dnia 23 maja 1871 roku papież Pius IX zezwolił na erekcję bractwa Matki Bożej Nieustającej Pomocy, a dnia 31 marca 1867 tenże papież podniósł to bractwo do godności arcybractwa. Poczta Haiti w roku 1942/43 wydała osobne znaczki pocztowe ku czci Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Oprócz redemptorystów 7 zakonów żeńskich obrało sobie M.B. Nieustającej Pomocy za swoją główną Patronkę.

    Co widać na obrazie?

    Obraz jest na 53 cm wysoki i 41,5 cm szeroki. Jest malowany na desce. Przedstawia typ hodegitrii, czyli Bożej Rodzicielki. Maryja trzyma Dziecię Jezus na swoim lewym ręku a dłonią prawą ujmuje rączki Jezusa. Matka Boska jest odziana w czerwoną suknię, obszytą złotą lamą z rękawami obcisłymi. Boże Dziecię ma sukienkę barwy zielonej, przepasaną pasem czerwonym. Płaszcz Maryi jest barwy niebieskiej. Tworzy on na głowie Maryi naturalny welon-osłonę. Osłona ta ma również złotą lamę. Boże Dziecię ma na sobie płaszcz koloru brązowego.

    Suknia i płaszcz Pana Jezusa, jak również płaszcz Maryi są bogato złocone. Na płaszczu Maryi nad Jej czołem jest gwiazda. Widzimy ją na wszystkich obrazach starożytnych Maryi. Czyżby to był znak „patentowy” ikonografii greckiej lub obrazów malowanych na Krecie? Gwiazda jest przypomnieniem imienia Maryi, gdyż hebrajskie Miriam etymologicznie znaczy tyle, co „pani” i „gwiazda morza”. Być może, dlatego i płaszcz Maryi jest niebieski. Dokoła głowy Maryi i Jezusa są ozdobne nimbusy. Obraz ma złote tło, co obok koloru czerwonego podkreśla godność Boską i królewską Jezusa i Maryi. Jeszcze dobitniej podkreślają obecnie tę godność kosztowne korony na głowie Jezusa i Maryi, misternie malowane. Szczegółem nowym, wprowadzającym nas w średniowiecze, jest wprowadzenie aniołów z symbolami męki Pańskiej. Dziecię Jezus zwraca główkę ku jednemu z nich, jakby chciało tym potwierdzić cel swojej misji na ziemi. Ciekawostką obrazu Matki Boskiej Nieustającej Pomocy jest pantofel zawieszony na lewej nodze Pana Jezusa. Obie stopy Chrystusa są bose. A oto znaczenie greckich napisów, jakie są na obrazie: Myter Theou, Archangelos Gabriel, Archangelos Michael, Jesous Christos (Matka Boża, Archanioł Gabriel, Archanioł Michał, Jezus Chrystus).

    Obraz ma kolory niezwykle żywe, jakby był malowany niedawno. Był bowiem odnawiany przez Novotnego w roku 1866.

    Polscy czciciele NMP Nieustającej Pomocy

    Kult NMP Nieustającej Pomocy w Polsce datuje się od końca wieku XIX, kiedy to redemptoryści przybyli po raz drugi do Polski. Istnieje w Polsce ponad 360 ośrodków czci Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Do najważniejszych sanktuariów należą: obraz Matki Bożej w Gliwicach (kościół Św. Krzyża) w Słupsku (w kościele N.M. Panny), w Gorzowie (katedra), w Kielcach (katedra), w Przemyślu (katedra), w Warszawie (kościół św. Klemensa Hofbauera) i w Poznaniu (fara). 11 października 1961 roku arcybiskup poznański Antoni Baraniak w obecności 19 biskupów dokonał uroczystej koronacji obrazu. Jest to obecnie największe sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Polsce i jedno z największych w świecie. Wystarczy wspomnieć, że nowenna w każdą środę odbywa się trzy razy dziennie. Nowe sanktuarium, ale bardzo żywe, jest w Toruniu przy kościele redemptorystów. l października 1967 roku kardynał Prymas Polski Stefan Wyszyński dokonał koronacji tegoż obrazu przy udziale kilkudziesięciu biskupów. Wreszcie wypada przypomnieć, że w kaplicy sióstr karmelitanek bosych w Kaliszu jest obraz Matki Bożej, przywieziony ze Lwowa (z ich klasztoru), koronowany 25 czerwca 1939 roku przez arcybiskupa Bolesława Twardowskiego. Nabożeństwo do Matki Bożej Nieustającej Pomocy szczególnie szerzyło się w diecezji chełmińskiej (dzisiaj po nowym podziale pozostała część nosi nazwę diecezji pelplińskiej). Biorąc pod uwagę ten fakt ówczesny biskup chełmiński ks. Kazimierz Kowalski wniósł w 1962 r. prośbę do Stolicy Apostolskiej o ustanowienie Matki Boskiej Nieustającej Pomocy główną Patronką Diecezji. Stolica Apostolska dekretem z dnia 29 X 1962 zatwierdziła tę prośbę.

    Modlitwa rzymska I

    O Matko Nieustającej Pomocy / z największą ufnością przychodzę dzisiaj / przed Twój święty obraz, / aby błagać o pomoc Twoją. / Nie liczę na moje zasługi, / ani na moje dobre uczynki, / ale tylko na nieskończone zasługi Pana Jezusa / i na Twoją niezrównaną miłość macierzyńską. / Tyś patrzyła, o Matko, na rany Odkupiciela i na krew Jego wylaną na krzyżu dla naszego zbawienia. / Tenże Syn Twój umierając dał nam Ciebie za Matkę. / Czyż więc nie będziesz dla nas, / jak głosi Twój słodki Tytuł: / Nieustającą Wspomożycielką? / Ciebie więc, o Matko Nieustającej Pomocy, / przez bolesną mękę i śmierć Twego Boskiego Syna, / przez niewypowiedziane cierpienia Twego Serca, o Współodkupicielko, / zaklinam najgoręcej, / abyś wyprosiła mi u Syna Twego Tę łaskę, / której tak bardzo pragnę i tak bardzo potrzebuję…
    Ty wiesz, o Matko Przebłogosławiona, / jak bardzo Jezus, Odkupiciel nasz, pragnie udzielić nam wszelkich owoców Odkupienia. / Ty wiesz, że skarby te zostały złożone w Twoje ręce, abyś je nam rozdzielała. / Wyjednaj mi przeto, o najłaskawsza Matko, / u Serca Jezusowego tę łaskę, / o którą w tej nowennie pokornie proszę, / a ja z radością wychwalać będę Twoje miłosierdzie / przez całą wieczność. Amen.

    Modlitwa rzymska II

    O Matko Nieustającej Pomocy, / pozwól mi naśladować Boskie Twoje Dzieciątko, / tak jak Je przedstawia Twój cudowny obraz / w chwili, gdy Je przyciskasz do serca. / O tak, / jakżebym i ja chciał trzymać się silnie / moimi niegodnymi rękami/ Twojej potężnej prawicy.

    Tym razem jednak, o Matko Nieustającej Pomocy,/ nie proszę za sobą, lecz za braćmi i siostrami moimi, / którzy tutaj są zebrani wraz ze mną/przed Twoim cudownym obrazem, / proszę za cały Kościół święty / i za całą nieszczęśliwą ludzkość. / Wejrzyj, Królowo świata, / jak wielka jest liczba potrzebujących,/smutnych i cierpiących,/popatrz, jak ciężkie są nasze czasy. / Czyż nie jesteś Matką Nieustającej Pomocy? / Czyż nie jesteś Wszechmocą Błagającą? / Wszak nie brakuje Ci ani potęgi, ani dobroci, / by przyjść z pomocą w każdej potrzebie i nieszczęściu. / Obecna godzina jest Twoją godziną, / więc okaż nam się Matką, / spiesz co prędzej z pomocą swoją w tej naszej potrzebie. /Spiesz nam z pomocą swoją zawsze,/ a zwłaszcza w godzinę śmierci naszej. Amen.

    wiara.pl

    ____________________________________________________________________

    Kod Matki Bożej Nieustającej Pomocy

    Dziś wspomnienie Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Jej obraz można znaleźć w chyba każdym polskim kościele. Ale czy wiesz, co oznaczają greckie napisy na tym słynnym wizerunku?

    Oryginał obrazu znajduje się w rzymskim kościele św. Alfonsa Liguoriego na Eskwilinie, przy Via Merulana…

    Rozszyfrujemy jednak napisy, które znajdują się w tle postaci.

    Po obu stronach głowa Maryi znajdują się litery: MP ΘΥ. To skrót od greckiego Μήτηρ Θεοῦ (Meter Theou), co oznacza: Matka Boga.

    Poniżej widać niewielkie postacie archaniołów, dzierżących symbole męki Chrystusa:  krzyż, gwoździe, włócznię, trzcinę z gąbką i naczynie z octem zaprawiony żółcią. Umieszczone nad nimi napisy to skróty ich imion:

    • ΟΡ М –  αρχάγγελος Μιχαήλ (Archannelos Michael) – Archanioł Michał
    • OΡ Г –  αρχάγγελος Γαβριήλ – Archannelos Gabriel– Archanioł Gabriel

    Jeszcze niżej widać litery: IC XC. To także skrót od Ιησούς Χριστός (Iesous Christos), czyli Jezus Chrystus. Jest to monogram Pana Jezusa, który na tym obrazie spoczywa w postaci Dzieciątka na rękach Swej Matki.

    W tym też tkwi najgłębszy sens wizerunku Matki Bożej Nieustającej Pomocy. To ikona w typie Hodegetrii, czyli “wskazującej drogę”. Drogę – czyli Pana Jezusa. Na Niego wskazuje Maryja, a zetknięcie dłoni Dzieciątka i Matki Bożej jest centralnym punktem obrazu, jego geometrycznym środkiem.

    Jarosław Dudała/Gość Niedzielny

     
    Matka Boża Nieustającej Pomocy
    fot. Henryk Przondziono/GOŚĆ NIEDZIELNY

    *****

    Jednym z najczęściej używanych wśród chrześcijan wezwań odnoszących się do Matki Bożej jest zawołanie: “Nieustająca Pomoc”. Przede wszystkim sięgają po nie ci najbardziej smutni i potrzebujący, którzy odczuwają szczególnie wielką potrzebę miłości, wsparcia i opieki. Oryginał obrazu jest wschodnią ikoną, przedstawiającą Matkę Bożą Bolesną. Ikona ta została namalowana, by pobudzić naszą nadzieję i ożywiać modlitwę. Jej duchowe przesłanie jest więc ważniejsze od jej piękna artystycznego.

    Ikona przedstawia cztery święte postacie: Dziewicę Maryję, Dzieciątko Jezus oraz świętych archaniołów Michała i Gabriela.

    Maryja, a właściwie połowa Jej postaci, jest przedstawiona w czerwonej tunice, granatowym płaszczu od spodu zielonym i w niebieskim nakryciu głowy, przykrywającym włosy i czoło. Na welonie, w jego środkowej części, znajduje się złota gwiazda z ośmioma prostymi promieniami, a obok malarz umieścił krzyż promienisty na wzór gwiazdy. Głowę Najświętszej Dziewicy otacza, tak charakterystyczna dla szkoły kreteńskiej, kolista aureola.

    Oblicze Maryi jest lekko pochylone w stronę Dzieciątka Jezus trzymanego na lewej ręce.

    Prawą, dużą dłonią o nieco dłuższych palcach, charakterystycznych dla obrazów typu “Hodigitria” – znaczy “wskazująca drogę”, Maryja obejmuje ręce Zbawiciela. W spojrzeniu Jej można wyczytać czuły smutek, a nie patrzy na swojego Syna, lecz wydaje się przemawiać do patrzącego na obraz. Miodowego koloru oczy i mocno podkreślone brwi dodają Jej obliczu piękna i wyniosłości.

    Dzieciątko Jezus jako jedyne przedstawione jest w całości. Spoczywając na lewym ramieniu Matki, swoimi rączkami ujmuje mocno Jej prawą dłoń. Przyodziane jest w zieloną tunikę z czerwonym pasem i okryte czerwonym płaszczem. Opadający prawy sandał z nóżki pozwala dostrzec spód stopy, co może symbolizować prawdę, że będąc Bogiem jest także prawdziwym człowiekiem. Jezus posiada włosy koloru kasztanowego, a Jego rysy twarzy są bardzo dziecięce.

    Stopy i szyja Dzieciątka wyrażają jakby odruch nagłego lęku przed czymś, co ma niechybnie nadejść. Tym natomiast, co wydaje się przerażać małego Jezusa, jest wizja męki i cierpienia, wyrażona poprzez krzyż i gwoździe niesione przez Archanioła Gabriela. Po drugiej stronie obrazu Archanioł Michał ukazuje inne narzędzia męki krzyżowej: włócznię, trzcinę z gąbką i naczynie z octem.

    Maryja, pomimo że jest największą postacią obrazu, nie stanowi jego centralnego punktu. W geometrycznym środku ikony znajdują się połączone ręce Matki i Dziecięcia, przedstawione w taki sposób, że Najświętsza Dziewica wskazuje na swojego Syna, Zbawiciela i Syna Bożego w jednej Osobie, Który ofiarował życie za nas wszystkich. Mamy tutaj do czynienia z typem ikony zwanej “hodigitria” – bo Maryja wskazuje na Chrystusa, Który sam siebie nazwał “Drogą, Prawdą i Życiem”.

    Historia Obrazu sięga XII wieku i okryta jest tajemnicą. Ten rodzaj ikony był bardzo rozpowszechniony w średniowieczu na terenach greckich, serbskich i na Rusi. Jedni twierdzą, że obraz powstał w Bizancjum, inni, że w klasztorze Hilmadar, na świętej górze Athos. Wizerunek Matki Bożej Nieustającej Pomocy został namalowany na desce o wymiarach 54 cm x 41,5 cm.

    Na przestrzeni wieków otrzymał dwa główne tytuły: Matka Boża Bolesna, trzymająca na ramieniu swego Syna, mającego kiedyś podjąć mękę krzyżową, o czym świadczą przedstawione po bokach anioły, niosące narzędzia tej męki. Drugi natomiast tytuł: Matka Boża Nieustającej Pomocy, wyrósł z pobożności, która dopatrywała się w wizerunku ikony, czule spoglądającą na swych czcicieli Matkę, gotową pośpieszyć im z pomocą w każdej potrzebie.

    Stare podanie mówi, że obraz wiózł na statku do Europy bogaty kupiec i w czasie burzy, kiedy tonął statek, wyciągnął go z kufra i ukazał podróżnym, z zaleceniem modlitwy. Nadzieja zrozpaczonych uratowała podróżnych od morskiej katastrofy. Po dramatycznej podróży Obraz znalazł się w Rzymie w kościele św. Mateusza.

    Po zdobyciu Rzymu przez Francuzów kościół, w którym znajdował się Obraz, został zniszczony i rozebrany.

    Po latach Michał Marchi (Redemptorysta) odnalazł Obraz i zaczął czynić starania o jego przeniesienie do kościoła O.O. Redemptorystów. Za zgodą papieża Piusa IX dokonano tego 26 kwietnia 1866 r. 23 czerwca 1867 roku dziekan Kapituły Watykańskiej uroczyście koronował Obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy, wyrażając tym samym oficjalnie akt uznania dla maryjnej ikony, czczonej od kilku już wieków. Od tego momentu nabożeństwo do Matki Nieustającej Pomocy zaczęło nieustannie wzrastać, rozszerzając się po całym świecie.

    W roku 1876 ustanowiono święto Błogosławionej Dziewicy Maryi pod wezwaniem Nieustającej Pomocy, z własnym oficjum, modlitwami i czytaniami mszalnymi. Początkowo celebrację tego święta ustalono na niedzielę poprzedzającą uroczystość św. Jana Chrzciciela, później natomiast wyznaczono 27 czerwca jako dzień poświęcony Matce Bożej Nieustającej Pomocy.

    Co widzisz, kiedy patrzysz na ten obraz?

    Przede wszystkim widzisz Maryję, gdyż ona dominuje na obrazie i ponieważ ona patrzy prosto na Ciebie – nie na Jezusa, nie w niebo, nie na aniołów ponad głową. Patrzy na Ciebie, tak jakby chciała powiedzieć Ci coś bardzo ważnego. Jej oczy wydają się poważne i smutne, ale przykuwają uwagę.

    Maryja, jako poważna, pełna mocy i wyrazu kobieta, jest przedstawiona na złotym tle – w średniowieczu będącym symbolem nieba. Ubrana jest w ciemnoniebieski strój z zieloną podszewką i w czerwoną tunikę. Niebieski, zielony i czerwony to kolory wyrażające królewskość. Tylko cesarzowe mogły nosić stroje w tych kolorach.

    Ośmioramienna gwiazda na czole została prawdopodobnie dodana przez późniejszego artystę, by ukazać znaczenie Maryi jako Gwiazdy, która prowadzi do Jezusa. Dla wzmocnienia tego symbolu na lewo od gwiazdy umieszczono ozdobny krzyż.

    Litery ponad Jej głową wyrażaj w języku greckim słowa: Matka BogaPatrząc na obraz zdajemy sobie sprawę, iż Ona ma moc, by wstawiać się za nami w niebie.

    Wzrok Maryi skierowany jest na Ciebie, ale Jej ramiona trzymają Jezusa. Bizantyjskie ikony nigdy nie przedstawiają Maryi bez Jezusa, gdyż to On jest centrum naszej wiary. Jezus także ubrany jest w królewski strój. Tylko cesarz mógł nosić zieloną tunikę, czerwony pas i złoty płaszcz, przedstawiony na ikonie. Greckie inicjały po prawej stronie Dziecięcia i aureola ozdobiona krzyżem oznajmiają, iż jest to “Jezus Chrystus”.

    Jezus nie patrzy na nas ani na Maryję czy aniołów. Nawet, jeśli przytula się On do swej Matki, Jego wzrok skierowany jest gdzie indziej, ku czemuś, czego nie możemy zobaczyć – ku czemuś, co sprowokowało Go do szybkiej ucieczki do Matki tak, iż jeden z Jego sandały w prawie spada; ku czemuś, co sprawia, że przylgnął On do Matki w poszukiwaniu bezpieczeństwa i miłości.

    Co mogło tak przestraszyć Dziecię – Bożego Syna?

    Odpowiedź na nasze pytanie dają nam postacie, które widzimy po obu stronach Jezusa i Maryi – greckie litery ponad nimi wskazują, iż są to archaniołowi Gabriel i Michał. Zamiast przynosić harfę i flet chwały, niosą oni narzędzia Chrystusowej męki.

    Po lewej stronie, Michał, trzyma naczynie napełnione żółcią, które żołnierze ofiarowali Jezusowi na krzyżu, włócznię, która przeszyła Jego bok oraz trzcinę z gąbką.

    Po prawej stronie – Gabriel niesie krzyż i cztery gwoździe. Jezus zobaczył, jaki czeka Go los, ujrzał nadchodzące cierpienie i śmierć. Chociaż jest Bogiem, jest także człowiekiem i doświadcza lęku przed straszną przyszłością.

    Ucieka do swej Matki, która podtrzymuje Go w chwili strachu i tak samo będzie czyniła w całym Jego życiu oraz w chwili śmierci. Maryja nie może oszczędzić Mu cierpienia, ale może ofiarować miłość i pocieszenie.

    A więc dlaczego Maryja patrzy tak uważnie na nas, zamiast patrzeć na swe Dziecko, które znajduje się w potrzebie? Jej spojrzenie zaprasza nas do wzięcia udziału w tej historii, czyni nas uczestnikami obrazu i bólu tam obecnego. Jej spojrzenie mówi nam, iż tak jak Jezus uciekł się do swej Matki i znalazł pocieszenie, tak samo i my możemy uciekać się do Maryi.

    Jej ręce nie splatają się z zaciśniętymi w lęku rękami Jej Syna, ale pozostają otwarte, zapraszając nas, byśmy wraz z Jezusem nasze ręce powierzyli Jej dłoniom.

    Maryja wie, iż w naszym życiu istnieje wiele niebezpiecznych i budzących lęk spraw i że potrzebujemy kogoś, do kogo możemy się uciekać w chwili cierpienia i strachu. Ona ofiarowuje nam to samo pocieszenie i tę samą miłość, którymi obdarzyła Jezusa. Mówi do nas, byśmy biegli do Niej tak szybko, jak to uczynił Jezus, tak szybko, byśmy nawet nie myśleli o tym, jak wyglądamy i jak biegniemy, aby tylko dobiec do Niej.

    Tygodnik NIEDZIELA/https://www.redemptor.by

    ______________________________________________________________________________

    Matka Boża Nieustającej Pomocy

    W bocznej nawie wadowickiej bazyliki, w rodzinnej parafii św. Jana Pawła II, znajduje się kaplica, zwana czasem świętokrzyską. Tu od lat, przed wizerunkiem Matki Bożej Nieustającej Pomocy modlą się uczniowie wadowickich szkół. Wśród nich był też kiedyś Karol Wojtyła. Przed tym obrazem modlił się jako uczeń, jako ministrant, a potem również jako ksiądz, biskup, kardynał i trzy razy jako papież.

    – Jak za dawnych lat, kieruję swe kroki do świętokrzyskiej kaplicy, aby na nowo spojrzeć w oblicze Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Jej wadowickim obrazie – mówił papież w 1999 roku.

    Św. Jan Paweł II bardzo chciał, by obraz Matki Bożej był ukoronowany. Stało się to 16 czerwca 1999 roku, gdy po raz trzeci i ostatni przyjechał do Wadowic jako papież. Korony na skroniach Jezusa i Maryi są darem mieszkańców Wadowic i okolicy. Wykonano je z obrączek, pierścionków, kolczyków, naszyjników i łańcuszków.

    Pamiątką koronacji jest złoty różaniec ofiarowany przez Ojca Świętego. Powieszono go po lewej stronie cudownego obrazu. W kaplicy znajduje się też złoty różaniec podarowany przez św. Jana Pawła II.

    Mały Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________


    26 czerwca

    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer, prezbiter

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Jan i Paweł
      •  Święty Zygmunt Gorazdowski, prezbiter
      •  Błogosławiony Andrzej Jacek Longhin, biskup
      •  Błogosławiony Jakub z Ghaziru, prezbiter
    ***
    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer

    Josemaría Escrivá urodził się w Barbastro (w Hiszpanii) 9 stycznia 1902 roku. Rodzice – pobożni i przykładni katolicy – ochrzcili go cztery dni po narodzinach. Był drugim z sześciorga rodzeństwa, radosnym, żywym i szczerym dzieckiem oraz dobrym, bystrym i inteligentnym uczniem. Bóg bardzo szybko zaczął hartować duszę Josemaríi w kuźni bólu: w latach 1910-1913 umierają trzy jego młodsze siostry, w 1914 r. rodzina zostaje zrujnowana ekonomicznie.
    Zimą, na przełomie 1917-1918 roku, zdarzyło się coś, co wpłynęło decydująco na przyszłe losy Josemaríi Escrivy: w czasie Bożego Narodzenia w miasteczku spadł śnieg. Niedługo potem Josemaría spostrzegł na nim ślady bosych stóp. Dostrzegłszy wielkie poświęcenie karmelity bosego, do którego należały te ślady, Josemaría postanowił zostać kapłanem, aby stać się bardziej dyspozycyjnym dla Boga. 27 listopada 1924 roku nagle umarł jego ojciec. 28 marca 1925 r. Josemaría został wyświęcony na kapłana. W kwietniu 1927 r. przeniósł się do Madrytu, aby tam doktoryzować się w prawie cywilnym. Tutaj, 2 października 1928 roku, podczas rekolekcji przeżywa wizję dzieła, do którego Bóg go powołuje. Ten dzień przyjmuje się za datę założenia Opus Dei (Dzieła Bożego), w którym świeccy mężczyźni i kobiety uczą się dążyć do świętości na drodze zwykłej codzienności i zajęć. Od tej chwili zaczyna pracować nad tym dziełem, a jednocześnie kontynuuje posługę kapłańską, zwłaszcza wśród ubogich i chorych. Ponadto studiuje w Madrycie i udziela lekcji, by utrzymać matkę i rodzeństwo.

    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer

    W 1946 roku na stałe przenosi się do Rzymu, gdzie broni doktoratu z teologii. Tam też zostaje mianowany konsultorem kongregacji watykańskich, honorowym członkiem Papieskiej Akademii Teologicznej i prałatem honorowym Ojca Świętego. Z Rzymu wyjeżdża do różnych krajów Europy, a w 1970 roku do Meksyku, by tam umacniać Opus Dei. Umiera w Rzymie na zawał serca 26 czerwca 1975 r.
    Napisany przez niego zbiór medytacji zatytułowany Droga zalicza się do klasyki duchowości. W chwili jego śmierci Opus Dei jest już obecne na pięciu kontynentach, liczy ponad 60 tysięcy wiernych z osiemdziesięciu narodowości. Obecnie liczy ponad 80 tys. członków: duchownych i świeckich na całym świecie. Ma wielkie zasługi dla ożywienia Kościoła i jego obecności w różnych środowiskach zawodowych na wszystkich kontynentach. Członkami Opus Dei są m.in. prymas Peru, kard. Juan Luis Cipriani Thorne z Limy i były rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej Joaquin Navarro-Valls.Po śmierci Josemaríi Escrivy tysiące wiernych zwróciło się do papieża z prośbą o otwarcie procesu kanonizacyjnego. 17 maja 1992 r. w Rzymie, w obecności 300 tysięcy wiernych przybyłych z całego świata, św. Jan Paweł II wyniósł Josemaríę Escrivę na ołtarze. 21 września 2001 r. Zgromadzenie Zwyczajne Kardynałów i Biskupów, członków Kongregacji do spraw Kanonizacyjnych, jednogłośnie stwierdziło cudowny charakter uzdrowienia przypisywanego bł. Josemaríi. Dekret uznający cud odczytany został w obecności papieża 20 grudnia 2001 r. Kanonizacja odbyła się 6 października 2002 r.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________

    26 czerwca

    Święty Josemaría Escrivá de Balaguer, prezbiter

    Josemaría Escrivá: założyciel Opus Dei i patron świętej codzienności

    Public Domain

    ***

    Nie mów: „Taki już jestem… To sprawa mojego charakteru”. Nie, to sprawa braku charakteru. Bądź mężny – esto vir – uczył św. Josemaría Escrivá de Balaguer.

    Założyciel Opus Dei

    „Tam, gdzie są wasi bracia, tam gdzie są wasze dążenia, wasza praca, wasze miłości, tam jest miejsce waszego codziennego spotkania z Chrystusem. To właśnie wśród spraw najbardziej prozaicznych na tej ziemi powinniśmy uświęcać się, służąc Bogu i wszystkim ludziom” – mówił hiszpański święty, promotor apostolstwa laikatu, założyciel Opus Dei.

    Podobne myśli możemy znaleźć w dokumentach Soboru Watykańskiego II: „Zadaniem ludzi świeckich, z tytułu właściwego im powołania, jest szukać Królestwa Bożego, zajmując się sprawami świeckimi i kierując nimi po myśli Bożej” (Lumen Gentium, 31).

    Zapytaliśmy różne osoby, które poznały pisma i myśli św. Josemarii, czego się od niego nauczyły. Wskazały głównie na docenienie wartości zwyczajnego życia jako drogi do Boga, czyli do świętości, znaczenie radości oraz potrzebę pracy nad sobą.

    Praca: droga do uświęcenia

    „Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że założyciel Opus Dei uczył i uczy mnie nadal, zarówno swoim słowem jak i przykładem całego życia. Dał mi pewność, że moje życie, jak życie każdego człowieka, ma w każdych okolicznościach głęboki sens. Ma głębszy wymiar: nadprzyrodzony.

    Moja praca, naukowca i nauczyciela akademickiego, codzienny – często uciążliwy – wysiłek radzenia sobie z egzystencją ma sens. Bowiem nawet jeśli po ludzku nie daje on widocznych efektów, to przyczynia się do budowy głębszej rzeczywistości duchowego dobra” – Paweł Skibiński, historyk, mąż, ojciec trojga dzieci.

    „Św. Josemarię spotkałam pierwszy raz kilka lat temu i bardzo spodobało mi się to zdecydowane i konkretne podejście do wiary i wartości. Bez żadnego rozmiękczania, bez tłumaczenia, że tak się nie da żyć w rzeczywistości.

    Chyba wcześniej nie spotkałam się z takim podejściem. I rzeczywiście postanowiłam spróbować, poszerzać swoją wiedzę doktrynalną, rozwijać duchowość i żyć w 100% zgodnie z zasadami Kościoła. Może nie zawsze wszystko się udaje, ale na pewno się staram i wiele w moim życiu się zmieniło na lepsze” – Katarzyna, mama dwójki dzieci i PR-owiec.

    „Od kiedy moją drogę zawodową powierzyłam św. Josemarii, on towarzyszy mi w niej i bardzo pomaga. Jego przesłanie zmieniło moje podejście do pracy zawodowej – by nie traktować jej wyłącznie jako obowiązku, który należy dobrze wykonać, ale jako drogę do uświęcania siebie i innych, jako czas, który mogę ofiarować Bogu, wkładając w moją pracę dużo serca. Pierwszą z myśli św. Josemarii, która szczególnie zapadła mi w pamięci, jest pkt 4. z Drogi:

    Nie mów: „Taki już jestem… To sprawa mojego charakteru”. Nie, to sprawa braku charakteru. Bądź mężny – esto vir.

    Kilka lat temu ta myśl była dla mnie odkryciem i nauką. Z męstwem bywa różnie, ale przynajmniej wiem, że nie można iść na łatwiznę, trzeba walczyć, starać się i mimo ciągłych upadków wracać do kochającego Ojca. Św. Josemaria z dużą naturalnością przekonuje nas o wielkiej miłości Boga do człowieka i daje nam wskazówki, jak możemy przynosić Mu radość i odwzajemniać Jego miłość” – Monika, prawnik.

    Praca również może być modlitwą

    „Św. Josemaria Escriva de Balaguer pozwolił mi zrozumieć, że każdy może zostać świętym poprzez wypełnianie swoich obowiązków i pracę. Zrozumiałem, na czym polega uświęcenie pracy i że praca również może być modlitwą.

    Drugim ważnym dla mnie elementem jest przekonanie o potrzebie ciągłej pracy nad sobą, doskonalenie się i zwalczanie swoich wad, grzechów oraz ewangelizacji bliźnich” – Mikołaj, student.

    „Błogosławiona święta codzienność. Bardziej doceniam sytuacje, które dotychczas wydawały się nudne czy stanowiły stratę czasu, np. w niedzielne popołudnie odwiedziny mojego ciotecznego brata z rodziną i słuchanie opowieści jego żony i dzieci. Optymizm w przeciwnościach większych lub mniejszych, np. chorobie nowotworowej mojego chrzestnego.

    Zależy mi (modlę się o to), aby on był zbawiony, bo przecież nie ma znaczenia, czy on przeżyje jeszcze 5 miesięcy czy 5 lat. Ważne, gdzie będzie w wieczności. Cierpliwość w pracy – np. kiedy przychodzi do mnie jako pacjentka wyjątkowo namolna starsza pani (której tak naprawdę zupełnie nic nie jest) myślę, że przecież jest ona dla mnie wielkim darem, bo ona mnie uświęca i jak dużo dzięki niej zyskam”.

    Nie mów: „Ta osoba mi się naprzykrza”. Pomyśl: „Ta osoba mnie uświęca”  (Droga pkt 174).

    – Anna, lekarka.

    Radość nadprzyrodzona

    „Świętego Josemarię spotkałam na drodze radości i entuzjazmu. Pomógł mi zrozumieć, że chrześcijanin nie musi rezygnować z radości. Wręcz przeciwnie, podąża drogą do świętości napełniony głęboką radością nadprzyrodzoną. Dzieli się nią z najbliższymi oraz każdą napotkaną osobą” – Anna, młoda mama aktywna zawodowo.

    „Z bardzo bogatego nauczania św. Josemarii wyszczególniłbym bliską mi myśl o potrzebie i sensie radości w codziennym życiu, która nieodłącznie wiąże się z potrzebą modlitwy i poczuciem synostwa Bożego. Tak napisał w Bruździe, pkt 54:

    Oto rada, którą wam natrętnie powtarzam: Bądźcie radośni, zawsze radośni. Niechaj się smucą ci, którzy nie uważają się za dzieci Boże.

    To bardzo ważne dla mnie i staram się praktykować w codzienności to, że satysfakcja, zadowolenie, szczęście i – co za tym idzie – właśnie radość mają swoje źródło w relacji z Bogiem. Św. Josemaria pisał, że tak naprawdę brak radości w życiu wynika z braku perspektywy, patrzenia na sprawy po chrześcijańsku” – Mariusz, muzyk.

    „Dla mnie największym odkryciem było uświęcanie pracy i wartość zwykłych czynności dnia. Chrześcijanin nie dzieli prac na gorsze i lepsze, mniej lub bardziej godne, bo tym, co nadaje im wartość, jest miłość, z jaką się je wykonuje. I to jest spojrzenie Pana Boga, który nie oczekuje od nas wielkich spektakularnych czynów, ale pragnie, byśmy Go kochali w naszej codzienności” – Paulina Zielińska, historyk sztuki.

    Barbara Stefańska/Aleteia.pl

    ___________________________________________________________________________________

    Tajemnica i kontrowersje. O co tak naprawdę chodzi w Opus Dei?

    Pomnik św. Josemarii Escrivy na ścianie bazyliki św. Piotra w Watykanie/Bolando/Wikipedia

    ****

    Misję dobrze odzwierciedla pieczęć Opus Dei, którą jest krzyż wpisany w okrąg oznaczający kulę ziemską. Chodzi o postawienie krzyża na szczycie wszystkich działalności ziemskich i przyciągnięcie wszystkiego do Chrystusa.

    Opus Dei (z łac. Dzieło Boże) jest żywą, dynamiczną cząstką Kościoła katolickiego. Mobilizuje wiernych, aby napełniali duchem chrześcijańskim wszelkie ludzkie działalności – życie rodzinne, społeczne i zawodowe. Opus Dei jest wielką katechizacją współczesnego świata, która pomaga osobom świeckim prowadzić głębokie życie wewnętrzne.

    Początki Dzieła

    Od strony instytucjonalnej jest prałaturą personalną Kościoła katolickiego (nie jest ruchem, ale stałą strukturą). Prałatura jest tworzona do szczególnych celów w Kościele, na jej czele stoi prałat podlegający bezpośrednio Ojcu Świętemu. Opus Dei nie ma określonego terytorium (w przeciwieństwie np. do diecezji), spoiwem jest osoba prałata oraz szczególny cel – przypominanie o powołaniu wszystkich ludzi do świętości. Członkowie Opus Dei przynależą jednocześnie do diecezji, na terenie której mieszkają.

    Historia Opus Dei rozpoczęła się od działalności duszpasterskiej młodego hiszpańskiego księdza (Josemarii Escrivy) wśród studentów i w madryckich szpitalach. Moment powstania to 2 października 1928, kiedy ks. Escriva otrzymał światło założycielskie. Autentyczność tego światła potwierdził potem przez Kościół, wpisując Opus Dei w stałą strukturę Kościoła oraz ogłaszając założyciela świętym.

    Dzieło Boże zaczęło się rozwijać w Madrycie, a następnie w innych miastach Hiszpanii. Pojawili się kapłani wywodzący się ze świeckich należących do instytucji. W ciągu kilkudziesięciu lat Opus Dei rozprzestrzeniło się na wszystkie kontynenty.

    Dzieło Boże istnieje, aby przypominać, że Bóg powołuje do bliskiej przyjaźni ze Sobą każdego człowieka. Praca i zwykłe okoliczności życia są okazją do spotkania z Bogiem, służby innym i poprawy społeczeństwa. Misję dobrze odzwierciedla pieczęć Opus Dei, którą jest krzyż wpisany w okrąg oznaczający kulę ziemską. Chodzi o postawienie krzyża na szczycie wszystkich działalności ziemskich i przyciągnięcie wszystkiego do Chrystusa.

    W tym zadaniu pomaga formacja duchowa Opus Dei, w tym dni skupienia, rekolekcje, regularna spowiedź, kierownictwo duchowe i spotkania formacyjne.

    Wspólnota i działalność

    Do Opus Dei mogą należeć dorosłe osoby świeckie, katolicy. Warunkiem jest rozeznanie, że Pan Bóg powołuje na tę drogę. Samo korzystanie ze środków formacyjnych Opus Dei nie oznacza „bycia w Opus Dei”. Powołanie do Dzieła Bożego jest sprawą osobistą (i wymagającą), choć nie prywatną, dlatego każdy sam decyduje, kiedy i z kim chce o swojej drodze rozmawiać.

    Osoby należące do Prałatury nie tworzą zamkniętej grupy. Każdy żyje w swoim środowisku i tam stara się dawać świadectwo życia chrześcijańskiego.

    Do Prałatury przynależy własny kler Opus Dei oraz wierni świeccy – kobiety i mężczyźni. Niektórzy świeccy żyją w celibacie, znaczna większość w związkach małżeńskich. Wszyscy mają jedno powołanie, realizowane w różnych okolicznościach życiowych, nie istnieją „stopnie”.

    Współpracownicy wspierają Opus Dei modlitwą, finansowo i w miarę możliwości pracą przy różnych inicjatywach, nie należąc do Prałatury. Księża diecezjalni mogą przyłączyć się do Stowarzyszenia Kapłańskiego Świętego Krzyża, ściśle związanego z Prałaturą Opus Dei.

    „Zasadnicza działalność Opus Dei polega na udzielaniu swoim członkom i osobom, które tego sobie życzą, środków duchowych niezbędnych do dobrego życia chrześcijańskiego pośród świata” – mówił Założyciel. Opus Dei ma silny rys ewangelizacyjny.

    Oprócz wsparcia duchowego dla własnych członków udziela go tym, którzy chcą. Rekolekcje i dni skupienia odbywające się w ośrodkach Opus Dei są otwarte dla wszystkich. Jednak nie jest to główna działalność Opus Dei – najistotniejsze jest to, że każdy z wiernych Prałatury stara się być świadkiem Chrystusa w środowisku, w którym żyje na co dzień. Założyciel kładł duży nacisk na ewangelizację środowisk intelektualnych, gdyż zaczynając od tych środowisk, łatwiej jest dotrzeć do całego społeczeństwa.

    Ponadto Opus Dei promuje szeroki wachlarz działalności społecznych, szczególnie w krajach biedniejszych (np. ośrodki formacji zawodowej i pomocy społecznej w Cebú i w Manili na Filipinach czy centrum medyczne Monkole w Kongo).

    Filary duchowości  

    Niektóre istotne rysy duchowości Opus Dei to:

    • Synostwo Boże. Fundamentem ducha jest świadomość bycia dzieckiem Bożym, która prowadzi do zaufania Bożej opatrzności, prostoty w relacjach  Bogiem i ludźmi, poczucia godności osoby i braterstwa wobec innych, miłości do rzeczywistości stworzonych przez Boga, pokoju i optymizmu;
    • Uświęcanie pracy. Oznacza wykonywanie pracy kompetentnie, z miłości do Boga i w duchu służby innym, tak aby zamieniała się w spotkanie z Chrystusem;
    • Modlitwa i ofiara. Środki formacyjne przypominają o potrzebie modlitwy i pokuty. Wierni Prałatury starają się  ofiarować Bogu drobne umartwienia, które ułatwiają wykonywanie swoich zadań i umilają życie innym ludziom;
    • Jedność życia. Dzieckiem Bożym, chrześcijaninem jest się 24 godziny, i w czasie modlitwy, i w czasie spotkań rodzinnych, pracy i odpoczynku;
    • Wolność. W sferze politycznej, ekonomicznej, kulturalnej każdy działa zgodnie z własnym przekonaniem i odpowiedzialnością, nie powołując się na Kościół czy Opus Dei, ani nie przedstawiając swoich opinii jako jedynych zgodnych z wiarą;
    • Miłosierdzie. Pragnienie, by wszyscy poznali Chrystusa jest nieodłączne od chęci uczestniczenia w rozwiązywaniu problemów materialnych i społecznych otoczenia.

    Opus Dei w liczbach

    92 600 osób na świecie tworzy Opus Dei, 70 proc. jest w związku małżeńskim, 30 proc. w stanie wolnym (w tym 2,25 proc. księży). 600 000 – to przybliżona liczba współpracowników i uczestników środków formacji chrześcijańskiej (nie licząc osób korzystających z inicjatyw społecznych i edukacyjnych).

    Opus Dei prowadzi szeroką działalność informacyjną. Oficjalnym biuletynem Prałatury Opus Dei jest „Romana”. Ponadto obszerne informacje o działalności Prałatury można znaleźć na tej stronie.

    Barbara Stefańska/Aleteia.pl

    _____________________________________________________________________________

    Kanonizacja bł. Josemarii Escrivy de Balaguera


    św. JAN PAWEŁ II

    TAJEMNICA ŚWIĘTOŚCI I APOSTOLSTWA

    Opus Dei.org

    6 X 2002 — Homilia Jana Pawła II podczas Mszy św. kanonizacyjnej na placu św. Piotra

    1. «Albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi» (Rz 8, 14). Te słowa apostoła Pawła, odczytane przed chwilą w naszym zgromadzeniu, pomagają nam lepiej zrozumieć doniosłe przesłanie dzisiejszej kanonizacji Josemarii Escrivy de Balaguera. Poddał się on pokornie prowadzeniu Ducha Świętego, wierząc, że tylko w ten sposób można w pełni wykonać wolę Bożą.

    Ta fundamentalna chrześcijańska prawda była częstym tematem jego nauczania. Nieustannie bowiem zachęcał swoje duchowe dzieci, by przyzywały Ducha Świętego, ażeby ich życie wewnętrzne, to znaczy ich relacja z Bogiem, oraz życie rodzinne, zawodowe i społeczne, na które składa się wiele drobnych, przyziemnych sytuacji, nie były od siebie oderwane, lecz stanowiły jedną «świętą i pełną Boga» egzystencję. «Odnajdujmy niewidzialnego Boga — pisał — w rzeczach najbardziej widzialnych i materialnych» (Colloqui con Mons. Escrivá, n. 114).

    Także w dzisiejszych czasach jego nauczanie jest aktualne i bardzo potrzebne. Wierny, włączony w Chrystusa na mocy chrztu, powołany jest do budowania nierozerwalnej i żywej więzi z Bogiem. Powołany jest do świętości i do współuczestnictwa w dziele zbawienia ludzkości.

    2. «Pan Bóg wziął zatem człowieka i umieścił go w ogrodzie Eden, aby uprawiał go i doglądał» (Rdz 2, 15). Księga Rodzaju, jak usłyszeliśmy w pierwszym czytaniu, przypomina nam, że Stwórca powierzył ziemię człowiekowi, aby ją uprawiał i troszczył się o nią. Poprzez swą działalność w rozmaitych środowiskach tego świata wierni przyczyniają się do realizacji uniwersalnego zamysłu Bożego. Praca i jakakolwiek inna aktywność, wykonywana z pomocą Bożej łaski, staje się środkiem uświęcania codziennego życia.

    «Zwykła egzystencja wierzącego chrześcijanina — mawiał Josemaría Escrivá — gdy pracuje i gdy odpoczywa, gdy modli się i gdy śpi, w każdej chwili, jest życiem, w którym Bóg zawsze jest obecny» (Rozmyślania, 3 marca 1954 r.). Ta nadprzyrodzona wizja życia otwiera przed nami niezwykle bogate perspektywy zbawienia, gdyż także w kontekście ziemskiej codzienności, tylko pozornie monotonnej, Bóg staje się nam bliski i możemy współuczestniczyć w realizacji Jego zbawczych zamysłów. Dlatego też łatwiej nam zrozumieć stwierdzenie Soboru Watykańskiego II, że «przesłanie chrześcijańskie nie odwodzi ludzi od budowania świata (…), lecz raczej zobowiązuje do tego rodzaju zadań» (Gaudium et spes, 34).

    3. Wznosić świat ku Bogu i zmieniać go od wewnątrz — to właśnie jest ideał, jaki wam ukazuje święty założyciel, drodzy bracia i siostry, którzy dziś radujecie się z powodu wyniesienia go do chwały ołtarzy. On przypomina wam nieustannie, że nie powinniście obawiać się materialistycznej kultury, która grozi zniszczeniem najgłębszej tożsamości uczniów Chrystusa. Często powtarzał z naciskiem, że wiara chrześcijańska przeciwstawia się konformizmowi i wewnętrznej bierności.

    Podążając jego śladami, uświadamiajcie wszystkim ludziom, bez względu na rasę, stan społeczny, kulturę i wiek, że wszyscy jesteśmy powołani do świętości. Przede wszystkim starajcie się o to, byście wy sami byli święci, zachowując ewangeliczną postawę pokory i służby, zawierzając się Opatrzności i nieustannie wsłuchując się w głos Ducha Świętego. W ten sposób będziecie «solą ziemi» (Mt 5, 13) i zajaśnieje «wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie» (por. tamże 5, 16).

    4. Oczywiście, nie brak wątpliwości i trudności na drodze tych, którzy chcą wiernie służyć sprawie Ewangelii. Bóg oczyszcza i kształtuje tajemniczą mocą krzyża tych, których wzywa, by szli za Nim; lecz właśnie w krzyżu — podkreślał nowy święty — znajdujemy światło, pokój i radość: Lux in Cruce, requies in Cruce, gaudium in Cruce!

    Odkąd 7 sierpnia 1931 r., w czasie gdy sprawował Mszę św., rozbrzmiały w jego duszy słowa Jezusa: «A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie» (J 12, 32), Josemaría Escrivá jeszcze wyraźniej uświadomił sobie, że powołaniem ochrzczonych jest wywyższanie krzyża ponad całą rzeczywistość ludzką, i poczuł, jak rodzi się w nim gorące pragnienie ewangelizacji wszystkich środowisk. Bez wahania poszedł więc za wezwaniem, które Jezus skierował do apostoła Piotra i które przed chwilą usłyszeliśmy na tym placu: Duc in altum! Przekazał je całej swej duchowej rodzinie, by wnosiła w życie Kościoła cenny wkład komunii i posługi apostolskiej. Dziś wezwanie to skierowane jest do każdego z nas. «Wypłyńcie na głębię — wzywa nas Boski Nauczyciel — i zarzućcie sieci na połów!» (por. Łk 5, 4).

    5. Jednak by wypełnić tak odpowiedzialną misję, potrzebny jest nieustanny rozwój duchowy, wspomagany modlitwą. Św. Josemaría był mistrzem modlitwy, którą uważał za niezwykłą «broń», zdolną odkupić świat. Zalecał zawsze: «Na pierwszym miejscu modlitwa; następnie, pokuta; na trzecim miejscu — ale zdecydowanie dopiero na trzecim — działanie» (Droga, n. 82). To nie paradoks, lecz nieprzemijająca prawda: skuteczność apostolatu zależy przede wszystkim od modlitwy oraz od głębokiego i regularnego życia sakramentalnego. W tym właśnie kryje się tajemnica świętości i prawdziwego sukcesu świętych.

    Drodzy bracia i siostry, niech Bóg pomoże wam przejąć to niełatwe dziedzictwo ascetyczne i misyjne. Niech wspomaga was Maryja, którą święty założyciel wzywał jako Spes nostra, Sedes Sapientiae, Ancilla Domini!

    Niech za sprawą Matki Bożej każdy z was stanie się prawdziwym świadkiem Ewangelii, gotowym wszędzie włączać się ofiarnie w budowę Królestwa Chrystusowego. Niech przykład i nauczanie św. Josemarii będą dla nas bodźcem, abyśmy i my, u kresu naszego ziemskiego pielgrzymowania, mogli mieć udział w chwalebnym dziedzictwie Niebios. Tam, wraz z aniołami i wszystkimi świętymi, będziemy kontemplować oblicze Boga i wielbić Go na wieki wieków.

     L’Osservatore Romano (12/2002)

    ___________________________________________________________________________

    Jak (prze)żyć w zamknięciu?

    Rady od bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego i św. Josemarii Escrivy

    KARDYNAŁ WYSZYŃSKI, JOSEMARIA ESCRIVA

    fot.Wojtek Laski/East News

    ****

    Przedłużające się zamknięcie w domu, oderwanie od stałych zajęć, strach, brak ruchu – to wszystko może się nam boleśnie dać we znaki podczas epidemii koronawirusa. Przeczytajcie, jak radzili sobie w podobnych sytuacjach prymas Polski Stefan Wyszyński i założyciel Opus Dei św. Josemaria Escriva.

    Warunki, w których się znaleźli, były znacznie trudniejsze niż najbardziej nawet dokuczliwa kwarantanna. Ale środki zaradcze, które obaj stosowali, są zaskakująco podobne i mogą się przydać się w różnych sytuacjach.

    Zająć myśli

    Prymas Stefan Wyszyński został aresztowany 25 września 1953 r. i bez wyroku, a nawet bez przedstawienia zarzutów, został wywieziony z Warszawy w nieznanym kierunku. Pierwsza reakcja? Tak zanotował w dzienniku, wydanym później jako „Zapiski więzienne”:

    Lękałem się, że już nie będę miał udziału w tym zaszczycie, którego doznali wszyscy moi koledzy z ławy seminaryjnej. Wszyscy oni przeszli przez obozy koncentracyjne i więzienia.

    Absolutnie nie palił się do bycia męczennikiem (jego rozwaga i koncyliacyjność w znacznej mierze uratowały Kościół w PRL) i uważał, że Polska i Kościół potrzebują w tym momencie męczeństwa pracy, a nie męczeństwa krwi; ale przyjął te okoliczności jako okazję do ofiary.

    Przez kolejne trzy lata przebywał w Rywałdzie k. Liczbarka (przez kilka dni), Stoczku Warmińskim, Prudniku Śląskim i Komańczy. W Rywałdzie zastał w swoim pokoju na podłodze kilka książek porzuconych w pośpiechu przez poprzedniego właściciela, w tym jedną po włosku i jedną po francusku.

    Postanawiam sobie tak urządzić czas, aby zostawić jak najmniej swobody myślom dociekliwym. I dlatego po Mszy świętej (…) rozpocząłem lekturę kilku książek na zmianę, by rozmaitość tematu chroniła od znużenia. (…) Te dwie książki służyć mi mają jako ćwiczenia językowe.

    Na ścianie urządził drogę krzyżową, rysując numery stacji ołówkiem. Na początku nie mógł wychodzić na dwór, więc wędrował po pokoju w czasie modlitwy. Kiedy tylko pojawiła się możliwość wychodzenia, skwapliwie z niej korzystał, nawet przy kiepskiej pogodzie.

    Pobudka o piątej

    Najtrudniejsze warunki panowały w Stoczku. W budynku oprócz prymasa i ok. 20 strażników zamieszkali także: kapelan ksiądz Stanisław Skorodecki i siostra zakonna Leonia Graczyk, która zajmowała się sprawami domowymi. Budynek, dawny klasztor, był zniszczony i niemożliwy wprost do ogrzania. Mieszkańcy marzli i chorowali, np. prymas nabawił się poważnych problemów z nerkami.

    Nie zważając za okoliczności, prymas przygotował od razu plan dnia dla całej trójki, rozpoczynający się pobudką o 5.00 (a przecież mogli spać znacznie dłużej, zwłaszcza że temperatura nie zachęcała do wychodzenia spod kołdry!) i kończący się o 22.00. W planie znalazły się m.in.: modlitwy, posiłki, lektura książek i praca własna.

    Organizował siostrze i księdzu wykłady i naukę języków. Podczas spacerów po ogrodzie prymas i ksiądz Skorodecki odśnieżali alejki i porządkowali ogród przy użyciu narzędzi, które sami sklecili. Kardynał ze zdumieniem zanotował, że ich nadzorcy, choć nie mają żadnego zajęcia poza trwaniem na posterunku, zbijają bąki i potrafią godzinami tępo wpatrywać się w okno, a w najlepszym razie czytają romansidła. Uznał, że nie wróży to długiego trwania ustrojowi, którego byli stróżami.

    Treuga Dei

    Ksiądz i siostra zostali przywiezieni do Stoczka prosto z więzień. Jak się później okazało, oboje donosili na prymasa. Musiał on sobie zdawać sprawę z takiej możliwości, ale mimo to przygarnął ich po ojcowsku.

    Jesteśmy skazani na życie ‘we troje’. Nie będzie ono łatwe” – zapisał, ale: „To wspólny los, wspólna dola, to bliskość ludzi depczących te same deski – wszystko to jest materiałem na nową więź (…).

    Byli oboje zalęknieni, po strasznych przejściach, więc pozwalał im się wygadać i wypłakać. Starał się jednak, żeby mimo ciężkich okoliczności dominującą nutą w ich życiu była spokojna i ufna radość. W szczególnie trudnych momentach, takich jak Wigilia Bożego Narodzenia, spędzali niemal cały czas razem, żeby nie zostawiać sobie chwili na użalanie się. Jednak na co dzień, dla higieny psychicznej, każdy musiał mieć kilka godzin wyłącznie dla siebie.

    Prymas bardzo się starał, żeby nie znienawidzić strażników i ich mocodawców. Doceniał, że ci pierwsi są dla niego „dość grzeczni”, a w zapiskach nie komentował licznych złośliwości. Komendantowi wyjaśnił pewnego razu, że wprawdzie traktuje go jako przedstawiciela swoich krzywdzicieli, ale nie żywi do niego osobistej urazy. W pierwszy dzień 1954 r. zapisał:

    Pragnę zachować „treuga Dei” [pokój Boży – dop. red.] ze wszystkimi. Odnawiam najlepsze swoje uczucia dla wszystkich ludzi. Dla tych, co mnie teraz otaczają najbliżej. I dla tych dalekich, którym się wydaje, że decydują o moich losach, które są całkowicie w rękach mego Ojca Niebieskiego. Do nikogo nie mam w sercu niechęci, nienawiści czy ducha odwetu. Pragnę się bronić przed tymi uczuciami całym wysiłkiem woli i pomocą łaski Bożej. Dopiero z takim usposobieniem i z takim uczuciem mam prawo żyć. Bo dopiero wtedy moje życie będzie budowało Królestwo Boże na ziemi.

    Współżycie kłopotliwe

    Przed podobnymi wyzwaniami stanął 16 lat wcześniej św. Josemaria Escriva, założyciel Opus Dei. W Madrycie, zajętym przez komunistów i anarchistów, groziła mu śmierć jako księdzu, więc musiał się ukrywać. Przebywał w różnych miejscach pod fałszywymi tożsamościami (m.in. w sanatorium dla chorych psychicznie), a wreszcie trafił do konsulatu Hondurasu, czyli placówki dyplomatycznej, do której nie mieli wstępu żołnierze i milicjanci. Był tak wynędzniały, że kiedy przyszła go odwiedzić jego matka, w pierwszej chwili poznała go wyłącznie po głosie.

    W niewielkim domu przy Paseo de la Castellana w Madrycie ukrywało się około stu osób. Ksiądz Josemaria znalazł się tam razem z trzema młodymi mężczyznami z Dzieła i 15-letnim rodzonym bratem. Dom był zatłoczony, więc najpierw spali w pięciu pod stołem w jadalni, a późnej „awansowali” do dawnego składziku na węgiel – ciemnego, dusznego i oświetlanego gołą żarówką. Kiedy na noc rozkładali materace i płaszcze, zaściełali nimi całą podłogę. W dzień złożone materace służyły im za siedziska, a walizki trzymane na kolanach – za stoły i biurka. W domu była tylko jedna łazienka, więc dostęp do niej był ściśle reglamentowany. Tak atmosferę w panującą w konsulacie opisał A. Vázquez de Prada w książce „Założyciel Opus Dei”:

    Przy tak dużym zagęszczeniu, w niezmąconej monotonii mijających godzin, współżycie stawało się kłopotliwe. Życie uciekiniera, pozbawione nadziei na ewakuację lub koniec wojny, (…) nie miało żadnego uroku. Wskutek tego zniechęcenie nadwerężało nerwy azylantów, aż do stanu głębokiej apatii. W takiej atmosferze brakowało energii nawet na to, by jakoś zabijać czas, który upływał nieznośnie wolno, pozostawiając w duszach ziejącą dziurę niechęci i pustki. (…) Stosunki międzyludzkie w ramach tego trudnego współżycia także nie były miłe i spokojne. Stale wybuchały waśnie, ciągle podnosiły się lamenty i narzekania. Ponieważ azylanci pozbawieni byli dyscypliny wynikającej z pracy, ich myśli – jak zwierzęta w klatce – stale obracały się wokół własnych trosk, których nigdy nie brakowało, tak iż niektórzy tracili panowanie nad sobą. Ich świadomość błądziła jakby we mgle. W końcu niemal wszystkich ogarnęły dwie obsesje: głodu i strachu

    Najpiękniejsze chwile

    W dawnym składziku na węgiel panowała zupełnie inna atmosfera. Jeden z jego mieszkańców wspominał później te dni jako najpiękniejsze w swoim życiu.

    Tutaj również, podobnie jak w miejscu internowania kard. Stefana Wyszyńskigo, kluczowa była modlitwa i organizacja czasu. Mężczyźni wstawali wcześnie rano, przed innymi mieszkańcami domu. Zaczynali dzień od krótkiej medytacji, którą wygłaszał ksiądz, i od mszy świętej, którą odprawiał w ich pokoju. Na śniadanie wypijali herbatę (z żywnością były problemy, więc jedli dwa bardzo skromne posiłki dziennie). Później każdy zajmował się swoją pracą. Św. Josemaria dużo pisał – choć musiał to robić przybierając dziwne pozy, z chybotliwą walizką na kolanach. Po południu czytali i uczyli się, m.in. języków. W planie każdego dnia była też modlitwa osobista, wspólny różaniec, adoracja Najświętszego Sakramentu. Ksiądz Josemaria odwiedzał rodzinę konsula, którego żona wtedy chorowała. Jego biograf pisze:

    Jego duch zadośćuczynienia kierował się ku osłodzeniu życia najbliższym. Próbował pocieszać zmartwionych, nie stwarzać problemów we współżyciu, świadczyć drobne przysługi azylantom. Starał się nie mówić o wojnie ani o sobie samym. Znosił bez skargi głód. Panował nad swoją ciekawością. Uśmiechał się i stale okazywał dobry humor, wszystkim przekazując spokój i radość. Był uprzejmy, punktualny i uporządkowany. Ofiarowywał Bogu wyrzeczenia i przykrości, których nie brakowało.

    Mimo trudnych warunków nie rezygnował z umartwień. Np. wszyscy mieszkańcy konsulatu jak dzieci oczekiwali niedzielnej kolacji, która składała się z chleba i okruchów czekolady; a Josemaría w niedzielę nie jadł kolacji. Jeśli uznał, że zrobił coś złego, przepraszał. Ta postawa udzielała się jego towarzyszom. Inni azylanci nazywali spokojnych i pogodnych mieszkańców składziku „szepczącymi”.

    Codzienna walka

    Może ks. Josemaria Escriva i prymas Stefan Wyszyński po prostu byli z natury energiczni, pogodni, kulturalni i dobrze zorganizowani? Może nie potrafili zachowywać się inaczej? Faktycznie, obaj zostali dobrze wychowani i przez wiele lat pracowali nad swoimi charakterami, co zapewne zaowocowało męstwem w chwilach próby. Jednak te sytuacje byłyby ciężkie nawet dla osoby będącej w pełni sił, a oni obydwaj byli schorowani. Wiadomo, jak łatwo o irytację i załamanie, kiedy coś nas boli, a w dodatku siedzi nam na głowie gromada ludzi albo temperatura w pokoju spada poniżej zera!

    W obu przypadkach sytuacja była trudna również pod względem duchowym. Obaj obserwowali fiasko – jak się wówczas wydawało – przedsięwzięć, które przecież podjęli z Bożego polecenia. Boleśnie odczuwali oddalenie od ludzi, do których zostali posłani, i niepokój o ich los. Ks. Josemaria modlił się nawet o śmierć, bo uznał, że z czyśćca lepiej się przyczyni do budowania Opus Dei niż tkwiąc w kryjówce. Obaj przyjęli jednak zasadę, żeby codziennie walczyć o rzeczy, które w dobrych chwilach są oczywiste – zaufanie Bogu, spokój, pogodę ducha i niemarnowanie czasu.

    Okazało się, że plany Boże wobec nich przewidują jeszcze długie życie i dużo pracy, radości i trosk. Św. Josemaria Escriva z trzema towarzyszami w październiku 1937 r. opuścił Madryt i przeszedł do strefy zajętej przez frankistów. Prymas Wyszyński wyszedł na wolność w 1956 r. Pierwszy zmarł w 1975 r., drugi – w 1981 r.

    Joanna Operacz – 25.03.20/Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________

    Życie do naśladowania

    Życie do naśladowania

    Kim był Josemaria Escriva, założyciel Opus Dei?

    9 stycznia 1902 roku, w Barbastro w Hiszpanii, przyszedł na świat Josemaria Escriva. Ojciec Jose Escriva y Corzan pochodził ze szlacheckiej rodziny, a wraz z matką Marią de los Dolores Albas y Blanc stworzył rodzinę odznaczającą się pobożnością i chrześcijańskim życiem. W latach 1910-1913 całą rodzinę, a w szczególności kilkuletniego chłopca, doświadczyła śmierć jego trzech sióstr. Wydawało się, że on może być następny. Z kolei bankructwo firmy ojca – który z większym zaangażowaniem pomagał pracownikom zagrożonym utratą pracy niż ratowaniem przedsiębiorstwa -gwałtownie zmieniło sytuację materialną rodziny.

    W 1918 roku rozpoczął studia w Seminarium w Logrono, a następnie od roku 1920 kontynuował je w Seminarium Św. Franciszka a Paulo w Saragossie. Od 1922 roku pełnił tam obowiązki przełożonego seminarzystów. Niezależnie od studiów teologicznych w roku 1923 podjął studia w zakresie prawa cywilnego na Uniwersytecie w Saragossie.

    28 marca 1925 roku otrzymał święcenia kapłańskie. Kilka miesięcy wcześniej zmarł jego ojciec. Posługę kapłańską zaczął pełnić w parafii Perdiguera, a następnie w Saragossie. Wiosną 1927 roku przeniesiony do Madrytu prowadził pracę w biednych i opuszczonych dzielnicach podmiejskich, zajmując się także ludźmi nieuleczalnie chorymi i umierającymi w szpitalach. Był kapelanem Patronatu dla Chorych – dzieła Zgromadzenia Dam Apostolskich Przenajświętszego Serca Jezusowego. Docierając do chorych i ubogich w najbardziej oddalonych dzielnicach Madrytu wiedział, że najważniejsza w tej posłudze jest modlitwa i Msza Święta.

    Kontynuował studia doktoranckie z prawa cywilnego na Uniwersytecie w Madrycie, gdzie uzyskał doktorat. Równocześnie wykładał prawo kanoniczne i prawo rzymskie w Instituto Amado w Saragossie, a następnie prowadził te same zajęcia w madryckiej Academia Cicuendez.

    2.10.1928 roku założył – wtedy jeszcze bez tej nazwy – Opus Dei, rozszerzając jego misję 14.02.1930 roku na kobiety. Stworzył w ten sposób dla mężczyzn i kobiet różnych stanów i zawodów nową drogę polegającą na dążeniu do świętości i pełnieniu apostolstwa poprzez uświęcanie codziennej pracy w miejscu, w którym się żyje i pracuje. Wiedział, że sekretną bronią w tym dziele jest modlitwa.

    Niestety początek lat 30-tych to nie był dobry czas dla hiszpańskiego Kościoła: wraz z ogłoszeniem II Republiki pojawiła się antychrześcijańska propaganda, zlikwidowano kongregacje religijne zajmujące się szkolnictwem, rozwiązano Towarzystwo Jezusowe. W roku 1936 rozpoczęła się wojna domowa. Hiszpańska wojna była dla Opus Dei próbą szczególną – członkowie Dzieła znaleźli się na różnych frontach po obu stronach konfliktu.

    Dla stworzenia warunków do rozwoju Opus Dei, zwłaszcza dla ludzi młodych, doprowadził do utworzenia Akademii Dios y Audacia [Bóg i Odwaga], świeckiej instytucji działającej w zgodzie z prawem. Poszerza się grono członków Opus Dei, a prowadzone wtedy pogawędki i rozważania składają się na „Rozważania duchowe” i „Drogę”. Wkrótce Akademia wzbogaca się o dom studencki, w którym zamieszkuje również Josemaria Escriva. W domu, kiedy nie było studentów, 33-letni kapłan sam zajmował się sprzątaniem i czyszczeniem podłóg. W marcu 1935 roku w akademiku przy ulicy Ferraz, za zgodą biskupa, odprawiono po raz pierwszy Mszę Świętą.

    W 1934 został mianowany – pełniąc już trzy lata funkcję kapelana augustynek kontemplacyjnych – Rektorem Patronatu Św. Izabeli. Podczas hiszpańskiej wojny domowej pełnił kapłańską posługę w Madrycie i Burgos, m.in. był kapelanem chorych zakaźnie. W 1937 roku został zmuszony do opuszczenia Madrytu. Opus Dei trzeba było odbudowywać. Zniszczony był akademik Ferraz. Nowy powstał przy ulicy Jenner, a wkrótce przy Diego de Leon gdzie znalazła swoje miejsce centralna siedziba Opus Dei. Josemaria Escriva głosił rekolekcje w Walencji, Valladolid, Barcelonie, Saragossie i w wielu innych miastach Hiszpanii.

    W tym momencie pojawiły się oskarżenia o stworzenie „sekty Żydów frankomasońskich”. Trybunał stosujący „prawo represji wobec masonerii i komunizmu” wydał nakaz aresztowania Escrivy. Przed absurdalnymi oskarżeniami ratuje księdza Josemarię biskup Madrytu wydając dla Opus Dei w roku 1941 pisemną aprobatę jako dla „związku pobożnego” o zasięgu diecezjalnym. Mimo to rozmaite pomówienia pojawiały się i w późniejszych latach.

    14.02.1943 roku założył Stowarzyszenie Kapłańskie Świętego Krzyża, związane z Opus Dei, które prócz wyświęcania na księży świeckich członków Opus Dei i ich włączenia w służbę Dzieła, w następnych latach dało możliwość uczestnictwa kapłanom diecezjalnym w duchowości i ascezie Opus Dei, w dążeniu do świętości poprzez spełnianie obowiązków kapłańskich z zachowaniem wyłącznie podległości własnemu ordynariuszowi. Stowarzyszenie otrzymało od papieża Piusa XII nihil obstat.

    Od 1946 na stałe zamieszkiwał w Rzymie. Od dwóch lat nasiliły się jego kłopoty ze zdrowiem. Mimo to pracował nadal bardzo intensywnie. Był doktorem teologii Uniwersytetu Laterańskiego, doktorem honoris causa filozofii i literatury Uniwersytetu w Saragossie, Wielkim Kanclerzem Uniwersytetu w Nawarze (Hiszpania) i Piura (Peru). Przyjaźnił się z księdzem Montinim, późniejszym papieżem Pawłem VI. Był – od roku 1947 – prałatem honorowym Ojca Świętego i członkiem ad honorem Teologicznej Papieskiej Akademii Rzymskiej, Konsultorem Świętej Kongregacji Seminariów i Uniwersytetów oraz Papieskiej Komisji ds. Autentyczności Interpretacji Kodeksu Prawa Kanonicznego. W roku 1948 erygował Rzymskie Kolegium Świętego Krzyża. Opus Dei uzyskało status instytutu świeckiego.

    Po wyjściu z ciężkiej choroby, Josemaria Escriva w latach 1955-1962 odwiedził m.in. Szwajcarię, Niemcy, Francję, Belgię, Holandię, Wielką Brytanię. Wierzył, że pośrednictwo Najświętszej Maryi Panny przyniesie wolność dla krajów Europy Wschodniej i Środkowej.

    Jak pisał Rafael Gomez Perez w książce o Opus Dei Josemaria Escriva w ostatnich dwudziestu latach życia pracował tak, jak lubił, bez zbędnych ceremonii, od rana do wieczora. Opisywanie tego okresu okazuje się jednocześnie łatwe i trudne, nie było bowiem spektakularnych sukcesów. Escriva pracował nad zabezpieczeniem świeckiego charakteru Opus Dei i wciąż nierozwiązaną kwestią odpowiedniego statusu prawnego. Czuwał nad formacją członków. Plan wykładów stawiał podobne wymagania, jak program studiów na uniwersytetach papieskich.

    Z wielka troską odnosił się Escriva do przebiegu i wyników Soboru Watykańskiego. Uważał, że wprowadzenie jego postanowień będzie wielką próbą dla Kościoła. W tej intencji odwiedził w roku 1969 sanktuaria maryjne w Europie, a rok później pochylił się przed wizerunkiem Matki Bożej z Guadelupe w Meksyku. W kolejnych latach podróżował po wielu krajach Ameryki Łacińskiej rozmawiając z tysiącami ludzi o Bogu.

    W chwili jego śmierci – 26.06.1975 roku – Opus Dei liczyło około 60 tysięcy członków. Pochowany został w krypcie kościoła Matki Bożej Pokoju w Rzymie, będącego do dzisiaj siedzibą Prałatury Opus Dei. 15.09.1975 następcą J. Escriyy w kierowaniu Dziełem został wybrany bp Alvaro del Portiiio (1914-1994).

    Opinia świętości, którą cieszył się Escriva już za życia rozpowszechniła się po jego śmierci bardzo szeroko. W listach 69 kardynałów i blisko 1300 biskupów wystąpiono do Ojca Świętego z prośbami o otwarcie procesu beatyfikacyjnego i kanonizacyjnego. 30.01.1981 roku Kongregacja ds. Świętych wydała nihil obstat dla rozpoczęcia procesu, kilka dni później zatwierdzone przez Jana Pawła II.

    W latach 1981-1986 odbyły się dwa procesy kognicyjne – w Rzymie i Madrycie – na temat życia i cnót prałata Escrivy. 9.04.1990 roku Ojciec Święty ogłosił heroiczność cnót, 6.07.1991 ogłosił dekret uznający cudowny charakter uzdrowienia zawdzięczanego Josemarii Escrivie, a 17.05.1992 roku Jana Paweł II podczas uroczystości na Placu Św. Piotra dokonał beatyfikacji twórcy Opus Dei.

    Wojciech Hausner/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    25 czerwca

    Najświętsza Maryja Panna Świętogórska
    z Gostynia

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Maria Lhuilier, dziewica i męczennica
      •  Święty Wilhelm z Vercelli, opat
    ***
    Najświętsza Maryja Panna Świętogórska z Gostynia

    Cudowny obraz Matki Bożej Świętogórskiej, Róży Duchownej, znajdujący się w sanktuarium w Gostyniu, jest dziełem nieznanego wielkopolskiego artysty. Namalowany został prawdopodobnie na cyprysowej desce (145×107 cm), pochodzi z 1540 r. i posiada dużą wartość artystyczną. Przedstawia Matkę Bożą piastującą Dzieciątko Jezus na lewym ramieniu. W prawej ręce Maryja trzyma kwiat białej róży. Matkę i Dzieciątko artysta umieścił jakby na balkonie, z którego roztacza się widok na dawniejszy kościółek na Świętej Górze i na miasteczko Gostyń z połowy XVI wieku. Suknia Matki Bożej i płaszcz są bogato pofałdowane i obszyte ozdobnymi złocistymi bortami. Około bioder widoczna jest ciemnozielona przepaska z napisem: “Witaj Boża Rodzicielko”. Twarz i szyję Maryi okala delikatna, biała materia, wychylająca się spod fałdy płaszcza. W obrazie zwraca uwagę korona na głowie Madonny i druga, uniesiona przez aniołów. Wyraz twarzy i oczu Maryi jest pełen troski i miłosiernego pytania. Dziecię Jezus, poważne i pełne majestatu, trzyma w lewej ręce księgę – symbol nauczycielskiego posłannictwa, drugą rękę opiera na kuli z krzyżem – symbolu władzy i panowania nad światem.
    Łaskami słynący obraz znajduje się obecnie w pięknej bazylice, zbudowanej według planów włoskiego architekta Baltazara Longhena, twórcy weneckiej świątyni Santa Maria della Salute w XVIII wieku. Duchem i racją bytu tej pięknej świątyni jest kult Najświętszej Maryi Panny, który istniał od niepamiętnych czasów. Prawdopodobnie dawniej była czczona tu gotycka, polichromowana pieta, znajdująca się do dziś w jednym z bocznych ołtarzy.
    W czasie potopu szwedzkiego obraz MB Świętogórskiej wywieziono na Śląsk. W okresie Kulturkampfu w roku 1876, z rozkazu władz pruskich, wypędzono z Gostynia księży filipinów, a kościół zamknięto. Po 12 latach kościół otwarto, zabroniono jednak przybywać pielgrzymkom. Zakaz trwał do odzyskania niepodległości, czyli do 1918 roku. W rok później powrócili filipini, a kult Matki Bożej tak się rozwijał, że 24 czerwca 1928 r. kardynał August Hlond dokonał uroczystej koronacji obrazu Matki Bożej.
    Dzisiaj Święta Góra jest istotnym ośrodkiem życia religijnego Wielkopolski. Odbywają się tu przez cały rok zamknięte rekolekcje stanowe, niedzielne dni skupienia, spotkania różnych grup pracujących aktywnie w Kościele. Święta Góra jest ośrodkiem walki o trzeźwość narodu. Księża filipini z wielką troską i odpowiedzialnością przyjmują też grupy pielgrzymkowe, zarówno wielotysięczne w dniach odpustowych , jak i małe, przybywające przez cały rok.
    Matka Boża, niezależnie od miejsca, w którym gromadzi swoje dzieci, jest zawsze ta sama. Niewątpliwie pragnie przedstawiać swojemu Synowi nasze prośby i dlatego możemy je zanosić w różnych sprawach i potrzebach. Ale nigdy nie wolno zapominać o tym, że jako nasza troskliwa Matka chce nam przede wszystkim wskazywać drogę do Syna. Ona, Stolica Mądrości, Matka Dobrej Rady, zawsze podpowiada nam to, co służy naszemu zbawieniu; mówi przeto ustawicznie: “Zróbcie wszystko, cokolwiek wam (Syn) powie” (J 2, 5). Co więcej, przykładem swego życia uczy nas praktycznie, jak w życiu codziennym mamy pełnić wolę Bożą. W całym swoim życiu występuje w roli pokornej służebnicy Pańskiej: “Oto Ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według Twego słowa”.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ____________________________________________________________________________________

    25 czerwca

    BŁOGOSŁAWIONA DOROTA

    Stygmatyczka, która z miłości do Boga pozwoliła zamurować się w celi.

    Przewidziała klęskę krzyżaków

    Stygmatyczka, która z miłości do Boga pozwoliła zamurować się w celi. Przewidziała klęskę krzyżaków
    Bł. Dorota z Mątowów (Screenshot YouTube Telewizja Misericordia)

    ***

    Do czcicieli Doroty z Mątowów należy Benedykt XVI. W 1999 roku, jako ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary, odbył podróż do Kwidzyna. Tam w katedrze kwidzyńskiej w kaplicy błogosławionej Doroty z Mątowów modlił się przed jej wizerunkiem. Wziął wtedy kamień z grobu i jako relikwię umieścił w katedrze w Monachium.

    Dorota urodziła się 25 stycznia 1347 r. w Mątowach Wielkich koło Malborka (wówczas Gross-Montau) jako siódme z kolei dziecko. Ochrzczona została 6 lutego w miejscowym, do dzisiaj istniejącym kościele i otrzymała imię św. Doroty, patronki tego dnia.

    Rodzice Doroty, osadnicy holenderscy: Wilhelm Schwartze i Agata, cieszyli się szacunkiem otoczenia. Byli bowiem prawi, pracowici i bardzo religijni. Dorota od najmłodszych lat podejmowała intensywną pokutę. W szóstym roku życia otrzymała dar ukrytych stygmatów. Pokazywał się jej Chrystus na krzyżu, co było dla niej powodem zaostrzenia już i tak surowego trybu życia. Do pierwszej spowiedzi świętej przystąpiła, gdy miała zaledwie 6 lat, do pierwszej Komunii świętej w 10. roku życia, 8 kwietnia 1357 roku.

    Gorącym pragnieniem Doroty było życie zakonne. Nie miała jednak szczęścia spełnić tego pragnienia. Miała zaledwie 16 lat, kiedy rodzice wydali ją za starszego od niej o prawie 20 lat płatnerza gdańskiego, Adalberta (Wojciecha). Miał on przy obecnej ulicy Długiej własny, dobrze prosperujący warsztat. Dzisiaj stoi tam dom z numerem 64. W rok po ślubie, który odbył się w 1363 roku, Dorota przeniosła się na stałe do Gdańska.

    Małżeństwo okazało się niedobrane. Mąż był typowym zamożnym mieszczaninem owych czasów. Jako rzemieślnik i kupiec lubił wystawne życie towarzyskie. Bywało, że przychodził pijany. Dbał o swe znaczenie. Miał też temperament władczy i bardzo gwałtowny. Kiedy więc Dorota zaczęła codziennie uczęszczać do kościoła mariackiego na Mszę świętą oraz do dominikanów, których sobie upodobała w sposób szczególniejszy, kiedy nadal oddawała się modlitwie i uczynkom pokutnym, a korzystając ze znacznego majątku męża – również uczynkom miłosierdzia, mąż często tracił równowagę.

    Doprowadzał wówczas do awantur, bił do krwi i zamykał żonę, by nie mogła uczęszczać do kościoła. Dopiero kiedy pewnego dnia tak ją pobił, że była bliska śmierci, okazał Dorocie nadzwyczajną troskliwość w trosce o swoje “dobre” imię.

    Heroiczna cierpliwość i łagodność żony zwyciężyła. Adalbert stawał się coraz spokojniejszy i łagodniejszy, zaczął i on częściej przystępować do sakramentów. Być może do nawrócenia przyczyniły się również domowe nieszczęścia. W czasie epidemii, jaka zapanowała w roku 1373, zmarło mu naraz troje dzieci. W czasie epidemii w roku 1382 zaraza zabrała mu dalszych pięcioro dzieci, jakie mu dała Dorota. Na dziewięcioro dzieci przeżyła rodziców tylko jedna córka – Gertruda, która wstąpiła do klasztoru mniszek benedyktynek w Chełmnie.

    Razem z mężem Dorota nawiedziła w roku 1384 Akwizgran, by uczcić relikwie męki Pańskiej. Następnie wspólnie odwiedzili słynne sanktuarium Matki Bożej w Einsiedeln (Szwajcaria). Pobyt tam wywarł na nich tak silne wrażenie, że sprzedali warsztat i dom, i udali się z nową pielgrzymką do sanktuariów europejskich. Trwała ona dwa lata (1385-1387) i przebiegała wśród wielkich niewygód i niebezpieczeństw ze strony rozbójników. Małżonkowie dotarli prawdopodobnie do Santiago de Compostella i do Marsylii. W niektórych klasztorach żeńskich Dorota zetknęła się z nową formą ascezy przez zamurowanie się w klasztorze. Wreszcie Dorota w roku 1389-1390 udała się sama z pielgrzymką do Rzymu na rok jubileuszowy, ogłoszony właśnie przez papieża Urbana VI.

    W tym czasie zmarł jej mąż. Teraz wolna, mogła oddać się na wyłączną służbę Bożą. Po powrocie zamieszkała w Kwidzynie w ciasnej komórce u pobożnej niewiasty, Katarzyny Mulner, by korzystać z kierownictwa duchowego Jana z Kwidzyna (Johanna von Marienwerder). On też poparł u biskupa pomezańskiego (kwidzyńskiego) prośbę Doroty o pozwolenie na całkowite odcięcie się od świata przez zamurowanie w celi przy tamtejszym kościele katedralnym. Po półrocznej próbie Dorota otrzymała zezwolenie. 2 maja 1393 r. uroczyście wprowadzono ją do celi wymurowanej w kościele od strony prezbiterium katedry. Przez zakratowane okienko od strony kościoła przynoszono jej Komunię świętą i dawano pokarm. Do okienka jej celki od strony cmentarza przychodzić zaczęli mieszczanie w różnych swoich sprawach z prośbą o modlitwę i o poradę. Przez trzecie okno widziała niebo. W celi tej przebywała 14 miesięcy. W tym czasie otworzyły się jej stygmaty, do tej pory tylko bolesne, ale niewidoczne. Wyczerpana niezwykłą pokutą, zmarła 25 czerwca 1394 r.

    Tej niezwykłej niewieście zaczęto natychmiast po śmierci oddawać cześć jako osobie świętej. Pochowano ją w podziemiach katedry przy udziale biskupa, kapituły, wielkiej liczby kapłanów i jeszcze większej liczby wiernych. Sława jej objęła całe terytorium krzyżackie i przeszła do Polski, Niemiec i do Czech. Ponieważ liczba pielgrzymek zwiększała się z każdym dniem, biskup nakazał wybudować dla błogosławionej osobną kryptę, gdzie umieszczono jej ciało i gdzie wystawiono jej ołtarz. Działy się także przy jej grobie liczne uzdrowienia i nawrócenia.

    Z polecenia biskupa Kwidzyna i wielkiego mistrza krzyżackiego, spowiednik i kierownik duchowy Doroty, Jan z Kwidzyna (wybitny teolog, dziekan kapituły), napisał jej żywot w języku łacińskim i niemieckim. Do dnia dzisiejszego zachowało się w odpisach kilka jego egzemplarzy. Tekst niemiecki ukazał się drukiem w Malborku w roku 1492 jako pierwszy druk pomorski. Tenże Jan z Kwidzyna spisał również objawienia, jakie miała jego penitentka i jej wyznania pod tytułem Septylium, czyli siedem łask szczególnych, jakie od Boga otrzymała. Na podstawie tych dzieł, jak też na prośbę wielkiego mistrza i biskupów pruskich papież Bonifacy IX w roku 1404 polecił przeprowadzić proces kanoniczny biskupom chełmińskiemu i warmińskiemu oraz opatowi oliwskiemu. Spisano zeznania 257 świadków o cnotach błogosławionej i o doznanych niezwykłych łaskach w ośmiu obszernych fascykułach i w roku 1405 wysłano je do Rzymu. Wydarzenia dziejowe przerwały proces.

    Przy grobie Doroty modlił się król Władysław Jagiełło po zwycięstwie pod Grunwaldem (1410). Jan Długosz opisał w swojej kronice, że król został zaprowadzony do celi Doroty, “niewiasty pobożnej i świętobliwej, która wiodąc w tym miejscu życie ostre i pustelnicze, słynęła wielu cudami, lecz nie była jeszcze kanonizowana”. Podobno rekluza przed śmiercią przepowiedziała klęskę Krzyżaków.

    Kult Doroty trwał nadal w ziemi warmińskiej i chełmińskiej wśród ludności katolickiej. Na tej podstawie biskup chełmiński, Jan Lipski, dekretem z dnia 15 kwietnia 1637 roku polecił czcić Dorotę z Mątowów wraz z Jutą z Chełmży jako patronki ziemi pruskiej, a przede wszystkim diecezji chełmińskiej i pomezańskiej (Kwidzyn). Zaczęły na nowo przychodzić pielgrzymki do jej grobu. W czasie niewoli kult zamarł. Protestanckim władzom niemieckim nie zależało na tym, by rozbudzać ducha katolickiego. Po odzyskaniu niepodległości w roku 1918 biskupi warmiński i chełmiński rozpoczęli starania o jej kanonizację. W roku 1933 została wysłana petycja do Rzymu, w 1935 poparł ją biskup gdański i synod diecezjalny. Energicznie prowadzili je dalej biskup chełmiński i gdański po wojnie od 1945 roku. Zostały one wreszcie uwieńczone wynikiem pomyślnym. Dnia 9 stycznia 1976 roku Kongregacja do spraw beatyfikacji i kanonizacji zatwierdziła dekret stwierdzający heroiczność życia oraz istnienie kultu od niepamiętnych czasów. Dekret ten podpisany tego dnia przez papieża Pawła VI jest równoznaczny z aktem beatyfikacji (pleni iure). Dnia 13 grudnia 1976 roku odbyły się w związku z tym w katedrze oliwskiej uroczystości dziękczynne.

    Dorota z Mątowów to jedyna w polskiej hagiografii osoba, która wybrała formę życia rekluzy. Bardzo wcześnie zaczęła przeżywać stany mistyki w jej najwyższych formach: widzeń, poufałej rozmowy z Chrystusem, otrzymywanych nadprzyrodzonych nakazów, stanów ekstazy itp. Wyróżniała się nabożeństwem do męki Pańskiej. Jest również jedyną w polskiej hagiografii stygmatyczką, chociaż odbicia ran Chrystusa były u niej ukryte. Doznawała na miejscach tych ran niezmiernych cierpień. Jest rzeczą znamienną i nader rzadko spotykaną nawet wśród świętych, że wizje bł. Doroty pokrywały się ze świętami liturgicznymi i były z nimi silnie powiązane.

    Dorota wyróżniała się także niezwykłym nabożeństwem do Eucharystii. Spowiadała się codziennie, by mogła przyjmować codziennie Komunię świętą. Był to w owych czasach także wyjątek. Komunikowano bowiem nawet w zakonach najwyżej w święta i w niedzielę – i to za pozwoleniem spowiednika. Jej biografowie stwierdzają, że bł. Dorota miała szczególne nabożeństwo do dusz czyśćcowych i że była z nimi w żywym kontakcie. Za najprostszą drogę do doskonałości uznawała wstręt do grzechu, nawet najmniejszego, oraz całkowite oddanie się Bogu, tak aby nic nie zostawiać dla siebie. Myśl tę rozwinie potem teologicznie i uzasadni św. Jan od Krzyża (+ 1591). To oddanie zaś ma polegać na zupełnym powierzeniu się Duchowi Świętemu, który przez swoje siedmiorakie dary i nawiedziny wlewa w wybrane i oddane sobie dusze miłość, która poza Bogiem nic nie widzi i niczego nie pragnie.

    Bł. Dorota jest patronką Pomorza; kobiet, matek, odlewników.

    Do czcicieli Doroty z Mątowów należy Benedykt XVI. W 1999 roku, jako ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary, odbył podróż do Kwidzyna. Tam w katedrze kwidzyńskiej w kaplicy błogosławionej Doroty z Mątowów modlił się przed jej wizerunkiem. Wziął wtedy kamień z grobu i jako relikwię umieścił w katedrze w Monachium. Wcześniej, w 1987 r. kardynał Joseph Ratzinger wygłosił w tej katedrze obszerną homilię poświęconą błogosławionej z Kwidzyna, która jest czczona także w Bawarii.

    Postać tej rekluzy odnaleźć można w literaturze. Adam Mickiewicz wzorował na niej Aldonę z “Konrada Wallenroda”, zamurowaną na zamku w Malborku. Życie Doroty z Mątowów opisał Günter Grass w powieści Turbot (Der Butt) z 1977 r.

    brewiarz.pl/ Fronda

    ______________________________________________________________________________________________________________


    24 czerwca

    Narodzenie św. Jana Chrzciciela

    Bartolomé Esteban Murillo "Narodziny św. Jana Chrzciciela", olej na płótnie, ok. 1655 r. Muzeum Nortona Simona Pasadena
    Bartolomé Esteban Murillo “Narodziny św. Jana Chrzciciela”, olej na płótnie, ok. 1655 r. Muzeum Nortona Simona Pasadena

    *******

    Święty Jan Chrzciciel już z łona matki zapowiada przyjście Zbawiciela.

    Jego życie upłynęło na przygotowaniu dróg Pana.

    Znaczenie czystości intencji i pokory we wszystkich naszych dziełach.

    Opus Dei - Narodzenie św. Jana Chrzciciela (24 czerwca)

    Narodzenie świętego Jana Chrzciciela zostało zapo­wie­dziane Zachariaszowi przez anioła z nieba. Anioł rzekł do niego: „Nie bój się, Zachariaszu! Twoja prośba została wysłu­chana: żona twoja, Elżbieta, urodzi ci syna i nadasz mu imię Jan. Będzie to dla ciebie radość i wesele; i wielu cieszyć się będzie z jego narodzin. Będzie bowiem wielki w oczach Pana; wina i sycery pić nie będzie i już w łonie matki napełniony zostanie Duchem Świętym[1].

    To wydarzenie dziś obchodzimy, ponieważ w narodzeniu Jana Chrzciciela rozpoznajemy cudowną skuteczność odku­pienia. Kiedy tylko usłyszał pozdrowienie Najświętszej Maryi Panny, która pospieszyła odwiedzić krewną Elżbietę, dzieje się coś szczególnego: Jan Chrzciciel poruszył się w łonie swojej matki. Ten, który powie kiedyś, że idzie przed Panem, aby przygotować Mu drogi ziemi, otrzymał w tym momencie chrzest w Duchu Świętym[2].

    KIEDY BÓG POWOŁUJE STWORZENIE DO SPEŁNIENIA JAKIEJŚ SZCZEGÓLNEJ MISJI, UDZIELA MU WSZYSTKICH POTRZEBNYCH I WŁAŚ­CIWYCH ŁASK DLA SPEŁNIENIA TEGO ZADANIA.

    Kiedy Bóg powołuje stworzenie do spełnienia jakiejś szczególnej misji, udziela mu wszystkich potrzebnych i właś­ciwych łask dla spełnienia tego zadania. W przypadku świętego Jana Chrzciciela, który miał przygotować ziemskie drogi dla Pana, Bóg interweniuje nawet jeszcze przed jego urodzeniem. Dlatego liturgia odnosi do niego słowa z Księgi Izajasza: Powołał mnie Pan już z łona mej matki, od jej wnętrzności wspomniał me imię. Ostrym mieczem uczynił me usta, w cieniu swej ręki mnie ukrył. Uczynił ze mnie strzałę zaostrzoną, utaił mnie w swoim kołczanie. (…) A mówił: „To zbyt mało, iż jesteś mi sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi”[3].

    Jan zaczął swoją misję poprzednika, zanim się urodził. Wszystko zaczęło się od nawiedzenia Elżbiety przez Maryję, bo Ona jest obecna przy każdym spotkaniu duszy z Jezusem. Z Jej pomocą otrzymujemy obfite łaski, aby wypełnić wolę Bożą. Święty Ambroży, komentując czas Jej pobytu w domu swojej krewnej Elżbiety, napisał: jest zrozumiałe, że Najświętsza Maryja z jednej strony ofiaruje swoją służbę, a z drugiej, że odbywa się to przez określoną liczbę miesięcy. Nie została tyle czasu tylko dlatego, że była krewną, lecz także dla dobra pro­roka. Jeśli tyko Jej wejście spowodowało tak wielki skutek, że przy pozdrowieniu Maryi dziecko podskoczyło z radości w łonie matki i matka napełniła się Duchem Świętym, jak ocenić efekty obecności Maryi przez tak długi czas?[4].

    Wezwanie i wysłanie, powołanie i misja to dwa aspekty tej samej rzeczywistości, która obejmuje całe życie. Pan, powołując swojego poprzednika, powierza mu zadanie dla dobra całej ludzkości: Wielu spośród synów Izraela nawróci się do Pana, ich Boga; on sam pójdzie przed Nim w duchu i z mocą Eliasza, żeby serca ojców nakłonić ku dzieciom (…), by przygotować Panu lud doskonały[5].

    WEZWANIE I WYSŁANIE, POWOŁANIE I MISJA TO DWA ASPEKTY TEJ SAMEJ RZECZYWISTOŚCI, KTÓRA OBEJMUJE CAŁE ŻYCIE.

    Całe życie świętego Jana Chrzciciela będzie wiernym odbiciem tych słów anioła, gdyż upłynie całe na przygotowaniu dusz na spotkanie z Chrystusem. Daleki był od jakiegokolwiek osobistej korzyści, jego jedyny cel stanowiło prowadzenie ludzi do Chrys­tusa. Ewangelia mówi, że przy pewnej okazji powstał spór między uczniami Jana a pewnym Żydem w sprawie oczysz­czenia. Przyszli więc do Jana i powiedzieli do niego: Nau­czy­cielu, oto Ten, który był z tobą po drugiej stronie Jordanu i o którym ty wydałeś świadectwo, teraz udziela chrztu i wszyscy idą do Niego. Na to Jan odrzekł: „Człowiek nie może otrzymać niczego, co by mu nie było dane z nieba. Wy sami jesteście mi świad­kami, że powiedziałem: Ja nie jestem Mesjaszem, ale zostałem przed Nim posłany”[6].

    Jan pokornie wyznaje, że jego rola jest ograniczona. Wie, jaki jest zakres działania, który otrzymał z nieba i wie, że jego misja podporządkowana jest misji Chrystusa. Nie kieruje nim pragnienie, żeby błyszczeć przed tłumami swoim światłem ani żeby zbierać pochwały za swoją naukę i za to, ile osób go słuchało. Przeciwnie, nic go tak nie cieszy jak fakt, że owoce jego pracy mogą zacząć być zbierane przez prawdziwego Pana dusz, Jezusa Chrystusa. Ten, kto ma oblubienicę, jest oblu­bień­cem; a przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, doznaje naj­wyższej radości na głos oblubieńca. Ta zaś moja radość doszła do szczytu. Trzeba, by On wzrastał, a ja żebym się umniejszał[7].

    “Boże, Ty powołałeś świętego Jana Chrzciciela, aby przy­gotował Twój lud na przyjście Chrystusa Pana, udziel Twojemu Kościołowi daru radości w Duchu Świętym i skieruj dusze wszystkich wiernych na drogę zbawienia i pokoju”[8].

    Postać świętego Jana Chrzciciela to przykład prawości intencji, “bo wy i ja, przechodząc przez świat bez zwracania na siebie uwagi, bez żadnych sekretów, mamy być tak jak Jan świad­kami Jezusa Chrystusa: walcząc, starając się z Bożą pomocą być lepszymi”[9].

    Naszym hasłem jest to samo, co mówił Jan Chrzciciel: Illum oportet crescere, me autem minui, trzeba, aby Chrystus wzrastał, a ja żebym stawał się coraz mniejszy. Dlatego naszą największą ambicją – prawdziwą chwałą Dzieła – jest żyć bez chwały ludzkiej, aby tylko dla Boga była cała chwała, soli Deo honor et gloria[10].

    Przykład Poprzednika, który składa całą swoją pracę u stóp Chrystusa, zachęca nas, abyśmy prosili Boga o głębokie oddanie. “Wyobrażam sobie, że wszyscy robicie postanowienie bycia bardzo pokornymi. Unikniecie w ten sposób w życiu wielu przykrości i będziecie jak dorodne drzewo, ale nie o do­rodnych liściach, lecz owocach. Kiedy owoce są puste, kiedy nie mają mięsistego i słodkiego miąższu, nic nie ważą, a drzewo wznosi gałęzie do góry, to ta jego próżność! Kiedy natomiast owoce są dojrzałe, kiedy są pełne słodkiego i smacznego miąższu, wtedy gałęzie się uginają, pokornie opadają w dół. Chcę, by takie były moje dzieci; takim chciałbym być ja sam, jeśli mi pomożecie. Chcę być jak drzewo, które daje dużo owoców, które podoba się Panu i duszom, bo wszystko czyni dobrze. Zatem pokora. Poprośmy o to Najświętszą Maryję Pannę, naszą Matkę. W końcu po coś chciałem, abyście mieli zawsze na ustach, jak czarujący komplement skierowany do Niej, słowa Ancilla Domini! (służebnica pańska).”[11]

    Jose Antonio Loarte


    [1] Msza w wigilię, Ewangelia (Łk 1,13-15).

    [2] Św. Josemaría Escrivá, Notatki ze spotkania, 27 VII 1974.

    [3] Pierwsze czytanie (Iz 49,1-7).

    [4] Św. Ambroży, Expositio Evangelii secundum Lucam 2,29.

    [5] Msza w wigilię, Ewangelia (Łk 1,16-17).

    [6] J 3,25-28.

    [7] J 3,29-30.

    [8] Kolekta.

    [9] Św. Josemaría Escrivá, Notatki ze spotkania, 1968, s. 655.

    [10] Św. Josemaría Escrivá, List, 9 I 1932, 81.

    [11] Św. Josemaría Escrivá, Notatki ze spotkania, 27 XII 1972.

    Opus Dei.pl

    ***********

    Święty Jan Chrzciciel

    Święty Jan Chrzciciel

    Imię Jan jest pochodzenia hebrajskiego i oznacza tyle, co “Bóg jest łaskawy”. Jan Chrzciciel urodził się jako syn kapłana Zachariasza i Elżbiety (Łk 1, 5-80). Jego narodzenie z wcześniej bezpłodnej Elżbiety i szczególne posłannictwo zwiastował Zachariaszowi archanioł Gabriel, kiedy Zachariasz jako kapłan okadzał ołtarz w świątyni (Łk 1, 8-17). Przyszedł na świat sześć miesięcy przed narodzeniem Jezusa (Łk 1, 36), prawdopodobnie w Ain Karim leżącym w Judei, ok. 7 km na zachód od Jerozolimy. Wskazuje na to dawna tradycja, o której po raz pierwszy wspomina ok. roku 525 niejaki Teodozjusz. Przy obrzezaniu otrzymał imię Jan, zgodnie z poleceniem anioła. Z tej okazji Zachariasz wyśpiewał kantyk, w którym sławi wypełnienie się obietnic mesjańskich i wita go jako proroka, który przed obliczem Pana będzie szedł i gotował mu drogę w sercach ludzkich (Łk 1, 68-79). Kantyk ten wszedł na stałe do liturgii i stanowi istotny element codziennej porannej modlitwy Kościoła – Jutrzni. Poprzez swoją matkę, Elżbietę, Jan był krewnym Jezusa (Łk 1, 36).
    Św. Łukasz przekazuje nam w Ewangelii następującą informację: “Dziecię rosło i umacniało się w duchu i przebywało na miejscach pustynnych aż do czasu ukazania się swego w Izraelu” (Łk 1, 80). Można to rozumieć w ten sposób, że po wczesnej śmierci rodziców będących już w wieku podeszłym, Jan pędził żywot anachorety, pustelnika, sam lub w towarzystwie innych. Nie jest wykluczone, że mógł zetknąć się także z esseńczykami, którzy wówczas mieli nad Morzem Martwym w Qumran swoją wspólnotę. Kiedy miał już lat 30, wolno mu było według prawa występować publicznie i nauczać. Podjął to dzieło nad Jordanem, nad brodem w pobliżu Jerycha. Czasem przenosił się do innych miejsc, np. Betanii (J 1, 28) i Enon (Ainon) w pobliżu Salim (J 3, 23). Swoje nauczenie rozpoczął w piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza (Łk 3, 1), czyli w 30 r. naszej ery według chronologii, którą się zwykło podawać.

    Święty Jan Chrzciciel

    Jako herold Mesjasza Jan podkreślał z naciskiem, że nie wystarczy przynależność do potomstwa Abrahama, ale trzeba czynić owoce pokuty, trzeba wewnętrznego przeobrażenia. Na znak skruchy i gotowości zmiany życia udzielał chrztu pokuty (Łk 3, 7-14; Mt 3, 7-10; Mk 1, 8). Garnęła się do niego “Jerozolima i cała Judea, i wszelka kraina wokół Jordanu” (Mt 3, 5; Mk 1, 5). Zaczęto nawet go pytać, czy przypadkiem on sam nie jest zapowiadanym Mesjaszem. Jan stanowczo rozwiewał wątpliwości twierdząc, że “Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie: ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów” (Mt 3, 11). Na prośbę Chrystusa, który przybył nad Jordan, Jan udzielił Mu chrztu. Potem niejeden raz widział Chrystusa nad Jordanem i świadczył o Nim wobec tłumu: “Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1, 29. 36). Na skutek tego wyznania, przy Chrystusie Panu zjawili się dwaj pierwsi uczniowie – Jan i Andrzej, którzy dotąd byli uczniami św. Jana (J 1, 37-40).
    Na działalność Jana szybko zwrócili uwagę starsi ludu. Bali się jednak jawnie przeciwko niemu występować, woleli raczej zająć stanowisko wyczekujące (J 1, 19; Mt 3, 7). Osobą Jana zainteresował się także władca Galilei, Herod II Antypas (+ 40), syn Heroda I Wielkiego, który nakazał wymordować dzieci w Betlejem. Można się domyślać, że Herod wezwał Jana do swojego zamku, Macherontu. Gorzko jednak pożałował swojej ciekawości. Jan bowiem skorzystał z tej okazji, aby rzucić mu prosto w oczy: “Nie wolno ci mieć żony twego brata” (Mk 6, 18). Rozgniewany król, z poduszczenia żony brata Filipa, którą ku ogólnemu oburzeniu Herod wziął za własną, oddalając swoją żonę prawowitą, nakazał Jana aresztować. W dniu swoich urodzin wydał ucztę, w czasie której, pijany, pod przysięgą zobowiązał się dać córce Herodiady, Salome, wszystko, czegokolwiek zażąda. Ta po naradzeniu się z matką zażądała głowy Jana. Herod nakazał katowi wykonać wyrok śmierci na Janie i jego głowę przynieść na misie dla Salome (Mt 14, 1-12). Jan miał wtedy trzydzieści kilka lat.

    Święty Jan Chrzciciel

    Jezus wystawił Janowi świadectwo, jakiego żaden człowiek z Jego ust nie otrzymał: “Coście wyszli oglądać na pustyni? (…) Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: Oto ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” (Mt 11, 7-11; Łk 7, 24-27).

    Jan Chrzciciel jako jedyny wśród świętych Pańskich cieszy się takim przywilejem, iż obchodzi się jako uroczystość dzień jego narodzin. U wszystkich innych świętych obchodzimy jako święto dzień ich śmierci – czyli dzień ich narodzin dla nieba. Ponadto w kalendarzu liturgicznym znajduje się także wspomnienie męczeńskiej śmierci św. Jana Chrzciciela, obchodzone 29 sierpnia.
    W Janie Chrzcicielu uderza jego świętość, życie pełne ascezy i pokuty, siła charakteru, bezkompromisowość. Był pierwszym świętym czczonym w całym Kościele. Jemu dedykowana jest bazylika rzymska św. Jana na Lateranie, będąca katedrą papieża. Jan Chrzciciel jest patronem Austrii, Francji, Holandii, Malty, Niemiec, Prowansji, Węgier; Akwitanii, Aragonii; archidiecezji warszawskiej i wrocławskiej; Amiens, Awinionu, Bonn, Florencji, Frankfurtu nad Menem, Kolonii, Lipska, Lyonu, Neapolu, Norymbergi, Nysy, Wiednia, Wrocławia; jest patronem wielu zakonów, m. in. joannitów (Kawalerów Maltańskich), mnichów, dziewic, pasterzy i stad, kowali, krawców, kuśnierzy, rymarzy; abstynentów, niezamężnych matek, skazanych na śmierć. Jest orędownikiem podczas gradobicia i w epilepsji.

    Święty Jan Chrzciciel




    W ikonografii św. Jan przedstawiany jest jako dziecko, młodzieniec lub mąż ascetyczny, ubrany w skórę zwierzęcą albo płaszcz z sierści wielbłąda. Jego atrybutami są: Baranek Boży, baranek na ramieniu, na księdze lub u stóp, baranek z kielichem, chłopiec bawiący się z barankiem, głowa na misie, krzyż. W tradycji wschodniej, zwłaszcza w ikonach, ukazywany jest jako zwiastun ze skrzydłami.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ************

    Najmniejszy, a największy

    Jan Chrzciciel, ostatni prorok Starego Testamentu, przygotował naród na przyjście Mesjasza.
    JAN CHRZCICIEL, ostatni prorok Starego Testamentu, przygotował naród na przyjście Mesjasza/ fot. H.Przondziono/Gość Niedzielny

    ****

    Wspomnienia świętych przypadają najczęściej w dniu ich śmierci. Jest tylko jeden święty, obok Maryi Panny, którego Kościół szczególnie czci na pamiątkę jego narodzin.

    Dziecko jest zawsze błogosławieństwem, niezależnie od okoliczności, w jakich się pojawiło na tym świecie. Szczególnie mocno błogosławieństwo to odczuwają osoby, które Bóg obdarzył potomstwem po długim czasie oczekiwania albo w sytuacji, gdy według ludzkich kryteriów nie było to możliwe. Biblia opisuje kilka takich przypadków. Każdy z nich wiązał się z nadzwyczajnym posłannictwem ludzi urodzonych w takich okolicznościach. Tak było z narodzeniem Izaaka, poczętym przez Sarę w późnej starości, tak było z Samsonem, urodzonym przez niepłodną wcześniej żonę Manoacha, tak było z Samuelem, którego wymodliła niepłodna Anna. Tak wreszcie było z Janem Chrzcicielem – największym między narodzonymi z niewiast.

    Poprzednik

    Piękna jest okolica Ain Karim. Skaliste wzniesienia porasta stosunkowo obfita zieleń. Strome zbocza porośnięte drzewami dają nieco cienia w upale, który trwa tam przez większość roku. Dziś to miejsce jest dzielnicą Jerozolimy, ale dwa tysiące lat temu też zapewne miało związek ze stolicą, choćby ze względu na bliskość świątyni. Mogło to mieć znaczenie dla służących w niej kapłanów, takich jak Zachariasz, który według tradycji mieszkał w tej miejscowości wraz z żoną Elżbietą. Tam też, mimo ich zaawansowanego wieku, miał urodzić się ich syn Jan Chrzciciel.

    Pojawienie się Jana jest ściśle związane z przyjściem Zbawiciela. „Oto Ja wyślę anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną, a potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie, i Anioł Przymierza, którego pragniecie” – prorokował o nim pięć wieków wcześniej Malachiasz.

    Jan wyprzedził Jezusa o pół roku. Jego urodzenie zostało poprzedzone serią nadzwyczajnych znaków, poczynając od zapowiedzi z ust anioła, jaką usłyszał przyszły ojciec proroka w czasie służby w świątyni.

    „A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną” – usłyszała Maryja od archanioła Gabriela w chwili zwiastowania. Pod wpływem tej wiadomości wybrała się do swej krewnej, a spotkanie dwóch matek oczekujących potomstwa stało się też przedziwnym prenatalnym spotkaniem ich synów. „Oto skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie” – zawołała Elżbieta. Jan spotkał się więc ze swoim boskim kuzynem, jeszcze zanim obaj opuścili łona matek, i już wtedy został uświęcony mocą Ducha Świętego.

    Kimże będzie?

    Niezwykłe znaki poprzedzające narodzenie Jana Chrzciciela musiały być tak liczne i wyraźne, że zauważyli to ludzie z otoczenia. U Łukasza czytamy, że gdy Elżbieta urodziła syna, „jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się z nią razem”.

    Ale nie tylko rodzina i sąsiedzi byli podekscytowani. To była rzecz z gatunku „o tym się mówi”. Kulminacją sensacji był ósmy dzień, gdy ludzie przyszli, „aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza”. Usłyszeli wtedy od Elżbiety, że ma mieć na imię Jan (znaczenie: Jahwe jest łaskawy), co samo w sobie było zdumiewające, bo nie było zwyczaju nadawania dzieciom imion, których nie było w rodzie. Gdy decyzję żony potwierdził Zachariasz i gdy w tej chwili odzyskał mowę, wszyscy uświadomili sobie, że są świadkami spełniania się niezwykłych tajemnic. Ze zdumieniem patrzeli na kapłana, który po dziewięciu miesiącach milczenia śpiewa w uniesieniu hymn uwielbienia. „A i ty, dziecię, prorokiem Najwyższego zwać się będziesz, bo pójdziesz przed Panem, torując Mu drogi; Jego ludowi dasz poznać zbawienie [co się dokona] przez odpuszczenie mu grzechów, dzięki litości serdecznej Boga naszego” – niosły się słowa proroczej pieśni.

    „W całej górskiej krainie Judei rozpowiadano o tym wszystkim, co się zdarzyło. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: »Kimże będzie to dziecię?«. Bo istotnie ręka Pańska była z nim” – czytamy.

    Tak istotnie było – Jan poszedł przed Panem, torując Mu drogi. Zanim jednak świat usłyszał z jego ust potężne wezwanie do nawrócenia, on „rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem”.

    Prowadził surowy tryb życia. „Nosił odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a jego pokarmem była szarańcza i miód leśny” – dowiadujemy się z Ewangelii.

    Gdy nadszedł czas, pojawił się nad Jordanem. Wołał, że czas się nawrócić, „bo bliskie jest królestwo niebieskie”. Te słowa musiały brzmieć potężnie i w niezwykły sposób rezonować w duszach, skoro „ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem”. Skruszeni ludzie ze wszystkich warstw społecznych wyznawali swoje grzechy i przyjmowali chrzest, pytając pokornie, jak mają dalej żyć. Oznacza to, że pochodzący od Boga autorytet Jana był olbrzymi i niekwestionowany. Nic dziwnego, że gromadzili się wokół niego uczniowie, których on nauczył zwracania się do Boga. Ślad tego znajdujemy u Łukasza: „Gdy Jezus przebywał w jakimś miejscu na modlitwie i skończył ją, rzekł jeden z uczniów do Niego: Panie, naucz nas się modlić, jak i Jan nauczył swoich uczniów”.

    Chwila ciemności

    Z kart Ewangelii przebija pokora Jana Chrzciciela. Mimo olbrzymiego wpływu, jaki wywierał na społeczeństwo, w żaden sposób nie wykorzystywał tego dla siebie. O Jezusie mówił, że nie jest godzien rozwiązać rzemyka u Jego sandałów.

    „Ja nie jestem Mesjaszem, ale zostałem przed Nim posłany” – tłumaczył ludziom. Dlatego też, gdy pewnego dnia Jezus poprosił go o chrzest, Jan powstrzymywał Go, mówiąc: „To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?”.

    Nie był zależny od żadnych ludzkich opinii i wpływów. Gdy uznał, że trzeba komuś wytknąć grzech, nie powstrzymywały go żadne względy. Gdy Herod Antypas uwikłał się w grzeszny związek z Herodiadą, swoją szwagierką, Jan otwarcie mu powiedział: „Nie wolno ci mieć żony twego brata”.

    Znamienna była reakcja tetrarchy. Wprawdzie podpuszczony przez Herodiadę kazał pojmać Jana i uwięził go, jednak nie odważył się go zabić. „Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał” – zapisał ewangelista Marek.

    To jednak był już ostatni etap Janowej drogi. Siedząc w więzieniu, musiał doznawać wewnętrznych ciemności, skoro odwiedzających go uczniów posłał do Jezusa z pytaniem: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?”. Jezus w odpowiedzi powołał się na swoje czyny. „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię” – powiedział. I dodał: „A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”.

    Tuż po tym padło niezwykłe świadectwo o Janie, które Jezus wypowiedział do tłumów: „Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on”.

    Nadchodził kres życia Jana. Kres właściwy prorokom, bo męczeński. Herodiada wykorzystała nadarzającą się okazję i doprowadziła do ścięcia proroka w więzieniu.

    „Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie” – czytamy w Ewangelii.

    Niech On wzrasta

    Przypadająca 24 czerwca uroczystość Narodzenia św. Jana to jedno z najstarszych świąt ku czci świętych. Święty Augustyn zwrócił uwagę na jego pewną zależność od Bożego Narodzenia. To pierwsze wypada tuż po letnim przesileniu, gdy dni zaczynają się skracać. Natomiast pamiątka narodzin Zbawiciela wypada w przesilenie zimowe, gdy słońce „pokonuje ciemności” i dni zaczynają się wydłużać. Augustyn dostrzegł w tym symboliczne spełnienie się bodaj najbardziej wzruszającego zdania, jakie wypowiedział Jan o swojej relacji do Jezusa: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał”.•

    Franciszek Kucharczak/Gość Niedzielny

    ***************

    Największy z proroków

    Giovanni Battista Tiepolo „Jan Chrzciciel nauczający” fresk, 1732–1733, kaplica Colleonich, Bergamo

    Giovanni Battista Tiepolo „Jan Chrzciciel nauczający” fresk, 1732–1733, kaplica Colleonich, Bergamo

    ****

    Dziś w Kościele świętujemy uroczystość narodzin św. Jana Chrzciciela, największego z proroków, który udzielił chrztu Jezusowi Chrystusowi i osobiście wskazał Go jako zapowiadanego Zbawiciela świata.

    Dzieje św. Jana znamy bezpośrednio z Ewangelii. Jego narodzinom towarzyszyły cudowne wydarzenia. Zapowiedziany przez Archanioła Gabriela począł się, gdy jego rodzice Elżbieta i Zachariasz byli już staruszkami. Z powodu niedowierzania w poczęcie syna Zachariasz stracił mowę, którą odzyskał dopiero po narodzeniu chłopca. Jan był o pół roku starszy od Jezusa, a obaj spotkali się po raz pierwszy będąc jeszcze w łonach matek. Podczas spotkania z Maryją, Matką Jezusa, Elżbieta, która była w szóstym miesiącu ciąży, krzyknęła ucieszona: “A skądże mi to, że matka mojego Pana przychodzi do mnie. Oto gdy zabrzmiał w moich uszach głos twojego pozdrowienia poruszyło się dzieciątko w mym łonie”. Ojcowie Kościoła tłumaczyli ten fragment Ewangelii, mówiąc, że św. Jan, czując bliskość Pana, podskoczył z radości.


    Przez wiele lat św. Jan przebywał na pustyni, był prorokiem wzywającym do nawrócenia. Udzielał chrztu w Jordanie. Celem tego chrztu było przygotowanie do nawrócenia oraz zapowiedź chrztu nowotestamentalnego. Chrzest z rąk Jana przyjął Jezus. Teologowie tłumaczą, że w ten sposób Mesjasz uświęcił wody Jordanu. Dzięki temu woda służy do chrztu świętego, który jest pierwszym i najważniejszym sakramentem dla chrześcijan.

    Jan Chrzciciel stał się obrońcą małżeństwa, ponieważ skarcił władcę, Heroda, za cudzołóstwo. Potępiał publicznie jego związek z Herodiadą, żoną brata. Za tę śmiałą obronę trwałości małżeństwa i czystości obyczajów poniósł śmierć męczeńską. Podczas uczty król Herod przysiągł córce Herodiady, Salome, że spełni każde jej życzenie, ta, namówiona przez swoją matkę, zażądała głowy Jana Chrzciciela. Prorok został ścięty, a jego głowę podano na tacy Salome. Jezus Chrystus powiedział, że między narodzonymi z niewiast nie było większego człowieka od Jana Chrzciciela.

    Jan Chrzciciel jest jednym z najbardziej czczonych świętych. Wyjątkowo Kościół obchodzi uroczystość ku jego czci przede wszystkim w dzień narodzin, a nie – jak zwykle w przypadku świętych – w dzień śmierci, choć także w liturgii czczony jest dzień męczeńskiej śmierci Jana.

    Co najmniej od IV w. powstawały świątynie ku czci świętego, z których najbardziej znana jest bazylika św. Jana na Lateranie, katedra biskupa Rzymu.

    **************

    Prorok znad Jordanu - św. Jan Chrzciciel
    św. Jan Chrzcicel / El Greco

    Prorok, który poprzedził Słowo

    Nad rzeką Jordanem. Tam się zaczął urząd nauczycielski Chrystusa. Tam miał miejsce przyszły chrzest Chrystusa, bo przyjął chrzest uprzednio gotując drogę i wołając: „Gotujcie drogę Pańską, torujcie ścieżki jego”. Pan chciał być ochrzczony przez sługę, aby ci, którzy chrzczeni są przez Pana, widzieli co otrzymują. Stąd więc zaczyna się, skąd zapowiedziane jest proroctwem: „Będzie panował od morza aż do morza i od rzeki aż do krańców okręgu ziemi”


    Nad tą rzeką, gdzie Chrystus rozpoczął władanie, ujrzał Jan Chrystusa, poznał i dał świadectwo. Ukorzył się przed potężnym, aby być wywyższonym przez potężnego. Czy nazwał się przyjacielem Oblubieńca, ozy może równym? Broń Boże, znacznie niższym. O ile niższym? „Nie jestem godzien, powiada, rozwiązać rzemyka trzewików jego”.


    Ten prorok, owszem więcej niż prorok, zasłużył na to, by być zapowiedzianym przez proroka. O nim bowiem powiedział Izajasz: „Głos wołającego na puszczy: Gotujcie drogę Pańską, proste czyńcie na puszczy ścieżki Boga naszego. Każda dolina będzie podniesiona, a każda góra i pagórek będzie poniżony: i będą krzywe prostymi, a ostre drogami gładkimi. I objawi się chwała Pańska, i ujrzy wszelkie ciało społem, że usta Pańskie mówiły. – Głos mówiącego: Wołaj! I rzekłem: Co będę wołał? Wszelkie ciało trawa, a wszelka chwała jego jako kwiat polny. Uschła trawa i opadł kwiat, bo duch Pański wionął nań, lecz słowo Pańskie trwa na wieki”.

    Zważcie, najmilsi, że Jan zapytany, kim jest, czy Chrystusem, czy Eliaszem, czy jest prorokiem, odpowiada: „Nie jestem Chrystusem, ani Eliaszem, ani prorokiem. A oni: Kimże więc jesteś? Jam głos wołającego na puszczy”. Nazwał się głosem. Masz Jana jako głos. Za kogo masz Chrystusa, jeśli nie jako Słowo?


    Wydaje się naprzód głos, aby potem pojąć Słowo. O jakie chodzi Słowo? Posłuchaj jak wyraźnie objaśnia: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, a Bogiem było Słowo. To było na początku u Boga. Wszystko przez nie się stało, a bez niego nic się nie stało, co się stało”.

    Skoro wszystko, a więc i Jan. Cóż dziwnego, że Słowo uczyniło sobie głos? Spójrz, spójrz na obu mad rzeką, na głos i na Słowo. Głosem Jan, Słowem Chrystus.


    Św. Augustyn, Kazanie 288, Na dzień urodzin św. Jana Chrzciciela. Głos a Słowo., w: Św. Augustyn, Wybór mów, Warszawa 1973, s. 192-193.

    PCh24.pl

    ***************************

    11 faktów na temat Jana Chrzciciela


    11 rzeczy które powinieneś wiedzieć na temat Jana Chrzciciela

    Jan Chrzciciel pozostaje jedną z najwybitniejszych, a zarazem najbardziej tajemniczych postaci w Nowym Testamencie. Wspominają o nim również źródła wykraczające poza tę świętą księgę. Oto 11 faktów, które warto o nim znać i przekazać dalej…

    Wspomnienie Jana Chrzciciela przypada na 29 sierpnia. Zdaniem Jimmy’ego Akin’a z portalu National Catholic Register, jest to doskonały czas, by przyjrzeć się dokładnie postaci tego chrześcijańskiego proroka.

    1) W jaki sposób Jan Chrzciciel był spokrewniony z Panem Jezusem?

    Powiązanie Jezusa z Janem Chrzcicielem wynikało z pokrewieństwa ich matek. W Ewangelii św. Łukasza (1,36) Elżbieta określana jest jako „krewna” Maryi, co oznacza, że kobiety te były ze sobą w jakiś sposób związane poprzez powinowactwo lub krew. Najprawdopodobniej była to relacja krwi, ale ani szczególnie bliska, ani odległa. Elżbieta, będąc w podeszłym wieku, mogła być ciotką Maryi lub jedną z wielu rodzajów „kuzynek”. Nie można dokładniej określić tej zależności. Nie zmienia to jednak faktu, że Pan Jezus i Jan byli kuzynami w tym czy innym znaczeniu tego słowa.

    2) Kiedy rozpoczęła się posługa Jana Chrzciciela?

    Święty Łukasz podaje nam datę rozpoczęcia posługi Jana. Pisze: „Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara. (…) skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów” (Łk, 3, 1-3).

    „Piętnasty rok Tyberiusza Cezara” można wprost rozumieć jako odniesienie do 29 roku po narodzeniu Chrystusa. To historyczne umiejscowienie na osi czasu jest ważne również dlatego, że św. Łukasz sugeruje, jakoby publiczne nauczanie Pana Jezusa rozpoczęło się wkrótce po Janie, co umiejscawia prawdopodobną datę chrztu Zbawiciela w 29 lub wczesnym 30 roku.

    3) Dlaczego Jan przyszedł chrzcić?

    Pismo Święte przedstawia nam kilka powodów, dlaczego tak się stało. Jan Chrzciciel przyjął rolę prekursora lub zwiastuna Mesjasza i miał przygotować ludzi na jego przyjście niczym Eliasz, wzywając naród do pokuty. W związku z tym chrzcił ludzi na znak ich skruchy. Prorok przyszedł również, aby zidentyfikować i ogłosić Mesjasza. Według Jana Chrzciciela: „Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi” (J, 1, 31).

    Identyfikacja ta została dokonana, gdy ochrzcił Jezusa: „Ujrzałem Ducha, który jak gołębica zstępował z nieba i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym (J, 1, 32-34).

    4) Jak aresztowanie Jana wpłynęło na Jezusa?

    Ewangelie wskazują, że wczesne okresy posługi – zarówno Jana Chrzciciela, jak i Pana Jezusa – dokonywały się w Judei, w południowej części Izraela. Jednak Jan został aresztowany przez Heroda Antypasa, władcę Galilei i Perei, które obejmowały część pustyni nieopodal Jerozolimy. To właśnie przyczyniło się do rozpoczęcia nauczania przez Mesjasza w Galilei: „Gdy [Jezus] posłyszał, że Jan został uwięziony, usunął się do Galilei” (Mt 4,12).

    5) Czego Jan uczy nas o moralności w pracy?

    Całkiem sporo! Pewnego razu Jan Chrzciciel został zapytany zarówno przez poborców podatków, jak i żołnierzy o to, co powinni zrobić, aby „mieć rację u Boga”. Warto nadmienić, że sprawowanie obydwu wspomnianych funkcji wymagało współpracy z Cesarstwem Rzymskim, dlatego pytający zastanawiali się, czy nie musieliby zrezygnować z posad. Jan pouczał ich, że nie ma takiej potrzeby, ale by wykonywali swoją pracę w sposób sprawiedliwy. Jest to dla nas dzisiaj ważne, bowiem tak wielu z nas musi współpracować z pracodawcami, państwami i korporacjami częściowo zaangażowanymi w niemoralne działania. Czytamy: „Przychodzili także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i pytali go: Nauczycielu, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nie pobierajcie nic więcej ponad to, ile wam wyznaczono. Pytali go też i żołnierze: A my, co mamy czynić? On im odpowiadał: Nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na swoim żołdzie” (Łk, 3,12-14).

    6) Czy Jan Chrzciciel Eliasz ponownie się odrodził?

    Nie. W czasach Jezusa uczeni w Piśmie przewidywali, że Eliasz powróci przed przyjściem Mesjasza. W pewnym momencie Jezus dyskutując o Janie Chrzcicielu powiedział: „A jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść” (Mt 11, 14). To skłoniło niektórych do głoszenia, że Jan Chrzciciel był odrodzonym Eliaszem. Wiąże się to z kilkoma problemami – chociażby takim, że Eliasz nigdy nie umarł, został wcielony do Nieba – nie mógł zostać ponownie wcielony. Identyfikując Jana Chrzciciela jako „Eliasza”, który miał przyjść, Jezus wskazał, że wypełnienie proroctwa Eliasza nie powinno być interpretowane w dosłowny sposób, tak jak czynili to uczeni w Piśmie żyjący w Jego czasach. Sam Eliasz nie miał powrócić i chodzić po Judei, służąc ludziom. Zamiast tego, ktoś taki jak Eliasz miał się pojawić i czynić w ten sposób – osobą tą był właśnie Jan Chrzciciel.

    7) Jak sławny był Jan Chrzciciel w swoich czasach?

    Łatwo jest nam myśleć o Janie Chrzcicielu jako o prekursorze i zwiastunie Chrystusa. Jednak on sam również pozostawał dość sławny. Wyjaśniają to dwie kwestie:

    – Ruch, który zapoczątkował Jan Chrzciciel, miał swoich zwolenników w odległych krainach.

    – Informacje o Janie Chrzcicielu pochodzą również spoza Nowego Testamentu.

    8) W jaki sposób Jan Chrzciciel pozyskiwał naśladowców poza Izraelem?

    Prawdopodobnie działo się to poprzez nauczanie jednostek, które propagowały orędzie Jana Chrzciciela na innych terytoriach. Jedną z takich osób wydaje się być Apollos, który później stał się chrześcijańskim ewangelistą.

    Zgodnie z Dziejami Apostolskimi: „Pewien Żyd, imieniem Apollos, rodem z Aleksandrii, człowiek uczony i znający świetnie Pisma przybył do Efezu. Znał on już drogę Pańską, przemawiał z wielkim zapałem i nauczał dokładnie tego, co dotyczyło Jezusa, znając tylko chrzest Janowy (Dz, 18, 24-25).

    Najwyraźniej Apollos miał pewną wiedzę na temat powiązań pomiędzy Janem Chrzcicielem i Mesjaszem, jednak była ona ograniczona. Nie wiedział o chrzcie chrześcijańskim i różnicy między nim a chrztem Jana. Akwila i Pryscylla wzbogacili go o dodatkową wiedzę, aby lepiej wyjaśnić chrześcijańskie orędzie (Dz, 18, 26-28), jednak nauczanie to na początku nie dotarło w pełnej wersji do wszystkich jego zwolenników. Kiedy św. Paweł powrócił do Efezu, znalazł tam kilkunastu swoich rzekomych uczniów, którzy słyszeli o chrzcie Jana, ale nie o chrzcie chrześcijańskim i Duchu Świętym (Dz, 19,1-7). Były to najwyraźniej nawrócenia dokonane przez Apollosa w oparciu o jego znajomość ruchu Jana Chrzciciela, zanim poznał pełne orędzie Chrystusa.

    9) Kto zabił Jana Chrzciciela?

    Wyrok na Jana Chrzciciela wydał Herod Antypas, jeden z synów Heroda Wielkiego, który odziedziczył regiony Galilei i Perei jako swoje terytoria. Ewangelie przedstawiają go jako człowieka złożonego. Po pierwsze, zawarł małżeństwo z naruszeniem prawa. W pewnym momencie najwyraźniej wykradł Herodiadę, żonę swojego brata Heroda Filipa. Ten czyn postawił go w opozycji do Jana Chrzciciela, który sprzeciwił się takowemu występkowi (Mk, 6,18), prowokując tym samym Heroda do aresztowania proroka (Mt, 14, 3).

    Chociaż Jan przebywał w areszcie, żona Heroda – Herodiada nienawidziła proroka i chciała, aby umarł. Co ciekawe, sam Herod Antypas występował w roli opiekuna Jana, mało tego, fascynował się ognistym kaznodzieją: „Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał” (Mk, 6, 20).

    Nawet śmierć nie powstrzymała zainteresowania Antypasa Janem Chrzcicielem. Kiedy tetrarcha zaczął otrzymywać raporty dotyczące działalności Jezusa przypuszczał, że Chrystus może być w rzeczywistości powstałym z martwych Janem (Mk, 6, 14), i starał się na własne oczy zobaczyć Jezusa (Łk, 9, 9).

    10) Dlaczego zginął Jan?

    Herodiada z ogromną pasją nienawidziła Jana, przypuszczalnie za publiczne krytykowanie jej zdrady wobec byłego męża Heroda Filipa i jej małżeństwo z Antypasem. Ostatecznie, po tym jak córka Herodiady – Salome zachwyciła Antypasa specjalnym tańcem podczas przyjęcia urodzinowego władcy, matka skutecznie zmanipulowała męża, aby wydał rozkaz śmierci Jana przez ścięcie głowy (Mk 6, 21-28).

    11) Gdzie, poza Nowym Testamentem, dowiadujemy się o Janie Chrzcicielu?

    Wspominał o nim żydowski historyk Josephus. Odnotował on, że jedna z armii Heroda została zniszczona w 36 roku i stwierdził: „Teraz, niektórzy Żydzi myśleli, że zniszczenie armii Heroda pochodzi od Boga, i że jest bardzo sprawiedliwie, jako kara za to, co zrobił przeciwko Janowi, który został nazwany Chrzcicielem; Herod zabił go, który był dobrym człowiekiem, i nakazał Żydom, aby praktykowali cnoty, zarówno w odniesieniu do sprawiedliwości wobec siebie nawzajem, i pobożności wobec Boga, które prowadzą do chrztu; dlatego właśnie obmycie [wodą] byłoby dla niego akceptowalne, gdyby z niego korzystali, nie w celu odpuszczenia jakichś grzechów [wyłącznie], ale dla oczyszczenia ciała; zakładając jednak, że dusza została wcześniej dokładnie oczyszczona przez sprawiedliwość. Teraz, gdy [wielu] innych przybywało tłumnie, bo byli bardzo poruszeni [lub zadowoleni] słysząc jego słowa, Herod obawiał się, jak wielki wpływ Jan miał na ludzi, który mógł nadać mu moc i skłonić do wzniecenia buntu (bo wydawało się, że tłum był gotowy zrobić wszystko, co mu rozkaże [Jan]), uważał, że najlepiej będzie uśmiercić go [Jana], aby zapobiec wszelkim problemom, które może spowodować (…). Zatem został wysłany jako więzień, w związku z podejrzliwym temperamentem Heroda, do Macheru zamku, o którym wspomniałem wcześniej, i tam został uśmiercony. Teraz Żydzi uważali, że zniszczenie tej armii zostało zesłane jako kara na Heroda, i znak niezadowolenia Boga z niego” [Antiquities 18:5:2].

    Szczegóły relacji Josephusa różnią się od Ewangelii. Najwyraźniej nie był on świadomy roli Herodiady i jej córki w tej sprawie oraz złożonej relacji Heroda z Janem. Dlatego właśnie przypisuje mu standardowe podejrzenia wobec przywódcy – proroka, które każdy władca w owym czasie mógł mieć.

    Więcej szczegółowych informacji, dotyczących Jana Chrzciciela, w kręgu społeczności chrześcijańskiej rozpowszechniła Joanna, żona mężczyzny o imieniu Chuza, który pracował dla Heroda Antypasa i miał dostęp do poufnych informacji sądowych. Joanna była jedną z naśladowczyń Jezusa (Łk, 8, 1-3).

    malk

    *********************

    Narodziny św. Jana Chrzciciela

    Narodziny św. Jana Chrzciciela
    Ruda Śląska, Parafia pw. ścięcia św. Jana Chrzcicela/fot.H.Przondziono/ GOŚĆ NIEDZIELNY
    ***

    Pustynie nie oznaczają miejsc w przestrzeni, ale stan umysłu i serca.

    Jan Chrzciciel jest jedynym świętym, który w kalendarzu liturgicznym ma święto swoich ziemskich urodzin i wspomnienie śmierci (29 sierpnia), inni święci czczeni są tylko w dniu narodzin dla nieba. Prawosławni mają wielkie nabożeństwo do św. Jana, którego nazywają Poprzednikiem. Na ikonach bywa przedstawiany z dwoma wielkimi skrzydłami, które nadają mu wygląd anioła. W ręku trzyma kielich, w którym spoczywa Baranek Boży, lub rozwinięty zwój z tekstem Ewangelii (Łk 7,27 albo Mk 1,2). Jego uskrzydlona postać jest aluzją do tego, jak Ewangelia określa jego misję: „posłaniec, wysłannik”. Słowo „anioł” oznacza dokładnie to samo. Zadaniem Jana było świadczenie o Mesjaszu tuż przed Jego przyjściem, zwiastowanie wśród ludu Jego nadejścia.

    Św. Jan przypomina nam o pustyni. Odejście od zgiełku świata wyostrza wewnętrzny wzrok, budzi wrażliwość na obecność Boga. Potrzebujemy takich chwil wyciszenia. „Pustynie, cisza, samotność nie oznaczają bynajmniej miejsc w przestrzeni, ale stany umysłu i serca” – pisze Catherine de Hueck Doherty, wychowana w prawosławiu kandydatka na ołtarze. „Takie pustynie można odnaleźć i w środku miasta, i w każdym dniu naszego życia. Wystarczy tylko ich poszukać i uświadomić sobie, jak ogromnie są nam potrzebne”.

    Gdzie znaleźć takie mini-pustynie? Autorka podpowiada: samotność wieczornych powrotów do domu, gdy idziesz od stacji metra lub przystanku, a ulice są już ciche i mniej jest przechodniów; chwile samotności, gdy wchodzisz do pokoju, aby zmienić biurowe lub robocze ubranie na wygodniejsze domowe; samotność tak prozaicznych zajęć jak sprzątanie, prasowanie czy szycie. Takie „małe pustynie” są blisko nas, przypadkowe przystanki w codziennej gonitwie. Przypadkowe? A może to raczej delikatne zaproszenia Boga. Chodzi tylko o to, by zapragnąć tych właśnie chwil, które daje nam Bóg. Doherty: „Aby osiągnąć takie nastawienie, trzeba pozbyć się irracjonalnej wiary w czas. Bóg śmieje się z czasu, bowiem jeśli nasze dusze otworzą się na Niego, to będzie mógł je powołać, zmienić, wywyższyć i przeobrazić w jednej chwili”.

    Gość Niedzielny

    ________________________________________________________________________________

    Benedykt XVI: Św. Jan Chrzciciel i wielka tajemnica Jezusa
    fot. Peter Nguyen via Flickr, CC BY 2.0

    ***

    Benedykt XVI:

    Św. Jan Chrzciciel i wielka tajemnica Jezusa

    Dzisiaj 24 czerwca, obchodzimy uroczystość Narodzin św. Jana Chrzciciela. Z wyjątkiem Najświętszej Maryi Panny, Jan Chrzciciel jest jedynym świętym, którego narodziny są obchodzone liturgicznie i to dlatego, że są one związane z tajemnicą Wcielenia Syna Bożego.

    Już od matczynego łona, św. Jan jest poprzednikiem Jezusa: jego cudowne poczęcie jest zapowiadane przez Anioła Maryi, jako znak, że „dla Boga nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,37), na sześć miesięcy przed wielkim cudem, który daje nam zbawienie, zjednoczenie Boga z człowiekiem przez działanie Ducha Świętego. Cztery Ewangelie podkreślają wielkie znaczenie postaci Jana Chrzciciela, jako proroka, który zamyka Stary Testament i zaczyna Nowy, wskazując na Jezusa z Nazaretu, jako Mesjasza, Pomazańca Pańskiego. Faktycznie sam Jezus będzie mówił o Janie używając tych określeń: „On jest tym, o którym napisano: Oto Ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę. Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on” (Mt 11,10-11).

    Ojciec Jana, Zachariasz – mąż Elżbiety, krewnej Maryi – był kapłanem kultu żydowskiego. Nie uwierzył natychmiast w zapowiedź nieoczekiwanego już ojcostwa i dlatego pozostał niemy, aż do dnia obrzezania dziecka, któremu wraz żoną nadali imię wskazane przez Boga, czyli Jan, co oznacza „Pan sprawia łaskę”. Ożywiany Duchem Świętym, Zachariasz mówił o misji swego syna w następujący sposób: „A i ty, dziecię, prorokiem Najwyższego zwać się będziesz, bo pójdziesz przed Panem torując Mu drogi; Jego ludowi dasz poznać zbawienie [co się dokona] przez odpuszczenie mu grzechów” (Łk 1,76-77). Wszystko to ukazało się trzydzieści lat później, kiedy Jan chrzcił w Jordanie, wzywając ludzi, aby poprzez ten gest pokuty przygotowali się na bliskie przyjście Mesjasza, które objawił mu Bóg podczas jego pobytu na pustyni Judejskiej. Dlatego został nazwany „Chrzcicielem”, czyli tym, który udział chrztu (por. Mt 3,1-6). Kiedy pewnego dnia przyszedł z Nazaretu sam Jezus żeby przyjąć chrzest, Jan początkowo odmówił, ale potem zgodził się i ujrzał Ducha Świętego spoczywającego na Jezusie i usłyszał głos Ojca Niebieskiego, który głosił, że jest On Jego Synem (por. Mt 3:13-17 ). Ale jego misja nie była jeszcze zakończona: wkrótce potem zażądano od niego, by poprzedził Jezusa także w naznaczonej przemocą śmierci: Jan został ścięty w więzieniu króla Heroda, i w ten sposób złożył pełne świadectwo o Baranku Bożym, który jako pierwszy rozpoznał i publicznie wskazał.

    Drodzy przyjaciele, Panna Maryja pomogła swej starszej krewnej Elżbiecie w doniesieniu do końca ciąży z Janem. Niech Ona pomoże wszystkim w naśladowaniu Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, którego Chrzciciel ogłosił z wielką pokorą i prorockim zapałem.

    Benedykt XVI/24 VI 2012

    ______________________________________________________________________________________________________________


    23 czerwca

    Święty Józef Cafasso, prezbiter

    Święty Józef Cafasso

    Józef Cafasso urodził się w Castelnuovo d’Asti w Piemoncie 15 stycznia 1811 r. Wychowany w duchu żywej wiary, po ukończeniu szkoły średniej w Chieri udał się do miejscowego niższego seminarium, a potem na studia teologiczne do Turynu. 22 września 1833 r. został wyświęcony na kapłana, mając wówczas zaledwie 22 lata. Nie piastował żadnych urzędów, był zawsze kapłanem cichym, a jednak miał wpływ na cały kler piemoncki. Zdrowie miał wątłe (cierpiał na chorobę kręgosłupa), ale w jego czarnych oczach bił żar apostolski.
    Józef wstąpił po święceniach do Instytutu Teologii Moralnej, niedawno powstałego w Turynie. Młodzi kapłani prowadzili w nim wspólne życie razem z profesorami. Równocześnie założyciel Instytutu, ks. Alojzy Guala, zaprawiał młodych kapłanów do działalności duszpasterskiej. Uczyli oni opuszczoną młodzież prawd wiary, chodzili do więzień dla nieletnich i dla dorosłych, nawiedzali szpitale, a także towarzyszyli skazanym na śmierć w ostatnich chwilach ich życia. Po śmierci założyciela Instytutu, Józef objął stanowisko rektora. W swojej pracy spotkał ludzi, w przyszłości wyniesionych na ołtarze. Był przewodnikiem duchowym św. ks. Jana Bosko i wspierał w powołaniu swojego siostrzeńca, bł. Józefa Allamano, założyciela Misjonarzy Consolata. W gorących czasach (rewolucja Garibaldiego, koronacja Wiktora Emanuela) Józef Cafasso nie dał się ponieść wirowi politycznemu. Zachęcał kapłanów, aby pilnowali swojego posłannictwa, a nie angażowali się w ruch rewolucyjny.
    Z własnej woli nawiedzał więzienia, które w tamtych czasach były miejscami strasznymi. Opowiadał więźniom o Bożej miłości i miłosierdziu. Przez ponad 20 lat towarzyszył skazańcom w drodze na szafot (egzekucje wykonywano publicznie), nazywając ich czule “szubienicznymi świętymi”, ponieważ byli wieszani bezpośrednio po spowiedzi. Mieszkańcy Turynu nadali mu przydomek kapelana szafotu.
    Po krótkiej chorobie Józef pożegnał ziemię 23 czerwca 1860 r. w wieku zaledwie 49 lat. Najlepiej scharakteryzował go Jan Bosko w jednym z przemówień po jego śmierci: “Był modelem życia kapłańskiego, nauczycielem kapłanów, ojcem ubogich, pocieszycielem chorych, doradcą wątpiącym, pociechą konającym, dźwignią dla więźniów, zbawieniem dla skazanych, przyjacielem wszystkich, wielkim dobroczyńcą ludzkości”. Pius XI z okazji beatyfikacji w 1925 r. nazwał Józefa Cafasso “perłą kleru Italii”. Pius XII dokonał jego uroczystej kanonizacji w 1947 roku. W roku 1948 tenże papież ogłosił św. Józefa Cafasso patronem więzień i więźniów oraz współpatronem Zgromadzenia Misjonarzy Matki Bożej Bolesnej Pocieszenia (Consolata).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    22 maja

    Święta Rita z Cascia, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święta Joachima de Vedruna, zakonnica
    ***
    Święta Rita z Cascia

    Rita należy do najbardziej popularnych świętych na świecie. Urodziła się około 1380 r. w rodzinie ubogich górali w Rocca Porena, niedaleko Cascii (Umbria) jako jedyne dziecko. Według podania miała być dzieckiem wymodlonym przez pobożnych rodziców. Na chrzcie otrzymała imię Małgorzata (Rita jest jego zdrobnieniem). Na życzenie rodziców wyszła za mąż. Związek ten był jednak bardzo nieudany. Porywczy, brutalny mąż był powodem wielu jej dramatów. Rita znosiła swój los z anielską cierpliwością. Mąż Rity zginął zabity w porachunkach zwaśnionych rodów.
    Rita była matką dwóch synów, z którymi miała kłopoty wychowawcze. Bojąc się, by nie kontynuowali wendety, prosiła Boga, aby raczej zabrał ich ze świata niż mieliby stać się zabójcami. Bóg wysłuchał tej prośby. Obaj młodzieńcy, którzy planowali pomścić ojca, zmarli podczas epidemii. Rita jako trzydziestokilkuletnia wdowa wstąpiła do zakonu augustianek, które miały swój klasztor w Cascii. Ponieważ była analfabetką, została przyjęta do sióstr “konwersek”, które były przeznaczone do codziennej posługi w klasztorze. Z całą radością, z miłości dla Oblubieńca, spełniała najniższe posługi w klasztorze. Często w ciągu dnia i nocy całowała z miłością obrączkę zakonną, która symbolizowała jej mistyczne zaślubiny z Jezusem.
    Miała szczególne nabożeństwo do Bożej męki. Widziano ją nieraz, jak leżała krzyżem, zalana łzami. Kiedy pewnego dnia kaznodzieja miał kazanie o męce Pańskiej, prosiła gorąco Jezusa, by dał jej zakosztować męki chociaż jednego ciernia, który ranił Jego przenajświętszą głowę. Została wysłuchana. W czasie modlitwy poczuła nagle w głowie silne ukłucie. Na tym miejscu wytworzyła się bolesna rana, która zadawała jej nieznośne cierpienia przez 15 lat, aż do śmierci. Aby jednak uniknąć sensacji, Rita prosiła Chrystusa, by rana była ukryta, nadal jednak sprawiając cierpienia. Tak się też stało. Rita odznaczała się posłuszeństwem, duchem modlitwy i cierpliwości. Będąc prostą i niewykształconą osobą, osiągnęła szczyty kontemplacji.
    Zmarła na gruźlicę 22 maja 1457 r. w Cascii. Tam jej nienaruszone ciało spoczywa do dziś. Sanktuarium Świętej, obejmujące jej rodzinny dom w Rocca Porena oraz klasztor i kościół w Cascii, w którym została pochowana, jest miejscem tłumnych pielgrzymek. Sława świętości zaczęła ściągać do Cascii wielu pielgrzymów. Przy grobie Rity działy się nadzwyczajne rzeczy, które napełniły sławą tamtejszy klasztor. Kiedy po kilku latach wybuchł w kościele gwałtowny pożar, mimo że spalił się cały kościół, cyprysowa trumna z ciałem Rity pozostała nietknięta. Zaczęły mnożyć się wizerunki i modlitwy do służebnicy Bożej. Papież Urban VIII w roku 1628 zatwierdził jej kult. Jednak jej uroczysta kanonizacja odbyła się dopiero 24 maja 1900 r. Dokonał jej papież Leon XIII, nazywając św. Ritę “drogocenną perłą Umbrii”.
    Św. Rita jest patronką w sprawach trudnych i beznadziejnych. Jest opiekunką wielu dzieł charytatywnych i bractw. W Polsce kult św. Rity jest bardzo żywy. Szczególnym jego miejscem jest klasztor sióstr augustianek w Krakowie, gdzie w kościele św. Katarzyny przechowywane są relikwie św. Rity.W ikonografii Święta przedstawiana jest w stroju zakonnym – w czarnym habicie i w białym welonie, z cierniem na czole. Jej atrybutami są: dwoje dzieci, krucyfiks, cierń, figa, pszczoły, róża.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    22 czerwca

    Święci męczennicy
    Jan Fisher, biskup, i Tomasz More

    Święci Jan Fisher i Tomasz More

    Tomasz More (Morus) urodził się w Londynie 7 lutego 1478 r. jako syn poważanego mieszczanina. Kiedy miał lat 12, umieszczono go na dworze kardynała Mortona, który sprawował równocześnie urząd królewskiego kanclerza. Później zapisał się na studia na uniwersytecie w Oksfordzie. Jednak ojciec wolał mieć syna prawnika. To bowiem otwierało przed nim drogę do kariery urzędniczej. Dlatego szesnastoletni Tomasz został umieszczony w Inns of Law w Londynie. Kiedy w 1499 roku Erazm z Rotterdamu nawiedził po raz pierwszy Anglię, zaprzyjaźnił się serdecznie z młodszym od siebie o 11 lat Tomaszem. Po ukończeniu studiów Tomasz został biegłym i wziętym adwokatem.
    Wkrótce wybrano go posłem do parlamentu. Tutaj zaraz na początku naraził się królowi Henrykowi VIII tym, że przeforsował w parlamencie sprzeciw wobec wniosku króla postulującego nałożenie osobnego podatku na poddanych. Dla poznania świata wyjechał do Francji, gdzie zwiedził uniwersytety: w Paryżu i w Lowanium. Kiedy powrócił do Anglii, zrzekł się wszelkich stanowisk i wstąpił do kartuzów. Po czterech latach pobytu w klasztorze przekonał się, że to jednak nie jest jego droga. Ożenił się z siedemnastoletnią Jane Colt i zamieszkał z nią w wiejskim domku w Bucklersbury pod Londynem. Były to najszczęśliwsze lata w jego życiu. Sielanka trwała krótko. Ukochana żona zmarła niebawem, zostawiając Tomaszowi czworo drobnych dzieci. Był zmuszony ożenić się po raz drugi. Alicja Middleton była od niego o siedem lat starsza. Nie miał z nią potomstwa, ale wspólnie wychowywali dzieci Tomasza z pierwszego związku.
    W 1510 roku Tomasz objął urząd sędziego do spraw cywilnych. Jako specjalista został wysłany do Flandrii dla zawarcia traktatu pokojowego. W 1521 roku pełen sławy ze swojej pracy i dzieł został przez króla podniesiony do godności szlacheckiej. Król upodobał sobie w zręcznym urzędniku. W 1521 roku nobilitował Tomasza (nadal mu tytuł szlachecki), a także pasował go na rycerza. Następnie mianował go przewodniczącym sądu oraz tajnym radcą. Szybko zaczęły sypać się na Tomasza kolejne wyróżnienia i godności: zarządcy uniwersytetu oksfordzkiego i łowczego królewskiego, wreszcie godność najwyższa w Anglii (po królu) – kanclerza państwa (1529-1532).

    Święty Tomasz More

    Tomasz stanowić może doskonały wzór do naśladowania dla świata urzędniczego. Był w pracy swojej zdecydowanie sumienny. Powiedziano o nim, że gdyby pewnego dnia stawił się przed nim własny ojciec i diabeł, przyznałby rację szatanowi, jeśliby na nią zasługiwał. Kiedy otrzymał nominację na sędziego, zastał całe sterty zakurzonych teczek z aktami, które od lat czekały na rozpatrzenie. Rychło je załatwił, aby sprawy szły odtąd na bieżąco. Wszystkich traktował życzliwie. Przekupstwo czy kumoterstwo nie miały do niego przystępu. Nosił włosiennicę. Na modlitwę poświęcał dziennie po kilka godzin. Przy stole czytał Pismo święte i książki ascetyczne. Unikał pokut dawnych ascetów, wiedząc, że siły są mu potrzebne do wykonywania codziennych obowiązków. Rekompensował to cierpliwym znoszeniem kłopotów, rzetelnym wypełnianiem swoich zadań, zachowaniem przykazań Bożych i kościelnych. Nawet jako kanclerz państwa chętnie usługiwał do Mszy świętej i śpiewał w chórze kościelnym.
    Kiedy Henryk VIII w roku 1531 ogłosił się najwyższym zwierzchnikiem Kościoła katolickiego w Anglii, Tomasz na znak protestu zrzekł się urzędu kanclerza. Pomimo nalegań, nie wziął udziału ani w ślubie, ani też w koronacji kochanki króla, Anny Boleyn. Wreszcie nie podpisał aktu supremacji, ani też nie złożył królowi przysięgi jako głowie Kościoła w Anglii. Uznano to za zdradę stanu. 1 lipca 1535 roku nad aresztowanym odbył się sąd. Kiedy sędziowie zapytali Tomasza, czy ma jeszcze coś do powiedzenia, ten odparł żartobliwie: “Nie mam, moi Panowie, nic więcej do powiedzenia, jak tylko przypomnieć, że chociaż do najżarliwszych wrogów św. Szczepana należał Szaweł, pilnujący szat kamienujących go oprawców, to jednak obaj są ze sobą w zgodzie w niebie. Mam nadzieję, że i my razem tam się zobaczymy”. Tego dnia sąd najwyższy skazał Tomasza na śmierć. Egzekucję wykonano publicznie na jednym z pagórków, otaczających Londyn. Zanim Tomasz położył głowę pod topór kata, powiedział do otaczającego go w milczeniu tłumu: “Módlcie się, abym umarł wierny wierze katolickiej. Aby także król wierny tej wierze umarł”. Kiedy zaś kat zawiązywał mu oczy, prosił go, by swój obowiązek odważnie wypełnił.
    Egzekucja odbyła się 6 lipca 1535 roku. Podobnie jak św. Jana Fishera, tak i głowę św. Tomasza More’a wystawiono na widok publiczny, wbitą na pal na moście Tamizy. Sterczała tam miesiąc, aż ją potem wrzucono do morza. Jednak jego córka, Małgorzata, wydobyła ją i pochowała w krypcie kościoła św. Dunstana w Canterbury. Ciało zaginęło – straż więzienna zakopała je w nieznanym miejscu. Wieść o ohydnym mordzie, dokonanym na Tomaszu, obiegła lotem błyskawicy cały cywilizowany świat, wywołując powszechne oburzenie. Aby jednak nie drażnić Kościoła anglikańskiego, proces kanoniczny św. Tomasza odbył się późno. Do chwały błogosławionych wyniósł go bowiem dopiero papież Leon XIII w roku 1886. Uroczystej kanonizacji dokonał papież Pius XI w 1935 roku. 31 października 2000 roku papież św. Jan Paweł II ogłosił św. Tomasza Morusa patronem mężów stanu i polityków.
    Tomasz pozostawił po sobie szereg pism. Wśród nich największą sławę zdobyła mu Utopia, w której usiłował nakreślić projekt idealnego państwa i systemu społecznego. Cenny jest jego Dialog o pociesze w ciężkiej próbie. Zostawił także poematy łacińskie i piękne listy, pozwalające wejść w głąb jego duszy i rzucające też światło na wypadki publiczne. Jest patronem prawników. O historii konfliktu z królem opowiada znany film “Oto jest głowa zdrajcy”, a także telewizyjny serial “Dynastia Tudorów”.

    W ikonografii św. Tomasz przedstawiany jest w stroju lorda. Jego atrybuty to czaszka, krzyż, łańcuch.



    Święty Jan Fisher

    Jan Fisher urodził się w 1469 r. w Beverley, w hrabstwie York. Po ukończeniu studiów teologiczno-filozoficznych w Cambridge przyjął święcenia kapłańskie. W Oksfordzie skończył studia prawnicze; tu poznał Małgorzatę Beaufort, matkę króla Henryka VII, i został jej spowiednikiem i kierownikiem duchowym. W 1503 r. objął ufundowaną przez nią katedrę teologii na uniwersytecie Cambridge i od 1504 r. do końca życia był kanclerzem tej uczelni.
    Jako biskup Rochester odznaczał się duchem pokuty oraz gorliwością w obronie wiary katolickiej. Prowadził życie w ubóstwie. Był uczniem Erazma z Rotterdamu. Napisał dzieła przeciwko ówczesnym błędom teologicznym, rozpowszechnianym przez Lutra i jego zwolenników. Stosunki Jana Fishera z królem Henrykiem VIII były początkowo dobre. Ich gwałtowne pogorszenie nastąpiło w 1529 r., kiedy biskup wystąpił w obronie ważności małżeństwa króla z Katarzyną Aragońską.
    Został uwięziony przez króla w 1534 r., gdy odmówił uznania zwierzchnictwa Henryka VIII nad Kościołem w Anglii. Aktywnie przeciwstawiał się małżeństwu króla z Anną Boleyn. Nie złożył wymaganej przez króla przysięgi wierności. W więzieniu został mianowany kardynałem przez papieża Pawła III. Ścięty został z rozkazu królewskiego i w obecności samego króla w dniu 22 czerwca 1535 r. Beatyfikował go w 1886 r. Leon XIII, a kanonizował Pius XI w 1935 r., w 400 lat po jego męczeńskiej śmierci. Jest patronem prawników.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ******

    Święci męczennicy – Tomasz Morus i Jan Fisher

    (by English School/Historical Portraits/Public domain/via Wikimedia Commons)

    Współcześni politycy powinni od św. Tomasza Morusa przede wszystkim uczyć się tego, że istnieją obiektywne normy moralne, których nie można łamać, że istnieje sumienie, które trzeba formować w duchu uniwersalnych wartości traktowanych całościowo, a nie wybiórczo – mówi dla portalu PCh24.pl ks. Sebastian Heliosz, wikariusz parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Katowicach-Murckach.

    Jakie wydarzenia zapoczątkowały męczeństwo katolików w Anglii?

    Warto na początku przedstawić głównego bohatera całego zamieszania. Henryk VIII w opinii wielu historyków był chlubą Anglii, jednym z najbardziej światłych monarchów, silnym, pobożnym. Jednak skończył jako opasły, rozpustny tyran i żonobójca. Na początku swych rządów dał się poznać jako inteligentny, oddany Kościołowi król. Znał wiele języków, komponował utwory muzyczne i pisał wiersze, a także interesował się teologią. Napisał nawet w 1521 r.  traktat przeciwko naukom Lutra pod tytułem Obrona siedmiu sakramentów, czym zaskarbił sobie papieża, który nadał mu tytuł Defensor Fidei „Obrońca Wiary”. Głównym doradcą króla podczas pisania tej pracy był św. Tomasz Morus.

    Henryk VIII, mimo swoich wielkich zasług i swojej wielkości, nie był wolny od potwornych grzechów. Był strasznym lubieżnikiem. Miał bardzo wiele kochanek i ciągle był nienasycony. Doprowadziło go to do zguby, gdyż nie tylko chorował na syfilis, ale także przez swoją nieczystość oddał Anglię w ręce herezji, którą dawniej zwalczał. Nie otrzymawszy unieważnienia małżeństwa z Katarzyną Aragońską, córką hiszpańskich królów katolickich, spowodował odłączenie się Kościoła w Anglii od papiestwa i powołał do życia anglikanizm, który zbliżał się coraz bardziej do, tak zwalczanego dawniej, protestantyzmu. Decyzję tę potwierdził szereg aktów prawnych, z których najważniejszy jest Akt  Supremacji z 1534 r., czyniący z króla głowę nowego „kościoła”.

    Rozwój anglikanizmu był bardzo szybki, nie dlatego, że nagle odkryto wspaniałą prawdę czy tak zachwycano się podniosłością celebracji. Upadek katolicyzmu spowodował bowiem kasatę zakonów i przejęcie ogromnych majątków przez szlachtę i króla. Władza kościelna zmalała, w Izbie Lordów zaczęło zasiadać więcej świeckich niż duchownych.

    Czy pierwotny anglikanizm różnił się bardzo od katolicyzmu?

    Pierwotny anglikanizm był bardzo zbliżony do katolicyzmu. Ogłaszając się głową Kościoła w Anglii, król Henryk VIII nie zezwalał początkowo na istotne zmiany w sprawach wiary. Kościół angielski, choć niezależny od papiestwa, miał pozostać Kościołem katolickim, przynajmniej w kwestiach liturgii i doktryny. Henryk VIII mimo wszystko nadal uważał się za obrońcę wiary.

    A jak było z tym później?

    Doktryna anglikańska kształtowała się dopiero po śmierci króla, za panowania jego małoletniego syna Edwarda i królowej Elżbiety I. Wówczas to, głównie za sprawą arcybiskupa Canterbury Thomasa Cranmera (1489-1556), został wydany Book of Common Prayer „Modlitewnik powszechny” i opracowano 39 Artykułów Wiary, które były powtórzeniem nauczania Lutra i Kalwina. Anglikanizm ostatecznie zrezygnował z pojednania z Papieżem i choć mówiono, że obrał drogę środka między katolicyzmem a protestantyzmem, to jednak uznać trzeba jego charakter protestancki. Wystarczy prześledzić treść poszczególnych artykułów, które negują istnienie czyśćca, uznają tylko dwa sakramenty i to specyficznie pojmowane, a także odrzucają nieomylność Soborów powszechnych, oraz krytykują cześć oddawaną Najświętszemu Sakramentowi. Wspólnota anglikańska dzieli się na dwie główne części: High Church i Low Church. Od 1992 r. do święceń kapłańskich dopuszcza się kobiety. Do Wspólnoty Anglikańskiej należy, obok angielskiego, dziewiętnaście innych samodzielnych kościołów (walijski, irlandzki, szkocki, amerykański, kanadyjski, indyjski, australijski, południowoafrykański itd.).

    Kim był św. Jan Fisher?

    Św. Jan Fisher był postacią tragiczną. Ten wybitny kardynał i humanista pełnił funkcję wychowawcy króla Henryka VIII i wpoił mu głębokie wartości religijne, choć nie umiał poskromić jego porywczego i egoistycznego charakteru. Kardynał Fisher przyczynił się do rozwoju idei renesansowych w Anglii. Zapraszał Erazma z Rotterdamu, rozwijał szkolnictwo i naukę. Był kanclerzem uniwersytetu w Cambridge. Za swoją nieugiętą postawę wobec poczynań króla Anglii został skazany na śmierć.

    W przeciwieństwie do wielu biskupów, którzy niestety zdradzili, on nie wyrzekł się wierności Rzymowi. Jak wyglądało jego męczeństwo?

    Niestety, zdecydowana większość duchownych przeszła na stronę króla, co tłumaczyć można też tym, że formalnie nie utworzono jeszcze nowego kościoła, tylko zerwano jedność z Papieżem, co, jak z pewnością wielu myślało, jest z czasem do naprawienia. Wielu też poszło drogą łatwiejszą, licząc na szybką karierę. Jakże aktualne w takim kontekście pozostają słowa, że nie można służyć Bogu i Mamonie. Jednakże było też wiele przypadków oporu. Król okrutnie prześladował tych, którzy sprzeciwiali się jego zwierzchnictwu. Wśród nich byli niezachwiani kartuzi, których ciała król kazał poćwiartować i porozsyłać do duchownych, którzy jeszcze wahali się między lojalnością wobec króla a posłuszeństwem papieżowi. Kościół katolicki beatyfikował 161, a kanonizował 41 angielskich męczenników.

    Wybitnym przykładem niezłomności był św. Jan Fischer, który oddał życie za prawdę i wierność Kościołowi w wieku 65 lat. Przebywając w więzieniu został kreowany kardynałem. Kiedy wyszedł na rusztowanie, na którym miał zostać ścięty, wziął do ręki Ewangelię i przeczytał: „A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. Ja Ciebie otoczyłem chwałą na ziemi przez to, że wypełniłem dzieło, które Mi dałeś do wykonania. A teraz Ty, Ojcze, otocz mnie u siebie tą chwałą, którą miałem u Ciebie pierwej zanim świat powstał” (J 17, 3-5). W tej chwili przez zachmurzone niebo przedarł się promień słońca i padł na skazańca. Biskup zwrócił się do tłumu: „Oświećcie się! Ludu chrześcijański! Jestem bliski śmierci za wiarę w Chrystusowy, katolicki Kościół!”. Następnie upadł na kolana i głośno odmówił hymn Te Deum i psalm W Tobie, Boże, pokładam nadzieję, po czym został zamordowany.

    Bardziej znanym męczennikiem angielskim jest człowiek świecki, Tomasz Morus. O czym traktowało jego dzieło „Utopia”?

    Zanim opowiem trochę o „Utopii”, warto przedstawić samego św. Tomasza Morusa. Erazm z Rotterdamu tak o nim pisał: „jego elokwencja mogłaby odnieść zwycięstwo także nad nieprzyjacielem, a dla mnie jest on człowiekiem drogim. Nie tylko darzę go największą miłością, którą niewątpliwie żywię dla niego, ale także nie wierzę, żeby natura kiedykolwiek ukształtowała bardziej zdolny charakter, bardziej zręczny, bardziej roztropny, bardziej subtelny. Jednym słowem, by ukształtowała kogoś, kto w każdej dziedzinie byłby bardziej od niego wykształcony. Dodając do tego pewną siłę konwersacji wydaje się dosięgać geniuszu, pewnego rodzaju zadziwiającej wesołości stylu, bogactwa ducha. Jest mi najdroższym przyjacielem, z którym z przyjemnością lubię mieszać powagę z wesołością”.

    Św. Tomasz Morus urodził się w 1478 r. w Londynie. Podjął studia prawnicze, a świetnie zapowiadającą się karierę przerwał, gdyż poczuł powołanie i wstąpił na cztery lata do kartuzów. Rozeznał, że to nie jego miejsce i po odejściu z zakonu założył szczęśliwą rodzinę. W 1521 r. król dostrzegł w tym człowieku godnego współpracownika, obdarzył go godnością szlachecką i powierzył mu szereg ważnych urzędów, aż w końcu mianował go kanclerzem. Tomasz zrzekł się jednak tej najważniejszej w państwie funkcji urzędniczej, aby wyrazić swoją dezaprobatę wobec poczynań króla.

    Co do samego dzieła „Utopia”, to mam do niego sentyment. Była to bowiem jedna z ważniejszych książek filozoficznych okresu mojego dojrzewania i na trwałe wyryła mi się w pamięci. Lubiłem do niej wracać, gdyż zawiera bardzo piękny opis idealnego społeczeństwa, opartego na miłości i sprawiedliwości. Jest poszukiwaniem swoistego raju utraconego. Książka ta została napisana w 1516 r. i składa się z dwóch części. W pierwszej dokonuje się krytyka obecnych systemów filozoficznych, społecznych i gospodarczych. W drugiej znaleźć możemy opis państwa, zachwycającego swoim poukładaniem. W Utopii panuje zgoda, tolerancja, prawo, które jest pełne sprawiedliwości i stoi na straży wartości i ładu opartego na wartościach ogólnoludzkich. Co prawda traktat Morusa zawiera także kilka niekatolickich koncepcji, jak chociażby możliwość pomocy w samobójstwie osobie cierpiącej, kapłaństwo dostępne dla kobiet czy istnienie jednej świątyni, gdzie spotykaliby się wyznawcy wszystkich religii, to jednak jest to dzieło warte uwagi. Bardzo ciekawy jest wniosek końcowy, dotyczący tego, dlaczego takie społeczeństwo nie istnieje: „[…]pycha, która od zarania dziejów była matką wszystkich nieszczęść. Ona ocenia swe szczęście nie według własnych korzyści, lecz na podstawie cudzego niepowodzenia. Człowiek pyszny nie chciałby nawet Bogiem być, jeśliby nie widział dokoła siebie żadnych biednych, z którymi mógłby obchodzić się jak z niewolnikami i urągać im […]”.

    Jaki w stosunkach rodzinnych był Morus?

    Św. Tomasz Morus miał dwie żony. Z pierwszą, Jane Colt, miał czwórkę dzieci. Po jej śmierci związał się sakramentalnym węzłem małżeńskim z Alicją Middleton.

    Dom More’a był uważany za jeden z najbardziej gościnnych w Londynie. Harmonia, która tam królowała, wesołość, zachwycały gości. Warto dodać, że Tomasz dbał także o rozwój umysłowy swoich córek, które odznaczały się wielką inteligencją i ogromną wiedzą.

    Należy tutaj zauważyć, że św. Tomasz był również altruistą pomagającym biedakom. Wynajął duży dom, by zebrać w nim starców i chore dzieci .

    Siłę do budowania jedności w rodzinie i w swoim otoczeniu czerpał z codziennej Mszy św. Mówiono o nim, że nie podejmował żadnej ważnej decyzji bez przyjęcia Komunii Świętej. Razem z całą rodziną czytał i modlił się Biblią oraz osobiście ją tłumaczył. Gorszył szlachetnie urodzonych, kiedy ubrany w skromną komżę śpiewał w pewnym parafialnym chórze, mimo że był Lordem Kanclerzem. Temu, kto z tego powodu czynił mu uwagi, odpowiadał z subtelną ironią: „nie jest możliwe, abym mojemu panu i królowi sprawił przykrość dlatego, że publicznie oddaję cześć Panu mojego króla”.

    On również poniósł śmierć męczeńską. Jak wyglądały jego ostatnie chwile?

    Na śmierć skazał go król, który nie umiał pogodzić się z myślą, że jego najwierniejszy urzędnik jest przeciwko jego nowemu małżeństwu i sprzeciwia się jego decyzjom religijnym. Człowiek pyszny bowiem, a do tego tyran, nie potrafi znieść opozycji w swoim gronie, szczególnie wśród ludzi, których ceni i których nie potrafi przekonać do własnych racji.

    Św. Tomasz Morus po aresztowaniu w 1535 r. został osądzony i uwięziony w Tower, gdzie po latach wmurowano pamiątkową tablicę, niejako rehabilitując skazańca. W czasie uwięzienia pisał listy do swojej córki Małgorzaty, w których odnaleźć możemy jego wielkie męstwo i pokój serca, jaki mu towarzyszył. 6 lipca 1535 r., wstępując na szafot, powiedział: „Kiedy obejmowałem urząd kanclerza, prosiłeś mnie królu, bym wpierw słuchał Boga, a potem ciebie, a dziś ginę za to, że wpierw słuchałem Boga, a potem ciebie”.

    Św. Tomasz Morus jest patronem polityków. Czego współcześni politycy, szczególnie polscy, mogą się odeń nauczyć?

    Św. Jan Paweł II w 2000 r. w specjalnym motu proprio ustanowił św. Tomasza Morusa patronem polityków. W liście tym pisał: „Gdy człowiek jest posłuszny wezwaniom prawdy, sumienie kieruje nieomylnie jego czyny ku dobru. Właśnie ze względu na swoje świadectwo o prymacie prawdy nad władzą, składane aż do przelania krwi, św. Tomasz Morus jest czczony jako zawsze aktualny wzór wierności wyznawanym zasadom moralnym”. Argumentując słuszność wyboru tego świętego na patrona papież twierdził: „warto odwołać się do przykładu św. Tomasza Morusa, który wyróżniał się niezłomną wiernością prawowitym władzom i instytucjom właśnie dlatego, że pragnął w ten sposób służyć nie władzy, ale najwyższemu ideałowi sprawiedliwości. Jego życie poucza nas, że rządzenie jest przede wszystkim praktykowaniem cnoty”.

    Współcześni politycy powinni od św. Tomasza Morusa przede wszystkim uczyć się tego, że istnieją obiektywne normy moralne, których nie można łamać, że istnieje sumienie, które trzeba formować w duchu uniwersalnych wartości traktowanych całościowo, a nie wybiórczo.

    Nasi rządzący, szczególnie obecnie, powinni też pamiętać, że staną przed Sędzią, który nie zapyta ich, jak wygrywali wybory, ale ile było miłości w ich służbie społecznej i czy pamiętali, że wszelki kompromis ze złem jest zawsze kompromitacją.

    A na koniec naszej rozmowy chciałbym przytoczyć genialną modlitwę św. Tomasza Morusa. Czasem ją odmawiam i od razu wraca dobre samopoczucie.

    Modlitwa o dobry humor

    Panie, obdarz mnie dobrym trawieniem,

    a również czymś, co mógłbym strawić.

    Daj mi zdrowie ciała i dobry humor,

    by móc je zachować.

    Daj mi, Panie, duszę prostą, która potrafi

    uznać za skarb wszystko, co jest dobre

    i która nie zlęknie się widokiem zła,

    ale raczej znajdzie sposób, by doprowadzić

    wszystko na swoje miejsce.

    Daj mi duszę, która nie zazna nudy,

    zrzędzenia, westchnień, lamentów

    i nie pozwól bym zbytnio martwił się

    zawalidrogą, która nazywa się „ja”.

    Daj mi, Panie, poczucie humoru.

    Udziel mi łaski zrozumienia żartu,

    by odkryć w życiu trochę radości

    i by móc użyczyć jej innym.

    Amen.

    Bóg zapłać za rozmowę!

    PCh.24pl/rozmawiał Kajetan Rajski

    ***********************

    Święci: Jan Fischer i Tomasz More

    Św. Jan Fischer urodził się w 1469 r. – profesor i kanclerz uniwersytetu w Cambridge. Jako biskup Rochester odznaczał się duchem pokuty oraz gorliwością w obronie prawdziwej wiary katolickiej. 

    Św. Tomasz More był wzorowym mężem i ojcem czworga dzieci, z wykształcenia prawnik, człowiek o wszechstronnych, humanistycznych zainteresowaniach. Był posłem, mężem stanu i pisarzem politycznym, a przy tym człowiekiem głęboko pobożnym. Pełnił urząd kanclerza króla angielskiego Henryka VIII. Zrezygnował z tej godności, sprzeciwiając się w ten sposób rozwodowi króla i jego polityce wobec Kościoła. Odmówił uznania supremacji króla nad Kościołem i dlatego poniósł męczeńską śmierć 6 lipca 1535 r. 

    Patronowie dzisiejszego dnia zostali uwięzieni i straceni w roku 1535, ponieważ sprzeciwili się powtórnemu małżeństwu króla za życia jego żony i nie uznali jego próby uzurpacji zwierzchnictwa nad Kościołem katolickim w Anglii.

    ******

    Listy pisane węglem i złotem

    William Frederick Yeames, „Spotkanie Tomasza Morusa z córką po ogłoszeniu wyroku śmierci”.
    William Frederick Yeames, “Spotkanie Tomasza Morusa z córką po ogłoszeniu wyroku śmierci”.

    „Pisma więzienne” św. Tomasza More są niezwykłą duchową lekturą. Są zapisem „rekolekcji” przygotowujących na męczeństwo, świadectwem jego wiary, wierności sumieniu i miłości nieprzyjaciół.

    Historia życia i męczeńskiej śmierci św. Tomasza More jest powszechnie znana. Zainteresowała się nią nawet kultura masowa. Powstało kilka filmów opowiadających o konflikcie między Henrykiem VIII i jego kanclerzem, m.in. nagrodzony Oscarem obraz „Oto jest głowa zdrajcy” (ang. „A Man for All Seasons”). Nie chcę powtarzać tej historii, chcę skupić się na duchowym testamencie zapisanym przez mojego wybitnego imiennika. More, czekając na śmierć w Tower, pisał węglem drzewnym na skrawkach papieru. Dzięki tym tekstom, wydanym niedawno po polsku, możemy zajrzeć w głąb tej pięknej duszy, w której toczy się ostatnia, decydująca walka. To absolutnie wyjątkowe świadectwo, ponadczasowa lekcja chrześcijańskiej odwagi i miłości do prawdy. Pisał listy do najbliższych, najwięcej do ukochanej, najstarszej córki Małgorzaty. Notował krótkie modlitwy i rozważania. Zdołał napisać także dwa dłuższe traktaty: „Dialog pocieszenia” oraz „Traktat o smutku, znużeniu, strachu i modlitwie Chrystusa, zanim Go pojmano” („De Tristitia Christi”).

    W zbiorze „Pism więziennych” znalazł się także ostatni list do Tomasza More napisany przez córkę Małgorzatę. W nim zdanie-perła: „Ojcze, gdyby dano mi cały świat, byłaby to mała przyjemność w porównaniu z radością, jakiej doznałam przez skarb twojego listu, który choć pisany węglem, wart jest według mnie, by był pisany literami ze złota”. Świadectwo Morusa jest potężnym zastrzykiem nadziei.

    Bez goryczy

    Przypomnę najważniejsze fakty. Tomasz More ukończył studia prawnicze. Był wybitnym humanistą, zaprzyjaźnił się i korespondował z Erazmem z Rotterdamu. Jako świetny prawnik stał się urzędnikiem królewskim. Król Henryk VIII cenił jego wiedzę. Dzięki władcy Tomasz More zrobił szybko karierę na dworze. Piął się po szczeblach kolejnych awansów i honorów, aż po najwyższy urząd w państwie. Stał się kanclerzem, pierwszą po królu osobą w królestwie. Kiedy Henryk VIII w 1531 roku ogłosił się zwierzchnikiem Kościoła katolickiego w Anglii, Tomasz zrzekł się urzędu kanclerza. Nie wziął udziału ani w ślubie (kościelnie nieważnym), ani w koronacji kochanki króla Anny Boleyn. Nie podpisał tzw. aktu supremacji, czyli ustawy, która ogłaszała zwierzchnictwo króla nad Kościołem w Anglii. Ten akt nieposłuszeństwa w imię prawdy o Kościele i prawdy o nierozerwalności małżeństwa oznaczał zdradę stanu. More został aresztowany i osadzony w Tower, gdzie spędził kilkanaście miesięcy. 1 lipca 1535 roku został skazany na śmierć. Król okazał łaskę. Oszczędził mu bolesnej i upokarzającej śmierci należnej zdrajcom: przez powieszenie, otwarcie wnętrzności i ćwiartowanie. More – wraz z bp. Janem Fischerem (jedynym z biskupów, którzy sprzeciwili się królowi) – został ścięty.

    Pisma powstałe w więzieniu dotyczyły momentu, w którym More wiedział doskonale, że za sprzeciw sumienia grozi mu śmierć. Dochodzenie w jego sprawie, a potem proces były w toku. Wiedział, że wyrok już zapadł. Przesłuchanie i sąd były tylko formalnością. Dlatego nie uzasadniał swojej odmowy. Wystarczyłoby jedno jego słowo i byłoby po sprawie. Wielu usilnie namawiało go do tego. Gdyby wycofał się z jednoznacznego stanowiska, ocaliłby głowę, urząd, majątek, karierę.

    „Wierność Ewangelii i Kościołowi sprawiła, że Morus doznał goryczy powszechnego opuszczenia” – zauważa we wstępie do pism więziennych o. Wojciech Giertych OP, teolog Domu Papieskiego. „Miał przeciwko sobie wszystkich: najwybitniejszych dostojników królestwa, prawie cały episkopat, z prymasem na czele, rodzinę, a szczególnie najukochańszą córkę i powiernicę, trzydziestoletnią Meg… Samotność i lęk Morusa nie wydały goryczy. Nie znajdziemy w jego pismach więziennych (podobnie zresztą jak w »Zapiskach więziennych« prymasa Wyszyńskiego) żadnego złego słowa. (…) Nie traci swojej łagodności, dowcipu, dobrych manier. Chodzi o jego życie wieczne i przyszłość Kościoła w Anglii, a on sprawia wrażenie, że ze spokojem pije nieznaną wówczas jeszcze angielską herbatę. Nie cofa się przed żartem, nawet gdy wchodzi na szafot”.

    Wierność sumieniu

    Jeden z listów zawiera zapis dramatycznego dialogu między Tomaszem a jego córką, której pozwolono odwiedzić ojca w więzieniu. Małgorzata namawia ojca, by okazał królowi posłuszeństwo i podpisał lojalkę. Przecież tylu innych zacnych i mądrych podpisało. Ona sama także. Po co ten upór, który może kosztować Cię życie – pyta Meg. Morus nie wchodzi w meritum sporu, ale zapewnia córkę, że jego sumienie jest absolutnie pewne swoich racji. „Zaprawdę ufam Bogu, że raczej umocni mnie, abym zniósł stratę, niż przeciw sumieniu przysięgał i naraził swą duszę na niebezpieczeństwo”. Dodaje, że decyzja podjęta pod wpływem strachu nie byłaby dobra dla duszy. Argument sumienia jest dla Morusa decydujący. Trzeba się liczyć najpierw z Bogiem, a potem z królem, podkreśla.

    List kończy się słowami pociechy płynącymi z wiary, w których zawiera się ponadczasowa mądrość: „Moja dobra córko, nigdy nie martw się o nic, co kiedykolwiek spotka mnie na tym świecie. Nic nie może przyjść prócz tego, czego chce Bóg. I jestem całkiem pewien, że cokolwiek może to być, jakkolwiek złe może się wydawać, rzeczywiście będzie to najlepsze”.

    W listach więziennych Morusa uderzają pokora i łagodność, które są połączone z niezmienną wiernością prawdzie odczytanej w sumieniu. Tomasz nie wypowiada jednego złego słowa przeciwko królowi ani przeciwko tym, którzy wybrali drogę oportunizmu. Nie czyni z siebie obrońcy Kościoła, bohatera, nie wzywa innych, by szli jego drogą. Nie zdecydował się także pisać listu do króla, aby tłumaczyć swoje racje i prosić o łaskę. W liście do jednego z bliskich księży tłumaczy: „Dziękuję naszemu Panu, że to, co robię, nie wynika z uporu, ale z troski o zbawienie mojej duszy, ponieważ nie mogę skłonić własnego umysłu, abym myślał inaczej niż to, co czynię, gdy chodzi o przysięgę. Co do innych ludzi nie chcę być sędzią, nigdy nie radziłem żadnemu człowiekowi przysięgać ani odmawiać”.

    Kwestią kluczową dla Morusa jest sprawa własnego zbawienia. Ten argument wraca jak refren. Nie ma tu żadnych rozważań o relacji między władzą papieża i króla. Nie ma analizy skutków poddania Kościoła w Anglii władzy świeckiej. Nie ma tu żadnej polityki, dyplomacji, teologicznych spekulacji. Jest konsekwentne, wielokrotne odwołanie się do sumienia, którego rolą jest pokazywanie drogi życia zgodnego z Bożą wolą. „Nigdy w mojej duszy nie zamierzałem zgodzić się na żaden niegodziwy postępek, który według mojego sumienia naraziłby mnie na gniew Boga, nawet choćby to oznaczało przyjęcie największych cierpień” – pisze More.

    Stracił głowę, uratował duszę

    Listy, choć pełne emocji, zachowują wykwintny styl angielskiego dżentelmena, humanisty, prawnika. Uderza to, że każdą linijkę tych tekstów przenika głęboka wiara. Tomasz patrzy śmierci w oczy. Wyznaje: „W moim ciele o wiele więcej jest lęku przed bólem i śmiercią, niż można się spodziewać u wiernego chrześcijanina, któremu tak jak mnie sumienie mówi, że ocalanie ciała byłoby połączone ze zgubą duszy. Mimo to dziękuję Bogu, że po tych rozterkach duch odniósł zwycięstwo, a rozum z pomocą wiary ostatecznie stwierdził, że niesprawiedliwy wyrok śmierci za dobre postępowanie jest przypadkiem, w którym człowiek może stracić głowę, nie ponosząc szkody, ale zamiast szkody otrzymać bezcenne dobro z ręki Boga. I dzięki naszemu Panu, Meg, odkąd tu przyszedłem, z każdy dniem oswajam się z myślą o śmierci”.

    Serce Morusa jest wolne od nienawiści. „Jestem naprawdę wiernym poddanym Króla, codziennie modlę się za niego… Nikomu nie wyrządzam krzywdy, o nikim nie mówię źle, nie myślę źle o nikim, lecz każdemu życzę dobrze. I jeśli to nie wystarcza, żeby człowiek mógł zachować życie, zaprawdę nie pragnę żyć” – pisze do córki. „Żegnaj, moje drogie dziecko, i módl się za mnie, a ja będę się modlił za ciebie i wszystkich twych przyjaciół, byśmy mogli radośnie spotkać się w niebie” – te słowa padają w ostatnim liście.

    Po usłyszeniu wyroku śmierci Tomasz More układa modlitwę, zaczynającą się od słów: „Daj mi Twą łaskę, dobry Panie, abym za nic miał ten świat. By mój umysł mocno przylgnął do Ciebie i nie chwiał się za podmuchem ludzkich słów…”. Modlitwa kończy się prośbą: „Bym uważał mych największych wrogów za najlepszych przyjaciół. Ponieważ bracia Józefa nie mogliby nigdy uczynić mu tak dużo dobrego swoją miłością i przychylnością, jaką uczynili mu swą złośliwością i nienawiścią. Takiego usposobienia każdy człowiek powinien pragnąć bardziej niż wszelkich skarbów wszystkich książąt i królów, chrześcijańskich i pogańskich, jeśliby je razem zebrano i złożono na jednym stosie”.

    Egzekucja miała miejsce 6 lipca 1535 roku. Wchodząc na szafot, Tomasz powiedział do eskortującego go żołnierza: „Proszę cię, panie Poruczniku, pomóż mi wejść na górę, z powrotem poradzę sobie sam”. Do kata zaś zwrócił się ze słowami: „Nabierz ducha, człowieku, i nie lękaj się spełnić swej powinności. Moja szyja jest bardzo krótka, bacz zatem, byś krzywo uderzając, nie stracił dobrej sławy”.

    Stracił głowę, zachował twarz, uratował duszę. Niby zniewolony, a przecież wolny. Beatyfikowano go w 1886 roku, kanonizowano w 1935 roku. Dziś także Kościół anglikański czci go jako świętego. Święty Jan Paweł II ogłosił go patronem rządzących i polityków.

    ks. Tomasz Jaklewicz/GOŚĆ NIEDZIELNY

    **********

    Święty Tomasz Morus na śmierć szedł „na luzie”


    Wszelka racja stanu musi bezwzględnie ustąpić przed racją Boga. Nie ma takiego dobra ojczyzny czy państwa, władcy czy narodu, które mogłoby usprawiedliwić sprzeciw wobec ustaw Pańskich.

    Szafot, na którym miał zostać ścięty Tomasz Morus był w tak marnym stanie, że niemal się rozpadał. Widząc to skazaniec zwrócił się do towarzyszącego mu klawisza:

    – Proszę cię, panie poruczniku, pomóż mi wejść na górę. Z powrotem poradzę sobie sam.

    Pokonawszy chwiejne schodki zatrzymał się na chwilę, poprosił licznie zgromadzoną publiczność (nie co dzień wszak ścinają kanclerza królestwa) o modlitwę w swojej intencji, do której sam też niezwłocznie uklęknął, po czym z pogodnym wyrazem twarzy podszedł do kata, uściskał go i wręczając mu złotego angela rzekł:

    – Nabierz ducha człowieku i nie lękaj się spełnić swej powinności. Mam krótką szyję, więc bacz, byś krzywo uderzając nie narobił sobie wstydu.

    „Tak odszedł Sir Tomasz More z tego świata do Boga” – zapisał pierwszy biograf świętego, prywatnie jego zięć, William Roper (nawrócony z luterskich bezdroży dzięki długoletnim, żarliwym modlitwom teścia).

    Tomasz Morus szedł na śmierć „na luzie”. Ale czy to w ogóle możliwe: „na luzie” wychodzić na spotkanie definitywnego kresu własnej egzystencji? Owszem, możliwe, jeśli się ma pewność, że się w dobrych zawodach wystąpiło, bieg ukończyło i ustrzegło wiarę. Wtedy spokojnie czeka się na „wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia” (2 Tm 4, 6-8). Sir Tomasz doskonale znał tę naukę świętego Pawła. Z pewnością nie jeden raz wczytywał się w słowa Apostoła – było to wszak modne w kręgach angielskich humanistów zainspirowanych przykładem Johna Coleta, dziekana katedry świętego Pawła w Londynie, którego sięgające ad fontes oksfordzkie egzegezy przyciągały tłumy ówczesnej inteligencji.

    Święty Tomasz szedł na śmierć jak na bal, bo podobnie jak jego daleki poprzednik w męczeństwie „pełen Ducha Świętego patrzył w niebo i ujrzał chwałę Bożą i Jezusa, stojącego po prawicy Boga” (Dz 7, 55).

    Pan z otwartymi ramionami przywitał swego sługę, który nigdy nie skalał się fałszem, obłudą, oportunizmem; który całym sercem i umysłem bronił nierozerwalności Kościoła i małżeństwa, ani przez chwilę przy tym nie ustając w wierności swojej ojczyźnie i jej królowi.

    „To państwo, będąc tylko pojedynczym członkiem i niewielką częścią Kościoła, nie może samo stanowić praw odmiennych od powszechnych praw świętego Chrystusowego Kościoła katolickiego, podobnie jak nie może miasto Londyn, które jest zaledwie cząstką całego królestwa, wydawać praw sprzecznych  z ustawami parlamentu, wiążącymi całe państwo” – wołał były kanclerz przestrzegając nadętego pychą monarchę, co „otacza się chwiejnymi doradcami, gotowymi spełniać wszelkie jego życzenia i słabym klerem małodusznie porzucającym własną naukę”, przed nieuchronnym wkroczeniem na równię pochyłą, z której żadną miarą nie będzie już odwrotu.

    Doskonale rozumiejąc istotę oddania „cezarowi tego, co należy do Cezara, a Bogu tego, co należy do Boga” (Mk 12, 17), Morus nie widział żadnego problemu w uznaniu przez angielski parlament nieprawowitej małżonki królewskiej Anny Boleyn prawowitą królową Anglii – bo rzeczą instytucji doczesnych jest kreowanie doczesnych urzędów – ale stanowczo sprzeciwił się uznaniu prawowitości powtórnego małżeństwa króla Henryka za życia jego sakramentalnej żony, Katarzyny Aragońskiej.

    „Żaden parlament nie może uczynić króla głową Kościoła” – dowodził w pełni świadom, że „gniew króla to zwiastun śmierci” (Prz 16, 14), znając przy tym, jako człowiek biegły prawniczym fachu, sposób jej zadawania w przypadku takim jak jego własny: poprzez powieszenie skazanego i – zanim zdążył skonać – odcięcie go, aby mu wypruć wnętrzności i na oczach jeszcze żyjącego – spalić je. Dopiero potem kat odcinał głowę nieszczęśnika i unosząc ją za włosy wykrzykiwał po trzykroć: „Oto jest głowa zdrajcy!” Taki los spotkał londyńskich kartuzów – Tomasz Morus nie miał powodów spodziewać się, iż w wyniku nadzwyczajnej łaski królewskiej zostanie „humanitarnie” ścięty toporem…

    Heroiczny obrońca autorytetu papieskiego i nienaruszalności sakramentalnego węzła małżeńskiego obruszyłby się zapewne na pochwałę jego bezsprzecznie bohaterskiej postawy. On przecież – co niejednokrotnie dał poznać w swych wypowiedziach – jedynie bronił normalności. Po prostu – jak to pięknie ujęła cztery wieki później młodziutka sanitariuszka z Wileńskiej Brygady AK – zachował się jak trzeba.

    Jerzy Wolak / PCh24.pl POLONIA CHRISTIANA

    ********

    św. TOMASZ MORE (MORUS)


    (1478, Londyn – 1535, Londyn)
    polityk i męczennik

    patron: polityków, mężów stanu, rządzących

    Urodził się w 1478 r. w Londynie. Był najstarszym synem sir Jana More, prawnika i, w późniejszym czasie, sędziego oraz Agnieszki Graunger.

    Do szkół uczęszczał w Londynie. Jako 13-letnie dziecko umieszczony został w domostwie kard. Mortona, arcybiskupa Canterbury i jednocześnie kanclerza królewskiego (ang. Lord Chancellor). Tu został zauważony przez arcybiskupa, który w 1492 r. dostrzegając w nim duży potencjał umieścił go w Oxfordzie, w koledżu Canterbury Hall (dzisiaj Christ Church).

    Nie dysponując zbyt wielkimi funduszami poświęcił się nauce poznając na przykład grekę i łacinę. Tę ostatnią tak dobrze, że mówiono o nim, iż jego „elokwencja jest z nikim nieporównywalna i dwojaka, bowiem z tą samą biegłością posługuje się łaciną, jak i własnym językiemPace, De fructu qui ex doctrina percipitur, 1517. Studiował też język francuski, historię, matematykę. Nauczył się grać na flecie i wioli…

    Po dwóch latach został przeniesiony do Londynu, gdzie rozpoczął studia prawnicze w New Inn. W 1496 r. został uczniem w kacelarii prawniczej Lincoln’s Inn, i w wyznaczonym czasie uzyskał prawnicze kwalifikacje. Jego uzdolnienia zostały spostrzeżone i wkrótce rozpoczął nauczać prawo w kancelarii Furnival’s Inn. Czynił to przez 3 kolejne lata.

    Poza tym dużo pisał. Komponował wiersze, po łacinie i angielsku (w dużej mierze zachowane), tłumaczył (m.in. Pico della Mirandola, którego życiorys opublikował, oraz epigramy – z greki na łacinęProgymnasmata, T. More et Gul). Zawarł znajomość z najwybitniejszymi postaciami końca XV w., między innymi z Erazmem z Rotterdamu, z którym korespondował do końca życia. Prowadził również wykłady z Ojców Kościoła, m.in. św. Augustyna i jego „De civitate Dei”.

    Te ostatnie prowadził gdzieś w latach 1499-1503 gdy zaprzątała go kwestia powołania. Myślał o wstąpieniu do kartuzów lub f ranciszkanów obserwantów, zakonów, które swoje reguły traktowały nad wyraz ściśle. A Tomasz w tym czasie życie swe ułożył wokół reżimu modlitwy i pokuty. Ale nie ufając swoim siłom wytrwałości, za zgodą swego spowiednika, Coleta, zarzucił zamiary wstąpienia w życie zakonne. Erazm pisał tak o tym: „tym, co przeważyło szalę, i stanęło na przeszkodzie poświęcenia się tego typu zyciu [i.e. zakonnemu] była nie dająca się pokonać chęć zawarcia związku małżeńskiego. Wybrał zatem drogę bycia cnotliwym mężem raczej niż nieczystym kapłanem”.

    Pozostał jednak przez całe życie przyjacielem religijnych zgromadzeń i wielbicielem ideału monastycznego, sam oddając się nieustannie praktykom pokutnym, włącznie z samobiczowaniem…

    Porzucając ostatecznie drogę zakonną Tomasz pogrążył się w pracy i już w 1504 r. został wybrany do Parlamentu. Tam od razu dał się poznać sprzeciwiając się dużemu i nadmiernemu ściąganiu podatku przez agencję związaną z marszałkiem parlamentu (ang. Speaker). Jak później relacjonował Tomaszowi ów marszałek od ścięcia uchroniło go tylko pominięcie imienia królewskiego (ówcześnie Henryka VII) w swych wystąpieniach… Ale ojciec Tomasza przetrzymany został przez pewien czas w więzieniu Tower, dopóki nie zapłacił okupu…

    W 1505 r. Tomasz ożenił się z Jane Colte. Zamieszkali pod Londynem. Małżeństwo okazało się bardzo zgodne, urodziło się czworo dzieci, trzy dziewczynki Małgorzata, Elżbieta i Cecylia oraz syn, Jan ale już w 1511 r. Jane zmarła. Wkrótce po tym Tomasz ponownie się ożenił, ze starszą od siebie o 7 lat wdową Alice Middleton. Nie mieli własnych dzieci ale Alice z poświęceniem zajmowała się wychowaniem i wykształceniem dzieci Tomasza.

    Prawnicza reputacja Tomasza rosła. W 1510 r. został zastępcą szeryfa Londynu, a cztery lata później kard. Wolsey wysłał go do Flandrii w misji ochrony interesów angielskim kupców. Tam, we Flandrii, rozpoczął pisanie swego najsławniejszego dzieła, „Utopii” (jest autorem tego określenia), opublikowanej w 1511 r.

    Król i arcybiskup Yorku, kard. Wolsey, pragnęli związać Tomasza z dworem królewskim i w 1516 r. przyznali mu pensję £100 do końca życia. Został też ambasadorem w Calais i tajnym radcą (ang. Privy Councillor). W 1519 r. zrezygnował z pozycji zastępcy szeryfa w Londynie i związał się na stałe z dworem króla. W 1521 r. otrzymał tytuł szlachecki i objął funkcję zastępcy skarbnika skarbu królewskiego. Król również podarował mu posiadłości w Oxfordzie i Kencie. Wybudował też dom w Chelsea w Londynie, gdzie zamieszkał.

    W 1523 r. został marszałkiem Parlamentu oraz zarządcą uniwersytetów w Cambridge i Oxford, a w 1529 r. kanclerzem Anglii. Był pierwszym świeckim w historii, który objął to stanowisko.

    Powoli wciągany był w kontrowersje związane z rozszerzającą się herezją luterańską. Jednym z obowiązków kanclerza było wymuszanie przestrzegania prawa przeciwko heretykom. I tu napotkał opór ze strony protestanckich pisarzy.

    W swym dziele „Apologia” pisał, iż to „nie osoby heretyków nienawidzę, ale ich grzechy”. W ciągu całej służby na stanowisku kanclerza tylko cztery osoby zapłaciły najwyższą karę za swe heretyckie przekonania.

    Gdy w 1529 r. król Henryk VIII, w związku z odmową papieską wydania zgody na rozwód z Katarzyną Aragońską, wydał proklamację żądającą od kleru uznania Henryka jako „Najwyższego Władzy” (ang. „Supreme Head”) Kościoła, na tyle „na ile prawo Boże na to pozwala”, Tomasz złożył rezygnację z pozycji kanclerza, ale została ona odrzucona. Stało się to jednak trzy lata później, gdy stracił zaufanie królewskie w związku z niezachwianą postawą w sprawie rozwodu królewskiego, zwierzchnictwa papieskiego oraz praw przeciw heretykom. We wszystkich trzech sprawach jednoznacznie stawał na przeciw dążeniom Henryka VIII.

    W epitafium na grobowcu przeznaczonym dla siebie napisał wtedy, że ostatnie lata życia planował poświęcić na przygotowanie się na życie wieczne…

    Przez następne 18 miesięcy Tomasz żył w odosobnieniu zajmując się tylko pisaniem. Nie pojawił się na koronacji Anny Boleyn (drugiej żony Henryka VIII). Przypisywano mu artykuły popierające stanowisko papieskie, choć od niektórych z nich odżegnywał się, mówiąc, iż „zbyt dobrze znam obowiązki względem suwerena, by krytykować jego politykę”.

    Ale sprawy przybierały coraz gorszy obrót. W związku ze sprawą „Holy Maid of Kent”, kobiety, która przepowiadała publicznie śmierć króla Henryka VIII w przypadku zawarcia małżeństwa z Anną Boleyn, jego imię znalazło się na liście osób, którym prawa cywilne miały być odebrane. Przed sądem Tomasz stwierdził, iż swoje poglądy wielokrotnie wyłuszczał królowi, bez wyraźnego niezadowolenia władcy. W tym przypadku król nie odważył się jeszcze zaatakować Tomasza bezpośrednio – cieszył się on bowiem dużą popularnością – i jego imię zniknęło z listy…

    Był to jednakże wyraźny znak. Wkrótce ostrzegał go książę Norfolk, mówiąc łac. „indignatio principis mors est” („niezadowolenie władcy oznacza śmierć”). Tomasz miał udzielić znamiennej odpowiedzi: „Jeśli tak rzeczywiście jest, mój Panie, to różnica między nami polega na tym, iż ja umrę dziś, a Ty jutro”…

    Wreszcie w 1534 r. Parlament zatwierdził Akt Następstwa Tronu (ang. Act of Succession), w którym wymuszał na wszystkich przysięgę wierności potomstwu Henryka i Anny, jako prawowiernym następcom prawa do tronu, jednocześnie odrzucając jakąkolwiek „obcą władzę, książęcą lub możnowładczą”. I gdy wezwano Tomasza i poproszono o złożenie przysięgi, a ten odmówił, uwięziono go w opactwie Westminster. Cztery dni później Tomasz znalazł się w więzieniu londyńskim w Tower.

    Pod koniec 1534 r. odebrano mu, w związku z oskarżeniem o zdradę, wszelkie posiadłości uprzednio darowane przez koronę.

    W więzieniu, choć cierpiąc, zachowywał się pogodnie. Czas poświęcał na modlitwę i pokutne ćwiczenia. Dużo pisał (powstał „Dialog wygody z cierpieniem”, niedokończony traktat na temat Pasji, i wiele l istów do rodziny, przyjaciół).

    W połowie 1535 r. odwiedził go w więzieniu Tomasz Cromwell, pierwszy minister królewski, żądając opinii o przygotowywanym akcie nadania królowi Henrykowi VIII tytułu Najwyższej Głowy Kościoła (ang. Supreme Head of the Church). Tomasz odmówił udzielenia odpowiedzi poza deklaracją wierności królowi, jako suwerenowi. Natomiast prokuratorowi generalnemu miał powiedzieć, iż „odrzuca prawo Parlamentu do nadawania królowi godności kościelnych”.

    W tym samym mniej więcej czasie odkryto, że bp Rochester, Fisher (dziś błogosławiony), również uwięziony, wymieniał się z Tomaszem korespondencją, w rezultacie czego odebrano więzionym książki i materiały piśmiennicze. Pozostało pisanie – do żony i ukochanej córki Małgorzaty – na skrawkach papieru, zwęglonym patykiem lub kawałkiem węgla („Pocałunków dałem wam wiele, a uderzeń mało. A jeśli was biłem, to ogonem pawia. Dziś, moje drogie, kocham was nieskończenie więcej niż tylko dlatego, że jesteście dziećmi, które zrodziłem”, pisał do dzieci…)

    1 lipca 1535 r. stanął przed sądem w Westminster Hall. Odrzucił wszelkie oskarżenia. Jednakże ławnicy (ang. jurors) ogłosili go winnym zarzucanych czynów i został skazany na śmierć przez powieszenie, rozciąganie i rozczłonkowanie (ang. hanged, drawned and quortered) w Tyburn, więzieniu, które wkrótce miało zyskać niesławę jako miejsce kaźni wielu wiernych papieżowi i Kościołowi katolickiemu. Parę dni później król zmienił sentencję i skazał Tomasza na ścięcie w więzieniu Tower Hill.

    Nawet to nie zmieniło pogodnego usposobienia Tomasza w ostatnich dniach życia. Do śmierci był przygotowany. Zanim 6 lipca 1535 r. położył głowę pod topór kata, powiedział do otaczającego go w milczeniu tłumu: „Módlcie się, abym umarł wierny wierze katolickiej. Aby także król wierny tej wierze umarł”.

    Ciało pochowano w kościele św. Piotra w Łańcuchach (łac. ad Vincula) w nieoznaczonym grobie. Głowę, po zagotowaniu w parze, wystawiono na miesiąc na palu na moście London Bridge. W końcu córce, Małgorzacie Roper, udało się przekupić odpowiedzialnego za wrzucenie głowy do rzeki i przejąć relikwię. W 1824 r. w krypcie Roperów w kościele św. Dunstana w Canterbury (kościół anglikański) odkryto ołowianą skrzynkę z głową – przypuszczalnie Tomasza…

    Tomasz More został beatyfikowany (wraz z bpem Fisherem) przez Leona XIII w 1886 r. Uroczystej kanonizacji dokonał Pius XI w 1935 r.

    W 2000 r. Tomasz More został przez Jana Pawła II ogłoszony „niebieskim Patronem rządzących i polityków”. Papież napisał wtedy: „Jego życie poucza nas, że rządzenie jest przede wszystkim praktykowaniem cnoty. Mając tak mocny fundament moralny, angielski mąż stanu swą działalnością publiczną służył człowiekowi, zwłaszcza słabemu i ubogiemu; rozstrzygał sporne kwestie społeczne kierując się niezwykłym zmysłem sprawiedliwości; opiekował się rodziną i nie szczędził wysiłków w jej obronie; rozwijał wszechstronne kształcenie młodzieży. Głęboki dystans wobec zaszczytów i bogactw, pokora wsparta pogodnym i żartobliwym usposobieniem, trzeźwe spojrzenie na ludzką naturę i na ulotność sukcesów oraz trafność sądu zakorzenionego w wierze dały mu wewnętrzną moc i ufność, która wspierała go w przeciwnościach i w obliczu śmierci. Jego świętość zajaśniała pełnym blaskiem w chwili męczeństwa, ale została przygotowana przez całe życie poświęcone pracy w służbie Boga i bliźniego”Jan Paweł II, List Apostolski «motu proprio» o ogłoszeniu św. Tomasza Morusa Patronem rządzących i polityków, 2000.

    Konwertyta, słynny pisarz G. K. Chesterton, napisał o Tomaszu, iż był „największą historyczną postacią w dziejach Anglii”…

    ze strony parafii rzymsko-katolickiej pod wezwaniem św. Zygmunta w Słomczynie

    *******

    Św. Tomasz More

    „Panie, daj mi dobre trawienie i także coś do przetrawienia.

    Daj mi zdrowie ciała i pogodę ducha, bym mógł je zachować.”

    „Panie, daj mi dobre trawienie i także coś do przetrawienia. Daj mi zdrowie ciała i pogodę ducha, bym mógł je zachować. Panie, daj mi prosty umysł, bym umiał gromadzić skarby ze wszystkiego, co dobre, i abym się nie przerażał na widok zła, ale raczej bym potrafił wszystko dobrze zrozumieć.
    Daj mi takiego ducha, który by nie znał znużenia, szemrania, wzdychania, skargi, i nie pozwól, bym się zbytnio zadręczał tą rzeczą tak zawadzającą, która się nazywa moim „ja”.
    Panie, daj mi poczucie humoru. Udziel mi łaski rozumienia żartów, abym potrafił odkryć w życiu odrobinę radości i mógł sprawiać radość innym.”

    Czy to nie jest piękna modlitwa? Szczególnie ujęła mnie ta prośba o poczucie humoru, którego tak często sobie i Panu Bogu odmawiamy, zapominając, że jedynie Zły nie ma go ani za grosz, bo nie ma do siebie dystansu. Jest śmiertelnie poważny. Ale to, co może być naprawdę zaskakujące w kontekście tych słów skierowanych do Pana Boga, to to, że ułożył je i codziennie odmawiał prawnik, wspominany dzisiaj św. Tomasz More (Morus). Ten Londyńczyk z urodzenia, uczeń kardynała Mortona, królewskiego kanclerza, długo szukał dla siebie właściwego miejsca. Najpierw rozpoczął naukę na Oksfordzie, potem z woli ojca skończył studia prawnicze w rodzinnym Londynie, następnie został wziętym adwokatem i parlamentarzystą. Szukał wiedzy za granicą, przez cztery lata był nawet mnichem, wstąpił bowiem po powrocie z wojaży do kartuzów. Kiedy jednak przekonał się, że i to nie jest droga jego życia opuścił pustelnię, ożenił się i zamieszkał w wiejskim domku pod Londynem. Gdy już się mu wydawało, że to jest jego powołanie, jego żona zmarła nagle zostawiając go z czwórką małych dzieci. Bez pomocy drugiej żony, która zgodziła się zaopiekować nimi rezygnując z własnego macierzyństwa, nie podołałby zadaniu wychowania swoich pociech. Ale to jeszcze nie było to, do czego św. Tomasz More ( Morus ) został wezwany przez Boga. Co więc miał robić w życiu? Oto w roku 1510 objął urząd sędziego do spraw cywilnych i już wiedział, gdzie jest jego miejsce. Stąd właśnie w jego codziennej modlitwie słowa: „daj mi prosty umysł, bym umiał gromadzić skarby ze wszystkiego, co dobre, i abym się nie przerażał na widok zła, ale raczej bym potrafił wszystko dobrze zrozumieć”. Sam król Henryk VIII dostrzegł zalety tego człowieka, o którym mówiło się, że w swojej pracy był  tak sumienny i uczciwy, że gdyby pewnego dnia stawił się przed nim jego własny ojciec i diabeł, przyznałby rację szatanowi, jeśliby tylko z mocy prawa i sprawiedliwości na nią zasługiwał. Wraz z dostrzeżeniem przez króla posypały się też zaszczyty: godność szlachecka, pasowanie na rycerza, funkcje przewodniczącego sądu królewskiego oraz tajnego radcy, a w końcu najwyższy po królu tytuł w Anglii – kanclerza państwa. Wszystko to jednak św. Tomasz More (Morus) oddał razem z własną głową, byleby tylko zachować twarz przed Bogiem. Kiedy bowiem król Henryk VIII w roku 1531 ogłosił się najwyższym zwierzchnikiem Kościoła katolickiego w Anglii, Tomasz zdecydowanie zaprotestował przeciwko temu złu i łamaniu prawa. Został za to publicznie ścięty 6 lipca 1535 roku, ale to również po latach przyniosło mu tytuł patrona urzędników, mężów stanu i polityków. Czy wiecie państwo kto i kiedy nadał go św. Tomaszowi Morusowi? Św. Jan Paweł II. Było to 31 października 2000 roku.

    radio eM 107,6 FM – rozgłośnia archidiecezji katowickiej

    ______________________________________________________________________________________________________________

    21 czerwca

    Święty Alojzy Gonzaga, zakonnik

    Zobacz także:
      •  Najświętsza Maryja Panna Opolska
      •  Najświętsza Maryja Panna z Góry Iglicznej, Przyczyna naszej radości
      •  Święty Rajmund z Barbastro, biskup
    ***
    Święty Alojzy Gonzaga

    Alojzy urodził się 9 marca 1568 r. koło Mantui jako najstarszy z ośmiu synów margrabiego Ferdynanda di Castiglione. Ojciec pokładał w nim duże nadzieje. Chłopiec urodził się jednak bardzo wątły, a matce groziła przy porodzie śmierć. Rodzice uczynili więc ślub odbycia pielgrzymki do Loreto, jeśli matka i syn wyzdrowieją. Tak się też stało. Ojciec marzył o ostrogach rycerskich dla syna. W tym właśnie czasie flota chrześcijańska odniosła świetne zwycięstwo nad Turkami pod Lepanto (1571). Ojciec Alojzego brał udział w wyprawie. Dumny ze zwycięstwa ubrał swojego trzyletniego syna w strój rycerza i paradował z nim w fortecy nad rzeką Padem ku radości żołnierzy. Kiedy ojciec podążył na wyprawę wojenną do Tunisu (1573), pięcioletni Alojzy wrócił pod opiekę matki.
    Kiedy Alojzy miał 7 lat, przeżył swoje “nawrócenie”, jak sam twierdził. Poczuł nicość ponęt tego świata i wielką tęsknotę za Panem Bogiem. Odtąd duch modlitwy, otrzymany od matki, wzrósł w nim jeszcze silniej. Codziennie z budującą pobożnością odmawiał na klęczkach oprócz normalnych pacierzy rannych i wieczornych siedem psalmów pokutnych i oficjum do Matki Bożej. Ojciec był z tego niezadowolony. Po swoim powrocie z wyprawy wziął syna do Florencji na dwór wielkiego księcia Franciszka Medici, by tam nabrał manier dworskich. Alojzy jednak najlepiej czuł się w słynnym sanktuarium, obsługiwanym we Florencji przez serwitów, w kościele Annuntiata. Tu też przed ołtarzem Bożej Matki złożył ślub dozgonnej czystości. Jak głoszą jego żywoty, w nagrodę miał otrzymać przywilej, że nie odczuwał pokus przeciw anielskiej cnocie czystości.
    W 1579 r. ojciec Alojzego został mianowany gubernatorem Monferrato w Piemoncie. Przenosząc się na tamtejszy zamek, zabrał ze sobą Alojzego. W następnym roku, z polecenia papieża Grzegorza XIII, wizytację kanoniczną diecezji Brescia odbywał św. Karol Boromeusz. Z tej okazji udzielił Alojzemu pierwszej Komunii świętej. Jesienią tegoż roku (Alojzy miał wówczas 12 lat) rodzice chłopca przenieśli się do Madrytu, gdzie na dworze królewskim spędzili wraz z Alojzym dwa lata. Alojzy nadal pogłębiał życie wewnętrzne przez odpowiednią lekturę. Rozczytywał się w dziełach św. Piotra Kanizego i w Ćwiczeniach duchowych św. Ignacego z Loyoli. Modlitwę swoją przedłużał do pięciu godzin dziennie. Równocześnie kontynuował studia.


    .Święty Alojzy Gonzaga

    Wreszcie zdecydował się na wstąpienie do zakonu jezuitów. Kiedy wyjawił swoje postanowienie ojcu, ten wpadł w gniew, ale stanowczy Alojzy nie ustąpił. Na korzyść swego brata, Rudolfa, zrzekł się prawa do dziedzictwa i udał się do Rzymu. W drodze zatrzymał się kilka dni w Loreto. 25 listopada 1585 roku wstąpił do nowicjatu jezuitów w Rzymie. Jak sam wyznał, praktyki pokutne, które zastał w zakonie, były znacznie lżejsze od tych, jakie sam sobie nakładał. Cieszył się jednak bardzo, że miał okazję do ćwiczenia się w wielu innych cnotach, do jakich zakon dawał mu okazję.
    Jesienią 1585 r. Alojzy uczestniczył w publicznej dyspucie filozoficznej w słynnym Kolegium Rzymskim, gdzie olśnił wszystkich subtelnością i siłą argumentacji. Zaraz potem otrzymał święcenia niższe i został skierowany przez przełożonych na studia teologiczne. Był na trzecim roku studiów, kiedy we wrześniu 1589 roku przybył do Kolegium Rzymskiego św. Robert Bellarmin; wezwał on Alojzego, by powrócił do Castiglione i pojednał swojego brata Rudolfa z ojcem, który chciał wydziedziczyć syna tylko za to, że ten odważył się wejść w związek małżeński z osobą niższego stanu. Po załagodzeniu sporu Alojzy wrócił do Rzymu na czwarty rok studiów teologicznych, który miał zakończyć święceniami kapłańskimi (1590).
    Wyroki Boże były jednak inne. W latach 1590-1591 Rzym nawiedziła epidemia dżumy. Alojzy prosił przełożonych, by zezwolili mu posługiwać zarażonym. Wraz z innymi klerykami udał się na ochotnika do szpitala św. Sykstusa oraz do szpitala Matki Bożej Pocieszenia. Wyczerpany studiami i umartwieniami organizm kleryka uległ zarazie. Alojzy zmarł jako kleryk, bez święceń kapłańskich, 21 czerwca 1591 r. w wieku zaledwie 23 lat.
    Sława świętego Alojzego była tak wielka, że już w roku 1605 papież Paweł V ogłosił go błogosławionym. Kanonizacja odbyła się jednak dopiero w roku 1726. Dokonał jej papież Benedykt XIII jednocześnie z kanonizacją św. Stanisława Kostki. Ten sam papież ogłosił w 1729 św. Alojzego patronem młodzieży, szczególnie młodzieży studiującej. W 1926 roku papież Pius XI ogłosił św. Alojzego patronem młodzieży katolickiej. Jego relikwie spoczywają w kościele św. Ignacego w Rzymie.
    Szczególnym nabożeństwem do świętych Stanisława Kostki i Alojzego Gonzagi wyróżniał się św. Robert Bellarmin. Miał on ich wizerunki w swoim pokoju. Niemniej serdecznym nabożeństwem do św. Alojzego wyróżniał się św. Jan Bosko. Ku jego czci obchodził nabożeństwo 6 niedziel, przygotowujących do dnia św. Alojzego, który obchodził bardzo uroczyście. Swoje drugie z kolei oratorium, w Turynie, nazwał właśnie jego imieniem.W ikonografii św. Alojzy przedstawiany jest w sutannie jezuickiej, w białej komży z szerokimi rękawami. Jego atrybutami są: czaszka, Dziecię Jezus w ramionach, mitra książęca u stóp, krzyż, lilia, czaszka.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    __________________________________________________________________________

    Wzór dla Papieża Dobroci – św. Jana XXIII

    Św. Alojzy Gonzaga

     Św. Alojzy Gonzaga/Adobe.Stock.pl

    ***

    Święty Alojzy Gonzaga, wraz ze świętymi: Stanisławem Kostką i Janem Berchmansem, należał do grona ulubionych świętych Papieża Dobroci – św. Jana XXIII. Jest patronem młodzieży katolickiej.

    Pochodził z bardzo zamożnej rodziny margrabiego Ferdynanda di Castiglione, jednak życie w przepychu tego świata go nie pociągało. Jak sam twierdził, pierwsze nawrócenie przeżył w wieku 7 lat. Na jego drodze od samego początku stawali wielcy święci. Pierwszej Komunii św. udzielił mu św. Karol Boromeusz. Swoje życie duchowe pogłębiał, czytając dzieła św. Piotra Kanizego i Ćwiczenia duchowe św. Ignacego z Loyoli. Modlił się nawet 5 godzin dziennie. Idąc za głosem powołania, 25 listopada 1585 r., wstąpił do nowicjatu jezuitów w Rzymie. Jego spowiednikiem i kierownikiem duchowym został św. Robert Bellarmin. Alojzy pragnął być kapłanem, jednak w latach 1590-91 Rzym nawiedziła epidemia dżumy. Wraz z innymi klerykami udał się na ochotnika do szpitala św. Sykstusa oraz do szpitala Matki Bożej Pocieszenia. Jego wyczerpany organizm uległ zarazie. Alojzy zmarł jako kleryk, bez święceń kapłańskich, 21 czerwca 1591 r. w wieku zaledwie 23 lat.

    Święty Alojzy Gonzaga był wzorem dla kleryka Angelo Giuseppe Roncallego, przyszłego papieża Jana XXIII, który właśnie przez wstawiennictwo tego świętego dokonał aktu poświęcenia się Sercu Pana Jezusa: „Ja, kleryk Angelo Giuseppe, grzesznik, przyrzekam Sercu Jezusowemu w sposób jak najuroczystszy i niezłomny, że przy pomocy łaski Bożej zachowam zawsze, teraz i na wieki duszę moją wolną od wszelkiego, choćby najmniejszego przywiązania do jakiegokolwiek grzechu całkowicie dobrowolnego. A ponieważ z powodu mojej słabości nie mogę zaręczyć, że na przyszłość dotrzymam o własnych siłach tego przyrzeczenia, oddaję je w ręce anielskiego młodzieńca Alojzego Gonzagi, który się odznaczał brakiem choćby cienia grzechu, czystością umysłu i serca, i obierając go sobie w tym celu za szczególnego pośrednika i patrona, proszę go i błagam, jego, tak dobrego i łaskawego, aby raczył mnie przyjąć, strzec i dopomagać mi przez swe modlitwy, bym dochował należnej temu przyrzeczeniu wierności” – zanotował 27 lutego 1900 r. Roncalli (Dziennik duszy).

    Św. Alojzy Gonzaga – urodził się 9 marca 1568 r., zmarł 21 czerwca 1591 r.

     ks. Mariusz Frukacz/Tygodnik NIEDZIELA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    20 czerwca

    Święta Wincenta Geroza, dziewica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Benigna, dziewica i męczennica
      •  Błogosławiony Jan Gavan, prezbiter i męczennik
    ***
    Święta Wincenta Geroza

    Katarzyna (takie imię otrzymała na chrzcie) urodziła się w Lovere (diecezja Brescia we Włoszech) 29 października 1784 roku. Była najstarszą spośród 3 sióstr i 3 braci. Jej rodzicami byli Jan Antoni Gerosa i Jakubowa Macario. Zajmowali się oni garbowaniem i sprzedażą skór, co było wówczas zajęciem większości tamtejszych mieszkańców. Rodzina cieszyła się powszechnym szacunkiem z racji swojej uczciwości, pobożności i miłosierdzia dla ubogich.
    Katarzyna jako najstarsza w rodzeństwie zajmowała się gospodarką domową. Kiedy zachorował jej ojciec, oddała się z całym poświęceniem posłudze względem niego. Na jej rękach ojciec pożegnał świat, niebawem zmarła także matka. Katarzyna miała wówczas 30 lat. Cały ciężar utrzymania domu i rodzeństwa spadł więc na jej barki (1814).
    W tym samym roku do Lombardii weszły wojska austriackie, grabiąc i pustosząc wszystko. Po ich odejściu nastała nędza, głód i epidemie. Tłumy nędzarzy nawiedzały również Lovere, błagając o kawałek chleba. Katarzyna chętnie dzieliła się z potrzebującymi czym tylko mogła. Umiała również zdobyć się na słowa ufności i nadziei w Bogu.
    Prawdziwą ręką Opatrzności Bożej dla potrzebujących był także w owym czasie miejscowy proboszcz, Rustycjan Barboglio. Wystawił on szpital dla chorych i opuszczonych. Do jego obsługi wybrał pobożne dziewczęta swojej parafii, z których utworzył nową rodzinę zakonną sióstr miłosierdzia z Lovere. Do współpracy zaprosił również Katarzynę. Oddała ona ojcowiznę rodzeństwu, a sama wstąpiła do zgromadzenia i tu złożyła śluby, przyjmując imię Wincenta ku czci św. Wincentego a Paulo. Przełożoną dzieła od kilku lat była św. Bartłomieja Capitanio. Oprócz szpitala siostry prowadziły także “oratorium” dla ubogich dziewcząt, wkrótce powstała także szkoła. Wincenta z całym zapałem pomagała współzałożycielce w tej pięknej pracy.
    26 lipca 1833 roku Bartłomieja zmarła w wieku zaledwie 26 lat. Wincenta miała wówczas 49 lat. Została wybrana przełożoną młodej rodziny zakonnej. Najpierw postarała się o ułożenie reguł i regulaminów (1835). Następnie musiała zatroszczyć się o zatwierdzenie tych reguł. Otrzymała je w stosunkowo krótkim czasie w Rzymie (1839) i w Wiedniu (1841), ponieważ Lombardia należała wówczas do Austrii. Za rządów Wincenty młode zgromadzenie otworzyło 23 nowe placówki, w tym 12 szpitali, dwa sierocińce i jeden ośrodek dla nawróconych ze złej drogi dziewcząt. Przyjęła do zgromadzenia 243 siostry.
    Kiedy w maju 1847 roku dotknęła ją ciężka choroba, była pewna, że zbliża się jej ostatni dzień. Z całą przytomnością umysłu wydała ostatnie rozporządzenia, mające na celu zapewnienie dziełu stabilizację i rozwój. Do ostatniej chwili dawała siostrom rady i życzliwe napomnienia. Zmarła 20 czerwca 1847 roku w wieku 63 lat. Jej beatyfikacji dokonał papież Pius XI w roku świętym 1933, a kanonizował ją wraz ze św. Bartłomieją Capitanio również w roku świętym 1950 papież Pius XII. Ciała obu Świętych spoczywają w kościele sióstr miłosierdzia w Lovero tuż przed prezbiterium, w kryształowych trumnach. Leżą zwrócone do siebie głowami.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ___________________________________________________________________________

    20 czerwca

    Bł. ks. Władysław Bukowiński – Apostoł Wschodu

    wspomnienie w Kazachstanie i archidiecezji krakowskiej

    Kai/ZK

    ******

    „W życiu zawsze okazywał wielką miłość dla najsłabszych i najbardziej potrzebujących, a jego świadectwo ukazuje się jako kondensacja uczynków miłosierdzia względem duszy i względem ciała” – mówił o nim papież Franciszek. Dzisiaj w Kościele wspominamy Jego postać. 

    Władysław Bukowiński urodził się 22 grudnia 1904 r. w Berdyczowie. W 1920 r. rodzina przeniosła się do Święcicy w powiecie sandomierskim. W latach 1921-1931 studiował prawo, a następnie teologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Święcenia kapłańskie otrzymał 28 czerwca 1931 roku z rąk abp. księcia Adama Sapiehy, metropolity krakowskiego.

    Po kilku latach pracy duszpasterskiej w Rabce i Suchej Beskidzkiej wyjechał na Kresy i został wykładowcą w Seminarium Duchownym w Łucku. Od września 1939 r. był proboszczem katedry w Łucku. W 1940 r. został uwięziony przez NKWD.

    Cudem uniknął śmierci w likwidowanym przez Sowietów łuckim więzieniu po rozpoczęciu wojny niemiecko-radzieckiej w 1941 r. Pomagał uciekinierom i jeńcom podczas niemieckiej, a następnie radzieckiej okupacji. W latach 1945-1954 przebywał w radzieckich więzieniach i obozach pracy w Kijowie, Czelabińsku i Dżezkazganie. Tam, po wyczerpującej, kilkunastogodzinnej pracy odwiedzał chorych w więziennym szpitalu, umacniał współwięźniów w wierze, udzielał sakramentów i prowadził rekolekcje w różnych językach. Napisał i potajemnie wykładał w łagrze historię Polski.

    W 1954 r. został zesłany do Kazachstanu, do Karagandy, z obowiązkiem podjęcia pracy stróża. Praca ta umożliwiała mu dalszą tajną pracę duszpasterską wśród zesłańców. Chrzcił, spowiadał i błogosławił małżeństwa zesłanych tam Polaków, Niemców, Rosjan, Ukraińców i przedstawicieli innych narodowości.

    Dobrowolnie przyjął obywatelstwo Związku Radzieckiego, aby móc pozostać wśród powierzonych swej opiece wiernych. Odbył wyprawy misyjne m.in. do Tadżykistanu, Ałmaty, Semipałatyńska, Aktiubińska. W 1958 r. został ponownie uwięziony na trzy lata i zesłany do łagrów na Syberii: w Czumie w obwodzie irkuckim oraz obozie dla „religiozników” w Sosnówce. W sumie spędził w łagrach i więzieniach 13 lat, 5 miesięcy i 10 dni.

    Po odbyciu kary kontynuował w Karagandzie pracę duszpasterską w prywatnych domach. Pod koniec życia trzykrotnie przyjeżdżał do Polski, gdzie spotykał się m.in. z kard. Karolem Wojtyłą. Zmarł w Karagandzie 3 grudnia 1974 r. do końca prowadząc pracę duszpasterską. Jego grób znajduje się w kościele pw. św. Józefa w Karagandzie.

    Modlitwa o kanonizację 

    Boże Ojcze, który zleciłeś duszpasterską posługę
    Twemu słudze Ks. Władysławowi
    nawet w więzieniach i łagrach,
    obdarzając go wielką wiarą, odwagą i przebaczającą miłością,
    udziel i mnie tych samych darów,
    potrzebnych do życia Ewangelią we współczesnym świecie.
    Za przyczyną Twego Sługi wysłuchaj moją modlitwę
    i obdarz mnie łaską, której tak bardzo potrzebuję.
    Przez Chrystusa Pana naszego.
    Amen.

    Domokrążca z Karagandy

    Błogosławiony Ksiądz Władysław Bukowiński (1904-1974)

    Polski kapłan-więzień sowieckich łagrów w roku 1955 nie skorzystał z możliwości powrotu do kraju. Został w Kazachstanie, dokąd zesłano go 10 lat wcześniej. Mimo szykan i prześladowań odbywał podróże misyjne po Azji Środkowej, potajemnie katechizując, udzielając sakramentów i odprawiając Msze Święte.

    11 września 2016 r. ks. Władysław Bukowiński został ogłoszony w Karagandzie pierwszym błogosławionym Kościoła w Kazachstanie.

    “W młodości niektórzy głośno mi przepowiadali tzw. karierę. […] Tymczasem tutaj chodzę po domkach ubogich ludzi i spowiadam przeważnie stare babcie. […] Dobrze i miło pozostać maluczkim aż do śmierci. […] A więc niech się pogłębia przyjaźń ubogiego Mnicha­ Cystersa z maluczkim domokrążcą z Karagandy” – pisał w 1967 r. w liście do przyjaciela, o. Klemensa Świżka.1

    Ksiądz Eligiusz Głowacki, Ukrainiec i greckokatolicki kapłan, stwierdził po latach:

    „Dzięki ks. Bukowińskiemu zrozumiałem wartość cierpienia, dzięki czemu nie załamałem się – owszem, wzrosła we mnie wiara i nadzieja lepszego jutra”.

    Wcześniej połączyły ich długoletnie wyroki sowieckiego sądu, równie surowe i niesprawiedliwe wobec niepokornych duchownych litewskich, białoruskich, polskich, rosyjskich czy ukraińskich. Ksiądz Bukowiński był mistrzem cierpienia, które nigdy nie było jałowe, lecz zawsze nakierowane na ofiarowanie siebie innym. Całe jego życie przenikała niezachwiana wiara w Boga, hart ducha i niezłomne przeświadczenie, że życie na ziemi jest tylko sprawdzianem tego, co może nas czekać w wieczności.


    Kaplica w Karagandzie – istniała rok (1956/1957)

    Kresowe pochodzenie

    Władysław Bukowiński urodził się w 1904 r. w Berdyczowie, na Kijowszczyźnie – w patriotycznej, polskiej rodzinie. Miasto po Unii Lubelskiej znalazło się w granicach Korony i w takim charakterze przetrwało do 1793 r., kiedy w wyniku drugiego rozbioru wchłonęła je Rosja. Zasłynęło głównie tym, że 15 marca 1850 r. w Berdyczowie miał miejsce ślub Eweliny Hańskiej i Honoré de Balzaca. W lecie 1920 r., podczas wojny polsko­bolszewickiej, Rosjanie wymordowali w szpitalu w Berdyczowie sześciuset rannych polskich żołnierzy wraz z opiekującymi się nimi pielęgniarkami. Co ciekawe, do historii przeszło głównie powiedzenie: Pisz na Berdyczów, czyli donikąd. W domyśle – twoja sprawa nie zostanie załatwiona. W rzeczywistości źródło tego stwierdzenia wywodziło się stąd, że w Berdyczowie odbywały się regularne targi handlowe, dziesięć w ciągu roku, i dla przemieszczających się kupców był to jedyny w miarę stały adres, pod który można było wysyłać im korespondencję.

    Rodzina Bukowińskich uciekła przed bolszewikami w 1920 r. do niepodległej Polski, gdzie w rok później Władysław rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po ich ukończeniu niespodziewanie dla swego otoczenia wstąpił do krakowskiego Seminarium Duchownego, które zakończył święceniami kapłańskimi w 1931 r. Pracował jako katecheta i wikariusz w Rabce i Suchej Beskidzkiej. W 1936 r. ponownie zaskoczył bliskich i przełożonych chęcią podjęcia pracy w diecezji łuckiej, tej, do której przynależał miejscem urodzenia, chociaż po traktacie ryskim sam Berdyczów znalazł się po stronie sowieckiej.

    Wykładał w Seminarium Duchownym w Łucku, był zaangażowany w działalność Akcji Katolickiej. Kiedy wybuchła wojna został proboszczem katedry łuckiej. Rok później za pomoc udzielaną wywożonym na Sybir rodakom został aresztowany przez Sowietów i skazany na osiem lat więzienia. W czerwcu 1941 r. cudem uniknął śmierci w czasie likwidacji łuckiego więzienia przez NKWD. Stał wraz z innymi w szeregu rozstrzeliwanych, jednak sowieckie kule w niezrozumiały sposób go ominęły. Wrócił do pracy w katedrze. W kolejnych latach wojny, prócz zwykłej pracy kapłańskiej, pomagał polskiej ludności uciekającej przed mordami ze strony UPA, wspierał ukrywających się Żydów, utworzył także szpital dla chorych jeńców sowieckich w przylegającym do katedry klasztorze. Po powtórnym wkroczeniu Armii Czerwonej na Wołyń został aresztowany na początku 1945 r. i wkrótce skazany na dziesięć lat łagru. Przebywał na Uralu, a potem w Dżezkazganie w kazachskiej kopalni miedzi. Zwolniony w 1954 r., otrzymał nakaz władz sowieckich osiedlenia się w Karagandzie. Rok później pozwolono mu na powrót do Polski. Po przemyśleniu sprawy podjął kolejną niespodziewaną dla innych decyzję – dobrowolnie przyjął obywatelstwo sowieckie i postanowił zostać w Kazachstanie, by służyć tamtejszym katolikom, którzy nie mieli możliwości powrotu do swoich ojczyzn, do Polski, Niemiec, na Litwę czy Ukrainę.

    Duszpasterstwo w stepie

    Nie miał pozwolenia na pracę duszpasterską. Prowadził ją nielegalnie w samej Karagandzie i najbliższej okolicy. Kiedy stwierdził, że nie ma kapłana katolickiego także w Ałma Acie, Tadżykistanie, Aktiubińsku, Semipałatyńsku, podjął prawdziwe wyprawy misyjne w tamte strony. Tym trudniejsze, że wykonywane w ukryciu przed czujnym okiem ateistycznych władz. W 1958 r. za tę działalność został ponownie aresztowany i tym razem skazany na trzy lata łagru. Pracował najpierw przy wyrębie lasu w obwodzie irkuckim na Syberii, a potem przebywał w Mordowii, w obozie dla tzw. religioźników, czyli ludzi prześladowanych za wiarę w Boga. Po odbyciu całej kary wrócił do Karagandy. I znów robił to, co uważał za najważniejsze. Spowiadał, chrzcił, udzielał ślubów, ewangelizował. Początki jednak nie były łatwe. Ludzie represjonowani za cokolwiek, co nie podobało się władzy sowieckiej, nie ufali sobie. Tak wspomina tamten okres Anna Rudnicka z Krasnoarmiejska:

    „Kiedyś mój syn napisał z Karagandy – mamo, u nas jest ksiądz. To był Bukowiński. Ale ja nie uwierzyłam. Boże przepuść – pomyślałam – to jakiś oszust pewnie. Skąd tam ksiądz, w Karagandzie? Pojechałam jednak. Wierzę i nie wierzę. On dopiero z więzienia wyszedł. Spodnie na nim jeszcze więzienne, brudne na nim wszystko. Patrzę na niego i myślę – czy to ksiądz? Ale jak zaczął Mszę świętą odprawiać, to widzę, że ksiądz. To u niego byłam u spowiedzi po wielu, wielu latach. Jaka to była radość. Potem już często jeździłam do Karagandy. A Bukowiński był dla mnie, dla syna, dla nas jak rodzina.”2

    I chociaż znów mógł zostać aresztowany, nie zrezygnował ze swych wypraw misyjnych. Jeździł więc w latach sześćdziesiątych do znanych mu już miejsc – Aktiubińska i Tadżykistanu. O swej wyprawie do Tadżykistanu w 1968 r. tak pisał do przyjaciela, profesora Karola Górskiego w Polsce:

    „Pojechałem do tych, co na takiego gościa czekali całe lata. Radości było bardzo wiele, ale i łez nie brakowało, gdy odjeżdżałem. Byłem tam już po raz czwarty, a za każdym razem pracy nie ubywa, raczej przybywa. W tych warunkach nieuzasadniony jest pesymizm co do przyszłości, choć i ewangeliczna dysproporcja daje się dotkliwie odczuć. Jestem głęboko wdzięczny Opatrzności za tę podróż.”3

    Jeździł także na Ukrainę, do swych przyjaciół księży. Trzykrotnie był w Polsce – w latach 1965, 1969 i na przełomie 1972 i 1973 r. Wtedy zawsze widywał się z kard. Karolem Wojtyłą. Powstały wówczas słynne kazachskie zapiski. Spotykał się także z kard. Stefanem Wyszyńskim i pisał do niego listy. Opublikowałem taki pierwszy odnaleziony dokument w 1991 r. w tygodniku „Ład”.

    Zmarł w szpitalu w Karagandzie 3 grudnia 1974 r. Niemka Teresa Bitz, późniejsza siostra Klara, tak wspomina te chwile:

    „Ludzie, którzy przy nim byli, mówili, że modlił się przez całą noc aż do piątej rano; potem nastąpił krwotok z ust i nosa, uniemożliwiający oddychanie, i to był koniec. Umarł z różańcem w dłoniach. […] Pocieszaliśmy się: cóż, dla niego to lepiej. Jego szala aż po brzegi pełna jest samych dobrych dzieł.”4

    We wrześniu 2016 r. w miejscu jego długoletniej pracy duszpasterskiej, w miejscu gdzie zmarł i został pochowany, została odprawiona Msza św. beatyfikacyjna sługi Bożego Władysława Bukowińskiego.


    Ks. Władysław Bukowiński – lata pięćdziesiąte

    Twórca współczesnego Kościoła w Kazachstanie

    Po ludzku patrząc, jego cały ogromny wysiłek pracy duszpasterskiej mógł zostać łatwo roztrwoniony i zapomniany. Przecież – według zapewnień I sekretarza Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego Nikity Chruszczowa z 1956 r. – już w roku 1970 na całym terytorium ZSRS miało nie być ani jednego chrześcijanina. W tym czasie Kościół katolicki w Kazachstanie to było kilkadziesiąt prywatnych domów, do których docierali z podstawową posługą kapłańską bardzo nieliczni wędrujący duszpasterze. Ilu ich było? Czterech, pięciu, siedmiu. Byli to niedawni łagiernicy, także księża greckokatoliccy, nieliczni ochotnicy z krajów bałtyckich. Wszyscy oni to tzw. latający księża, przemieszczający się dosłownie po całym terytorium ZSRS, by zanieść potrzebującym swoją posługę kapłańską. A Kazachstan to olbrzymi kraj. Wśród nich najbardziej wytrwały, najbardziej zdeterminowany był ks. Władysław Bukowiński. Nie mieli dosłownie nic. Środków finansowych, wsparcia z zewnątrz, nawet realnej nadziei, że idzie ku lepszemu i są jakieś widoki na zmianę ich sytuacji. Barbara Kierznowska zapamiętała jedną z opowieści ks. Władysława o warunkach pracy w Kazachstanie:

    „Pamiętam, jak opowiadał o Mszach św. odprawianych w ciasnych, kazachstańskich domach zesłanych tam Polaków i Niemców, zawsze wczesnym rankiem, po całonocnym nieraz słuchaniu spowiedzi, ze szczelnie zamkniętymi drzwiami, oknami i okiennicami, gdzie zdarzało się, że ktoś zemdlał z duchoty, a śpiewać trzeba było półgłosem tak, aby na zewnątrz nikt nie usłyszał. Mówił zupełnie serio, że najlepszymi jego parafianami byli traktorzyści i dojarki pracujący w kołchozach, bo oni nie bali się utraty stanowiska, więc chrzcili dzieci, brali śluby kościelne i uczestniczyli, gdy tylko była taka możliwość, w nabożeństwach.”5

    Po latach, w 2001 r., w czasie swojej wizyty apostolskiej w Kazachstanie Jan Paweł II powiedział do zgromadzonych wiernych:

    „Zawsze żywo interesowałem się waszym losem. Wiele mi mówił o was niezapomniany ks. Władysław Bukowiński, którego wielokrotnie spotykałem i zawsze podziwiałem za kapłańską wierność i apostolski zapał. Był szczególnie związany z Karagandą, ale opowiadał mi o życiu was wszystkich.” 6

    Śmiało można stwierdzić, że ks. Bukowiński był założycielem struktur współczesnego Kościoła katolickiego w Kazachstanie. Nie zarejestrował żadnej parafii, pierwsze legalne wspólnoty katolickie za czasów rządów sowieckich zarejestrowano bowiem w 1977 r., w Karagandzie i Taińczy, a zatem trzy lata po jego śmierci. W 1987 r. było tych wspólnot już 31, a w 1994 r. – 50 legalnie działajacych parafii. A jednak to dzięki jego pracy, jego wytrwałości i dobremu uporowi powstały zalążki tego, co potem mogło się stać kaplicami, kościołami, parafiami, a w końcu – również tam mogły się zrodzić powołania do kapłaństwa i stanu zakonnego. Dzisiaj Kościół katolicki w Kazachstanie to metropolia Najświętszej Marii Panny w Astanie, do której należą dwie diecezje, w Karagandzie i Ałma Acie, oraz administratura w Atyrau. To normalnie funkcjonująca struktura kościelna z własnymi biskupami, seminarium duchownym, parafiami i nade wszystko wiernymi, wśród których jest coraz więcej rdzennych Kazachów.

    Pierwsza bibuła

    Wspomnienia z Kazachstanu, zapiski ks. Bukowińskiego spisane na prośbę kard. Karola Wojtyły w 1969 r., w czasie pobytu ich autora w ojczyźnie zostały wydane po raz pierwszy w Polsce jako podziemny druk w „Bibliotece Spotkań” ukazały się w PRL w 1978 r.

    Ich równoczesna edycja emigracyjna bardzo szybko doczekała się kolejnych wznowień. Jak mówi Piotr Jegliński, założyciel Editions Spotkania, ta książka zmieniła jego życie. Opublikowanie na Zachodzie nieznanych zapisków polskiego księdza z czternastoletniego pobytu w sowieckich łagrach, a nade wszystko arcyciekawy opis warunków życia katolików w ZSRS, spowodowały, że Jegliński nie miał już powrotu do komunistycznej Polski.

    Żył więcej niż skromnie, pracując jako stróż lub palacz w kotłowni, mieszkając kątem u życzliwych ludzi. Służył przy tym wszystkim, którzy jego posługi potrzebowali. Polakom wygnanym z Podola i Wołynia, Niemcom wyrwanym znad Wołgi, gdzie mieszkali od kilku stuleci, Białorusinom, Litwinom i Ukraińcom, deportowanym z miejsc ojczystych w kazachstańskie stepy lub syberyjski bezkres.

    „Książka wydrukowana w Londynie została przemycona do Lourdes autokarem wiozącym chorych. Wówczas były jeszcze kontrole graniczne i cła. Potem nakład wylądował w celi klasztoru, w którym mieszkałem, i stąd zacząłem natychmiast przesyłać egzemplarze książki do kraju. Nie było to łatwe. Ludzie bali się zabierać książkę do Polski, także księża, bo już sam tytuł Wspomnienia z Kazachstanu kojarzył się z Sowietami i budził grozę.” 7

    Dla mnie lektura tych zapisków była także przełomem. Po ich przeczytaniu uświadomiłem sobie, że na ogromnym terytorium państwa sowieckiego może być więcej Bukowińskich, może być więcej katolików, którzy prowadzą ukryte życie religijne. Zacząłem szukać. Listy, kontakty, kwerenda wydawnictw emigracyjnych, archiwa kościelne. Efektem poszukiwań były książki Kościół w niewoli i Kościół odrodzony, pierwsze na polskim rynku książkowym i poniekąd naukowym publikacje poświęcone temu zagadnieniu. Ciągle mam wrażenie, że mimo upływu wielu lat od ich powstania – ukazały się odpowiednio w 1991 i 1993 r. – za mało wiemy i za mało oddajemy zwykłego szacunku tamtym ludziom.

    Historia Polski

    Łagry, głód, wyniszczająca praca. W tych warunkach każdy ludzki gest, zainteresowanie drugą osobą, rozmowa, były niejednokrotnie wartościami najwyższymi, bo dającymi siłę na przetrwanie. W 1954 r. w łagrze Dżezkazgan doszło do buntu uwięzionych. Chociaż było to już po śmierci satrapy, to jednak warunki pracy w tej kopalni miedzi były gorsze niż w wielu innych łagrach. Kiedy rozpoczął się strajk i więźniowie oczekiwali na rozwój wydarzeń, bardzo ważną rzeczą było zajęcie uwagi protestujących, aby ciągle nie myśleli o grożących im represjach. Wtedy jeden z uwięzionych kapłanów, ks. Michał Woroniecki ze zgromadzenia Księży Misjonarzy, wpadł na pomysł: „Władek, ty masz świetną pamięć, spisz krótką historię Polski i opowiedz ją nam w odcinkach.”8 Księdza Bukowińskiego nie trzeba było długo przekonywać. Z ochotą zabrał się do tworzenia rękopisu. W taki sposób powstała może najbardziej oryginalna wersja dziejów naszego narodu i państwa. Oryginalna, błyskotliwa, także dzisiaj poruszająca trafnością uwag i spostrzeżeń autora. Nade wszystko szczególne są jednak miejsce powstania tych zapisków – sowiecki łagier – i jedyne źródło czerpania wiedzy przez ks. Bukowińskiego – jego własna pamięć i bystry umysł, dobrze wyćwiczone w trakcie studiów prawniczych na krakowskiej Wszechnicy.

    Spisana historia zaczęła żyć własnym życiem. Przepisywana przez kolejnych użytkowników, docierała do najbardziej nieoczekiwanych miejsc ZSRS. Dla licznych polskich zesłańców była nie tylko przypomnieniem losów ojczyzny, ale i najprawdziwszą lekcją wychowawczą, która wpływała na postawy i decyzje ludzi.

    Ksiądz Władysław był wyznawcą idei jagiellońskiej. Bardzo możliwe, że to on w czasie swoich trzech wizyt w ojczyźnie, kiedy spotykał się z biskupem, potem kard. Wojtyłą, w pewien sposób wpływał na przyszłego papieża, jeśli chodzi o fascynację tą ideą. W swojej wersji polskich dziejów, które nazwał znaną maksymą zaczerpniętą od Cycerona „Historia jest nauczycielką życia”, tak pisał o ostatnim z Piastów:

    „Kazimierz III Wielki był politykiem mądrym i przewidującym. On rozumiał, że Polska jest zbyt słaba, by mogła obronić się sama przeciw Niemcom i Rosji. Dlatego należy dążyć do unii Polski z jakimś państwem silnym. Wybór Kazimierza padł na Węgry.” 9

    W konsekwencji po Ludwiku Węgierskim zasiadła na polskim tronie jego córka Jadwiga. Ta wyszła za mąż za Jagiełłę, wielkiego księcia tego kraju, co z kolei zaowocowało unią polsko­litewską. Ksiądz Bukowiński tak krótko charakteryzował Jagiellonów:

    „Dynastia Jagiellonów, wyjątkowo uzdolniona, która dała Polsce siedmiu królów, z nich czterech wybitnych (Władysław Jagiełło, Kazimierz Jagiellończyk, Jan Olbracht, Zygmunt II August), jednego dobrego (Zygmunt I Stary), a ani jednego słabego czy miernego”.10

    Polecam lekturę tej historii, opublikowaną właśnie przez Stowarzyszenie „Wspólnota Polska”, nie brak tam ciekawych ocen, przekonywających opinii i nade wszystko wielkiej miłości do własnego kraju.

    Obywatel sowiecki

    Przyjął obywatelstwo sowieckie – to był przełomowy moment w jego życiu. „Dokonał się tak prosto i zwyczajnie. Tym razem ja sam dobrowolnie pokierowałem własnym życiem, doskonale zdając sobie sprawę z podjętej decyzji”.

    Kiedy po raz ostatni opuszczał Polskę w 1973 r., schorowany i słaby, wielokrotnie był namawiamy do pozostania i ratowania zdrowia. Miał wtedy odpowiedzieć, że wraca, bo „po śmierci nawet mój grób będzie apostołował”.

    Gdy w czerwcu 1955 r. lotem błyskawicy rozeszła się wieść, że „zapisują na repatriację”, każdy biegł do komendantury. Tymczasem ks. Bukowiński na propozycję wyjazdu do Polski odpowiedział: „Pragnę pozostać”. Konsekwencję tej decyzji poniósł trzy lata później, kiedy w 1958 r. aresztowano go po raz trzeci i osądzono. Na pytanie śledczego, dlaczego nie wyjechał, odpowiedział, że uczynił to „ze względów ideowych, dla pracy duszpasterskiej wśród tak bardzo jej potrzebujących, a nie mających swoich kapłanów katolików Związku Sowieckiego”.

    „Tak, tak, Bukowiński, zdemoralizowaliście dużo ludzi” – odparł śledczy.

    W ten jakże charakterystyczny sposób komunistyczny urzędnik podsumował owoce wieloletniej posługi kapłańskiej księdza Władysława. „Demoralizował” lub, jak kto woli, „ewangelizował” Bukowiński ludzi, jak tylko najlepiej potrafił – przed aresztowaniem i po wyjściu z łagru w 1961 r. Żył więcej niż skromnie, pracując jako stróż lub palacz w kotłowni, mieszkając kątem u życzliwych ludzi. Służył przy tym wszystkim, którzy jego posługi potrzebowali. Polakom wygnanym z Podola i Wołynia, Niemcom wyrwanym znad Wołgi, gdzie mieszkali od kilku stuleci, Białorusinom, Litwinom i Ukraińcom, deportowanym z miejsc ojczystych w kazachstańskie stepy lub syberyjski bezkres.


    Sakrament małżeństwa w rodzinach Niemców z Karagandy, 1957 r.

    Grób jak ziarno

    Kiedy zmarł w grudniu 1974 r., został pochowany na nowym cmentarzu w Karagandzie. Zawsze tam można było kogoś spotkać, grób był zawsze zadbany – kwiaty i wokół modlący się ludzie. Kiedy po dziesięciu latach udało się miejscowym katolikom, głównie Niemcom i Polakom, wybudować w dzielnicy karagandyjskiej Majkoduk niewielką świątynię, jedną z pierwszych decyzji wiernych było przeniesienie szczątków doczesnych ks. Władysława pod mury prowizorycznego kościoła. Czy i jak dalece tutejsi katolicy uświadamiali sobie, że nawiązują w ten sposób do tradycji pierwszych chrześcijan, którzy z ochotą gromadzili się na grobach męczenników pomordowanych przez władze rzymskie, modlili się, śpiewali, a z czasem odprawiali liturgię? Ten grób był jak relikwiarz, dotykany, całowany, czczony. Po zmarłym księdzu niewiele pozostało. Skromny dobytek, trochę rzeczy, książki. Tu jednak przy kościele wierni z różnych stron Azji Środkowej mieli swoje sanktuarium, swoją Jasną Górę i rzymskie katakumby zarazem. Z czasem grób został przeniesiony do wnętrza świątyni, do której przybywało coraz więcej i więcej ludzi. Przede wszystkim dla Boga, wielu jednak też takich, dla których to ks. Bukowiński był pierwszym przewodnikiem w drodze do Jego poznania. Najpierw przybywali tu ci, którzy go znali, nierzadko z nim współpracowali, potem ich dzieci, wnuki, także te niegdyś przez niego ochrzczone. Kiedy po raz ostatni opuszczał Polskę w 1973 r., schorowany i słaby, wielokrotnie był namawiamy do pozostania i ratowania zdrowia. Miał wtedy odpowiedzieć, że wraca, bo „po śmierci nawet mój grób będzie apostołował”.

    9 września 2016 r. relikwiarz z jego szczątkami umieszczono pod ołtarzem w krypcie nowej katedry Matki Boskiej Fatimskiej Matki Wszystkich Narodów w Karagandzie.

    Tekst pochodzi z nr 1-2/2017 „Biuletynu IPN”


    1 bł. ks. W. Bukowiński, Wspomnienia z Kazachstanu, Warszawa 2016, s. 211–212.

    2 Spotkałem człowieka. Ks. Władysław Bukowiński w pamięci wiernych i przyjaciół, zebrał i opracował ks. W.J. Kowalów, Biały Dunajec-Ostróg 2001, cz. 1, s. 94-95.

    3 bł. ks. W. Bukowiński, Wspomnienia…, s. 214.

    4 Spotkałem człowieka…, s. 82-83.

    5 Ibidem, s. 104-108.

    6 Zawierzam was Maryi Królowej Pokoju. Rozważania przed modlitwą Anioł Pański, 23 września 2001, Astana, „L’Osservatore Romano” 2001, nr 11-12.

    7 bł. ks. W. Bukowiński, Wspomnienia…, s. 11 (wstęp od wydawcy).

    8 Ks. M. Woroniecki CM, „Powierz Panu swą drogę”. W łagrze Dżezkazgan Rudnik 1949-1956, oprac. ks. R. Dzwonkowski SAC, Lublin 2011, s. 98-100. 

    9 bł. ks. W. Bukowiński, Historia nauczycielką życia, Warszawa 2016, s. 51.

    10 Ibidem, s. 69.

    autor: Adam Hlebowicz – 11.04.2

    ______________________________________________________________________________________________________________


    19 czerwca

    Święty Romuald z Camaldoli, opat

    Zobacz także:
      •  Święci męczennicy Gerwazy i Protazy
      •  Błogosławiony Tomasz Woodhouse, męczennik
      •  Święta Juliana Falconieri, dziewica
    ***
    Święty Romuald z Camaldoli

    Romuald pochodził z Rawenny z możnej rodziny diuków Onesti. Urodził się ok. 951 r. Dla zadośćuczynienia za grzech ojca, który w pojedynku zabił swojego krewnego, miał według podania wstąpić do benedyktynów, którzy mieli swoje opactwo przy kościele św. Apolinarego. Jednak życie wspólne mu nie odpowiadało. Tęsknił za życiem samotnym. Dlatego po trzech latach opuścił ów klasztor. Spragniony doskonalszego skupienia, podjął życie pustelnicze. Wraz ze swym przyjacielem, Marynem, udał się na pogranicze Francji i Hiszpanii i wstąpił do klasztoru benedyktyńskiego w Cuxa. Do nich przyłączyli się wkrótce patrycjusze weneccy: Jan Gradenigo i Jan Morosini. Za zezwoleniem opata, nawiązując do pierwotnej reguły św. Benedykta, zakonnicy ci żyli w oddzielnych domkach, uprawiali ziemię i gromadzili się tylko na wspólny posiłek i pacierze. Po śmierci św. Piotra Orseolo (988) Romuald wraz z towarzyszami, Gradenigo i Marynem, opuścili gościnne opactwo w Cuxa i udali się na Monte Cassino. Stąd rozeszły się ich drogi: Maryno udał się do Apulii, gdzie wkrótce poniósł śmierć męczeńską z rąk Saracenów; Gradenigo założył własny klasztor w pobliżu Monte Cassino; Romuald natomiast wrócił do Rawenny, gdzie w pobliżu opactwa benedyktyńskiego założył sobie pustelnię.
    Wkrótce zaczął zakładać podobne pustelnie w całej Italii. Takich eremów-pustelni Romuald miał założyć kilkanaście. Uczniów i naśladowców nie brakowało. Zgłaszało się ich coraz więcej. Do największej sławy doszły opactwa w Pereum koło Rawenny oraz w Camaldoli (Campo di Maldoli) w Toskanii, od którego zakon otrzymał swoją popularną nazwę “kamedułów”. Godłem zakonu zostały dwa gołąbki, pijące z jednego kielicha – jako symbol połączenia życia wspólnotowego z pustelniczym, ducha anachoreckiego z monastycznym. Do najgłośniejszych uczniów św. Romualda należeli: św. Bruno z Kwerfurtu (Bonifacy), kapelan cesarza Ottona III, św. Benedykt z Benewentu i św. Jan z Wenecji, których św. Bruno zabrał ze sobą do Polski, gdzie też obaj ponieśli śmierć męczeńską (+ 1003), oraz św. Piotr Damiani (+ 1072).
    Romuald zmarł w klasztorze Val di Castro, niedaleko Ankony, 19 czerwca 1027 r., mając 75 lat. Jego relikwie były do roku 1480 własnością tegoż opactwa. Obecnie znajdują się w Fabriano w kościele św. Błażeja, który dotąd jest pod zarządem kamedułów. Eremy kamedulskie składają się z szeregu domków-cel, w których pojedynczo mieszkają mnisi, zbierając się tylko razem na wspólną modlitwę, a kilka razy w roku, w największe święta, na wspólny posiłek i rekreację. Kameduli zachowują prawie stałe milczenie i nie wolno im przyjmować potraw mięsnych. Święty Romuald jest patronem kamedułów.W ikonografii św. Romuald przedstawiany jest jako stary człowiek w białym, długim habicie kamedulskim, czasami w stroju opata. Często pokazuje się go, jak we śnie widzi tajemniczą drabinę, sięgającą nieba, po której białe postacie jego duchowych synów opuszczają ziemię. Jego atrybutami są: czaszka, otwarta księga, kij podróżny, laska. Wizerunek św. Romualda widnieje w herbie Suwałk (obok św. Rocha).
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    18 czerwca

    Święta Elżbieta z Schönau, dziewica, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Błogosławiona Hosanna z Mantui, dziewica
    ***
    Święta Elżbieta z Schönau

    Elżbieta urodziła się około 1129 r. zapewne w niemieckim Bonn. Pochodziła ze znakomitej rodziny. Była jeszcze dzieckiem, kiedy pobożni rodzice ówczesnym zwyczajem oddali ją na naukę i wychowanie do klasztoru benedyktynek w Schönau nad Renem (Hesja w Niemczech). Tu pozostała na zawsze. W roku 1147 jako 18-letnie dziewczę przywdziała welon zakonny, by niedługo potem złożyć śluby. Po 10 latach została wybrana na mistrzynię nowicjatu, a potem na przełożoną.
    W pięć lat po wstąpieniu do klasztoru Elżbieta zapadła na ciężką chorobę, którą znosiła przez 12 lat z heroiczną cierpliwością. Kiedy cierpienia się wzmagały i nie mogła chodzić o własnych siłach, wykorzystywała cenny czas na słodką modlitwę z Bogiem. Obdarzona darem kontemplacji, doznawała objawień Pana Jezusa, Matki Bożej i świętych Pańskich. Obdarzył ją Pan Bóg także darem proroctwa. Jej wizje miały wpływ na mariologię i religijność średniowiecza. Korespondowała ze znaną mistyczką, św. Hildegardą z Bingen, doktorem Kościoła.
    Kiedy Elżbieta umierała 18 czerwca 1164 r., miała 35 lat. Została pochowana w opactwie św. Floryna w Schönau. Do Martyrologium Rzymskiego wpisał ją w 1584 r. papież Grzegorz XIII. W roku 1632 relikwie Elżbiety zostały w czasie wojny trzydziestoletniej sprofanowane i zniszczone przez protestanckich Szwedów. Zachowała się jedynie szczęśliwie relikwia głowy św. Elżbiety.
    Święta zostawiła po sobie bogatą korespondencję. Naglona nadprzyrodzonymi wizjami, pisała do biskupów w sprawie reformy Kościoła. Jej listy zebrał starannie i opublikował jej brat, Ekbert, który był opatem klasztoru. Jest patronką osób cierpiących na depresję, wzywana w obronie przed pokusami.W ikonografii przedstawiana jest w habicie benedyktyńskim jako zakonnica doświadczająca wizji. Jej atrybutem jest: księga, pastorał, krzyż.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    17 czerwca

    Święty Brat Albert Chmielowski, zakonnik

    Dziś dzień św. Brata Alberta
    św. Brat Albert Chmielowski/fot. Józef Wolny/Gość Niedzielny

    *****

    Dzisiejszego dnia wspominamy również:
      świętą Alinę z Forest, męczennicę,
      świętego Grzegorza Barbarigo, biskupa
    ***
    Święty Albert Chmielowski

    Adam Chmielowski urodził się 20 sierpnia 1845 r. w Igołomii pod Krakowem. Sześć dni później na chrzcie św. z wody dano mu imiona Adam Bernard. W czasie uroczystego chrztu św. 17 czerwca 1847 roku w warszawskim kościele Matki Bożej na Nowym Mieście dodano jeszcze imię Hilary. Pochodził ze zubożałej rodziny ziemiańskiej. Jako sześcioletni chłopiec został przez matkę poświęcony Bogu w czasie pielgrzymki do Mogiły. Kiedy miał 8 lat, umarł jego ojciec, sześć lat później zmarła matka.
    Chłopiec kształcił się w szkole kadetów w Petersburgu, następnie w gimnazjum w Warszawie, a w latach 1861-1863 studiował w Instytucie Rolniczo-Leśnym w Puławach. Razem z młodzieżą tej szkoły wziął udział w Powstaniu Styczniowym. 30 września 1863 roku został ciężko ranny w bitwie pod Mełchowem i dostał się do niewoli rosyjskiej. W prymitywnych warunkach polowych, bez środków znieczulających amputowano mu nogę, co zniósł niezwykle mężnie. Miał wtedy 18 lat.
    Przez pewien czas przebywał w więzieniu w Ołomuńcu, skąd został zwolniony dzięki interwencji rodziny. Aby uniknąć represji władz carskich, wyjechał do Paryża, gdzie podjął studia malarskie, potem przeniósł się do Belgii i studiował inżynierię w Gandawie, lecz powrócił wkrótce do malarstwa i ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Monachium. Wszędzie, gdzie przebywał, wyróżniał się postawą chrześcijańską, a jego silna osobowość wywierała duży wpływ na otoczenie. Po ogłoszeniu amnestii w 1874 r. powrócił do kraju. Zaczął poszukiwać nowego ideału życia, czego wyrazem stało się jego malarstwo. Oparte dotychczas na motywach świeckich, zaczęło teraz czerpać natchnienie z tematów religijnych.

    Jeden z jego najlepszych obrazów Ecce Homo jest owocem głębokiego przeżycia tajemnicy bezgranicznej miłości Boga do człowieka (obraz ten znajduje się obecnie w ołtarzu sanktuarium Brata Alberta w Krakowie przy ulicy Woronicza 10). Religijne obrazy Adama Chmielowskiego przyniosły mu miano “polskiego Fra Angelico”. Bez wątpienia duże znaczenie w życiu duchowym Adama Chmielowskiego miały rekolekcje, które odbył u jezuitów w Tarnopolu.
    W 1880 r. nastąpił duchowy zwrot w jego życiu. Będąc w pełni sił twórczych porzucił malarstwo i liczne kontakty towarzyskie i mając 35 lat wstąpił do nowicjatu jezuitów w Starej Wsi z zamiarem pozostania bratem zakonnym. Po pół roku, w stanie silnej depresji, opuścił nowicjat. Do stycznia 1882 roku leczył się w zakładzie dla nerwowo chorych w Kulparkowie koło Lwowa. Następnie przebywał u swojego brata na Podolu, gdzie w atmosferze spokoju i miłości powrócił całkowicie do równowagi psychicznej. Zafascynowała go duchowość św. Franciszka z Asyżu, zapoznał się z regułą III zakonu i rozpoczął działalność tercjarską, którą pragnął upowszechnić wśród podolskich chłopów. Wkrótce ukaz carski zmusił go do opuszczenia Podola.
    W 1884 r. przeniósł się do Krakowa i zatrzymał się przy klasztorze kapucynów. Pieniędzmi ze sprzedaży swoich obrazów wspomagał najbiedniejszych. Jego pracownia malarska stała się przytuliskiem. Tutaj zajmował się nędzarzami i bezdomnymi, widząc w ich twarzach sponiewierane oblicze Chrystusa. Poznał warunki życia ludzi w tzw. ogrzewalniach miejskich Krakowa. Był to kolejny moment przełomowy w życiu zdolnego i cenionego malarza. Z miłości do Boga i ludzi Adam Chmielowski po raz drugi zrezygnował z kariery i objął zarząd ogrzewalni dla bezdomnych. Przeniósł się tam na stałe, aby mieszkając wśród biedoty, pomagać im w dźwiganiu się z nędzy nie tylko materialnej, ale i moralnej.
    25 sierpnia 1887 roku Adam Chmielowski przywdział szary habit tercjarski i przyjął imię brat Albert. Dokładnie rok później złożył śluby tercjarza na ręce kard. Albina Dunajewskiego. Ten dzień jest jednocześnie początkiem działalności Zgromadzenia Braci III Zakonu św. Franciszka Posługujących Ubogim, zwanego popularnie “albertynami”. Przejęło ono od zarządu miasta opiekę nad ogrzewalnią dla mężczyzn przy ulicy Piekarskiej w Krakowie. W niecały rok później brat Albert wziął również pod swoją opiekę ogrzewalnię dla kobiet, a grupa jego pomocnic, którymi kierowała siostra Bernardyna Jabłońska, stała się zalążkiem “albertynek”.
    Formacja dla kandydatów i kandydatek do obu zgromadzeń organizowana była w domach pustelniczych; najbardziej znanym stała się tzw. samotnia na Kalatówkach pod Zakopanem. Nowicjat był surowy, aby zawczasu z życia w tych zgromadzeniach mogły wycofać się osoby słabsze. Do trudnej pracy potrzeba bowiem było ludzi wyjątkowo zahartowanych zarówno fizycznie, jak i moralnie. Przytuliska znajdujące się pod opieką albertynów i albertynek były otwarte dla wszystkich potrzebujących, bez względu na narodowość czy wyznanie, zapewniano pomoc materialną i moralną, stwarzano chętnym możliwości pracy i samodzielnego zdobywania środków utrzymania.
    Albert był człowiekiem rozmodlonym, pokutnikiem. Odznaczał się heroiczną miłością bliźniego, dzieląc los z najuboższymi i pragnąc przywrócić im godność. Pomimo swego kalectwa wiele podróżował, zakładał nowe przytuliska, sierocińce dla dzieci i młodzieży, domy dla starców i nieuleczalnie chorych oraz tzw. kuchnie ludowe. Za jego życia powstało 21 takich domów, gdzie potrzebujący otaczani byli opieką 40 braci i 120 sióstr. Przykładem swego życia Brat Albert uczył współbraci i współsiostry, że trzeba być “dobrym jak chleb”. Zalecał też przestrzeganie krańcowego ubóstwa, które od wielu lat było również jego udziałem.
    Zmarł w opinii świętości, wyniszczony ciężką chorobą i trudami życia w przytułku, który założył dla mężczyzn, 25 grudnia 1916 r. w Krakowie. Pogrzeb na Cmentarzu Rakowickim 28 grudnia 1916 roku stał się pierwszym wyrazem czci powszechnie mu oddawanej. Św. Jan Paweł II beatyfikował go 22 czerwca 1983 r. na Błoniach krakowskich, a kanonizował 12 listopada 1989 r. w Watykanie. Jest patronem zakonów albertynek i albertynów, a w Polsce także artystów plastyków.
    Postacią brata Alberta, artysty, który porzucił sztukę dla służby Bogu, był zafascynowany Karol Wojtyła już w latach swojej młodości. Tej postaci poświęcił dramat “Brat naszego Boga”, napisany w latach 1944-1950. Sztukę zaczęto wystawiać w polskich teatrach zaraz po wyborze kard. Wojtyły na papieża. W 1997 r. na jej podstawie powstał film w reżyserii Krzysztofa Zanussiego pod tym samym tytułem.

    W ikonografii św. Albert przedstawiany jest w szarobrązowym płaszczu zakonnym. Ramieniem otacza ubogiego.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    **********

    Nikt do nieba nie idzie sam

    Portret Brata Alberta autorstwa Leona Wyczółkowskiego.
    Portret Brata Alberta według Leona Wyczółkowskiego

    Pamiętamy o założonych przez Brata Alberta przytuliskach, a zapominamy o jego bogatym życiu duchowym. A przecież za każdym stworzonym przez niego dziełem stoi kontemplacja.

    Całe życie pisał listy do przyjaciół i to z nich można poznać jego życie wewnętrzne. Współbraciom albertynom przypominał, że do czynnego życia potrzebne są modlitwa i refleksja. Pewnie dlatego wybudował pustelnię na Kalatówkach. Słowa, które wypowiedział niedługo przed śmiercią, były nie tylko testamentem. Można je też uznać za bardziej rozbudowaną modlitwę: „Nie chciejmy się niepokoić, bo dobrego Pana mamy, który ma w ręku wszystko, aż do najdrobniejszych szczegółów. Jak czego brakuje, to prosić i polecić Panu Jezusowi i być najspokojniejszym, że On wszystkiemu zaradzi”.

    Tym przesłaniem pożegnał się z siostrami albertynkami w Boże Narodzenie 1916 r. w domu zakonnym przy ul. Skawińskiej w Krakowie. Długo nie poddawał się nowotworowi. Kiedy zasłabł pięć dni przed śmiercią, bracia położyli go na miękkiej kanapie. Gdy zorientował się, że ma tak wygodne posłanie, kazał się przenieść na pryczę, na jakiej spali ubodzy. Na koniec wspomniał też Matkę Najświętszą: „To Matka Boska Częstochowska jest waszą Fundatorką. Pamiętajcie o tym. Ona mnie prowadziła przez całe życie”. W opiekę Maryi oddała go, umierając w 1859 r., jego matka. Przekazała mu wtedy obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej. Kiedy wstąpił do nowicjatu jezuitów, podarował go Józefowi Chełmońskiemu.

    Talent

    Adam Chmielowski, wcześnie osierocony przez ojca, pojechał do Petersburga, żeby uczyć się w szkole kadetów. Kolejno kształcił się w gimnazjum w Warszawie, a w 1861 r. rozpoczął studia w Instytucie Rolniczo-Leśnym w Puławach. Przyłączył się do powstania styczniowego. W bitwie pod Mełchowem został ciężko ranny w lewą nogę. Amputowano mu ją bez znieczulenia. Z niewoli rosyjskiej uciekł do Paryża. Po ogłoszeniu amnestii dla powstańców wrócił do ojczyzny i podjął studia malarskie, najpierw w Warszawie, a potem w Monachium. Krążyła opowieść, że kiedy przyjeżdżał do Krakowa, podkładał swoją protezę pod koła powozów, wymuszając zapłatę, by zdobyć pieniądze na zabawę z kolegami. Doceniwszy jego talent, przynosili mu swoje obrazy Kossakowie, Gierymscy, Witkacy, prosząc o korektę. Jego życie zaczęło się zmieniać, kiedy zajął się malowaniem „Ecce Homo”. Równolegle z powstawaniem obrazu dojrzewał do przemiany życia, za którą od młodości tęsknił.

    Twarz

    Pracę nad płótnem rozpoczął w 1879 r. we Lwowie, na prośbę metropolity Szeptyckiego, w atelier dzielonym z Leonem Wyczółkowskim. Na płótnie widać moment, kiedy Piłat, wskazując na Jezusa, mówi: „Oto Człowiek”. Chrystus, który jest światłem, stoi prawie w ciemności. Nie ma aureoli, ale za jego głową rozlewa się światło. Jest umęczony, ale mimo to zachowuje godność. Początkowo artysta namalował tylko twarz skazanego. Musiał intensywnie w nią patrzeć, żeby napisać: „Trzeba żyć pod okiem Pana Jezusa. Wystarczy jedno spojrzenie duszy na Niego, jedno słowo, myśl jak błyskawica, a to już jest modlitwa”. Nie przez przypadek Jan Paweł II, którego ulubionym świętym był Brat Albert, podkreślał, że dobra modlitwa polega na tym, żeby skupić się na twarzy umęczonego Jezusa. Chmielowski, malując Umęczonego, musiał się modlić. „Gdy człowiek kontempluje twarz Boga, to jego twarz się zmienia. (…) Jezus został poniżony, żeby być z cierpiącym człowiekiem. Brat Albert wybrał poniżenie, żeby być jak najbliżej Jezusa z cierpiącym człowiekiem” – napisał bp Grzegorz Ryś w książce „Ecce Homo”, analizując ekstremalną decyzję powołania, które narodziło się z malarstwa.

    Chmielowski zabrał ze sobą nieukończone dzieło do jezuitów w Starej Wsi, gdzie rozpoczął nowicjat. Popadł tam w depresję i w końcu trafił do psychiatry. Dopiero kiedy brat Stanisław zabrał go do siebie na wieś na Podole, po spowiedzi odzyskał równowagę. „Kogo Pan Jezus sobie wybrał, temu i sto piekieł nie zaszkodzi” – zanotował później.

    Habit

    Obraz „Ecce Homo” ukończył kilkanaście lat później na Skałce w Krakowie, ponaglany przez kard. Szeptyckiego, który uznał dzieło za niezwykłe. W szybkim tempie, narzekając na własne partactwo, domalował ramiona i tułów z szatą układającą się w jasne serce. Siostry albertynki odzyskały obraz dopiero w 1978 r. z muzealnych magazynów we Lwowie, gdzie ukryli je bolszewicy. Dziś można go oglądać w sanktuarium przy ul. Woronicza w Krakowie. Kiedy się go kontempluje, zrozumiałe jest, dlaczego powołany za sprawą Chmielowskiego zakon albertynów szczególną czcią obdarza tajemnicę wcielenia, męki Pańskiej, krzyża i Eucharystii.

    25 sierpnia 1887 r. Brat Albert założył habit III Zakonu św. Franciszka z Asyżu i zamieszkał z bezdomnymi w krakowskiej ogrzewalni. Rok później złożył śluby tercjarskie, i tę datę uważa się za początek Zgromadzenia Braci Albertynów Posługujących Ubogim. 15 stycznia 1891 r. powstało zgromadzenie żeńskie – siostry albertynki. Jego pierwszą przełożoną generalną została Maria Jabłońska – s. Bernardyna, ogłoszona błogosławioną.

    Zapach

    Dzięki Bratu Albertowi powstało ekstremalne zgromadzenie braci i sióstr, którzy są stale na linii frontu, przebiegającego między dwoma światami – sytym i zadowolonym a głodnym i rozczarowanym. W sztuce „Brat naszego Boga” Karola Wojtyły, jedynego w historii świata dramaturga, który ogłosił swojego bohatera świętym, zwraca uwagę zdanie, które wypowiada jeden z ubogich, zwracając się do artysty: „Dajesz nam to, co ci zbywa”. Brat Albert poszedł w swoim dawaniu na całość, ofiarując innym wszystko, wybierając „większą wolność”. „Jakby bracia czy siostry mieli mieć własność, to lepiej by się rozwiązali” – mówił kategorycznie. „Nie chodzi o to, że macie mało – chodzi o to, że nie macie nic” – pouczał świadomy, że tylko wtedy może być jak bezdomni. „Nikt nie idzie sam do nieba. Rozbić naczynie, zapach się rozejdzie. Nie tylko będziemy Boga kochać, ale inni Go przez nas pokochają. A to jest coś” – notował.

    Wiedział, że ważne jest, by nie poddać się zniechęceniu: „Zniechęcać się, to znaczy Panu Jezusowi nie ufać i robić Mu przykrość. Zniechęcać się nigdy nie trzeba, po burzy bywa spokój, po zimie zielona wiosna”. Jeszcze jako malarz do swojej pracowni przy ul. Basztowej w Krakowie przygarniał młodocianych przestępców. Jeden z nich go okradł i zniszczył protezę nogi, żeby jej właściciel nie mógł go dogonić. Artysta nie tylko nie zawiadomił policji, ale nazajutrz przyjął następnych wykolejeńców.

    Sztuka

    Kiedy malarka i pisarka Pia Górska robiła mu wyrzuty, że przestał zajmować się sztuką, odpowiedział: „Gdybym miał dwie dusze, to bym jedną duszą malował, a drugą opiekował się bezdomnymi, ale ponieważ mam tylko jedną duszę, więc zrezygnowałem z tej pierwszej”. Nieraz wracał do fundamentalnego dla każdego artysty pytania: „Czy sztuce służąc, Bogu służyć można? Chrystus mówi, że dwóm panom służyć nie można”. Twierdził, że za dzieło sztuki można uznać „każdy szczery i bezpośredni obraz duszy człowieka w jego dziele. Wszak Bóg objawia się jednakowo w drobnej trawie i wielości światów, tak dusza człowieka, istota sztuki, objawia się zarówno w poemacie, jak i w dobrze przedstawionej przez aktora roli na scenie; piękna róża kwiaciarki, dobrze noszona suknia mogą mieć większe w sztuce znaczenie aniżeli niejeden obraz i rzeźba”. Zajął się sztuką pomagania potrzebującym.

    Chleb

    Troszczył się o ducha i ciało potrzebujących. W jednym z listów pisze: „Magda prosi: masła kuchennego, waty z opatrunkiem, gazy czystej, olejku na oparzenia, sukna na habity”. Wiedząc, że ludzkie głody są nienasycone, podpowiadał innym, że kiedy zaczniemy zaspokajać głód drugiego, sami staniemy się mniej głodni. Wskazywał na Tego, który zaspokoi wszystkie głody: „Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy Jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem”. Kiedy w 2002 r. zawiozłam Janowi Pawłowi II moją książkę o Bracie Albercie „Mało obstawiony święty”, po jej lekturze odpisał: „Brat Albert przypomina, że każde chrześcijańskie pochylenie się nad tym najmniejszym jest aktem miłości wobec samego Chrystusa”.

    „Może nasze zbawienie zależy od małej rzeczy, czy mogę ryzykować, nie robiąc jej?” – zastanawiał się Brat Albert. Patrząc na jego życie, zyskujemy pewność, że nie warto.

    Barbara Gruszka-Zych/ wiara.pl

    Adam Chmielowski (św. Brat Albert)Ecce Homo olej na płótnie 1879 sanktuarium Ecce Homo św. Brata Alberta, Kraków
    ECCE HOMO św. Alberta Adama Chmielowskiego, olej na płótnie 1879


    ****************

    Brat Albert i Faustyna. Miłosierdzie ludzkie i Boskie

    Małgorzata Bilska/Aleteia.pl

    Jezus Miłosierny z wizji św. Faustyny jest przebóstwiony, przemieniony. Jezus na obrazie Brata Alberta jest nieprawdopodobnie ludzki.

    „Jezu ufam Tobie” i „Ecce Homo” stanowią część tej samej drogi.

    Papież Jan Paweł II ma wielki wkład w rozwój kultu Bożego Miłosierdzia, którego był orędownikiem, apostołem i świadkiem aż do śmierci. To on beatyfikował i kanonizował Helenę Kowalską, czyli św. Faustynę – „sekretarkę Jezusa”.

    Wszyscy znają zarówno „Dzienniczek”, jak i wizerunek z napisem „Jezu ufam Tobie” z sanktuarium w Łagiewnikach, namalowany przez Adolfa Hyłę. Autorem pierwszego obrazu Jezusa Miłosiernego był jednak Eugeniusz Kazimirowski, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Powstał on w Wilnie w 1934 roku na prośbę ks. Michała Sopoćki – według wskazówek s. Faustyny. Nadal znajduje się w tym mieście, w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Obraz rozczarował s. Faustynę, gdyż nie oddawał piękna „jej” Jezusa. Natomiast obrazu Hyły nie zdążyła zobaczyć przed śmiercią.

    Obraz Jezusa Miłosiernego autorstwa Eugeniusza Kazimirowskiego

    Trzeba przypomnieć jednak o drugim obrazie Jezusa i drugim, niezwykłym sanktuarium w Krakowie. Dopiero oba wizerunki składają się na spójny wizerunek Jezusa, Boga-człowieka, który oddał się pod ludzki osąd, choć był bez winy, przeszedł drogę męki i poniżenia, by zmartwychwstać w chwale. Chodzi o obraz Ecce Homo sanktuarium Ecce Homo sióstr albertynek znajdującego się na Prądniku Czerwonym w Krakowie.

    Adam Chmielowski zaczął go malować we Lwowie w 1879 roku, jeszcze zanim został Bratem Albertem, franciszkańskim tercjarzem i mistrzem miłosierdzia wobec ubogich. Woził go ze sobą i dobytkiem w różne miejsca, aż osiadł w Krakowie. Nigdy go nie ukończył. Koncentrował się na twarzy Jezusa, poprawiał, kontemplował, zmieniał…

    W 1904 r. domalował pewne elementy i podarował obraz abp. Andrzejowi Szeptyckiemu, hierarsze greckokatolickiemu ze Lwowa. To abp Szeptycki dostrzegł, że czerwony płaszcz Jezusa układa się w kształt serca, dzięki czemu cała Jego postać – umęczona, ubiczowana, zakrwawiona, staje się sercem i źródłem Miłości dla każdego człowieka.

    Ecce Homo autorstwa Alberta Chmielowskiego

    Brat Albert nie potrafił usilnym prośbom arcybiskupa odmówić. Oddał mu swój najważniejszy, mistyczny wręcz obraz, nad którym pracował kilkanaście lat, zmieniając się razem z nim. Doświadczył w tym czasie Miłosierdzia Boga, oddając życie na służbę ubogim i potrzebującym, kosztem kariery artystycznej. Z czasem zrezygnował w ogóle z malarstwa, a był znakomitym artystą!

    Jezus Miłosierny z wizji św. Faustyny jest przebóstwiony, przemieniony. Wokół głowy ma aureolę, prawą rękę unosi w geście błogosławieństwa. Z serca wypływają krew i woda, a z nimi obfite strumienie miłosierdzia do grzeszników. Jezus na obrazie Brata Alberta jest nieprawdopodobnie ludzki. To człowiek skatowany, zamiast berła ma trzcinę, a na głowie – koronę z cierni raniącą skronie. Oczy przymyka z bólu i cierpienia.

    Czego na obrazie brakuje? Artysta nie dokończył aureoli, a także dłoni. Może my sami mamy stać się Jego dłońmi, aktywnie działając na rzecz bliźnich, do których Chrystus chce iść? Których pragnie przytulić do serca?

    Jak uświadamia nam papież Franciszek, poza kultem Bożego Miłosierdzia oraz modlitwą ważne są nasze własne, codzienne uczynki miłosierdzia. „Ecce Homo” i „Jezu ufam Tobie” stanowią jakby część tej samej drogi. Jesteśmy wezwani do tego, by wciąż szukać obrazu Boga, Jezusa ukrzyżowanego w drugim człowieku. Mijamy go na ulicy, w pracy, a nawet w domu. Wychodząc z kościoła, może z pełnej uniesień religijnych pielgrzymki do Łagiewnik…

    Brat Albert nigdy w pielgrzymkach nie uczestniczył. Mimo tego wykonał dla bezdomnych, osieroconych, chorych psychicznie, niepełnosprawnych fizycznie i intelektualnie, uzależnionych, ofiar zarazy i wojny, starszych itd. ciężką pracę. Swoim wyborem drogi zainspirował nie tylko albertynów i albertynki (założył dwa zgromadzenia), ale też choćby Karola Wojtyłę.

    Przyszły papież miał dług wdzięczności wobec Brata Alberta, o czym wspominał. Spłacał go pisząc dramat „Brat Naszego Boga”. Za przykładem Chmielowskiego zostawił karierę artystyczną (teatr), całego siebie oddając na służbę innym. Jako papież beatyfikował (1983) i kanonizował (1989) polskiego Biedaczynę. Brata Alberta i s. Faustynę łączą: Jan Paweł II, Kraków i Miłosierdzie.

    Chmielowski nie miał wizji, choć jego obraz jest czymś więcej niż dziełem pędzla na płótnie. Przypatrzmy się przy tym chronologii zdarzeń. Brat Albert umiera na nowotwór w 1916 roku w Krakowie. Helenka Kowalska ma wtedy 11 lat, już w wieku 17 chce wstąpić do zakonu, lecz rodzice protestują. W czerwcu 1924 roku idzie za zabawę do parku Wenecja w Łodzi, gdzie wtedy mieszka. W czasie tańca widzi Jezusa „jak na Drodze Krzyżowej”, umęczonego, odartego z szat i pokrytego ranami, który pyta „Dokąd cię cierpiał będę […]”? Pod wpływem tego doświadczenia, wbrew rodzinie, podejmuje decyzję – tak rodzi się siostra Faustyna. Czy Jezus, jakiego zobaczyła w Wenecji nie przypomina… Ecce Homo Brata Alberta?

    Nie ma chyba widocznego śladu bezpośredniej inspiracji Bratem Albertem w przypadku św. Faustyny. Oboje na trwałe wpisali się natomiast w mapę duchową Kościoła. Jak dodamy, że Helena Kowalska mieszkała w Łodzi raptem 2 lata, pracując w tym czasie u trzech tercjarek – członkiń świeckiego Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka (miały wspólnego spowiednika), trudno oprzeć się wrażeniu działania Bożej Opatrzności. Bez wiary w Opatrzność kult Miłosierdzia stoi na kruchych, glinianych nogach. Na ulotnych, tylko ludzkich fundamentach.

    Obraz Jezusa Miłosiernego autorstwa Adolfa Hyły, fot. East News

    ********

    Brat Albert i załamanie nerwowe, którego chciał Bóg

    fot.PAP

    *****

    W 100-tą rocznicę śmierci św. Brata Alberta.

    Rok 2017 będzie w polskim Kościele rokiem Świętego Brata Alberta. W Zakopanem na Kalatówkach, gdzie znajduje się Pustelnia Świętego Brata Alberta i gdzie posługują siostry albertynki odbędą się uroczystości jubileuszowe. 4 czerwca 2017 roku o godz. 12 w kościele św. Krzyża w Zakopanem zostanie odprawiona uroczysta Msza św., następnie procesja na Kalatówki do Pustelni i wspólna agapa.

    Z siostrą Krzysztofą Babraj ze Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim (ZSAPU) z Zakopanego-Kalatówek rozmawia Joanna Szubstarska

    Rok Świętego Brata Alberta rozpocznie się 25 grudnia 2016, czyli w dniu 100. rocznicy śmierci Świętego i potrwa do kolejnych świąt Narodzenia Pańskiego. Duchowość św. Brata Alberta była kształtowana przez św. Franciszka z Asyżu, a także św. Jana od Krzyża i św. Wincenty a Paulo. Co przejął Brat Albert od Biedaczyny z Asyżu?

    Kult św. Franciszka tutaj, na Kalatówkach, jest bardzo wyrazisty. Brat Albert nieprzypadkowo wybrał to miejsce w Zakopanem – urzekło go piękno okolicy, piękno gór. Duch św. Franciszka był obecny w pragnieniu, aby bracia i siostry z przytulisk, ubodzy, mogli odetchnąć i zachwycić się pięknem Boga oraz odnowić z Nim przymierze. Podkreśla się w naszym zgromadzeniu, założonym przez św. Brata Alberta (Adama Chmielowskiego), szczególnie kult Dzieciątka Jezus, co jest związane z tajemnicą Wcielenia, a także franciszkańskie umiłowanie tej tajemnicy, którą św. Franciszek wyraził poprzez budowę szopki z żywymi zwierzętami. Tajemnicą wcielenia zachwycał się św. Brat Albert, który siostrom i braciom albertynom przekazał cześć do Dzieciątka Jezus.

    A co jest charakterystycznego w rysie duchowości maryjnej Brata Alberta?

    Znamienny jest fakt, że św. Brat Albert Chmielowski wybrał Matkę Bożą Częstochowską jako fundatorkę zgromadzenia. Święty był w posiadaniu obrazka z wizerunkiem Maryi z Jasnej Góry, który otrzymał od swojej chorej i umierającej matki. Obrazek ten przekazał następnie swojemu następcy, bratu Piotrowi Dobrogowskiemu ze słowami: „ta Matka Boża jest waszą fundatorką, pamiętajcie o tym”. Jako siostry albertynki co roku udajemy się na Jasną Górę, aby Matce Bożej Częstochowskiej przekazać wszystkie nasze sprawy.

    Brat Albert był człowiekiem rozmodlonym, był pokutnikiem. Dlaczego przyjął twarde warunki życia?

    Nad ołtarzem w kaplicy w pustelni na Kalatówkach, gdzie spędzał długie godziny na kontemplacji, znajduje się zabytkowy krucyfiks. Został on przyniesiony w 1898 roku przez braci z Chabówki. Był to dar dla Brata Alberta od przeora ze Skałki. Krucyfiks ten był później odmalowywany przez Witkacego, który – według przekazu – odrestaurowując go, płakał. Brat Albert modlił się przed tym krucyfiksem, gdy przyjeżdżał do pustelni. Spowiednik Świętego, Czesław Lewandowski, zapisał w 1927 roku, że podobno krucyfiks przemawiał do Brata Alberta. Wpatrzony w krzyż powiedział Panu: „Oto ja. Pójdę, gdzie zechcesz, zrobię, co każesz”. Wybierając drogę nędzarza, wybrał, jak mówił, większą wolność. Chciałabym wspomnieć fakt z jego życia, mianowicie załamanie psychiczne, które stanowiło istotny moment przełomowy. Okazało się ostatecznie, że nie była to choroba psychiczna – świadczą o tym późniejsze czyny Brata Alberta. Załamanie było zrządzeniem Boga, Chmielowski przeżył „noc ducha” i dane mu było zrozumienie, czym jest osamotnienie, opuszczenie. Gdy inni uważali go za szaleńca i dziwaka, on w samotności zadeklarował całym sercem przylgnięcie do Jezusa. Jego życie artysty, dotąd wolne, beztroskie, zmieniło się, przewartościowało. Dodatkowo patrząc na biedę tych, wśród których się znajdował, chciał być taki, jak oni. Dlatego przyjął twarde warunki bytowe.

    Malowaniu jednego z jego najlepszych obrazów „Ecce Homo” towarzyszyła modlitwa i kontemplacja. Obraz ubiczowanego Chrystusa, z ranami na całym ciele, z obliczem zniekształconym przez oprawców, w obdartej czerwonej szacie był obrazem upokorzonych. Jak powstawał obraz?

    Malowanie tego obrazu zajęło Albertowi dużo czasu. Obraz malował już w 1879 roku, gdy wrócił z Monachium. Potem jego droga – od „Ecce homo” do służby człowiekowi – wiodła przez nowicjat u jezuitów, załamanie nerwowe i wkroczenie na drogę franciszkańską. Obraz powstał we Lwowie pod wpływem głębokiego przeżycia Męki Pana Jezusa. W obrazie tym widzimy, jak mamy realizować nasz charyzmat zakonny, aby w ludziach ubogich i sponiewieranych dostrzegać oblicze Chrystusa i służyć im. Chrystus, ten właśnie Ecce Homo, jest naszym królem. Brat Albert ułożył taką modlitwę: „Królu Niebios, Królu cierniem ukoronowany, ubiczowany, w purpurę odziany, Królu znieważany i oplwany, bądź Królem i Panem naszym, tu i na wieki. Amen”.

    Brat Albert nie tylko dawał ubogim chleb, dzieląc się z najuboższymi, chcąc przez to przywrócić im godność, ale i zwykł mawiać: „powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs ukroić, nakarmić się, jeżeli jest głodny”. Czy ta heroiczna miłość bliźniego stanowi dziedzictwo, które jest teraz realizowane w zgromadzeniu?

    Świętemu nie chodziło tylko o chleb fizyczny, ten powszedni, ale w głównej mierze o postawę wobec bliźnich. Główną zasadą była dostępność dla innych, gotowość niesienia pomocy. Jak chleb jest codziennym pokarmem, tak i my powinniśmy dawać siebie innym codziennie. Prosimy o to zresztą w modlitwie „Ojcze nasz”, wypowiadając słowa: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj…”. Drogowskazem dla nas jest dobroć i zbliżanie się do innych ludzi, zgodnie ze słowami Brata: „być siostrą wśród sióstr i bratem wśród braci”. Trzeba się pochylać nad bliźnimi, a nawet dźwigać innych. Tam, gdzie człowiek jest opuszczony staramy się wychodzić na spotkanie z nim.

    Joanna Szubstarska /Aleteia.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    16 czerwca

    Święty Benon, biskup

    Dzisiejszego dnia wspominamy również:
     świętą Lutgardę, dziewicę,
      błogosławioną Floridę Cevoli, dziewicę,
      świętego Jana Franciszka Régis, prezbitera
    Święty Benon

    Benon pochodził z arystokratycznej rodziny saskiej. Urodził się około roku 1010. Pobierał nauki u benedyktynów w Hildesheim, a potem w szkole katedralnej. Zaraz po ukończeniu studiów wstąpił do benedyktynów. Wyświęcony na kapłana (1040), zdobył sobie wielki szacunek u mnichów; niebawem wybrali go na swojego opata. Życie ascetyczne, a przy tym jego wielka roztropność w rządzeniu, zwróciły uwagę cesarza Henryka IV, za którego poparciem Benon został biskupem Miśni (Saksonia w południowo-wschodnich Niemczech).
    Czas posługi pasterskiej Benona to trudny okres. Wybuchła wówczas otwarta wojna między cesarzem a papieżem św. Grzegorzem VII. Benon opowiedział się po stronie papieża i jego reform. Cesarz najechał na jego diecezję i ograbił jej dobra biskupie. Benon musiał uciekać. Dopiero kiedy papież obłożył cesarza klątwą i cesarz był zmuszony udać się do Canossy, Benon mógł powrócić na swoją stolicę. Kiedy jednak Henryk IV ponownie wypowiedział papieżowi wojnę i zmusił go do opuszczenia Rzymu, zemścił się także i na Benonie, deponując go na sejmie w Moguncji.
    W roku 1085 papież Grzegorz VII zmarł. Benon przekonany, że antypapież Klemens III jest jego prawowitym następcą, udał się do Włoch, by mu złożyć homagium. Kiedy jednak dowiedział się, że prawowitym namiestnikiem Chrystusa jest bł. Urban II, opowiedział się za nim. W swojej diecezji przywrócił karność kościelną i uzdrowił administrację. Mimo podeszłego wieku do ostatniej chwili posługiwał w swojej diecezji słowem i listami pasterskimi. Zmarł prawdopodobnie 16 czerwca ok. 1106 roku, mając ponad 90 lat.
    Kult św. Benona trwał nieprzerwanie. Jego żywoty przypominają nawet cuda zdziałane za jego wstawiennictwem tak za życia, jak też i po jego śmierci. Kanonizował go jednak dopiero papież Hadrian VI w 1523 roku. Wtedy także relikwie Benona umieszczono w godnym miejscu. Właśnie z okazji tej kanonizacji Marcin Luter wystąpił z gwałtownymi protestami przeciwko czci świętych.
    W czasach reformacji biskup Miśni Jan VIII przeniósł relikwie św. Benona, by je ustrzec przed profanacją, do swojego zamku w Stolp. Stamtąd z kolei przewieziono święte szczątki do Würzen, a potem do Monachium, gdzie złożono je ostatecznie w tamtejszej katedrze (1580). Św. Benon jest patronem Miśni, Monachium i Bawarii. Czczony jest jako orędownik chorych, rybaków i zwierząt domowych.

    Ikonografia przedstawia św. Benona w szatach biskupich z rybą i kluczem. Według bowiem legendy, kiedy Benon udał się do Włoch jako wygnaniec, cesarz Henryk IV kazał klucz od katedry wrzucić do Łaby. Kiedy Święty wrócił na swoją stolicę, podano mu rybę, a w niej biskup znalazł klucz od katedry.
    Św. Benon jest mało znany w Polsce. Ma jednak swój kościół w Warszawie, a przy nim bractwo pod wezwaniem św. Benona, założone w 1623 roku. W 1629 roku biskup poznański, Maciej Łubieński, do którego diecezji należała Warszawa aż do roku 1794, ufundował przy tym kościele klasztor dla zakonników, zwanych benonitami, którzy mieli roztaczać opiekę nad sierotami, starcami i opuszczonymi w stolicy. W 1787 roku fundację tę przekazano św. Klemensowi Hofbauerowi, którą prowadził do roku 1808. Dzisiaj gospodarzami tego kościoła są redemptoryści.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    15 czerwca

    Błogosławiona Jolenta, księżna, zakonnica

    Zobacz także:
      •  Święty Wit, męczennik
      •  Święta Maria Michalina od Najświętszego Sakramentu, dziewica


    Błogosławiona Jolenta

    Węgierskie imię Jolenta (Johelet) jest tylko jedno w wykazach hagiograficznych. Otrzymała to imię zapewne dla pamięci ciotki, królowej aragońskiej (+ 1251). Sama Błogosławiona była najczęściej jednak nazywana za życia Heleną. Według Jana Długosza imię Helena mieli nadać Jolencie Polacy, a księżna chętnie je przyjęła.
    Jolenta urodziła się w 1244 r. w Ostrzyhomiu jako ósme z rzędu dziecko węgierskiego króla Beli IV i Marii z cesarskiego rodu Laskarisów. Z jej najbliższej rodziny aż 4 osoby dostąpiły chwały ołtarzy: obie jej siostry – św. Kinga i św. Małgorzata Węgierska, ciotka – św. Elżbieta i stryjenka – bł. Salomea.

    Ówczesnym zwyczajem jako kilkuletnia dziewczynka Jolenta przybyła do Krakowa na dwór swej siostry, św. Kingi, żony Bolesława Wstydliwego, i tu się wychowywała. Bela IV miał bowiem w planie wydać ją za kogoś z książąt piastowskich. W 1256 r. zaręczył się z Jolentą książę kaliski, Bolesław. Miała wówczas 12 lat, podczas gdy książę liczył wówczas lat 35. Uroczysty ślub odbył się jednak dopiero dwa lata później za specjalną dyspensą papieską, gdy Jolenta miała lat 14. Ślubu udzielił biskup krakowski, Prandota. Z małżeństwa tego urodziły się trzy córki: Jadwiga, Elżbieta i Anna.
    Jolenta była wzorową żoną i matką. Swoją postawą wywierała wielki wpływ na otoczenie. W życie domowe wprowadziła klimat ładu, spokoju, szczerej pobożności i miłości. Wpływ księżnej tak dalece udzielił się mężowi, że potomność nadała mu przydomek Pobożnego. Jednak o jej udziale w zręcznej polityce męża wiadomości nie mamy. W roku 1257 zmarł książę Wielkopolski, Przemysł I, i prawem spadku cały ten obszar przeszedł pod panowanie Bolesława. Kochający książę Bolesław wciągał do swoich rządów także bł. Jolentę. W dokumentach podpisuje się nieraz sformułowaniem “umiłowana małżonka, pani Jolenta”. Książę okazał się nie tylko doskonałym organizatorem i administratorem książęcych dzielnic kaliskiej i wielkopolskiej, ale również dobrym opiekunem Kościoła. Sprowadził franciszkanów do Kalisza, Gniezna, Obornik, Pyzdr i Śremu; uposażył w trzy wsie klaryski w Zawichoście, gdzie ksienią była wówczas bł. Salomea; powiększył także uposażenie cystersek w Ołoboku i benedyktynów w Mogilnie. Czynił to nie bez udziału żony. Jolenta chętnie opiekowała się także biednymi i chorymi.
    Po śmierci męża w kwietniu 1279 r. i szwagra, męża św. Kingi, Bolesława Wstydliwego, zwolniona już od obowiązków rodzinnych, postanowiła oddać się wyłącznie zbawieniu własnej duszy. Wraz z siostrą Kingą wstąpiła do klasztoru klarysek w Starym Sączu. Po śmierci Kingi przeniosła się w 1284 r. do klarysek w Gnieźnie. Nie wiemy, czy piastowała urząd ksieni (przełożonej), czy też wolała zostać zwykłą siostrą. Nekrolog z Lądu podaje jako datę jej śmierci w opinii świętości dzień 17 czerwca 1298 roku. Jej grób zasłynął wkrótce łaskami i cudami i stał się miejscem pielgrzymek.
    Jolenta musiała jednak długo czekać na swojego hagiografa. Dopiero w roku 1631 prymas polski, Jan Wężyk, wyznaczył komisję kanoniczną dla kościelnego procesu. Wtedy też dokonano otwarcia jej grobowca i przełożenia jej śmiertelnych szczątków do nowej trumienki. Zaczęto prowadzić księgę łask. Pierwszy żywot Jolenty ukazał się dopiero w roku 1723. W 1775 r. generał franciszkanów wyznaczył osobnego prokuratora dla sprawy tej beatyfikacji w osobie o. Franciszka Cybulskiego. Napisał on i ogłosił drukiem Życie i cuda wielkiej sługi Bożej Jolenty. Równocześnie król Stanisław August Poniatowski wniósł do Rzymu prośbę o formalną beatyfikację. Odbyła się ona 14 czerwca 1827 r. Leon XII wyznaczył na dzień święta Jolenty 17 czerwca (obecnie – 15 czerwca). Na skutek trudności, jakie stawiał ówczesny rząd pruski, uroczystości beatyfikacyjne mogły się odbyć w Wielkopolsce dopiero w roku 1834. Z tej okazji relikwie bł. Jolenty przeniesiono do kaplicy klarysek.
    Jolenta jest patronką archidiecezji gnieźnieńskiej oraz miasta Kalisza.W ikonografii bł. Jolenta przedstawiana jest w habicie klaryski. Czasami klęczy obok św. Kingi.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    _______________________________________________________________________________


    15 czerwca

    Święty Bernard z Menthon, zakonnik

    Święty Bernard z Menthon

    Bernard (nazywany Bernardem z Menthon, z Aosty lub z Mont-Joux) urodził się około roku 996 w Menthon w Saubadii (południowo-wschodnia Francja), w rodzinie szlacheckiej. Był krewnym burgundzkiej królowej Ermengardy. Po studiach w Paryżu, gdzie zgłębiał filozofię i prawo, przybył do doliny Aosty w diecezji Novara (Piemont w północno-zachodnich Włoszech). Był archidiakonem. Podejmował działalność charytatywną wśród górali oraz pielgrzymów. W Alpach założył dwa schroniska na przełęczach, zwane od jego imienia Wielkim i Małym Bernardem (około roku 1050). Schroniska w tych niebezpiecznych miejscach służyły przedostającym się przez Alpy w pobliżu Mont Joux podróżnym, wśród których było wielu pielgrzymów. Zakonnicy otoczyli wędrowców opieką. Pomagały im specjalnie szkolone psy, nazwane od opiekunów bernardynami.
    Wiosną 1081 r. Bernard udał się do Pawii, by podjąć się mediacji między cesarzem Henrykiem IV a papieżem Grzegorzem VII. W drodze powrotnej zmarł w Novara 15 czerwca 1081 r. Jego relikwie spoczywają w katedrze w Novara. Jest patronem alpinistów i górali alpejskich, turystów, narciarzy i ratowników górskich.
    Czczony był w Piemoncie już w XII w. Został ogłoszony świętym w 1123 r. przez biskupa Ryszarda z Novary. Oficjalnie do martyrologium rzymskiego wpisał go papież Innocenty XI w 1681 r. Pius XI w roku 1923 wydał list apostolski o kulcie św. Bernarda.W ikonografii przedstawia się św. Bernarda w habicie benedyktyńskim. Jego atrybutami są: krzyż w kształcie laski, laska alpejska, pies bernardyński, narty, toporek, szatan w łańcuchach lub o czterech głowach.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    14 czerwca

    Błogosławiony Michał Kozal, biskup i męczennik

    Zobacz także:
      •  Święty Metody Wyznawca, patriarcha
      •  Błogosławiony Gerard z Clairvaux, mnich
      •  Elizeusz, prorok
    ***
    Błogosławiony Michał Kozal

    Michał Kozal urodził się 25 września 1893 r. w Nowym Folwarku pod Krotoszynem. Był synem Jana, oficjalisty dworskiego, i Marianny z Płaczków. Po ukończeniu szkoły podstawowej, a później gimnazjum w Krotoszynie, wstąpił w 1914 roku do seminarium duchownego w Poznaniu, gdzie ukończył tzw. kurs teoretyczny. Ostatni rok studiów, zwany praktycznym, ukończył w Gnieźnie. Tam też otrzymał święcenia kapłańskie w dniu 23 lutego 1918 roku. Planował, że podejmie studia specjalistyczne, ale po nagłej śmierci ojca musiał zapewnić utrzymanie matce i siostrze. Był wikariuszem w różnych parafiach. Odznaczał się gorliwością w prowadzeniu katechizacji, wiele godzin spędzał w konfesjonale, z radością głosił Słowo Boże, dużo się modlił. Był wyrozumiały, uczynny i miłosierny wobec wiernych.
    W uznaniu dla jego gorliwej posługi kapłańskiej i wiedzy zdobytej dzięki samokształceniu, kardynał August Hlond mianował go w 1927 ojcem duchownym seminarium w Gnieźnie. Okazał się doskonałym przewodnikiem sumień przyszłych kapłanów. Alumni powszechnie uważali go za świętego męża. Dwa lata później został powołany na stanowisko rektora seminarium. Obowiązki pełnił do roku 1939, kiedy Pius XI mianował go biskupem pomocniczym diecezji włocławskiej i biskupem tytularnym Lappy (na Krecie). Konsekrację biskupią otrzymał 13 sierpnia 1939 roku z rąk księdza biskupa Karola Radońskiego w katedrze włocławskiej.
    We wrześniu 1939 roku nie opuścił swojej diecezji, którą zarządzał po wyjeździe z kraju biskupa diecezjalnego. Jego nieustraszona, pełna poświęcenia postawa stała się wzorem zarówno dla duchowieństwa, jak i dla ludzi świeckich. Niemcy aresztowali go 7 listopada 1939 roku. Najpierw wraz z alumnami seminarium i kapłanami został osadzony w więzieniu we Włocławku. Od stycznia 1940 r. do 3 kwietnia 1941 r. internowano go w klasztorze księży salezjanów w Lądzie nad Wartą. Po wywiezieniu z Lądu, więziony był w obozach w Inowrocławiu, Poznaniu, Berlinie, Halle, Weimarze i Norymberdze. Wszędzie ze względu na swoją niezłomną postawę, rozmodlenie i gorliwość kapłańską doznawał szczególnych upokorzeń i prześladowań.
    Od lipca 1941 roku był więźniem obozu w Dachau, gdzie tak jak inni kapłani pracował ponad siły. Doświadczał tu wyrafinowanych szykan, ciesząc się w duchu, że “stał się godnym cierpieć zelżywości dla imienia Jezusowego”. Chociaż sam był głodny i nieraz opuszczały go siły, dzielił się swoimi racjami żywnościowymi ze słabszymi od siebie, potrafił oddać ostatni kęs chleba klerykom. Odważnie niósł posługę duchową chorym i umierającym, a zwłaszcza kapłanom. W styczniu 1943 roku ciężko zachorował na tyfus; gdy był już zupełnie wycieńczony, przeniesiono go na osobny “rewir”.
    26 stycznia 1943 roku został uśmiercony zastrzykiem z fenolu. Umarł w zjednoczeniu z Chrystusem ukrzyżowanym. Mimo prób ocalenia jego ciała przez więźniów, zostało ono spalone w krematorium. Po bohaterskiej śmierci sława świętości biskupa Kozala utrwaliła się wśród duchowieństwa i wiernych, którzy prosili Boga o łaski za jego wstawiennictwem. Zaraz po wojnie zaczęto zabiegać o beatyfikację. Św. Jan Paweł II podczas uroczystej Mszy świętej 14 czerwca 1987 roku w Warszawie przed Pałacem Kultury i Nauki – zamykającej II Krajowy Kongres Eucharystyczny – dokonał beatyfikacji biskupa Michała Kozala. Papież powiedział w homilii: “Tę miłość, którą Chrystus mu objawił, biskup Kozal przyjął w całej pełni jej wymagań. Nie cofnął się nawet przed tym najtrudniejszym: «Miłujcie waszych nieprzyjaciół» (Mt 5, 44). Niech będzie jednym jeszcze patronem naszych trudnych czasów, pełnych napięcia, nieprzyjaźni i konfliktów. Niech będzie wobec współczesnych i przyszłych pokoleń świadkiem tego, jak wielka jest moc łaski Pana naszego Jezusa Chrystusa – Tego, który «do końca umiłował»”.W ikonografii bł. Michał przedstawiany jest w stroju biskupim lub w pasiaku więziennym. Jego atrybutami są: mitra, fioletowy trójkąt i numer obozowy 24544.

    Błogosławiony Michał Kozal
    Wikipedia
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________


    13 czerwca

    Święty Antoni z Padwy,
    prezbiter i doktor Kościoła

    Święty Antoni z Padwy

    Ferdynand Bulonne urodził się w Lizbonie w 1195 r. Pomiędzy 15. a 20. rokiem życia wstąpił do Kanoników Regularnych św. Augustyna, którzy mieli swój klasztor na przedmieściu Lizbony. Spędził tam dwa lata, po czym przeniósł się do klasztoru w Coimbrze, które to miasto, obok Lizbony, było drugim, najważniejszym ośrodkiem życia religijnego i kulturalnego kraju. Tam zdobył gruntowne wykształcenie teologiczne i w roku 1219 otrzymał święcenia kapłańskie.
    W rok potem Ferdynand był świadkiem pogrzebu pięciu franciszkanów zamordowanych przez mahometan w Maroko. Przy tej okazji po raz pierwszy usłyszał o duchowych synach św. Franciszka z Asyżu i natychmiast wstąpił do nich w Olivanez, gdzie osiedlili się przy kościółku św. Antoniego Pustelnika. Z tej okazji Ferdynand zmienił swoje imię na Antoni. Zapalony duchem męczeńskiej ofiary, postanowił udać się do Afryki, by tam oddać swoje życie dla Chrystusa. Jednak plany Boże były inne. Antoni zachorował śmiertelnie i musiał wracać do ojczyzny. Jednakże na Morzu Śródziemnym zastała go burza i zapędziła jego statek na Sycylię. W roku 1221 odbywała się w Asyżu kapituła generalna nowego zakonu. Antoni udał się tam i spotkał się ze św. Franciszkiem (+ 1226). Po skończonej kapitule oddał się pod władzę brata Gracjana, prowincjała Emilii i Romanii, który mu wyznaczył erem w Montepaolo w pobliżu Forli. Czas tam spędzony Antoni wykorzystał na pogłębienie życia wewnętrznego i dla swoich studiów. Ze szczególnym zamiłowaniem zagłębiał się w Pismo święte. Równocześnie udzielał pomocy duszpasterskiej i kaznodziejskiej. Sława jego kazań dotarła niebawem do brata Eliasza, następcy św. Franciszka. Ten ustanowił go generalnym kaznodzieją zakonu.
    Odtąd Antoni przemierzał miasta i wioski, nawołując do poprawy życia i pokuty. Dar wymowy, jego niezwykle obrazowy i plastyczny język, ascetyczna postawa, żar i towarzyszące mu cuda gromadziły przy nim tak wielkie tłumy, że musiał głosić kazania na placach, gdyż żaden kościół nie mógł pomieścić słuchaczy. W latach 1225-1227 udał się z kazaniami do południowej Francji, gdzie z całą mocą zwalczał szerzącą się tam herezję katarów (albigensów). Kiedy powrócił do Italii, na kapitule generalnej został wybrany ministrem (prowincjałem) Emilii i Mediolanu. W tym czasie napisał Kazania niedzielne. W roku 1228 udał się do Rzymu, by załatwić pilne sprawy swojej prowincji. Z tej okazji papież Grzegorz IX zaprosił go z okolicznościowym kazaniem. Wywarło ono na papieżu tak silne wrażenie, że nazwał Antoniego “Arką Testamentu”. Papież polecił mu wówczas, by wygłaszał kazania do tłumów pielgrzymów, którzy przybywali do Rzymu. Na prośbę kardynała Ostii Antoni napisał Kazania na święta. Wygłosił tam także kazania wielkopostne.
    Po powrocie do swojej prowincji udał się do Werony, gdzie władcą był znany z okrucieństw i tyranii książę Ezelin III. Był on zwolennikiem cesarza i w sposób szczególnie okrutny mścił się na zwolennikach papieża. Do niego wtedy należała także Padwa. Antoni wiedział, że naraża własne życie, miał jednak odwagę powiedzieć władcy prawdę. Ku zdumieniu wszystkich tyran nie śmiał go tknąć i wypuścił cało.

    Wielki święty Doktor Kościoła - Antoni z Padwy
    fot. via Wikipedia, CC 0
    ***
    Antoni obdarzony był wieloma charyzmatami – miał dar bilokacji, czytania w ludzkich sumieniach, proroctwa. Wykładał filozofię na uniwersytecie w Bolonii. W roku 1230 na kapitule generalnej zrzekł się urzędu prowincjała (ministra) i udał się do Padwy. Był zupełnie wycieńczony, zachorował na wodną puchlinę. Opadając z sił, zatrzymał się w klasztorku w Arcella, gdzie przy śpiewie O gloriosa Virginum wieczorem w piątek, 13 czerwca 1231 roku, oddał Bogu ducha mając zaledwie 36 lat.
    Jego pogrzeb był wielką manifestacją. Pochowano go w Padwie w kościółku Matki Bożej. W niecały rok później, 30 maja 1232 roku, papież Grzegorz IX zaliczył go w poczet świętych. O tak rychłej kanonizacji zadecydowały rozliczne cuda i łaski, jakich wierni doznawali na grobie św. Antoniego. Komisja papieska stwierdziła w tak krótkim czasie 5 uzdrowień z paraliżu, 7 wypadków przywrócenia niewidomym wzroku, 3 głuchym słuchu, 2 niemym mowy, uzdrowienie 2 epileptyków i 2 wypadki wskrzeszenia umarłych. Kult św. Antoniego rozszedł się po całym świecie bardzo szybko. Grzegorz IX bullą Cum iudicat w 1233 roku wyznaczył dzień jego dorocznej pamiątki na 13 czerwca. Sykstus V w 1586 r. włączył jego święto do kalendarza powszechnego Kościoła. Na życzenie króla Hiszpanii Filipa V Innocenty XIII w roku 1722 ustanowił 13 czerwca świętem dla całej Hiszpanii i podległej jej wówczas Ameryki Południowej. W Padwie zainicjowano praktykę czczenia w każdy piątek śmierci św. Antoniego i we wtorek jego pogrzebu. W 1946 r. Pius XII ogłosił go doktorem Kościoła.
    Św. Antoni Padewski jest patronem zakonów: franciszkanów, antoninek oraz wielu bractw; Padwy, Lizbony, Padeborn, Splitu; dzieci, górników, małżeństw, narzeczonych, położnic, ubogich, podróżnych, ludzi i rzeczy zaginionych. Na miejscu grobu św. Antoniego – Il Santo – wznosi się potężna bazylika, jedno z najbardziej popularnych sanktuariów w Europie. Przeprowadzone w 1981 r. badania szczątków Świętego ustaliły, że miał 190 cm wzrostu, pociągłą twarz i ciemnobrązowe włosy. Na kolanach wykryto cienkie pęknięcia, spowodowane zapewne długim klęczeniem.W ikonografii św. Antoni przedstawiany jest w habicie franciszkańskim; nieraz głosi kazanie, czasami trzyma Dziecię Jezus, które mu się według legendy ukazało (podobnie jedynie legendą jest jego kazanie do ryb czy zniewolenie muła, żeby oddał cześć Najświętszemu Sakramentowi, by w ten sposób zawstydzić heretyka). Jego atrybutami są: księga, lilia, serce, ogień – symbol gorliwości, bochen chleba, osioł, ryba.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ______________________________________________________________________________________________________________

    12 czerwca

    Błogosławionych 108 męczenników
    z czasów II wojny światowej

    Zobacz także:
      •  Święty Onufry Wielki, pustelnik
      •  Święty Leon III, papież
      •  Święty Kasper Bertoni, prezbiter
      •  Święty Benedykt Menni, prezbiter
      •  Błogosławiona Maria Kandyda od Eucharystii, zakonnica
      •  Błogosławiony Stefan Bandelli, prezbiter
    ***
    108 męczenników z czasów II wojny światowej

    13 czerwca 1999 r. podczas Mszy świętej odprawianej w Warszawie św. Jan Paweł II dokonał beatyfikacji 108 męczenników, którzy ponieśli śmierć w czasach II wojny światowej. Każda z tych osób wykazała się niezwykłym heroizmem wiary: są w tym gronie biskupi – pasterze, którzy woleli zginąć, aniżeli zostawić swoją owczarnię; siostry i księża ratujący Żydów; teściowa, która oddała swe życie za synową w ciąży; zakonnik, który za posiadanie różańca, a potem odmowę sprofanowania go został zmasakrowany i utopiony w kloace; księża i alumni dzielący się w obozie koncentracyjnym jedyną kromką chleba ze współwięźniami; duchowny, który zginął za to, że nie wydał Gestapo komunistów.
    Sprawa beatyfikacji 108 sług Bożych, męczenników za wiarę, ofiar prześladowania Kościoła w Polsce w latach 1939-1945 ze strony nazizmu hitlerowskiego, choć przybrała formę kanonicznego postępowania beatyfikacyjnego dopiero w roku 1992, w rzeczywistości sięga swymi początkami pierwszych lat po zakończeniu II wojny światowej. Sława świętości i męczeństwa licznych osób z grupy 108 sług Bożych, łaski przypisywane ich wstawiennictwu, kierowały uwagę diecezji i rodzin zakonnych na konieczność otworzenia procesów beatyfikacyjnych o męczeństwie.
    Krąg osób, wobec których rozpoczęto procesy beatyfikacyjne, w trakcie prac aż pięciokrotnie ulegał zmianom: powiększał się przez kolejne zgłoszenia nowych kandydatów, a jednocześnie był redukowany, gdy okazywało się, że w rozpatrywanych przypadkach nie ma wystarczającego materiału dowodowego na męczeństwo w rozumieniu teologicznym. Ostatecznie, w listopadzie 1998 r., liczba męczenników ukształtowała się jako grono 108 sług Bożych.
    Słudzy Boży, przedstawieni przez 18 diecezji, ordynariat polowy i 22 rodziny zakonne, to osoby, których życie i śmierć oddane Bożej sprawie nosiły znamię heroizmu. Pośród nich jest 3 biskupów, 52 kapłanów diecezjalnych, 26 kapłanów zakonnych, 3 kleryków, 7 braci zakonnych, 8 sióstr zakonnych i 9 osób świeckich.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________

    Życiorysy 108 męczenników

    Biografie 108 męczenników z okresu 2 wojny światowej beatyfikowanych 13 czerwca 1999 w Warszawie przez Jana Pawła II

    autor/źródło: Eliza Bartkiewicz/ BP KEP, licencja: 0

    ***

    Papież Jan Paweł II dokonał w Warszawie 13 czerwca beatyfikacji 108 polskich męczenników z czasów II wojny światowej. Każda z tych osób wykazała się niezwykłym heroizmem wiary: mamy w tym gronie biskupów – pasterzy, którzy woleli zginąć, aniżeli zostawić swoją owczarnię; siostry i księży ratujących Żydów; teściową, która oddała swe życie za synową w ciąży; zakonnika, który za posiadanie różańca a potem odmowę sprofanowania go został zmasakrowany i utopiony w kloace; księży i alumnów dzielących się w obozie koncentracyjnym jedyną kromką chleba ze współ- więźniami; duchownego, który zginął za to, że nie wydał Gestapo komunistów.

    Sprawa beatyfikacji 108 sług Bożych, męczenników za wiarę, ofiar prześladowania Kościoła w Polsce w latach 1939-1945 ze strony nazizmu hitlerowskiego, choć przybrała formę kanonicznego postępowania beatyfikacyjnego dopiero od roku 1992, w rzeczywistości sięga swymi początkami pierwszych lat po zakończeniu II wojny. Sława świętości i męczeństwa licznych osób z grupy 108 sług Bożych, łaski przypisywane ich wstawiennictwu, kierowały uwagę diecezji i rodzin zakonnych na konieczność otworzenia procesów beatyfikacyjnych o męczeństwie. Chodzi tu m.in. o postaci abp. Juliana Antoniego Nowowiejskiego, bp. Leona Wetmańskiego, ks. Henryka Hlebowicza, ks. Henryka Kaczorowskiego z grupą kapłanów włocławskich, ks. Józefa Kowalskiego, salezjanina, br. Józefa Zapłaty, i wielu innych. Procesy jednak z różnych powodów nie były podejmowane. Sprawę wywołała ponownie dopiero beatyfikacja bp. Michała Kozala (Warszawa 1987), nazwanego “prawdziwym mistrzem męczenników” dla duchownych z obozów koncentracyjnych, zwłaszcza z Dachau. W trakcie dyskusji w Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych nad męczeństwem bp. Kozala wypłynął postulat rozpoczęcia oddzielnego procesu beatyfikacyjnego tych, którym Biskup Męczennik przewodził w składaniu najwyższego świadectwa wiary. Idea została podjęta przez ówczesnego biskupa diecezji włocławskiej, Henryka Muszyńskiego. Po konsultacjach z Kongregacją wykrystalizowała się stopniowo obecna formuła procesu, który obejmuje nie tylko duchownych, męczenników z Dachau, ale także innych, w tym wiernych świeckich, którzy zginęli wskutek działań podejmowanych “z nienawiści do wiary” (in odium fidei) w różnych miejscach i okolicznościach, ale z rąk tego samego prześladowcy.

    Z ramienia Konferencji Episkopatu Polski proces beatyfikacyjny prowadził biskup diecezji włocławskiej, która w czasie prześladowania poniosła największe procentowo straty spośród duchowieństwa diecezjalnego w Polsce: daninę krwi złożyła tu ponad połowa kapłanów. Proces informacyjny, “diecezjalny”, męczenników za wiarę został otworzony we Włocławku 26 stycznia 1992 r., w rocznicę śmierci męczeńskiej bł. Michała Kozala, obejmując na początku 92 osoby z różnych diecezji i rodzin zakonnych. Od rozpoczęcia procesu przysługiwał im tytuł Sług i Służebnic Bożych.

    Krąg ten w trakcie prac procesowych aż pięciokrotnie ulegał zmianom: powiększał się przez kolejne zgłoszenia nowych kandydatów, a jednocześnie był redukowany, gdy okazywało się, że w rozpatrywanych przypadkach nie ma wystarczającego materiału dowodowego na męczeństwo w rozumieniu teologicznym. Ostatecznie, w listopadzie 1998 r., liczba męczenników ukształtowała się jako grono 108 sług Bożych.

    Słudzy Boży objęci postępowaniem procesowym, przedstawieni przez 18 diecezji, ordynariat polowy i 22 rodziny zakonne, to osoby, których życie i śmierć oddane Bożej sprawie nosiły znamię heroizmu. Pośród nich jest 3 biskupów, 52 kapłanów diecezjalnych, 26 kapłanów zakonnych, 3 kleryków, 7 braci zakonnych, 8 sióstr zakonnych i 9 osób świeckich.


    BŁOGOSŁAWIENI
    (WEDŁUG KOLEJNOŚCI NA LIŚCIE W PROCESIE BEATYFIKACYJNYM)

    BIAŁYSTOK

    1. KS. MIECZYSŁAW BOHATKIEWICZ (1904-1942)

    Kapłan diecezji pińskiej. W czasie okupacji proboszcz w Dryssie, znany szeroko z porywających homilii i serca dla biednych. Został aresztowany przez Gestapo za posługę duszpasterską i po dwóch miesiącach rozstrzelany 4 marca 1942 r. w Berezweczu k. Głębokiego (dziś Białoruś), razem z dwojgiem sług Bożych, ks. Władysławem Maćkowiakiem i ks. Stanisławem Pyrtkiem. Przed egzekucją w liście do matki i rodzeństwa napisał: “Nie płaczcie po mnie, a cieszcie się, że wasz potomek i brat zdał egzamin. Proszę was tylko o modlitwy. Wszystkim moim wrogom przebaczam z całego serca, chciałbym im wszystkim wysłużyć niebo”.

    2. KS. WŁADYSŁAW MAĆKOWIAK (1910-1942)

    Kapłan archidiecezji wileńskiej, proboszcz w parafii Ikaźń. Szczególnie gorliwa działalność duszpasterska ściągnęła na niego wyrok śmierci wileńskiego Gestapo. Ostrzeżony o niebezpieczeństwie, po spotkaniu ze swoim biskupem, zdecydował się jednak dobrowolnie pozostać w parafii, aby służyć wiernym jako kapłan. Aresztowany 3 marca 1941 r., a następnie rozstrzelany 4 marca 1942 r. w Berezweczu. Przed egzekucją, na okładce brewiarza, napisał do biskupa: “Idę złożyć ostatnią ofiarę z życia. Za trzy godziny stanę przed Panem. Ostatnie zatem myśli kieruję ku Tobie, Najdostojniejszy Arcypasterzu, i ślę po raz ostatni hołd synowskiego szacunku i przywiązania. Cieszę się, że Bóg mnie wybrał, a nade wszystko, że dodaje łaski i sił”.

    3. KS. STANISŁAW PYRTEK (1913-1941)

    Kapłan archidiecezji wileńskiej, wikariusz parafii Ikaźń, gdzie proboszczem byt jego kolega, ks. Maćkowiak. Również na nim ciążył wyrok śmierci za posługę duszpasterską. Został aresztowany, gdy udał się do urzędu policji, by wstawić się za uwięzionym dzień wcześniej proboszczem. Razem z nim został rozstrzelany w Berezweczu 4 marca 1942 r. Trzej skazańcy przed rozstrzelaniem razem wołali: “Niech żyje Chrystus Król!”. Przed egzekucją napisał do rodzeństwa: “Kilka godzin dzieli mnie od śmierci niczym nie zasłużonej. Obowiązkiem kapłana jest złożyć i tę ofiarę za Chrystusa. Ginę za nauczanie religii. Nie płaczcie, ani się nie smućcie po mnie. Ślę wam kapłańskie błogosławieństwo. Po trzech miesiącach więzienia cieszę się, że godny jestem cierpieć i umierać”.

    CZĘSTOCHOWA

    4. KS. MAKSYMILIAN BINKIEWICZ (1913-1941)

    Prefekt gimnazjum biskupiego we Wieluniu. Wyróżniał się duchowością, oddaniem Kościołowi, pracowitością. Został aresztowany 6 października 1941 r. za działalność duszpasterską i deportowany do obozu w Dachau, gdzie zmarł 24 lipca 1942 r. w następstwie ciągłe- go maltretowania. Współwięzień zaświadczył: “Był to prawdziwy mąż Boży. Podziwiałem jego ducha modlitwy. Przychodził na łóżko zbity i sponiewierany, a kiedy zasypiałem, on jeszcze szeptał słowa modlitwy. Niesłychanie ofiarny i uczynny, ofiarowywał swoją pomoc kolegom słabszym i starszym” (ks. Jan Kabziński).

    5. KS. LUDWIK GIETYNGIER (1904-1941)

    Proboszcz parafii Raczyn. Niezwykle ofiarny wychowawca młodzieży, katecheta. Pełen miłości Boga i bliźniego, tak w posługiwaniu duszpasterskim, jak w dotkliwych udrękach w więzieniach i w obozie w Dachau. Aresztowany 6 października 1941 r. za posługę duszpasterską. Zaświadczono o nim, że “przeciwności życia, cierpienia, udrękę więzienną znosił cierpliwie, z poddaniem się woli Bożej”. Zmarł w obozie w Dachau 30 listopada 1941 r. w następstwie maltretowania przez strażników.

    DROHICZYN

    6. KS. ANTONI BESZTA-BOROWSKI (1880-1943)

    Wikariusz generalny diecezji pińskiej, w czasie wojny proboszcz w Bielsku Podlaskim. Był kapłanem niezwykle oddanym duszpasterstwu, modlitwie, zatroskanym o duchowieństwo diecezji i wiernych świeckich, co szczególniej ujawniło się w latach okupacji. Za tę posługę został aresztowany 15 lipca 1943 r. i po kilku godzinach rozstrzelany w pobliżu Bielska. Gdy go aresztowano, wziął ze sobą tylko brewiarz i różaniec. Sam stojąc w obliczu śmierci, modlił się ze skazańcami i przygotowywał ich na spotkanie z Bogiem.

    GDAŃSK

    7. KS. MARIAN GÓRECKI (1903-1940)

    Charyzmatyczny duszpasterz Polaków w Wolnym Mieście Gdańsku, szczególnie oddany młodzieży, Aresztowany już w dniu wybuchu wojny, 1 września 1939 r., następnie deportowany do obozu koncentracyjnego w Stutthofie (Sztutowo). Po siedmiu miesiącach upokorzeń i tortur, rozstrzelany w Wielki Piątek, 22 marca 1940 r. razem z ks. Bronisławem Komorowskim. Przed śmiercią wypowiedział słowa przebaczenia wobec prześladowców.

    8. KS. BRONISŁAW KOMOROWSKI (1889-1940)

    Proboszcz w Gdańsku-Wrzeszczu, niezwykle ofiarny duszpasterz. Aresztowany 1 września 1939 r. równocześnie z ks. Marianem Góreckim, z którym przebył podobną drogę cierpień w Stutthofie, aż do egzekucji w Wielki Piątek, 22 marca 1940 r. Przygotowywał się na śmierć uczestnicząc potajemnie we Mszy św. Wielkiego Czwartku, sprawowanej z więźniami.

    9. KS. FRANCISZEK ROGACZEWSKI (1891-1940)

    Proboszcz polskiej parafii pw. Chrystusa Króla w Gdańsku, wyjątkowy spowiednik. Aresztowany I września 1939 r., po długich torturach został rozstrzelany 11 stycznia 1940 r. w pobliżu Gdańska. Na krótko przed zabraniem na egzekucję powiedział do swojego wikariusza, razem z nim uwięzionego: “Wiesz, czuję, że zginę; powiedz moim ukochanym wiernym w kościele Chrystusa Króla, że chętnie oddam swe życie za Chrystusa i Ojczyznę”.

    GNIEZNO

    10. KS. JAN NEPOMUCEN CHRZAN (1885-1942)

    Proboszcz parafii Żerków. W czasie okupacji, nie zważając na niebezpieczeństwo uwięzienia, bardzo ofiarnie prowadził posługę duszpasterską, za co 6 października 1941 r. aresztowano go i deportowano do obozu koncentracyjnego w Dachau. Zmarł w obozie w następstwie maltretowania i chorób. “Pod wpływem łaski Bożej przemienił się tak, że z poddaniem się woli Bożej znosił wszelkie cierpienia” (ks. Dezydery Wróblewski). Zakończył życie 1 lipca 1942 r. ze słowami na ustach: “Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.

    11. KS. FRANCISZEK DACHTERA (1910-1942)

    Prefekt liceum w Bydgoszczy; wyróżniał się wielką gorliwością apostolską i duchowością kapłańską. Po aresztowaniu 17 września 1939 r, i pobycie w różnych więzieniach, ostatecznie umieszczono go w obozie koncentracyjnym w Dachau. Zmarł po bardzo dotkliwych cierpieniach 23 sierpnia 1942 r. jako ofiara eksperymentów pseudomedycznych. Przed śmiercią powiedział jeszcze do przyjaciela: “Pozdrów moją rodzinę. Niech nie płaczą. Bóg tak chce. Zgadzam się z Jego wolą, choć serce się rwie do swoich”.

    12. KS. WŁADYSŁAW DEMSKI (1884-1940)

    Proboszcz parafii Najświętszej Maryi Panny w Inowrocławiu, przedtem profesor języków klasycznych w gimnazjum, szanowany powszechnie jako “kapłan według Serca Bożego i prawdziwy wychowawca”. Aresztowany 2 listopada 1939 r. W obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen 28 maja 1940 r. został skatowany na śmierć za to, że odmówił podeptania różańca. Mówił przed śmiercią: “Wszystko trzeba ścierpieć dla Pana i na nic się nie skarżyć”.

    13. KS. STANISŁAW KUBSKI (1876-1942)

    Proboszcz parafii Najświętszej Maryi Panny w Inowrocławiu. Na wszystkich placówkach duszpasterskich odznaczał się niezwykłą gorliwością, wrażliwością na najbiedniejszych i bezrobotnych. Aresztowano go zaraz na początku wojny 2 września 1939 r. i osadzono w kamieniołomach w Buchenwaldzie, skąd następnie przewieziono go do Dachau. 18 maja 1942 r. wywieziono go, jako niezdolnego do pracy, na zagazowanie. “Wszystkie cierpienia i katusze znosu z anielską cierpliwością, a w modlitwie szukał pociechy i otuchy; pokrzepiał innych dobrym słowem” (ks. Dezydery Wróblewski).

    14. KS. WŁADYSŁAW MĄCZKOWSKI (1911-1942)

    Administrator parafii Łubowo; wyróżniał się wzorowym życiem kapłańskim i wielkim zapałem duszpasterskim. Po uwięzieniu 26 sierpnia 1940 r. został przewieziony do Dachau, gdzie zmarł na skutek znęcania się nad nim strażników 20 sierpnia 1942 r. Był uważany przez współwięźniów za przykład cichego i ofiarnego kapłana, zapominającego o sobie, który wnosił w miejsce obozowego upodlenia i poniżenia człowieka jasność wiary i dobroć. Mówił do więźniów o śmierci, jako o radosnym spotkaniu z Chrystusem.

    15. KS. MARIAN SKRZYPCZAK (1909-1939)

    Wikariusz parafii Płonkowo. Po wybuchu wojny, świadomy niebezpieczeństwa, pozostał w parafii, by nieść posługę duszpasterską. Został zamordowany 5 października 1939 r. w Płonkowie przez bojówki młodzieży hitlerowskiej. Padając pod kościołem po strzałach z pistoletów, wołał: “Jezu, zlituj się! Przebacz im!”

    16. KS. ALEKSY SOBASZEK (1895-1942)

    Proboszcz parafii Siedlemin, gorliwy duszpasterz. Po wybuchu wojny, w pierwszym momencie ogarnięty paniką, opuścił parafię. Wrócił jednak po dwóch tygodniach i w kościele, w czasie Mszy św., prosił ze łzami w oczach parafian o wybaczenie mu tego czynu. Aresztowano go 6 października 1941 r. i przewieziono do Dachau, gdzie zmarł 1 sierpnia 1942 r. w następstwie udręk obozowych. Przed śmiercią prosił przyjaciela, by po wyzwoleniu udał się do Siedlemina i powiedział w kościele jego parafianom, że “wszystkie udręki i tortury, jakie przyszło mu znosić w obozie, ofiarował Bogu za nich; że błogosławi wszystkim i prosi ich o modlitwę za swoją duszę” (ks. Zygmunt Sroczyński).

    17. KS. ANTONI ŚWIADEK (1909-1945)

    Kapelan organizacji młodzieżowych w Bydgoszczy, kapłan wyjątkowej żarliwości apostolskiej. “Miłość do Matki Bożej charakteryzowała całe jego życie”. Został aresztowany w lipcu 1942 r. i przewieziony do Dachau. “Był jedną z tych wyjątkowych dusz kapłańskich, które słoneczną pogodą ducha, czystością charakteru i głębią życia równocześnie pociągają, ale i onieśmielają, i zawstydzają” (ks. Jan Ziółkowski). Zmarł 25 stycznia 1945 r. w Dachau w następstwie udręk obozowych, z różańcem w dłoni.

    KALISZ

    18. FRANCISZEK STRYJAS (1882-1944)

    Wierny świecki spod Kalisza, wzorowy ojciec rodziny. Gdy przedłużała się nieobecność księży, w większości aresztowanych, rozpoczął od 1942 r. potajemne nauczanie dzieci religii w okolicznych wioskach, by przygotować je do I Komunii. Za tę działalność został aresztowany przez policję hitlerowską, osadzony w więzieniu w Kaliszu, gdzie po dziesięciu dniach tortur, 31 lipca 1944 r. zakończył życie.

    KATOWICE

    19. KS. JÓZEF CZEMPIEL (1883-1942)

    Proboszcz parafii Chorzów-Batory, charyzmatyczny duszpasterz trzeźwości o wielkim sercu wobec ludzkiej niedoli. Kapłan o niezwykle głębokiej duchowości, animator bardzo licznych powołań do kapłaństwa i życia zakonnego. Gdy go aresztowano 13 kwietnia 1940 r. żegnał się z najbliższymi słowami: “Zostańcie z Bogiem. Pozdrówcie moich parafian. Ja idę na śmierć, jeżeli jest taka wola Boża”. Współwięźniowie mówili o nim, że “w swej niezłomnej wierze heroicznie, z niezwykłą cierpliwością naśladował swojego Mistrza w niesieniu krzyża”. Został wywieziony z obozu Mauthausen 19 czerwca 1942 r. w tzw. transporcie inwalidzkim na zagazowanie.

    20. KS. EMIL SZRAMEK (1887-1942)

    Kanclerz kurii biskupiej i jednocześnie proboszcz parafii mariackiej w Katowicach. Człowiek wielkiej wiary i kultury, historyk i żarliwy patriota, wybitny znawca Śląska i ducha jego ludności. Pozostawia po sobie niezwykle bogatą spuściznę literacką o problematyce historycznej, społecznej, etnograficznej, teologicznej i literackiej. Aresztowany 8 kwietnia 1940 r. W obozach w Gusen, Mauthausen i Dachau był przedmiotem szczególnie wyrafinowanych szykan i upokorzeń. Wobec prześladowców zachowywał się z godnością i spokojem. Życie zakończył w wielkim cierpieniu i poniżeniu: 13 stycznia 1942 r. został zaciągnięty przez pielęgniarza obozu do łaźni i tam przez dłuższy czas był oblewany strumieniami lodowatej wody. Jeszcze tego samego dnia skonał.

    KIELCE

    21. KS. JÓZEF PAWŁOWSKI (1890-1942)

    Rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Kielcach, bardzo ofiarny duszpasterz. Został aresztowany 10 lutego 1941 r. za działalność duszpasterską, a zwłaszcza za organizowanie pomocy dla Żydów, za co wydano na niego wyrok śmierci. Wyrok został wykonany 9 stycznia 1942 r. w obozie w Dachau, przez powieszenie. Współwięźniów, którzy tracili ducha w prześladowaniach, zachęcał: “Musimy to przyjąć, to nasza Golgota”. “Do końca zachował postawę wewnętrznej i ufnej pogody. Do końca też jego zainteresowania odpowiadały godności kapłana i wychowawcy kapłanów” (abp Kazimierz Majdański).

    22. KS. PIOTR EDWARD DAŃKOWSKI (1908-1942)

    Wikariusz parafii Zakopane, znany szeroko z wielkiej gorliwości duszpasterskiej i oddania ludziom, zwłaszcza biednym. W czasie okupacji, ryzykując życiem, pomagał ofiarnie uciekinierom, chroniącym się za granicą przed represjami. Aresztowany przez policję w maju 1941 r. został skazany na obóz zagłady w Oświęcimiu. Gdy umierał w Wielki Piątek, 3 kwietnia 1942 r., w następstwie sadystycznego znęcania się nad nim tylko dlatego, że był kapłanem katolickim, żegnał się z przyjacielem słowami: “Do zobaczenia w niebie!”.

    LUBLIN

    23. BP WŁADYSŁAW GORAL (1898-1945)

    Biskup pomocniczy diecezji lubelskiej, pasterz o niezwykle oddany Kościołowi, człowiek ascezy i głębokiej pobożności, nazywany niekiedy “aniołem pokoju i dobroci”. Aresztowany przez policję polityczną w listopadzie 1939 r. i skazany na karę śmierci, którą zamieniono po interwencjach Stolicy Apostolskiej na dożywocie. Wobec cierpień mówił do kapłanów: “Wielkie cele i głębokie zmiany w świecie wymagają wielkich ofiar”. Po przewiezieniu go do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, został umieszczony w specjalnym bunkrze, w całkowitej izolacji od innych więźniów. Wyniszczony przez maltretowanie i choroby zakończył życie w kwietniu 1945 r., na krótko przed wyzwoleniem obozu.

    24. KS. KAZIMIERZ GOSTYŃSKI (1884-1942)

    Niezwykle gorliwy duszpasterz, pedagog, opiekun harcerstwa. Aresztowany za działalność duszpasterską w styczniu 1940 r. i przewieziony kolejno do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen a następnie do Dachau. Mówił: “Jeżeli Chrystus cierpiał, także my, za Jego przykładem, powinniśmy przyjąć cierpienia”. Wyniszczony przez głód, przymusowe prace ponad siły oraz tortury został zakwalifikowany do tzw. bloku inwalidów, skąd 6 maja 1942 r. wywieziono go na śmierć w komorze gazowej.

    25. KS. STANISŁAW MYSAKOWSKI (1896-1942)

    Katecheta z Lublina, oddany jednocześnie ofiarnej posłudze miłosierdzia wśród biednych, starców, upośledzonych. Aresztowany w listopadzie 1939 r. wraz z grupą kapłanów lubelskich, wkrótce został skazany na śmierć i przewieziony kolejno do Sachsenhausen i do Dachau. Często był torturowany z wyjątkową brutalnością. 14 października 1942 r. wywieziono go z obozu w tzw. transporcie inwalidów na zagazowanie. Mówiono o nim, że “był w obozie koncentracyjnym jednym z nielicznych, którzy swoją siłą duchową ratowali współwięźniów przed całkowitym upodleniem i degradacją człowieczeństwa”.

    26. KS. ZYGMUNT PISARSKI (1902-1943)

    Proboszcz parafii Gdeszyn, gorliwy, ofiarny duszpasterz. 30 stycznia 1943 r., po brutalnym przesłuchaniu i rewizji plebanii został aresztowany przez żandarmerię hitlerowską i w czasie transportu do więzienia zastrzelony za to, że odmówił wskazania komunistów – wcześniej dotkliwie go prześladujących – których by od razu rozstrzelano. Zmarł z różańcem w ręku.

    27. STANISŁAW STAROWIEYSKI (1895-1940)

    Ojciec rodziny, utalentowany administrator, apostoł laikatu, prezes Akcji Katolickiej w diecezji lubelskiej. Za tę działalność aresztowany w kwietniu 1940 r. i osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau. Doprowadził tam do nawrócenia m.in. znanego, wojującego ateistę, Adama Sarbinowskiego. Zakończył życie w obozie w noc Zmartwychwstania Pańskiego, 13 kwietnia 1941 r. Mówili o nim współwięźniowie: “Był apostołem i w obozie. Iluż ludziom ułatwił spowiedź św. i był nie tylko ośrodkiem pomocy duchowej, ale też organizował pomoc materialną, wielkodusznie dzieląc się z bardziej potrzebującymi, nie bacząc, że go ktoś wykorzystuje” (ks. Dominik Maj). “Nie mam najmniejszej wątpliwości, że był to bohater i święty” (kard. Adam Kozłowiecki).

    28. KS. ANTONI ZAWISTOWSKI (1882-1941)

    Profesor teologii w Seminarium Duchownym w Lublinie, żarliwy duszpasterz, ceniony spowiednik i kaznodzieja. Po aresztowaniu w listopadzie 1939 r. został osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau. Chociaż sam bardzo cierpiał, starał się zawsze nieść duchową pomoc współwięźniom. W homiliach obozowych mówił do kapłanów: “Jesteśmy tu za wiarę, Kościół i ojczyznę; za tę sprawę świadomie oddajemy życie”. Zmarł w obozie w Dachau 4 czerwca 1942 r. z wycieńczenia i ciągłego maltretowania przez strażników.

    ŁOMŻA

    29. KS. ADAM BARGIELSKI (1903-1942)

    Wikariusz parafii Myszyniec, bardzo ofiarny duszpasterz. Gdy 9 kwietnia 1940 r. policja hitlerowska aresztowała jego proboszcza, udał się niezwłocznie do Gestapo z prośbą, aby pozwolono mu zastąpić w więzieniu tego kapłana, wówczas 83-letniego starca. W ten sposób proboszcz wrócił do domu, a ks. Bargielski został przewieziony najpierw do obozu koncentracyjnego w Działdowie, a następnie do Gusen i Dachau. W czasie prześladowania nie tracił nigdy głębokiego spokoju, pozostając zawsze gotowy, by służyć innym. Został zamordowany 8 września 1942 r. przez strażnika obozu.

    30. MARIANNA BIERNACKA (1888-1943)

    Bóg i Boże prawo były dla Marianny wartościami ponad wszelkie sprawy, włącznie z wolnością. W czasie akcji odwetowej ze strony Gestapo, spontanicznie ofiarowała swoje życie, w zamian za wziętą na egzekucję swoją brzemienną synową i życie dziecka, mającego się wkrótce narodzić. Uprosiła dowódcę plutonu, by mogła zająć jej miejsce. W ten sposób synowa mogła wrócić do domu, Mariannę natomiast zabrano do więzienia, a później 13 lipca 1943 r. rozstrzelano w Naumowiczach k. Grodna. Czekając na egzekucję miała tylko jedną prośbę: aby dostarczono jej różaniec.

    31. KS. MICHAŁ PIASZCZYŃSKI (1885-1940)

    Profesor i ojciec duchowny Wyższego Seminarium Duchownego w Łomży, promotor dialogu religijnego z Żydami – zapraszał rabinów do seminarium.

    Zmarł w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen z głodu i chorób. W cierpieniach pozostawał zawsze wsparciem duchowym dla innych; szanowany jako “święty kapłan”. Współwięzień z obozu złożył o nim świadectwo: “Gdy kapo naszego bloku odebrał Żydom dzienną porcję chleba, ks. Piaszczyński, który kiedyś przy stole mówił, że chciałby chociaż raz w życiu najeść się do syta, podzielił się swoją porcją chleba z adwokatem żydowskim z Warszawy, Kottem. Przyjmując ofiarowany chleb, Żyd powiedział: “Wy, katolicy, wierzycie, że w waszych kościołach pod postacią chleba jest żywy Chrystus. A ja wierzę, że w tym chlebie jest żywy Chrystus, który ci kazał podzielić się ze mną” (ks. Kazimierz Hamerszmit).

    PŁOCK

    31. ABP ANTONI JULIAN NOWOWIEJSKI (1858-1941)

    Biskup płocki, znakomity profesor liturgista, historyk, animator studiów kościelnych w odrodzonej po rozbiorach Polsce, żarliwy pasterz. Aresztowano go w 1940 r. razem z grupą duchownych z Płocka, a potem osadzono w obozie koncentracyjnym w Działdowie. Strażnicy poddawali 83-letniego hierarchę szczególnym upokorzeniom: zrywano mu z głowy kapelusz, by napełnić go błotem i później wcisnąć mu na głowę, czy też odzierano go zupełnie z ubrania i zmuszano kijami do biegu. Był torturowany, gdyż odmówił podeptania rzuconego w błoto przez SS-manów swego biskupiego krzyża. W czasie męki udzielał dyskretnie błogosławieństwa innym udręczonym, zachęcając ich, by wszystko przyjmowali jako wolę Bożą. Zmarł 28 maja 1941 r. w obozie na skutek ustawicznego, wyrafinowanego maltretowania. Z wypowiedzi abp. Nowowiejskiego: „Chrystus dał życie za owce swoje; tegoż samego żąda od swoich zastępców – pasterzy. Niechaj przykładem będą nam owi męczennicy pierwszych wieków, którzy w chwilach najtrudniejszych zapominali o sobie, pytali o jedno tylko, co by mogli dla Boga uczynić”.

    33. BP LEON WETMAŃSKI (1886-1941)

    Biskup pomocniczy diecezji płockiej, bardzo żarliwy pasterz, człowiek głębokiej wiary, oddany najbardziej potrzebującym. Aresztowano go razem z abp. Nowowiejskim, a potem osadzono w obozie koncentracyjnym w Działdowie, gdzie zakończył życie w wyniku udręk obozowych i chorób. Był żywym przykładem dla kapłanów, jak przyjmować cierpienia i śmierć w duchu miłości Boga i Kościoła. W testamencie z 14 kwietnia 1932 r. zapisał: “Jeślibyś, Boże Miłosierny i Dobry, dał mi łaskę, którą nazywają śmiercią męczeńską, przyjmij ją głównie za grzechy moje i za tych, którzy by mi ją zadawali, aby i oni Ciebie, Boże Dobry i Miłosierny, całym sercem kochali”.

    POZNAŃ

    34. KS. MARIAN KONOPIŃSKI (1901-1943)

    Był wikariuszem parafii św. Michała Archanioła w Poznaniu, a jednocześnie studentem nauk społecznych na poznańskim uniwersytecie. Po aresztowaniu we wrześniu 1939 r. kolejno przebywał w różnych więzieniach. Zmarł 1 stycznia 1943 r. w obozie w Dachau w następstwie eksperymentów pseudomedycznych, jakim był poddawany. Świadek jego cierpień i śmierci zapisał: “Ks. Marian był zjednoczony z Bogiem na modlitwie. Codziennie przez pierwsze dni odmawialiśmy różaniec w różnych intencjach. Ale po kilku dniach nasilenia choroby i ten ustał. Modlitwa jego ograniczała się tylko do pobożnych westchnień, ofiarowania cierpień Bogu” (ks. Henryk Kaliszan). Ostatnimi słowami wypowiedzianymi przed śmiercią do przyjaciela, który mu udzielił absolucji sakramentalnej, były: “Do zobaczenia w niebie”.

    35. KS. JÓZEF KUT (1905-1942)

    Proboszcz parafii Gościeszyn Po aresztowaniu w październiku 1941 r. osadzono go w obozie koncentracyjnym w Dachau. Za staraniem przyjaciół stworzono mu wyjątkowo możliwość uwolnienia z obozu, ale pod warunkiem wyrzeczenia się posługi kapłańskiej, co zdecydowanie odrzucił. Zmarł z głodu i chorób 18 września 1942 r., pozostawiając po sobie wśród więźniów pamięć człowieka świętego.

    36. KS. WŁODZIMIERZ LASKOWSKI (1886-1940)

    Dyrektor gospodarczy Seminarium Duchownego w Poznaniu, a następnie proboszcz parafii Lwówek. Został zamordowany przez strażnika obozu w Gusen 8 sierpnia 1940 r., po pięciu miesiącach prześladowania za wiarę. Świadek naoczny przekazał: “Dziś jeszcze mam przed oczyma ten straszny widok: ks. Laskowski leży na kamieniach, okrwawiony, opuchnięty, z wykrzywioną od kopnięć twarzą. Co chwilę z jego ust wydobywają się westchnienia: “O Jezu, Jezu”. Drażniło to jeszcze bardziej jednego z SS-manów, który podszedł do leżącego ks. Laskowskiego i z miną bohatera, nowymi kopniakami ukoronował szatańskie dzieło” (ks. Zygmunt Ogrodowski).

    37. KS. NARCYZ PUTZ (1817-1941)

    Proboszcz parafii św. Wojciecha w Poznaniu. Głęboka duchowość i umiłowanie Kościoła były źródłem jego wielkiego zaangażowania duszpasterskiego i otwarcia na człowieka. W czasie dotkliwych prześladowań w więzieniach i potem w obozie w Dachau, stanowił przekonujący przykład, jak łączyć cierpienie z Ofiarą Krzyża. “Ks. kan. Putz należał do pierwszego transportu więźniów polskich do Dachau. Kapłan 65-letni, wychudzony i schorzały, ale młody sercem i duchem. Przeczuwał, że nie wróci do kraju, braci swoich jednak pocieszał i podnosił na duchu swoim optymizmem i radosnym przyjmowaniem doświadczenia Bożego. Cieszył się sympatią wszystkich więźniów polskich” (ks. Gerard Mizgalski). Zmarł w Dachau 5 grudnia 1942 r. wyniszczony przez choroby i nieludzkie warunki.

    38. NATALIA TUŁASIEWICZ (1906-1945)

    Nauczycielka z Poznania, żarliwa animatorka apostolatu świeckich. Swój program ujęła w dzienniku duchowym, gdzie m.in. pisała: “Moją misją jest pokazać światu, że droga do świętości przemierza także poprzez hałaśliwe rynki i ulice, a nie tylko w klasztorach czy w cichych rodzinach. Pragnę świętości dla tysięcy dusz. I nie nastąpi to, naprawdę nie nastąpi, że do nieba pójdę sama. Tam chcę prowadzić po mojej śmierci szeregi tych, którzy umrą po mnie”. W 1943 r. wyjechała dobrowolnie do Niemiec z transportami deportowanych na prace przymusowe młodych kobiet, by podtrzymywać pośród nich ducha wiary i miłości Ojczyzny. Za tę działalność została aresztowana, poddawana wyrafinowanym torturom i skazana na śmierć w obozie Ravensbrück. W Wielkim Tygodniu na obozowej pryczy resztkami sił głosiła jeszcze więźniarkom konferencje o Męce Pańskiej i Zmartwychwstaniu. Została uśmiercona w komorze gazowej 31 marca 1945 r., w Wielką Sobotę, na krótko przed wyzwoleniem obozu.

    RADOM

    39. KS. KAZIMIERZ GRELEWSKI (1901-1942)

    Wychowawca młodzieży, prefekt szkół w Radomiu. Na początku 1941 r. został aresztowany przez Gestapo i przewieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau. Świadkowie jego udręk przekazali, że pewnego dnia w obozie “kapo uderzył go i powalił na ziemię. KS. Kazimierz podniósł się, uczynił znak krzyża przed atakującym i powiedział: “Niech ci Bóg przebaczy”. Po tych słowach kapo rzucił się na niego, znów go przewróci) i krzyczał: “Ja cię zaraz wyślę do twego Boga”. Pozbawiono go życia 9 stycznia 1942 r. przez powieszenie na obozowej szubienicy. W ostatniej chwili wołał jeszcze do oprawców: “Kochajcie Pana Boga!”.

    40. KS. STEFAN GRELEWSKI (1899-1941)

    Brat rodzony ks. Kazimierza. Podobnie jak on, charyzmatyczny duszpasterz młodzieży i świata pracy. Aresztowany razem z nim, również został przewieziony do obozu w Dachau, gdzie zmarł po pięciu miesiącach, 6 maja 1942 r., w wyniku tortur i głodu, przygotowany na śmierć przez swojego młodszego brata, ks. Kazimierza.

    41. KS. FRANCISZEK ROSŁANIEC (1889-1942)

    Wybitny teolog biblista, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, kapłan bardzo żywej i głębokiej wiary. Gestapo aresztowało go w listopadzie 1939 r., kierując kolejno poprzez różne więzienia na zagładę do obozu w Dachau. Był dla współwięźniów przykładem, jak naśladować mękę Chrystusa i żyć prawdami wiary. Wyniszczony przez choroby i głód został przydzielony do baraku “inwalidów”, skąd 15 października 1942 r wywieziono go do komory gazowej. Z listu z obozu w Dachau do przyjaciół: “Teraz coraz lepiej rozumiem i coraz bardziej jestem przekonany, że najpiękniejsza i najważniejsza, ale dla nas najtrudniejsza modlitwa, to modlitwa Chrystusa w Ogrodzie Oliwnym: »Ojcze, niech się dzieje Twoja wola«. Usiłuję tę modlitwę wymawiać codziennie i z głębokim przekonaniem i żywą wiarą w .Ojcze nasz. i pozostawać zawsze w najściślejszym zjednoczeniu z Chrystusem. Jestem dumny, że mogę trochę więcej dla Niego i z Nim cierpieć”.

    42. KS. BOLESŁAW STRZELECKI (1896-1941)

    Proboszcz parafii Radom-Glinice. Wymownym świadectwem jego oddania Bogu i człowiekowi był tytuł “św. Franciszka z Radomia”, jakim określali go niekiedy jego parafianie. Zmarł 2 maja 1941 r. w obozie zagłady w Oświęcimiu, po czterech miesiącach od aresztowania na skutek znęcania się nad nim strażników. Współwięźniowie mówili: “Nie udało się nam uratować tego człowieka. Nie poznaliśmy na czas jego wielkości. Był już zbyt słaby. Ubył nam towarzysz w walce ze złem, ksiądz, który nie tylko Słowo Boże, ale każdy zdobyty kęs chleba niósł między nas. Chleb ten na równi za Słowem Bożym podnosił zwątpiałe głowy w górę. Nawet w Oświęcimiu ks. Strzelecki kazał wierzyć w człowieczeństwo” (ks. Konrad Szweda).

    43. KS. KAZIMIERZ SYKULSKI (1882-1942)

    Proboszcz parafii Końskie, duszpasterz o głębokiej duchowości, którego życie formowała miłość Boga. Wobec groźby aresztowania, mówił do wiernych: “Nie mogę opuścić swoich parafian. Będę z nimi, nawet gdyby mi groziła śmierć”. Prowadzony na przesłuchanie, z którego już nie wrócił, do przyjaciela jeszcze zdążył powiedzieć, że “jeżeli Bóg żąda ode mnie takiej ofiary dla dobra Kościoła i Ojczyzny, to ja chętnie ją składam”. Po dwóch miesiącach od aresztu i uwięzieniu w obozie w Oświęcimiu, został rozstrzelany 1 grudnia 1941 r.

    SANDOMIERZ

    44. KS. ANTONI REWERA (1868-1941)

    Profesor Seminarium Duchownego w Sandomierzu, założyciel Zgromadzenia Sióstr Córek św. Franciszka Serafickiego. “Najbardziej charakterystyczne cnoty tego kapłana: pokora, prawdomówność i ogromna dobroć. które występowały u niego w stopniu heroicznym, czynią go kandydatem na ołtarze” (ks. Wincenty Granat). Aresztowany w marcu 1942 r i osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau, gdzie po kilku miesiącach, 1 października 1942 r. zakończył życie w wyniku maltretowania i nieludzkich warunków obozowych. “Potrafił w ekstremalnych i trudnych warunkach zgadzać się z wolą Bożą, a w cierpieniach dostrzegać wartość zbawczą” (ks. Konrad Szweda).

    WARSZAWA

    45. KS. ROMAN ARCHUTOWSKI (1882-1943)

    Rektor Seminarium Duchownego w Warszawie z czasu wojny, niezwykły pedagog, człowiek wielkiego autorytetu, prawości. Taki pozostał w chwilach uwięzienia, cierpień i tortur w obozie koncentracyjnym na Majdanku, gdzie po ośmiu miesiącach od aresztowania zmarł w następstwie maltretowania, głodu i chorób 18 kwietnia 1943 r., w Niedzielę Palmową. Cierpienia go nie załamały; w każdej sytuacji starał się je łączyć z Ofiarą Chrystusa.

    46. KS. EDWARD DETKENS (1885-1942)

    Wybitny duszpasterz środowisk akademickich w Warszawie, rektor kościoła św. Anny. Po uwięzieniu przez Gestapo w 1940 r. deportowano go do obozu koncentracyjnego w Dachau. Wyniszczony przez choroby i głód został przydzielony do tzw. bloku inwalidów, skąd zabrano go na zabicie w komorze gazowej. Idąc na śmierć odmawiał głośno modlitwę: “Nunc dimittis servum Tuum…”, a potem głośno, powtarzając kilkakrotnie razem z innymi: “Pójdę za Tobą, Chryste, drogą krzyża, bo krzyż najlepiej mnie do Ciebie zbliża. Daj mi o Chryste, przez Twą świętą mękę gazowej męki zwyciężyć udrękę”.

    47. KS. MICHAŁ OZIĘBŁOWSKI (1900-1942)

    Wikariusz parafii w Kutnie, apostoł i opiekun najbiedniejszych. Został aresztowany w październiku 1941 r., a następnie osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau, gdzie zmarł w wyniku maltretowania i głodu 31 lipca 1942 r. Pozostając pod wrażeniem jego postawy, po zakończeniu wojny dwaj współwięźniowie odszukali najbliższą rodzinę ks. Michała, by im powiedzieć, że do końca pobytu w obozie w sposób niezwykły służył więźniom jako kapłan, okazując heroiczną miłość Boga i bliźniego aż do śmierci.

    48. KS. ZYGMUNT SAJNA (1897-1940)

    Proboszcz w Górze Kalwarii, niezwykle ofiarny duszpasterz, promieniujący miłością Boga i bliźniego. Posługi kapłańskiej nie przerwało nawet jego aresztowanie w grudniu 1940 r. Teraz pełnił ją wobec współwięźniów na Palmirach. Aż do ostatnich chwil przed egzekucją, 17 września 1940 r., niósł taką posługę wobec grupy 200 osób, razem z nim rozstrzelanych.

    49. KS. MICHAŁ WOŹNIAK (1895-1941)

    Proboszcz parafii Kutno, gorliwy duszpasterz, animator duszpasterstwa młodzieży, założyciel ośrodka salezjańskiego na terenie swojej parafii (Woźniaków). Po ośmiu miesiącach od aresztowania, 16 maja 1942 r. poniósł śmierć w Dachau z wyczerpania i nieludzkiego traktowania. “Po kilku dniach tortur ks. prałat zmarł. Był to kapłan Boży, mąż prawy, bojący się nieprawości i chodzący drogami prostymi. Myślę, że była to piękna męczeńska śmierć, na którą sobie zasłużył pobożnym i świątobliwym życiem ks. dziekan Michał Woźniak. Przygotowywał się do niej przez długie lata, a szczególnie przez lata wojny” (ks. Tadeusz Rulski).

    WŁOCŁAWEK

    50. AL. TADEUSZ DULNY (1914-1941)

    Alumn IV roku seminarium włocławskiego; aresztowany w listopadzie 1939 r. i osadzony następnie w obozie w Dachau. “Tadzio Dulny: słuchacz teologii. Słońce patrzyło mu z oczu. Nie było tak ciężkiego położenia, gdzie on nie widziałby drobnej jakiejś radości, za którą Bogu trzeba dziękować. Lecz najbardziej charakterystycznym rysem jego pięknej duszy była bohaterska uczynność na rzecz bliźnich. »Zorganizowanych« na plantacjach porzeczek nigdy sam nie tknął, lecz dzielił się z innymi. Potrzeba było przyszyć guzik, naprawić spodnie lub buty, ostrzyc włosy, opatrzyć rany – Tadzio spieszył ofiarować swą pomoc. Gdy chwiał się już z głodowego wyczerpania, jeszcze wtedy w sposób niezwykle subtelny połowę swojej obiadowej zupy oddawał koledze, którego życie uważał za cenniejsze od swego… Umarł z głodu 6 marca 1942 r.” (ks. Stefan Biskupski).

    51. KS. EDWARD GRZYMAŁA (1906-1941)

    Pracownik sądu biskupiego, w czasie wojny wikariusz generalny. “Aresztowany i przewieziony do Dachau podwoił jeszcze swą gorliwość. Z okazji świąt i w ciągu tygodnia, gdy tylko nadarzała się sposobność, wygłaszał w grupce kilku czy kilkunastu kolegów krótkie, lecz pełne teologicznej treści i gorącego ducha konferencje, krzepiąc na duchu i umacniając w wytrwaniu. Było to w uroczystość Imienia Jezus. Przyłapany na takiej właśnie »zbrodni«, obity, wielokrotnie spoliczkowany i skopany, zwrócił się uśmiechnięty ze słowami: Jestem szczęśliwy, że dzisiaj mogłem cierpieć dla Imienia Jezus.” (ks. Stefan Biskupski).

    51. KS. HENRYK HLEBOWICZ (1904-1941)

    Kapłan archidiecezji wileńskiej, profesor teologii na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie. Od 1936 r. wycofał się z pracy na uczelni, przechodząc do parafii Troki. Był niezwykle ofiarnym, wspaniałym duszpasterzem, charyzmatycznym przewodnikiem w wierze, apostołem jedności chrześcijan, przyjacielem wszystkich, którzy szukali prawdy. Swoją posługą wywarł głęboki wpływ na szerokie kręgi akademickie Wilna oraz całej archidiecezji. 3 maja 1941 r. złożył akt oddania życia Bogu jako ofiarę ekspiacyjną za ratowanie wiary młodzieży. Został rozstrzelany przez Gestapo 9 listopada 1941 r. w Borysowie, za pełnienie posługi duszpasterskiej na Białorusi.

    53. KS. DOMINIK JĘDRZEJEWSKI (1886-1941)

    Proboszcz parafii Gosławice, żarliwy duszpasterz. Gdy był już uwięziony w Dachau, odrzucił zdecydowania wyjednaną mu możliwość uwolnienia pod warunkiem wyrzeczenia się kapłaństwa. Zakończył życie w obozie 29 sierpnia 1942 r. w wielkich cierpieniach, które starał się zawsze łączyć z Ofiarą Chrystusa. “Byłem obecny przy księdzu Dominiku, kiedy już właściwie konał; wziął mnie za rękę i powiedział: jak ksiądz wyjdzie z obozu, proszę pojechać do Gosławic i powiedzieć moim parafianom, że ja swoje życie ofiaruję za nich” (bp Franciszek Korszyński).

    54. KS. HENRYK KACZOROWSKI (1888-1942)

    Rektor Seminarium Duchownego we Włocławku, człowiek nauki i dobroci, żarliwy wychowawca kapłanów, aresztowany w 1939 r., wierny heroicznie swej misji do końca. Poniósł śmierć w komorze gazowej, wywieziony z obozu w Dachau w tzw. transporcie inwalidzkim 6 maja 1942 r. Żegnając się z przyjaciółmi, zdążył im jeszcze powiedzieć: “My się nie łudzimy; my wiemy, co nas czeka. »Pan mym pasterzem, nie brak mi niczego” (Ps 23). Przyjmujemy z rąk Bożych to, co nas czeka. Módlcie się, abyśmy wytrwali, a my również będziemy modlić się za was – tam”, i wskazał ręką ku niebu.

    55. AL. BRONISŁAW KOSTKOWSKI (1915-1942)

    Alumn seminarium, aresztowany razem z profesorami i osadzony w Dachau. Wobec propozycji uwolnienia w zamian za wyrzeczenie się drogi do kapłaństwa, dał zdecydowaną odpowiedź: “Raczej śmierć wybiorę niż sprzeniewierzę się powołaniu, którym Bóg mnie zaszczycił”. Potwierdził to później w liście do rodziców z więzienia: “Jestem przygotowany na najgorsze. Zdawałem z tego sobie sprawę, kiedy wstępowałem do seminarium, że gdy zajdzie potrzeba, trzeba oddać życie Bogu w ofierze. Nie zawaham się oddać je za Boga i Ojczyznę. Niech się dzieje wola Boża. Bądźcie spokojni i dumni… Chcieliście mieć syna księdzem, czemu nie macie go złożyć Bogu w ofierze?”. Zmarł w obozie z głodu 6 sierpnia 1942 r.

    56. KS. JÓZEF KURZAWA (1910-1940)

    Wikariusz parafii Osięciny, duszpasterz o wielkim sercu dla wszystkich, a zwłaszcza dla biednych i cierpiących. Został zamordowany w nocy 23 maja 1940 r. razem ze swoim proboszczem, choć miał możliwość ucieczki. Gdy ks. proboszcz usilnie nalegał na ks. Józefa, by się ukrył i ratował życie, miał tylko jedną odpowiedź: “Ja ciebie, ojcze, nie opuszczę. Jeżeli zginiemy, to razem”. W momencie aresztowania osłaniał własnym ciałem proboszcza przed uderzeniami Niemców.

    57. KS. WINCENTY MATUSZEWSKI (1869-1940)

    Proboszcz parafii Osięciny, wzorowy pasterz, który z wielką wytrwałością i ofiarą służył swoim parafianom. Wobec ostrzeżeń o zagrożeniu życia i naglących próśb, by ratował życie, odpowiadał: “Ja parafii swojej nie opuszczę i parafian swoich nie zostawię. Ja was, dzieci, nie opuszczę”. Został aresztowany przez miejscowych policjantów w nocy 23 maja 1940 r., gdy razem ze swoim wikariuszem, ks. Józefem Kurzawą trwał na długiej modlitwie, a potem zamordowany w pobliżu Witowa.

    58. KS. LEON NOWAKOWSKI (1913-1939)

    Student teologii w Rzymie, kapłan głębokiej wiary i kultury. W czasie przerwy wakacyjnej wrócił do kraju. Tu zastała go wojna i okupacja. Wielokrotnie proszono go, by ukrył się. Tych rad nie przyjmował, odpowiadając, że mimo wszelkich niebezpieczeństw nie może opuszczać ludu, który go teraz bardziej potrzebuje niż kiedykolwiek. Za posługę duszpasterską został aresztowany i po tygodniu, 31 października 1939 c, w nocy przed uroczystością Wszystkich Świętych rozstrzelany w Piotrkowie Kujawskim.

    59. KS. JÓZEF STRASZEWSKI (1885-1942)

    Proboszcz parafii św. Stanisława we Włocławku, bardzo żarliwy duszpasterz, organizator parafii i budowniczy kościoła. Aresztowany w listopadzie razem z duchowieństwem miasta, został osadzony w obozie w Dachau, gdzie poniósł śmierć w tzw. transporcie inwalidzkim, dn. 12 sierpnia 1942 r. Oceniany przez współwięźniów jako człowiek bez reszty oddany Bogu, znakomity spowiednik.

    ORDYNARIAT POLOWY

    60. KS. KMDR PPOR. WŁADYSŁAW MIEGOŃ (1892-1942)

    Kapelan marynarki wojennej; znany z wielkiej dobroci i oddania Bożej sprawie. Parafianie mówili o nim: “nasz ojciec”, “święty, który chciał otworzyć bramy nieba dla wszystkich”. Aresztowany, gdyż nie chciał pozostawić rannych marynarzy. Wyniszczony przez choroby i przez nieludzkie warunki obozowe w Dachau, zmarł 15 września 1942 r., po dwóch miesiącach pobytu w tym miejscu wyniszczenia duchowieństwa katolickiego.

    ZAKONY I ZGROMADZENIA ZAKONNE

    DOMINIKANIE OP

    61. O. MICHAŁ CZARTORYSKI (1891-1944)

    Mistrz nowicjatu, wychowawca studentów. Żył według programu: całkowicie wyniszczyć się w miłości dla Chrystusa; we wszystkim służyć Wcielonej Miłości, która ciągle zbawia świat. Miłość Boga i bliźniego przybrały u niego wymiar heroiczny. Został rozstrzelany 6 września 1944 r., gdy pozostał dobrowolnie z rannymi i umierającymi powstańcami Warszawy.

    62. S. JULIA RODZIŃSKA (1899-1945)

    Charyzmatyczna posługa na polu wychowania i prowadzenia instytutów opieki dla sierot, nadała jej tytuł “matki sierot”. Apostołka różańca. Już za życia otaczała ją opinia świętości. Gestapo aresztowało ją w lipcu 1943 r. Zakończyła życie 20 lutego 1945 r. w obozie zagłady w Stutthofie, zarażona tyfusem w czasie posługiwania konającym więźniarkom żydowskim. Mówili o niej świadkowie: “W warunkach upodlenia człowieka potrafiła skierować nas na inne wartości, wartości duchowe … Dla nas ona była świętą, ona oddała za innych życie”

    FRANCISZKANIE OFM

    63. O. KRYSTYN GONDEK (1909-1942)

    Kapłan zakonny, wikariusz w klasztorze we Włocławku, z wielką gorliwością żył charyzmatem franciszkańskim. “Był człowiekiem modlącym się, uważającym na każde słowo i zachowanie się. Ale bardzo źle znosił trudy obozowe. Był wycieńczony ciężką pracą i warunkami życia. W bloku spaliśmy na sąsiednich piętrowych pryczach. Do końca był człowiekiem modlącym się. Przed śmiercią pożegnał się ze mną słowami: »Do zobaczenia w niebie« (Wincenty Kula).

    64. BR. MARCIN OPRZĄDEK (1884-1942)

    Brat zakonny z klasztoru we Włocławku, wierny regule zakonnej, rozmodlony i bardzo uczynny dla ludzi. Po aresztowaniu w 1940 r. wkrótce przewieziono go do obozu w Dachau. Przydzielony został do tzw. transportu inwalidów, a następnie wywieziony z obozu 18 maja 1942 r. na zagazowanie do Hartheim k. Linzu. “W obozie do końca był człowiekiem modlącym się, ufającym w Bożą Opatrzność” (Wincenty Kula).

    65. O. NARCYZ TURCHAN (1879-1942)

    Gwardian z klasztoru we Włocławku. W jego posłudze jako przełożonego, kaznodziei, spowiednika, katechety zawsze odbijała się wielka gorliwość zakonna. Po aresztowaniu osadzono go w Dachau. W czasie prześladowania, dotkliwych cierpień modlił się, aby mógł przyjąć krzyż jako naśladowanie Chrystusa, by “krzyż przekształcił go w Chrystusa”. Zmarł w wyniku maltretowania i chorób 19 marca 1942 r., w dniu św. Józefa, którego był wielkim czcicielem.

    66. BR. BRUNON ZEMBOL (1905-1922)

    Brat zakonny z klasztoru w Chełmie Lubelskim, gorliwie żyjący regułą franciszkańską. Aresztowano go jeszcze w listopadzie 1939 r. Był szanowany przez więźniów jako “człowiek anielskiej dobroci”. Zmarł 21 marca 1942 r, w obozie w Dachau w cierpieniu, ze spokojem i w zjednoczeniu z Panem, do którego szedł przez całe życie.

    BRACIA MNIEJSI KAPUCYNI OFM CAP

    67. BR. FIDELIS CHOJNACKI (1906-1942)

    Bardzo gorliwy brat z klasztoru kapucynów w Lublinie, który z entuzjazmem i radykalizmem podjął drogę doskonałości według ducha św. Franciszka. Student teologii, głębokiej wiary i wyjątkowej pracowitości. Wywieziony do obozu w Dachau, tam zakończył życie 9 lipca 1942 r. “Br. Fidelis opuszczał nasz barak 28 i przechodził na tzw. blok inwalidów. Był wówczas br. Fidelis tak jakoś dziwnie ukojony i uciszony w sobie, w oczach miał nawet pogodne błyski, ale były to już błyski nie z tego świata. Ucałował się z każdym z nas i pożegnał nas słowami św. Franciszka: »Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Do widzenia w niebie«” (o. Kajetan Ambrożkiewicz).

    68. BR. SYMFORIAN DUCKI (1888-1942)

    Brat zakonny z klasztoru w Warszawie, odznaczający się prostotą chrześcijańską i duchowością franciszkańską. Został zmasakrowany 11 kwietnia 1942 r. przez strażników obozu w Oświęcimiu. “W oczach blokowego była wściekłość, strach i szaleństwo. Nieprzytomny rzucił się wprzód i okrwawionym kijem trzasnął w siwą głowę. Symforian padł na kolana. Wstał. Zachwiał się i ostatnim wysiłkiem przeżegnał gromadę zbirów. Może nie widział już, kogo żegna krzyżem Chrystusowym, a może wierny Jego nauce, udzielał im swego przebaczenia. Mówił coś, czegośmy, najbliżej niego będący, już nie rozumieli, i ze słowami tymi upadł na wskos, zagradzając mordercom drogę do nas” (Czesław Ostańkowicz).

    69. O. ANICET KOPLIŃSKI (1875-1941)

    Kapłan zakonny z klasztoru w Warszawie, apostoł miłosierdzia na terenie stolicy; już za życia otaczała go sława świętości. Aresztowany w 1941, nie ratował się pochodzeniem niemieckim. Wraz ze współbraćmi z Zakonu został przewieziony do obozu zagłady w Oświęcimiu. Swe cierpienia chciał zawsze wtopić w modlitwę i w naśladowanie Mistrza z Nazaretu. Często mówił do współbraci więźniów: “Musimy do końca wypić ten kielich goryczy”. Poniósł śmierć w komorze gazowej w obozie 16 października 1941 r.

    70. O. HENRYK KRZYSZTOFIK (1908-1942)

    Gwardian i dyrektor studiów w klasztorze w Lublinie. Był zakonnikiem o wyjątkowej gorliwości, oddaniu sprawie Bożej. Aresztowany i osadzony w obozie w Dachau, był tam szczególnym oparciem dla cierpiących i umierających. Na grypsie z obozu do wychowanków przesłał: “Drodzy bracia! Jestem w rewirze na 7 bloku. Strasznie schudłem, bo woda opada. Ważę 35 kg. Każda kość boli. Leżę na łóżku jak na krzyżu z Chrystusem. I dobrze mi jest razem z Nim być i cierpieć. Modlę się za Was i cierpienia swoje Bogu za Was ofiarowuję”. Zakończył życie 4 sierpnia 1942 r.

    71. O. FLORIAN STĘPNIAK (1912-1942)

    Kapłan zakonny z klasztoru w Lublinie, człowiek szczególnej wiary i dobroci. Poniósł śmierć w komorze gazowej, wywieziony 12 sierpnia 1942 r. z obozu w Dachau w tzw. transporcie inwalidów. “O. Florian Stępniak był słonkiem tego nieszczęśliwego baraku.(…). Kto nie był w obozie, ten nie ma pojęcia, czym dla takich ludzi, dla takich kościotrupów na bloku inwalidzkim, żyjących wiecznie w atmosferze śmierci, było pogodne słowo pociechy, czym mógł być dla nich uśmiech wynędzniałego jak i oni kapucyna, który nie poddawał się jednak ogólnej psychozie grozy i strachu, bo nie bał się śmierci, bo wyciągał ku niej swe suche ramiona z taką bodaj miłością, jak ongiś św. Franciszek, śpiewając w ostatniej chwili życia swą pieśń o słońcu i śmierci” (o. Kajetan Ambrożkiewicz).

    OO. KARMELICI BOSI OCD

    72. O. ALFONS MARIA MAZUREK (1891-1944).

    Przeor klasztoru karmelitów bosych w Czernej. W jednym z jego zapisów rekolekcyjnych czytamy: “Przez cierpienie jedynie i przez krzyże, a nie inną drogą można dojść do wielkiej miłości Boga i prawdziwego z Nim zjednoczenia. Krzyż więc nie jest karą, ale największą łaską Bożą, której tylko miłośnikom swoim udziela”. Zastrzelony 28 sierpnia 1944 r. w Nawojowej Górze. Na miejscu jego śmierci ustawiono krzyż z napisem: “Zwyciężyłeś zwycięstwem krzyża”.

    OO. KARMELICI OC

    73. O. HILARY PAWEŁ JANUSZEWSKI (1901-1945)

    Przeor klasztoru karmelitów w Krakowie. Podczas okupacji przyjął do klasztoru grupę wysiedlonych z poznańskiego. Po aresztowaniu kolejnych zakonników sam zgłosił się na Gestapo, twierdząc, że jako przeor odpowiada za cały klasztor. Więziony kolejno na Montelupich w Krakowie, Sachsenhausen, a od 1941 r. – w Dachau. Dobrowolnie zgłosił się do pomocy chorym na tyfus. Kard. Adam Kozłowiecki powiedział o nim oraz innych, którzy dobrowolnie zgłosili się do pomocy chorym: “To, co przeszliśmy w ciągu tych pięciu lat, mogło zabić wszelkie wyższe ideały. Bezwzględna walka o byt mogła u wielu wyrobić wstrętny egoizm i obojętność dla drugich. Lecz ci bohaterowie są jawnym dowodem, że idea miłości bliźniego, rzucona przed dwoma tysiącami lat przez Chrystusa, to nie mrzonka, ale idea realna, która zwycięża nawet tam, gdzie największa panuje nienawiść”. Zmarł 25 marca 1945 r. zarażony tyfusem.

    SS. KLARYSKI-KAPUCYNKI

    74. S. MIECZYSŁAWA KOWALSKA (1902-1941)

    Urodziła się w rodzinie o sympatiach socjalistycznych. Jej ojciec około 1920 r. z częścią rodziny wyjechał do Związku Radzieckiego. Mając 21 lat wstąpiła do zakonu mniszek klarysek-kapucynek w Przasnyszu, gdzie też 2 kwietnia 1941 r. została wraz z wszystkimi siostrami aresztowana i wywieziona do obozu koncentracyjnego w Działdowie. Do swoich współtowarzyszek powiedziała: “Ja stąd nie wyjdę, swoje życie poświęcam, żeby siostry mogły wrócić”. Zmarła w nocy 25 lipca 1941 r.

    KSIĘŻA MARIANIE MIC

    75. KS. JERZY KASZYRA (1904-1943)

    Apostoł jedności wśród katolików i prawosławnych. Sam był ochrzczony w cerkwi prawosławnej, w wieku 18 lat przeszedł na katolicyzm. Mimo zagrożenia, pozostał do końca z parafianami, przygotowując ich na śmierć. Został spalony 19 lutego 1943 r. w drewnianej chacie w Rosicy, wraz z grupą ok. 30 osób.

    76. KS. ANTONI LISZCZEWICZ (1890-1943)

    Do zgromadzenia marianów wstąpił w wieku 47 lat. Przedtem, niemal przez 25 lat, sprawował obowiązki duszpasterskie na Dalekim Wschodzie, nie odwiedzając nigdy ani rodziny, ani kraju. Jako duszpasterz w Drui nad Dźwiną, na północno-wschodnich Kresach, ostrzeżony przed nadejściem ekspedycji karnej Niemców, odmówił ucieczki. Kiedy go zabierano, pocieszał siostry: “Bądźcie dzielne i módlcie się”. Wraz z grupą ludzi został spalony w stajni w Rosicy, 18 lutego 1943 r., w przeddzień męczeństwa swego konfratra, ks. Kaszyry.

    KSIĘŻA MICHALICI CSMA

    77. KS. WŁADYSŁAW BŁĄDZIŃSKI (1908-1944)

    Jako wychowawca w zakładzie wychowawczym michalitów w Pawlikowicach, aresztowany z trzema księżmi 25 kwietnia 1944 r. i osadzony w krakowskim więzieniu na Montelupich. Następnie więziony w Gross-Rosen, gdzie pracował w kamieniołomie, przydzielony do specjalnego komanda, złożonego przeważnie z katolickich księży. Zginął strącony przez hitlerowca do przepaści kamieniołomu. Dokładna data śmierci nie jest znana. “Miał zawsze słowo pociechy wobec współwięźniów, pomagał im, dzielił się z nimi swoją bardzo skromną porcją chleba i niósł im posługę duszpasterską, choć było to bardzo surowo zabronione. Był gotowy nieść wszelką pomoc. Był zawsze spokojny, pełen ufności w Bogu i Matce Najświętszej. Modlił się i do tego zachęcał innych” (Karol Mitan).

    78. KS. WOJCIECH NIERYCHLEWSKI (1903-1941)

    Utalentowany wychowawca. Aresztowany w Krakowie, gdzie był odpowiedzialnym za wydawnictwo i drukarnię “Powściągliwość i Praca”. Więziony na Montelupich, a następnie w Oświęcimiu. Został prawdopodobnie utopiony w basenie lub zastrzelony 7 lutego 1942 r. “Śmierć w obozie w Oświęcimiu była dla ks. Wojciecha Nierychlewskiego dopełnieniem jego powołania do męczeństwa, o czym sam mówił wcześniej, i do czego się przygotowywał. I tak umarł ten człowiek głębokiej wiary, żarliwy kapłan, męczennik” (ks. Stanisław Hędrzak).

    OO. MISJONARZE OBLACI MARYI NIEPOKALANEJ OMI

    79. O. JÓZEF CEBULA (1902-1941)

    Był kolejno wychowawcą i profesorem w niższym seminarium duchownym oblatów, a następnie mistrzem nowicjatu, uwielbianym przez młodzież. Podczas okupacji w Markowicach odważnie sprzeciwiał się próbom profanacji przedmiotów kultu. Gdy w grudniu 1939 r. przyszedł nakaz, by wyznaczył kilku współbraci do rozbijania przydrożnych figur Matki Bożej — nie wyznaczył nikogo. Aresztowany za to, że wbrew zakazowi udzielił chorej osobie sakramentów świętych. Zastrzelony 28 kwietnia 1941 r. w Mauthausen.

    SS. NIEPOKALANKI CSIC

    80. S. MARIA EWA OD OPATRZNOŚCI BOGUMIŁA NOISZEWSKA (1885-1942)

    Nauczycielka szkoły średniej sióstr niepokalanek w Słonimie. Nie skorzystała z możliwości ukrycia się, a potem z proponowanej ucieczki. Rozstrzelana 19 grudnia 1942 r. w Słonimie wraz z s. Martą Wołowską za ratowanie Żydów. Treścią jej życia była modlitwa do Zbawiciela “o pomoc w zbawianiu ludu przez życie ukryte i śmierć męczeńską”.

    81. S. MARIA MARTA OD JEZUSA KAZIMIERA WOŁOWSKA (1819-1942)

    Przełożona klasztoru w Słonimie, gdzie podczas wojny zorganizowała tajne nauczanie, stałą pomoc dla głodujących, zwłaszcza dla rodzin uwięzionych, pomordowanych i Żydów. Ukrywała Żydów na strychu klasztornym, w oranżerii i oborze. Rozstrzelana 19 grudnia 1942 r. w Słonimie. Przed śmiercią mówiła do współwięźniów: “Jesteśmy wszyscy w obliczu śmierci. Módlmy się, abyśmy mogli godnie przyjąć śmierć męczeńską”; “Jezu, to wszystko dla Ciebie i za Polskę”.

    KSIĘŻA ORIONIŚCI FDP

    82. KS. FRANCISZEK DRZEWIECKI (1908-1942)

    Duszpasterz we Włocławku, spowiadał całymi godzinami, zapominając o niebezpieczeństwie nalotów. Odmówił, gdy mu proponowano zwolnienie z wywiezienia do Dachau. Zmarł 10 sierpnia 1942 r. tamże. “Był świadomy, że idzie na śmierć. Kiedy go zabierano, jeszcze zapukał do okna mojej izby. Zsunąłem się z piętrowego łóżka i zobaczyłem ks. Drzewieckiego. Powiedział do mnie: »Józiu, żegnaj! Odjeżdżamy«. Z wrażenia zachwiałem się. Widząc to, odezwał się: »Nie miej żalu. My dziś, jutro ty. To wszystko za Kościół i za Ojczyznę«” (ks. Józef Kubicki).

    KSIĘŻA PALLOTYNI SAC

    83. KS. JÓZEF JANKOWSKI (1910-1941)

    Przed święceniami kapłańskimi zapisał: “Pragnę kochać Boga nad życie. Oddam je chętnie w każdym czasie, ale bez gorącej i wielkiej miłości Boga nie chciałbym iść na drugi świat”. Po wybuchu wojny znalazł się w seminarium pallotynów w Ołtarzewie, gdzie udzielał schronienia i żywności uciekinierom. Aresztowany i osadzony na Pawiaku, wywieziony został do Oświęcimia tym samym transportem, co św. Maksymilian Kolbe. Skatowany przez kapo, zmarł następnego dnia 16 października 1941 r.

    84. KS. JÓZEF STANEK (1916-1944)

    Bohaterski kapelan Powstania Warszawskiego, ps. “Rudy”. Niezmordowany samarytanin, wśród ostrzału nieprzyjacielskiego nosił wodę z Wisły, dźwigał chorych na własnych ramionach, odgrzebywał zasypanych pod gruzami, podnosił na duchu, wielu ludziom uratował życie. Ustąpił miejsca w pontonie rannemu żołnierzowi, rezygnując z przeprawienia się przez Wisłę. Do końca pozostał z obrońcami Czerniakowa. Odważnie pertraktował z Niemcami, aby ocalić jak najwięcej powstańców. Traktowany przez hitlerowców ze szczególną brutalnością, torturowany, wreszcie zamordowany 23 września 1944 r.

    KSIĘŻA SALEZJANIE SDB

    85. KS. JÓZEF KOWALSKI (1911-1941)

    Aresztowany w Krakowie, gdyż hitlerowców drażniła gorliwość i zaangażowanie młodego księdza. Wywieziony do obozu w Oświęcimiu dwa razy trafił do kompanii karnej, był często bity, szykanowany i upokarzany. Idąc na śmierć prosił o modlitwę za swoich prześladowców. Zamordowany 4 lipca 1942 r. za odmowę podeptania swojego różańca. W dzienniku duchowym zapisał: “O mój Drogi Jezu, daj mi wolę wytrwania, stanowczą, silną, bym zdołał wytrwać przy swoich postanowieniach świętych i zdołał dopiąć szczytnego ideału świętości, jaki sobie zakreśliłem. Ja mam być i muszę być świętym!”.

    86-90. “POZNAŃSKA PIĄTKA”

    Młodzieńcy związani z oratorium księży salezjanów w Poznaniu. Czesław Jóźwiak (1919-1942), Edward Kaźmierski (1919-1942), Franciszek Kęsy (1920-1942), Edward Klinik (1919-1942), Jarogniew Wojciechowski (1922-1942). Liderzy katolickich organizacji młodzieżowych aresztowani we wrześniu 1940 r. i osadzeni kolejno w Forcie VII i przy ul. Młyńskiej w Poznaniu, we Wronkach, Berlinie i więzieniu w Zwickau w Saksonii. W więzieniach poddawani rozlicznym szykanom, odmawiali różaniec i odprawiali nowenny przed ważnymi świętami kościelnymi. Ostrzegający ich więzień, gdy wspólnie modlili się w celi, na uwagę: “Czy wiecie, co was czeka?”, usłyszał odpowiedź: “O tym, co nas czeka, wie tylko Bóg. Jemu ufamy. Cokolwiek się stanie, będzie to Jego wola”. Zgilotynowani 24 sierpnia 1942 r. na dziedzińcu więzienia w Dreźnie.

    BRACIA SERCA JEZUSOWEGO CFCI

    91. BR. JÓZEF ZAPŁATA (1904-1945)

    Aresztowany przez Gestapo na początku wojny podczas rewizji w domu arcybiskupa poznańskiego i osadzony w Cytadeli w Poznaniu. Więziony kolejno w Kazimierzu Biskupim, Mauthausen, Gusen i w obozie koncentracyjnym w Dachau. Tutaj, na apel dowództwa obozowego, zgłosił się dobrowolnie do pielęgnacji chorych na tyfus plamisty. Idąc na pewną śmierć, wyraził intencję o szczęśliwy powrót po wojnie do Ojczyzny umiłowanego Prymasa Polski, kard. Augusta Hlonda. Zmarł 19 lutego 1945 r. w Dachau, zaraziwszy się tyfusem od pielęgnowanych przez siebie współwięźniów niemieckiego pochodzenia.

    SIOSTRY SŁUŻEBNICZKI STAROWIEJSKIE

    92. S. KATARZYNA CELESTYNA FARON (1913-1944)

    Tuż przed wojną organizatorka i wychowawczyni w ochronce w Brzozowie, a podczas okupacji przełożona domu zakonnego. Złożyła życie w ofierze ekspiacyjnej za nawrócenie błądzącego kapłana, który nosił to samo nazwisko i który po wojnie wrócił do wspólnoty Kościoła katolickiego. Modliła się z siostrami za prześladowców, także za Hitlera. Zmarła w Niedzielę Wielkanocną, 9 kwietnia 1944 r. w Oświęcimiu.

    SIOSTRY SZKOLNE DE NOTRE DAME SSND

    93. S. MARIA ANTONINA KRATOCHWIL (1881-1942)

    Nauczycielka i wychowawczyni. Więziona w Stanisławowie, gdzie wyniszczona torturami i tyfusem zmarła w szpitalu 2 października 1942 r. “Wieczorem tego dnia, gdy została przed celą bardzo dotkliwie pobita kijem, pokazała mi czarno-sine plecy i powiedziała, że gdy była bita, miała na myśli słowa Pana na krzyżu: ‘Boże, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią.’ ” (s. Jacynta Grzymek).

    URSZULANKI UNII RZYMSKIEJ OSU

    94. S. MARIA KLEMENSA STASZEWSKA (1890-1943)

    Podczas wojny przełożona klasztoru w Rokicinach Podhalańskich, organizatorka prewentorium dla dzieci. Zapisała w “Dzienniku”: “Spodziewam się ponownej wizyty Gestapo, a nawet czegoś dużo gorszego. Bardzo serdecznie dziś modliłam się, łącząc swoje przeżycie trwogi z bólem Jezusa. Oświadczałam po wiele razy gotowość na Wolę Jego Świętą – choćby i życie w męczarniach zakończyć”. Zmarła na tyfus 27 lipca 1943 r. w Oświęcimiu, ze słowami modlitwy “Magnificat” na ustach.

    OO. WERBIŚCI SVD

    95. BR. GRZEGORZ BOLESŁAW FRĄCKOWIAK (1911-1943)

    Urodzony jako ósmy z dwanaściorga dzieci. Aby uratować życie grupie świeckich osób, w tym kilku ojcom rodzin, przyjął na siebie “winę” kolportowania ulotek patriotycznych. W więzieniu znęcano się nad nim w szczególny sposób, gdy odkryto, że ma medalik zaszyty w czapce. Został ścięty 5 maja 1943 r. w Dreźnie.

    96. O. STANISŁAW KUBISTA (1898-1940)

    Zakonnik o zamiłowaniach literackich: pisał opowiadania, powieści i sztuki teatralne. Ekonom domu zakonnego werbistów w Górnej Grupie. Więziony w Sachsenhausen. “W dniu 26 kwietnia 1940 r., gdy wróciliśmy z apelu do baraku, położyliśmy go na twardej podłodze z desek. Wtem wchodzi do baraku blokowy. Był to więzień niemiecki, zawodowy przestępca. Nie zaniedbał żadnej sposobności, aby dokuczyć księżom. Powitał nas zwierzęcym wzrokiem, potem z szatańską radością spoczęły jego oczy na o. Kubiście. Zbliżył się doń i rzekł: .Już nie masz po co żyć!«. Z całą flegmą staje jedną nogą na piersiach, drugą na gardle i silnym naciskiem miażdży kości klatki piersiowej i gardła. Krótki charkot, drganie śmiertelne zamknęły żywot męczennika” (o. Dominik Józef).

    97. O. ALOJZY LIGUDA (1898-1942)

    Rektor domu zakonnego w Górnej Grupie. Po napaści Niemiec na Polskę obronił pastora ewangelickiego z rodziną oraz ewangelicką siostrę diakonisę przed wzburzonymi mieszkańcami Górnej Grupy. Mając możność zwolnienia z obozu w Dachau, o co starała się jego rodzina mająca obywatelstwo niemieckie, oświadczył, “że jest Polakiem i w przyszłości chce pracować dla Polski”. Maltretowany za to, że przyznał się do “winy” za Rosjanina, który zapalił papierosa podczas pracy. Utopiony w nocy z 8 na 9 grudnia 1942 r., w święto Maryi Niepokalanej, której był wielkim czcicielem.

    98. O. LUDWIK MZYK (1905-1940)

    Pochodził z rodziny górniczej. Magister a następnie rektor nowicjatu w Chludowie pod Poznaniem. Był wzorem dla seminarzystów. Zamęczony 23 lutego 1942 r. w Forcie VII w Poznaniu. “Pragnąc okrutnie katowanego brata kapłana oderwać od wewnętrznego udręczenia, zbliżyłem się do niego bełkocząc jakieś słowa pociechy, na co otrzymałem znamienne słowa: »Nie może być uczeń nad Mistrza«. Wówczas pochyliłem się przed nim i poprosiłem go o błogosławieństwo, którego mi też chętnie udzielił” (ks. Franciszek Olejniczak).

    SS. ZMARTWYCHWSTANKI CR

    99. S. ALICJA MARIA JADWIGA KOTOWSKA (1899-1939)

    Jako profeska ukończyła studia chemiczne. Wojna zastała ją jako dyrektorkę szkoły i przełożoną domu w Wejherowie. Ostrzeżona o aresztowaniu oświadczyła, że nie może pozostawić sióstr bez opieki. Zamordowana 11 listopada 1939 r. w Piaśnicy. Papież Pius XII do przełożonych zgromadzenia o s. Alicji: “Macie męczennicę, to wielka chwała i pociecha dla Zgromadzenia. Czy może być większe szczęście, jak oddać życie za wiarę, za Kościół, za Chrystusa Pana?”.

    OO. FRANCISZKANIE KONWENTUALNI OFMCONV – NIEPOKALANÓW

    100. O. JAN ANTONIN BAJEWSKI (1915-1941)

    Wybitnie uzdolniony, znał kilka języków. Cechowała go wielka pobożność, duch modlitwy i delikatność wobec innych. Aresztowany 17 lutego 1941 r. przez Gestapo wraz ze św. Maksymilianem i trzema innymi ojcami. Przewieziony z Pawiaka do Oświęcimia, gdzie już pierwszego dnia został brutalnie pobity przez SS-manów koronką franciszkańską (czyli specjalnym różańcem franciszkańskim), którą nosił u swojego boku. Mimo że sam chory na tyfus, pomagał innym chorym fizycznie i duchowo, zwłaszcza przez sakrament spowiedzi. Powtarzał często: “Z Chrystusem jestem przybity do krzyża”. Umarł 8 maja 1941 r. ze słowami: “Jezus i Maryja” na ustach.

    101. O. LUDWIK PIUS BARTOSIK (1909-1941)

    W wieku 27 lat został zastępcą o. Maksymiliana Kolbe, który przewidywał go na swojego następcę na stanowisku przełożonego klasztoru. Kolejno był redaktorem: “Rycerza Niepokalanej”, “Rycerzyka” i kwartalnika “Miles Immaculatae”. Po pierwszym aresztowaniu i po trzymiesięcznym przybywaniu w obozach, powtarzał: “Dotychczas pisaliśmy i mówiliśmy innym, jak należy znosić cierpienie – teraz musimy sami praktycznie to przejść, bo w przeciwnym razie co warte byłyby nasze słowa”. Po raz drugi aresztowany przez Gestapo wraz ze św. Maksymilianem i 3 innymi ojcami 17 lutego 1941 r. i przewieziony na Pawiak, z cierpliwością znosił wszelkie udręki. Następnie więziony w Oświęcimiu, gdzie z powodu wyczerpania, pobicia i choroby trafia do szpitala obozowego. Tam z największym poświęceniem pomagał innym chorym. Zmarł w nocy z 12 na 13 grudnia 1941 r.

    102. O. JÓZEF INNOCENTY GUZ (1890-1940)

    Męczennik, który ucierpiał od dwóch okupantów. Wojna i okupacja radziecka zastała go w Grodnie. Tutaj też został aresztowany, jednak udało mu się zbiec z więzienia. Podczas przekraczania granicy rosyjsko-niemieckiej schwytany tym razem przez Niemców i więziony kolejno w Suwałkach, Działdowie i obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, gdzie został zamęczony 6 czerwca 1940 r. w wyrafinowany sposób. Tuż przed śmiercią zdążył powiedzieć do swojego przyjaciela: “Ja już odchodzę do Niepokalanej, a ty pozostań i rób swoje”.

    103. O. JÓZEF ACHILLES PUCHAŁA (1911-1943)

    Na początku 1940 r. objął opuszczoną przez proboszcza parafię Pierszaje w diecezji pińskiej. Po miesiącu przyjechało tam Gestapo i zaaresztowało wielu parafian. Komendantowi żandarmerii niemieckiej, który chciał umożliwić proboszczowi i wikariuszowi, o. Karolowi Hermanowi Stępniowi schronienie, franciszkanie odpowiedzieli, że “pasterze nie mogą opuścić wiernych”. Dołączyli d aresztowanych i zostali przeprowadzeni do wioski Borowikowszczyzna, gdzie 19 lipca 1943 r. zostali zamordowani w stodole.

    104. O. KAROL HERMAN STĘPIEŃ (1910-1943)

    Ukończył Papieski Wydział Teologiczny św. Bonawentury w Rzymie oraz Wydział Teologiczny Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Zamordowany wraz ze swoim proboszczem, o. Józefem Achillesem Puchałą, 19 lipca 1943 r. w Borowikowszczyźnie. Mógł się uratować, ale nie chciał zostawić parafian prowadzonych na śmierć.

    105. BR. STANISŁAW TYMOTEUSZ TROJANOWSKI (1908-1941)

    Całe życie zakonne spędził w Niepokalanowie, gdzie pracował głównie przy wysyłce “Rycerza Niepokalanej”, w magazynie, oraz jako opiekun chorych braci w infirmerii. Cieszył się dużym zaufaniem przełożonego – o. Maksymiliana Kolbego. Aresztowany 14 października 1941 r. i osadzony wraz z sześcioma innymi braćmi na Pawiaku. W więzieniu wiele się modlił i podnosił innych na duchu. Przewieziony do Oświęcimia mężnie znosu głód, zimno i katorżniczą pracę. Zmarł 28 lutego 1942 r. na zapalenie płuc. Dewizą jego życia było: “W każdym czasie i w każdym miejscu, do swobodnego rozporządzenia Woli Bożej”.

    106. BR. PIOTR BONIFACY ŻUKOWSKI (1913-1941)

    Przed profesją wieczystą przełożony klasztoru w Niepokalanowie, o. Florian Koziura wystawił mu taką opinię: “Pod każdym względem bardzo dobry. Takich więcej!”. Aresztowany 14 października 1941 r. i więziony na Pawiaku, gdzie podnosił na duchu towarzyszy niedoli. Przewieziony do Oświęcimia, zatrudniony przy wyniszczającej pracy, znosił cierpienia w duchu wiary. Zmarł na zapalenie płuc 10 kwietnia 1942 r.

    FRANCISZKANIE OFM

    107. O. ANASTAZY JAKUB PANKIEWICZ (1881-1941)

    W 1936 r. powołał do życia Zgromadzenie Sióstr Antonianek od Chrystusa Króla. Jego niezwykle ofiarną pracę w Łodzi, w jednej z najbardziej zaniedbanych dzielnic – Dołach, przerwało aresztowanie w październiku 1941 r. W Dachau nie załamały go udręki obozowe, pomagał załamanym i cierpiącym. Wyniszczony warunkami obozowymi i chorobami, został przydzielony do tzw. transportu inwalidów i 20 maja 1942 r. zabrany na zagazowanie. Wcześniej, po odbyciu spowiedzi, oświadczył: “Jestem spokojny i gotowy na śmierć”. Podczas wsiadania do auta wyciągnął ręce, aby pomóc współtowarzyszowi. Wtedy SS-mani gwałtownie zatrzasnęli żelazne drzwi, obcinając mu obydwie ręce. Najprawdopodobniej zmarł na skutek wykrwawienia, zanim dowieziono go do komór gazowych.

    TARNÓW

    108. KS. ROMAN SITKO (1880-1942)

    Rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Tarnowie. Żarliwy duszpasterz i wychowawca alumnów. Nie zważając na zakazy władz okupacyjnych i niebezpieczeństwo śmierci, potajemnie prowadził dalej formację alumnów, za co został zesłany do obozu zagłady. Zginął w Oświęcimiu 17 października 1942 r.

    Opoka.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________


    11 czerwca

    Święty Barnaba, Apostoł

    Zobacz także:
      •  Święty Paryzjusz, pustelnik
      •  Święta Paula Angela Maria Frassinetti, zakonnica
      •  Kościół katedralny w Radomiu
    ***
    Święty Barnaba Apostoł

    Barnaba urodził się na Cyprze w żydowskiej rodzinie z pokolenia Lewiego. Jego właściwe imię brzmiało Józef, ale Apostołowie dali mu przydomek Barnaba. Według Klemensa Aleksandryjskiego i Euzebiusza Barnaba miał należeć do grona 72 uczniów Pana Jezusa. Był krewnym św. Marka Ewangelisty, dlatego św. Paweł nazywa go kuzynem Ewangelisty (Kol 4, 10). Barnaba zapewne razem ze św. Pawłem przybył do Jerozolimy, aby u stóp Gamaliela, znanego rabina – uczonego żydowskiego, pogłębić swoją wiedzę w zakresie religii mojżeszowej. Dzieje Apostolskie tymi słowy wprowadzają nas w okoliczności początków jego działalności. “Józef, nazwany przez Apostołów Barnabas, to znaczy Syn Pocieszenia, lewita rodem z Cypru, sprzedał ziemię, którą posiadał, a pieniądze przyniósł i złożył u stóp Apostołów” (Dz 4, 36-37).
    O powadze, jakiej zażywał wśród Apostołów, świadczy to, że to Barnaba przygarnął św. Pawła po jego nawróceniu i dopiero z Barnabą Paweł mógł pójść do pozostałych Apostołów (Dz 9, 26-27). Wraz ze św. Pawłem Barnaba udał się do Antiochii, gdzie pozyskali wielką liczbę wiernych dla Chrystusa. Był to rok 42 po narodzeniu Pana Jezusa. Barnaba i Paweł swoje nauczanie kierowali najpierw do Żydów. Kiedy jednak ci ich odrzucili, poszli do pogan. Aby jednak neofitów nie zrazić, nie nakładano na nich żadnych obowiązków prawa mojżeszowego, a żądano jedynie, by dawali świadectwo Chrystusowi przez przyjęcie chrztu i życie zgodne z Ewangelią. Wieść o tym dotarła jednak do gminy jerozolimskiej, która pilnie przestrzegała prawa mojżeszowego. Barnaba po raz pierwszy wprowadził Pawła do gminy żydowskiej. Obaj Apostołowie bronili tam swojego kierunku działania wobec nawróconych z pogaństwa. Ich stanowczymi przeciwnikami byli natomiast nawróceni Żydzi. Sprawę rozstrzygnął na korzyść Barnaby i Pawła św. Piotr, a poparł go św. Jakub Młodszy. Ustalono, że wolno nawracać pogan, kiedy w danym mieście Żydzi nie przyjmą nauki Chrystusa Pana, oraz że nawróconym z pogaństwa nie należy narzucać obowiązku zachowania prawa mojżeszowego (Dz 15, 1-35).


    Święci Apostołowie Barnaba i Paweł

    Barnaba był człowiekiem dobrym, pełnym Ducha Świętego i wiary (Dz 11, 22-24). Razem ze św. Markiem jako towarzysz św. Pawła udał się w pierwszą podróż misyjną na Cypr, a stamtąd do Azji Mniejszej (Dz 13, 1-14). Na Cyprze dokonali nawrócenia namiestnika wyspy, Sergiusza Pawła. Kiedy w miasteczku Perge św. Paweł uzdrowił człowieka chromego, “na widok tego, co uczynił Paweł, tłumy zaczęły wołać po likaońsku: «Bogowie przybrali postać ludzi i zstąpili do nas». Barnabę nazwali Zeusem, a Pawła Hermesem, gdyż głównie on przemawiał. A kapłan Zeusa, który miał świątynię przed miastem, przywiódł przed bramy woły i przyniósł wieńce, i chciał z tłumem złożyć (im) ofiarę. Na wieść o tym Apostołowie Barnaba i Paweł rozdarli szaty (…) Zawiedziony tłum od entuzjazmu przeszedł do wściekłości”. Pobudzeni przez Żydów z Ikonium poganie omal nie pozbawili Apostołów życia, św. Pawła ukamienowali, ale cudem wyszedł z ich rąk (Dz 14, 1-21).

    Barnaba zamierzał wraz z Pawłem udać się w drugą podróż misyjną. Doszło jednak do konfliktu, gdyż Paweł stanowczo sprzeciwił się, by w tej podróży brał udział również Marek, który w czasie pierwszej wyprawy samowolnie ich opuścił. Barnaba w tej sytuacji wycofał się i powrócił z Markiem na Cypr, gdzie kontynuowali pracę apostolską (Dz 15, 39-40). Odtąd giną wszelkie informacje o Barnabie. Według podania miał pozostać na Cyprze jako pierwszy biskup i pasterz tej wyspy. Miał także działać w Rzymie, Aleksandrii, Mediolanie. Około 60 r. na Cyprze, w mieście Salaminie, poniósł wedle tego przekazu śmierć męczeńską przez ukamienowanie. Jak mówi podanie, za cesarza Zenona w roku 488 odnaleziono relikwie św. Barnaby. Miał on na piersiach Ewangelię św. Mateusza, którą sam własnoręcznie dla swojego użytku przepisał.
    Jak wielką popularnością cieszył się w pierwotnym chrześcijaństwie św. Barnaba, świadczą liczne apokryfy: Dzieje Barnaby, Ewangelia Barnaby oraz List Barnaby. Dzieje Barnaby opisują walki, jakie Apostoł musiał staczać z Żydami, którzy mieli go spalić żywcem. Jego prochy miał zebrać ze czcią św. Marek. Dziełko powstało ok. roku 400 na Cyprze. Ewangelię Barnaby mieli napisać gnostycy. Jest wspomniana w pismach niektórych ojców apostolskich, ale jej treści bliżej nie znamy. Ciekawym dokumentem jest List Barnaby z wieku II, w którym autor poleca alegorycznie tłumaczyć teksty Pisma świętego. Teologicznie cenną jest druga część tego Listu, mówiąca o preegzystencji Chrystusa Pana, o tajemnicy Jego wcielenia i o dwóch drogach – światła i ciemności.
    Kult św. Barnaby był już w czasach apostolskich tak wielki, że tylko jemu jednemu z uczniów Dzieje Apostolskie nadają zaszczytny tytuł Apostoła. W wieku XVI powstał zakon Regularnych Kleryków św. Pawła, założony przez św. Antoniego Marię Zaccaria, od macierzystego kościoła św. Barnaby nazywany popularnie barnabitami.
    Barnaba jest patronem Florencji i Mediolanu, w którym według tradycji nauczał; czczony jest także jako orędownik podczas kłótni, sporów, smutku oraz burz gradowych.W ikonografii św. Barnaba przedstawiany jest jako starszy mężczyzna z długą brodą w tunice i płaszczu albo w szatach biskupich, czasami jako kardynał. Jego atrybutami są: ewangeliarz, zwój pergaminu, gałązka oliwna, halabarda, model kościoła.
    Internetowa Liturgia Godzin/Czytelnia

    ________________________________________________________________________

    Barnaba, Sylas i Apollos

    Barnaba, Sylas i Apollos
    Święty Barnaba/autor z XVIII

    ***

    (…) W tej pierwszej misji ewangelizacyjnej odnaleźli oni sens swego życia, i jako tacy stają przed nami jako świetlany wzór bezinteresowności i wielkoduszności.

    Drodzy bracia i siostry,
    kontynuując naszą podróż do głównych postaci początków chrześcijaństwa, zwracamy dzisiaj uwagę na kilku dalszych współpracowników św. Pawła. Musimy przyznać, że Apostoł jest wymownym przykładem człowieka otwartego na współpracę: nie chce on w Kościele robić wszystkiego samemu, ale korzysta z licznych i różnych kolegów. Nie możemy zatrzymać się przy wszystkich tych cennych pomocnikach, ponieważ jest ich wielu. Wymieńmy tylko między innymi Epafrasa (por. Kol 1,7; 4,12; Flm 23), Epafrodyta (por. Flp 2,25; 4,18), Tychika (por. Dz 20,4; Ef 6,21; Kol 4,7; 2 Tm 4,12; Tt 3,12), Urbana (por. Rz 16,9), Gajusa i Arystarcha (por. Dz 19,29; 20,4; 27,2; Kol 4,10), a także niewiasty, jak Febę (por. Rz 16,1), Tryfenę i Tryfozę (por. Rz 16,12), Persydę, matkę Rufusa – o której Paweł powiada: “jest i moją matką” (por. Rz 16,12-13) – nie zapominając o małżonkach Prysce i Akwili (por. Rz 16,3; 1 Kor 16,19; 2 Tm 4,19). Dzisiaj, z tej wielkiej rzeszy współpracowników i współpracownic św. Pawła wybieramy trzy spośród tych osób, które odegrały szczególną rolę u początków ewangelizacji: Barnabę, Sylasa i Apollosa.

    Imię Barnaba, oznaczające “Syn Pocieszenia” (Dz 4,36), jest przydomkiem żydowskiego lewity rodem z Cypru. Osiadłszy w Jerozolimie był on jednym z pierwszych, którzy przyjęli chrześcijaństwo po zmartwychwstaniu Pana. Wielkodusznie sprzedał pole, które było jego własnością, a uzyskane pieniądze przekazał Apostołom na potrzeby Kościoła (por. Dz 4,37). To on był gwarantem nawrócenia Szawła dla wspólnoty chrześcijańskiej Jerozolimy, która nie dowierzała jeszcze dawnemu prześladowcy (por. Dz 9,27). Wysłany do Antiochii w Syrii, udał się do Pawła do Tarsu, dokąd się on wycofał, i spędził z nim cały rok, oddając się ewangelizacji tego ważnego miasta, w którego Kościele Barnaba znany był jako prorok i nauczyciel (por. Dz 13,1). Tak więc Barnaba, w chwili pierwszych nawróceń wśród pogan, zrozumiał, że nadszedł czas Szawła, który schronił się w Tarsie, swoim mieście. Udał się tam, aby go szukać. I tak oto w tym ważnym momencie przywrócił niejako Pawła Kościołowi; w tym sensie dał mu raz jeszcze Apostoła Narodów.

    Z Kościoła antiocheńskiego Barnaba wysłany został w misję wraz z Pawłem, odbywając tak zwaną pierwszą podróż misyjną Apostoła. W rzeczywistości była to podróż misyjna Barnaby, ponieważ to on był prawdziwym kierownikiem, do którego Paweł dołączył jako współpracownik, docierając do rejonów Cypru i Środkowo-Południowej Anatolii, w dzisiejszej Turcji, z takimi miastami jak Attalia, Perge, Antiochia Pizydyjska, Ikonium, Listra i Derbe (por. Dz 13-14). Razem z Pawłem udał się następnie na tzw. Sobór Jerozolimski, na którym po dogłębnym rozważeniu tego zagadnienia, Apostołowie wraz ze starszymi postanowili oddzielić praktykę obrzezania od tożsamości chrześcijańskiej (por. Dz 15,1-35). Tylko w ten sposób w końcu oficjalnie stał się możliwy Kościół pogan, Kościół bez obrzezania: jesteśmy synami Abrahama po prostu za sprawą wiary w Chrystusa.

    Obaj, Paweł i Barnaba, toczyli później spór na początku drugiej podróży apostolskiej, gdyż Barnaba zamierzał zabrać w charakterze towarzysza Jana Marka, podczas gdy Paweł nie chciał, jako że młodzieniec odłączył się od nich podczas poprzedniej podróży (por. Dz 13,13; 15,36-40). A zatem także wśród świętych możliwe są spory, rozdźwięki i zatargi. Mnie się wydaje to bardzo pocieszające, widzimy bowiem, że święci “nie spadli z nieba”. Są ludźmi takimi jak my, mającymi nawet złożone problemy. Świętość nie polega na tym, że nigdy się nie pobłądziło czy zgrzeszyło. Świętość wzrasta w zdolności do nawrócenia, pokuty, gotowości do rozpoczęcia od nowa, przede wszystkim zaś zależy od zdolności do pojednania i przebaczenia. I tak Paweł, który był dość cierpki i przykry wobec Marka, w końcu wyruszył z nim. W ostatnich listach Pawłowych: do Filemona i w drugim do Tymoteusza, właśnie Marek występuje jako “mój współpracownik”. Tak więc nie to, że nigdy się nie popełniło błędu, lecz zdolność do pojednania i przebaczenia czyni z nas świętych. Wszyscy też możemy nauczyć się tej drogi świętości. W każdym razie Barnaba wraz z Janem Markiem wyruszył na Cypr (por. Dz 15,39) około roku 49. Od tej chwili ślad po nim zaginął. Tertulian przypisuje mu autorstwo Listu do Hebrajczyków, co jest nawet prawdopodobne, ponieważ pochodząc z plemienia lewitów, Barnaba mógł być zainteresowany tematem kapłaństwa. A List do Hebrajczyków wyjaśnia nam w sposób niezwykły kapłaństwo Jezusa.

    Innym towarzyszem Pawła był Sylas, którego imię jest grecką formą jakiegoś imienia hebrajskiego (być może szeal, “prosić, błagać”, które ma ten sam rdzeń, co “Saul” – Szaweł) i które ma też formę łacińską Sylwan. Imię Sylas występuje jedynie w Dziejach Apostolskich, podczas gdy Sylwana znajdujemy tylko w listach św. Pawła. Był on Żydem z Jerozolimy, jednym z pierwszych, którzy zostali chrześcijanami, i w Kościele tamtejszym cieszył się wielkim szacunkiem (por. Dz 15,22), gdyż uchodził za proroka (por. Dz 15,32). Jego zadaniem było przekazanie “braciom w Antiochii, w Syrii i w Cylicji” (Dz 15,23) postanowień, podjętych na Soborze Jerozolimskim i wyjaśnienie ich. Najwyraźniej uważano go za zdolnego do podjęcia się swego rodzaju pośrednictwa między Jerozolimą a Antiochią, między judeochrześcijanami a chrześcijanami pochodzenia pogańskiego i przyczynienia się w ten sposób do jedności Kościoła w odmienności obrzędów i pochodzenia.
    Gdy Paweł rozstał się z Barnabą, wybrał właśnie Sylasa na nowego towarzysza podróży (por. Dz 15,40). Z Pawłem dotarł on do Macedonii (do miast Filippi, Tesaloniki i Berei), gdzie się zatrzymał, podczas gdy Paweł udał się dalej do Aten, a następnie do Koryntu. Sylas dołączył do niego w Koryncie, gdzie współpracował w głoszeniu Ewangelii; mianowicie w drugim Liście skierowanym przez Pawła do tamtejszego Kościoła, mowa jest o “Chrystusie Jezusie, Tym, którego głosiłem wam ja i Sylwan, i Tymoteusz” (2 Kor 1,19). To wyjaśnia, dlaczego występuje on jako współnadawca, wraz z Pawłem i Tymoteuszem, obu Listów do Tesaloniczan. Również to wydaje mi się istotne. Paweł nie działa jako “solista”, jak zupełnie samodzielna jednostka, ale razem ze swymi współpracownikami jako “my” Kościoła. Owo “ja” Pawła nie jest odizolowanym “ja”, lecz “ja” w “my” Kościoła, w “my” wiary apostolskiej. Sylwan jest też w końcu wspomniany w Pierwszym Liście Piotra, gdzie czytamy: “Krótko, jak mi się wydaje, wam napisałem przy pomocy Sylwana, wiernego brata” (5,12). W ten sposób widzimy też jedność Apostołów. Sylwan służy Pawłowi, służy Piotrowi, albowiem Kościół jest jeden i przepowiadanie misyjne jest jedno.

    Trzeci towarzysz Pawła, którego chcemy przypomnieć, nazywa się Apollos, najprawdopodobniej jest to skrót od Apolloniusza czy Apollodora. Chociaż jest to imię pochodzenia pogańskiego, był on żarliwym Żydem z Aleksandrii w Egipcie. Łukasz w Dziejach Apostolskich określa go jako “człowieka uczonego, znającego świetnie Pisma… z wielkim zapałem” (18, 24-25). Wkroczenie Apollosa na scenę pierwszej ewangelizacji następuje w Efezie: udał się on tam, by przepowiadać i miał szczęście spotkać się z chrześcijańskimi małżonkami Pryscyllą i Akwilą (por. Dz 18,26), którzy wprowadzili go w pełne poznanie “drogi Bożej”(por. Dz 18,26). Z Efezu udał się do Achai, docierając do Koryntu: dotarł tu w następstwie listu chrześcijan z Efezu, którzy polecali Koryntianom, by go dobrze przyjęli (por. Dz 18, 27).

    W Koryncie, jak pisze Łukasz, “pomagał bardzo za łaską Bożą tym, co uwierzyli. Dzielnie uchylał twierdzenia Żydów, wykazując publicznie z Pism, że Jezus jest Mesjaszem” (Dz 18,27-28). Ale jego powodzenie w tym mieście miało też aspekt problematyczny, jako że było kilku członów tamtejszego Kościoła, którzy w jego imię, zafascynowani jego sposobem mówienia, sprzeciwiali się innym (por. 1 Kor 1,12; 3,4-6; 4,6). Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian wyraża uznanie dla działalności Apollosa, ale wypomina Koryntianom, że ranią Ciało Chrystusa, dzieląc się na przeciwne frakcje. Wyciąga on ważną naukę z tego wydarzenia: tak ja, jak i Apollos – powiada – nie jesteśmy nikim innym, jak tylko diakonoi, czyli prostymi sługami, przez których uwierzyliście (por. 1 Kor 3,5). Każdy ma odmienne zadanie na polu Pańskim: “Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost… My bowiem jesteśmy pomocnikami Boga, wy zaś jesteście uprawną rolą Bożą i Bożą budowlą” (1 Kor 3,6-9). Po powrocie do Efezu Apollos opierał się zaproszeniom Pawła, by powrócił natychmiast do Koryntu, odkładając podróż na późniejszy termin, którego nie znamy (por. 1 Kor 16,12). Nie mamy o nim żadnych innych wiadomości, chociaż niektórzy uczeni przypuszczają, że to on może być autorem Listu do Hebrajczyków, który – według Tertuliana – miał napisać Barnaba.

    Wszyscy ci trzej mężowie jaśnieją na firmamencie świadków Ewangelii ze względu na to, co ich łączyło, oprócz tego, co charakteryzowało każdego z nich. Wspólne, poza pochodzeniem żydowskim, było ich oddanie Jezusowi Chrystusowi i Ewangelii, wraz z faktem, że wszyscy trzej byli współpracownikami apostoła Pawła. W tej pierwszej misji ewangelizacyjnej odnaleźli oni sens swego życia, i jako tacy stają przed nami jako świetlany wzór bezinteresowności i wielkoduszności. Przemyślmy raz jeszcze na koniec to zdanie św. Pawła: tak ja, jak i Apollos, jesteśmy sługami Jezusa, każdy na swój sposób, ponieważ to Bóg pozwala rosnąć. Słowa te są aktualne także dzisiaj dla wszystkich – czy to Papieża, czy kardynałów, biskupów, kapłanów i świeckich. Wszyscy jesteśmy pokornymi sługami Jezusa. Służmy Ewangelii, jak możemy, zgodnie z naszymi darami, i prośmy Boga, by to On pozwolił rosnąć dziś swej Ewangelii, swojemu Kościołowi.

    katecheza papieża Benedykta XVI – 2007/wiara.pl

    ______________________________________________________________________________________________________________

    11 czerwca 

    Święty Barnaba, apostoł

    (Żył około roku Pańskiego 60)

    Żywot świętego Barnaby, apostoła

    Pismo święte nie zwykło oddawać wielkich pochwał Świętym Pańskim. Widać to z tego, że o Najświętszej Maryi Pannie wspomina tylko, iż była łaski pełna, że Bóg był z Nią i błogosławiona była między niewiastami, – świętego Józefa zwie Pismo święte mężem sprawiedliwym, – świętego Jana, apostoła, nazywa uczniem, który Panu był miły, a świętego Piotra opoką. Podobnie świętego Barnabę krótkimi słowy określa, że był mężem dobrym, pełnym wiary.

    Święty Barnaba urodził się na wyspie Cyprze z rodziców żydowskich, pochodzących z pokolenia Lewi, bogatych i wielkiego znaczenia w tym kraju. Kiedy podrósł nieco, oddano go pod opiekę sławnego nauczyciela Gamaliela, od którego, dzięki wielkim zdolnościom, bardzo dużo skorzystał. Do tej samej szkoły uczęszczał święty Paweł, który wtedy jeszcze Szawłem się nazywał.

    Gdy Jezu Chrystus przybył na ziemię i naukami oraz cudami okazał, że jest prawdziwym Zbawicielem, Barnaba był pierwszym z tych, którzy zgłosili się doń jako Jego uczniowie.

    Po ukrzyżowaniu i zmartwychwstaniu Jezusa i po zesłaniu Ducha świętego pozostał Barnaba u apostołów. Rodzice zostawili mu znaczny majątek, ale on wolał iść w ślady ubogiego Chrystusa, przeto sprzedał wszystko co odziedziczył, a pieniądze dał apostołom, aby je rozdzielili między ubogich. Potem, jako dokładnie obeznanego z ustawami i przepełnionego Duchem świętym, wysłali go apostołowie, aby głosił Ewangelię świętą.

    W tym samym czasie nawrócił się święty Paweł i starał się, aby go przyjęto do liczby wyznawców w Jerozolimie, których dawniej prześladował. Nie znając go dobrze, sprzeciwiano się jego przyjęciu, ale Barnaba, który go znał od dawna, ujął się za nim i polecił go świętym apostołom Piotrowi i Jakubowi. Kiedy im opowiedział o nawróceniu się tego dawnego nieprzyjaciela Jezusa, podziękowali Bogu, a św. Piotr wziął zaraz świętego Pawła do swego mieszkania i gościł go przez siedemnaście dni u siebie. Tym czasem kilku uczniów zaczęło głosić naukę Jezusa w Antiochii i założyli nową gminę. Aby ją urządzić i utrwalić w wierze, posłali tam apostołowie Barnabę, który chętnie się tam udał i z wielką gorliwością głosił Ewangelię świętą. Miał też tę pociechę, że gmina ta wkrótce tak wzrosła, że musiał się starać o pomocnika. Usłyszawszy, że Paweł znajduje się w pobliżu, udał się do niego i prosił go, aby z nim ruszył do Antiochii. Paweł przychylił się do jego życzeń i obaj przez cały rok nauczali w tym mieście i udzielali Sakramentów świętych. Zdziałali tutaj wiele dobrego i pozyskali dla wiary Chrystusa dużo zwolenników, których wówczas od imienia Chrystusa chrześcijanami (christiani) zwać zaczęto.

    Kiedy pewnego dnia nauczali wespół z kilku nauczycielami, objawił się im Duch święty i oświecił ich, że mają się udać między ludy pogańskie, aby tam głosić Ewangelię świętą. Cała gmina ustanowiła modlitwę i posty, aby prosić Boga o błogosławieństwo na to posłannictwo misyjne, po czym obaj apostołowie ruszyli w drogę, przybrawszy sobie do pomocy pobożnego ucznia Marka. Nasamprzód udali się do Seleucji, a stamtąd do Salaminy, gdzie po raz pierwszy głosili ludowi pogańskiemu naukę Chrystusową. Ścigani i prześladowani przez żydów, odwiedzili dużo miast, w których głosili naukę Jezusa i czynili cuda, przez co nawrócili wielu pogan na wiarę chrześcijańską. Między innymi nawrócił się także namiestnik cesarski.

    Święty Barnaba, apostoł

    Kiedy Paweł i Barnaba po kilkuletniej pracy misyjnej powrócili do Antiochii, trafili na chwilę, kiedy pomiędzy tamtejszymi chrześcijanami wybuchł zatarg, czy nawróceni poganie są wolni od zachowywania przepisów prawa Mojżeszowego. Był to oddźwięk sporu wywołanego przez żydów jerozolimskich, którzy żądali, aby poganie przynajmniej po chrzcie poddawali się obrzezaniu i zachowywali prawo rytualne żydowskie. Zaniepokojona tym gmina antiocheńska wysłała Barnabę i Pawła do Jerozolimy po wyjaśnienia apostolskie. Na zebraniu apostołów i członków gminy jerozolimskiej – był to pierwszy w Kościele synod – zapadło orzeczenie, że nawróceni z pogaństwa są wolni od przepisów prawa żydowskiego. Zaopatrzeni w pismo potwierdzone przez wszystkich apostołów, powrócili Paweł i Barnaba do Antiochii, gdzie dalej pracowali około szerzenia wiary świętej. Po pewnym czasie postanowili ponownie wyruszyć na wędrówkę misyjną. Barnaba wziął z sobą Jana Marka jako ucznia i udał się na wyspę Cypr; stamtąd poszedł do Rzymu, a potem do Mediolanu, gdzie założył gminę chrześcijańską. Rządził nią przez siedem lat jako biskup, po czym opuścił Mediolan, powierzywszy godność biskupa jednemu z uczniów swoich, i powrócił na Cypr, gdzie go oczekiwała korona męczeńska. Pan Bóg objawił to swemu wiernemu słudze, ale Barnaba nie uląkł się i głosił dalej, że Jezus jest prawdziwym Mesjaszem. Gdy przybył do Salaminy, oburzeni na to żydzi wywiedli go z miasta i ukamienowali, a uczeń jego Marek z czcią go pochował. Z powodu prześladowań długi czas nie wiedziano, gdzie się znajduje jego grób, ale później sam Święty objawił to jednemu z biskupów w Antiochii. Szukano i znaleziono ciało Świętego z Ewangelią św. na piersiach, tak jak mu ją Marek był położył.

    Nauka moralna

    Święty Barnaba odznaczał się cnotą skromności i pokory. Nigdy się nie chwalił i nie wysuwał na pierwsze miejsce, chociaż ono nieraz mu się należało, a przy tym był pilny w wykonywaniu obowiązków, jakie na siebie przyjął. Zyskał też przez to u Boga wielkie zasługi, tak że może nam służyć jako wzór godny naśladowania.

    Różni są ludzie na świecie, cierpliwi, miłosierni, hojni dla ubogich, czystość miłujący, czy nawet umartwionego życia, ale prawdziwa pokora rzadka jest pomiędzy nimi, a jednak tylko ten jest prawdziwym i dobrym chrześcijaninem, kto jest prawdziwie pokorny.

    Filozofowie pogańscy wiele mówili i pisali o różnych cnotach, ale cnoty pokory nawet z imienia nie znali. Dlatego Pan Jezus kazał się jej uczyć od Niego, bo wiedział, że tej cnoty gdzie indziej nie znajdzie, prócz Matki Jego Najświętszej Maryi Panny. Cnota pokory nie ma nic wspólnego ze stanem. Wielcy tego świata powinni się korzyć przed mocną ręką Boską, powinni pamiętać, że tego samego mają Boga nad sobą, co i ich poddani; to samo prawo, ta sama Ewangelia obowiązuje tak pana jak chłopa. Zajmujący wysokie stanowiska na ziemi mają pamiętać, że najniżsi poddani zaćmią ich swą świetnością i blaskiem w Niebie, jeżeli teraz ci prostaczkowie posiadają większą pokorę.

    Naśladujmy wszyscy pokorę świętego Barnaby, albowiem skromnych i pokornych ludzi więcej szanują niż zarozumiałych, a Bóg szczodrze ich wynagradza.

    Modlitwa

    Boże, który nas wspierasz zasługami i pośrednictwem św. Barnaby, apostoła, spraw miłościwie, abyśmy za jego wstawieniem się darów miłosierdzia Twego z Twej łaski dostąpili. Amen.

    Żywoty Świętych Pańskich na wszystkie dni roku – Katowice/Mikołów 1937r.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Św. Barnaba Apostoł

    „Dopiero Barnaba przygarnął go i zaprowadził do apostołów”

    (Dz 9, 27)

    Ten „przygarnięty” przez Barnabę to Paweł z Tarsu. Tak się to wszystko rozpoczęło. Przez jakiś czas Paweł był uczniem i podwładnym Barnaby. Nie wiadomo, jakby się ułożyły losy świeżo nawróconego Szawła, gdyby nie spotkał na drodze swego życia Barnaby.
    Kimże więc był ten przewodnik przyszłych apostołów? W Dziejach Apostolskich znajduje się niemało wypowiedzi na jego temat. Wszystkie są arcy pozytywne, a najbardziej ogólna charakterystyka tego męża Bożego tak brzmi: „Był bowiem człowiekiem dobrym, pełnym Ducha Świętego i wiary” (Dz 11, 24).

    1. Ten „dobry człowiek” mieszkał na Cyprze, gdzie znajdowała się niemała kolonia chrześcijan pochodzenia żydowskiego. Niewykluczone, że Barnaba należał do grupy owych chrześcijan, którzy byli zmuszeni, wskutek pierwszych prześladowań, do opuszczenia Palestyny. Czytamy w Dziejach Apostolskich: „Ci, których rozproszyło prześladowanie, jakie wybuchło z powodu Szczepana, dotarli aż do Florencji, na Cypr…” (11, 19). Jeden z biografów Barnaby, niejaki mnich Aleksander, utrzymuje, że Barnaba pochodził z bardzo zamożnej rodziny, że jego rodzice posiadali niemałe dobra w Jerozolimie i okolicy. Miałoby to swoje potwierdzenie także w danych biblijnych: Maria, matka Jana Marka, krewnego Barnaby, miała swój dom w Jerozolimie (Dz 12, 12).
    Dzieje Apostolskie wspominają również o tym, że przed przejściem na chrześcijaństwo Barnaba był lewitą. Z danych Starego Testamentu wynika, że lewici byli podzieleni na klasy (1 Krn 16, 4 nn); że pomagali przygotować ofiary (2 Krn 29, 34); że z nich składała się straż świątynna, ale także zarząd świątyni i towarzyszących jej budowli (1 Krn 9, 26-32); lewici tworzyli również chór przyświątynny (1 Krn 15, 16-23); niekiedy wyjaśniali prawo (Ne 8, 7) i czuwali nad jego przestrzeganiem (1 Krn 26, 29; 2 Krn 19, 8-11). Według Księgi Liczb (8, 6-22), lewitą stawał się młody Izraelita na mocy specjalnego obrzędu święceń, przez które był oddawany Bogu na służbę przynajmniej do pięćdziesiątego roku życia (Lb 3, 11 nn. 4-51).
    Z takiego to środowiska wywodził się Józef zwany Barnabą. I tak uformowany duchowo człowiek pewnego dnia przeszedł na stronę Jezusa.

    2. Każde nawrócenie się jest dziełem przede wszystkim łaski, ale także otwarcia się człowieka na działanie nadprzyrodzonych mocy. Ten udział człowieka jest wyrazem nie tylko zaufania Bogu, ale także osobistej odwagi. Mamy więc prawo powiedzieć, że Barnaba był człowiekiem nie tylko dobrym, ale i odważnym.
    To właśnie owa odwaga dała o sobie znać, kiedy Barnaba postanowił przejść z pomocą dopiero, co nawróconemu Pawłowi przez wprowadzenie go w środowisko nie tylko zwykłych wyznawców Jezusa, lecz także apostołów. Warto pamiętać, kim dla ówczesnych chrześcijan był Szaweł: „Siał wszędzie postrach i zionął pragnieniem zabijania uczniów pańskich. Sam udał się do arcykapłana i poprosił o specjalne listy – pełnomocnictwa do synagog w Damaszku, aby mógł pojmać i przyprowadzić do Jerozolimy zarówno mężczyzn jak i kobiety, zwolenników… tej nowej drogi życia” (Dz 9, 1n). Potrzebna była nie lada odwaga, by zaufać takiemu człowiekowi, tym bardziej, że Barnaba z pewnością wiedział o nieudanych dotychczas próbach przeniknięcia Pawła do środowisk chrześcijańskich. Łukasz wyraźnie pisze: „A kiedy przybył do Jerozolimy, usiłował przyłączyć się do uczniów, ale wszędzie budził podejrzenie: nie wierzono, że jest uczniem” (Dz 9, 26). Między sobą zaś tak ludzie rozprawiali na temat Pawła: „Czyż to nie jest ten sam, który w Jerozolimie prześladował wyznawców tego imienia i przybył tu po to, aby ich uwięzić i zaprowadzić do arcykapłana?” (Dz 9, 21).
    Otóż ten człowiek, właśnie dzięki odważnej rekomendacji Barnaby zdobył sobie całkowite zaufanie nawet u chrześcijan jerozolimskich. Z czasem mógł wśród nich rozpocząć pełną działalność apostolską. Rychło jednak powtórzyła się sytuacja z Damaszku: pojawiły się trudności, ciekawe jednak, że nie ze strony rdzennych Żydów; zagorzałymi przeciwnikami Pawła okazali się helleniści, czyli Żydzi mieszkający na stałe poza Palestyną. Perspektywy dalszej pracy w Jerozolimie były żadne: „Bracia odprowadzili go (Pawła) do Cezarei i wysłali do Tarsu” (Dz 9, 30). Nie jest powiedziane, jaka rolę w tym odprowadzeniu Pawła do Cezarei odegrał Barnaba, ale mamy prawo przypuszczać, że niepoślednią. Jako jego w pewnym sensie przełożony, czuł się chyba za niego odpowiedzialny.
    I tak było jeszcze przez jakiś czas, przynajmniej do momentu niejakiego zorganizowania się Kościoła w Antiochii, gdzie pierwszym przełożonym był właśnie Barnaba. „Pozyskano tam tak wielką liczbę wyznawców Pana”, że Barnaba sam nie był w stanie obsłużyć wszystkich wiernych. Oto, co w tej sytuacji uczynił Barnaba: „Udał się do Tarsu, żeby odszukać Szawła. A kiedy go znalazł, przyprowadził do Antiochii i przez cały rok pracowali razem w Kościele, nauczając wielką rzeszę ludzi” (Dz 11, 25 n). Wszystko zdaje się przemawiać za tym, że głównym odpowiedzialnym za tę pracę był Barnaba, którego wspierał Paweł.
    Na czas tej wspólnej działalności antiocheńskiej przypada wydarzenie, które tak oto opisuje Łukasz. Kiedy „nastał wielki głód za cesarza Klaudiusza, uczniowie postanowili, że każdy według możności pośpieszy z pomocą braciom mieszkającym w Judei. Tak też zrobili, wysyłając [jałmużnę] starszym przez Barnabę i Szawła” (Dz 11, 30). Barnaba jest ciągle wymieniany na pierwszym miejscu.

    3. I kolejna rzecz, godna ze wszech miar uwagi: Barnaba wcale nie zabiegał o to, by zachować dla siebie role przywódcy. Nie wiemy, niestety, kiedy, w jakich okolicznościach dokonała się ta zasadnicza zmiana układów, ale do historii wczesnego chrześcijaństwa wszedł Barnaba jako, jeśli nie uczeń, to przynajmniej pomocnik Pawła w jego apostolskich trudach. Przypomina pod tym względem Jana Chrzciciela, który mawiał, gdy swoją publiczną działalność rozpoczynał Jezus: „Ten, który przyjdzie po mnie, jest mocniejszy ode mnie. Ja nie jestem nawet godzien nosić Jego sandałów” (Mt 3, 11 n); lub gdzie indziej: „On ma wzrastać, mnie zaś trzeba się umniejszać” (J 3, 30).

    4. Kolejny przymiot ducha Barnaby to jego roztropność. Ujawniła się ta moralna jakość męża Bożego przede wszystkim w czasie tak zwanego soboru jerozolimskiego. Do zwołania soboru doszło dlatego, że „niektórzy przybysze z Judei nauczali: Jeżeli się nie poddacie obrzezaniu według zwyczaju Mojżeszowego, nie możecie być zbawieni” (Dz 15, 1). Paweł był innego zdania. Uważał mianowicie, że fizyczne obrzezanie, po dokonaniu zbawczego dzieła przez Jezusa Chrystusa, wcale już nie było konieczne do osiągnięcia zbawienia. Otóż Barnaba – i do tego potrzeba była teologiczna roztropność – przyłączył się do Pawła. Z pewnością mając tę cnotę Barnaby na uwadze właśnie jego, wspólnie z Pawłem, ówczesna wspólnota wiernych wydelegowała na spotkanie w Jerozolimie, gdzieś i sam Barnaba odegrał chyba znaczącą rolę, skoro Paweł tak oto wspomina go po imieniu: „Uznawszy daną mi łaskę, Jakub, Kefas i Jan, uważani za flary, podali mnie i Barnabie prawicę na znak wspólnoty” (Ga 2, 9).

    5. Dobrze o Barnabie świadczy także przedkładanie przez niego dobra skutecznego głoszenia Ewangelii ponad ewentualne interesy rodzinne i więzy krwi. Ujawniło się to przed drugą podróżą misyjną Pawła, kiedy to apostoł był zmuszony odmówić zgody na udział w tej wyprawie Jana Marka, krewnego, jak się już wspomniało Barnaby. Powodem takiej postawy Pawła był fakt wycofania się Jana Marka już jakby z pierwszego etapu pierwszej podróży misyjnej (Dz 15, 38). Żeby nie stawiać Pawła w sytuacji trudnej i niezręcznej, „Barnaba zabrał Marka i popłynął na Cypr, a Paweł dobrał sobie za towarzysza Sylasa i wyszedł, polecony przez braci łasce Pana” (Dz 15, 40).

    6. O tym, że był Barnaba wrażliwy na dobro wspólne i potrzeby innych świadczy również fakt następujący: „Józef, nazwany przez apostołów Barnabą… lewita rodem z Cypru, sprzedał ziemie, którą posiadał a pieniądze przyniósł i złożył u stóp apostołów” (Dz 4, 36 n). Warto zauważyć, że jest to w ogóle pierwsza w Nowym Testamencie wzmianka o Barnabie, z czego można by wnosić, że wrażliwość na potrzeby ubogich uznał autor dziejów Apostolskich za cechę najbardziej znamienną dla osobowości Barnaby.
    Dobrze, że taki święty coraz częściej zaczyna patronować wspólnotom naszych wiernych.

    Bp Kazimierz Romaniuk/Tygodnik Niedziela


     

    ______________________________________________________________________________________________________________

  • Uroczystość Najświętszej Trójcy – ROK C

    Miłość Boga

    Tajemnica prawdy o Bogu Trój-Jedynym jest tak dalece nie uchwytna dla ludzkiego rozumowania, że Pan Jezus nawet nie próbował jej tłumaczyć swoim uczniom.

    „On jedyny, który nie tylko ją znał, ale który w niej tkwił, On, który nią był… On był jedynym kompetentnym nauczycielem prawdy o Ojcu, a jednak nigdy nie usiłował swym uczniom odsłaniać tych przepastnych głębin, gdzie jedność i troistość spotykają się w Bogu” – tak napisał w swojej książce pt. Spotkania ksiądz biskup Jan Pietraszko.

    Sposób w jaki Chrystus Pan mówił o tej prawdzie jest po prostu stwierdzeniem faktów: „Kto mnie widzi, widzi i Ojca”. Albo: „Idę do Ojca mojego i Ojca waszego”. Do tych zaś, którzy Mu nie wierzyli powiedział: „Jest Ojciec mój, o którym wy powiadacie, że jest Bogiem waszym.” Podobnie mówił o Duchu Świętym: „Wyszedłem od Ojca i przyszedłem na świat. Teraz opuszczam świat i idę do Ojca”… „Jeśli nie odejdę, Duch Święty nie przyjdzie do was, a jeśli odejdę, poślę Go do was”… „Pocieszyciel Duch Święty, którego Ojciec pośle w imię moje, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, cokolwiek wam powiedziałem”. I tu obietnica Pana Jezusa idzie jeszcze dalej: „On – tzn. Duch Święty – doprowadzi was do całej prawdy.” A tą całą prawdą jest właśnie tajemnica Trój-Jedynego Boga. Innej prawdy nie ma. Prawda zawarta w świecie stworzonym jest jedynie tylko odblaskiem Bożej prawdy, bo wszystko to co nas otacza i to czym sami jesteśmy – to pochodzi z Bożej ręki.

    Hans Urs von Balthasar był i pozostanie nie tylko bardzo znanym i liczącym się teologiem. Jego wnikliwe opisywanie Bożej rzeczywistości ma przede wszystkim związek z jego duchowym życiem, które było nacechowane wielką głębią. Bo właśnie w człowieczym sercu sam Bóg odsłania swoje tajemnice. To są te serca, które Go przyjmują. I on napisał na czym polega wewnętrzna prawda Boża: „Bóg jako Praprzyczyna i jako Ojciec odwiecznie udziela się swemu „Słowu” – jakby „wyrazowi” czy „obrazowi” siebie – które mocą owego bezgranicznego oddania zostaje „zrodzone”. Jest to dzieło najgłębszej, najpierwotniejszej miłości, takiej, na którą można odpowiedzieć tylko równie bezgraniczną miłością. A miłość im bardziej jest bezwarunkowa, tym jest owocniejsza. Naga relacja „ja – ty” pozbawiona byłaby jednak treści, gdyby to spotkanie nie oznaczało zarazem wydania owocu, który świadczy (tak jak dziecko jest świadectwem zespolenia rodziców) o odwiecznym spotkaniu Ojca i Syna. Istoty skończone, nawet jeśli płodzą i wydają na świat potomstwo, pozostają odrębnymi jednostkami – tymczasem nieskończona Istota będąca Bogiem może być tylko jedna, a miłujący się mogą w tym wypadku pozostawać tylko jedno w drugim.

    Gdy Syn stał się człowiekiem, nie mógł nam objawić nic innego jak tylko miłość Ojca i swą miłość do Ojca oraz miłość Ojca i Syna do nas. Tę tajemnicę możemy jednak pojąć i mieć w niej udział dopiero wtedy, gdy wlany zostanie w nas Duch, który jest wzajemną miłością Bożą i zarazem tej miłości owocem.”

    Święty Jan Ewangelista, jak podaje tradycja, stale powtarzał: „Bóg jest miłością.” A to jest właśnie to co najbardziej powinno interesować człowieka. Dlaczego więc tak trudno jest uwierzyć w tę prawdę? Niestety, dla wielu te słowa nic nie znaczą. Miłość czysta i bezinteresowna – pytają – czy to ogóle istnieje i czy to jest możliwe?

    Swego czasu czytałem wyniki badań, które socjologowie religii przeprowadzili wśród młodzieży na temat: „Co najbardziej interesuje cię na katechezie?” Wyniki badań pokazały, że 60% młodzieży najbardziej interesują sprawy ludzkie, na przykład aborcji, etyki seksualnej, wzajemnych relacji dzieci i rodziców. Około 30% młodych ludzi odpowiedziało, że najbardziej interesują ich relacje Boga i człowieka, na przykład modlitwa czy powołanie. Tylko kilka procent respondentów napisało, że interesuje ich Bóg. Jeden z młodych ludzi w swojej ankiecie zapytał wprost: „Jak to jest, że kiedy w kościele mówi się o sprawach doczesnych, jest to w miarę ciekawe, ale kiedy zaczyna się mówić o Bogu, staje się to nudne?

    Źródło tego nieporozumienia sięga niestety już najmłodszych lat. Ileż to ludzi zawsze musiało zasługiwać sobie na miłość. Bardzo często rodzice ofiarowywali tzw. miłość warunkową: „Jeżeli będziesz grzeczny i posłuszny – to wtedy będziemy cię kochać.” I takie dziecko rosło w przekonaniu, że istnieje jakaś taryfa opłat za miłość. Z biegiem czasu coraz bardziej to przekonanie z dzieciństwa potwierdzało się. W szkole kochanymi dziećmi byli tylko ci najzdolniejsi, najpilniejsi i najgrzeczniejsi. Reszta była pozostawiona na uboczu. Takie przekonanie przeniosło się później na życie dorosłe. Po ślubie bywało i to całkiem nierzadko, że któreś z małżonków zawiodło drugą stronę i wtedy od razu reakcja: „Już cię nie kocham, bo jesteś okropnym egoistą.” A nawet gdy się otrzymało szansę na poprawę i choć ta szansa była ponawiana kilka razy – to w końcu cierpliwość matki, ojca, nauczyciela, czy współmałżonka wyczerpywała się. I wtedy co można było usłyszeć: „No, teraz po tym wszystkim już nie mogę ci wybaczyć, miarka bowiem została przebrana.”

    Takie doświadczenia, niestety, dotyczą bardzo wielu ludzi. Dlatego, gdy w kościele słyszy się, że Bóg jest miłością, że On nie może nie kochać i że wcale nie kocha za coś, ale od zawsze ogarnia każdego swoją miłością zupełnie bezinteresowną – to wydaje się, że to jest nieprawdopodobne, jakby nie z tego świata. Ile razy upadając i grzesząc ogarnia człowieka wątpliwość: Czy Bóg jeszcze i tym razem mi wybaczy? Tu odbija się ten mój fałszywy obraz Boga, który jest wynikiem moich życiowych doświadczeń, że za miłość trzeba płacić. Czy nie nachodzą mnie takie myśli: „Jeśli nie będę gorliwie się modlić, to Bóg przestanie mnie kochać. Jeżeli popełnię grzech, utracę Go. Jeśli coś niedobrego będzie się w moim życiu powtarzać, On się rozgniewa i straci do mnie cierpliwość.” Przez ten błędny obraz ilu ludzi zniechęciło się, bo doszli do wniosku, że nie stać ich na to, aby kupić sobie miłość Boga.

    A tymczasem dzisiejsza uroczystość może być olśnieniem, jeżeli odważę się otworzyć cały przed Tajemnicą Trój-Jedynego Boga, od którego nikt nigdy nie może usłyszeć słów: „Teraz to już przekroczyłeś granicę i nie masz prawa do mojej miłości.” Ale za każdym razem kiedy się oddalam poprzez swój grzech i niewierność, On nawołuje mnie, aby mi znowu przebaczyć.

    Takim promieniem Bożej bezwarunkowej miłości jest Jego Kościół, o którym pisze ksiądz Piotr Pawlukiewicz, że „każdy kto przystąpi do konfesjonału i szczerze wyzna swoje grzechy, kto sercem wypowie słowo „żałuję”, otrzyma Boże przebaczenie! Nikt, kto uklęknie przy stole eucharystycznym, by otrzymać Ciało Chrystusa, nie zostanie od niego odpędzony. I nie zadawajmy sobie pytań: „Ale za co kocha mnie Bóg? Co On we mnie widzi? Czym jeszcze mógłbym zasłużyć na Jego miłość?” On kocha, bo taki jest! Kocha już teraz, zanim cokolwiek dobrego zrobisz. To rzeczywiście wiadomość nie z tego świata.”

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Uroczystość Zesłania Ducha Świętego – ROK C

    Napełnić się żarem Ducha Świętego

    Zofia Kossak podczas swojego bardzo trudnego życia na emigracji, które trwało lat dwanaście, głównie w Trossell, w północnej Kornwalii, napisała na przełomie grudnia i stycznia książkę pt. „Rok Polski”, którą Veritas pod zarządem Zygmunta Kotkowskiego wydrukował już w lutym. To był rok 1955.

    Autorka opisując w niej nasze różne zwyczaje, związane również z dzisiejszym świętem, pyta: „Dobrze, ale gdzież została treść Zielonych świątek? Powiedzmy szczerze, zrozumienie jej jest nikłe. To wielkie święto nie posiada w psychice polskiej oddźwięku równie żywego jak Narodzenie i Zmartwychwstanie. Gdy tamte dni pokryło obficie kwiecie poezji ludowej, o Duchu Świętym nie posiadamy ani jednej pieśni własnej, samorodnej, nieznanego autora. Szczegół drobny, lecz wymowny. Ujawnia on w naszej wierze lukę o sięgających głęboko konsekwencjach.”

    Jak bardzo słuszna była uwaga naszej pisarki – zacytuję słowa metropolity Ignatiosa z Latakii:

    „Bez Ducha Świętego Bóg jest daleki,
    Chrystus jest przeszłością,
    Ewangelia martwą literą,
    Kościół tylko organizacją,
    władza panowaniem,
    posłannictwo propagandą,
    kult przywoływaniem wspomnień,
    a postępowanie po chrześcijańsku moralnością niewolników.”

    Na pewno Duch Święty jest najbardziej tajemniczą Osobą w Bogu, którego moc ujawnia się tak różnorodnie i tak nieuchwytnie. Już chociażby w dzisiejszym I Czytaniu występuje zarówno jako gwałtowne uderzenie wichru i jako ogień. Zaś w II Czytaniu ten sam Duch Święty zamieszkuje w ciszy człowieczego serca i staje się wewnętrznym głosem.

    Liturgia Słowa rozpoczyna się dziś od słów: „Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy”… Dla Żydów było to święto upamiętniające przekazanie Prawa Mojżeszowego na Górze Synaj. Według tradycji rabinistycznej Bóg zesłał prawie niewidzialny sygnał, który przekształcił się w ogień i wydał głos oznajmujący Prawo. Wiatr i ogień były symbolami często używanymi w Starym Testamencie dla oznaczenia obecności Boga. Szum, wiatr bardzo dobrze ilustruje atrybut wolności. Sam Pan Jezus posługuje się tym obrazem: „Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża.” Zaś ogień nie tylko ogrzewa i rozgrzewa, ale również rozprzestrzenia się. Zstąpienie Ducha Świętego na zgromadzonych w Wieczerniku dokonało się w taki właśnie sposób. Najpierw jako gwałtowne uderzenie wichru, a potem na każdym z apostołów pojawia się ogień w kształcie języka. To po to, aby języki świadków, którzy za chwilę zaczną przemawiać, napełnić żarem Ducha tak, aby zapłonęły serca ich słuchaczy.

    Hans Urs von Balthasar tak pisze: „Zewnętrzne przejawy Ducha mają zawsze określony sens: gwałtowny wiatr gromadzi tłumy słuchaczy, a ogień umożliwia wszystkim usłyszenie Dobrej Nowiny w ojczystym języku, który jest im bliski od dziecka. Albowiem nowina, która spada na nich znienacka, nie jest czymś obcym, co musieliby studiować, tłumaczyć sobie z obcego języka – jest to wieść, która trafia bezpośrednio do ich serc.”

    Tu moc Ducha Świętego ukazuje się w kategoriach przezwyciężenia barier językowych z wieży Babel. Zaś wymienione przez św. Łukasza narody reprezentują cały ówczesny świat. Każdy człowiek potrafi doskonale zrozumieć drugiego człowieka – jeżeli jest otwarty na działanie Bożego Ducha. Cóż z tego, że można znać bardzo dobrze język angielski i równocześnie zupełnie nie zrozumieć tubylca. Tak samo można zupełnie nie rozumieć rodzinnego życia, nie rozumieć cierpiącego człowieka. Na tym kompletnym zamknięciu się w skorupie własnego egoizmu polega pomieszanie języków. Duch Święty jest tutaj całkowitym przeciwstawieniem. Poprzez swoje dotknięcie oczekujących w Wieczerniku rozpoczął budowanie Kościoła. Dlatego mówimy, że Zesłanie Ducha Świętego jest narodzinami Kościoła. Papież święty Jan Paweł II w swojej Encyklice Dominum et vivificantem pisał: „Czas Kościoła rozpoczął się wraz z przyjściem, czyli zesłaniem Ducha Świętego na Apostołów, zgromadzonych w jerozolimskim Wieczerniku wespół z Maryją, Matką Pana.”

    Zaś święty Augustyn rolę Ducha Świętego tłumaczy w ten sposób: „Czym dusza jest dla ciała człowieka, tym Duch Święty jest dla Ciała Chrystusa, którym jest Kościół. Duch Święty sprawia w Kościele to samo, co dusza w członkach ciała.” Dlatego każdy kto jest otwarty na działanie Bożego Ducha już jest w Kościele. Natomiast dopóki ludzkie serce nie odważy się otworzyć, ale wciąż będzie trwać w swoim szczelnym zamknięciu – to choćby wydawało się, że jest w Kościele, de facto ono już z Niego wypadło, tak jak wypada z budowli kamień, ponieważ nie miał cementu, aby się złączyć z innymi kamieniami.

    Dlatego trzeba mi wciąż i wciąż wołać z głębi mojego wnętrza o światło i moc Ducha Świętego. Bo cóż znajduję w swoim własnym sercu – zwietrzały cement, którym jest chaos, zamieszanie i potworne rozproszenie. Ileż we mnie kotłuje się różnorakich propozycji i sprzecznych decyzji, kłócących się ze sobą nawzajem i wprowadzających straszliwy chaos. Ileż we mnie jest niepotrzebnych rzeczy, które nie tylko zawadzają, ale stają się coraz większą kłodą, przez którą przejść będzie coraz trudniej.

    Pan Jezus nie tylko kiedyś zapytał opętanego człowieka: „Jak ci na imię?” – i usłyszał odpowiedź: „Na imię mi ‘legion’, bo jest nas wielu.” Pyta i dziś.

    Wspomniana na początku Zofia Kossak tak kończy opis majowego miesiąca: „Dary Ducha Świętego to narzędzia, za pomocą których możemy przekuć sami siebie na obraz i podobieństwo Boże. Dzięki tym siedmiu darom, możemy zgodnie z wezwaniem Kościoła wyrażonym przy Chrzcie św., stać się świątynią Boga żywego. Możemy, posłuszni żądaniu Chrystusa Pana, być doskonali, jak Ojciec nasz w niebiesiech jest doskonały. To nie przenośnia, to prawda. Możemy być tacy. Więc czemuż dary bezcenne nie są wykorzystywane?

    Nie kryje tego skarbu podziemna pieczara o wejściu nieznanym, nie strzegą olbrzymy ani smoki, osiągnięcie nie pociąga żadnego niebezpieczeństwa. Wystarczy o dary te prosić, wystarczy ich pragnąć…Zstąp Gołębica, twórczy Duch”…

    ks. Marian Łękawa SAC

  • ogłoszenia: czerwiec 2022

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK – 28 CZERWCA KATECHEZA DLA DOROSŁYCH

    Od 22 lutego w każdy wtorek o godz. 18.30 w kaplicy izbie Jezusa Miłosiernego na nowo odczytujemy Katechizm Kościoła Katolickiego, gdzie podane są najważniejsze prawdy naszej wiary.

    Ta Katecheza jest propozycją dla każdego kto poprzez sakrament chrztu jest w Kościele Bożym i potrzebuje nieustannie coraz pełniej umacniać i pogłębiać przyjęty dar łaski wiary. Również jest zaproszeniem dla tych, którzy nie zostali nigdy w pełni wprowadzeni w chrześcijaństwo albo z różnych powodów od niego odeszli.

    Dla zainteresowanych szczegóły znajdują się na zakładce: Katecheza dla dorosłychkatecheza.kosciol.org

    GODZ. 18.30 – KATECHEZA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    GODZ. 19.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚRODA – 29 CZERWCA KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    UROCZYSTOŚĆ ŚWIĘTYCH PIOTRA I PAWŁA

    El Greco, “Święci Piotr i Paweł” (XVI wiek)fot.Tygodnik NIEDZIELA

    ***

    PRZEMIANA DOKONUJĄCA SIĘ BOŻĄ MOCĄ: SZYMON PIOTREM A SZAWEŁ PAWŁEM

    Dziś czcimy szczególnych świętych obdarzonych tak różnymi i wspaniałymi darami samego Boga. Są budowniczymi jednego Chrystusowego Kościoła. Kiedy wypowiadamy ich imiona – wypowiadamy je jednym tchem. Mówimy: Piotr i od razu dodajemy: Paweł. Dlaczego? Byli przecież tak różnymi od siebie ludźmi. Piotr zajmował się łowieniem ryb. Za namową swego brata Andrzeja poszedł spotkać Mesjasza.  Usłyszał wtedy słowa: „Pójdź za Mną”. I poszedł z miejsca, od razu.

    Spotkanie zaś Pawła z Panem Jezusem było zupełnie inne. Był uczonym teologiem, pobierał nauki u mądrego rabina Gamaliela, gorliwy wyznawca judaizmu, zagorzały prześladowca chrześcijan aż do momentu kiedy usłyszał tajemne słowa u bram miasta zwanego Damaszkiem: „Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?”

    Ale nie tylko łączy ich zmiana imion – Szymon stał się Piotrem, Szaweł  – Pawłem. Jest jeszcze coś co bardzo ich połączyło – przeżycie własnej słabości.

    Piotrowi potrzeba było długiego czasu, aby stał się zapowiedzianą przez Pana skałą. Był spontaniczny, wybuchowy, gotowy składać obietnice i przysięgi. Ale potrafił też przyjmować nawet bardzo mocne słowa od Pana Jezusa, jak chociażby te: „Zejdź mi z oczu szatanie!” – bo nie wyobrażał sobie życia bez swojego Mistrza. A jednak stał się  zaprzańcem i to potrójnym, ale właśnie to gorzkie doświadczenie nauczyło go, co to jest człowiecza słabość i jak koniecznie potrzebna jest Boża moc. Dlatego z takim przekonaniem napisał w swoim pierwszym Liście: „Czuwajcie i módlcie się, bo przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć… sprzeciwiajcie mu się, mocni w wierze” – w wierze Jezusa Chrystusa.  Nie można ufać sobie. Nie można nigdy być pewnym siebie.

    Z kolei Szaweł zaufał swojemu rozumowi, bo miał umysł głęboki i wnikliwy – a jednak zawiodła go jego własna inteligencja.. I tak obaj zrozumieli, Piotr i Paweł, że tylko na Bogu trzeba się oprzeć – nie na sobie. Dlatego są jak dwaj bracia syjamscy, jak dwa potężne filary, które potrafiły mocno i zdecydowanie dźwigać Jezusowy Kościół.

    Carlo Carretto w książce „Bóg, który nadchodzi” pisze, że „wiarygodność nie jest cechą ludzi, a jedynie Boga. Cechą ludzi jest słabość i – co najwyżej – wola czynienia dobra z pomocą łaski płynącej z niewidzialnych żył widzialnego Kościoła.

    Maritain robi rozróżnienie pomiędzy osobami, z których składa się Kościół, tzw. „personel Kościoła”, i zespołem ludzi zwanych Kościołem. Kościół bowiem, w odróżnieniu od wszystkich innych ludzkich wspólnot, „otrzymał od Boga osobowość nadnaturalną, świętą, niepokalaną, czystą, doskonałą, nieomylną, umiłowaną jako Oblubienica Chrystusa i godną tego, abym ja Ją umiłował jak najlepszą matkę”.

    To jest właśnie  tajemnica Chrystusowego Kościoła, że ma moc dawania świętości, choć składa się z samych grzeszników, z ludzi słabych. Czyż nie czuję na sobie dotyku nieustannej pokusy, która próbuje doprowadzić do utraty wiary? Ileż może zrodzić się pokus, aby być w Kościele urządzonym na sposób tego świata, który chce jedynie imponować swoją mocą i potęgą? A to znaczy, że należy odsunąć i wyeliminować wszystkich, którzy są słabi i nieudolni i którzy już się skompromitowali. To jest pokusa: zorganizować i urządzić wszystko rozsądnie. A tu – jak napisał ks. Pasierb – „ukrzyżowany jako przestępca Założyciel i pierwszy papież, który wyparł się pod przysięgą, że nie ma z Nim nic wspólnego”.

    Jakie to szczęście dla mnie człowieka słabego, że Pan Jezus wciąż mnie zaprasza na swoją Eucharystię, bo On jeden wie jak bardzo potrzebuję wciąż umacniać się Jego Słowem i Jego Ciałem.  

    Panie Jezu, daj mi tę łaskę zrozumienia, abym widział gdzie jest siła i gdzie jest słabość Kościoła. Abym zrozumiał słowa św. Pawła : „Ilekroć niedomagam – tylekroć jestem mocny”.

    ks. Marian SAC

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Okres wakacyjny jest bardzo dobrym czasem, aby każdego dnia czytać i wsłuchiwać się w BOŻE SŁOWO.

    Otwarta Biblia przy świeczce
    pixabay.com

    ***

    Nieznajomość Pisma świętego jest nieznajomością Chrystusa (św. Hieronim) Pan nasz Jezus Chrystusa mówi: “Badajcie Pisma” oraz: “Szukajcie, a znajdziecie”; bo gdy nie będę karmił się Bożym Słowem mogę usłyszeć straszne stwierdzenie Chrystusa, który powiedział był Żydom: “Jesteście w błędzie, nie znając Pisma ani mocy Bożej”. Apostoł Paweł napisał, że Chrystus jest mocą i mądrością Bożą; otóż ten, kto nie zna Pisma, nie zna mocy i mądrości Bożej. Tak więc nieznajomość Pisma jest nieznajomością Chrystusa. 
    Słowa zapisane w Biblii są słowami natchnionymi przez Ducha Świętego i dlatego mają moc dokonać prawdziwej przemiany naszych serc.
    Jak czytać Pismo Święte? O. Ludwik Mycielski OSB radzi, żeby nie rozpoczynać czytania Biblii tak, jak się zaczyna czytać inne książki – od jej początku. Przeciwnie: Biblię należy raczej czytać od końca, tzn. zaczynając od Nowego Testamentu. Kolejność przy tym nie jest obojętna. Najlepiej zacząć od historii powstawania Kościoła, a zatem od Dziejów Apostolskich. Potem czytać Listy św. Jana, cztery Ewangelie, Listy św. Pawła, Listy Apostolskie.
    Apokalipsę, mimo że opisuje współczesne życie Kościoła, należy raczej odłożyć na koniec: do czasu, kiedy zapoznasz się bliżej z apokaliptycznym gatunkiem literackim u proroków, zwłaszcza u Daniela i Ezechiela.
    Jeśli chodzi o Stary Testament, to nie należy zaczynać go od Księgi Rodzaju, gdyż wbrew pozorom pierwsze 11 rozdziałów tej Księgi – to najtrudniejsze rozdziały Biblii. O. Ludwik proponuje rozpoczynać od lektury Ksiąg najbliższych nam czasowo: Mądrości, Syracha, od Ksiąg Machabejskich, Przysłów, Hioba, Psalmów.
    Dopiero po jakimś czasie wyłania się cudowna Boża harmonia – jak Stary i Nowy Testament stanowią jedną zwartą całość – tworzą Biblię Katolicką.
    Zachęcam przeczytać z Katechizmu Kościoła Katolickiego Artykuł III – PISMO ŚWIĘTE (101 – 141)
    Zacytuję niektóre z tych punktów:

    105 Bóg jest Autorem Pisma świętego. “Prawdy przez Boga objawione, które są zawarte i wyrażone w Piśmie świętym, spisane zostały pod natchnieniem Ducha Świętego.
    Święta Matka Kościół uważa, na podstawie wiary apostolskiej, księgi tak Starego, jak Nowego Testamentu w całości, ze wszystkimi ich częściami za święte i kanoniczne, dlatego że, spisane pod natchnieniem Ducha Świętego, Boga mają za Autora i jako takie zostały Kościołowi przekazane”.

    106 Bóg natchnął ludzkich autorów ksiąg świętych. “Do sporządzenia ksiąg świętych Bóg wybrał ludzi, którymi posłużył się jako używającymi swoich zdolności i sił, by dzięki Jego działaniu w nich i przez nich oni sami jako prawdziwi autorzy przekazali na piśmie to wszystko, i tylko to, czego On chciał”.

    107 Księgi natchnione nauczają prawdy. “Ponieważ wszystko, co twierdzą autorzy natchnieni, czyli hagiografowie, powinno być uważane za stwierdzone przez Ducha Świętego, należy zatem uznawać, że księgi biblijne w sposób pewny, wiernie i bez błędu uczą prawdy, jaka z woli Bożej miała być przez Pismo święte utrwalona dla naszego zbawienia”.

    108 Wiara chrześcijańska nie jest jednak “religią Księgi”. Chrześcijaństwo jest religią “Słowa” Bożego: “Słowa nie spisanego, lecz Słowa Wcielonego i żywego”. Aby słowa Pisma świętego nie pozostawały martwą literą, trzeba, by Chrystus, wieczne Słowo Boga żywego, przez Ducha Świętego oświecił nasze umysły, abyśmy “rozumieli Pisma”(Łk 24,45).

    III. Duch Święty – “Interpretator” Pisma świętego

    109 W Piśmie świętym Bóg mówi do człowieka w sposób ludzki. Aby dobrze interpretować Pismo święte, trzeba więc zwracać uwagę na to, co autorzy ludzcy rzeczywiście zamierzali powiedzieć i co Bóg chciał nam ukazać przez ich słowa.

    110 W celu zrozumienia intencji autorów świętych trzeba uwzględnić okoliczności ich czasu i kultury, “rodzaje literackie” używane w danej epoce, a także przyjęte sposoby myślenia, mówienia i opowiadania. Inaczej bowiem ujmuje się i wyraża prawdę w różnego rodzaju tekstach historycznych, prorockich, poetyckich czy w innych rodzajach literackich.

    111 Ponieważ Pismo święte jest natchnione, istnieje druga zasada poprawnej interpretacji, nie mniej ważna niż poprzednia, bez której Pismo święte byłoby martwą literą: “Pismo święte powinno być czytane i interpretowane w tym samym Duchu, w jakim zostało napisane”.
    Sobór Watykański II wskazuje na trzy kryteria interpretacji Pisma świętego, odpowiadające Duchowi, który je natchnął.

    112 1. Zwracać uwagę przede wszystkim na “treść i jedność całego Pisma świętego”. Jakkolwiek byłyby zróżnicowane księgi, z których składa się Pismo święte, to jest ono jednak jedno ze względu na jedność Bożego zamysłu, którego Jezus Chrystus jest ośrodkiem i sercem, otwartym po wypełnieniu Jego Paschy.

    Serce Chrystusa oznacza Pismo święte, które pozwala poznać serce Chrystusa. Przed męką serce Chrystusa było zamknięte, ponieważ Pismo święte było niejasne. Pismo święte zostało otwarte po męce, by ci, którzy je teraz rozumieją, wiedzieli i rozeznawali, w jaki sposób powinny być interpretowane proroctwa.

    113 2. Czytać Pismo święte w “żywej Tradycji całego Kościoła”. Według powiedzenia Ojców Kościoła:  “Pismo święte jest bardziej wypisane na sercu Kościoła niż na pergaminie”. Istotnie, Kościół nosi w swojej Tradycji żywą pamięć słowa Bożego, a Duch Święty przekazuje mu duchową interpretację Pisma świętego “według sensu duchowego, który Duch daje Kościołowi”).

    114 3. Uwzględniać “analogię wiary”. Przez “analogię wiary” rozumiemy spójność prawd wiary między sobą i w całości planu Objawienia.

    Różne sensy Pisma świętego

    115 Według starożytnej tradycji można wyróżnić dwa rodzaje sensu Pisma świętego: dosłowny i duchowy; sens duchowy dzieli się jeszcze na sens alegoryczny, moralny i anagogiczny. Ścisła zgodność między tymi czterema rodzajami sensu zapewnia całe jego bogactwo w żywej lekturze Pisma świętego w Kościele:

    116 Sens dosłowny. Jest to sens oznaczany przez słowa Pisma świętego i odkrywany przez egzegezę, która opiera się na zasadach poprawnej interpretacji. “Wszystkie rodzaje sensu Pisma świętego powinny się opierać na sensie dosłownym”.

    117Sens duchowy. Ze względu na jedność zamysłu Bożego nie tylko tekst Pisma świętego, lecz także rzeczywistości i wydarzenia, o których mówi, mogą być znakami.
    1.Sens alegoryczny. Możemy osiągnąć głębsze zrozumienie wydarzeń, poznając ich znaczenie w Chrystusie. Na przykład przejście przez Morze Czerwone jest znakiem zwycięstwa Chrystusa, a przez to także znakiem chrztu.
    2. Sens moralny. Wydarzenia opowiadane w Piśmie świętym powinny prowadzić nas do prawego postępowania. Zostały zapisane “ku pouczeniu nas” (1 Kor 10, 11).
    3. Sens anagogiczny. Możemy widzieć pewne rzeczywistości i wydarzenia w ich znaczeniu wiecznym; prowadzą nas do naszej Ojczyzny. W ten sposób Kościół na ziemi jest znakiem Jeruzalem niebieskiego.

    119 “Zadaniem egzegetów jest pracować według tych zasad nad głębszym zrozumieniem i wyjaśnieniem sensu Pisma świętego, aby dzięki badaniu przygotowawczemu sąd Kościoła nabywał dojrzałości. Albowiem wszystko to, co dotyczy sposobu interpretowania Pisma świętego, podlega ostatecznie sądowi Kościoła, który ma od Boga polecenie i posłannictwo strzeżenia i wyjaśniania słowa Bożego”.

    Nie wierzyłbym Ewangelii, gdyby nie skłaniał mnie do tego autorytet Kościoła katolickiego.

    IV. Kanon Pisma świętego

    120 Tradycja apostolska pozwoliła Kościołowi rozpoznać, jakie pisma powinny być zaliczone do ksiąg świętych. Pełna ich lista została nazwana “kanonem” Pisma świętego. Składa się on z 46 ksiąg Starego Testamentu (45, jeśli Księgę Jeremiasza i Lamentacje liczy się razem) i 27 ksiąg Nowego Testamentu.

    Stary Testament: Księga Rodzaju, Wyjścia, Kapłańska, Liczb, Powtórzonego Prawa, Jozuego, Sędziów, Rut, dwie Księgi Samuela, dwie Księgi Królewskie, dwie Księgi Kronik, Księga Ezdrasza, Nehemiasza, Tobiasza, Judyty, Estery, dwie Księgi Machabejskie, Księga Hioba, Psalmów, Przysłów, Koheleta (Eklezjastesa), Pieśń nad pieśniami, Księga Mądrości, Mądrość Syracha (Eklezjastyk), Księga Izajasza, Jeremiasza, Lamentacje, Księga Barucha, Ezechiela, Daniela, Ozeasza, Joela, Amosa, Abdiasza, Jonasza, Micheasza, Nahuma, Habakuka, Sofoniasza, Aggeusza, Zachariasza, Malachiasza;

    Nowy Testament: Ewangelie według: św. Mateusza, św. Marka, św. Łukasza, św. Jana, Dzieje Apostolskie, Listy św. Pawła: do Rzymian, dwa Listy do Koryntian, do Galatów, Efezjan, Filipian, Kolosan, dwa Listy do Tesaloniczan, dwa Listy do Tymoteusza, Tytusa, Filemona, List do Hebrajczyków, List św. Jakuba, dwa Listy św. Piotra, trzy Listy św. Jana, List św. Judy, Apokalipsa.

    Stary Testament

    121 Stary Testament jest nieodłączną częścią Pisma świętego. Jego księgi są natchnione przez Boga i zachowują trwałą wartość, ponieważ Stare Przymierze nigdy nie zostało odwołane.

    122 Istotnie, ekonomia Starego Testamentu była przede wszystkim ukierunkowana na przygotowanie przyjścia Chrystusa, Odkupiciela świata. Chociaż księgi Starego Testamentu zawierają także “sprawy niedoskonałe i przemijające”, świadczą o Boskiej pedagogii zbawczej miłości Boga. Znajdują się w nich “wzniosłe nauki o Bogu oraz zbawienna mądrość co do życia człowieka i przedziwny skarbiec modlitwy, w którym wreszcie utajona jest tajemnica naszego zbawienia”.

    123 Chrześcijanie czczą Stary Testament jako prawdziwe słowo Boże. Kościół zawsze z mocą przeciwstawiał się idei odrzucenia Starego Testamentu pod pretekstem, że Nowy Testament doprowadził do jego przedawnienia (marcjonizm).

    Nowy Testament

    124 “Słowo Boże, które jest mocą Bożą ku zbawieniu każdego wierzącego, w pismach Nowego Testamentu znamienitym sposobem jest uobecnione i okazuje swoją siłę”. Pisma te przekazują nam ostateczną prawdę Objawienia Bożego. Ich centralnym przedmiotem jest Jezus Chrystus, wcielony Syn Boży, Jego czyny, Jego nauczanie, Jego męka i Jego zmartwychwstanie, a także początki Jego Kościoła pod działaniem Ducha Świętego.

    125 Ewangelie są sercem całego Pisma świętego, “są bowiem głównym świadectwem życia i nauki Słowa Wcielonego, naszego Zbawiciela”.

    126 W formowaniu Ewangelii można wyróżnić trzy etapy:
    1. Życie i nauczanie Jezusa. Kościół stanowczo utrzymuje, że cztery Ewangelie, “których historyczność bez wahania stwierdza, podają wiernie to, co Jezus, Syn Boży, żyjąc wśród ludzi, dla wiecznego ich zbawienia rzeczywiście uczynił i czego uczył aż do dnia, w którym został wzięty do nieba”.
    2. Tradycja ustna. “(Następnie) Apostołowie po wniebowstąpieniu Pana to, co On powiedział i czynił, przekazali słuchaczom w pełniejszym zrozumieniu, którym cieszyli się, pouczeni chwalebnymi wydarzeniami życia Jezusa oraz światłem Ducha Prawdy oświeceni”.
    3. Spisanie Ewangelii. “Święci autorzy napisali cztery Ewangelie, wybierając niektóre z wielu wiadomości przekazanych ustnie lub pisemnie; ujmując pewne rzeczy syntetycznie lub objaśniając, przy uwzględnieniu sytuacji Kościołów; zachowując wreszcie formę przepowiadania, ale zawsze tak, aby nam przekazać szczerą prawdę o Jezusie”.

    127 Ewangelia w poczwórnej formie zajmuje w Kościele wyjątkowe miejsce; świadczy o tym cześć, jaką otacza ją liturgia, i nieporównany wpływ, jaki zawsze wywierała na świętych:

    Nie ma takiej nauki, która byłaby lepsza, cenniejsza i wspanialsza niż tekst Ewangelii. Rozważajcie i zachowujcie to, czego nasz Pan i Nauczyciel, Jezus Chrystus, nauczał przez swoje słowa i co wypełniał przez swoje czyny.

    W czasie moich modlitw zatrzymuję się przede wszystkim przy Ewangelii; w niej znajduję wszystko, co konieczne dla mojej biednej duszy. Odkrywam w niej ciągle nowe światła, ukryty mistyczny sens.

    Jedność Starego i Nowego Testamentu

    128 Kościół już w czasach apostolskich, a potem nieustannie w swojej Tradycji, wyjaśniał jedność planu Bożego w dwóch Testamentach za pośrednictwem typologii. Rozpoznaje ona w dziełach Bożych Starego Testamentu figury tego, czego Bóg dokonał w pełni czasów w Osobie swego wcielonego Syna.

    W skrócie

    134  “Całe Pismo święte jest jedną księgą, a tą jedną księgą jest Chrystus, “ponieważ całe Pismo święte mówi o Chrystusie i całe Pismo święte wypełnia się w Chrystusie”.

    135 Pismo święte zawiera słowo Boże, a ponieważ jest natchnione, jest prawdziwie słowem Bożym.

    136 Bóg jest Autorem Pisma świętego, ponieważ natchnął jego ludzkich autorów; On działa w nich i przez nich. W ten sposób zapewnia nas, że ich pisma bezbłędnie nauczają prawdy zbawczej.

    137 Interpretacja Pism natchnionych powinna przede wszystkim zwracać uwagę na to, co Bóg przez świętych autorów pragnie objawić dla naszego zbawienia. “To, co pochodzi od Ducha, nie może być w pełni zrozumiane inaczej, jak tylko przez działanie tego samego Ducha”.

    138 Kościół przyjmuje i czci jako natchnione 46 ksiąg Starego Testamentu i 27 ksiąg Nowego Testamentu.

    139 Cztery Ewangelie zajmują centralne miejsce, ponieważ ich ośrodkiem jest Jezus Chrystus.

    140 Jedność obu Testamentów wynika z jedności zamysłu Boga i Jego Objawienia. Stary Testament przygotowuje Nowy, a Nowy wypełnia Stary. Stary i Nowy Testament wyjaśniają się wzajemnie; obydwa są prawdziwym słowem Bożym.

    141 “Kościół miał zawsze we czci Pisma Boże, podobnie jak samo Ciało Pańskie”. Pismo święte i Ciało Pańskie karmią całe życie chrześcijańskie i kierują nim. “Twoje słowo jest lampą dla moich stóp i światłem na mojej ścieżce” (Ps 119, 105).

    Ks. prof. Waldemar Chrostowski, jeden z najwybitniejszych polskich biblistów, wyjaśnia, jak czytać Biblię, aby ją rozumieć – że nie dzieli się wiedzą zaczerpniętą z książek, ale doświadczeniem swojego życia. Starożytna maksyma Ojców Kościoła uczy: „Jak Syn Boży, stając się człowiekiem, upodobnił się do ludzi we wszystkim oprócz grzechu; tak Słowo Boże, ubrane w ludzką szatę, upodobniło się do słowa ludzkiego we wszystkim, oprócz błędu”. Pismo Święte jest Słowem Boga, które zostało przekazane za pomocą słów ludzi, ugruntowanych w konkretnej kulturze i czasie. Zostało przekazane za pomocą ludzkich języków, gatunków i stylów literackich. Dlatego, aby móc je zrozumieć, musimy najpierw zrozumieć wszystkie te uwarunkowania.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I PIĄTEK MIESIĄCA – 1 LIPCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    SPOWIEDŹ ŚW. – PRZED MSZĄ ŚW. I PO MSZY ŚW.

    „Najświętsze  Serce Jezusa”,  obraz nieznanego  artysty z XIX wieku.
     „Najświętsze Serce Jezusa”, obraz nieznanego artysty z XIX wieku/istockphoto

    ***

    Abp Gądecki w Zakopanem: Krzyż odkrywa egoizm, interesowność i chciwość
    Kraków, bazylika Św. Franciszka z Asyżu.fot. Roman Koszowski/GOŚĆ NIEDZIELNY

    ***

    Dobrze jest nie tylko pamiętać o Pierwszych Piątkach Miesiąca, ale również praktykować. W te dni szczególnie powinniśmy czynić zadość za nasze i całego świata grzechy. To właśnie w piątek Pan nasz Jezus Chrystus przeszedł Drogę Krzyżową aż do śmierci a była to śmierć krzyżowa. To wtedy Jego Najświętsze Serce zostało przebite włócznią, z którego wypłynęła Krew i Woda. Dobrze jest przypominać słowa naszego Zbawiciela, które powiedział do św. Małgorzaty Marii Alacoque. Za jej pośrednictwem Pan nasz przekazał czcicielom swego przebitego Serca 12 cudownych i wspaniałych obietnic:

    1. Dam im wszystkie łaski potrzebne w ich stanie.

    2. Zgoda i pokój będą panowały w ich rodzinach.

    3. Będę ich pocieszał we wszystkich ich strapieniach.

    4. Będę ich bezpieczną ucieczką za życia, a szczególnie przy śmierci.

    5. Wyleję obfite błogosławieństwa na wszystkie ich przedsięwzięcia.

    6. Grzesznicy znajdą w mym Sercu źródło nieskończonego miłosierdzia.

    7. Dusze oziębłe staną się gorliwymi.

    8. Dusze gorliwe dojdą szybko do wysokiej doskonałości.

    9. Błogosławić będę domy, w których obraz mego Serca będzie umieszczony i czczony.

    10. Kapłanom dam moc kruszenia serc najzatwardzialszych.

    11. Imiona tych, co rozszerzać będą to nabożeństwo, będą zapisane w mym Sercu i na zawsze w Nim pozostaną.

    12. Przyrzekam w nadmiarze miłosierdzia Serca mojego, że wszechmocna miłość moja udzieli tym wszystkim, którzy komunikować będą w pierwsze piątki przez dziewięć miesięcy z rzędu, łaskę pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski mojej ani bez sakramentów, i że Serce moje stanie się dla nich bezpieczną ucieczką w godzinę śmierci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    I SOBOTA MIESIĄCA – 2 LIPCA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    OD GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z XIV NIEDZIELI ZWYKŁEJ

    PO MSZY ŚW. NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NABOŻEŃSTWO PIĘCIU PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    This image has an empty alt attribute; its file name is z13.jpg

    Ze wspomnień Siostry Łucji:

    Następnie podnieśliśmy oczy ku naszej Pani, która nam powiedziała z dobrocią i ze smutkiem: „Widzieliście piekło, dokąd idą dusze biednych grzeszników. Aby ich ratować, Bóg chce ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Jeśli zrobi się to, co ja wam mówię, wiele dusz zostanie uratowanych, nastanie pokój na świecie. Wojna się skończy. Ale jeżeli się nie przestanie obrażać Boga, to za pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga, gorsza. Kiedy ujrzycie noc oświetloną przez nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak, który wam Bóg daje, że ukarze świat za jego zbrodnie przez wojnę, głód i prześladowania Kościoła i Ojca Świętego. Żeby temu zapobiec, przyjdę, by żądać poświęcenia Rosji memu Niepokalanemu Sercu i ofiarowania Komunii św. w pierwsze soboty na zadośćuczynienie. Jeżeli ludzie me życzenia spełnią, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, Rosja rozszerzy swoje błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowania Kościoła. Sprawiedliwi będą męczeni, Ojciec Święty będzie bardzo cierpieć, wiele narodów zostanie zniszczonych, na koniec zatriumfuje moje Niepokalane Serce. Ojciec Święty poświęci mi Rosję, która się nawróci, a dla świata nastanie okres pokoju”.

    „Odmawiajcie codziennie różaniec, aby uzyskać pokój dla świata i koniec wojny!”.

    Krótko przed pójściem do szpitala mówiła Hiacynta mi:

    „Już niedługo pójdę do nieba. Ty tu zostaniesz, aby ludziom powiedzieć, że Bóg chce wprowadzić na świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. Kiedy nadejdzie czas, aby o tym mówić, nie kryj się. Powiedz wszystkim ludziom, że Bóg daje nam łaski za pośrednictwem Niepokalanego Serca Maryi, że ludzie muszą je uprosić przez to Serce, że Serce Jezusa chce, aby obok Niego wiel­biono Niepokalane Serce Maryi. Niech proszą o pokój Niepokalane Serce Maryi, bo Bóg temu Sercu powierzył pokój na świecie. Ach, gdybym mogła włożyć w serca wszystkich ludzi ogień, który płonie w głębi mojego serca, i który sprawia, że kocham tak bardzo Serce Jezusa i Serce Maryi?”

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ISTOTA NABOŻEŃSTWA PIĘCI PIERWSZYCH SOBÓT MIESIĄCA

    This image has an empty alt attribute; its file name is hero_fatima_maryja_figurka_naboc5bcec584stwo_our_lady_of_fatima_international_pilgrim_statue-flickr_cc.jpg

    Podczas drugiego objawienia dzieciom w Fatimie, 13 czerwca 1917 roku, Maryja powiedziała, że Franciszka i Hiacyntę zabierze już niebawem do nieba, a Łucję jeszcze pozostawi, by przekazała światu nabożeństwo do Jej Niepokalanego Serca. Tak też się stało. Franciszek zmarł w kwietniu 1919 roku, a Hiacynta w lutym 1920.

    Pięć lat później osiemnastoletnia Łucja wstąpiła do klasztoru. Tam właśnie 10 grudnia 1925 roku ponownie ujrzała Najświętszą Maryję Pannę, tym razem z Dzieciątkiem Jezus na rękach. Matka Boża zwróciła jej uwagę na swoje otoczone cierniami i poranione Serce, a mały Jezus wezwał Łucję do współczucia ze zranionym ludzkimi grzechami Sercem Maryi. Matka Boża sama przekazała siostrze Łucji na czym polega nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca:

    1. Spowiedź w pierwszą sobotę. Niekoniecznie musi ona nastąpić dokładnie w ten dzień. Można odbyć ją wcześniej. Ważne, by zrobić to z intencją wynagrodzenia Najświętszemu Sercu Maryi. Najlepiej wzbudzić w sobie tę intencję, przygotowując się do spowiedzi lub otrzymując rozgrzeszenie.
    2. Komunia Święta w pierwszą sobotę. Przyjmujemy ją z intencją wynagradzającą Sercu Matki Bożej za wszystkie zniewagi wyrządzone Jej przez nas i innych. Najbardziej oczywiste jest przyjęcie Komunii podczas Eucharystii, ale w szczególnych wypadkach można poprosić kapłana o udzielenie jej także poza mszą świętą.
    3. Jedna część (czyli pięć tajemnic) różańca w pierwszą sobotę. Odmawianie modlitwy różańcowej było przecież najważniejszą z próśb, jakie Maryja skierowała do trojga pastuszków w Fatimie. Rozpoczynając modlitwę, wzbudzamy intencję wynagradzającą – mówimy Matce Bożej, że chcemy modlić się o ratunek dla grzeszników obrażających Jej Serce, a Jej samej okazać w ten sposób naszą dziecięcą miłość. Po każdej tajemnicy należy pamiętać o modlitwie powierzonej dzieciom podczas objawień: O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.
    4. Kwadrans rozmyślania nad jedną z 20 Tajemnic Różańcowych w pierwszą sobotę miesiąca. Ważne, by poświęcić piętnaście minut (poza odmawianiem różańca, dodatkowo) na medytację nad wydarzeniami z życia Jezusa i Maryi, nad którymi zatrzymujemy się w modlitwie różańcowej. Może to być po prostu serdeczna rozmowa naszego serca z Maryją o tym, co przeżywało Jej Serce w danym wydarzeniu. Tu także pamiętamy o intencji wynagradzającej za zniewagi uczynione Niepokalanemu Sercu w jakikolwiek sposób.

    Pan Jezus pytany przez siostrę Łucję o konkretny czas nabożeństwa – powiedział, że ci, którym trudno jest odbyć to nabożeństwo w pierwszą sobotę miesiąca (stale lub jednorazowo), mogą za zgodą kapłana zrobić to w następującą po niej niedzielę.

    Obietnice Matki Bożej

    Maryja obiecała, że tym, którzy odprawią nabożeństwo pięciu pierwszych sobót, będzie towarzyszyć w godzinie ich śmierci ze wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia. Jednak ta, czy jakakolwiek inna obietnica nie jest istotą nabożeństwa wynagradzającego. Pan Jezus sam powiedział Łucji, że o wiele milsi są mu ci, którzy oprawiają to nabożeństwo nawet nieudolnie, ale ze szczerą intencją wynagrodzenia i pocieszenia Jego ukochanej Matki, niż ci, którzy robią to skrupulatnie, ale bezdusznie, tylko ze względu na obiecane łaski.

    Na to pytanie Łucji dlaczego pięć sobót – otrzymała odpowiedź, że to ze względu na pięć rodzajów zniewag, jakimi obrażane i ranione jest Serce Maryi. A są to obelgi przeciw Niepokalanemu Poczęciu, przeciw Jej Dziewictwu, przeciw Jej Bożemu Macierzyństwu, obelgi, przez które usiłuje się wpoić w serca dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść wobec nieskalanej Matki oraz bluźnierstwa, które znieważają Maryję w Jej świętych wizerunkach.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    W czasie każdej Mszy św. kapłan modli się po wspólnej modlitwie OJCZE NASZ: …“Wspomóż nas w swoim miłosierdziu, abyśmy zawsze byli wolni od grzechu i bezpieczni od wszelkiego zamętu”… A przecież żyjemy w czasach ogromnego zamętu głęboko zanurzeni w grzechach wołających o pomstę do Nieba. Nie dajmy się zwieść również i tym, którzy powołują się na słowa z Dzienniczka św. siostry Faustyny o iskrze wychodzącej z Polski a pomijają istotny warunek postawiony przez Pana Jezusa: „jeśli posłuszna będzie Woli Mojej”! Czy ten warunek spełnia się?! Teraz jest czas na pokutę a nie łudzenie się wywyższeniem. Pan nasz Jezus Chrystus kiedy mówił o swoim wywyższeniu – to mówił o swojej śmierci krzyżowej. Weźmy sobie do serca słowa Bożej Matki, która mówi co mamy czynić: “odmawiajcie różaniec i czyńcie pokutę”.

    Warto zapamiętać słowa siostry Łucji: “zobaczyliśmy po lewej stronie Matki Bożej nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz; iskrząc się wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Matki Bożej w jego kierunku; Anioł wskazując prawą ręką ziemię powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta!”…

    Antonio Borelli w swojej książce „Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?” tak komentuje tę część:

    „Zatem pierwszym punktem do zapamiętania jest to, że ludzkość jest w takim stopniu oddalona od Boga i Jego Kościoła co wyraźnie manifestuje się przez teoretyczne i/lub praktyczne odrzucenie jego nauki i moralności że stanowi to akt buntu przeciwko Bogu, zasługujący na najwyższą karę. Tak istotny wniosek nasuwa się, gdyż wielu dzisiejszych katolików, włącznie z tymi najbardziej znanymi, myśli, mówi i czyni jakby obecna sytuacja świata taka nie była.
    Jednakże Matka Boża interweniuje i uzyskuje od Boga, żeby Anioł nie doprowadził swojego działania do końca, co równałoby się zniszczeniu świata. Płomienie rzucane przez Anioła w kierunku ziemi „gasły w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Matki Bożej w jego kierunku” pisze siostra Łucja. Oznacza to, że Matka Boża posiada miłosierne zamiary w stosunku do świata i chce dać mu szansę zbawienia. Lecz do tego konieczne jest, aby ludzkość uznała swój grzech i uczyniła pokutę. Dlatego na końcu tej sceny „Anioł wskazując prawą ręką ziemię, powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta!”.
    Fakt, że Anioł wołał „mocnym głosem” i powtarzał okrzyk „Pokuta” trzykrotnie, wskazuje, że nie chodzi tu o pokutę płynącą z powierzchowności ducha, ale o poważną pokutę, która prowadzi do głębokiego nawrócenia. Wskazuje to ponownie na powagę stanu oddalenia od Boga, w jakim ludzkość się znajduje.

    

    (fragmenty książki Antonio A. Borellego „Fatima – orędzie tragedii czy nadziei?”, Kraków 2001, str. 34)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    3 LIPCA – XIV NIEDZIELA ZWYKŁA – KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    GODZ. 15.00 – KORONKA DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA

    ____________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEGO SERCA
    PANA JEZUSA – 24 CZERWCA 2022

    Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa jest obchodzona zawsze w piątek po oktawie Bożego Ciała – w tym roku 24 czerwca 2022. Kult Serca Jezusowego rozwinął się w naszym kraju jeszcze przed objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque. Polska miała też szczególne przywileje od papieża. Na cały Kościół święto Serca Pana Jezusa rozszerzył papież Pius IX w roku 1856. Począwszy od 1995 r. w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, papież Jan Paweł II ustanowił Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów. 

    Uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzcicielaobchodzona tradycyjnie 24 czerwca, została w tym roku przeniesiona, zgodnie z Notą Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów, na 23 czerwca.

    fot. Radosław Warenda SCJ

    *****

    ODNOWIENIE
    AKTU POŚWIĘCENIA NARODU POLSKIEGO
    NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA

    Panie nasz Jezu Chryste,

    Dziś, tak jak przed stu laty, zbieramy się w świątyni poświęconej czci Najświętszego Serca Twego w Krakowie. W osobach swoich pasterzy, osób życia konsekrowanego i wiernych – staje przed Tobą naród i Kościół w Polsce, aby uroczyście ponowić akt oddania się Twojemu Najświętszemu Sercu.

    Podobnie jak nasi przodkowie u progu niepodległości, tak i my polecamy Ci dzisiaj Kościół i Ojczyznę, dziękując za dar wolności. Oddając się Twojemu Najświętszemu Sercu, prosimy: Przyjdź królestwo Twoje! A w ślad za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”.

    W obliczu Twego miłosierdzia, wyznajemy ze skruchą nasze grzechy indywidualne i społeczne. Przepraszamy za brak szacunku dla życia, także tego najsłabszego, ukrytego pod sercem matki. Przepraszamy za grzechy wykorzystania seksualnego małoletnich, popełnione zwłaszcza przez niektórych duchownych i związane z tym grzechy zaniedbania ich przełożonych. Przepraszamy za nałogi i uzależnienia, za prywatę, partyjnictwo, agresję i niezdolność do dialogu. Przepraszamy za brak czci dla tego co święte, w tym próby instrumentalnego traktowania religii.

    Świadomi naszych wad i słabości – stojąc wobec nowych i trudnych wyzwań dla Kościoła i Ojczyzny – z ufnością wołamy: Otwórz nasze oczy, ulecz chore serca, obmyj to, co brudne, daj łaskę nawrócenia i pokuty! Uwolnij nas od wzajemnej nienawiści i pogardy, od ducha niezgody i raniących podziałów. Daj nam światłe oczy serca, abyśmy przestali dostrzegać w sobie wzajemnie przeciwników a zobaczyli współdomowników – w Twoim Domu, a także w tym domu, który ma na imię Polska. Daj nam łaskę szczerej miłości do Ciebie, do Kościoła, Ojczyzny i do siebie nawzajem. Zaszczep w nas ducha powszechnego braterstwa.

    Jezu, uczyń nasze serca na wzór Serca Twego, abyśmy umieli tracić życie w służbie najbardziej potrzebującym, najsłabszym i bezbronnym. W trudnym czasie pandemii poprowadź nas ku chorym i starszym oraz tym, którzy opłakują swoich zmarłych. Otwórz nasze serca na tych, którzy zostali boleśnie zranieni we wspólnocie Kościoła, aby dzięki Twojej łasce ich rany się zagoiły i aby ponownie zaznali pokoju.

    Spraw, aby polskie rodziny w Twoim miłującym sercu znajdowały źródło jedności i odnowy. Aby były ogniskami miłości i pokoju, wolnymi od zdrady, agresji i przemocy, otwartymi na przyjęcie nowego życia oraz zdolnymi do przekazu wiary nowym pokoleniom. Otwórz serca młodych, by ich entuzjazm, siła wiary i świadectwo nadziei odnawiało wspólnotę Kościoła.

    Naucz nas kontemplować to, co sam stworzyłeś. Naucz nas dbać o piękną i niezniszczoną ziemię, abyśmy – w darze od Ciebie – mogli przekazać ją tym, którzy przyjdą po nas.

    Powierzamy Ci całe nasze życie osobiste, rodzinne i społeczne, które pragniemy oprzeć na trwałych zasadach Ewangelii. Podobnie jak przed stu laty, w pokorze poświęcamy się Twojemu Najświętszemu Sercu, oddając naszą Ojczyznę w Twoje władanie.

    Z ufnością wołamy: Chwała niech będzie Najświętszemu Sercu Twemu, którym tak bardzo nas umiłowałeś i przez które prowadzi droga do naszego zbawienia. Amen.

    ____________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRAPIĄTEK 24 CZERWCA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEGO SERCA PANA JEZUSA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    Św. Jan Paweł II: Wzywam was - czcijcie Najświętsze Serce Pana Jezusa
    fot. Beyond Forgetting via Flickr, CC 2.0

    ***

    Św. Jan Paweł II:

    Wzywam was – czcijcie Najświętsze Serce Pana Jezusa

    1. W chwili gdy tak liczni pielgrzymi przygotowują się do obchodów w Paray-le-Monial uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa oraz rocznicy poświęcenia Mu rodzaju ludzkiego — aktu, którego papież Leon XIII dokonał przed stu laty, z radością przekazuję im za pośrednictwem księdza arcybiskupa serdeczne pozdrowienia i w modlitwie duchowo łączę się z nimi, jak również z wszystkimi, którzy w tym dniu poświęcają się Najświętszemu Sercu.

    2. Od czasów św. Jana Eudesa, który w Sercu Maryi nauczył nas kontemplować samego Jezusa — Serce serc — oraz krzewić miłość do obojga, kult Najświętszego Serca Pana Jezusa rozpowszechnił się przede wszystkim dzięki św. Małgorzacie Marii, zakonnicy ze zgromadzenia sióstr wizytek, żyjącej w Paray-le-Monial. 11 czerwca 1899 r. papież Leon XIII w modlitwie prosił Boga — wzywając wszystkich biskupów do uczestnictwa w tym akcie — aby był Królem zarówno wszystkich wiernych, jak i tych, którzy Go porzucili lub Go nie znają, i błagał Go, aby ich doprowadził do Prawdy i przywiódł do Tego, który jest Życiem. W encyklice Annum sacrum wyraził współczucie wszystkim ludziom, którzy są dalecy od Boga, oraz wolę poświęcenia ich Chrystusowi Odkupicielowi.

    3. Kościół nieustannie kontempluje miłość Bożą, objawioną we wzniosły i jedyny w swoim rodzaju sposób na Kalwarii, podczas męki Chrystusa — Ofiary, która zostaje sakramentalnie uobecniona w każdej Eucharystii. «Z przepełnionego miłością Serca Jezusa wypływają wszystkie sakramenty, przede wszystkim jednak ten największy ze wszystkich, sakrament miłości, poprzez który Jezus pragnął stać się uczestnikiem naszego życia, pokarmem naszych dusz, ofiarą nieskończonej wartości» (św. Alfons Liguori, Medytacja II o miłującym Sercu Jezusa z okazji nowenny przed uroczystością Najświętszego Serca Pana Jezusa). Chrystus jest ogniem płonącym miłością, która wzywa i zaspokaja: «Przyjdźcie do Mnie, (…) bo jestem cichy i pokorny sercem» (Mt 11, 28-29).

    Serce Wcielonego Słowa jest najdoskonalszym znakiem miłości; dlatego pragnąłem osobiście podkreślić, jak wielkie znaczenie ma dla wiernych zgłębianie tajemnicy tego Serca przepełnionego miłością do ludzi i głoszącego niezwykle aktualne orędzie (por. encyklika Redemptor hominis, 8). Jak napisał św. Klaudiusz La Colombičre: «Oto Serce, które tak umiłowało ludzi, że niczego nie oszczędziło, ale samo wyczerpało się i spaliło do końca, aby dać świadectwo swej miłości» (Pisma duchowe, 9).

    4. Gdy zbliża się trzecie tysiąclecie, «miłość Chrystusa przynagla nas» (2 Kor 5, 14), abyśmy pomagali innym poznawać i kochać Zbawiciela, który wylał swoją krew za ludzi. «Za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie» (J 17, 19). Usilnie zachęcam zatem wiernych, aby adorowali Chrystusa obecnego w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, pozwalając Mu uzdrawiać nasze sumienia, oczyszczać nas, oświecać i jednoczyć. Ze spotkania z Nim chrześcijanie zaczerpną siły potrzebne do życia duchowego i do realizacji swojej misji w świecie. Trwając bowiem w zjednoczeniu serc z Boskim Nauczycielem i odkrywając nieskończoną miłość Ojca, staną się prawdziwymi czcicielami w duchu i w prawdzie. Ich wiara ożywi się, oni zaś wnikną w tajemnicę Boga i zostaną głęboko przemienieni przez Chrystusa. W chwilach doświadczeń i radości będą upodobniać swoje życie do tajemnicy krzyża i zmartwychwstania Zbawiciela (por. Gaudium et spes, 10). Każdego dnia będą się coraz bardziej stawać synami w Synu. Wówczas dzięki nim miłość będzie się rozlewać w ludzkich sercach, aby mogło wzrastać Ciało Chrystusa, którym jest Kościół, oraz by powstawało społeczeństwo sprawiedliwości, pokoju i braterstwa. Staną się orędownikami całej ludzkości, bo każda dusza, która wznosi się ku Bogu, wznosi ku Niemu także świat i w tajemniczy sposób przyczynia się do zbawienia, ofiarowanego nam bezinteresownie przez Ojca niebieskiego.

    Wzywam zatem wszystkich wiernych, aby nadal gorliwie pielęgnowali kult Najświętszego Serca Pana Jezusa, przystosowując go do naszych czasów, ażeby dzięki temu mogli nieustannie czerpać z jego niezgłębionych bogactw i umieli z radością na nie odpowiadać, miłując Boga i braci, znajdując pokój, wchodząc na drogę pojednania i umacniając swą nadzieję, że kiedyś będą żyć pełnią Boga we wspólnocie ze wszystkimi świętymi (por. Litania do Najświętszego Serca Pana Jezusa). Również następnym pokoleniom należy zaszczepić pragnienie spotkania Pana, wpatrywania się w Niego, aby potrafiły odpowiedzieć na wezwanie do świętości i mogły odkryć swoją szczególną misję w Kościele i w świecie, realizując w ten sposób swe powołanie chrzcielne (por. Lumen gentium, 10). Istotnie bowiem, «miłość Boża, bezcenny dar Serca Chrystusa i Jego Ducha» zostaje udzielona ludziom, aby i oni z kolei stawali się świadkami miłości Boga (Pius XII, encyklika Haurietis aquas, III).

    5. Wzywając wstawiennictwa Maryi Panny, Matki Chrystusa i Kościoła, której zawierzyłem ludzi i narody 13 maja 1982 r., z serca udzielam Apostolskiego Błogosławieństwa wam i wszystkim wiernym, którzy z okazji uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa udadzą się z pielgrzymką do Paray-le-Monial lub którzy pobożnie wezmą udział w nabożeństwie liturgicznym czy też innej formie modlitwy do Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Watykan, 4 czerwca 1999 r.

    _______________________________________________________________________________________________

    This image has an empty alt attribute; its file name is image.png

    23/24 czerwca

    Noc walki o błogosławieństwo dla Polski

    _______________________________________________________________________________________________________________-

    Zanurz się w sercu Jezusa

    Zanurz się w sercu Jezusa
    fot. Roman Koszkowski / GOŚĆ

    *****

    Serce nie jest jedynie organem warunkującym życie człowieka. Serce stanowi symbol. Mówi ono o całym wewnętrznym życiu osoby.

    Litania jest jedną z wielu praktyk pobożnych ku czci Bożego Serca. Warto, więc przypomnieć sobie, w jaki sposób powstała i jakie są jej główne myśli, by jeszcze pobożniej ją odmawiać. Dzięki niej można kontemplować miłość Serca Pana Jezusa i niepojęte bogactwa Chrystusa oraz odwieczny plan zbawienia ukazany nam przez tę litanijną modlitwę. Można wraz ze św. Pawłem Apostołem ogarnąć ludzkim umysłem: czym jest szerokość, długość, wysokość i głębokość i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę (Ef 3, 14-19).

    Aby Litanię do Serca Jezusowego dobrze zrozumieć, należy przenieść się do środowiska, w którym powstała i została rozpowszechniona.

    Oto krótka historia jej powstania. W 1720 roku Marsylię nawiedziła straszna epidemia cholery. Biskup tego miasta, oprócz pomocy charytatywnej, z jaką spieszył doświadczonym zarazą, starał się także pomóc duchowo swoim wiernym przez specjalne modlitwy błagalne i pokutę. Specjalnym dekretem zarządził uroczyste poświęcenie swej diecezji Sercu Jezusa i wieczysty obchód święta ku Jego czci. Akt poświęcenia odmówiono 1 listopada 1720 roku w czasie uroczystej ceremonii przebłagalnej. Od tej chwili epidemia poczęła szybko ustępować. Biskup zarządził też dodatkowe procesje pokutne i nakazał w 1721 roku odprawianie uroczystej nowenny do Najświętszego Serca Jezusowego. Odmawiano ten akt codziennie i wzywano ratunku u Pana Jezusa przez adorację wieczystą i litanię, która została ogłoszona drukiem w 1718 roku. Autorką i przekazicielką tej litanii była s. Anna Magdalena Remusat. Po ustaniu zarazy marsy1czycy odmawiali nadal tę litanię z wdzięcznością za ocalenie.

    Zanim dekret rzymskiej Kongregacji ds. Kultu Bożego, wydany dopiero w 1899 roku, rozciągnął ją na cały Kościół, prawie przez 150 lat litania była odmawiana w diecezjach: Marsylia, Autun i Annecy. Odmawiano ją również w klasztorach Wizytek i Jezuitów.

    Litania do Serca Jezusowego składa się obecnie z 33 wezwań na cześć 33 lat ziemskiego życia Jezusa Chrystusa. Siostra Anna Magdalena ułożyła litanię z 27 wezwań, w tym 12 zaczerpnęła od o. Jana Croiset SJ, który już w 1691 roku w ten sposób czcił Serce Pana Jezusa i dał początek tej pięknej modlitwie, 6 zaś dodała rzymska Kongregacja przy ostatecznym zatwierdzeniu litanii.

    Układ wezwań litanii do Bożego Serca jest logicznie zestawiony. Można w niej wyróżnić trzy grupy wezwań: pierwsza grupa dotyczy stosunku Jezusa do Ojca i Ducha Świętego, ukazane jest Serce Jezusa w relacji do całej Trójcy Przenajświętszej (1-7); druga dotyczy przymiotów Serca Jezusowego (8-16); trzecia grupa kładzie akcent na stosunek Bożego Serca do ludzi (17-33).

    Wezwania litanii mają głębokie odniesienie do Pisma Świętego. Większość z nich jest prawie dosłownym cytowaniem Biblii, a inne biorą z niej natchnienie. Każde wezwanie zostało poprzedzone zwrotem Serce Jezusa. Wypowiadając te dwa słowa mamy na myśli samego Chrystusa, który kocha nas swoim Sercem. Jan Paweł II w swoim pierwszym przemówieniu poświęconym Sercu Jezusa w 1979 roku ukazał nam głębię znaczenia tego określenia. Powiedział: Serce nie jest jedynie organem warunkującym życie człowieka. Serce stanowi symbol. Mówi ono o całym wewnętrznym życiu osoby. W wielu następnych wystąpieniach powracał do tej myśli: Serce jako centralny organ ludzkiego organizmu Chrystusa jest równocześnie prawdziwym symbolem Jego wewnętrznego życia: Jego myśli, Jego uczuć (1982 rok); Kiedy mówimy: Serce Jezusa Chrystusa – zwracamy się przez wiarę do całej chrystologicznej tajemnicy: tajemnicy Boga-Człowieka. Serce Jezusa Chrystusa stanowi wielkie i nieustanne wołanie, jakie Bóg kieruje do ludzkości, do każdego ludzkiego serca (1984 rok).

    Czciciele Serca Jezusowego, odmawiając tę litanię, mają zawsze przed oczami głęboką treść teologiczną, którą ona zawiera. Do każdego wezwania dodajemy błagalne: zmiłuj się nad nami, będące wołaniem o miłosierdzie i potrzebne łaski, tak dla poszczególnych osób, jak i całego Kościoła. Dzisiaj w niektórych wspólnotach zamiast zmiłuj się nad nami powtarzanych po poszczególnych wezwaniach, powtarza się słowa: naucz nas kochać. Można niekiedy używać tego nowego wezwania. Wydaje się, że ono pozwoli nam jeszcze głębiej przeżywać litanię do Bożego Serca i nauczy nas takiej miłości, jakiej wzorem jest Serce Jezusa.
    Modlitwa końcowa po litanii swoją treścią odpowiada okolicznościom historycznym, w jakich została pierwszy raz publicznie odmówiona. Mieszkańcy Marsylii, dotknięci zarazą, błagają, by Bóg dał się przebłagać przez hołdy i zadośćuczynienia składane w imię Serca Jezusowego.

    Kościół, rozciągając tę modlitwę na cały świat i na wszystkie czasy, przypomina, że grzechy ludzi są przyczyną klęsk duchowych, które niekiedy są gorsze od chorób ciała. Dlatego ciągle potrzebne jest wołanie o miłosierdzie dla całego świata i modlitwa wynagradzająca. Grzech bowiem przeciwstawia się miłości Boga do nas i odwraca od Niego ludzkie serca. Grzech jest wielkim złem w całym swoim wielorakim wymiarze, poczynając od pierworodnego, poprzez wszystkie grzechy osobiste każdego człowieka, poprzez grzechy społeczne, grzechy, które obciążają dzieje całej ludzkości” – mówił Ojciec Święty w Elblągu w 1999 roku. Tam też zwrócił się z apelem: Wynagradzajmy Sercu Bożemu za grzechy popełnione przez nas i naszych bliźnich. Wynagradzajmy za odrzucenie dobroci i miłości Boga.

    W każdy pierwszy piątek miesiąca i Uroczystość Najświętszego Serca Jezusowego po litanii jest odmawiany akt poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Bożemu Sercu. To modlitwa papieża Leona XIII, przez którą poświęcił on całą ludzkość Jezusowi Chrystusowi w nadchodzącym XX wieku. Natomiast w czasie nabożeństw czerwcowych po odmówionej lub odśpiewanej litanii dodajemy jeszcze antyfonę: Do Serca Twojego uciekamy się…

    ks. Włodzimierz Lewandowski/Gość Niedzielny

    _______________________________________________________________________________________________

    Ks. Gaweł:

    Polska jest drugą po Francji ojczyzną kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Polska jest drugą po Francji ojczyzną kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa. Kult ma zachęcać ludzi do odpowiedzi miłością na Jego niepojętą miłość – powiedział PAP ks. Józef Gaweł ze Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego.

    Adobe Stock

    ***

    W Kościele katolickim w piątek obchodzona jest uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa. Jest to święto ruchome, obchodzone zawsze w piątek po oktawie uroczystości Bożego Ciała.

    Centralne obchody uroczystości odbędą się w piątek o godz. 18.00 w bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. Mszy św. przewodniczyć będzie metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski.

    Jak zaznaczył ks. Gaweł, kult Najświętszego Serca Pana Jezusa ma na celu pogłębienie przeżywania prawdy o Bożej miłości, którą Bóg ukazał najpełniej podczas swojej męki i śmierci na krzyżu.

    “Do tego znaku krzyża, a zwłaszcza do przebicia boku Chrystusa włócznią na Kalwarii, nawiązywali ojcowie Kościoła. Mówili oni, że z przebitego boku Chrystusa wypłynął Kościół, a woda i krew są symbolami sakramentów świętych: eucharystii i chrztu świętego” – wyjaśnił.

    Ks. Gaweł zaznaczył, że otwarte serce Jezusa przybitego do krzyża kontemplowała na Kalwarii Matka Boża, pobożne kobiety i św. Jan Apostoł. “Można więc powiedzieć, że już wtedy rozpoczął się kult Najświętszego Serca Pana Jezusa” – zastrzegł sercanin.

    Poinformował, że kolejnym impulsem w rozwoju kultu były prywatne objawienia francuskiej zakonnicy św. Małgorzaty Marii Alacoque, żyjącej w latach 1643-1690. Zaznaczył, że w owych czasach w Kościele rozprzestrzeniła się herezja jansenizmu, która głosiła, że Bóg jest sędzią sprawiedliwym, którego należy się bać, a do komunii świętej przystępować należy jedynie raz w roku.

    “Pan Jezus powiedział św. Małgorzacie Alacoque, że gdy ostygła miłość wielu, a krzyż przestał przemawiać do ludzi, On otworzył swoje serce, by na nowo rozpalić serca ludzi miłością” – zastrzegł.

    Wyjaśnił, że choć św. Małgorzata doświadczyła wielu objawień najważniejsze okazały się te, które w latach 1672-1675. “W pierwszym objawieniu Jezus pokazał św. Małgorzacie swoje Najświętsze Serce i swoją miłość, w drugim pokazał, jakiej odpowiedzi oczekuje od człowieka. Ma nią być oddanie się Panu Jezusowi i naśladowanie Go oraz wynagrodzenie Mu za to, że Jego miłość często jest przez ludzi odrzucana i wzgardzana” – podkreślił ks. Gaweł.

    Poinformował, że podczas trzeciego objawienia św. Małgorzata usłyszała od Pana Jezusa skargę: “Oto Serce, które tak umiłowało ludzi, a w zamian za to otrzymuje niewdzięczność, wzgardę i zapomnienie”. “Powiedział też do Małgorzaty: +Ty przynajmniej staraj się Mi zadość uczynić, o ile to będzie w twej mocy, za ich niewdzięczność+” – dodał.

    Podczas objawienia 16 czerwca 1675 r. Pan Jezus polecił św. Małgorzacie ustanowienie w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała święta ku czci Najświętszego Serca.

    “Po tych objawieniach rozpoczął się prywatny kult Najświętszego Serca Pana Jezusa w klasztorach, jednak wciąż nie było zgody Stolicy Apostolskiej na ustanowienie tego święta w Kościele. Prośby o jego ustanowienie trwały 90 lat, jednak Watykan nie chciał się na to zgodzić jedynie na podstawie prywatnych objawień. Ojciec Święty domagał się teologicznego i biblijnego uzasadnienia” – wyjaśnił ks. Gaweł.

    Jak zastrzegł, przełom nastąpił w 1764 r., kiedy polscy biskupi wysłali do Stolicy Apostolskiej specjalny memoriał, w którym uzasadnili wprowadzenie tego święta na podstawie teologii i historii. “W 1765 r. papież Klemens XIII wydał specjalną bullę, w której wyraził zgodę na ustanowienie tego święta najpierw w Królestwie Polskim oraz w Rzymie. Papież napisał w niej, że święto to ma przyczynić się do odnowienia pamięci o Bożej miłości” – podkreślił ks. Gaweł.

    Poinformował, że ostatecznie uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa dla całego Kościoła zatwierdził w 1856 r. papież Pius IX. “Polski Kościół wniósł ogromny wkład w rozszerzenie się kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa. Dlatego to Polska jest drugą – po Francji – ojczyzną kultu Serca Jezusowego” – podkreślił.

    Sercanin przypomniał, że podczas objawień Pan Jezus prosił św. Małgorzatę również o ustanowienie specjalnego nabożeństwa, którego celem miałoby być wynagrodzenie Mu oziębłości wielu dusz. Nabożeństwo to miało polegać na przyjęciu przez wiernych komunii świętej w duchu wynagrodzenia przez dziewięć pierwszych piątków miesiąca z rzędu.

    Jezus obiecał św. Małgorzacie, że osobom, które odprawią to nabożeństwo, udzieli “łaski pokuty ostatecznej, że nie umrą w stanie niełaski ani bez sakramentów świętych i że Najświętsze Serce będzie dla nich bezpieczną ucieczką w ostatniej godzinie ich życia”.

    Z kultem Najświętszego Serca Jezusa łączą się także inne obietnice m.in. obietnica pokoju w rodzinach, gorliwości czy pocieszenia w strapieniach.

    Ks. Gaweł przypomniał, że osoby chcące odprawić to nabożeństwo nie muszą koniecznie przystępować tego dnia do sakramentu pokuty – ważne, by były w stanie łaski uświęcającej i mogły przyjąć komunię świętą.

    “Nabożeństwo pierwszych piątków miesiąca bardzo się rozwinęło w całym Kościele, jak również w naszej ojczyźnie. Kościoły były w tych dniach pełne ludzi, a do konfesjonałów ustawiały się długie kolejki. Obecnie niestety zainteresowanie nim przygasło” – ocenił.

    Zdaniem sercanina, “kiedy Pan Jezus objawił św. Małgorzacie praktykę pierwszych piątków miesiąca, w świecie i w Kościele panował zamęt podobny do tego, jaki dzisiaj dostrzegamy”. “Tak jak wtedy Kościół odrodził się poprzez pokornych czcicieli Pana Jezusa, spowiedź i komunię świętą, tak i teraz wielkie odrodzenie przyjdzie poprzez te proste środki, jakie Pan Jezus podał św. Małgorzacie Marii”.

    Tygodnik Niedziela/PAP

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Litania do Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Litania do Najświętszego Serca Pana Jezusa została zainicjowana około 1689 roku w nurcie kultu Serca Jezusa, o czym świadczą teksty o. K. Drużbickiego. Inne wersje propagowali zarówno Jan Eudes, jak i J. Croiset. Na początku XVIII wieku wizytka, A. M. Remuzet, ułożyła litanię, którą śpiewano podczas zarazy panującej w Marsylii (tzw. wersja marsylska). Kongregacja Obrzędów zatwierdziła ją w 1889 roku, dodając kilka wezwań z dzieł Croiseta, by ich liczba wynosiła 33 – ze względu na tradycyjną liczbę lat ziemskiego życia Zbawiciela. Tekst tej Litanii jest dotąd używany podczas nabożeństw pierwszych piątków miesiąca i nabożeństw czerwcowych. Jan Paweł II mówił o tej Litanii:

    „Jest to wspaniała modlitwa w całości skupiona na tajemnicy wewnętrznej Chrystusa: Boga-Człowieka. Litania do Serca Pana Jezusa czerpie obficie ze źródeł biblijnych, a równocześnie odzwierciedla najgłębsze doświadczenia ludzkich serc. Jest to również modlitwa uwielbienia i autentycznego dialogu. (…) Modlitwa ta – odmawiana i rozważana – staje się prawdziwą szkołą człowieka wewnętrznego: szkoła chrześcijanina. (…) Równocześnie stajemy się wrażliwi na potrzebę zadośćuczynienia. Chrystus otwiera ku nam swe Serce, abyśmy w Jego zadośćuczynieniu zjednoczyli się z Nim dla zbawienia świata”. (Anioł Pański, 27 VI1982).

    Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa – Światowy Dzień Modlitwy o Uświęcenie Kapłanów

    Jest to rzeczywiście Litania Serca.

    Kyrie, elejson. Chryste, elejson. Kyrie, elejson.
    Chryste, usłysz nas. Chryste, wysłuchaj nas.
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże, zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże, zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, jedyny Boże, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, Syna Ojca Przedwiecznego, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, w łonie Matki – Dziewicy przez Ducha Świętego utworzone, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, ze Słowem Bożym istotowo zjednoczone, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, nieskończonego majestatu, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, świątynio Boga, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, przybytku Najwyższego, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, domie Boży i bramo niebios, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, gorejące ognisko miłości, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, sprawiedliwości i miłości skarbnico, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, dobroci i miłości pełne, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, cnót wszelkich bezdenna głębino, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, wszelkiej chwały najgodniejsze, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, królu i zjednoczenie serc wszystkich, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, w którym są wszystkie skarby mądrości i umiejętności, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, w którym mieszka cała pełnia Bóstwa, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, w którym sobie Ojciec bardzo upodobał, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, odwieczne upragnienie świata, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, cierpliwe i wielkiego miłosierdzia, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, hojne dla wszystkich, którzy Cię wzywają, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, źródło życia i świętości, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, przebłaganie za grzechy nasze, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, zelżywością napełnione, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, aż do śmierci posłuszne, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, włócznią przebite, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, źródło wszelkiej pociechy, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, życie i zmartwychwstanie nasze, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, pokoju i pojednanie nasze, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, krwawa ofiaro grzeszników, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, zbawienie ufających Tobie, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, nadziejo w Tobie umierających, zmiłuj się nad nami
    Serce Jezusa, rozkoszy wszystkich Świętych, zmiłuj się nad nami
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami


    P.: Jezu cichy i pokornego Serca.
    W.: Uczyń serca nasze według Serca Twego.


    P.: Módlmy się: Wszechmogący, wieczny Boże, wejrzyj na Serce najmilszego Syna swego i na chwałę, i zadośćuczynienie, jakie w imieniu grzeszników Ci składa; daj się przebłagać tym, którzy żebrzą Twego miłosierdzia i racz udzielić przebaczenia w imię tegoż Syna swego, Jezusa Chrystusa, który z Tobą żyje i króluje na wieki wieków.
    W.: Amen.


    Antyfona


    Do Serca Twojego uciekamy się, Jezu, Boski Zbawicielu! Naszymi grzechami racz się nie zrażać, o Panie święty! Ale od wszelakich złych czynów racz nas zawsze zachować, Boże łaskawy i najlitościwszy!
    O Jezu dobry, Zbawicielu słodki, Pośredniku Boski, jedyna ucieczko nasza!
    W Sercu Twoim racz nas obmyć, do Serca Twojego racz nas przytulić, w Twym Sercu na wieki racz nas zachować.


    Akt wynagrodzenia Najświętszemu Sercu Jezusowemu


    O Jezu Najsłodszy, któremu za miłość bez granic ludzie w niewdzięczny sposób odpłacają wielkim zapomnieniem, opuszczeniem i wzgardą, oto my rzucając się do stóp Twoich ołtarzy, pragniemy szczególnym hołdem czci wynagrodzić Ci tę oziębłość i krzywdy, jakie ze wszech stron ranią Najmiłościwsze Twoje Serce.
    Świadomi jednak, że my sami nie zawsze byliśmy wolni od różnych przewinień, a przejęci najgłębszą skruchą, jesteśmy gotowi dobrowolnym zadośćuczynieniem wynagrodzić Ci nie tylko za swoje grzechy, ale i za grzechy tych, co błąkają się z daleka od drogi zbawienia, nie chcą iść za Tobą, Pasterzem i Wodzem.
    A jakże liczne i straszne są te grzechy, które chcielibyśmy wynagrodzić. Oto brak skromności, bezwstyd w życiu i strojach, liczne sidła zastawiane na niewinne dusze, gwałcenie dni świątecznych, ohydne bluźnierstwa miotane przeciw Tobie i Świętym Twoim. A któż policzy obelgi rzucane na Twego namiestnika i stan kapłański! Kto nie zadrży na bezczeszczenie samego Sakramentu Boskiej miłości, okropne świętokradztwa i publiczne wykroczenia narodów, wyłamujących się spod praw i kierownictwa, ustanowionego przez Ciebie Świętego Kościoła!
    O Panie! jesteśmy gotowi nie oszczędzać nawet krwi własnej dla zmycia tych wszystkich zbrodni. Aby zaś choć w części naprawić zniewagi wyrządzone Tobie, o Jezu, składamy Ci zadośćuczynienie, jakie Ty sam Bogu Ojcu ofiarowałeś na krzyżu i które ponawiasz co dzień na ołtarzu. W połączeniu z zadośćuczynieniem Bogarodzicy Dziewicy, Wszystkich Świętych i pobożnych dusz wiernych, z głębi serca przyrzekamy Ci, o Jezu, oddać się na Twoją służbę, okazując mocną wiarę, czyste życie oraz dokładne zachowanie ewangelicznego prawa miłości. Wreszcie postanawiamy nie dopuścić wedle sił do nowych zniewag i pociągnąć jak najwięcej dusz w Twoje święte ślady.
    Przeto błagamy Cię, o Najłaskawszy Jezu, przyjmij za przyczyną Najświętszej Maryi Panny, ten akt dobrowolnego zadośćuczynienia i racz nas zachować aż do śmierci w wierności obowiązkom Twojej świętej służby przez wielki dar wytrwania, dzięki któremu wszyscy doszlibyśmy w końcu do tej ojczyzny, gdzie Ty z Bogiem Ojcem i Duchem Świętym żyjesz i królujesz na wieki wieków. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – SOBOTA 25 CZERWCA

    UROCZYSTOŚĆ NIEPOKALANEGO SERCA NMP

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚW. Z XIII NIEDZIELI ZWYKŁEJ – ROK C

    PO MSZY ŚW. – MODLITWA RÓŻAŃCOWA PRZED NAJŚWIĘTSZYM SAKRAMENTEM

    _____________________________________________________

    „Oto serce otoczone cierniami. Ty przynajmniej staraj się Mnie pocieszać”

    „Oto serce otoczone cierniami. Ty przynajmniej staraj się Mnie pocieszać”. Dziś wspomnienie Niepokalanego Serca NMP
    Niepokalane Serce NMP (Screenshot YouTube – modlimy się)

    ***

    10 grudnia 1925 roku Matka Boża pojawiła się siostrze Łucji, pokazała jej swoje Serce otoczone cierniami i powiedziała: “Spójrz, córko moja, na to Serce otoczone cierniami…”

    Liturgiczne święta Matki Bożej idą zwykle równolegle ze świętami Pana Jezusa. Tak więc Kościół obchodzi: Boże Narodzenie (25 XII) i Narodzenie Najświętszej Maryi (8 IX), Ofiarowanie Chrystusa w świątyni (2 II) i Ofiarowanie Maryi (21 XI), Wielki Piątek i wspomnienie Matki Bożej Bolesnej (15 IX), Wniebowstąpienie Pana Jezusa i Wniebowzięcie Maryi (15 VIII), Serca Pana Jezusa i Serca Maryi (dzień później), Chrystusa Króla (w ostatnią niedzielę przed Adwentem) i Maryi Królowej (22 VIII).

    O Sercu Maryi jako pierwszy pisze św. Łukasz (Łk 2, 19. 51). Pierwsze ślady kultu Serca Maryi napotykamy już w XII w. I tak o Sercu Maryi wspominają: św. Azelm (+ 1109), jego uczeń Eudmer (+ 1124), Hugo od św. Wiktora (+ 1141), św. Bernard (+ 1153), św. Herman Józef (+ 1236), św. Bonawentura (+ 1274), św. Albert Wielki (+ 1280), Tauler (+ 1361), bł. Jakub z Voragine (+ 1298), św. Mechtylda (+ 1299), św. Gertruda Wielka (+ 1303), św. Brygida Szwedzka (+ 1373) i inni.
    Na wielką skalę kult Serca Maryi rozwinął św. Jan Eudes (1601-1680).

    Kult, który szerzył, nosił nazwę Najświętszego Serca Maryi lub Najsłodszego Serca Maryi. Jak wiemy, łączył go ze czcią Serca Pana Jezusa. Odtąd powszechne są obrazy Serca Jezusa i Serca Maryi. Najwięcej jednak do rozpowszechnienia czci Serca Maryi przyczynił się ks. Geretes, proboszcz kościoła Matki Bożej Zwycięskiej w Paryżu. W roku 1836 założył on bractwo Matki Bożej Zwycięskiej, mające za cel nawracanie grzeszników przez Serce Maryi. W roku 1892 bractwo liczyło 20 milionów członków.
    W objawieniu “cudownego medalika Matki Bożej Niepokalanej”, jakie otrzymała w roku 1830 św. Katarzyna Laboure, są umieszczone dwa Serca: Jezusa i Maryi. Św. Antoni Maria Klaret (+ 1870) Niepokalane Serce Maryi ustanowił Patronką swojego zgromadzenia. Co więcej, Serce Niepokalane Maryi umieścił w herbie tegoż zakonu.

    W wieku XIX rozpowszechniło się nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi dla podkreślenia przywileju Jej Niepokalanego Poczęcia i wszystkich skutków, jakie ten przywilej na Maryję sprowadził. To nabożeństwo w ostatnich dziesiątkach lat stało się powszechne. Początek temu nabożeństwu dało ogłoszenie dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Maryi przez papieża Piusa IX w roku 1854, jak też objawienia Matki Bożej w Lourdes (1858). Najbardziej jednak przyczyniły się do tego głośne objawienia Matki Bożej w Fatimie w roku 1917.
     

    Dnia 13 maja 1917 roku, kiedy dzieci: Łucja (lat 10), jej cioteczny brat Franciszek (lat 9) i Hiacynta (siostra Franciszka, lat 7) w odległości 3 km od Fatimy pasły swoje owce, ujrzały nagle silny błysk ognia jakby potężnej błyskawicy, który powtórzył się dwa razy. Zaniepokojone dzieci zaczęły zabierać się do domu ze swymi owcami. Ujrzały nagle na dębie postać Matki Bożej i usłyszały Jej głos: “Nie bójcie się, przychodzę z nieba. Czy jesteście gotowe na wszelkie cierpienia i pokuty, aby sprawiedliwości Bożej zadośćuczynić za grzechy, jakie Jego Majestat obrażają? Jesteście gotowe nieść pociechę memu Niepokalanemu Sercu?” W imieniu trojga odpowiedziała najstarsza Łucja: “Tak jest, bardzo tego chcemy”. Matka Boża poleciła dzieciom, aby przychodziły na to samo miejsce co miesiąc 13 każdego miesiąca.

    Dzieci wzięły sobie głęboko do serca polecenie z nieba i zadawały sobie w tym czasie najrozmaitsze pokuty i cierpienia na wynagrodzenie Panu Bogu za grzechy ludzkie. W czerwcu Łucja usłyszała od Maryi: “Moje Serce Niepokalane chciałoby Panu Bogu składać dusze odkupione, jako kwiaty przed Jego tronem”. W lipcu Maryja powiedziała: “Musisz ofiarować się za grzechy. Kiedy to będziesz czynić, powtarzaj: «O Jezu, czynię to z miłości dla Ciebie i za nawrócenie grzeszników w łączności z Niepokalanym Sercem Maryi»”. Matka Boża pokazała też dzieciom piekło, a w nim wiele dusz potępionych, aby wzbudzić w nich grozę i tym większe pragnienie ratowania grzeszników od ognia wiecznego. Zażądała także z tej okazji, aby w każdą pierwszą sobotę miesiąca była przyjmowana Komunia święta wynagradzająca. W końcu poleciła: “Gdy będziecie odmawiać różaniec, to na końcu dodajcie: – O Jezu, strzeż nas od grzechu i zachowaj nas od ognia piekielnego, wprowadź wszystkie dusze do nieba, a zwłaszcza te, które wyróżniały się szczególnym nabożeństwem do Niepokalanego Serca Maryi”.

    10 grudnia 1925 roku Matka Boża pojawiła się siostrze Łucji, pokazała jej swoje Serce otoczone cierniami i powiedziała: “Spójrz, córko moja, na to Serce otoczone cierniami, którymi ludzie niewdzięczni Mnie ranią. (…) Ty przynajmniej staraj się Mnie pocieszać i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinę śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia tym wszystkim, którzy w pierwsze soboty pięciu następujących po sobie miesięcy wyspowiadają się, przyjmą Komunię świętą, odmówią różaniec, towarzyszyć Mi będą przez 15 minut w rozważaniu tajemnic różańca świętego w intencji wynagrodzenia”.

    Episkopat Polski wyprosił u Stolicy Apostolskiej przywilej odprawiania w każdą pierwszą sobotę miesiąca (za wyjątkiem sobót uprzywilejowanych liturgicznie) Mszy świętej o Niepokalanym Sercu Maryi. Warto z tego przywileju korzystać i nadać nabożeństwu odpowiednią oprawę. We wszystkie inne zwykłe soboty można odprawiać Mszę świętą wotywną o Najświętszej Maryi Pannie.

    13 października 1942 roku, w 15. rocznicę zakończenia objawień fatimskich, papież Pius XII drogą radiową ogłosił całemu światu, że poświęcił rodzaj ludzki Niepokalanemu Sercu Maryi. Polecił także, aby uczyniły to poszczególne kraje w swoim zakresie. Pierwsza uczyniła to Portugalia z udziałem prezydenta państwa. Polska była wówczas pod okupacją hitlerowską. Prymas Polski, kardynał August Hlond w obecności całego Episkopatu Polski i około miliona pielgrzymów uczynił to 8 września 1946 r. na Jasnej Górze przed obrazem Matki Bożej Częstochowskiej. Papież Pius XII wysłał z tej okazji osobny list gratulacyjny do Polski (23 grudnia 1946 r.). Jak widać, objawienia fatimskie ukierunkowały kult Serca Maryi do czci Jej Serca Niepokalanego. Nadto nadały mu charakter wybitnie ekspiacyjny, w czym bardzo upodobnił się do kultu Serca Pana Jezusa, propagowanego w objawieniach danych św. Małgorzacie Marii Alacoque.
     

    Samo święto Serca Maryi zapoczątkował św. Jan Eudes już w roku 1643. Wyznaczył je dla swoich rodzin zakonnych na dzień 8 lutego. On to ustanowił zakon pod wezwaniem Serc Jezusa i Maryi (kongregacja eudystów), ustalił odpowiednie pozdrowienie codzienne wśród współbraci tego zakonu i napisał teksty liturgiczne: mszalne i brewiarzowe na dzień święta. Wiemy także, że św. Jan Eudes pierwszy napisał dziełko na temat kultu Serca Maryi. Ukończył je przed samą swoją śmiercią w roku 1680. Wydane zostało drukiem w roku 1681. Papież Pius VII (+ 1823) zatwierdził święto Najświętszego Serca Maryi dla niektórych diecezji i zakonów jako święto lokalne. Papież Pius IX (+ 1878) zatwierdził teksty Mszy świętej dla tego święta i oficjum brewiarza. Dla całego Kościoła święto Niepokalanego Serca Maryi wprowadził papież Pius XII dnia 4 maja 1944 roku. Posoborowa reforma liturgiczna przesunęła je na sobotę po uroczystości Najświętszego Serca Jezusowego.

    brewiarz.pl

    _____________________________________________

    Dwa Serca

    Czerwiec to miesiąc tradycyjnie poświęcony Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Gromadzimy się wtedy w kościołach na nabożeństwach czerwcowych i na odmawianiu litanii do Serca Pana Jezusa. W piątek po oktawie Bożego Ciała przypada uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, a w sobotę Święto Niepokalanego Serca Matki Bożej. Podkreślamy w ten sposób ścisły związek Serca Boskiego Syna z Sercem Jego Matki.

    Oba Serca są ze sobą połączone już od chwili Zwiastowania, gdy Matka Boża odpowiedziała Archaniołowi Gabrielowi: Fiat! Od tamtej pory pod Jej ludzkim Sercem zaczęło bić Serce Boga, pod Jej Matczynym Sercem – Serce Jej Syna. O tym wyjątkowym związku Serc ksiądz Dolindo Ruotolo napisał: W ciągu dziewięciu miesięcy, kiedy nosiła Jezusa w swoim łonie, Maryja dawała Mu życie, a On stał się Sercem z Jej Serca, tworząc z Nią jedność.


    Tak było aż do momentu, gdy Pan Jezus wypowiedział na Krzyżu słowa: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego! i miecz bólu przeszył Serce Maryi. W chwili śmierci Serce Pana Jezusa pękło z bólu, a wkrótce potem żołnierz przebił Je włócznią. Jaki los spotkał wtedy Serce Jego Matki? – Tam, na Kalwarii, Maryja została ukrzyżowana wraz z Jezusem  zaznała męczeństwa serca – odpowiada na to pytanie ks. Dolindo.


    Innemu Włochowi – ks. Giuseppe Tomasellemu, wizjonerowi żyjącemu w XX wieku – Matka Boża powiedziała: – Widząc przebite Serce Mojego Najdroższego Syna, wydawało mi się, jakby to mnie samej przeszyto serce. I dodała: – Gdy Jezus został złożony do grobu, dwa Serca zostały w nim zamknięte: Serce Syna oraz Matki, gdyż tam, gdzie znajduje się nasz skarb, tam też znajduje się nasze serce. W ciągu trzech dni po śmierci Jezusa myślą i uczuciami przebywałam w Jego grobie. Duszo pobożna, przeniknij duszę Jezusa oraz moją. Zmierz, jeśli dasz radę, to morze boleści, które napełniło Serce mojego Syna i moje. Czyż była kiedykolwiek ofiara bardziej powszechna, bardziej całkowita i doskonała?

    Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa trwał zatem już od momentu Zwiastowania i nie przerwała go nawet śmierć Chrystusa. Pierwszą i najdoskonalszą czcicielką Serca Zbawiciela była bowiem Jego Matka. Po Niej do czcicieli Serca Jezusowego dołączyli Apostołowie oraz wielu błogosławionych i świętych. Powoli rozwijał się również kult Serca Matki Bożej, któremu oddawało hołd wielu świętych.


    Początek kultu liturgicznego Serca Jezusa i Maryi


    Jako przełomowy nie tylko dla kultu Serca Pana Jezusa, ale też dla kultu Niepokalanego Serca Jego Matki jawi się wiek XVII. To wtedy żył i działał we Francji święty kapłan, Jan Eudes, później nazwany twórcą liturgicznego kultu Serca Jezusa i Maryi. Rozpowszechniał on wśród świeckich i duchowieństwa podobizny Serca Jezusa i Serca Maryi, ułożył Mszę Świętą i modlitwy ku czci obu tych serc, a także założył Zakon Jezusa i Maryi.


    W swoich zapiskach ks. Eudes zanotował: Nigdy nie wolno wam rozdzielać tego, co Bóg tak doskonale zjednoczył. Jezus i Maryja są tak blisko ze sobą związani, że ktokolwiek widzi Jezusa, widzi Maryję; kto kocha Jezusa, kocha Maryję; ktokolwiek oddaje się Jezusowi, oddaje się Maryi. Kapłan, który miał wielkie zasługi w rozpowszechnianiu kultu Serc Jezusa i Maryi został beatyfikowany w 1909 roku i kanonizowany w 1925 roku.


    Ustanowienie kultu Serca Pana Jezusa


    W tym samym XVII wieku Pan Jezus objawił się Małgorzacie Marii Alacoque – zakonnicy ze Zgromadzenia Sióstr Nawiedzenia NMP (wizytek). W serii objawień Pan Jezus nakazał siostrze Małgorzacie czczenie wizerunku Swojego Serca, rozprzestrzenianie wypływających z Niego promieni Miłosierdzia, zalecił nabożeństwa wynagradzające Sercu Jezusowemu za grzechy ludzi, a w końcu zażądał, aby w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała celebrowano uroczystość ku czci Serca Chrystusa, a Komunię wtedy przyjmowaną ofiarowano za zniewagi temu Sercu czynione. Czcicielom i propagatorom kultu Swojego Serca Pan Jezus obiecał ustanowienie pokoju w ich rodzinach, pocieszenie w utrapieniach, bycie niezawodną ucieczką w życiu, zwłaszcza w godzinie śmierci; odejście z tego świata w łasce uświęcającej, błogosławieństwo w przedsięwzięciach, odkrycie źródła i oceanu Miłosierdzia w Sercu Chrystusowym, przeobrażenie dusz oziębłych w gorliwe, dojście dusz gorliwych do świętości, błogosławieństwo dla domów, w których czci się wizerunek Serca Jezusowego, wypisanie w Sercu Jezusowym imion tych, którzy rozszerzają Jego kult, a kapłanom udzielenie daru poruszania nawet najbardziej zatwardziałych serc.

    Po 12 latach Stolica Apostolska oficjalnie zezwoliła na kult Najświętszego Serca Pana Jezusa we francuskim klasztorze Paray-le-Monial, gdzie przebywała siostra Małgorzata Alacoque. Wkrótce poświęcono tam kaplicę ku czci Serca Jezusowego, a klasztor sióstr wizytek stał się centrum kultu. To właśnie siostry tego zakonu stworzyły znaną nam obecnie litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Siostra Małgorzata zmarła w 1690 roku, w 1864 roku została beatyfikowana, a w 1920 roku kanonizowana.


    Rola Polski w propagowaniu kultu Serca Pana Jezusa


    Największą zasługę w rozpowszechnianiu nabożeństwa ku czci Serca Pana Jezusa w Polsce miał jezuita Kasper Drużbicki, autor pracy Ognisko serc – Serce Jezusa, a także twórca popularnych wtedy w całej Europie litanii i modlitw do Serca Pana Jezusa. Swój udział miał też w tym dziele Episkopat Polski, który w 1765 roku wydał specjalny memoriał. Zawarto w nim historyczny przegląd kultu, a także potencjalne łaski, które mogłyby płynąć z nabożeństwa ku czci Serca Pana Jezusa. Pod wpływem tego dokumentu papież Klemens XIII ustanowił takie nabożeństwo, a także święto dla niektórych diecezji i zakonów. W roku 1856 papież Pius IX rozszerzył święto Serca Pana Jezusa na cały Kościół, a 31 grudnia 1899 roku Ojciec Święty Leon XIII oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.


    Fatima i kult Serca Maryi


    Niecałe dwie dekady później Matka Boża objawiła się trójce pastuszków w portugalskiej Fatimie. W czerwcu 1917 roku oznajmiła dzieciom-wizjonerom: – Jezus chciałby ustanowić na świecie nabożeństwo do Mego Niepokalanego Serca. Miesiąc później, po przedstawieniu dzieciom wizji piekła, Matka Boża znów upomniała się o nabożeństwo ku czci Swojego Serca, mówiąc: – Aby ratować dusze grzeszników idące do piekła, Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do Mego Niepokalanego Serca. Zapowiedziała też: – Przybędę, aby prosić o poświęcenie Rosji Memu Niepokalanemu Sercu.


    Słowa te zaczęły się wypełniać kilka lat później. 10 grudnia 1925 roku Matka Boża objawiła się siostrze Łucji, trzymając na jednej ręce Dzieciątko Jezus, a w drugiej swoje Serce otoczone cierniami. Sam Pan Jezus powiedział wtedy do wizjonerki: – Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie ranią Je wciąż na nowo, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał. Maryja zaś powiedziała: – Serce Moje jest otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewdzięczność stale Je ranią. Po czym dodała: – Przekaż wszystkim, że w godzinę śmierci obiecuję przyjść na pomoc z wszystkimi łaskami tym, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię Świętą, odmówią jeden różaniec w intencji zadośćuczynienia i przez 15 minut będą mi towarzyszyć w rozmyślaniach nad 15 tajemnicami różańcowymi.


    Cztery lata później, ukazując się ponownie siostrze Łucji, Maryja poprosiła o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu Sercu i zapowiedziała, że powstrzyma to błędy tego kraju i doprowadzi go do nawrócenia. Musiało minąć jednak ponad 100 lat od objawień w Fatimie, żeby dokonano w pełni aktu poświęcenia Rosji Niepokalanemu Sercu Matki Bożej, a uczynił to dopiero papież Franciszek 25 marca 2022 roku.


    Bluźnierstwa przeciw Sercom Jezusa i Maryi


    Niestety, stało się to za późno i Rosja rozlała już swoje błędy po całym świecie. Najnowszą ich odsłonę możemy obserwować na ulicach największych miast świata, a od kilku lat również w Polsce w postaci tzw. marszów równości, których organizatorzy właśnie czerwiec – miesiąc poświęcony Najświętszemu Sercu Pana Jezusa – wybrali sobie na datę swoich gorszących manifestacji. Coraz częściej w przestrzeni publicznej możemy usłyszeć, że jest to miesiąc dumy: osób z zaburzeniami swojej seksualności, które zamiast kryć się ze swoimi grzesznymi ciągotami, wręcz przeciwnie, afiszują się z nimi, przy okazji gorsząc innych.


    Ulicami przeciągają kolorowe korowody, których uczestnicy nie wahają się obrażać Pana Jezusa i Jego Matki. Maryja, która sama nakazała nazywać się Królową Korony Polskiej, w tejże Polsce jest haniebnie atakowana, a Jej wizerunki są profanowane. Podczas tych pochodów publicznie obraża się Jej Boskiego Syna: w imię rzekomej wolności słowa – wolności do nieskrępowanego wyrażania swoich poglądów – dochodzi do profanacji ofiary Pana Jezusa na Krzyżu; do profanacji Mszy Świętej.

    Mało tego: bezwstydna tłuszcza niesie na swoich sztandarach cytaty z Pisma Świętego mające uzasadnić jej grzeszne, wołające o pomstę do Nieba skłonności. Najświętsze Serce Jezusa; świątynia Boga, przybytek Najwyższego, życie i zmartwychwstanie nasze, jest demonstracyjnie znieważane otwartą propagandą rozwiązłości i dogadzania swoim plugawym skłonnościom. Dodatkowo wulgarnie obrażane nieprzystojnymi grafikami jest Niepokalane Serce Maryi Panny, Matki najczystszej i dziewiczej, Panny czcigodnej i wiernej, Królowej Dziewic i rodzin!


    Nierozerwalność obu kultów


    A przecież jak swego czasu o Niepokalanym Sercu Maryi powiedział św. Ojciec Pio: – Jest to jedyne miejsce na świecie, w którym szatan nie postawił swojej nogi i nigdy jej nie postawi, aby zagarnąć dusze, które tam weszły. Wejdźcie tam, a będziecie bezpieczni! Z kolei siostra Łucja usłyszała pewnego razu od Matki Bożej: Moje Niepokalane Serce będzie twoją ucieczką i drogą, która cię zaprowadzi do Boga.


    Na koniec zacytujmy słowa papieża Piusa XII, który podkreślił związek łączący Serce Pana Jezusa z Sercem Matki Najświętszej i doniosłość oddawanego im hołdu, mówiąc: – Ażeby kult Najświętszego Serca Jezusa wydał jak najżyźniejsze owoce w rodzinie chrześcijańskiej i w całej ludzkości, niech wierni starają się połączyć go ściśle z kultem Niepokalanego Serca Matki Bożej.

    Janusz Komenda/ Przymierze z Maryją

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czerwiec jest miesiącem poświęconym czci Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Picture
    SERCE JEZUSA, DOBROCI I MIŁOŚCI PEŁNE
    ZMIŁUJ SIĘ NAD NAMI

    *****

    Największe znaczenie dla rozwoju kultu Serca Pana Jezusa miały prywatne objawienia św. Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690).

    Pierwsze z trzech wielkich objawień Najświętszego Serca Pana Jezusa miało miejsce 27 grudnia 1673 roku. Wówczas św. Małgorzata ujrzała Jego Serce, które dotąd trzymał w ukryciu. Wówczas też usłyszała słowa:

    “Moje Boskie Serce tak gorąco kocha ludzi, że już nie mieści w sobie płomieni żarliwego miłosierdzia. Musi przelać je za twoją sprawą i objawić się wszystkim, by ubogacić ich bezcennymi skarbami, zwierającymi wszelkie łaski, jakich potrzebują, ażeby uniknąć zatracenia”.

    Podczas drugiego objawienia (dokładna data nie jest znana -prawdopodobnie w oktawie Bożego Ciała 1674 roku), Pan Jezus dał wyraz swej miłości do ludzi, za którą jednak odpłacono jedynie niewdzięcznością:

    “Bardziej to dla Mnie bolesne, niż Męka, którą przyszło Mi znosić. Gdyby ludzie okazali Mi choć trochę miłości, uznałbym, że niewiele dla nich zrobiłem, i gotów byłbym, gdyby istniała taka możliwość, ponownie wydać się na cierpienie, jednakże oni odpowiadają na Moją żarliwą miłość chłodem i ją odrzucają”.

    Trzecie objawienie miało miejsce 16 czerwca 1675 roku, podczas adoracji Najświętszego Sakramentu. Pan Jezus wówczas powiedział:

    „Oto jest Serce, które tak umiłowało ludzi, że niczego im nie szczędziło, godząc się na zniszczenie w dowód miłości. A jednak wielu z nich nie okazuje Mi wdzięczności, lekceważąc i bluźniąc, przyjmując Mnie w Sakramencie miłości chłodno i wzgardliwie. Tym większy sprawiają ból, że są to serca Mnie poświęcone”.

    Również św. Małgorzacie objawiło się samo Serce Pana Jezusa. To mistyczne przeżycie opisała słowami:

    “Ukazało mi się Serce Boże, jakby na jakimś tronie płomieni, jaśniało więcej niż słońce, a było jak kryształ przezroczyste. Z boku widniała święta krwawa rana. Otoczone było koroną, a na szczycie jaśniało zatkniętym krzyżem. Zbawca pozwolił mi pojąć, że jedynie gorące pragnienie, by być przez ludzi miłowanym i aby ratować ich dusze z dróg zatracenia, na które całe ich rzesze pociąga szatan, skłania Go do objawienia im swego Serca wraz ze wszystkimi skarbami Jego Bożej miłości, łaski i miłosierdzia, uświęcenia i zbawienia, które się w Nim znajdują.”

    _______________________________________________________________________________

    Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa

    „To nabożeństwo jest ostatnim wysiłkiem Jego miłości i będzie dla ludzi jedynym ratunkiem w ostatnich czasach”
    św. Małgorzata Maria Alacoque

    Czerwiec jest miesiącem w sposób szczególny poświęconym czci Najświętszego Serca Pana Jezusa. Kult Serca Jezusowego wywodzi się z czasów średniowiecza; początkowo miał charakter prywatny, z czasem ogarnął szerokie rzesze społeczeństwa.

    Warto wymienić przynajmniej kilku świętych i błogosławionych, którzy wyróżniali się w średniowieczu szczególnym nabożeństwem do Serca Pana Jezusa; w tym Sercu znaleźli dla siebie źródło szczególnej radości i uświęcenia:

    Św. Mechtylda (1241-1298) za zachętą samego Pana Jezusa wchodziła do Jego Serca i w nim spoczywała. Jezus oddawał jej swoje Serce jako znak zawartego z nią przymierza. Pewnego dnia w czasie spotkania Pan tak mocno przycisnął jej serce do swojego Serca, że miała wrażenie, że odtąd te dwa serca stanowią jedno. Mechtylda każdego rana witała Boże Serce i każdego wieczora czule je żegnała.

    Podobnym przywilejem cieszyła się młodsza siostra Mechtyldy, św. Gertruda (1250-1303). Jej zasadnicze dzieło, które wsławiło jej imię po całej Europie, to Poseł Bożej pobożności. Jest to prawdziwy poemat o miłości Boga do duszy i duszy do Boga. Jego zaś źródłem jest Najświętsze Serce Syna Bożego. Można powiedzieć, że Gertruda obcowała z Sercem Jezusowym na co dzień.

    Do św. Małgorzaty z Kortony (1252-1297) Pan Jezus odezwał się pewnego dnia: „Połóż twe ręce na ranach moich rąk!” Na to święta: „Nie, Panie!” W tej chwili otwarła się rana boku Chrystusa i święta ujrzała w niej Serce Zbawcy.

    Od XVII wieku nabożeństwo do Serca Pana Jezusa staje się własnością ogółu wiernych i całego Kościoła. Przyczyniło się do tego dwoje świętych: św. Jan Eudes i św. Małgorzata Maria Alacoque. Pierwszy działał bardziej z własnej inicjatywy, natomiast św. Małgorzata – pod wpływem nakazów, jakie otrzymała od samego Chrystusa, który chciał się jej pośrednictwem posłużyć.

    W dekrecie o heroiczności cnót z 1903 r. Św. Jan Eudes jest nazwany „twórcą liturgicznego kultu Serca Jezusa i Maryi”. W breve beatyfikacyjnym czytamy wprost: „Płonąc sam szczególną miłością ku Najświętszym Sercom Jezusa i Maryi, powziął pierwszy – a nie było to bez natchnienia Bożego – myśl publicznego kultu ku ich czci. Należy go przeto uważać za ojca tego, tak miłego nam nabożeństwa. (…) Był także tego kultu doktorem, albowiem ku czci obu Serc ułożył oficjum i Mszę świętą. Był wreszcie ich apostołem, bo całym sercem przykładał się do szerzenia tego zbawiennego nabożeństwa”. Jan Eudes chciał, aby ono było własnością wszystkich. Nowością, którą wprowadził, było również to, że nabożeństwo do Serca Pana Jezusa łączył ściśle z nabożeństwem do Serca Maryi. Nie umiał tych dwóch Serc rozłączyć. Nabożeństwo do tych dwóch Serc wprowadził także do liturgii Kościoła.
    Jan Eudes postawił sobie za program swojej kapłańskiej misji szerzenie kultu i nabożeństwa do Serca Pana Jezusa i do Serca Maryi: niezmordowanym słowem, pismami i dziełami. Założył także ku czci tych dwóch Serc i pod ich imieniem osobną rodzinę zakonną (1641), aby kapłani tegoż zgromadzenia ex professo oddawali się szerzeniu nabożeństwa do tych dwóch Serc. Ku czci tych dwóch Serc przepisuje swoim synom duchownym osobne nabożeństwa i modlitwy, wśród nich piękne pozdrowienie: Ave Cor sanctissimum, ave Cor amantissimum Jesu et Mariae! W roku 1643 poleca w swoim zakonie obchodzić uroczyście święto Najświętszego Serca Maryi (8 lutego) oraz Serca Pana Jezusa (20 października). Układa oficjum na te święta. W roku 1648 wydaje książeczkę O nabożeństwie do Najświętszego Serca Jezusa i Maryi. W roku 1670 otrzymuje od teologów aprobatę tekstów Mszy świętej i oficjum o Najświętszym Sercu Pana Jezusa.

    Główna zasługa w rozpowszechnieniu nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa przypada skromnej zakonnicy, wizytce, św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690). Żyła ona w tym samym wieku i czasie, co św. Jan Eudes, ale w zupełnym ukryciu w klasztorze w Paray-le-Monial. 27 grudnia 1673 roku Małgorzata dopuszczona została do tego, by spoczęła na Sercu Jezusowym. Pan Jezus pokazując jej swoje Serce pełne ognia, rzekł do niej: „Moje Boskie Serce tak płonie miłością ku ludziom, że nie może dłużej utrzymać tych płomieni gorejących, zamkniętych w moim łonie. Ono pragnie rozlać je za twoim pośrednictwem i pragnie wzbogacić ludzi swoimi Bożymi skarbami”. Następnie Jezus wziął serce Małgorzaty i umieścił je symbolicznie w swoim Sercu. Potem już przemienione i jaśniejące oddał Małgorzacie. Usłyszała pocieszające słowa: „Dotąd nosiłaś tylko imię mojej sługi. Dzisiaj daję ci inne imię – umiłowanej uczennicy mojego Serca”.

    Drugie objawienie miało miejsce na początku roku 1674. Pan Jezus ponownie objawił Małgorzacie swoje Serce i wymienił dobrodziejstwa i łaski, jakie przyrzeka czcicielom swojego Serca.

    „To nabożeństwo – pisze św. Małgorzata – jest ostatnim wysiłkiem Jego miłości i będzie dla ludzi jedynym ratunkiem w ostatnich czasach”. Wśród różnych form czci Pan Jezus zażądał czci także wizerunków swojego Serca.
    W tym samym roku 1674 miało miejsce trzecie z wielkich objawień. W czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu pojawił się Świętej Pan Jezus „jaśniejący chwałą, ze stygmatami pięciu ran, jaśniejącymi jak słońce”. Pan Jezus ponownie odsłonił swoją pierś i pokazał swoje Serce w pełnym blasku. Zażądał, aby w zamian za niewdzięczność, jaka spotyka Jego Serce i Jego miłość, okazaną rodzajowi ludzkiemu, dusze pobożne wynagradzały temuż Sercu zranionemu grzechami i niewdzięcznością ludzką. Zażądał, aby w duchu wynagrodzenia w każdą noc przed pierwszym piątkiem miesiąca odbywała się godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu (tzw. Godzina Święta) oraz aby Komunia święta w pierwsze piątki miesiąca była ofiarowana w celu wynagrodzenia Boskiemu Sercu za grzechy i oziębłość ludzką.

    Wreszcie w piątek po oktawie Bożego Ciała, 10 czerwca 1675 roku, nastąpiło ostatnie wielkie objawienie. Kiedy Małgorzata klęczała przed tabernakulum w czasie nawiedzenia Najświętszego Sakramentu, ukazał się jej Chrystus, odsłonił swoje Serce i powiedział:

    „Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Lecz najbardziej boli Mnie to, że w podobny sposób obchodzą się ze Mną serca służbie mojej szczególnie poświęcone. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez Komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję. W zamian za to obiecuję ci, że Serce moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do jej rozszerzenia”.

    Pan Jezus dał św. Małgorzacie Alacoque dwanaście obietnic, dotyczących czcicieli Jego Serca:

    This image has an empty alt attribute; its file name is serce-2.jpg

    Stolica Apostolska dopiero po ścisłych i dokładnych badaniach zezwoliła na obchodzenie święta, jak i na cześć wizerunków Jezusowego Serca w formach dzisiaj powszechnie przyjętych. Po raz drugi Kościół pośrednio zatwierdził objawienia, dane św. Małgorzacie Marii Alacoque, kiedy po surowym procesie wyniósł ją do chwały ołtarzy. Jej beatyfikacja odbyła się w roku 1864, a kanonizacja w roku 1920. Pierwszym z papieży, który zatwierdził nabożeństwo do Serca Pana Jezusa a także święto dla niektórych diecezji i zakonów, był Klemens XIII. Uczynił to w roku 1765 – a więc prawie w sto lat po wspomnianych objawieniach. Decydującym jednak w tej sprawie stał się memoriał biskupów polskich wysłany do tego papieża w 1765 roku. Memoriał podaje najpierw historyczny przegląd kultu, a następnie uzasadnia bardzo głęboko godziwość i pożytki płynące z tego nabożeństwa. Papież Pius IX w roku 1856 rozszerzył święto Serca Pana Jezusa na cały Kościół. Leon XIII 31 grudnia 1899 roku oddał Sercu Jezusowemu w opiekę cały Kościół i rodzaj ludzki.

    w obronie Wiary i Tradycji Katolickiej

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Nowenna do Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Serce-Jezusa
    obraz z kościoła pod wezwaniem św. Jana Pawła II w Siedlcach
     

    Dzień 1

    O Jezu, Ty mnie tak bardzo umiłowałeś, że zstąpiłeś z nieba i przyjąłeś nędze ludzkie aż po śmierć, i to śmierć krzyżową, aby mnie zbawić. Pragnę na Twoją miłość odpowiedzieć miłością. Rozpal więc w moim sercu pragnienie Twej najgorętszej miłości i dozwól, abym Cię kochał nade wszystko. Amen.

    Najświętsze Serce Jezusa, bądź moją miłością.

    + LITANIA DO NAJŚWIĘTSZEGO SERCA PANA JEZUSA

    Dzień 2

    Najświętsze Serce Jezusa, pragnę być Twoim uczniem i wiernie wypełniać przykazanie miłości bliźniego. Spraw, o Jezu, abym wyzbył się egoizmu, a nauczył się naśladować Ciebie w miłości bliźnich. Niech kocham moich najbliższych i służę im pomocą w trudnych chwilach życia. Moją miłością pragnę objąć wszystkich ludzi, których spotkam w życiu, także moich nieprzyjaciół. Amen.

    Serce Jezusa, rozbudź w mym sercu prawdziwą miłość ku moim bliźnim.

    Dzień 3

    Jezu, Ty powiedziałeś: “Uczcie się ode Mnie, że jestem cichy i pokornego Serca”. Panie mój, wyniszcz we mnie pychę i próżność, a obdarz pokorą i cichością. Dopomóż mi wprowadzać w życiu te cnoty, abym otrzymał błogosławieństwo obiecane w Kazaniu na Górze: “Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię”. Amen.

    Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według Serca Twego.

    Dzień 4

    Jezu, Ty z miłości ku mnie stałeś się posłuszny aż do śmierci krzyżowej. Naucz mnie posłuszeństwa Twojej woli i wierności nauce Twojego Kościoła. Pomóż mi, abym szczególnie w trudnych chwilach mojego życia umiał z pokorą poddać się Twojej woli. Amen.

    Panie, nie moja, ale Twoja wola niech się stanie.

    Dzień 5

    Najcierpliwsze Serce Zbawiciela, Tyś w milczeniu przyjęło wszelkie zniewagi, obelgi i upokorzenia, pomóż mi opanować gniew i zniecierpliwienie. Naucz mnie spokoju i cierpliwości, abym odtąd z miłości do Ciebie przyjmował trudy i cierpienia, jakie dopuścisz na mnie. Amen.

    Najcierpliwsze Serce Jezusa, dopomóż mi zdobyć cnotę cierpliwości.

    Dzień 6

    Boskie Serce Jezusa, Tyś dla naszego zbawienia ofiarowało się swemu Ojcu za nasze grzechy. Racz napełnić moje serce ofiarną miłością. Niech nie będę obojętny na potrzeby Kościoła i bliźnich, lecz w miarę moich możliwości niech służę im pomocą. Amen.

    Serce Jezusa, ofiaro za nasze grzechy, obdarz mnie duchem ofiary i poświęcenia.

    Dzień 7

    Najświętsze Serce Zbawiciela, Tyś uczyniło wszystko, aby nas zbawić. Dopomóż mi odwzajemnić się Tobie wiernością w wypełnianiu Twoich przykazań i moich obowiązków, jakie mam spełnić w tym życiu. Dopomóż mi, Panie, abym nie marnował darów otrzymanych od Ciebie, ale niech się staram wykorzystać każdy dzień dla Twojej chwały i zbawienia mojej duszy. Amen.

    Serce Jezusa, dopomóż, abym był Twoim wiernym sługą.

    Dzień 8

    Serce Jezusa, mojego Boga, Tyś wybrało sobie na ziemi nie zaszczyty i bogactwo, ale pracę w cierpieniu i ubóstwie. Proszę Cię, Jezu, abym godnie naśladował Ciebie w ubóstwie i pracowitości. Niech nie marnuję wiele czasu na rozrywki i przyjemności, ale przez pracę i modlitwę niech wiernie służę Bogu i ludziom. Amen.

    O Jezu, naucz mnie iść zawsze drogą cnoty.

    Dzień 9

    Jezu Chryste, po zakończeniu życia na ziemi odszedłeś, aby nam przygotować mieszkanie w niebie. Udziel nam tej łaski, abyśmy pamiętali o tym, że jesteśmy pielgrzymami na tej ziemi i nie przywiązywali się zbytnio do niej i do spraw doczesnych. Niech przez dobre życie zasłużymy na przyjęcie do niebieskiej Ojczyzny, gdzie na wieki będziemy wielbić Twe Najświętsze Serce. Amen.

    Serce Jezusa, dopomóż mi, abym często rozważał rzeczy ostateczne.

    Modlitwa na zakończenie nowenny

    Boskie Serce Jezusa, racz przyjąć pokorny hołd czci, jaki starałem się złożyć Ci w tej nowennie. Niech moje serce, oczyszczone z grzechów i wszelkich błędów w sakramencie pokuty, zostanie przyozdobione cnotami, o które prosiłem. Udziel mi także łaski szczególnej…, o którą Cię przez te dni gorąco błagałem. A jeśli Twoja wola jest inna, daj mi ją zrozumieć i przyjąć bez buntu i szemrania. Ty, o Jezu, jesteś moim Bogiem i Ojcem najlepszym i wiesz, co mi naprawdę potrzeba. Niech się zawsze spełnia Twoja święta wola w niebie i na ziemi. Amen.

    + LITANIA DO NAJŚWIĘTSZEGO SERCA PANA JEZUSA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Koronka do Serca Jezusowego.

    św. o. Pio odmawiał ją codziennie za tych, którzy prosili go o modlitwę

    KORONKA DO SERCA PANA JEZUSA
    Panaspics/Shutterstock

    ***

    O. Pio miał wielką cześć dla Bożego Serca i znał objawienia Małgorzaty Marii Alacoque. Sam ułożył tę modlitwę i odmawiał ją codziennie w intencjach, które powierzali mu różni ludzie.

    Wczerwcu w kościołach odmawiana jest litania do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Nie jest to jedyna modlitwa, w której praktykuje się nabożeństwo do Serca Jezusowego. Coraz popularniejsza jest np. koronka świętego ojca Pio.

    „Współbracia i inne osoby, które znały o. Pio, wspominali, że przez wiele lat, aż do śmierci, codziennie odmawiał tę koronkę, którą sam ułożył w latach 20. XX wieku – mówi kapucyn o. Roman Rusek, krajowy asystent Grup Modlitwy Ojca Pio. – O. Pio miał wielką cześć dla Bożego Serca i znał objawienia Małgorzaty Marii Alacoque. Miał też wielkie nabożeństwo dla męki Pańskiej”.

    Modlitwa błagalna

    Jak każda modlitwa do Serca Jezusowego, i ta uświadamia nam dwie rzeczy podstawowe dla chrześcijaństwa – że Bóg nas kocha i że potrzebujemy nawrócenia. Jest to modlitwa typowo błagalna, odwołująca się do słów samego Jezusa, który zachęcał do tego, żebyśmy w Jego imię prosili Ojca o potrzebne nam łaski.

    Przykładowo: „Zaprawdę powiadam wam: o cokolwiek prosić będziecie Ojca w imię Moje, da wam”. Na końcu jeszcze jest prośba do Matki Bożej i św. Józefa o wstawiennictwo.

    Jak odmawiać koronkę?

    Jak wszystkie modlitwy tego typu, koronka do Najświętszego Serca Pana Jezusa jest zbudowana na stałym, powtarzającym się schemacie. Składa się z trzech części i zakończenia.

    Każda z trzech części zaczyna się zdaniem z Pisma Świętego, w którym Pan Jezus zachęcał nas od ufnej modlitwy; trzech modlitw: „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Maryjo” i „Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu…”; oraz z prośby „Słodkie Serce Jezusa, w Tobie pokładam nadzieję”.

    Na końcu koronki jest podsumowanie:

    „O słodkie Serce Jezusa, dla Ciebie tylko jedno jest niemożliwe: nie mieć litości dla strapionych; dlatego okaż litość nad nami, biednymi grzesznikami i udziel nam łaski, o którą Cię prosimy przez bolesne i Niepokalane Serce Maryi, Twojej i naszej czułej Matki. Amen”.

    A po niej jeszcze następuje antyfona maryjna:

    „Witaj, Królowo, Matko miłosierdzia…” (Salve, Regina), odmawiana dzisiaj m.in. podczas pogrzebów, a dawniej po każdej mszy świętej od uroczystości Trójcy Świętej do Adwentu; oraz krótkie wezwanie do św. Józefa: „Święty Józefie, Ojcze przybrany Jezusa Chrystusa, módl się za nami”.

    Tekst Koronki do Najświętszego Serca Pana Jezusa

    1. O mój Jezu, Ty powiedziałeś: „Zaprawdę powiadam wam: proście, a otrzymacie, szukajcie, a znajdziecie, pukajcie, a będzie wam otworzone”. Wysłuchaj mnie, gdyż pukam, szukam i proszę o łaskę…

    Ojcze nasz…, Zdrowaś, Maryjo…, Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu…

    Słodkie Serce Jezusa, w Tobie pokładam nadzieję.

    2. O mój Jezu, Ty powiedziałeś: „Zaprawdę powiadam wam: o cokolwiek prosić będziecie Ojca w imię Moje, da wam”. Wysłuchaj mnie, gdyż proszę Ojca w imię Twoje o łaskę…

    Ojcze nasz…, Zdrowaś, Maryjo…, Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu…

    Słodkie Serce Jezusa, w Tobie pokładam nadzieję.

    3. O mój Jezu, Ty powiedziałeś: „Zaprawdę powiadam wam: niebo i ziemia przeminą, ale Moje słowa nie przeminą”. Wysłuchaj mnie, gdyż zachęcony Twoimi słowami proszę o łaskę…

    Ojcze nasz…, Zdrowaś, Maryjo…, Chwała Ojcu i Synowi, i Duchowi Świętemu…

    Słodkie Serce Jezusa, w Tobie pokładam nadzieję.

    Na końcu:

    O słodkie Serce Jezusa, dla Ciebie tylko jedno jest niemożliwe: nie mieć litości dla strapionych; dlatego okaż litość nad nami, biednymi grzesznikami i udziel nam łaski, o którą Cię prosimy przez bolesne i Niepokalane Serce Maryi, Twojej i naszej czułej Matki. Amen.

    Witaj, Królowo, Matko miłosierdzia,
    Życie, słodyczy i nadziejo nasza, witaj.
    Do Ciebie wołamy wygnańcy, synowie Ewy.
    Do Ciebie wzdychamy, jęcząc i płacząc na tym łez padole.
    Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na nas zwróć.
    A Jezusa, błogosławiony owoc żywota Twojego, po tym wygnaniu nam okaż.
    O, łaskawa,
    O, litościwa,
    O, słodka Panno Maryjo.

     Święty Józefie, Ojcze przybrany Jezusa Chrystusa, módl się za nami.

    Joanna Operacz/Aleteia.pl

    *************************************

    Najświętsze Serce Jezusa jest kluczem do ewangelizacji.

    św. Jan Paweł II wyjaśnia

    Jesus
    Renata Sedmakova | Shutterstock

    *****

    Jeśli chcesz być bardziej skutecznym ewangelizatorem, kieruj wzrok ku Sercu Jezusa. Św. Jan Paweł II wierzył, że nasze wysiłki głoszenia Ewangelii muszą być zakorzenione w nabożeństwie do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Dlaczego?

    Jan Paweł II i Serce Jezusa

    Często próbujemy głosić Ewangelię Jezusa Chrystusa, ale zniechęcają nas nasze mizerne osiągnięcia. Tego typu doświadczenie może zachwiać naszą odwagą i odwieść od podejmowania kolejnych prób ewangelizacji.

    Dla św. Jana Pawła II głównym kluczem do ewangelizacji, jest nabożeństwo do Serca Jezusa.

    Św. Jan Paweł II poświęcił temu tematowi swoje Orędzie z okazji stulecia poświęcenia ludzkości Najświętszemu Sercu Pana Jezusa (podpisane w Warszawie, 11 czerwca 1999 r., w trakcie papieskiej pielgrzymki do Ojczyzny).

    Gdy chrześcijanin, stając przed zadaniem nowej ewangelizacji i wpatrując się w Serce Chrystusa, Pana czasu i dziejów, poświęca Mu samego siebie i zarazem swoich braci, odkrywa na nowo, że nosi w sobie Jego światło. Ożywiony Jego duchem służby przyczynia się do tego, aby przed wszystkimi ludźmi otworzyła się perspektywa wyniesienia do pełni egzystencji osobowej i wspólnotowej.

    Serce człowieka uczy się bowiem od Serca Chrystusa poznawać prawdziwy i jedyny sens swojego życia i przeznaczenia, rozumieć wartość życia prawdziwie chrześcijańskiego, strzec się wypaczeń ludzkiego serca, łączyć synowską miłość do Boga z miłością bliźniego.

    Serca Syna Bożego, umarłego na krzyżu

    Ojciec Święty uważał w szczególności, że nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa pozwala ludzkości lepiej pojąć głębię Bożej miłości.

    Ja także zachęcałem często wiernych, aby wytrwale praktykowali ten kult, który «zawiera orędzie niezwykle aktualne w naszych czasach», ponieważ z Serca Syna Bożego, umarłego na krzyżu, wytrysnęło wiekuiste źródło życia, które daje nadzieję każdemu człowiekowi. Z Serca ukrzyżowanego Chrystusa rodzi się nowa ludzkość, odkupiona od grzechu. [Ludzkość] potrzebuje Serca Chrystusa, aby poznawać Boga i samego siebie; potrzebuje go, aby budować cywilizację miłości.

    Wpatrując się w Jezusa i Jego Najświętsze Serce, jesteśmy świadkami miłości, jaką żywi On do każdego z nas. Ta miłość powinna nas przepełniać i przynaglać do miłowania innych. To właśnie miłość do Dobrego Pasterza stanowi dla nas inspirację, której potrzebujemy, aby być ewangelizatorami Bożej miłości.

    Każdy włączy się gorliwiej w modlitwę do Pana żniwa (por. Mt 9,38), aby dał Kościołowi „pasterzy według swego serca” (por. Jr 3,15), rozmiłowanych w Chrystusie Dobrym Pasterzu, którzy będą kształtować własne serca na wzór Jego Serca i gotowi będą iść drogami świata, aby głosić wszystkim, że On jest Drogą, Prawdą i Życiem.

    Jeśli chcesz być skuteczniejszym ewangelizatorem, kieruj wzrok ku Sercu Jezusa i od Niego ucz się miłości bliźnich.

    Philip Kosloski – 11.06.21/Aleteia.pl

    *********************************************

    Najwłaściwszym sposobem oddania czci Sercu Jezusowemu jest zawierzenie Mu swojego życia

    Twoją jesteśmy własnością

    Samplefot. Gera Juarez / Cathopic

    *****

    Nasza ojczyzna dokonywała już kilkakrotnie Aktu Zawierzenia Najświętszemu Sercu Jezusowemu. Dla przypomnienia – po raz pierwszy aktu oddania Najświętszemu Sercu dokonał prymas kard. Edmund Dalbor na Jasnej Górze 27 lipca 1920 r., w przeddzień Cudu nad Wisłą. Rok później akt ten został odnowiony przez cały episkopat, z udziałem tysięcy wiernych w krakowskiej bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    Także w naszych czasach, w czasach trwającej pandemii – 3 maja na Jasnej Górze miało miejsce zawierzenie naszej ojczyzny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa i Matce Bożej Królowej Polski, którego dokonał Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki. To nie była tylko historyczna chwila w życiu duchowym naszego narodu, to było zobowiązanie uczynione na zawsze, by uczcić i kontemplować miłość Serca Jezusowego. Każdy chrześcijanin powinien starać się odpowiadać Jezusowemu Sercu swoją miłością i oddaniem, a to wyraża się najlepiej przez poświęcenie siebie samego oraz przez intronizację, czyli poświęcenie. Istotą tego poświecenia jest odpowiedź na miłość Bożego Serca, która objawia się wiernością Jego przykazaniom. Miłość bowiem nie zatrzymuje niczego dla siebie, ale ofiaruje wszystko, tak jak Chrystus oddał wszystko, gdy z Jego przebitego boku wypłynęły krew i woda. Taka też powinna być odpowiedź człowieka na Boże zaproszenie, nawet jeśli w naszym ludzkim odczuciu ten dar, który możemy ofiarować, wydaje się niczym.

    Zawierzmy się Bożemu Sercu, przez które stało się nam zbawienie. Niech nasze życie będzie chwałą Serca Jezusowego.

    ___________________________________________________________________________________________________

    W kaplicy w Łagiewnikach, tam gdzie znajduje się obraz “Jezu, ufam Tobie”, pierwotnie wisiał obraz Serca Jezusa

    W kaplicy w Łagiewnikach, tam gdzie znajduje się obraz "Jezu, ufam Tobie", pierwotnie wisiał obraz Serca Jezusa
    O istocie kultu Najświętszego Serca Pana Jezusa mówi ks. dr Marek Wójtowicz, jezuita.

    *****

    Jarosław Dudała: Na czym polega istota przesłania uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa i objawień  św. Małgorzaty Marii Alacoque?

    Ks. dr Marek Wójtowicz: Jej pierwsza wizja miała miejsce podczas adoracji Najświętszego Sakramentu  27 grudnia 1673 r., a więc w dniu, w którym wspominamy św. Jana Ewangelistę. On najwięcej pisał o miłości Pana Boga. (“Bóg jest miłością.”, 1 J 4,16)

    Pan Jezus wskazał Małgorzacie na Swoje Serce, które jest zapomniane. Płonie miłością, zwłaszcza do grzeszników, a oni się od Niego odwracają. Wielu o Nim zapomniało, nie są wdzięczni za Jego miłość, za Jego mękę i zbawienie wysłużone na krzyżu. Kojarzy mi się to ze św. Franciszkiem, których na ulicach Asyżu wołał: “Dlaczego miłość nie jest kochana?!” A do św. Małgorzaty Pan Jezus powiedział: “skoro mnie inni opuścili, to przynajmniej ty bądź przy mnie”.

    Wizerunek Jezusa z objawień  św. Małgorzaty jest bardzo podobny do tego z objawień św. Faustyny. Czy to znaczy, że orędzie Bożego Miłosierdzia w jakimś sensie zastąpiło przesłanie Najświętszego Serca Pana Jezusa?

    Jak się weźmie  do ręki “Dzienniczek” św. Faustyny, to – w moim odczuciu – jego jedna piąta  mówi wprost o Sercu Jezusa. (Faustyna wiele słyszała o Sercu Jezusa podczas formacji już w nowicjacie, także podczas rekolekcji głoszonych przez jezuitów, w tym Jej spowiednika o. Józefa Andrasza, który był redaktorem naczelnym “Posłańca Serca Jezusowego” i wiele tłumaczył literatury francuskiej dotyczącej NSPJ. To było wtedy – na przełomie XIX i XX w. – bardzo na czasie.)

    Serce Jezusa wspomniane jest już w pierwszym numerze “Dzienniczka”. Potem zwraca się do Niego: “Rano Miłosierdzia, Serce Jezusa ukryj mnie w swej głębi” (1631). W nowennie do Bożego Miłosierdzia pojawia się wezwanie, by wszystkie wymienione w niej grupy osób “zamknąć w Sercu Jezusa”. Albo: “chciałabym się ukryć w Sercu Jezusa” – to wątek, który często powraca (por. 163, 1021)

    Uderzające jest także podobieństwo trudności, z jakimi spotkały się św. Małgorzata i św. Faustyna na pierwszym etapie propagowania kultu Serca Jezusa i Bożego Miłosierdzia. Książka, którą jezuita Jan Croiset (1656-1758) napisał o Sercu Jezusa, znalazła się na indeksie. Powróciła dopiero w XIX w. i wzięto z niej wezwania do popularnej dziś Litanii do Najświętszego Serca Jezusa.

    Różnica jest tylko taka, że duchowość św. Małgorzaty Alacoque jest bardziej pasyjna. Choć w ważnym dla kultu Serca Jezusa artykule kard. Joseph Ratzinger (Benedykt XVI) napisał, że podstawą teologiczną tego kultu jest misterium paschalne.
    Nawiasem mówiąc, najważniejszym, podsumowującym doświadczenie Kościoła związane z Sercem Jezusa jest encyklika Piusa XII “Haurietis aquas” (1956).

    Czyli widzi Ksiądz raczej podobieństwo obu objawień niż zastępowanie jednego przez drugie?

    Jeśli chodzi o to “zastępowanie”… Mało kto o tym wie, ale w kaplicy w Łagiewnikach w miejscu, w którym znajduje się teraz obraz “Jezu, ufam Tobie”, pierwotnie wisiał obraz Serca Jezusa…

    Ja bym jednak powiedział, że objawienia św. Faustyny nie zastępują, ale są dopowiedzeniem do tych, które otrzymała św. Małgorzata Alacoque.

    Wydał Ksiądz właśnie książkę-komentarz do znanej litanii pt. “Serce Jezusa. Bogactwo Litanii”.

    Ciekawa jest historia powstania litanii. Ona zbiera w sobie objawienia św. Małgorzaty, ale także pisma duchowe Jej spowiednika św. Klaudiusza de la Colombière oraz ojca Jana Croiseta. Dla mnie jest to synteza naszego wyznania wiary. Odkryłem, jak bardzo jest to tekst teologiczny, ale też jak wiele mówi o nas samych: „Serce Jezusa, dla nieprawości naszych starte”.
    Ta litania była odmawiana po raz pierwszy w 1720 r. w Marsylii podczas zarazy. Jej wezwania były potem poszerzane. Dziś jest ich 33 , a wiec tyle, ile lat Pan Jezus był z nami na ziemi. Litania została zatwierdzona przez Leona XIII w 1899 r.

    A skąd pomysł, żeby ją odmawiać w czerwcu?

    Paryska zakonnica Aniela od Świętego Krzyża zauważyła, że skoro w maju czcimy Maryję, to w czerwcu moglibyśmy czcić Serce Jezusa.

    Gość Niedzielny

    *************************************************************************************************

    Jak Polacy ratowali kult Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Jasna Góra, Kaplica Serca Pana Jezusa (Kaplica Jabłonowskich)
    Jasna Góra, Kaplica Serca Pana Jezusa (Kaplica Jabłonowskich)/fot. Graziako

    ***

    Czerwiec to miesiąc nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa. Mało kto jednak zna polskie wątki związane z tym kultem.

    Kult Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Na pomysł nabożeństw czerwcowych wpadła (wszystko wskazuje, że pod wpływem Ducha Świętego) s. Aniela de Sainte-Croix. Było to w połowie XIX w. i główną inspiracją były nabożeństwa majowe. „Skoro cały maj poświęcony jest Matce Bożej – pomyślała s. Aniela – to wypadałoby ofiarować coś też Jej Synowi”. I tu skojarzenia naszej wizytki pobiegły bardzo szybko w stronę jej, zmarłej w opinii świętości, współsiostry z XVII w. – Małgorzaty Marii Alaqoque.

    To jej Jezus polecił przekazać Kościołowi, że pragnie, by przypomniano prawdę o Jego miłosierdziu. Tak zrodził się kult Najświętszego Serca, którego wyrazem początkowo była litania, akt oddania się jemu – osobisty oraz oddania całej rodziny – i praktyka pierwszych piątków, czyli spowiedzi i przyjęcia Komunii św. w pierwsze piątki kolejnych dziewięciu miesięcy.

    Wizje o których mowa, zaczęły się w latach siedemdziesiątych XVII w., a główna, dotycząca form czci i związanych z nią obietnic, nastąpiła właśnie w czerwcu, w 1675 r.

    Wszystko pięknie się ze sobą zgrało: pomysł s. Anieli, data najważniejszej wizji, wreszcie to, że uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa też wypada w tym miesiącu (piątek po oktawie Bożego Ciała). Uzyskawszy zgodę przełożonych, a potem biskupa miejsca, siostry przyjęły praktykę codziennej modlitwy Litanią do Najświętszego Serca Pana Jezusa przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. Nabożeństwo to bardzo szybko trafiło na ziemie polskie, bo już w 1857 r.

    To tempo nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę, że zarówno w biografii św. Małgorzaty, jak i w przyjęciu przez Kościół jej objawień pojawia się dwukrotnie, i to w kluczowych momentach, polski wątek.

    Święty Jacek a powołanie

    Wizjonerka, wcześnie osierocona przez ojca, była wychowywana bardzo surowo przez wuja i ciotki. To oni dyktowali, jak ma układać swoje życie. Kiedy powiedziała, że pragnie wstąpić do zakonu, najpierw rodzina kazała jej porzucić ten pomysł. Do tej pory łagodna i spolegliwa wychowanka odmówiła i trwała przy tej decyzji, więc rodzina uznała, że trudno, ale przynajmniej niech idzie do urszulanek.

    Tymczasem panna Alacoque już rozeznała, że ma iść do wizytek. Nacisk krewnych był jednak tak duży, że zaczęła się chwiać w swojej decyzji.

    I wtedy o wsparcie poprosiła św. Jacka Odrowąża. Modliła się za jego wstawiennictwem do Matki Bożej i wespół w zespół doprowadzili rodzinę do pogodzenia się z faktem, że Małgorzata będzie tam, gdzie chce ją Bóg. O tej akcji modlitewnej pisze w autobiografii, po latach wciąż wspominając z wielkim sentymentem i sympatią opiekę polskiego dominikanina.

    Episkopat w akcji

    Drugi raz pomoc z Polski nadeszła w drugiej połowie XVIII w. Prawda przekazana w objawieniach s. Małgorzaty spotkała się z gwałtownym odrzuceniem już za jej życia. Głównymi jej krytykami byli janseniści (bardzo rygorystyczny nurt w ówczesnym Kościele, m.in. kładący zbyt duży nacisk na sprawiedliwość Bożą).

    Rozpętali tak skuteczną nagonkę, że nawet Stolica Apostolska przez ponad wiek zachowywała milczenie na temat wspomnianych objawień. Momentem zwrotnym w ich uznaniu był memoriał Episkopatu Polski z 1765 r., domagający się ich przyjęcia. Co też się stało: najpierw uroczystość Najświętszego Serca miały prawo obchodzić wizytki, potem pozwolenie otrzymał Kościół w Polsce, a w połowie XIX w. zaczęto ją świętować w Kościele powszechnym.

    Najwyraźniej, co jak co, ale głoszenie miłosierdzia zawsze było bliskie polskiej duchowości.

    Elżbieta Wiater/Aletiea.pl

    ***************************************************************************

    Serce Jezusa – gorejące ognisko miłości

    fot. PCh24.pl

    ***

    Jak miesiąc maj poświęcony jest Niepokalanej Dziewicy Maryi, tak znowu w miesiącu czerwcu oddają wierni szczególniejszą cześć i uwielbienie Sercu Jezusowemu. To miesiąc miłości. W tym bowiem miesiącu obchodzi zazwyczaj Kościół pamiątkę ustanowienia największej tajemnicy miłości, św. Eucharystii, w tym również miesiącu miało miejsce jedno z najgłówniejszych objawień, w którym odsłonił Boski Zbawiciel skarby Swojego Najświętszego Serca. W tym czasie pragnie Kościół, ażeby wierni rozważali gorliwie tajemnice z życia Boskiego Zbawcy, zapisane w św. Ewangelii, poznawali bliżej Jego pragnienia i czyny. Poznanie bowiem pragnień i czynów Jezusa budzi mimo woli w duszy rozważającego cześć i miłość dla Osoby Jezusa Chrystusa i prowadzi do nabycia prawdziwego nabożeństwa do Najświętszego Serca.

    Nawet wśród katolików znajdują się tacy, którzy nie zdają sobie sprawy, na czym nabożeństwo do Najświętszego Serca w istocie swojej polega. Sądzą błędnie, że jest to nabożeństwo dla osób przeczulonych i że odpowiada więcej niewiastom, aniżeli mężczyznom. Nie wiedzą wcale o tym, że cześć oddawana Najświętszemu Sercu odnosi się do całej Osoby Jezusa ze szczególnym uwzględnieniem Jego wielkiej miłości ku Ojcu Niebieskiemu i ku nam ludziom.

    Serce Jezusa to cały Jezus w Swojej bezgranicznej ku Bogu i ku ludziom miłości.

    A dlaczego Pan Jezus, chcąc nas pobudzić do wzajemnej miłości, wskazuje na Swe Najświętsze Serce?

    Pragnie się zastosować do sposobu myślenia i codziennego postępowania ludzi. Chce być zrozumiany. Kiedy mówimy, że ten lub ów człowiek ma dla nas serce, że jest naszym przyjacielem od serca, co chcemy przez to wyrazić? Nie co innego, jak tylko, że ten człowiek jest nam życzliwy, że nas prawdziwie miłuje i pragnąłby jak samemu sobie, tak i nam nieba przychylić. Bo serce jest znakiem czyli symbolem miłości. Co więcej, serce jest narzędziem jak najściślej z miłością złączonym. Ono najbardziej odczuwa wszystkie poruszenia duszy: smutek je ściska, obawa ostudza, radość rozszerza, gniewem się rozpala, w miłości rozpłomienia.

    Stąd też zrozumiemy, że Pan Jezus objawiając ludziom Serce Swoje Boże, objawia im tym samym Swoją wielką miłość. W Sercu Jezusowym zrodziły się przecie najsłodsze plany naszego odkupienia. Ono bolało nad naszym upadkiem, biło uczuciem szczerej radości na widok naszego szczęścia, cierpiało na krzyżu, promieniało radością w chwalebnym zmartwychwstaniu. Serce Jezusa to owa miłość, która przez lat trzydzieści ponosiła prace i trudy życia ukrytego, uzdrawiała chorych, wracała życie umarłym, pocieszała stroskanych, rozgrzeszała pokutujących. Miłości Jezusowej nie ma równej na świecie. Gorętsza ona nad płomienie, które ją oznaczają, szersza nad świat od końca do końca, głębsza aniżeli zawrotne przepaście, mocniejsza od śmierci, bo w swej wierności trwała jest na zawsze.

    A jednak mimo licznych dowodów Swojej miłości Jezus jest zapoznany i wzgardzony. Nie znają Go poganie, urągają Jego Boskiej nauce heretycy i odszczepieńcy, obojętni i wiarołomni w miłości katolicy. Na próżno rozlega się głos Jezusa, zapraszający z naszych ołtarzy: Bierzcie i pożywajcie, kościoły nieraz świecą pustkami, niewielu takich, którzy nawiedzają Boskiego Więźnia w Jego zewnętrznym osamotnieniu, mało takich, którzy Go często i pobożnie przyjmują do swojego serca. Są w końcu i tacy, którzy wprost zaprzeczają Jego rzeczywistej obecności w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, lub też z całą świadomością przystępują świętokradzko do Stołu Pańskiego.

    Dlatego to Pan Jezus objawiając światu Swe Najświętsze Serce, objawił Je otoczone cierniami, to znaczy zranione niewdzięcznością ludzką. W tym celu także domagał się ustanowienia Święta Serca Swojego, ażeby w tym dniu wierni Jego czciciele wynagradzali głównie przez godnie przyjętą Komunię św. krzywdy i zniewagi wyrządzone w św. Eucharystii. […]

    „O głębsze poznanie Serca Jezusowego”, w: Posłaniec Serca Jezusowego, czerwiec 1927

    *************************************************************************************************

    Wizja Służebnicy Bożej Pauli Zofii Tajber, założycielki Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Duszy Chrystusa Pana. 

    This image has an empty alt attribute; its file name is 1209312038.jpg
    obraz Pana Jezusa Promieniującego – namalowany wg wizji Matki Pauli Zofii Tajber, przez Adolfa Hyłę, który również namalował znany obraz Jezusa Miłosiernego.
    ***

    W Roku Eucharystii jesteśmy zachęcani do odkrywania Eucharystii na nowo, do świadomego uczestniczenia we Mszy św. oraz do częstej adoracji Najświętszego Sakramentu. Przykład umiłowania Eucharystii dają nam święci i błogosławieni, którzy traktowali ją jako wyjątkowy dar i źródło siły w dążeniu do doskonałości. Jezus Eucharystyczny był przedmiotem najwyższej czci również dla służebnicy Bożej Pauli Zofii Tajber, założycielki Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Duszy Chrystusa Pana. 

    Zofia Tajber pochodziła z ziemi podlaskiej, a dzieciństwo i młodość spędziła w Żytomierzu. Przeżyty w latach studenckich kryzys wiary stał się dla niej inspiracją do poszukiwania nowej drogi życia. Po kilku latach wewnętrznej udręki, w Chrystusie wystawionym w Najświętszym Sakramencie, odnalazła swoje szczęście doczesne i wieczne. Zrozumiała, że jest powołana do założenia nowej rodziny zakonnej poświęconej czci Najświętszej Duszy Chrystusa Pana. Zdaniem służebnicy Bożej, całe życie wewnętrzne człowieka powinno opierać się na przekonaniu, że Jezus którego przyjął w Komunii św., uczestniczy w jego myślach, słowach i postępowaniu. Wiara w obecność Jezusa w duszy – według jej nauki – wydelikatni sumienia ludzkie, bowiem każdy będzie zwracał uwagę na swoje postępowanie. Idea życia Jezusem jest środkiem na odrodzenie ludzkości i zaprowadzenie Bożego pokoju na ziemi. Jest ona „szkołą życia duchowego”, która wprowadza człowieka w życie Boże, daje mu możność posiadania Boga i oddania się do Jego wyłącznej dyspozycji. Służebnica Boża podkreślała, iż trzeba dostrzegać Jezusa w bliźnich, dlatego uwrażliwiała siostry, by odnosiły się do bliźnich z wielkim szacunkiem. Mówiąc o obecności Chrystusa w duszy ludzkiej, chciała ukazać, że Pan Bóg jest nie tylko dla wybranych, ale z każdym chce nawiązać łączność i „każdego człowieka wynieść do wielkiej świętości”. 

    Z pism Matki Tajber wynika, że adoracje Najświętszego Sakramentu i częste przyjmowanie Komunii św. prowadziły ją do głębokiego zjednoczenia z Chrystusem. Często powtarzała siostrom, że Pan Jezus, którego przyjmujemy w Eucharystii, przychodzi podjąć trud pracy nad naszym uświęceniem. Dlatego radziła, aby w Sakramencie Miłości przyjmować Jezusa raz jako Brata, innym razem jako Mistrza, Przyjaciela lub Lekarza czy Zbawiciela. Tylko trwanie w Chrystusie – winnym Krzewie może wydać bogate owoce w apostolstwie. W nabożeństwie do Duszy Chrystusowej służebnica Boża widziała antidotum na szerzące się materializm i liberalizm. Przypomina również dzisiaj, że rzeczy materialne, choć są potrzebne do godnego życia człowieka, nie mogą go zdominować i zniewolić. Źródłem siły do pokonywania w sobie trzech pożądliwości: ciała, oczu i pychy żywota jest Chrystus, którego przyjmujemy w Eucharystii. Sł. Boża Paula Zofia ukazała to wyraźnie swoim życiem. Jej posłannictwo dobrze streszcza fragment modlitwy: Boże, Źródło wszelkiej świętości (…) prosimy Cię o chwałę ołtarzy dla Twej służebnicy m. Pauli Zofii Tajber, która swoim życiem wielbiła Najświętszą Duszę Chrystusa, widząc w Niej najdoskonalszy wzór naszego zjednoczenia z Bogiem i ofiarnej miłości, i która bezgranicznie oddana była sprawie odrodzenia ludzi poprzez służbę uświęcenia nieśmiertelnych dusz ludzkich.

    Na całym świecie znany jest obraz Pana Jezusa Miłosiernego, wykonany przez krakowskiego malarza Adolfa Hyłę. Mało kto wie, że artysta ten namalował jeszcze inny obraz, który staje się na naszych oczach obrazem słynącym z łask i cudownych uzdrowień. Jest to wizerunek Pana Jezusa Promieniującego, zwany popularnie obrazem Najświętszej Duszy Chrystusowej.

    Obraz został namalowany według wizji, jaką miała w roku 1919 Sługa Boża Paula Zofia Tajber. Na modlitwie ujrzała promienną postać Jezusa, który powiedział: Najmilsza, oddaję ci Duszę Moją Boską ku uczczeniu, byś Ją i Jej żądania przekazała światu całemu. Promienie światła, przenikające Jego postać, najpotężniej wychodziły z Jego piersi, tworząc jakby krąg słońca.

    Obejmowały nie tylko ludzi będących w kościele, lecz przebijały się przez mury świątyni i falami trafiały w ludzi przechodzących obok kościoła. Artysta to rozchodzenie się światła z Duszy Chrystusowej na ludzkie dusze przedstawił na obrazie w formie promieni przenikających przeźroczyste kółka, które symbolizują dusze ludzkie.

    Według pragnień Matki Założycielki obraz Duszy Chrystusa Pana miał być dla współczesnych ludzi, zagubionych w materializmie, gorącą zachętą do zwrócenia uwagi na wartości duchowe. Przede wszystkim miał przypominać człowiekowi, iż posiada duszę nieśmiertelną, odkupioną Przenajdroższą Krwią Zbawiciela Świata.

    Źródło: niedziela.pl/duszajezusa.pl

    *************************************************************************************************

    Biskupi ponowili Akt poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa

    – Stojąc wobec trudnych wyzwań dla Kościoła i Ojczyzny, z ufnością wołamy: “Otwórz nasze oczy, ulecz chore serca, obmyj to, co brudne, daj łaskę nawrócenia i pokuty! Jezu, uczyń nasze serca na wzór Serca Twego, abyśmy umieli tracić życie w służbie najbardziej potrzebującym, najsłabszym i bezbronnym” – tymi m.in. słowami biskupi zgromadzeni w bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie ponowili po 100 latach Akt poświęcenia Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    Odczytał go na zakończenie Mszy św. przewodniczący Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki. Akt ten zostanie dziś ponowiony także we wszystkich parafiach w Polsce.

    Poniżej pełny tekst Aktu:

    ODNOWIENIE AKTU POŚWIĘCENIA NARODU POLSKIEGO NAJŚWIĘTSZEMU SERCU PANA JEZUSA

    Panie nasz Jezu Chryste,

    Dziś, tak jak przed stu laty, zbieramy się w świątyni poświęconej czci Najświętszego Serca Twego w Krakowie. W osobach swoich pasterzy, osób życia konsekrowanego i wiernych – staje przed Tobą naród i Kościół w Polsce, aby uroczyście ponowić akt oddania się Twojemu Najświętszemu Sercu.

    Podobnie jak nasi przodkowie u progu niepodległości, tak i my polecamy Ci dzisiaj Kościół i Ojczyznę, dziękując za dar wolności. Oddając się Twojemu Najświętszemu Sercu, prosimy: Przyjdź królestwo Twoje! A w ślad za św. Janem Pawłem II wołamy: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!”.

    W obliczu Twego miłosierdzia, wyznajemy ze skruchą nasze grzechy indywidualne i społeczne. Przepraszamy za brak szacunku dla życia, także tego najsłabszego, ukrytego pod sercem matki. Przepraszamy za grzechy wykorzystania seksualnego małoletnich, popełnione zwłaszcza przez niektórych duchownych i związane z tym grzechy zaniedbania ich przełożonych. Przepraszamy za nałogi i uzależnienia, za prywatę, partyjnictwo, agresję i niezdolność do dialogu. Przepraszamy za brak czci dla tego co święte, w tym próby instrumentalnego traktowania religii.

    Świadomi naszych wad i słabości – stojąc wobec nowych i trudnych wyzwań dla Kościoła i Ojczyzny – z ufnością wołamy: Otwórz nasze oczy, ulecz chore serca, obmyj to, co brudne, daj łaskę nawrócenia i pokuty! Uwolnij nas od wzajemnej nienawiści i pogardy, od ducha niezgody i raniących podziałów. Daj nam światłe oczy serca, abyśmy przestali dostrzegać w sobie wzajemnie przeciwników a zobaczyli współdomowników – w Twoim Domu, a także w tym domu, który ma na imię Polska. Daj nam łaskę szczerej miłości do Ciebie, do Kościoła, Ojczyzny i do siebie nawzajem. Zaszczep w nas ducha powszechnego braterstwa.

    Jezu, uczyń nasze serca na wzór Serca Twego, abyśmy umieli tracić życie w służbie najbardziej potrzebującym, najsłabszym i bezbronnym. W trudnym czasie pandemii poprowadź nas ku chorym i starszym oraz tym, którzy opłakują swoich zmarłych. Otwórz nasze serca na tych, którzy zostali boleśnie zranieni we wspólnocie Kościoła, aby dzięki Twojej łasce ich rany się zagoiły i aby ponownie zaznali pokoju.

    Spraw, aby polskie rodziny w Twoim miłującym sercu znajdowały źródło jedności i odnowy. Aby były ogniskami miłości i pokoju, wolnymi od zdrady, agresji i przemocy, otwartymi na przyjęcie nowego życia oraz zdolnymi do przekazu wiary nowym pokoleniom. Otwórz serca młodych, by ich entuzjazm, siła wiary i świadectwo nadziei odnawiało wspólnotę Kościoła.

    Naucz nas kontemplować to, co sam stworzyłeś. Naucz nas dbać o piękną i niezniszczoną ziemię, abyśmy – w darze od Ciebie – mogli przekazać ją tym, którzy przyjdą po nas.

    Powierzamy Ci całe nasze życie osobiste, rodzinne i społeczne, które pragniemy oprzeć na trwałych zasadach Ewangelii. Podobnie jak przed stu laty, w pokorze poświęcamy się Twojemu Najświętszemu Sercu, oddając naszą Ojczyznę w Twoje władanie.

    Z ufnością wołamy: Chwała niech będzie Najświętszemu Sercu Twemu, którym tak bardzo nas umiłowałeś i przez które prowadzi droga do naszego zbawienia. Amen.

    **********

    Ponowienie Aktu poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa

    Jutro ponowienie Aktu poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa
    Bazylika Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie/ fot. Henryk Przondziono/GOŚĆ

    ***

    Przewodniczący KEP abp Stanisław Gądecki wraz całym Episkopatem dokonał w piątek 11 czerwca o godz. 18.00 w Krakowie ponowienia aktu poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    Idea oddania się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa jest związana z objawieniami św. Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690), francuskiej wizytki z Paray-le-Monial. Święta ta była mistyczką, której Chrystus ukazał swoje Serce spragnione ludzkiej miłości i zażądał, by Mu się oddała oraz aby ustanowiono święto ku czci Jego Serca w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała. Przyszła święta oraz jej spowiednik Klaudiusz la Colombière jako pierwsi ofiarowali się Bożemu Sercu, a następnie ułożyli formuły zawierzenia i tym samym zapoczątkowali proces osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    Po stu latach treść objawień uznała Stolica Apostolska. Liturgiczne święto Boskiego Serca Pana Jezusa, wraz z Mszą św. i oficjum brewiarzowym, ustanowił w 1765 r. papież Klemens XIII jako przywilej dla ówczesnego Królestwa Polskiego oraz Konfraterni Najświętszego Serca Jezusa w Rzymie. Przyczynili się do tego nasi biskupi, wystosowując memoriał do papieża, gdyż na ziemiach polskich kult ten rozwijał się już wcześniej.

    W 1856 r. papież Pius IX uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa uczynił obowiązującą w Kościele na całym świecie. Małgorzatę Marię Alacoque beatyfikował Pius IX w 1864 r., a kanonizował Benedykt XV w 1920 r. Jest ona nazywana „świętą od Serca Jezusowego”.

    11 czerwca 1899 r., w przededniu Roku Jubileuszowego 1900, papież Leon XIII dokonał poświęcenia całego rodzaju ludzkiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa.

    Przykładów publicznego poświęcenia się Sercu Bożemu na gruncie polskim mamy wiele. Jednym z nich jest poświęcenie Sercu Jezusowemu diecezji gnieźnieńskiej i poznańskiej w okresie zaborów dokonane przez prymasa Mieczysława Ledóchowskiego 20 grudnia 1872 r. Zdecydował się on na ten akt w obliczu kulturkampfu, aby przez to rozbudzić życie religijne wiernych i przygotować ich na trudne czasy.

    Do idei poświęcenia Najświętszemu Sercu Jezusowemu nawiązano na początku odbudowy niepodległego państwa. 27 lipca 1920 r., w obliczu bolszewickiego zagrożenia, polscy biskupi zebrani na Jasnej Górze pod przewodnictwem prymasa Polski kard. Edmunda Dalbora, poświęcili naród polski i całą Ojczyznę Najświętszemu Sercu Pana Jezusa oraz ponownie obrali Matkę Bożą Królową Polski. „W chwili, gdy nad Ojczyzną i Kościołem naszym gromadzą się chmury ciemne, wołamy jak niegdyś uczniowie Twoi zaskoczeni burzą na morzu: Panie, ratuj nas, bo giniemy. I jak niegdyś, wyciągnąwszy prawicę, jednym słowem uspokoiłeś burzę, tak oddal, Panie, teraz od nas grożące nam niebezpieczeństwo” – prosili biskupi. Episkopat zobowiązał się wówczas, że będzie szerzył wśród wiernych nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa i zachęcał polskie rodziny, aby Mu się poświęcały.

    Trzy tygodnie później, 15 sierpnia 1920 r., miała miejsce zwycięska Bitwa Warszawska, zwana „cudem nad Wisłą”. Gdy papież Benedykt XV usłyszał o zawierzeniu Polski Bożemu Sercu, napisał do Episkopatu: „Nic stosowniejszego nie mogliście podjąć celem naprawienia zła naszych czasów, jak Ojczyznę Waszą poświęcić Najświętszemu Sercu Jezusowemu i Jego kult święty w narodzie rozszerzać coraz więcej i więcej. (…) Cóż bowiem można wynaleźć zbawienniejszego w tym przewrocie wszechrzeczy, jak wzmożenie miłości Pana Jezusa, który stanowi obronę i mocną podstawę każdej Rzeczypospolitej”.

    Uroczyste poświęcenie całego narodu i ojczyzny Sercu Bożemu miało miejsce rok później, 3 czerwca 1921 r. na Małym Rynku w Krakowie. Było związane z konsekracją świątyni dedykowanej Najświętszemu Sercu Jezusowemu (przy ul. Kopernika w Krakowie). „Jak niegdyś Polska nasza, jedna z pierwszych, przed słodkim Sercem Twoim upadła w pokłonie, tak dziś oddajemy Ci cały nasz naród w zupełne i niepodzielne władanie, oddajemy Ci i poświęcamy jego miasta i wioski, jego prawa i zwyczaje, jego prace i trudy, jego potrzeby i jego nadzieje” – deklarowali biskupi wraz ze zgromadzonym ludem.

    Krakowska bazylika wybudowana została jako wotum wdzięczności za odzyskanie niepodległości z datków składanych przez Polaków z całego kraju i została pomyślana jako centralne miejsce kultu Serca Bożego w kraju.

    Do idei poświęcenia Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa nawiązał prymas August Hlond po kataklizmie II wojny światowej oraz w obliczu nowych, zapowiadających się prześladowań. W 1948 r. polscy biskupi zachęcali wszystkich wiernych do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu w rodzinach.

    Trzy lata później Episkopat Polski ogłosił rok poświęcenia Narodu Polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. 28 października 1951 r. w uroczystość Chrystusa Króla prymas Stefan Wyszyński na Jasnej Górze w obecności miliona wiernych odnowił akt zawierzenia Polski Sercu Jezusa. Akt odnowienia dokonany został równocześnie w katedrach i kościołach parafialnych. W specjalnym orędziu Episkopat podkreślał, że „przez to uroczyste poświęcenie Narodu wyrażamy niezłomną wolę, by wszystkie dziedziny życia naszego, zarówno prywatne jak publiczne, były urządzone według zasad Jezusa Chrystusa”.

    25 lat później w ostatnią niedzielę roku kościelnego w kościołach ponowiono akt oddania Narodu Sercu Pana Jezusa. 1 lipca 2011 r. kolejne ponowienie Aktu poświęcenia polskiego narodu Sercu Jezusowemu odbyło się Krakowie w bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa z udziałem ówczesnego przewodniczącego KEP abp. Józefa Michalika, Prymasa Polski seniora Józefa Glempa i metropolity krakowskiego kard. Stanisława Dziwisza.

    25 marca 2020 r. obecny przewodniczący Episkopatu Polski abp Stanisław Gądecki w obliczu rozprzestrzeniającej się na świecie pandemii koronawirusa – jako przewodniczący Episkopatu Polski, w duchowej łączności z sanktuarium Matki Bożej w Fatimie – zawierzył Polskę Najświętszemu Sercu Jezusa i Niepokalanemu Sercu Maryi. Wierni mogli go śledzić za pośrednictwem mediów, łącząc się duchowo w modlitwie.

    11 czerwca 2021 r., w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, podczas Mszy św. o godz. 18.00 w bazylice NSPJ w Krakowie Episkopat Polski odnowił akt poświęcenia Narodu polskiego Najświętszemu Sercu Pana Jezusa w 100. rocznicę tego wydarzenia. Mszy św. przewodniczył abp Stanisław Gądecki, przewodniczący KEP, on też dokonał ponowienia aktu poświęcenia Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. W łączności z tym wydarzeniem, tego samego dnia poświęcenie zostało również dokonane w każdej polskiej parafii.

    Kai.pl

    ***********************************

    Poświęcenie Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa


    Mszą św. w bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie zainaugurowane zostały obchody 100. rocznicy poświęcenia Polski NSPJ. Ich zwieńczeniem było odnowienie tego aktu przez polskich biskupów i wszystkie parafie 11 czerwca 2021, w uroczystość Serca Jezusa.

    – Chcemy odnowić nasze serca, odnowić duchowo i moralnie nasze życie osobiste, rodzinne, społeczne, życie Kościoła i narodu – mówił duchowny o przygotowaniach do odnowienia aktu zawierzenia Polski Sercu Jezusowemu. – Chcemy przyjść do Jezusa, stanąć przed Nim w prawdzie i przyjąć Jego miłość. Chcemy również publicznie, ze skruchą, uznać nasze grzechy i za nie przeprosić, za wszystkie te grzechy popełnione przez te lata, w sposób szczególny te, które boleśnie ranią Boga i ludzi. Te grzechy, które są ostatnio ujawniane i są powodem zgorszenia dla wielu. Chcemy przyjść do Jezusa, aby On nas oczyścił, odnowił, pokrzepił, aby On kształtował nasze serca według Serca Bożego – zaznaczył prowincjał jezuitów.

    Na czas przygotowań do odnowienia aktu zawierzenia Polski NSPJ Apostolstwo Modlitwy przygotowało program duszpasterski, rozesłany do wszystkich parafii w Polsce, aby pomóc w przygotowaniach do tego wydarzenia, które dokonało się 11 czerwca, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa podczas Mszy św. w bazylice NSPJ w Krakowie. Ponownego zawierzenia narodu NSPJ, w obecności Konferencji Episkopatu Polski, dokonał jej przewodniczący, abp Stanisław Gądecki.

    W 1921 r. konsekrowany został jezuicki kościół pw. NSPJ w Krakowie, wybudowany z datków składanych przez Polaków z całego kraju i pomyślany jako centralne miejsce kultu Serca Bożego. W związku z tą konsekracją podjęto też akt zawierzenia Polski Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. – U progu odzyskanej i obronionej niepodległości biskupi, przy udziale licznie zgromadzonych wiernych, członków zakonu jezuitów, przedstawicieli duchowieństwa i różnych stanów, zawierzyli naszą ojczyznę Sercu Bożemu, oddając nowe wyzwania, przed jakimi stawała Polska w kontekście odzyskanej wolności i budowania społeczeństwa, które z tego daru potrafi odpowiedzialnie korzystać – wyjaśnia o. Jarosław Paszyński SJ.

    Rok wcześniej na Jasnej Górze polscy biskupi zawierzyli naród Najświętszemu Sercu Pana Jezusa w sytuacji zagrożenia podczas wojny polsko-bolszewickiej. Akt krakowski był wyrazem wdzięczności za ocalenie ojczyzny.

    W Krakowie od 1872 r. wydawany był miesięcznik „Posłaniec Serca Jezusowego”, redagowany przez jezuitów w ramach Apostolstwa Modlitwy. Jednym z redaktorów naczelnych pisma był o. Józef Andrasz SJ, znany jako kierownik duchowy i spowiednik św. Faustyny czy bł. Anieli Salawy. Jako czciciel Serca Bożego przyczynił się do odnowienia aktu zawierzenia Polski Sercu Jezusa, którego w czasach komunistycznych 28 października 1951 r. dokonał kard. Stefan Wyszyński, a z nim wszystkie parafie w Polsce.

    – Istotą kultu NSPJ jest poznanie i przyjęcie miłości Bożej, którą najpełniej objawia Pan Jezus, oraz zadośćuczynienie za grzechy przeciwne tej miłości – mówi prowincjał jezuitów. Pan Jezus przekazał Małgorzacie Marii Alacoque obietnice dla czcicieli Jego Serca. Stąd m.in. tradycja pierwszych piątków miesiąca i godziny świętej, czyli adoracji Najświętszego Sakramentu w nocy z czwartku na pierwszy piątek miesiąca.

    PCh24.pl/źródło:KAI

    ______________________________________________________________________________________________________________

    5 rzeczy, które powinieneś wiedzieć o Sercu Jezusa

    Czerwiec to w Kościele miesiąc poświęcony szczególnie Najświętszemu Sercu Pana Jezusa. Czy wiemy o nim to co najważniejsze? Oto 5 rzeczy, które przybliżą nas jeszcze bardziej do Serca naszego Pana!

    Obraz Serca Jezusowego w Wyższym Seminarium Duchownym
w Częstochowie
    Obraz Serca Jezusowego w Wyższym Seminarium Duchownym w Częstochowie

    *****

    1. Fragmenty z Pisma Świętego mówiące o Sercu Boga

    Stary Testament

    Ukochałem cię odwieczną miłością, dlatego też zachowałem dla ciebie łaskawość… Oto nadchodzą dni… – kiedy zawrę z domem Izraela Nowe Przymierze… Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercu (Jr 31,3 w przekładach Biblii.).

    Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym. Będziesz miłował Pana Boga twojego z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostają w twym sercu te słowa, które ja dziś ci nakazuje (Pwt 6,4-5 w przekładach Biblii.).

    Miłowałem Izraela, gdy jeszcze był dzieckiem i syna swego wezwałem z Egiptu… Ja uczyłem chodzić Efraima, na swe ramiona ich brałem; oni zaś nie rozumieli, że troszczyłem się o nich. Pociągnąłem ich ludzkimi więzami, a były to więzy miłości… Uleczę ich niewierność i umiłuję ich z serca, bo gniew mój odwrócił się od nich (Oz 11,14 w przekładach Biblii.).

    Nowy Testament

    Tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda (J 19, 34).

    Jeden z uczniów Jego – ten, którego Jezus miłował – spoczywał na Jego piersi (J 13, 23).

    2. Objawienia św. Małgorzaty Alacoque

    Choć kult Serca Jezusowego istnieje od średniowiecza, kluczowe znaczenie dla jego rozwoju mają cztery objawienia, których w zaciszu klasztoru doznaje skromna siostra wizytka Małgorzata Maria Alacoque

    Odkrywanie tajemnicy Serca

    Klasztor Paray-le-Monial we Francji, 27 grudnia 1673 r., uroczystość św. Jana Ewangelisty. Małgorzata Maria Alacoque, późniejsza święta, kontempluje Serce Jezusa, gdy nagle podczas adoracji Najświętszego Sakramentu ukazuje się jej Jezus. Do głębi poruszona tym wydarzeniem opowiada o nim współsiostrom: „Pan powiedział mi: «Moje Boskie Serce goreje tak wielką miłością ku ludziom, a zwłaszcza ku tobie, że nie może już powstrzymać w sobie płomieni tej gorącej miłości. Musi je rozlać za twoim pośrednictwem i ukazać się ludziom, by ich ubogacić drogocennymi skarbami, które ci odsłaniam, a które zawierają łaski uświęcające i zbawienne, konieczne, by ich wydobyć z przepaści zatracenia»”. Według relacji Małgorzaty, po tych słowach Jezus ukazał jej swoje bijące Serce.

    Kaplica klasztorna w Paray-le-Monial, początek 1674 r. – niedługo po pierwszym objawieniu. Pan Jezus objawia się Małgorzacie po raz kolejny. Tym razem zakonnica widzi Serce Jezusa spoczywające na tronie z ognia i promieni, z widoczną raną zadaną włócznią na krzyżu. Otacza Je korona cierniowa, a u góry wieńczy krzyż. Jezus przekazuje pragnienie, by ludzie Go miłowali, i wyjaśnia, że po to objawia swoje Serce – pełne łask, miłosierdzia i zbawienia. Tłumaczy, że nabożeństwo do Jego Serca będzie dla ludzi jedynym ratunkiem w czasach ostatecznych.

    2 lipca 1674 r. Małgorzata modli się w kaplicy klasztornej przed tabernakulum, gdy Chrystus objawia się jej po raz trzeci. Z Jego ran bije wielka jasność. Jezus mówi o niewdzięczności, którą ludzie odpłacają Mu za Jego miłość, i prosi Małgorzatę, by choć ona starała się zadośćuczynić Mu za rany, które zadają Mu ludzie. Żąda wręcz, by przyjmowała Komunię św. tak często, jak tylko może, zwłaszcza w każdy pierwszy piątek miesiąca. Poleca jej także modlitwę każdej nocy z czwartku na piątek między godz. 23 a 24.

    16 czerwca 1675 r., oktawa Bożego Ciała. Małgorzata Maria klęczy przed Najświętszym Sakramentem, gdy Jezus objawia się jej po raz czwarty i ostatni. Żąda, aby w pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała odbywała się uroczystość ku czci Jego Serca i aby w tym dniu przystępowano do Komunii św. oraz uroczyście wynagradzano zniewagi, których Serce Jezusowe doznaje od ludzi.

    3. Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Tajemnica Serca Jezusa otwiera przed nami tajemnicę Miłości Boga do człowieka, która przejawia się na różne i niezliczone sposoby. Ta wyjątkowa miłość do nas objawia się wtedy, gdy Bóg widząc naszą nędzę, nasze opuszczenie, naszą tułaczkę i wygnanie z powodu grzechu, sam staje po naszej stronie, okazując się Pasterzem zagubionych owiec. W Jezusie Chrystusie jest najlepszym Pasterzem, który ciągle gromadzi swoje owce, pasie je, układa na legowisko, pielęgnuje chore i szuka zagubionych, bierze na ramiona, przebacza… Żadnej nie uznaje za straconą – póki jeszcze każda z nich żyje. Jezus wszedł na drogę naszego życia i idzie z nami, idzie przed nami, osłaniając nas, chroniąc nas przed niebezpieczeństwami, przed wpływem zła (“wilkami”). A wobec największego zagrożenia ze strony grzechu życie swoje oddaje za nas, bo to my jesteśmy Jego owcami. Jezus sam daje nam swoje nowe, niezniszczalne życie i to w obfitości, bo umiłował swoje owce do końca.

    Uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa przypada w piątek trzeciego tygodnia po Zesłaniu Ducha Świętego, czyli po dawnej oktawie Bożego Ciała. Święto to zostało ustanowione stosunkowo niedawno, choć jego idea, zakorzeniona w Piśmie Świętym, sięga starożytności chrześcijańskiej. W tym dniu czcimy miłość Boga do człowieka, która objawiła się w Chrystusie, a najbardziej widoczna jest w Jego męce. Symbolem tej miłości jest Serce Jezusa przebite za grzechy. Kult rozwinął się w oparciu o słowa zapisane w Ewangelii św. Jana: “Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda” (J 19, 33-34). Wśród promotorów szerzących kult Najświętszego Serca Jezusowego najważniejsze miejsce zajmuje św. Małgorzata Maria Alacoque ( +1690).

    4. Poświęcony Polski Sercu Jezusowemu

    Dokładnie sto lat temu, 3 czerwca 1921 r., po odzyskaniu przez Polskę niepodległości biskupi dokonali aktu poświęcenia Ojczyzny Najświętszemu Sercu Jezusa. Nastąpiło to równocześnie z konsekracją świątyni Najświętszego Serca Pana Jezusa w Krakowie. Rok wcześniej, 27 lipca 1920 r., w obliczu nawałnicy bolszewickiej zagrażającej Polsce i całej Europie, biskupi zawierzyli nasz naród Bożemu Sercu na Jasnej Górze. W 1932 r. w Poznaniu odsłonięto pomnik „Sacratissimo Cordi – Polonia Restituta”, który został zburzony w 1940 r. i dotąd nie odbudowany.

    Po wojnie w 1948 r. w obliczu nasilających się represji, z inicjatywy Prymasa kard. Augusta Hlonda biskupi zachęcili wiernych do osobistego poświęcenia się Najświętszemu Sercu Jezusowemu, a trzy lata później, 28 października 1951 roku, Prymas Tysiąclecia kardynał Stefan Wyszyński na Jasnej Górze – w obecności niemal miliona wiernych – odnowił akt zawierzenia Polski Sercu Jezusa. Został on ponowiony w 1975 r. Po raz kolejny akt ten został proklamowany w wolnej Polsce 1 lipca 2011 r. w krakowskiej bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa.

    5. Formy kultu Serca Jezusa

    W Kościele Katolickim kult Serca Jezusowego przejawia się:

    – w odprawianiu nabożeństwa do Najświętszego Serca Pana Jezusa,

    – w ustanowieniu uroczystości Najświętszego Serca Pana Jezusa,

    – w odprawianiu pierwszych piątków miesiąca,

    – w nabożeństwie Godziny Świętej,

    – w odmawianiu litanii do Najświętszego Serca Pana Jezusa, nowenny do Najświętszego Serca Pana Jezusa i koronki do Najświętszego Serca Pana Jezusa,

    – w śpiewaniu pieśni do Serca Jezusowego czy Godzinek o Najświętszym Sercu Pana Jezusa,

    – w nazywaniu parafii i kościołów wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa

    Tygodnik Niedziela

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŻYWY RÓŻANIEC

    Aby Matka Boża była coraz bardziej znana i miłowana!

    „Różaniec Święty, to bardzo potężna broń. Używaj go z ufnością, a skutek wprawi cię w zdziwienie”.

    (św. Josemaria Escriva do Balaguer)

    A rosary is used for prayers and meditations.
    fot.wiseGeek

    ***

    INTENCJA ŻYWEGO RÓŻAŃCA NA MIESIĄC CZERWIEC 2022

    Intencja papieska:

    * Módlmy się w intencji rodzin chrześcijańskich na całym świecie, aby dzięki konkretnym gestom przeżywały bezinteresowność miłości oraz świętość w codziennym życiu.

    więcej informacji – Vaticannews.va: Papieska intencja

      ***

    Intencje Polskiej Misji Katolickiej w Glasgow:

    * za naszych kapłanów, aby dobry Bóg umacniał ich w codziennej posłudze oraz o nowe powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego.  

    * za papieża Franciszka, aby Duch Święty prowadził go, a św. Michał Archanioł strzegł.

    * Pan Jezus w ostatnim objawieniu św. Małgorzacie Marii Alacoque, klęczącej przed tabernakulum podczas nawiedzenia Najświętszego Sakramentu 10 czerwca 1675 roku, odsłonił swoje Serce i wypowiedział słowa, które oby i nas zmobilizowały do wynagrodzenia za grzechy nasze i grzechy całego świata: “Oto Serce, które tak bardzo umiłowało ludzi, że nie szczędziło niczego aż do zupełnego wyniszczenia się dla okazania im miłości, a w zamian za to doznaje od większości ludzi tylko gorzkiej niewdzięczności, wzgardy, nieuszanowania, lekceważenia, oziębłości i świętokradztw, jakie oddają mu w tym Sakramencie Miłości. Lecz najbardziej boli Mnie to, że w podobny sposób obchodzą się ze Mną serca służbie mojej szczególnie poświęcone. Dlatego żądam, aby pierwszy piątek po oktawie Bożego Ciała był odtąd poświęcony jako osobne święto ku czci Mojego Serca i na wynagrodzenie Mi przez Komunię i inne praktyki pobożne zniewag, jakich doznaję. W zamian za to obiecuję ci, że Serce moje wyleje hojne łaski na tych wszystkich, którzy w ten sposób oddadzą Mu cześć lub przyczynią się do jej rozszerzenia”. 

    *** 

    Intencja dla Róży Matki Bożej Częstochowskiej (II)

    i św. Moniki: 

    * Rozważając drogi zbawienia w Tajemnicach Różańca Świętego prosimy Bożą Matkę, która jest również i naszą Matką, aby wypraszała u Syna swego a Pana naszego Jezusa Chrystusa właściwe drogi życia dla naszych dzieci.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ŚWIĘCI WYBRANI NA PATRONÓW NASZYCH RÓŻ:

    Róża 1 – św.Jana Pawła II

    Róża 2 – św. Faustyny

    Róża 3 – bł. ks. Jerzego Popiełuszki

    Róża 4 – św. Maksymiliana Marii Kolbego

    Róża 5 – św. brata Alberta Chmielowskiego

    Róża 6 – św. Jadwigi

    Róża 7 – bł. ks Michała Sopoćki

    Róża 8 – bł. Karoliny Kózkówny

    Róża 9 – św. Andrzeja Boboli

    Róża 10 – św. Teresy Benedykta od Krzyża

    Róża 11 – św. Moniki

    Róża 12 – bł. męczenników o. Michała i o. Zbigniewa

    Róża 13 – św. Hiacynty i św. Franciszka

    Róża 14 – Matki Bożej Częstochowskiej I

    Róża 15 – Matki Bożej Częstochowskiej II

    Róża 16 – Matki Bożej Gietrzwałdzkiej

    Róża 17 – Matki Bożej Miłosierdzia

    Róża 19 – Matki Bożej Różańcowej

    Róża 18 – bł. kardynała Stefana Wyszyńskiego

    Róża 20 – bł. Paulina Jaricot

    Róża 21 – (potrzeba jeszcze 5 osób)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Rozżarzone węgle

    Rozżarzone węgle
    ISTOCKPHOTO

    *****

    Wymienianie się tajemnicami nie musi oznaczać szpiegostwa czy plotkarstwa. Może być osią najprężniejszej akcji modlitewnej w historii świata. Posłuchajcie różanych opowieści…

    Na hasło w krzyżówce: „Robotnicy, Róża” odpowiedź nie musi brzmieć: „Luksemburg”. Może być nią Paulina Jaricot, osoba równie bliska lyońskim pracownicom i grupom, których dewiza brzmi: „Różaniec? Stanowczo odmawiam”. Jej pomysł był genialny w swej prostocie. „Piętnaście węgli: jeden płonie, trzy lub cztery tlą się zaledwie, pozostałe są zimne. Ale zbierzcie je razem, a wybuchną ogniem”.

    Nigdy się nie zawiodłam

    – Z Różańcem zaprzyjaźniłam się dwadzieścia lat temu, gdy poznałam orędzie fatimskie, ale odmawiałam go nieregularnie – opowiada Katarzyna Błotny. – Kilka lat temu poszłam na Mszę do swego parafialnego kościoła na katowickim Wełnowcu i zdziwiona zauważyłam, że w prezbiterium śpiewa Henryk Czich, jeden z założycieli popularnej grupy Universe. Miał wiaderko z różami i zachęcał do przystąpienia do tej formy modlitwy. Poszłam po jedną różę i… od czterech lat odmawiam codziennie swoją dziesiątkę. Zawsze, gdy czuję się bezsilna, chwytam za różaniec. Nigdy jeszcze się nie zawiodłam…

    Sam wokalista Universe opowiada: „Wybrałem Jezusa na Pana i Zbawiciela w 2007 roku, w czasie kursu Filip prowadzonego przez gliwicką Szkołę Nowej Ewangelizacji. Pan Bóg przestał być tylko Kimś, w kogo powinno się wierzyć, ale stał się mi bliski. Wyciągnąłem z szafki dawno nieużywane Pismo Święte i bardzo dotknęły mnie słowa: »Otwórz moje wargi, Panie, a usta moje będą głosić Twoją chwałę«. Tej nocy długo nie mogłem zasnąć”.

    Grupy Żywego Różańca istnieją w większości polskich parafii. Ile osób zrzeszają, Pan Bóg raczy wiedzieć… Ponieważ każda grupa jest jednostką autonomiczną i nie łączy się z innymi w struktury, nie można stworzyć bazy danych. Może i dobrze… Nad Wisłą obowiązuje zatwierdzony przez Prymasa Tysiąclecia Ceremoniał Żywego Różańca, opracowany w roku 1977 przez dominikanina Szymona Niezgodę. Odkąd świętujący ćwierćwiecze pontyfikatu Jan Paweł II w liście ­Rosarium Virginis Mariae wprowadził tajemnice światła, w grupie modli się nie piętnaście, jak na początku dzieła, ale dwadzieścia osób.

    Wiem, że Ty wiesz

    – Staram się upolować wolną chwilę już od rana. Najlepsze są dyżury w szkole – uśmiecha się Milena Żak, nauczycielka. – Do intencji za moje dzieci, o to, by nie pogubiły się w życiu i odnalazły swą relację z Jezusem, dorzucam chrześniaków, uczniów… Dorzucam też tych, którzy przyjdą mi tego dnia na myśl. Wybiegam także w przyszłość, bo już dziś modlę się za przyszłych małżonków moich dzieci. Rozpoczynam od przedstawienia intencji, które Pan Bóg zna już na pamięć. (śmiech) Mówię Mu jednak: „Ja wiem, że Ty wiesz, ale mi to pomaga, że Ci o tym opowiem”.

    – W parafii Ducha Świętego w Siemianowicach Śląskich działa prężnie róża różańcowa rodziców. Ludzie wpisywali na listę imiona dzieci, wnuków, chrześniaków – opowiada Beata Górny. – Weszłam w to, bo szukałam konkretu, modlitwy, która będzie dla mnie zobowiązaniem. Dotąd modliłam nieregularnie, a dzięki róży muszę wygospodarować na modlitwę czas, pilnować tego – i bardzo mi to pomaga. Co więcej mogę dać dzieciom, które polecam Bogu? Wierzę, że w tych pełnych zawirowań czasach uchronił je już od wielu niebezpieczeństw, że są w najlepszych rękach. Raz w miesiącu w parafii są odprawiane Msze w intencji róż różańcowych i widać wówczas, jak wiele osób zaangażowanych jest w to dzieło!

    Jeden za drugiego

    – Gdy trafiłem do Bytomia, nie było tu żadnych wspólnot – opowiadał mi przed laty Rafał Kogut, franciszkanin. – Zaczęliśmy od powołania wspólnoty Żywego Różańca. Dlaczego? Zależało mi na tym, by ludzie modlili się za parafię.

    – Przez lata miałam problemy z Różańcem, odmawianie go sprawiało mi sporą trudność, więc dołączenie do róży było dla mnie wyzwaniem – mówi Aleksandra Nowojska z Siemianowic Śląskich. – Zaryzykowałam, bo napędzała mnie myśl, że nie tylko ja sama będę modliła się za moje dzieci, ale otoczy je modlitwa całej grupy. I to do końca ich życia! Zachwyciła mnie ta zasada naczyń połączonych, ludzi, którzy wzajemnie sobie błogosławią. Swą małą cegiełkę dokładam do tego zawsze rano, gdy tylko wstanę…

    Pół godziny nikogo nie zbawi

    Kończy się majowe i większość ludzi wychodzi z kościoła. Na Eucharystii pozostaje jedynie część wiernych. Z jednej strony świadczy to o tym, że piękne maryjne nabożeństwa są wciąż nad Wisłą niezwykle popularne, a z drugiej rodzi się pytanie, czy właściwie rozłożyliśmy akcenty. Hitem stał się lapsus językowy jednego z proboszczów, który rzucił: „Po Różańcu będzie Msza Święta. Zostańcie, te pół godziny nikogo nie zbawi!”.

    Różaniec jest mi bliski. Nie rozumiem jednak tych, którzy opowiadają o tym, jak łatwą jest modlitwą. – To jest bardzo trudna modlitwa – mówił mi o. Joachim Badeni. – Ona jest łatwa jedynie na poziomie najniższym. To dotyczy ludzi prostych, bez wykształcenia. Natomiast jeśli przyjdzie ktoś, kto się zajmuje naukowo np. hodowlą mrówek, to to całe różańcowe mówienie może mu przeszkadzać w myśleniu. On woli myśleć: nawet jeśli nie o tych swoich mrówkach, to o Matce Boskiej. I twierdzi, że tam, gdzie jest miłość, mówienie nie jest potrzebne. Milcząca miłość matki jest bardziej wymowna niż tłumaczenie dziecku, że się je kocha. Ludzie wykształceni boją się gadania. A można zagadać Matkę Boską! Człowiek potrafi właściwie w tej dziedzinie wszystko. Naukowiec boi się właśnie takiego zagadania i… przeżywa kryzys Różańca. Co zrobić? Wchodzić stopniowo w życie Maryi i Jezusa, a po pewnym czasie te tajemnice rodzą się we mnie. Do tego dojdzie i intelektualista, i prosty człowiek. Myślę, że gdybym był jednym z asysty dworu Pana Zastępów, to usłyszałbym: „Mnie się podoba modlitwa, w której jest mowa o Matce Mego Syna. I tę modlitwę obdarzę licznymi łaskami”. Tak to sobie wyobrażam.

    Róża zamiast kołysanki?

    Masz problemy z zasypianiem? Zapisz się do róży różańcowej i modlitwę odłóż na ostatnią chwilę dnia. Nic tak nie usypia jak zdrowaśki – taką „złotą radę” dostałem od osób zaangażowanych w dzieło. Cytując klasyka: nie idźcie tą drogą.

    Członkowie Żywego Różańca zgodnym chórkiem opowiadają, że najtrudniejsze są wierność i systematyczność. Wielu z nich bliska staje się opowieść Teresy z Lisieux, która wyznawała: „Odmawianie Różańca kosztuje mnie więcej niż używanie narzędzi pokutnych. Czuję, że tak źle go odmawiam! Nie mogę skupić myśli”.

    – Dlaczego modlę się w róży? Bo wierzę w słowa z listu św. Jakuba: „Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego” – opowiada Agnieszka Skarecka. – Czasami mam wrażenie, że dla współczesnego świata hasło: „Mogę się za ciebie pomodlić” jest wyrazem bezradności. Wierzę w to, że modlitwa za mojego męża naprawdę przynosi mu błogosławieństwo.

    – Jestem przekonany, że Żywy Różaniec to najpotężniejszy i jednocześnie najbardziej wykpiwany ruch w Kościele – twierdzi ks. dr Grzegorz Wita z Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Śląskiego. – Geniusz Pauliny Jaricot polegał na tym, że idealnie wpisała się w społeczny i historyczny klimat epoki. Pomysł był oddolny (to niezmiernie istotne! To nie była akcja odgórnie narzucona przez episkopat!). Schemat jest prosty: zapraszam do róży tych, którym ufam. Trochę kojarzy mi się to z budowaniem siatki konspiracyjnej. „Swoi” znają „swoich”. Zaufanie, zgrany team plus konkretna intencja to elementy scalające wspólnotę.

    To nie handel!

    Nie chcę przytaczać świadectw o tym, „co można wymodlić w róży”. Nie po to stworzono to dzieło. To nie rodzaj handlu: dziesiątka za usługę. Pracujący na Wschodzie oblat o. Andrzej Madej opowiadał: – W wielu kościołach zauważam tablice: „W tym miejscu Pan Bóg wysłuchał mojej prośby”, ale jeszcze nigdy nie widziałem tablicy: „Tu ja posłuchałem Pana Boga”. A byłby to nie mniejszy cud!

    Róże różańcowe to odpowiedź na zaproszenie do wiernej modlitwy. Lekcja słuchania.

    – Modlę się w intencjach, które proponuje Kościół, które są przypisane na dany miesiąc – mówi Mariusz Wolnik (prowadzi firmę na Górnym Śląsku). – Do róży należę razem żoną. Ja modlę się najczęściej w samochodzie, bo nie chcę zostawiać tej modlitwy na koniec dnia…

    „Lubimy dania z mikrofalówki, a Pan Bóg woli marynaty”. Róże różańcowe doskonale wiedzą, co „poeta miał na myśli”, nauczając: „Wytrwajcie w miłości mojej”. Słowo to nosi przecież w sobie pewną decyzję, determinację, zmaganie z przeciwnościami. Paulina Jaricot stawiała na wierność. – Dla mnie – podsumowuje Agnieszka Skamrot, nauczycielka z Warszawy – modlitwa w ramach róży różańcowej jest najbardziej niepozorną, a jednocześnie najpotężniejszą bronią. •

    Marcin Jakimowicz/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ____________

    CZWARTEK – 16 CZERWCA

    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA – GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    Samplefot. Piotr Tumidajski/kai

    ***

    Boże Ciało to jedno z głównych świąt obchodzonych w Kościele katolickim. Choć świadomość niezwykłego cudu przemiany konsekrowanego chleba i wina w rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa towarzyszyła wiernym od początku chrześcijaństwa, jednak trzeba było czekać aż dziesięć stuleci zanim zewnętrzne przejawy tego kultu powstały i zadomowiły się w Kościele. Data Bożego Ciała nie jest stała, dlatego święto to rokrocznie może wypadać w różnych terminach. Zawsze jednak jest to czwartek po święcie Trójcy Świętej. W tym roku ten dzień przypada w czwartek, 16 czerwca.

    Początek tradycji obchodzenia święta Bożego Ciała sięga XIII wieku. U progu tego stulecia – na Soborze Laterańskim IV (1215) – w Kościele katolickim przyjęto dogmat o transsubstancjacji, czyli przemianie substancji chleba i wina, w ciało i krew Chrystusa z zachowaniem ich naturalnych przypadłości takich jak smak, wygląd, forma, itp. Wiązało się to z coraz mocniejszymi wpływami filozofii greckiej oraz tradycji scholastycznej w teologii Kościoła zachodniego.

    Wraz z ogłoszeniem dogmatu, wzrosło zainteresowanie kultem Eucharystii, która przestawała być jedynie elementem liturgii, lecz coraz mocniej postrzegana była jako dowód na trwałą obecność Chrystusa na Ziemi. Święto eucharystyczne przypadało w tym okresie zwyczajowo w Wielki Czwartek, w czasie, którego – zgodnie z tradycją ewangeliczną – Jezus po raz pierwszy dokonał przemiany chleba i wina w swoje Ciało i Krew.

    Bezpośrednią przyczyną ustanowienia uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa były objawienia bł. Julianny z Cornillon. Około 1207 r., jako szesnastoletnia dziewczyna, przeżyła pierwsze widzenia, choć były one jeszcze mgliste i niezrozumiałe. Zgodnie z tradycją hagiograficzną, dopiero kilkanaście lat później, w 1245 roku, św. Juliannie ukazać miał się Chrystus, który w widzeniu domagał się ustanowienia święta Eucharystii na pierwszy czwartek po święcie Trójcy Przenajświętszej. Pod wpływem tych objawień bp Robert ustanowił w 1246 r. święto Bożego Ciała, początkowo dla diecezji Liege oraz zainaugurował pierwszą procesję eucharystyczną ulicami miasta.

    Wkrótce zaczęto jednak wysuwać przeciwko Juliannie oskarżenia o herezję, a decyzję o wprowadzeniu święta Bożego Ciała w diecezji Liege, uznano za przedwczesną. Zarzuty te spowodowały, że święto przestało być obchodzone.

    Sprawa święta Eucharystii nie została jednak zapomniana. Problemem tym zajął się późniejszy biskup Verdun, a od 1261 papież Urban IV. Do ostatecznego uznania święta Bożego Ciała za ogólnokościelne, papieża tego skłonił jednak dopiero cud eucharystyczny, jaki miał miejsce w Bolsenie (w środkowych Włoszech) w 1263 roku. W czasie jednej z Mszy św., podczas przemienienia, odprawiający kapłan zauważyć miał, że z konsekrowanej hostii zaczynały spadać krople krwi. Poplamiona krwią chusta została przesłana papieżowi, który w tym czasie przebywał w Orvieto w Umbrii. Urban IV umieścił relikwię w tutejszej katedrze, a pod wpływem fascynacji cudem rozpoczął aktywne starania, których celem miało być ustanowienia święta Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa.

    Ułożenie liturgii i tekstów odczytywanych w czasie święta, papież zlecić miał samemu św. Tomaszowi z Akwinu, który na tę okazję stworzył jeden z najpiękniejszych hymnów kościelnych pt. „Pange lingua”.

    11 sierpnia 1264 r. Urban IV ogłosił bullę „Transiturus de hoc mundo”, na mocy której Boże Ciało stało się świętem całego Kościoła. Śmierć papieża przeszkodziła jednak ogłoszeniu bulli. Dokonał tego papież Jan XXII (w 1334 r.), natomiast papież Bonifacy IX polecił w 1391 r. wprowadzić święto Bożego Ciała wszędzie tam, gdzie jeszcze nie było ono obchodzone.

    W Polsce jako pierwszy wprowadził to święto bp Nankier w 1320 r. w diecezji krakowskiej, natomiast w Kościele unickim – synod zamojski w 1720 r. W Kościele katolickim w Polsce pod koniec XIV w. święto Bożego Ciała było obchodzone już we wszystkich diecezjach. Było ono zawsze zaliczane do świąt głównych. Od końca XV w. przy okazji tego święta udzielano błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem.

    Prawdziwa obecność Chrystusa w Eucharystii

    Kościół od samego początku głosił wiarę w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Chrystus ustanowił Najświętszy Sakrament przy Ostatniej Wieczerzy. Opisali to trzej Ewangeliści: Mateusz, Marek i Łukasz oraz i św. Paweł Apostoł. Prawdziwa i rzeczywista obecność Jezusa Chrystusa pod postaciami chleba i wina opiera się według nauki Kościoła na słowie Jezusa: „To jest Ciało moje … To jest krew moja” (Mk 14,22.24).

    Nowy Katechizm Kościoła Katolickiego mówi, iż „sposób obecności Chrystusa pod postaciami eucharystycznymi jest wyjątkowy… W Najświętszym Sakramencie Eucharystii są zawarte prawdziwie, rzeczywiście i substancjalnie Ciało i Krew wraz z duszą i Bóstwem Pana naszego Jezusa Chrystusa, a więc cały Chrystus.” (KKK 1374).

    Kult Najświętszego Sakramentu

    Od XVI w. przyjęła się w Kościele katolickim praktyka 40-godzinnej adoracji Najświętszego Sakramentu. Praktykę tę wprowadził do Mediolanu św. Karol Boromeusz w 1520 r. Dzisiaj praktyka ta jest obecna w całym Kościele katolickim. Zostały założone nawet specjalne zakony, których głównym celem jest nieustanna adoracja Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. W Polsce istnieją trzy zakony od wieczystej adoracji: benedyktynki-sakramentki, franciszkanki od Najświętszego Sakramentu i eucharystki.

    Procesje

    Procesje eucharystyczne w dniu Bożego Ciała wprowadzono później niż samo święto. Pierwszym śladem ich istnienia jest wzmianka o uroczystej procesji przed sumą w Kolonii w latach 1265-75. Podczas procesji niesiono krzyż z Najświętszym Sakramentem. W ten sposób nawiązywano do dawnego zwyczaju zabierania w podróż Eucharystii dla ochrony przed niebezpieczeństwami.

    W XV w. procesje eucharystyczne odprawiano w całych Niemczech, Anglii, Francji, północnych Włoszech i Polsce. W Niemczech procesję w uroczystość Bożego Ciała łączono z procesją błagalną o odwrócenie nieszczęść i dobrą pogodę, dlatego przy czterech ołtarzach śpiewano początkowe teksty Ewangelii i udzielano uroczystego błogosławieństwa. W Polsce zwyczaj ten wszedł do „Rytuału piotrkowskiego” z 1631 r. Rzymskie przepisy procesji zawarte w „Caeremoniale episcoporum” (1600 r.) i „Rituale romanum” (1614 r.) przewidywały jedynie przejście z Najświętszym Sakramentem bez zatrzymywania się i błogosławieństwo eucharystyczne na zakończenie.

    Procesję odprawiano z wielkim przepychem od początku jej wprowadzenia. Od czasu zakwestionowania tych praktyk przez reformację, udział w procesji traktowano jako publiczne wyznanie wiary.

    W Polsce od czasów rozbiorów z udziałem w procesji łączyła się w świadomości wiernych manifestacja przynależności narodowej. Po II wojnie światowej procesje w czasie Bożego Ciała były znakiem jedności narodu i wiary. Z tej racji ateistyczne władze państwowe niejednokrotnie zakazywały procesji urządzanych ulicami miast.

    Konferencja Episkopatu Polski zmodyfikowała 17 lutego 1967 r. obrzędy procesji Bożego Ciała, wprowadzając w całej Polsce nowe modlitwy przy każdym ołtarzu oraz czytania Ewangelii tematycznie związane z Eucharystią.

    W tym roku, po ograniczeniach związanych z czasem pandemii, na ulice polskich miast wracają w pełnym wymiarze tzw. centralne procesje, organizowane w stolicach diecezji z udziałem biskupa, duchowieństwa i wiernych.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    PIĄTEK 17 CZERWCA

    GODZ. 17.00sprzątanie kościoła św. Piotra (trzeci piątek każdego miesiąca).

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA 18 CZERWCA

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA Z NIEDZIELI

    PO MSZY ŚW. – KORONKA DO MATKI BOLESNEJ

    KOLEJNE NABOŻEŃSTWO DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ BĘDZIE 9 LIPCA – W DRUGĄ SOBOTĘ MIESIĄCA

    This image has an empty alt attribute; its file name is 50900.jpg
    fragment figury Matki Bożej Bolesnej

    ***


    MODLITWA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ

              
    Matko Bolesna stojąca pod krzyżem, naucz nas trwać mężnie przy cierpiących i współcierpieć z nimi, jak Ty na Kalwarii. Matko Ukrzyżowanego i Matko wszystkich ludzi, oddawaj Ojcu Niebieskiemu ludzkie cierpienia, tak jak ofiarowałaś Mękę Twego Syna i swój ból matczyny. Ucz swoje dzieci przyjmować z gotowością każdą wolę Bożą, w cierpieniu zachować ufność, znosić je mężnie w zjednoczeniu z Chrystusem i ofiarowywać je z miłością dla zbawienia świata. Matko Bolesna, pomóż nam i wszystkim ludziom udręczonym, odkrywać w cierpieniu głęboki sens. Uproś, aby cierpienia chrześcijan stały się wynagrodzeniem Bogu za grzechy świata
    i przyczyniły się do jego zbawienia. Amen.

    KORONKA (RÓŻANIEC) DO SIEDMIU BOLEŚCI MATKI BOSKIEJ  

       
    Koronka (Różaniec) do Siedmiu Boleści Matki Bożej składa się z siedmiu tajemnic, w których rozważamy najboleśniejsze momenty z życia Matki Bożej. Rozważając te tajemnice w szczególny sposób czcimy Matkę Bożą Bolesną i upraszamy dla siebie i bliźnich potrzebne łaski w tym życiu, a zwłaszcza w godzinę naszej śmierci.            

    W Imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.


    Modlitwa wstępna
    :

    Mój Boże, ofiarowuję Ci ten różaniec na cześć siedmiu boleści Maryi, na Twoją większą chwałę, moje nawrócenie i nawrócenie wszystkich ludzi na wiarę w Twego umiłowanego Syna, Jezusa Chrystusa- nasze zbawienie i naszą jedyną drogę do Ciebie, w jedności z Duchem Świętym, na wieki wieków. Amen!
    Ku Tobie Święta Matko wznosimy serca swoje, aby współczuć w Boleściach Twoich.

    BOLEŚĆ I – Proroctwo Symeona

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść, która przeszyła Serce Twoje, gdyś słyszała prorocze słowa starca Symeona o Męce Jezusa, Syna Twojego, racz nam wyjednać łaskę uświęcenia naszego życia i cierpliwego znoszenia cierpień i przeciwności.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ II – Ucieczka do Egiptu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść Twoją, której doznałaś uciekając z Synem Twoim przed Herodem do Egiptu, uproś nam łaskę wiernego poddania się Woli Bożej we wszystkim co nas spotyka.


    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ III – Szukanie Jezusa

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś szukając zgubionego Jezusa, uproś nam łaskę, abyśmy nigdy Go nie utracili. Tym, którzy zgubili Jezusa, na grzesznych drogach swojego życia dopomóż Go odnaleźć w Sakramentach Świętych.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ IV – Spotkanie z Synem na drodze Krzyżowej

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś spotkawszy Jezusa na drodze Krzyżowej, gdy na Swoich Ramionach dźwigał grzechy moje i całej ludzkości, uproś nam łaskę, abyśmy już nigdy nie obarczali Jezusa najmniejszymi grzechami. Prosimy Cie o łaskę miłości do Krzyża oraz cierpliwości i wytrwałości w niesieniu codziennych krzyży całego naszego życia dla ratowania dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ V – Śmierć Pana Jezusa na Krzyżu

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść jaką przeżyłaś u stóp Krzyża patrząc na Mękę i śmierć Twojego Syna, uproś nam łaskę szczerego żalu i pokuty oraz nawrócenie zatwardziałych grzeszników, szczególnie konających i Łaskę Miłosierdzia Bożego dla świata całego.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…      

    BOLEŚĆ VI – Maryja trzyma martwe Ciało Syna

    Matko Najboleśniejsza! Przez łzy, którymi obmywałaś Rany Jezusa złożonego w Twoich Ramionach oraz przez Twoje Matczyne i Krwawe łzy, które wylewasz nad całą grzeszną ludzkością stojącą w obliczu zagłady, prosimy Cię, ratuj dusze idące na potępienie, ratuj dusze w czyśćcu cierpiące, ratuj zagrożoną młodzież i nasze rodziny. Dla pocieszenia Twojego Zbolałego Serca i otarcia Twoich Łez ofiarujemy Ci Maryjo nasze serca, cierpienia, ofiary, łzy i modlitwy i całe nasze życie w ofierze miłości dla ratowania zagubionych dusz.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    BOLEŚĆ VII – Złożenie Jezusa W Grobie

    Matko Najboleśniejsza! Przez Boleść rozstania z Jezusem złożonym w grobie, uproś nam łaskę, aby umarły w nas wszystkie złe skłonności i przywiązania do grzechu. Abyśmy żyli w świętości i miłości dla Chwały Bożej i ratowania dusz, przez Chrystusa i z Chrystusem, a po śmierci osiągnęli życie wieczne.

    1 Ojcze nasz…7 Zdrowaś Maryjo…1 Chwała Ojcu…

    Modlitwa na zakończenie: 

    O Święta Matko, którą Wszechmogący Bóg wybrał na Matkę Odkupiciela świata i upodobnił w cierpieniach do Swego Syna Ukrzyżowanego, niech boleść Twoja pobudzi nas do miłości Jezusa i Ciebie. O Królowo Męczenników, udziel nam podobnej cierpliwości i męstwa w znoszeniu cierpień z jakimi Ty stałaś pod krzyżem, Syna Twego. Amen.

    Na uczczenie łez, które Najświętsza Maryja Panna przy tych tajemnicach wylała oraz na uproszenie łaski odpustu przypisanego do tej modlitwy odmówmy 3 razy: Zdrowaś Maryjo…
    Wieczny odpoczynek racz zmarłym dać Panie…
    

    LITANIA DO MATKI BOŻEJ BOLESNEJ


    Kyrie eleison! Chryste eleison! Kyrie eleison!
    Chryste, usłysz nas! Chryste, wysłuchaj nas!
    Ojcze z nieba, Boże, zmiłuj się nad nami
    Synu, Odkupicielu świata, Boże zmiłuj się nad nami
    Duchu Święty, Boże zmiłuj się nad nami
    Święta Trójco, Jedyny Boże zmiłuj się nad nami

    Święta Maryjo, módl się za nami.
    Święta Boża Rodzicielko
    Święta Panno nad pannami
    Matko męki krzyżowe Twego Syna cierpiąca
    Matko Bolesna
    Matko płacząca
    Matko żałosna
    Matko opuszczona
    Matko stroskana
    Matko mieczem przeszyta
    Matko w smutku pogrążona
    Matko trwogą przerażona
    Matko sercem do krzyża przybita
    Matko najsmutniejsza
    Krynico łez obfitych
    Opoko stałości
    Nadziejo opuszczonych
    Tarczo uciśnionych
    Wspomożenie wiernych
    Lekarko chorych
    Umocnienie słabych
    Ucieczko umierających
    Korono Męczenników
    Światło Wyznawców
    Perło panieńska
    Radości Świętych Pańskich

    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Panie.
    Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami.

    Módlmy się: Boże, Ty sprawiłeś, że obok Twojego Syna, wywyższonego na krzyżu, stała współcierpiąca Matka, daj, aby Twój Kościół uczestniczył razem z Maryją w męce Chrystusa i zasłużył na udział w Jego zmartwychwstaniu. Który z Tobą żyje i króluje, w jedności Ducha Świętego, Bóg przez wszystkie wieki wieków. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    BOŻA MATKA BOLEŚCIWA

    Radków
    fot. Jan Nitecki/Radków/Tygodnik Niedziela

    ***

    Pannę Maryję nazywamy Najświętszą Panną. Nazwa ta odnosi się raczej do Jej obecnego stanu w niebie, bo gdy wyobrażamy Ją sobie żyjącą na ziemi, to najlepiej odpowiada Jej nazwa Matki Boskiej Bolesnej. To zupełnie zrozumiałe: cierpienie Chrystusa musiało odbić się na Maryi, przecież Ona była Mu najbliższą. Jeśli wichura złamie drzewo, to zniszczyć potrafi i kwiaty. Jeśli cierpiał Chrystus, to cierpiała i Maryja.

    Zwykle mówi się o siedmiu boleściach Najświętszej Panny, o jakich?

    1. Pierwsza boleść spotkała Ją jeszcze przed narodzeniem Pana Jezusa, kiedy musiała wyjść za mąż za Józefa i porzucić świątynię, przy której postanowiła spędzić całe życie na służbie Bożej. Dużo bólu kosztowała Ją ta decyzja, ale wykonała ją zgodnie z wolą Bożą.

    2. Druga boleść była dotkliwsza. Św. Józef z początku nie wiedział, że Bóg w cudowny sposób chce zesłać Swojego Syna na świat. Był zaskoczony niewytłumaczonym macierzyństwem Najświętszej Panny i postanowił z Nią zerwać. Możemy sobie wyobrazić, jak ten moralny cios dotknął Maryję!

    3. Niedługo potem nawiedza Ją nowy ból, oto szuka schronienia w świętą noc i nie znajduje go, idzie więc do zimnej groty pasterskiej, by tam wydać na świat Zbawiciela!…

    4. Czterdziestego dnia po Narodzeniu Chrystusa idzie do świątyni, by Go ofiarować Bogu, a tam stary Symeon przepowiada, że smutna przyszłość Ją czeka, miecz boleści przeszyje Jej duszę (Łk 2,35). Jaki smutek owładnął duszą Maryi po słowach Symeona! Bolesną jest rana fizyczna, ale stokroć bardziej boli rana zadana duszy. Słowa Symeona zraniły do głębi duszę Maryi i ciążyły nad Nią te koszmarne chmury smutku. Są słowa, które całe życie pamiętamy. Człowiek nie może zapomnieć ostatnich słów kochanych osób. Pamiętamy przestrogi konającego ojca, matki. Słowa Symeona tak głęboko utkwiły w sercu Maryi, że nie dawały Jej spokoju. Karmiąc małego Jezusa pamiętała, że chowa Go na mękę, na śmierć, że duszę Jej przeszyje miecz boleści.

    Wyobrażam sobie dom Nazaretański, pełen smutnego wyczekiwania śmierci Chrystusowej. Krajało się z bólu serce Maryi, kiedy słuchała w świątyni słów Izajasza proroka o mękach Zbawiciela, że będzie „mężem boleści”, „ubity”, „jako trędowaty” „uniżony”, „wzgardzony”, że przebiją Jego ręce i nogi… Wiadomości te musiały bardzo zasmucać serce Najświętszej Panny.

    5. Matka Boska przeżyła wiele utrapień, niedostatku i boleści w czasie ucieczki do Egiptu.

    6. Niedługo potem musiała się rozstać na pewien czas z 12-letnim Jezusem i z niepokojem szukać Go; było to jakby przygotowanie do rozstania się z Jezusem, skazanym na śmierć. Maryja chcąc zbliżyć się do nas, musiała przeżyć największe cierpienie: rozstać się ze Swym Synem.

    7. Był to największy ból, jakiego doznała Maryja. Pewnego dnia usłyszała smutną nowinę, że Judasz wydał Chrystusa, że żołdactwo z rozkazu przełożonych świątyni uwięziło Go, że Piotr się Go wyparł. Słyszała złowrogie okrzyki rozjuszonego tłumu — ukrzyżuj Go!… widziała Swego najukochańszego Syna biczowanego, w cierniowej koronie. Teraz rozumiemy dlaczego Kościół katolicki nazywa Najświętszą Pannę „Matką Bolesną”, „Królową Męczenników”, bo męką i cierpieniem duchowym przeżyła wszystkie boleści, jakie mogą spotkać człowieka. Chrystusa skazali na śmierć. Włożono Mu ciężki krzyż na ramiona. Pochód ruszył, słychać urągania, szyderstwa, potwarze. Chrystus ledwie idzie pod ciężarem krzyża.

    Na rogu jednej ulicy zachodzi wzruszająca scena, którą by się przejęli na pewno wrogowie Chrystusa, gdyby ich nie zaślepiała nienawiść. Tłum rozstąpił się, a przed skrwawionym Chrystusem stanęła Marja! Napróżno Ją wstrzymywali krewni, znajomi – koniecznie chciała widzieć Swego ukochanego Syna. Było to smutne spotkanie! „Im większa, miłość, tym głębszy ból” – mówi św. Augustyn.

    Im większa miłość! Czy może istnieć miłość macierzyńska, która by dorównała miłości Maryi? Kto znał tak dobrze Chrystusa, jak Ona? Dobrze wiedziała, kim jest Chrystus: że jest Synem Bożym bez grzechu, pełen doskonałości, mądrości, dobroci, miłości. A teraz na śmierć Go prowadzą!

    Nastąpiło ukrzyżowanie, śmierć i pogrzeb. Najświętsza Panna przez cierpienia musiała Sobie wysłużyć zasługi wobec Boga… dusza Jej, lgnąc do strasznego drzewa krzyża, godziła się z wolą Bożą. Co wycierpiała Maryja pod krzyżem, tego język ludzki nie jest w stanie wyrazić. Co przeżywała, kiedy Syn Jej konał, kiedy Go zdjęto z krzyża i umieszczono na Jej łonie! Św. Hieronim mówi, że tyle dostała ran, ile miał Chrystus na Swym ciele. Ból ten można opisać tylko słowami Pisma Świętego: „Wielkie jest jako morze skruszenie Twoje” (Lm 2, 13). Kiedyś śpiewałaś Magnificat – a teraz smucisz się i bolejesz? Smutną jesteś, bo  na wskroś przeszyta jest Twoja dusza. Słusznie możesz powiedzieć o Sobie słowami Noemi: „Nie nazywajcie Mię Noemi (to jest piękna), ale Mię zwijcie Mara (to jest gorzka), bo Mię gorzkością wielką napełnił Wszechmogący” (Rt 1,20). „Wy wszyscy, którzy idziecie przez drogę obaczcie i przypatrzcie się, jeśli jest boleść, jako boleść Moja?” (Lm 1 12).

    bp dr Tihamer Toth, Wierzę w Jezusa Chrystusa, Kraków 1934, s. 275-278

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Eucharystia. Jedyne lekarstwo na śmierć

    Eucharystia. Jedyne lekarstwo na śmierć
    fot. via: Pixabay (norbert47)

    ***

    Eucharystyczny cud w Sokółce, tak jak i inne eucharystyczne cuda, które miały miejsce w historii Kościoła, są znakiem szczególnego objawienia się wszechmocy Boga, który wzywa nas do nawrócenia się, a równocześnie wychowuje nas i edukuje.

    Poprzez nadzwyczajne znaki, jakimi są cuda eucharystyczne, Chrystus potwierdza, że w Eucharystii uobecnia się Jego męka, śmierć i zmartwychwstanie, że pod postaciami chleba i wina jest rzeczywiście obecny w swoim zmartwychwstałym, uwielbionym człowieczeństwie.

    SERCE JEZUSA

    Zestawmy wyniki naukowych badań trzech najbardziej znanych cudów eucharystycznych.

    Podczas Cudu Eucharystycznego w Buenos Aires (1996 r.) konsekrowana Hostia, która była sprofanowana przez nieznanych sprawców, również zamieniła się w mięsień ludzkiego serca. Stwierdzili to w 1999 r. amerykańscy naukowcy w Nowym Jorku pod kierunkiem prof. F. Zugibego, znanego kardiologa i patologa medycyny sądowej.

    Badając przesłaną z Buenos Aires próbkę, nowojorscy naukowcy nie wiedzieli, skąd została ona wzięta. Stwierdzili, że badany materiał jest fragmentem mięśnia sercowego, znajdującego się w ścianie lewej komory serca, z okolicy zastawek. Jest on w stanie zapalnym i znajduje się w nim wiele białych ciałek, co wskazuje na fakt, że serce żyło w chwili pobierania z niego wycinka.

    Ponieważ białe ciałka wniknęły w tkankę, wskazuje to na fakt, że to serce cierpiało – jak na przykład  u kogoś, kto był ciężko bity w okolicach klatki piersiowej.

    Jeden z najsłynniejszych cudów eucharystycznych miał miejsce w VIII w. w Lanciano we Włoszech. Bazyliański mnich podczas odprawiania Mszy św. miał wątpliwości, czy w czasie konsekracji chleb rzeczywiście staje się Ciałem Chrystusa, a wino Jego Krwią. Gdy wymawiał słowa konsekracji, chleb zamienił się w Ciało, a wino w Krew, i to w taki sposób, że można było to stwierdzić ludzkimi zmysłami.

    18 listopada 1970 r. papież Paweł  VI zlecił grupie włoskich naukowców szczegółowe badania tych świętych postaci eucharystycznych.

    Zakończone 4 marca 1971 r. wyniki naukowych ekspertyz potwierdziły przekaz tradycji. Z naukowego punktu widzenia w cudownej Hostii jest kompletne ludzkie serce. Są w nim obecne wszystkie elementy, które je tworzą.

    Badania wykazały, że to serce jest zasuszone, bez żadnych śladów cięcia, a w środku tkanek są żywe białka.

    Zachowało się również pięć bryłek skrzepniętej krwi. Badania wykazały, że jest to prawdziwa ludzka krew grupy AB.

    Tę samą grupę krwi znaleziono na Całunie Turyńskim – płótnie grobowym, w które było zawinięte po śmierci ciało Jezusa i na którym znajduje się Jego odbicie w fotograficznym negatywie.

    W 1976 r. lekarze wydelegowani przez ONZ chcieli zweryfikować badania naukowców włoskich z 1971 r. Pobrali próbki Ciała i Krwi z postaci eucharystycznego cudu z Lanciano i przebadali je.

    Wyniki ich badań potwierdziły naukowe ekspertyzy lekarzy włoskich z 1971 r.

    W Sokółce większa część przenajświętszej Hostii przemieniła się w mięsień ludzkiego serca, będącego w stanie agonii i bardzo cierpiącego. Struktura włókien mięśnia sercowego jest tak ściśle zintegrowana ze strukturą opłatka, iż całkowicie wykluczona jest jakakolwiek ingerencja ze strony człowieka.

    CÓŻ WIĘKSZEGO JEZUS MÓGŁ UCZYNIĆ DLA NAS?

    Poprzez nadzwyczajne znaki, jakimi są cuda eucharystyczne,  Chrystus w sposób jasny i jednoznaczny pragnie na nowo uświadomić nam, że podczas sprawowania Eucharystii staje się obecny cały dramat Jego męki, śmierci i zmartwychwstania. W ten sposób każdy człowiek może uczestniczyć w zwycięstwie Chrystusa nad śmiercią, szatanem i grzechem.

    „Cóż większego Jezus mógł uczynić dla nas? Prawdziwie, w Eucharystii objawia nam miłość, która posuwa się »aż do końca« (por. J 13,1)  – miłość, która nie zna miary” (EE 11).

    Eucharystia jest sakramentalnym uobecnieniem męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa.

    „Jest ofiarą Krzyża, która trwa przez wieki, (…) gdy Kościół sprawuje Eucharystię – pisze św. Jan Paweł II – pamiątka śmierci i zmartwychwstania swojego Pana, to centralne wydarzenie zbawienia staje się rzeczywiście obecne i »dokonuje się dzieło naszego Odkupienia«” (EE 11).

    Nie ogranicza się ono do przeszłości, dlatego że

    „to, kim Chrystus jest, to, co uczynił i co wycierpiał dla wszystkich ludzi, uczestniczy w wieczności Bożej, przekracza wszelkie czasy i jest w nich stale obecne” (EE 11).

    W Bogu jest ciągłe „teraz”, nie ma przeszłości i przyszłości. Dlatego Jezus Chrystus jako prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek wziął z historii każdego człowieka wszystkie cierpienia i grzechy, doświadczył konsekwencji grzechów wszystkich ludzi w czasie swojej męki i śmierci na krzyżu.

    W tym doświadczeniu największego zła On, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, powierzył oraz ofiarował siebie i wszystkich ludzi Bogu Ojcu. Święty Jan Paweł II podkreśla, że

    „jest to tajemnica »ofiary, którą Ojciec przyjął, odwzajemniając bezgraniczne oddanie swego Syna, kiedy Ten stał się posłuszny aż do śmierci (por. Flp 2,8), swoim Ojcowskim oddaniem — a był to dar nowego Życia nieśmiertelnego w zmartwychwstaniu«” (EE 13).

    Przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie Chrystus zgładził wszystkie nasze grzechy, definitywnie zwyciężył szatana, otworzył dla każdego „bramy nieba” i nadał sens naszemu cierpieniu i śmierci.

    Dzięki Chrystusowi każde nasze cierpienie (jeżeli Mu je ofiarujemy i zjednoczymy się z Nim w Jego cierpieniu za zbawienie świata) staje się drogą naszego zbawienia i źródłem największych łask.

    Dzięki Chrystusowi również nasza śmierć będzie uczestnictwem w Jego ostatecznym zwycięstwie nad śmiercią w zmartwychwstaniu, jeśli tylko Mu zaufamy i przez Niego pojednamy się z Bogiem.

    Pamiętaj, kiedy dotyka cię jakiekolwiek cierpienie, a szczególnie cierpienie niezawinione, podziękuj Jezusowi za to doświadczenie i zawierz Mu siebie, odmawiając następującą modlitwę:

    „Panie Jezu, łączę swoje cierpienie z Twoim cierpieniem. Całego (całą) siebie, swój ból fizyczny i udrękę duchową składam w Twoich ranach, bo w nich jest moje uzdrowienie”.

    ANTIDOTUM NA ŚMIERĆ

    Dzięki sakramentowi Eucharystii możemy jednoczyć się z Chrystusem w Jego ofierze krzyżowej, doświadczać radości zmartwychwstania i uczestniczyć w życiu i miłości Boga w Trójcy Świętej Jedynego. Powinniśmy zawsze pamiętać, że

    „Ofiara Chrystusa i ofiara eucharystyczna są jedną ofiarą” (KKK 1367),

    a kiedy uczestniczymy we Mszy św., mamy wraz z Chrystusem ofiarowywać samych siebie Bogu Ojcu.

    Zmartwychwstały Chrystus staje się dla nas w Eucharystii „chlebem życia” (J 6,35). Pan Jezus mówi:

    „Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata” (J 6,51);

    „Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. To jest chleb, który z nieba zstąpił. (…) Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki” (J 6,55-58).

    „Eucharystia kieruje do ostatecznego celu – pisze św. Jan Paweł II – jest przedsmakiem pełni radości obiecanej przez Chrystusa (por. J 15,11); w pewnym sensie jest antycypacją Raju. (…)

    Kto się karmi Chrystusem w Eucharystii, nie potrzebuje wyczekiwać zaświatów, żeby otrzymać życie wieczne: posiada je już na ziemi, jako przedsmak przyszłej pełni, która obejmie człowieka do końca. W Eucharystii otrzymujemy także gwarancję zmartwychwstania ciał, które nastąpi na końcu świata:

    »Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym« (J 6,54).

    Ta gwarancja przyszłego zmartwychwstania wypływa z faktu, że Ciało Syna Bożego, pozostawione jako pokarm, jest chwalebnym Ciałem Zmartwychwstałego. W Eucharystii – żeby tak powiedzieć – staje się dostępna »tajemnica« zmartwychwstania.

    Dlatego też słusznie św. Ignacy Antiocheński określał Chleb eucharystyczny jako

    »lekarstwo dające nieśmiertelność, antidotum na śmierć«” (EE 18).

    TO WAS GORSZY?

    Żydzi byli zszokowani i zgorszeni, gdy słyszeli to, co Jezus mówił na temat Eucharystii, i pytali się:

    „Jak On może nam dać [swoje] ciało do spożycia?” (J 6,52).

    „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?” (J 6,60)

    – mówili z kolei Jego uczniowie. Wtedy Pan Jezus wypowiada słowa, które tłumaczą istotę Eucharystii:

    „To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem? Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem” (J 6,61-63).

    Kiedy Pan Jezus mówi:

    „A gdy ujrzycie Syna Człowieczego, jak będzie wstępował tam, gdzie był przedtem?”,

    wskazuje na tajemnicę uwielbienia (wywyższenia) Jego człowieczeństwa (ciała i krwi) w śmierci na krzyżu, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu.

    W innym miejscu Jezus powiedział do apostołów:

    „Gdy wywyższycie Syna Człowieczego, wtedy poznacie, że Ja Jestem” (J 8,28),

    czyli że po Jego śmierci i zmartwychwstaniu rozpoznają, że jest On Bogiem. Wywyższenie wskazuje więc na przemianę człowieczeństwa Chrystusa, która się dokonała w Jego śmierci, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu. Wtedy człowieczeństwo Jezusa zostało uwielbione i tak przemienione, że zamieszkała w Nim

    „cała Pełnia: Bóstwo na sposób ciała” (Kol 2,9; por. Kol 1,19).

    Od tego momentu Jezus Chrystus zakończył na ziemi swą fizycznie widzialną obecność i w swoim człowieczeństwie rozpoczął nowy rodzaj egzystencji.

    Po zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu Chrystus jest niewidzialny, ale wszechobecny w swoim człowieczeństwie i dlatego staje się możliwa Jego rzeczywista, substancjalna obecność w Eucharystii.

    „Ten, który zstąpił, jest i Tym, który wstąpił ponad wszystkie niebiosa, aby wszystko napełnić” (Ef 4,10) – pisze św. Paweł.

    Człowieczeństwo (ciało i krew) Jezusa w Jego śmierci, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu zostało uwielbione mocą Ducha Świętego i stało się prawdziwym duchowym pokarmem i napojem.

    Eucharystia to zmartwychwstały Chrystus w swoim uwielbionym człowieczeństwie, który daje nam siebie cały, aby uczynić nas „uczestnikami Boskiej natury” (2 P 1,4).

    Ustanawiając sakrament Eucharystii podczas Ostatniej Wieczerzy, Pan Jezus antycypował zbawcze wydarzenia śmierci i zmartwychwstania i dawał apostołom do spożywania pod postaciami eucharystycznymi swoje uwielbione Człowieczeństwo (Ciało i Krew).

    Pan Jezus daje nam w Eucharystii siebie samego, swoje prawdziwe ciało i krew, ale już w stanie uwielbionym. Dając nam siebie pod postaciami chleba i wina, przemienia nas mocą Ducha Świętego, abyśmy już teraz na ziemi uczestniczyli w miłości i wiecznym życiu Trójcy Świętej. Dlatego Jezus przestrzega nas:

    „Jeżeli nie będziecie spożywali ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie” (J 6,53).

    Inaczej mówiąc, jeśli nie żyjemy w stanie łaski uświęcającej i nie przyjmujemy Eucharystii z wiarą w tajemniczą obecność w niej Jego Ciała i Krwi, to w ten sposób sami siebie pozbawiamy udziału w życiu wiecznym.

    Kiedy Jezus skończył wyjaśniać tajemnicę Eucharystii, to wtedy tak powiedział do apostołów:

    „»Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą«. Jezus bowiem na początku wiedział, którzy to są, co nie wierzą, i kto miał Go wydać” (J 6, 64).

    „»Czyż nie wybrałem was dwunastu? A jeden z was jest diabłem«.

    Mówił zaś o Judaszu, synu Szymona Iskarioty” (J 6,70-71).

    Zdrada Judasza rozpoczęła się wtedy, gdy nie uwierzył w to, co Jezus mówił na temat Eucharystii. Tak samo zdradza Chrystusa każdy, kto odrzuca lub lekceważy objawioną prawdę o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii lub kto przyjmuje niegodnie Komunię św.

    Miesięcznik Miłujcie się!

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Po co nam cuda eucharystyczne

    Po co nam cuda eucharystyczne
    Średniowieczna katedra pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Orvieto we Włoszech, w której przechowywane są relikwie cudu eucharystycznego mającego miejsce w Bolsenie. Na zdjęciu relikwiarz z hostią i korporałem/ fot. H. Przondziono/Gość Niedzielny

    ***

    Jeśli Jezus pozostał z nami realnie w Eucharystii – ukryty pod postaciami Chleba i Wina, to dlaczego od czasu do czasu dzieją się wyjątkowe rzeczy, które noszą miano cudów eucharystycznych, kiedy na przykład chleb zamienia się w żywy mięsień serca, a z konsekrowanej hostii skapuje krew? Komu są potrzebne podobne znaki?

    Wnajnowszym “Gościu Ekstra” poświęconemu Eucharystii przeczytamy ciekawą rozmowę ks. Rafała Skitka z o. Vittore Boccardim SSS, sekretarzem Papieskiego Komitetu Międzynarodowych Kongresów Eucharystycznych o znaczeniu cudów eucharystycznych.

    “Cuda eucharystyczne odwołują się do Eucharystii – mówi o. Boccardi. – Nie tylko potwierdzają realną obecność Chrystusa, ale ukazują Eucharystię jako centrum życia i serce Kościoła. (…) Adresatami cudów eucharystycznych są ochrzczeni”.

    Cuda są znakami Boga. Mają nam pomóc wierzyć, a nie zastępować wiarę. Żaden cud – ani eucharystyczny, ani żaden inny – nie może zastąpić zwyczajnej drogi głoszenia wiary.

    Cuda eucharystyczne działy się na przestrzeni historii Kościoła w różnych okresach, w miejscach na Ziemi i w różnych okolicznościach. W Wielkiej Karcie Cudów Eucharystycznych, przechowywanej w Musée du Hiéron w Paray-le-Monial, we francuskiej Burgundii wymienionych jest aż 132 cudów eucharystycznych. Według o. Boccardiego w rzeczywistości było ich o wiele więcej.

    Zdaniem wszystkich historyków Kościoła cuda eucharystyczne na przestrzeni wieków znalazły naturalną przestrzeń w pobożności.

    Istotną kwestią, poruszoną w wywiadzie, jest bezwzględna wyższość Eucharystii nad cudami eucharystycznymi. “Zwrócenie uwagi na cuda eucharystyczne słuszne i dobre jest wtedy, gdy dokonuje się w duchu nauczania soborowego: centrum i szczytem wszystkich form pobożności jest celebracja eucharystyczna” – podkreśla o. Boccardi.

    W 1263 roku ks. Piotr z Pragi podczas Mszy przystąpił do rozdzielania Komunii Św. Nagle jedna z Hostii nagle zaczęła krwawić i krew spłynęła na białe płótno korporału. W tym czasie w pobliskim Orvieto przebywał papież Urban IV. Kiedy obecni przy nim teologowie przywieźli zakrwawiony korporał z Bolseny do Orvieto, papież wziął go do rąk i pokazał licznie zgromadzonym wiernym. To właśnie wydarzenie uznaje się za początek odprawiania procesji Bożego Ciała.

    A co, gdy dokonuje się cud eucharystyczny i na przykład kawałek hostii zamienia się w żywe ciało? “Co należy zrobić z materiałem pochodzącym z uznanych przez Kościół cudów eucharystycznych? – pyta ks. Skitek. – To rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa czy ‘co najwyżej’ relikwie?”.

    Tę kwestię rozważał już św. Tomasz z Akwinu w swojej “Sumie teologicznej”. “Akwinata tłumaczy, że ‘Ciało Chrystusa Pana ukryte w sakramencie przestaje istnieć, z chwilą kiedy przestają istnieć postacie sakramentu. A kiedy ukazuje się Ciało lub Dzieciątko, postacie sakramentu przestają istnieć. Więc nie ma tam wówczas prawdziwego Ciała Chrystusa’. Mamy zatem do czynienia jedynie z relikwiami, które wskazują na wiarę eucharystyczną Kościoła”.

    Dzięki uobecnianiu eucharystycznej ofiary Kościół staje się obecny w świecie jako wspólnota służebna, która przez swój styl życia promienieje miłością Chrystusa.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    2 CZERWCA – I CZWARTEK MIESIĄCA – KAPLICA IZBA JEZUSA MIŁOSIERNEGO

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – GODZINA ŚWIĘTA

    Jezus – Najwyższy Kapłan

    jezus-chrystus-najwyzszy-i-wieczny-kaplan-

    „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce.” (J 10, 11)

    W tym miesiącu po raz kolejny obchodzimy Święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana – (9 czerwca).

    Idea święta została zapoczątkowana w kontemplacyjnym zakonie – Zgromadzeniu Sióstr Oblatek Chrystusa Kapłana. Siostry jako swój charyzmat przyjmują wsparcie duchowe dla wszystkich kapłanów, a także wszystkich mężczyzn przygotowujących się do podjęcia tej posługi.

    Jednym z współzałożycieli wspomnianego zakonu był bp. José Maria Garcia Lahiguera. Biorąc pod uwagę charyzmat zakonu, zwrócił się do ówczesnego papieża (Piusa XII), prosząc o ustanowienie święta Chrystusa Kapłana. Miało to być święto patronalne dla nowo utworzonego zgromadzenia. Papież zaakceptował tą prośbę, a święto zaczęto obchodzić w 1952 roku. Z czasem, od 1973 roku, zaczęto je obchodzić we wszystkich krajach hiszpańskojęzycznych w czwartek po Zesłaniu Ducha Świętego.

    W czerwcu 2012 roku zostały ustanowione doroczne Dni Modlitw o Uświęcenie Kapłanów. To właśnie wtedy w szczególny sposób myślimy o wszystkich księżach – bez wyjątku. Był to owoc przeżywanego wcześniej Roku Kapłańskiego (2009 – 2010).

    W 2012 roku na zebraniu Konferencji Episkopatu Polski została podjęta decyzja o wprowadzeniu nowego święta na terenie Polski – miało to być właśnie święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana. Kilka miesięcy później, w lutym 2013 roku, Watykan zaakceptował tę decyzję, a nowo powstałe święto mogło być obchodzone w Polsce.

    Świat potrzebuje kapłanów, którzy będą dobrymi pasterzami – na wzór Jezusa Chrystusa. Obchodzone dziś święto niesie głębokie przesłanie nie tylko dla kapłanów, dla których może być to kolejna okazja do zastanowienia się nad tajemnicą i zdaniem wiążącym się z ich powołaniem oraz posługą kapłańską. Jest to także przypomnienie dla nas, świeckich, jak ważna jest nasza modlitwa o uświęcenie kapłanów.

    Na zakończenie – warto przytoczyć słowa ks. Dominika Ostrowskiego (konsultora Komisji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów Konferencji Episkopatu Polski):

    „Jest to dzień modlitw o uświęcenie kapłanów. Każdy pierwszy czwartek miesiąca jest w tradycji katolickiej uznawany za dzień poświęcony właśnie kapłaństwu urzędowemu. Inicjatorom tego święta przyświecał sens pięknego, paschalnego oświetlenia treści tego święta. Gdy mówimy o zakończonym okresie paschalnym, który konkluduje się uroczystością w niedzielę Zesłania Ducha Świętego to już w pierwszy czwartek po tej uroczystości kapłaństwo nabiera nowego znaczenia i wielkiego zakorzenienia w kapłaństwie Jezusa Chrystusa, Jedynego Kapłana. Jedynego kapłana, który złożył jedyną ofiarę na ołtarzu krzyża i jako jedyny pośrednik stawia się za nami u Ojca. Kapłani, którzy kontynuują jego dzieło stają się alter Christus. Stają się jego przedstawicielami w każdej wspólnocie wierzących.”

    Módlmy się za kapłanów! Nie ustawajmy!

    Oni modlą się za nas codziennie, dziś my pomódlmy się za nich

    Pierwszy czwartek miesiąca jest dobrym momentem na to, by zastanowić się nad tym, czy… modlimy się za naszych księży? Czy modlisz się za tego księdza, który w niedzielę odprawia Mszę św., na którą przychodzisz? Czy modlisz się za swojego spowiednika? Za księdza proboszcza?

    Księża ogarniają codzienną modlitwą swoich parafian. Jednak przecież oni sami bardzo potrzebują naszego duchowego wsparcia! Czyjejś modlitwy, która umocni, doda sił, pokaże kierunek, światło. Nasze słowa modlitewnego szturmu nie mogą zostać jedynie słowami wypowiedzianymi przy okazji imieninowych czy wielkoczwartkowych życzeń.

    Kapłani potrzebują naszej CODZIENNEJ duchowej opieki.

    Jeśli brakuje Ci konsekwencji w modlitwie, a może chciałbyś podjąć się wielkiego dzieła, z pomocą przychodzi Dzieło Duchowej Adopcji Kapłana. To trwająca już niemalże 11 lat świecka, katolicka akcja, która obejmuje tych, którzy przyjęli sakrament święceń, czyli są: diakonami, prezbiterami lub biskupami. Adopcja polega na codziennej modlitwie za wybranego przez siebie kapłana – jeśli nie za tego, którego nazwisko sam podasz, to tego, którego można wybrać z listy oczekujących. Można podjąć się adopcji stałej (tj. do końca Twojego życia) lub terminowej – wybór należy do Ciebie. Ksiądz adoptowany na stałe otrzymuje Kartę Adopcyjną, na pamiątkę przyjęcia przez Ciebie zobowiązania. O adopcji kapłan może się dowiedzieć lub nie – tu także wybór należy do osoby adoptującej”

    Statystyki ubiegłorocznej adopcji:

    styczeń: 268 adopcji

    luty: 466 adopcji

    Wielki Post 2020: 420 adopcji

    marzec: 180 adopcji

    kwiecień: 191 adopcji

    maj: 258 adopcji

    czerwiec: 190 adopcji

    lipiec: 147 adopcji

    sierpień: 119 adopcji

    wrzesień: 122 adopcje

    październik: 117 adopcji

    modlitwa za spowiedników: 32 adopcje

    listopad: 323 adopcje

    modlitwa za zmarłych kapłanów: 59 adopcji

    Jaki jest sens tej inicjatywy – można przeczytać na stronie DDAK:

    “Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów powstało po to, by zrzeszać ludzi pragnących wspierać kapłanów w ich posłudze, przede wszystkim poprzez modlitwę, ofiarowanie cierpień duchowych lub fizycznych, czy udział we Mszy Świętej. Gorąco wierzymy, że nasze modlitwy przyczynią się do wzrostu wiary kapłanów oraz rozpalania charyzmatu ich powołania, przez co staną się lepszymi głosicielami Słowa Bożego i szafarzami Sakramentów”.

    Więcej informacji: Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów

    Jeśli nie chcesz podjąć się adopcji, dziś po prostu pomódl się za znajomego kapłana. Módlmy się o świętość, siłę, niech nasza modlitwa będzie dla nich ogromnym umocnieniem!

    Dobry pasterz, pasterz według Bożego serca, jest największym skarbem, jaki dobry Bóg może dać parafii i jednym z najcenniejszych darów Bożego miłosierdzia (św. Jan Maria Vianney).

    Dzieło Duchowej Adopcji Kapłanów/Tygodnik Niedziela

    ____________________________________________________________________________

    APOSTOLAT MODLITWY ZA KAPŁANÓW “MARGARETKA”

    gromadzi osoby, które pragną modlić się w intencji konkretnego kapłana. Nazwa pochodzi od nazwy kwiatu. Siedem płatków reprezentuje siedem osób, które zobowiązują się do modlitwy za wybranego księdza w jednym dniu tygodnia. 

    Każdy kapłan jest odpowiedzialny, aby prowadzić powierzonych mu wiernych drogą według Bożego zamysłu poprzez swoją posługę. Kapłan sprawuje sakramenty Kościoła głosząc Dobrą Nowinę, udziela Bożego przebaczenia, sprowadza na ołtarz Ciało i Krew Pańską … Dziś tak wielu ludzi narzeka na kapłanów, wręcz ich nienawidzi. Dlatego, jeżeli kapłanom nie pomożemy modlitwą, oni będą słabsi. Wielką siłą jest modlitwa, w której spotyka się ludzka bezradność i niemoc i BOŻA MOC.
    Święty Jan Paweł II tak często przypominał, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za powołania kapłańskie! Weźmy sobie te słowa głęboko do serca i módlmy się za kapłanów.

    *  *  *  *  *  *  *

    Plakat XVI Pielgrzymka Apostolatu Margaretka do Kalwarii Zebrzydowskiej

    Plakat XVI Pielgrzymka Apostolatu Margaretka do Kalwarii Zebrzydowskiej

    *******

    Historia powstania Apostolatu

    Nazwa MARGARETKA  pochodzi od imienia  Margaret O’Donnell mieszkającej w Kanadzie. W wieku 13 lat, w sierpniu 1951 roku, zaraziła się choroba Heine-Medina. Całkowicie sparaliżowana, Margaret szybko zrozumiała, że ta choroba była jej powołaniem, tak jak dla innych małżeństwo, kapłaństwo lub życie zakonne. Zaczęła więc poświęcać swoje cierpienie modląc się za swoją parafię, proboszcza, kapłanów, i we wszystkich intencjach, które jej powierzano. Z każdym dniem, zwiększała się liczba kapłanów odwiedzających Margaret i proszących ją o modlitwę. Margaret zmarła w Wielki Piątek, w wieku 40 lat, po 27 latach życia w cierpieniu, które wraz z modlitwą ofiarowała Bogu.


    Pani Profesor Louise Ward, która znała osobiście Margaret O’Donnell, 1 sierpnia 1981r. w Aylmer, w Kanadzie po powrocie z pielgrzymki do Medziugorja, założyła Ruch MARGARETEK, którego inspiracją było życie i modlitwa Margaret O’Donnell. Dlatego też nazwała ten Ruch jej imieniem, które jest jednocześnie nazwą powszechnie występującego polnego kwiatka. 

    Powstały też blankiety z kwiatem margaretki, w centrum którego wpisywane jest imię i nazwisko kapłana, zaś na siedmiu płatkach imiona i nazwiska siedmiu osób (lub nazwiska rodzin), które składają Bogu przyrzeczenie dożywotniej modlitwy – każda osoba (lub rodzina) w jednym określonym dniu tygodnia za konkretnego kapłana.

    Do Apostolatu może przyłączyć się każdy, kto pragnie być pełniej odpowiedzialny za Kościół. Jedynym warunkiem jest podjęcie zobowiązania modlitwy za kapłana w jeden dzień tygodnia.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    4 CZERWCA – I SOBOTA MIESIĄCA

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚW.

    GODZ. 18.00 – WIGILIJNA MSZA ŚW. Z UROCZYSTOŚCI ZESŁANIA DUCHA ŚW.

    PO MSZY ŚW. – NABOŻEŃSTWO WYNAGRADZAJĄCE ZA ZNIEWAGI I BLUŹNIERSTWA PRZECIWKO NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNIE

    Nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca

    Osobom, które będą uczestniczyć w pierwszosobotnich nabożeństwach, Maryja obiecuje towarzyszenie w chwili śmierci i ofiarowanie im wszystkich łask potrzebnych do zbawienia.

    fot. Bożena Sztajner/Niedziela

    ***

    1. Wielka obietnica Matki Bożej Fatimskiej

    W Fatimie 13 lipca 1917 r. Matka Boża powiedziała: „Widzieliście piekło, do którego idą dusze biednych grzeszników. Bóg chce je uratować, Bóg chce rozpowszechnić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Jeżeli uczyni się to, co wam powiem, wielu zostanie przed piekłem uratowanych i nastanie pokój na świecie”.

    „Przybędę, by prosić o poświęcenie Rosji memu Niepokalanemu Sercu i o Komunię św. wynagradzającą w pierwsze soboty. Jeżeli moje życzenia zostaną spełnione, Rosja nawróci się i zapanuje pokój. Jeśli nie, bezbożna propaganda rozszerzy swe błędne nauki po świecie, wywołując wojny i prześladowanie Kościoła. Dobrzy będą męczeni, Ojciec Święty będzie wiele cierpiał. Różne narody zginą, na koniec moje Niepokalane Serce zatriumfuje”.

    Siedem lat po zakończeniu fatimskich objawień Matka Boża zezwoliła siostrze Łucji na ujawnienie treści drugiej części tajemnicy fatimskiej. Jej przedmiotem było nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi. 10 grudnia 1925 r. objawiła się siostrze Łucji Maryja z Dzieciątkiem i pokazała jej cierniami otoczone serce. Dzieciątko powiedziało: “Miej współczucie z Sercem Twej Najświętszej Matki, otoczonym cierniami, którymi niewdzięczni ludzie je wciąż na nowo ranią, a nie ma nikogo, kto by przez akt wynagrodzenia te ciernie powyciągał”.

    Maryja powiedziała: “Córko moja, spójrz, Serce moje otoczone cierniami, którymi niewdzięczni ludzie przez bluźnierstwa i niewierności stale ranią. Przynajmniej ty staraj się nieść mi radość i oznajmij w moim imieniu, że przybędę w godzinie śmierci z łaskami potrzebnymi do zbawienia do tych wszystkich, którzy przez pięć miesięcy w pierwsze soboty odprawią spowiedź, przyjmą Komunię świętą, odmówią jeden Różaniec i przez piętnaście minut rozmyślania nad piętnastu tajemnicami różańcowymi towarzyszyć mi będą w intencji zadośćuczynienia”.

    2. Dlaczego ma to być „pięć sobót” wynagradzających, a nie dziewięć lub siedem na cześć Matki Bożej Bolesnej?

    Siostra Łucja odpowiada: „Pozostając przez część nocy z 29 na 30 maja 1930 roku w kaplicy z naszym Panem i rozmawiając z Nim o czwartym i piątym pytaniu, poczułam się nagle mocniej owładnięta Bożą obecnością. Jeśli się nie mylę, zostało mi objawione, co następuje: Córko, motyw jest prosty: Jest pięć rodzajów obelg i bluźnierstw wypowiadanych przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.
    Pierwsze: Bluźnierstwa przeciw Niepokalanemu Poczęciu.
    Drugie: Przeciwko Jej Dziewictwu.
    Trzecie: Przeciwko Bożemu Macierzyństwu, kiedy jednocześnie uznaje się Ją wyłącznie jako Matkę człowieka.
    Czwarte: Bluźnierstwa tych, którzy starają się otwarcie zaszczepić w sercach dzieci obojętność, wzgardę, a nawet nienawiść do tej Niepokalanej Matki.
    Piąte: Bluźnierstwa tych, którzy urągają Jej bezpośrednio w Jej świętych wizerunkach. Oto, droga córko, motyw, który kazał Niepokalanemu Sercu Maryi prosić mnie o ten mały akt wynagrodzenia. A poza względem dla Niej chciałem poruszyć moje miłosierdzie, aby przebaczyło tym duszom, które miały nieszczęście Ją obrazić. Co do ciebie, zabiegaj nieustannie swymi modlitwami i ofiarami, aby poruszyć Mnie do okazania tym biednym duszom miłosierdzia”.

    Jezus powiedział do siostry Łucji: „To prawda, moja córko, że wiele dusz zaczyna, lecz mało kto kończy i ci, którzy kończą, mają za cel otrzymanie przyrzeczonych łask. Ja jednak wolę tych, którzy odprawią pięć pierwszych sobót w celu wynagrodzenia Niepokalanemu Sercu twojej Matki Niebieskiej, niż tych, którzy odprawią piętnaście, bezdusznie i z obojętnością”.

    3. Warunki nabożeństwa pierwszych sobót – co jest wymagane, aby uczynić zadość temu nabożeństwu

    Warunek 1 – Spowiedź w pierwszą sobotę miesiąca.

    „Łucja przedstawiła Jezusowi trudności, jakie niektóre dusze miały co do spowiedzi w sobotę i prosiła, aby spowiedź święta mogła być osiem dni ważna. Jezus odpowiedział: Może nawet wiele dłużej być ważna pod warunkiem, ze ludzie są w stanie łaski, gdy Mnie przyjmują i że mają zamiar zadośćuczynienia Niepokalanemu Sercu Maryi”. Spowiedź można odbyć na przykład w ramach pierwszego piątku miesiąca, pamiętając jednak o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi. Do spowiedzi – co istotne – należy przystąpić z intencją zadośćuczynienia za zniewagi wobec Niepokalanego Serca Maryi. Intencję można wzbudzić podczas przygotowania się do spowiedzi lub w trakcie otrzymywania rozgrzeszenia.

    Przed spowiedzią można odmówić taką lub podobną modlitwę: Boże, pragnę teraz przystąpić do świętego sakramentu pojednania, aby otrzymać przebaczenie za popełnione grzechy, szczególnie za te, którymi świadomie lub nieświadomie zadałem ból Niepokalanemu Sercu Maryi. Niech ta spowiedź wyjedna Twoje miłosierdzie dla mnie oraz dla biednych grzeszników, by Niepokalane Serce Maryi zatriumfowało wśród nas.

    Można także podczas otrzymywania rozgrzeszenia odmówić akt żalu: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu, szczególnie za moje grzechy przeciwko Niepokalanemu Sercu Maryi.

    Warunek 2 – Komunia św. w pierwszą sobotę miesiąca. Po przyjęciu Komunii św. należy wzbudzić intencję wynagradzającą. Można odmówić taką lub inną modlitwę: Najchwalebniejsza Dziewico, Matko Boga i Matko moja! Jednocząc się z Twoim Synem pragnę wynagradzać Ci za grzechy tak wielu ludzi przeciw Twojemu Niepokalanemu Sercu. Mimo własnej nędzy i nieudolności chcę uczynić wszystko, by zadośćuczynić za te obelgi i bluźnierstwa. Pragnę Najświętsza Matko, Ciebie czcić i całym sercem kochać. Tego bowiem ode mnie Bóg oczekuje. I właśnie dlatego, że Cię kocham, uczynię wszystko, co tylko w mojej mocy, abyś przez wszystkich była czczona i kochana. Ty zaś, najmilsza Matko, Ucieczko grzesznych, racz przyjąć ten akt wynagrodzenia, który Ci składam. Przyjmij Go również jako akt zadośćuczynienia za tych, którzy nie wiedzą, co mówią, w bezbożny sposób złorzeczą Tobie. Wyproś im u Boga nawrócenie, aby przez udzieloną im łaskę jeszcze bardziej uwydatniła się Twoja macierzyńska dobroć, potęga i miłosierdzie. Niech i oni przyłączą się do tego hołdu i rozsławiają Twoją świętość i dobroć, głosząc, że jesteś błogosławioną między niewiastami, Matką Boga, której Niepokalane Serce nie ustaje w czułej miłości do każdego człowieka. Amen.

    Warunek 3 – Różaniec (jedna część) w pierwszą sobotę miesiąca. Rozpoczynając różaniec należy wzbudzić intencję wynagradzającą, powiedzieć Matce Najświętszej, że będziemy się modlić, by ratować grzeszników i okazać Jej dowód miłości. Jeśli modlimy się prywatnie, spróbujmy zrobić to własnymi słowami. Jeżeli odmawiamy różaniec we wspólnocie, można odmówić następującą modlitwę: Królowo Różańca Świętego. Oto klękamy do modlitwy, by w pierwszą sobotę odmówić różaniec, o który prosiłaś. Chcemy przez niego zadośćuczynić za grzechy swoje, naszych bliskich, naszej Ojczyzny i całego świata. Pragniemy modlić się szczególnie za tych, którzy najdalej odeszli od Boga i najbardziej potrzebują Jego miłosierdzia. Wspomóż nas, abyśmy pamiętali o tej intencji wyznaczonej przez Ciebie. Pomóż nam wynagradzać naszym różańcem cierpienia Twego Niepokalanego Serca i Najświętszego Serca Jezusowego.

    Po każdej tajemnicy różańca należy odmówić modlitwę: O mój Jezu, przebacz nam nasze grzechy, zachowaj nas od ognia piekielnego, zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia.

    Warunek 4 – Piętnastominutowe rozmyślanie nad tajemnicami różańcowymi w pierwszą sobotę miesiąca. Podejmujemy piętnaście minut rozmyślania o ściśle określonej przez niebo tematyce: mamy pochylić się nad jedną (lub kilkoma) z tajemnic różańca. Możemy rozmyślać nad dowolną tajemnicą, również nowymi tajemnicami: tajemnicami światła. Wzbudźmy intencję wynagradzającą za grzeszników, którzy nie chcą słuchać Matki Najświętszej ani być Jej dziećmi, którzy okazują Maryi obojętność, a nawet Ją nienawidzą i wiele czynią, by pomniejszyć Jej chwałę. Możemy w tym celu odmówić następującą modlitwę: Matko Najświętsza, Niepokalana Maryjo! Z radością przyjmuję Twe zaproszenie do udziału w Twoim rozmyślaniu. W pierwsze soboty otwierasz Swe Niepokalane Serce dla każdego, kto pragnie wlać we własne serce te najważniejsze znaki, jakie Bóg ukazał nam we Fatimie. Proszę, otwórz przede mną Swoje Serce. Ośmielam się prosić o to z całą pokorą, ale i z dziecięcą śmiałością, ponieważ chcę Cię naśladować, ponieważ chcę żyć miłością do Twego Syna, ponieważ pragnę zawsze trwać w stanie łaski i miłować Twój święty Różaniec, wreszcie – ponieważ pragnę wszystkiego, co tylko mogę ofiarowywać w duchu zadośćuczynienia za grzeszników. Daj mi uczestniczyć w Twym rozmyślaniu, a ja obiecuję wprowadzać w życie Słowo, które wlejesz do mego małego serca, by stawało się coraz milsze Tobie, bliższe Tobie, podobniejsze do Twego Niepokalanego Serca. A jeśli chcesz, zawsze możesz zabrać me serce, a dać mi Swoje – jak uczyniłaś to z tyloma swoimi dziećmi. Będę wtedy duszą najszczęśliwszą na świecie! Piętnastominutowe rozmyślanie (przykładowe tematy rozmyślania nad pierwszą tajemnicą radosną) 4.1. Najpierw odmawia się modlitwę wstępną: Zjednoczony ze wszystkimi aniołami i świętymi w niebie, zapraszam Ciebie, Maryjo, do rozważania ze mną tajemnic świętego różańca, co czynić chcę na cześć i chwałę Boga oraz dla zbawienia dusz. 4.2. Należy przypomnieć sobie relację ewangeliczną (Łk 1,26 – 38). Odczytaj tekst powoli, w duchu głębokiej modlitwy. 4.3. Z pokora pochyl się nad misterium swojego zbawienia objawionym w tej tajemnicy różańcowej. Rozmyślanie można poprowadzić według następujących punktów: a. rozważ anielskie przesłanie skierowane do Maryi, b. rozważ odpowiedź Najświętszej Maryi Panny, c. rozważ wcielenie Syna Bożego. 4.4. Z kolei zjednocz się z Maryją w ufnej modlitwie. Odmów w skupieniu Litanię Loretańską. Na zakończenie dodaj: Niebieski Ojcze, zgodnie z Twoją wolą wyrażoną w przesłaniu anioła, Twój Syn Jednorodzony stał się człowiekiem w łonie Najświętszej Dziewicy Maryi. Wysłuchaj moich próśb i dozwól mi znaleźć u Ciebie wsparcie za Jej orędownictwem, ponieważ z wiarą uznaję Ją za prawdziwą Matkę Boga. Amen. 5.5. Na zakończenie wzbudź w sobie postanowienia duchowe. Będę gorącym sercem miłował Matkę Najświętszą i każdego dnia oddawał Jej cześć. Będę uczył się od Maryi posłusznego wypełniania woli Bożej, jaką Pan mi ukazuje co dnia. Obudzę w sobie nabożeństwo do mojego Anioła Stróża. 4. A jeśli ktoś nie może spełnić warunków w sobotę, czy może wypełnić je w niedzielę? Siostra Łucja odpowiada: „Tak samo zostanie przyjęte praktykowanie tego nabożeństwa w niedzielę następującą po sobocie, jeśli moi kapłani ze słusznej przyczyny zezwolą na to duszom”.

    5. Korzyści: jakie łaski zostały obiecane tym, którzy choć raz je odprawią? „Duszom, które w ten sposób starają się mi wynagradzać – mówi Matka Najświętsza – obiecuję towarzyszyć w godzinie śmierci z wszystkimi łaskami potrzebnymi do zbawienia”.

    6. Intencja wynagradzająca. Jak ważna jest intencja zadośćuczynienia, przypomina sam Jezus, który mówił siostrze Łucji, że wartość nabożeństwa uzależniona jest od tego, czy ludzie „mają zamiar zadośćuczynić Niepokalanemu Sercu Maryi”. Dlatego siostra Łucja rozpoczyna swe zapiski uwagą: „Nie zapomnieć o intencji wynagradzania, która jest bardzo ważnym elementem pierwszych sobót”.

    7. Warunki rzeczywiście proste, ale czy są wypełniane? „Jeśli zrobi się to, co ja wam mówię, wiele dusz zostanie uratowanych, nastanie pokój na świecie. Wojna się skończy”- mówi Maryja. Trzeba zatem wypełnić to, o co prosi Niebo. Prośba Maryi dotyczy czterech warunków, zatem wszystkie cztery należy wypełnić, a nie jedynie dowolnie wybrane. Jeśli mowa jest o intencji wynagradzającej Niepokalanemu Sercu Maryi, to taka intencja winna nam przyświecać w trakcie nabożeństwa pierwszych sobót. Matka Boża prosi, by Jej towarzyszyć przez 15 minut, rozmyślając o tajemnicach różańcowych, zatem nie zapominajmy o medytacji, której temat jest jasno sprecyzowany i nie ma tu dowolności. Maryja prosi ponadto nie tylko o różaniec, ale również o rozmyślanie, zatem zwróćmy uwagę, by nie utożsamiać rozważań w czasie różańca z rozmyślaniem o tajemnicach różańcowych. Pamiętajmy: medytacja, niezależna od modlitwy różańcowej, jest niezmiernie istotna i nie możemy jej pomijać.

    8. Czy nabożeństwo pierwszych sobót jest jeszcze dziś aktualne? Ojciec Święty Benedykt XVI odpowiada: „Łudziłby się ten, kto sądziłby, że prorocka misja Fatimy została zakończona”. „W tym sensie posłanie nie jest zakończone, chociaż obydwie wielkie dyktatury zniknęły. Trwa cierpienie Kościoła i trwa zagrożenie człowieka, a tym samym nie ustaje szukanie odpowiedzi; dlatego wciąż aktualna pozostaje wskazówka, którą dała nam Maryja. Także w obecnym utrapieniu, gdy siła zła w najprzeróżniejszych formach grozi zdeptaniem wiary. Także teraz koniecznie potrzebujemy tej odpowiedzi, której Matka Boża udzieliła dzieciom”. Do dziś pozostają również aktualne słowa siostry Łucji: „Najświętsza Maryja Panna obiecała odłożyć bicz wojny na później, jeśli to nabożeństwo będzie propagowane i praktykowane. Możemy dostrzec, że odsuwa Ona tę karę stosownie do wysiłków, jakie są podejmowane, by je propagować. Obawiam się jednak, że mogliśmy uczynić więcej niż czynimy i że Bóg, mniej niż zadowolony, może podnieść ramię swego Miłosierdzia i pozwolić, aby świat był niszczony przez to oczyszczenie. A nigdy nie było ono tak straszne, straszne”. Nabożeństwo pierwszych pięciu sobót miesiąca jest wciąż wezwaniem dla Kościoła i każdego z nas; nadal możemy twierdzić, iż moglibyśmy więcej uczynić, by było ono znane i praktykowane. Rodzi się jednak pytanie: po cóż nam dziś to nabożeństwo? Nie zapominajmy jednak, iż to „Bóg chce ustanowić na świecie nabożeństwo do Niepokalanego Serca Maryi”. Zatem sam Stwórca Nieba i Ziemi wyciąga pomocną dłoń człowiekowi przez Maryję, a to zupełnie zmienia postać rzeczy. Siostra Łucja z wielką prostotą poucza wszystkich wątpiących w sens tego nabożeństwa, iż „Bóg jest Ojcem i lepiej od nas rozumie potrzeby swoich dzieci” i pragnie „ułatwić nam drogę dostępu do Siebie”.

    Przypomnienie tego nabożeństwa, w czasie, kiedy trwa Wielka Nowenna Fatimska, nabiera szczególnego znaczenia. Stanowi ono bowiem istotę przesłania Matki Bożej i jest wezwaniem skierowanym do każdego z nas. Jeśli mówimy o pobożności fatimskiej, to nie możemy jej utożsamiać jedynie z 13. dniem miesiąca od maja do października. Fatima bowiem woła o nabożeństwo pięciu pierwszych sobót miesiąca. Nie wypełnimy fatimskiego przesłania, jeśli nie będziemy wynagradzać Niepokalanemu Sercu Maryi w pierwsze soboty.

    Modlitwy Anioła z Fatimy

    O Boże mój, wierzę w Ciebie, uwielbiam Ciebie, ufam Tobie i miłuję Ciebie. Proszę Cię o przebaczenie dla tych, którzy w Ciebie nie wierzą, Ciebie nie uwielbiają, nie ufają Tobie i Ciebie nie miłują.

    Trójco Przenajświętsza, Ojcze, Synu i Duchu Święty. W najgłębszej pokorze cześć Ci oddaję i ofiaruję Tobie Przenajdroższe Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo Jezusa Chrystusa, obecnego na ołtarzach całego świata jako wynagrodzenie za zniewagi, świętokradztwa i obojętność, którymi jest On obrażany. Przez nieskończone zasługi Jego Najświętszego Serca i przez przyczynę Niepokalanego Serca Maryi, proszę Cię o łaskę nawrócenia biednych grzeszników.

    Więcej informacji: Sekretariat Fatimski os. Krzeptówki 14, 34-500 Zakopane tel. 18/ 20 66 420 www.sekretariatfatimski.pl e-mail: fatima@smbf.pl

    _______________________________________________________________

    13 CZERWCA 2022

    Drugie objawienie Matki Bożej w Fatimie

    kadr z filmu “Fatima. Orędzie wciąż aktualne”

    ***

    Drugie objawienie także zostało zapowiedziane wizjonerom przez żywy blask, który nazwali „błyskawicą”, lecz który właściwie nią nie będąc, był raczej odbiciem zbliżającego się światła.

    Niektórzy, z około pięćdziesięciu obserwatorów, którzy przyszli na to miejsce, widzieli, że słońce, na początku objawienia, utraciło na kilka minut swój blask. Inni przypominali sobie, że wierzchołek drzewka, pokryty listowiem, zdawał się uginać, jakby pod jakimś ciężarem chwilę przed tym jak Łucja zaczęła mówić. Podczas spotkania Najświętszej Maryi Panny z wizjonerami, wiele osób usłyszało szept przypominający brzęczenie pszczoły.

    ŁUCJA: Czego Pani sobie życzy ode mnie?

    MATKA BOŻA: Chcę, abyście przyszli tu 13 dnia następnego miesiąca, abyście odmawiali codziennie różaniec i nauczyli się czytać2. Potem powiem, czego chcę.

    Wtedy to Łucja poprosiła o uleczenie pewnego chorego.

    MATKA BOŻA: Jeżeli nawróci się, wyzdrowieje w ciągu roku.

    ŁUCJA: Chciałabym prosić, aby nas Pani zabrała do nieba.

    MATKA BOŻA: Tak, Hiacyntę i Franciszka zabiorę niedługo. Ty jednak zostaniesz tu przez jakiś czas. Jezus chce posłużyć się tobą, aby ludzie Mnie lepiej poznali i pokochali. Chce On ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Tym, którzy je przyjmą, obiecuję zbawienie. Dusze te będą tak drogie Bogu, jak kwiaty, którymi ozdabiam Jego tron.

    ŁUCJA: Czy zostanę tu sama?

    MATKA BOŻA: Nie, córko. Czy bardzo cierpisz? Nie trać odwagi, nie opuszczę cię nigdy. Moje Niepokalane Serce będzie twoją ucieczką i drogą, która zaprowadzi cię do Boga.
    W chwili, gdy wypowiadała te ostatnie słowa – opowiada siostra Łucja – rozchyliła swe dłonie i po raz drugi przekazała nam odblask tego niezmiernego światła.

    Kiedy wizja ta znikła, Pani, cały czas otulona światłem, które z Niej emanowało, uniosła się lekko, bez najmniejszego wysiłku, ponad zielony dąb w kierunku wschodnim i całkiem znikła. Kilka osób, które znajdowały się najbliżej, spostrzegło, iż liście znajdujące się na wierzchołku krzaka ugięły się w tym samym kierunku, jakby szarpnięte ubraniem Najświętszej Panienki. Krzak pozostał później jeszcze przez kilka godzin ugięty w ten sam sposób, zanim powrócił do swej naturalnej pozycji.

    źródło: Antonio A. Borelli, Fatima – orędzie tragedii czy nadziei, Kraków 2011

    _____________________________________________________________________________________

    W SOBOTĘ PRZED ZESŁANIEM DUCHA ŚWIĘTEGO

    STOWARZYSZENIE APOSTOLSTWA KATOLICKIEGO MA SWOJE PATRONALNE ŚWIĘTO

    Droga do wieczernika. Maryja, Królowa Apostołów

    fot. Wikipedia

    ***

    Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami.

    Niech to wezwanie będzie również i Twoją modlitwą, aby znaleźć swój własny Wieczernik w Bożym Kościele.

    Boża Matka jest Królową Apostołów, bo jest razem z Kościołem, razem z apostołami w wieczerniku.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Czym jest wieczernik?

    To miejsce, gdzie Jezus zostawił nam Eucharystię, gdzie spotkał się z uczniami na ostatniej wieczerzy. To także miejsce, gdzie uczniowie schowali się po śmierci Jezusa z lęku przed zagrożeniem, przed tym, że będą uznani za Jego uczniów i będą wezwani do tego, by oddać za Niego życie.

    Wieczernik to także miejsce, gdzie uczniowie z Maryją czekali na zesłanie Ducha Świętego. To miejsce, gdzie kształtuje się apostołów. Wieczernik to szkoła dla każdego z nas, gdzie uczymy się, jak być z Maryją i oczekiwać na dar Ducha Świętego.

    Tam, gdzie czekasz na Ducha Świętego

    Dla mnie jako pallotynki Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być apostołem, ale miejsce, z którego wychodzę – wychodzę do człowieka, na ulicę, do świata. Tam, gdzie człowiek czeka na Ducha Świętego. Wieczernik to miejsce, gdzie uczę się być z Maryją i z Maryją z niego wychodzić.

    Czym wieczernik jest dla ciebie, czy masz miejsce, gdzie uczysz się, jak być z Bogiem, jak być Maryją? Czy masz takie miejsce, gdzie doświadczasz jej obecności, że ona tam jest? Co jest Wieczernikiem Twojej codzienności, gdzie uczysz się, jak być apostołem, jak czekać i otrzymywać dar Ducha Świętego? Czy masz swoje miejsce, z którego wychodzisz, by dawać świadectwo o Bogu, który jest i który żyje?

    Może Wieczernikiem jest Twój dom, gdzie żyjesz, gdzie spotykasz swoich najbliższych, gdzie razem z nami się modlisz. Może to miejsce, gdzie modlisz się w samotności. A może Wieczernikiem jest park, gdzie spacerujesz i doświadczasz obecności Pana Boga i z niego wychodzisz do pracy, do ludzi, napełniony Duchem Świętym do swoich obowiązków. A może to są twoje relacje bliskości, intymność i ciepła. Może Wieczernikiem są twoje relacje, swoje więzi.

    Tam, gdzie jest Ona

    Wieczernik z Maryją to miejsce, gdzie apostołowie doświadczali tego, że ona z nimi jest i że razem, we wspólnocie, doświadczają obecności Ducha Świętego.
    Jeśli nie wiesz, co jest twoim Wieczernikiem, jeśli dzisiaj nie masz takiego miejsca w sobie albo wokół siebie, to może warto go poszukać.
    Wezwanie w litanii loretańskiej “Maryjo, Królowo Apostołów, módl się za nami”, może być twoją modlitwą, byś znalazł swój Wieczernik.”

    korzystałem z tekstu siostry pallotynki Moniki Cecot

    ________________________________________________________________

    Modlitwa do Maryi, Królowej Apostołów:

    Maryjo, Ty znałaś Apostołów, chodziłaś z nimi, widziałaś ich upadki i nawrócenie do Chrystusa Zmartwychwstałego. Wspierałaś ich w ich misji głoszenia Słowa i nadal podtrzymujesz biskupów w budowaniu Kościoła. Pomagaj im, by całym swoim życiem świadczyli o prawdzie zmartwychwstania.

    stacja 7 pl. (o.Maciej Okoński OP, „52 furtki do nieba”)

    ___________________________________________________________________________________________

    5 CZERWCA – NIEDZIELA – UROCZYSTOŚĆ ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO

    GODZ. 13.30 – ADORACJA

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    Zesł. Ducha Św
    Zesłanie Ducha Świętego na obrazie El Greca

    ***

    Zesłanie Ducha Świętego – Pięćdziesiątnica – Zielone Świątki.

    Wraz z Wielkanocą i Bożym Narodzeniem są najważniejszą uroczystością Kościoła.

    Pięćdziesiątego dnia po swoim zmartwychwstaniu Pan Jezus zesłał Ducha Świętego na Maryję i Apostołów zgromadzonych w Wieczerniku, wypełniając tym samym swoją obietnicę: “Gdy przyjdzie Duch Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On będzie świadczył o Mnie” (J 15, 26). W dniu Pięćdziesiątnicy Kościół, ożywiony Duchem Świętym, rozpoczyna przepowiadanie radosnej nowiny o zbawieniu wszystkim narodom.

    Zielone Świątki, bo tak brzmi popularna nazwa uroczystości, to jedno z najstarszych świąt Kościoła, obchodzone już w czasach apostolskich. Dzień ten posiadał wtedy praktycznie tę samą rangę, co uroczystość Paschy. W pierwszych wiekach w wigilię tego święta udzielano chrztu katechumenom. W średniowieczu istniał zwyczaj rzucania z sufitu kościoła, w trakcie odprawiania Mszy świętej, róż i innych kwiatów symbolizujących dary Ducha Świętego. W bazylikach i katedrach w czasie uroczystości wypuszczano z klatek gołębie: symbol Ducha Świętego.

    Kościół przypomina, że Pięćdziesiątnica jest wypełnieniem i zakończeniem Świąt Paschalnych. Duch Święty – Nowe Życie w Chrystusie – był celem całej działalności Chrystusa. Zgodnie z obietnicą, po wywyższeniu Chrystusa na drzewie krzyża, gdy dostęp do Ojca został otwarty, a dziecięctwo Boże stało się rzeczywistością, posłany zostaje Duch Ojca i Syna, by prowadził dalej dzieło Jezusa.

    brewiarz.pl

    _____________________________________________________________________________

    Benedykt XVI: Duch Święty prowadzi nas ku wyżynom Boga

    Benedykt XVI: Duch Święty prowadzi nas ku wyżynom Boga
    fot.opoka.pl

    ***

    W homilii podczas Mszy św. sprawowanej w Bazylice Watykańskiej w uroczystość Zesłania Ducha Świętego w 2013 roku Ojciec Święty powiedział, że «przeciwieństwem rozproszenia Babelu jest jedność Pięćdziesiątnicy». Pięćdziesiątnica była też dla uczniów Chrystusa momentem przezwyciężenia lęku i izolacji. Gdy ludzie chcą uczynić siebie Bogiem, zaczynają stawać jeden przeciw drugiemu. Natomiast gdy postępują w prawdzie Pana, otwierają się na działanie Ducha Świętego, który ich wspiera i jednoczy.

    Drodzy bracia i siostry!

    Z radością celebruję z wami tę Mszę św. w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, uświetnianą dzisiaj także przez Chór Akademii św. Cecylii i orkiestrę młodzieżową, którym dziękuję. Ta tajemnica jest chrztem Kościoła, jest wydarzeniem, które mu nadało — by tak powiedzieć — początkowy kształt i impuls do jego misji. I ten «kształt» oraz ten «impuls» są zawsze ważne, wciąż aktualne, a odnawiają się w szczególności przez czynności liturgiczne. Tego ranka chciałbym zatrzymać się na jednym istotnym aspekcie tajemnicy zesłania Ducha Świętego, który w naszych czasach zachowuje w pełni swoje znaczenie. Zesłanie Ducha Świętego jest świętem jedności, zrozumienia i ludzkiej komunii. Wszyscy możemy stwierdzić, że w naszym świecie, choć coraz bardziej zbliżamy się do siebie dzięki rozwojowi środków przekazu, a odległości geograficzne zdają się zanikać, zrozumienie i więzi między osobami są często powierzchowne i trudne. Utrzymują się nierówności, które nierzadko prowadzą do konfliktów; trudny staje się dialog między pokoleniami i niekiedy górę biorą przeciwieństwa; obserwujemy codzienne wydarzenia i odnosimy wrażenie, że ludzie stają się bardziej agresywni i bardziej konfliktowi; porozumienie zdaje się wymagać zbyt dużego wysiłku, i wolimy pozostać we własnym ja, przy własnych interesach. Czy w tej sytuacji możemy rzeczywiście osiągnąć tę jedność, której potrzebujemy, i nią żyć?

    W tle opowiadania o zesłaniu Ducha Świętego w Dziejach Apostolskich, którego wysłuchaliśmy w pierwszym czytaniu (por. Dz 2, 1-11), jest jeden z ostatnich wielkich fresków, jakie znajdujemy na początku Starego Testamentu: starożytna historia budowy wieży Babel (por. Rdz 11, 1-9). Czym jest Babel? Jest to opis królestwa, w którym ludzie skupili w swych rękach tak wielką władzę, że myślą, iż nie muszą już odwoływać się do dalekiego Boga, i uważają się za tak silnych, że sami mogą zbudować drogę, która doprowadzi do nieba, by otworzyć jego bramy i zająć miejsce Boga. Ale właśnie w tej sytuacji wydarza się coś dziwnego i osobliwego. Podczas gdy ludzie pracowali razem przy wznoszeniu wieży, nieoczekiwanie zdali sobie sprawę, że budują jeden przeciwko drugiemu. Kiedy próbowali być jak Bóg, groziło im, że nie będą już nawet ludźmi, albowiem zatracili podstawową cechę człowieczeństwa: zdolność do zgody, do wzajemnego zrozumienia i wspólnego działania.

    W tym opowiadaniu biblijnym zawiera się wieczna prawda; możemy to zaobserwować na przestrzeni całej historii, a także w naszym świecie. Dzięki postępowi nauki i techniki zyskaliśmy władzę pozwalającą zapanować nad siłami natury, kierować żywiołami, tworzyć żywe istoty, posuwając się niemal do wyprodukowania samej istoty ludzkiej. W tej sytuacji modlitwa do Boga wydaje się czymś przebrzmiałym, niepotrzebnym, bowiem sami jesteśmy w stanie skonstruować i zrealizować wszystko, czego pragniemy. Ale nie zauważamy, że przeżywamy właśnie doświadczenie Babelu. To prawda, mamy więcej możliwości komunikowania się, pozyskiwania informacji, przekazywania wiadomości, ale czy możemy powiedzieć, że zwiększyła się zdolność zrozumienia się, czy też może, paradoksalnie, rozumiemy się w coraz mniejszym stopniu? Czy przypadkiem wśród ludzi nie wydaje się szerzyć poczucie nieufności, podejrzliwości, obaw jednych przed drugimi, do tego stopnia, że wręcz stają się niebezpieczni jedni dla drugich? Powróćmy zatem do początkowego pytania: czy może istnieć prawdziwa jedność, zgoda? I jak jest możliwa?

    Odpowiedź znajdujemy w Piśmie Świętym: jedność jest możliwa jedynie dzięki darowi Ducha Bożego, który da nam nowe serce i nowy język, nową zdolność porozumiewania się. Właśnie to wydarzyło się w dniu Pięćdziesiątnicy. Owego ranka, pięćdziesiąt dni po Passze, gwałtowny wicher wionął nad Jerozolimą, a płomień Ducha Świętego zstąpił na zgromadzonych uczniów, spoczął na każdym z nich i rozpalił w nich Boży ogień, ogień miłości, mający moc przemieniania. Lęk zniknął, serce poczuło nową siłę, języki się rozwiązały, i zaczęli mówić otwarcie w taki sposób, aby wszyscy mogli zrozumieć przesłanie o Jezusie Chrystusie, który umarł i zmartwychwstał. W dniu zesłania Ducha, tam gdzie były podział i obcość, zrodziły się jedność i zrozumienie.

    Ale popatrzmy na dzisiejszą Ewangelię, w której Jezus mówi: «Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy» (J 16, 13). Tutaj Jezus, mówiąc o Duchu Świętym, wyjaśnia nam, czym jest Kościół i jak powinien on żyć, by był sobą, by był miejscem jedności i komunii w Prawdzie; mówi nam, że postępować po chrześcijańsku oznacza nie być zamkniętym we własnym «ja», ale otworzyć się na wszystkich; oznacza to przyjąć w sobie cały Kościół, czy lepiej, pozwolić w głębi serca, aby on nas przyjął. A zatem, kiedy mówię, myślę, postępuję jako chrześcijanin, nie czynię tego zamykając się we własnym ja, ale czynię to zawsze we wszystkim i wychodząc od wszystkiego: dzięki temu Duch Święty, Duch jedności i prawdy, może nadal być słyszalny w naszych sercach i w umysłach ludzi i pobudzać ich do spotykania się i otwierania się na siebie nawzajem. Duch, właśnie przez to, że działa w taki sposób, wprowadza nas w całą prawdę, którą jest Jezus, prowadzi nas w jej zgłębianiu, w jej zrozumieniu: nasze poznanie nie wzrasta, gdy zamykamy się w sobie, ale tylko wtedy, gdy potrafimy słuchać i dzielić się, tylko w «my» Kościoła, dzięki postawie głębokiej wewnętrznej pokory. W ten sposób staje się jaśniejsze, dlaczego Babel jest Babelem, a Pięćdziesiątnica Pięćdziesiątnicą. Tam gdzie ludzie chcą uczynić siebie Bogiem, mogą jedynie stawać jeden przeciwko drugiemu. Natomiast gdy postępują w prawdzie Pana, otwierają się na działanie Jego Ducha, który ich wspiera i jednoczy.

    Przeciwieństwo Babelu i Pięćdziesiątnicy powraca echem także w drugim czytaniu, gdzie Apostoł mówi: «Postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała» (Ga 5, 16). Św. Paweł wyjaśnia nam, że nasze życie cechuje wewnętrzny konflikt, podział między skłonnościami, które pochodzą od ciała, oraz impulsami pochodzącymi od Ducha; a my nie możemy kierować się nimi wszystkimi. Nie możemy w istocie być równocześnie egoistami i wielkoduszni, ulegać skłonności do panowania nad innymi i odczuwać radość z bezinteresownej służby. Musimy zawsze wybierać, jakim impulsem się kierować, a możemy to czynić w sposób autentyczny tylko z pomocą Ducha Chrystusa. Św. Paweł wymienia — jak słyszeliśmy — uczynki rodzące się z ciała; są to grzechy egoizmu i przemocy, jak nienawiść, spory, zawiść, niezgoda; są to myśli i działania, które nie pozwalają żyć prawdziwie po ludzku i po chrześcijańsku, w miłości. Jest to droga prowadząca do utraty własnego życia. Natomiast Duch Święty prowadzi nas ku wyżynom Boga, abyśmy mogli już na tej ziemi żyć zalążkiem życia Bożego, które jest w nas. W istocie św. Paweł stwierdza: «Owocem (…) Ducha jest: miłość, radość, pokój» (Ga 5, 22). I zauważmy, że Apostoł używa liczby mnogiej, opisując uczynki ciała, które powodują zagubienie się istoty ludzkiej, natomiast posługuje się liczbą pojedynczą, by określić działanie Ducha, mówi o «owocu» — właśnie tak, jak przeciwieństwem rozproszenia Babelu jest jedność Pięćdziesiątnicy.

    Drodzy przyjaciele, powinniśmy żyć wedle Ducha jedności i prawdy i dlatego powinniśmy się modlić, aby Duch nas oświecał i prowadził do przezwyciężenia pragnienia podążania za naszymi prawdami i do przyjęcia prawdy Chrystusa, przekazywanej w Kościele. Opowiadanie św. Łukasza o zesłaniu Ducha Świętego mówi nam, że Jezus, zanim wstąpił do nieba, prosił apostołów, aby pozostawali razem, by przygotować się na przyjęcie daru Ducha Świętego. I oni trwali na modlitwie z Maryją w Wieczerniku, w oczekiwaniu na obiecane wydarzenie (por. Dz 1, 14). Kościół, zgromadzony wraz z Maryją jak w swoich początkach, także i dziś modli się: «Veni Sancte Spiritus! — Przyjdź, Duchu Święty, napełnij serca twoich wiernych i rozpal w nich ogień twojej miłości!» Amen.

    Opoka.org.pl

    ___________________________________________________________________________________________

    PONIEDZIAŁEK – 6 CZERWCA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY, MATKI KOŚCIOŁA

    Dlaczego Maryja jest Matką Kościoła?

    Dziś, w drugi dzień po uroczystości Zesłania Ducha Świętego, Kościół czci Najświętszą Marię Pannę tytułem Matki Kościoła. Choć tytuł ten był już znany od początków dziejów Kościoła, to dopiero w roku 1971 polscy biskupi złożyli papieżowi Pawłowi VI Memoriał z gorącą prośbą, aby uroczyście została ogłoszona Maryja Matką Kościoła i aby oddać ponowne Jej macierzyńskiemu Sercu cały świat.

    W encyklice „Redemptor Hominis” św. Jan Paweł II napisał dlaczego Boża Matka jest Matką naszego zawierzenia:

    … 22. Kiedy przeto u początku nowego pontyfikatu myśli moje i serce skierowuję ku Odkupicielowi człowieka, przez to samo pragnę wejść i wniknąć w najgłębszy rytm życia Kościoła. Jeśli bowiem Kościół żyje swoim własnym życiem, to tylko dzięki temu, że czerpie je od Chrystusa, który zawsze tego tylko pragnie, abyśmy to życie mieli — i mieli w obfitości (por. J 10, 10). Równocześnie ta pełnia życia, która jest w Nim, jest dla człowieka. Kościół przeto, jednocząc się z całym bogactwem Tajemnicy Odkupienia, najbardziej staje się Kościołem żywych ludzi — żywych, bo ożywianych od wewnątrz działaniem Ducha Prawdy (J 16, 13), bo nawiedzanych miłością, którą Duch Święty rozlewa w sercach naszych (por. Rz 5, 5). Celem wszelkiej w Kościele posługi — apostolskiej, duszpasterskiej, kapłańskiej, biskupiej — jest zachować tę dynamiczną spójnię Tajemnicy Odkupienia z każdym człowiekiem.  

    Kiedy uświadamiamy sobie to zadanie, wówczas jeszcze lepiej zdajemy się rozumieć co to znaczy, że Kościół jest matką 59, a równocześnie co to znaczy, że Kościół zawsze, a Kościół naszych czasów w szczególności, potrzebuje Matki. Należy się szczególna wdzięczność Ojcom Soboru Watykańskiego II za to, że tej prawdzie dali wyraz w Konstytucji Lumen gentium poprzez bogatą naukę mariologiczną w niej zawartą 60. Skoro zaś Paweł VI, natchniony duchem tej nauki, zaczął nazywać Matkę Chrystusa Matką Kościoła 61, co znalazło swój szeroki oddźwięk, niech i Jego niegodnemu Następcy wolno będzie odwołać się do tej Matki przy końcu niniejszych rozważań, które wypadało rozwinąć na początku jego papieskiej posługi. Jest Maryja Matką Kościoła dlatego, że na mocy niewypowiedzianego wybrania samego Ojca Przedwiecznego 62 i pod szczególnym działaniem Ducha Miłości 63 dała ludzkie życie Synowi Bożemu, od którego bierze łaskę i godność wybrania cały Lud Boży, a „dla którego wszystko i przez którego wszystko” (Hbr 2, 10). Jej własny Syn chciał wyraźnie rozszerzyć macierzyństwo swej rodzonej Matki — rozszerzyć w szczególnym znaczeniu, łatwo dostępnym dla ludzkich dusz i serc — wskazując Jej z wysokości krzyża swego umiłowanego Ucznia jako syna (por. J 19, 26). Chciał też Duch Święty, ażeby Ona sama, po Wniebowstąpieniu Pańskim, trwała w Wieczerniku na modlitwie i oczekiwaniu wspólnie z Apostołami aż do dnia Pięćdziesiątnicy, w którym widzialnie miał narodzić się Kościół, wychodząc z ukrycia (por. Dz 1, 14; 2). A z kolei całe pokolenia uczniów, wyznawców, miłośników Chrystusa — tak jak Apostoł Jan — niejako zabierały do siebie (por. J 19, 27) tę Matkę, w ten sposób od początku objawioną w dziejach zbawienia i w posłannictwie Kościoła. My więc wszyscy, którzy stanowimy dzisiejsze pokolenie uczniów, wyznawców i miłośników Chrystusa, również pragniemy z Nią szczególnie się zjednoczyć. Czynimy to z całym przywiązaniem do starej tradycji, a równocześnie z pełnym poszanowaniem i miłością dla członków wszystkich Wspólnot chrześcijańskich.

    Czynimy to z najgłębszej potrzeby wiary, nadziei i miłości. Jeśli bowiem na tym trudnym i odpowiedzialnym etapie dziejów Kościoła i ludzkości widzimy szczególną potrzebę zwrócenia się do Chrystusa, który jest Panem swojego Kościoła i Panem dziejów człowieka poprzez Tajemnicę Odkupienia — to zdaje się nam, że nikt inny tak jak Ona nie potrafi nas wprowadzić w Boski i ludzki zarazem wymiar tej tajemnicy. Nikt tak jak Maryja nie został wprowadzony w nią przez Boga samego. Na tym polega wyjątkowy charakter Łaski Bożego Macierzyństwa. Macierzyństwo to nie tylko jest jedyną i niepowtarzalną w dziejach rodu ludzkiego godnością, ale także jedynym co do swej głębi i co do swego zasięgu uczestnictwem w Boskim planie zbawienia człowieka przez Tajemnicę Odkupienia.

    Tajemnica ta ukształtowała się poniekąd pod sercem Dziewicy z Nazaret, gdy Ona wypowiedziała swoje „fiat”. Od tego zaś momentu to dziewicze i macierzyńskie zarazem serce pod szczególnym działaniem Ducha Świętego podąża stale za dziełem własnego Syna i rozprzestrzenia się ku wszystkim, których Jezus Chrystus objął i stale obejmuje swą niewyczerpaną miłością. Dlatego też i to serce musi być po macierzyńsku niewyczerpane. Sam zaś macierzyński rys tej miłości, który Bogarodzica wnosi w Tajemnicę Odkupienia i w życie Kościoła, wyraża się w szczególnej bliskości względem człowieka i wszystkich jego spraw. Na tym polega tajemnica Matki. Kościół, który w Nią się wpatruje ze szczególną miłością i nadzieją, pragnie coraz głębiej przyswajać sobie tę tajemnicę. W tym bowiem rozpoznaje zarazem drogę swego życia codziennego, którą jest każdy człowiek.

    Odwieczna Miłość Ojca wypowiedziana w dziejach ludzkości przez Syna, którego Ojciec dał, „aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16), przybliża się do każdego z nas poprzez tę Matkę, nabiera znamion bliskich, jakby łatwiej dostępnych dla każdego człowieka. I dlatego Maryja musi się znajdować na wszystkich drogach codziennego życia Kościoła. Poprzez Jej macierzyńską obecność Kościół nabiera szczególnej pewności, że żyje życiem swojego Mistrza i Pana, że żyje Tajemnicą Odkupienia w całej jej życiodajnej głębi i pełni, i równocześnie ten sam Kościół, zakorzeniony w tylu rozlicznych dziedzinach życia całej współczesnej ludzkości, uzyskuje także tę jakby doświadczalną pewność, że jest po prostu bliski człowiekowi, każdemu człowiekowi, że jest jego Kościołem: Kościołem Ludu Bożego…

    Maryjo, Oblubienico Ducha Świętego, módl się za nami

    Cóż to znaczy że Maryja jest Matką Kościoła i w jakim sensie Nią jest? Otóż nie jest Nią w sensie fizycznym czy psychicznym, tak jak jest Matką Jezusa. Nie jest Nią też w sensie symbolicznym albo instytucjonalnym, tak jak kobieta jest matką okrętu albo jakiejś organizacji, której jest założycielką. Jest Matką Kościoła w sensie duchowym, lecz co to znaczy?
     

    W szukaniu odpowiedzi na to pytanie jest nam pomocna liturgia Kościoła, a konkretnie wspomniane już wcześniej ścisłe powiązanie święta Matki Kościoła z Uroczystością Zesłania Ducha Świętego. Kościół rodzi się w dniu zesłania Ducha Świętego. Do tego momentu wprawdzie istnieje, począwszy od objawień Jezusa Zmartwychwstałego, ale jest to istnienie podobne do życia dziecka w łonie matki. Jest niesamodzielny, ukryty z obawy przed Żydami, “nie oddycha”, jest żywiony czyimś oddechem, czeka na własne tchnienie Ducha…
     

    Można sobie wyobrazić, ile nadziei, ale też i ile wątpliwości, budził ten czas wielkich obietnic, ale też i czas długiego czekania na ich spełnienie; i to pośród zagrożeń. Sami z naszego życia duchowego znamy takie okresy, trwające niekiedy bardzo długo. Jakże wtedy potrzebny jest ktoś, kto taką duchową drogę przeszedł, jakimż skarbem w takich chwilach jest mieć prawdziwego ojca duchowego albo duchową matkę, który(a) powie choćby tylko tyle: Nie martw się, to normalne, tak działa Bóg, ja też przez to przeszedłem (przeszłam), pamiętam o tobie w modlitwach!
         

    Autor Dziejów Apostolskich we fragmencie czytanym w święto Matki Kościoła relacjonuje nam, co się działo z Apostołami po wniebowstąpieniu Pana Jezusa, gdy oczekiwali spełnienia się Obietnicy: Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, Maryją, Matką Jezusa i Jego braćmi (Dz 1,14). Nie przypadkiem św. Łukasz wymienia tu Maryję z imienia. Jej rola w tym gronie była szczególna i to nie tylko dlatego, że była Matką Jezusa, bo też nie z szacunku tylko czy z poczucia obowiązku wobec Matki Pana zabrali Ją Apostołowie z sobą. W swej niepewności i oczekiwaniu na spełnienie się Obietnicy, której realnego kształtu nie znali, wiedzieli przecież, że Maryja jest pierwszą i jedyną, na którą Duch Święty zstąpił (por. Łk 1,34).
     

    Mieli więc między sobą świadka działania Jego mocy, dowód spełnionej Obietnicy. Kto wie, czy to nie właśnie w tamtych dniach modlitw i rozmów poznawali tajemnice Jej życia, od radosnych poprzez bolesne po chwalebne, których sami wraz z Nią stawali się teraz uczestnikami. Odprawiali z Nią, jeśli tak można powiedzieć, pierwsze rekolekcje otwierające i przygotowujące ich serca na dary Boże. Nigdy nie będziemy w stanie wyobrazić sobie, jaką moc miały tamte duchowe konferencje, które dawała im Maryja, jak były proste, dalekie od snucia bogatych w piękne słowa i poetyckie obrazy teorii, jak przemawiały do serca i umysłu poprzez konkrety życia, jak uspokajały serca. One były duchowym pokarmem dla niepewnych uczniów. Tak jak matka karmi dziecko w swym łonie własną krwią, tak Maryja karmiła ich własnym życiem. Rzeczywiście stała się wtedy duchową Matką rodzącego się Kościoła. Karmiła go, aby z przyjściem Ducha Świętego urodził się w nim Jezus Chrystus, aby się objawił w pełni na twarzach Apostołów, w ich słowach i czynach ku zadziwieniu i nawróceniu patrzących i słuchających.
     

    Po opisie zesłania Ducha Świętego Dzieje Apostolskie nie wspominają już o Maryi. To też ważny znak. Dobra matka nie ingeruje w życie dojrzałego dziecka. Nie znaczy to jednak, że nie otacza go nadal swą troską i modlitwą. Odtąd Duch Święty kieruje Kościołem, który dzięki swej Matce prowadzącej go do Ducha i dzięki działającemu w nim Duchowi Świętemu sam staje się Matką, rodząc swoje dzieci w źródle Chrztu świętego.
     

    Rola Maryi jako Matki Kościoła nie kończy się w czasach apostolskich. Trwa ona i dziś. Kościół wyraża tę prawdę w innym maryjnym święcie majowym, święcie Najświętszej Maryi Panny Wspomożycielki Wiernych. Dopełnia ono w przedziwny sposób i aktualizuje ów tytuł Matki Kościoła.
     

    Kościół doświadcza Maryi jako matki, ilekroć rozważa tajemnice Jej życia, ilekroć zanurza się w Jej historię pełną mocy Ducha Świętego. W Niej – Oblubienicy Ducha Świętego – odnajduje nie tylko swój wzór, to byłoby za mało, odnajduje swoje życie, swój sens i swoją misję, którymi jest prowadzenie mocą tegoż Ducha do poczęcia się, rozwijania i rodzenia się Jezusa Chrystusa w sercach i postawach swoich dzieci. Doświadcza Jej jako matki również poprzez Jej troskę, wyrażającą się nie tylko w wysłuchanych modlitwach, których dowodami, oprócz wewnętrznych doświadczeń Jego dzieci, są tysiące, a może i dziesiątki tysięcy wotów i świadectw, zgromadzonych w maryjnych sanktuariach całego świata, lecz także w licznych w każdej epoce objawieniach. Wiele z nich, jak choćby te z Lourdes i Fatimy, Kościół rozpoznał jednoznacznie jako głos jego Matki i uczynił treścią swego życia. Co do innych zachowuje pełną nadziei rezerwę. Nie dlatego, jakoby się bał głosu Matki, lecz świadom jest zasadzek złego ducha i słabości swych dzieci, przez które ten głos dociera. Nie Matkę bada, lecz dzieci, pragnąc cały czas, aby głos Matki był czysty i jasny bez fałszów i ludzkich naleciałości.

    ze strony: Zgromadzenie Sióstr Służebniczek NMP Niepokalanie Poczętej

    ______________________________________________________________________

    Mater Ecclesiae na Placu św. Piotra

    W artykule opublikowanym w “L’Osservatore Romano” (14.06.2011) architekt Javier Cotelo opisuje historię mozaiki Matki Bożej umieszczonej na Placu św. Piotra.

    Na placu św. Piotra jest mozaika poświęcona Najświętszej Maryi Pannie Mater Ecclesiae – Matce Kościoła, opatrzona tekstem Totus Tuus, będąca kolejnym przykładem miłości Jana Pawła II do Matki Bożej.

    Miałem zaszczyt obserwować z bliska chwilę podjęcia przez Ojca Świętego decyzji, która odzwierciedla jego dwie charakterystyczne cechy: szczególny związek z młodzieżą i uczucie wdzięczności.

    Podczas Wielkiego Tygodnia w 1980 r. papież Jan Paweł II przyjął na audiencji kilka tysięcy młodych ludzi, którzy przybyli do Rzymu na Kongres UNIV, międzynarodowe zgromadzenie studentów, którzy uczęszczają do ośrodków Opus Dei na całym świecie. To wydarzenie, które rozpoczęło się w 1968 roku, łączy pragnienie przeżywania Triduum w Rzymie, mieście Piotra, z wymianą doświadczeń akademickich.

    Pod koniec audiencji jeden z młodych ludzi, Julio Nieto, powiedział Ojcu Świętemu, że po obejrzeniu figur świętych umieszczonych na Bazylice św. Piotra zauważył, że nie ma tam wizerunku Maryi.

    – “Dobrze, bardzo dobrze! Plac będzie musiał zostać ukończony”, tak odpowiedział Jan Paweł II.

    Ta rozmowa doszła do uszu prałata Álvaro del Portillo, następcy św. Josemarii Escrivy na czele Opus Dei. Prałat Del Portillo, pragnąc jak najszybciej zrealizować wolę Ojca Świętego, zaraz mnie poprosił, abym obmyślił w jaki sposób i w którym miejscu placu umieścić wizerunek Najświętszej Panienki, który, jak dodał, mógłby mieć wezwanie Mater Ecclesiae (Matki Kościoła). W tamtym okresie pracowałem w Rzymie jako architekt i miałem szczęście mieszkać przy ulicy Bruno Buozzi razem z prałatem Opus Dei.

    Po wielu tygodniach i wielu odwiedzinach placu w poszukiwaniu różnych możliwych opcji, przedstawiłem prałatowi Del Portillo wraz z odpowiednimi fotomontażami i rysunkami propozycję rozwiązania: zastąpić mozaiką Najświętszej Panienki jedno z okien fasadowych budynku znajdującego się między Dziedzińcem Św. Damazego i placem [1].

    27 stycznia 1980 r. projekt został przedstawiony Ojcu Świętemu w formie albumu zawierającego opisy, rysunki i fotografie wraz ze szkicami architektonicznymi, których reprodukcję można zobaczyć na tej stronie. Ponieważ przez kilka miesięcy nie było żadnej odpowiedzi, została przesłana Ojcu Świętemu kopia tych materiałów przez ręce ówczesnego sekretarza papieskiego ks. Stanisława Dziwisza.

    Kilka miesięcy później Jan Paweł II otrzymał postrzał, który przeżył, jak sam mówił, dzięki opiece Maryi. Chciał, aby jako wyraz podziękowania został umieszczony obraz Najświętszej Panienki na Placu Św. Piotra. W odpowiedzi na to życzenie Ojca Świętego propozycja prałata Del Portillo została wzięta pod rozwagę przez kompetentne władze w Watykanie, które zaakceptowały miejsce na umieszczenie wizerunku Mater Ecclesiae.

    Mozaika inspirowana wizerunkiem Madonna della colonna (Madonny z kolumny) pochodzącym z konstantyńskiej bazyliki została wstawiona 7 grudnia 1981. Następnego dnia przy okazji modlitwy Anioł Pański Jan Paweł II pobłogosławił ją, wypowiadając swoje życzenie: “Aby wszyscy, którzy przyjdą na ten Plac Św. Piotra wznosili na Nią swoje spojrzenie, kierując z synowskim uczuciem własne pozdrowienie i własną modlitwę”.

    Patrzę na to zdarzenie jako na taki drobny dowód szczególnej relacji Jana Pawła II z młodzieżą: jest to jednak trochę zaskakujące, że owo “trzeba będzie wykończyć plac” wypowiedziane przez Papieża do jednego studenta półtora roku później stało się rzeczywistością.

    Trzy dni później, 11 grudnia, dowiedziałem się, że Papież zaprosił prałata Del Portillo do koncelebrowania Mszy razem z nim w jego prywatnej kaplicy, a później na śniadanie. Chciał w ten sposób przekazać mu, jaką radość mu sprawiło błogosławienie wizerunku na placu, i podziękować za pomoc w doprowadzeniu pomysłu do jego realizacji.

    Parę dni później Ojciec Święty wykonał jeszcze jeden miły gest, wysyłając karton ze szkicem mozaiki na czarnym tle, który był używany przy doborze kolorowych fragmentów. Ten szkic znajduje się teraz w siedzibie centralnej prałatury Opus Dei.

    Paweł VI w listopadzie 1964 roku stwierdził, że pragnienie zakończyć sesję Soboru Watykańskiego II “z radością z nazwania Najświętszej Dziewicy mianem Matki Kościoła, Mater Ecclesiae”. I Paweł VI dodał: “Ten tytuł pomoże nam czcić Najświętszą Maryję jako ukochaną królową świata, matczyne ognisko jedności, słodka nadziejo zbawienia”. Spojrzenie na ten wizerunek tak zjednoczony z papieżami Pawłem VI i Janem Pawłem II, jest dobrym przypomnieniem dla wszystkich chrześcijan, aby widząc go uciekali się do Niej prosząc o opiekę nad Jej dziećmi w Kościele.

    * Artykuł oryginalnie został opublikowany prze Javier Cotelo w L’Osservatore Romano 14 czerwca 2011 r (patrz artykuł oryginalny w formacie PDF)

    Uwaga autora do oryginalnego artykułu (czerwiec 2018):

    [1] W istocie to prałat Del Portillo był tym, który mi zasugerował, gdzie można by umieścić mozaikę. Wkrótce potem wpadła mi w ręce barokowa ilustracja placu, na której w miejscu obecnego wizerunku Maryi był umieszczony rysunek zegara.

    OPUS DEI/Javier Cotelo // L’Osservatore Romano, 14-VI-2011

    ______________________________________________________________________________________________________________

    WTOREK – 7 CZERWCA

    XXV lat temu (7 czerwca 1997 roku) św. Jan Paweł II konsekrował kościół poświęcony Pani Fatimskiej w Zakopanym na Krzeptówkach.

    fot. misericors.org

    ***

    Oto fragmenty z homilii papieskiej, które wtedy wygłosił podczas konsekracji świątyni :

    Drodzy Bracia i Siostry! Wasze sanktuarium na Krzeptówkach jest mi w najszczególniejszy sposób bliskie i drogie. Czcicie w nim figurę Matki Boskiej Fatimskiej. Z historią tego sanktuarium łączy się także wydarzenie, które miało miejsce na placu św. Piotra 13 maja 1981 roku. Doznałem wówczas śmiertelnego zagrożenia życia i cierpienia, a równocześnie wielkiego miłosierdzia Bożego. Za przyczyną Matki Bożej Fatimskiej życie zostało mi na nowo darowane.

    Podczas przebywania w szpitalu doświadczyłem wiele ludzkiej życzliwości ze wszystkich stron świata, która objawiła się przede wszystkim w modlitwie. Przed oczyma miałem wtedy scenę z życia pierwszych chrześcijan, którzy nieustannie modlili się do Boga (por. Dz 12,5), gdy życie Piotra było wystawione na wielkie niebezpieczeństwo.

    Wiem, że w tej modlitwie Kościoła na całej ziemi w intencji mojego powrotu do zdrowia i posługi Piotrowej uczestniczyło także Zakopane. Wiem, że gromadziliście się w waszych kościołach parafialnych, a także w kaplicy Matki Boskiej Fatimskiej na Krzeptówkach, aby odmawiać różaniec, prosząc o zdrowie i siły dla mnie. Wtedy też narodził się plan wybudowania na tym miejscu, u podnóża Giewontu, sanktuarium Matki Boskiej Fatimskiej jako votum dziękczynnego za uratowanie mojego życia. Wiem, ze to sanktuarium, które dziś mogę konsekrować, wznosiło wiele rąk i wiele serc zjednoczonych pracą, ofiarą i miłością do Papieża. Trudno o tym mówić bez wzruszenia…

    Drodzy Bracia i Siostry! Przybyłem do was, aby wam podziękować za waszą dobroć, pamięć i modlitwę, która trwa tu nadal. Byłem waszym pasterzem przez dwadzieścia lat (jako metropolita krakowski), dzisiaj przychodzę do was jako Następca św. Piotra. Zawsze mi pomagaliście. Byliście ze mną i rozumieliście moje troski. Czułem to. Było to dla mnie wielkim wsparciem. Za tę postawę wiary i oddania Kościołowi dziękuję wam z całego serca. Zawsze tu, na tej ziemi podhalańskiej, biskup miał w was oparcie. Oparcie miała tu Ojczyzna, zwłaszcza w trudnych chwilach swoich dziejów. Przybyłem, aby wam powiedzieć za to wszystko Bóg zapłać. Na tym miejscu, razem z wami, pragnę jeszcze raz podziękować Pani Fatimskiej za dar ocalonego życia, podobnie jak to uczyniłem w Fatimie przed piętnastu laty. Totus Tuus… Dziękuję wszystkim za tę świątynie. Zawiera ona waszą miłość do Kościoła i Papieża. Jest niejako kontynuacją mojej wdzięczności do Boga i Jego Matki. Razem z wami bardzo cieszę się tym darem…

    fot. z archiwum sekretariatu fatimskiego

    ***

    Z tej racji o godz. 19.00 w Sanktuarium sprawowana będzie uroczysta Msza święta dziękczynna. Liturgię Eucharystii poprowadzi Ks. Arcybiskup Tadeusz Wojda, Metropolita Archidiecezji Gdańskiej a homilię wygłosi Ks. Arcybiskup Adrian Galbas, koadiutor Archidiecezji Katowickiej. Obaj hierarchowie są ze Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego Księży Pallotynów.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    CZWARTEK – 9 CZERWCA

    Święto Pana Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana

    Święto Pana Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana obchodzone jest w Polsce od 2013 r. Ma ono przyczynić do świętości życia duchowieństwa oraz być inspiracją do modlitwy o nowe, święte i liczne powołania kapłańskie.
    Decyzję o wprowadzeniu święta podjęli biskupi zgromadzeni na 360. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski w Zakopanem w listopadzie 2012 r. W następstwie tej decyzji, w lutym 2013 r. Watykańska Kongregacja ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów zatwierdziła dla Kościoła w Polsce nowe święto oraz zatwierdziła jego coroczne obchody na czwartek po Niedzieli Zesłania Ducha Świętego.
    Biskupi podkreślają, że święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana, wprowadzone w ostatnich dniach pontyfikatu papieża Benedykta XVI jest dla Kościoła w Polsce niejako jego testamentem duchowym.
    Egzegeza tekstu biblijnego ma prowadzić do modlitwy. Najlepszym zwieńczeniem tych rozważań będzie litania o Chrystusie-Kapłanie, odmawiana niegdyś w seminariach duchownych. Ojciec święty Jan Paweł II w swojej książce Dar i tajemnica poleca nam ją gorąco dla odnowienia żarliwości apostolskiej. Pisze tam między innymi: “W Ofierze Krzyża, upamiętnianej i uobecnianej w każdej Eucharystii, Chrystus ofiaruje siebie za zbawienie świata. Wezwania litanijne wyrażają całe bogactwo tej tajemnicy (…)  Jest w tych wezwaniach zawarte wielkie bogactwo teologicznej wizji kapłaństwa. Litania ta jest głęboko osadzona w Piśmie świętym, a zwłaszcza w “Liście do Hebrajczyków” (Dar i tajemnica, s. 77).

    Niech dzisiejsza uroczystość Pana naszego, Jezusa Chrystusa, który jest Najwyższym i Wiecznym Kapłanem będzie wielką zachętę, aby modlić się za kapłanów, którzy poprzez swoją posługę, przede wszystkim sakramentalną, pomagają nam osiągnąć wieczne zbawienie.

    ************

    Msza święta

    Jezus fot. Lawrence OP
    KAPŁANI.PL

    Antyfona na wejście

    Chrystus, Pośrednik nowego Przymierza, które trwa na wieki, ma Kapłaństwo nieprzemijające – Hbr 7,24; 9,15

    Chwała na wysokości…

    Kolekta

    Boże, Ty dla chwały Twojego majestatu
    i dla zbawienia rodzaju ludzkiego
    ustanowiłeś Jednorodzonego Syna swojego
    Najwyższym i Wiecznym Kapłanem,
    spraw, aby dzięki łasce Ducha Świętego ci,
    których On wybrał jako sługi i szafarzy swoich tajemnic, okazali się wierni w wykonywaniu przyjętego
    urzędu posługiwania.
    Przez naszego Pana Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha Świętego, Bóg, przez wszystkie wieki wieków.
    Amen.

    Czytanie z Księgo Rodzaju – Rdz 22,9-18

    A gdy przyszli na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna. Ale wtedy anioł Pana zawołał na niego z nieba i rzekł: „Abrahamie!” A on rzekł: „Oto jestem”. Powiedział mu: „Nie podnoś ręki na chłopca i nie czyń mu nic złego! Teraz poznałem, że boisz się Boga, bo nie odmówiłeś Mi nawet twego jedynego syna”.

    Abraham, obejrzawszy się poza siebie, spostrzegł barana uwikłanego rogami w zaroślach. Poszedł więc, wziął barana i złożył w ofierze całopalnej zamiast swego syna. I dał Abraham miejscu temu nazwę „Pan widzi”. Stąd to mówi się dzisiaj: „Na wzgórzu Pan się ukazuje”.

    Po czym anioł Pana przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: „Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to, iż nie oszczędziłeś syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia na wzór twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu”. Abraham wrócił do swych sług i wyruszywszy razem z nimi w drogę, poszedł do Beer-Szeby. I mieszkał Abraham nadal w Beer-Szebie.
    Oto słowo Boże.

    Psalm 40

    R/ Przychodzę, Boże, pełnić Twoją wolę

    Nie chciałeś ofiary krwawej ani z płodów ziemi,
    lecz otwarłeś mi uszy:
    nie żądałeś całopalenia i ofiary za grzechy.
    Wtedy powiedziałem: „Oto przychodzę. R/

    W zwoju księgi jest o mnie napisane:
    Radością jest dla mnie pełnić Twoją wolę, mój Boże,
    a Twoje prawo mieszka w moim sercu”.
    Głosiłem Twą sprawiedliwość w wielkim zgromadzeniu
    i nie powściągałem warg moich, o czym Ty wiesz,
    Panie. R/

    Sprawiedliwości Twojej nie kryłem w głębi serca,
    głosiłem Twoją wierność i pomoc.
    Nie taiłem Twojej łaski ani Twej wierności
    przed wielkim zgromadzeniem. R/

    Alleluja, alleluja, alleluja. 

    Dla nas Chrystus stał się posłusznym aż do śmierci, a była to śmierć na krzyżu, dlatego Bóg wywyższył Go nad wszystko i dał Mu imię, które jest ponad wszelkie imię. 

    Alleluja, alleluja, alleluja.

    Słowa Ewangelii według św. Mateusza – Mt 26,36-42

    Wtedy przyszedł Jezus z nimi do ogrodu, zwanego Getsemani, i rzekł do uczniów: „Usiądźcie tu, Ja tymczasem odejdę tam i będę się modlił”. Wziąwszy z sobą Piotra i dwóch synów Zebedeusza, począł się smucić i odczuwać trwogę. Wtedy rzekł do nich: „Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie ze Mną”. I odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz i modlił się tymi słowami: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich. Wszakże nie jak Ja chcę, ale jak Ty”.

    Potem przyszedł do uczniów i zastał ich śpiących. Rzekł więc do Piotra: „Tak, jednej godziny nie mogliście czuwać ze Mną? Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie; duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe”. Powtórnie odszedł i tak się modlił: „Ojcze mój, jeśli nie może ominąć Mnie ten kielich i muszę go wypić, niech się stanie wola Twoja”.

    Oto słowo Pańskie.

    Modlitwa nad darami

    Panie Boże, niech nasz Pośrednik, Jezus Chrystus, uczyni te dary miłymi Tobie;
    i wraz z Sobą przedstawi nas jako wdzięczną ofiarę.
    Który żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

    Prefacja
    Kapłaństwo Chrystusa i Kościoła

    Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe,
    słuszne i zbawienne, abyśmy zawsze i wszędzie
    Tobie składali dziękczynienie, Panie, Ojcze święty,
    wszechmogący, wieczny Boże.
    Ty przez namaszczenie Duchem Świętym
    ustanowiłeś Twojego Jednorodzonego Syna Kapłanem nowego i wiecznego przymierza i postanowiłeś,
    że Jego jedyne kapłaństwo będzie trwało w Kościele. Chrystus nie tylko obdarzył cały lud odkupiony królewskim kapłaństwem, lecz w swojej miłości
    dla braci wybiera ludzi, którzy przez święcenia otrzymują udział w Jego kapłańskiej służbie.

    W Jego imieniu odnawiają oni Ofiarę,
    przez którą odkupił ludzi,
    i przygotowują dla Twoich dzieci ucztę paschalną. Otaczają oni miłością Twój lud święty,
    karmią go słowem i umacniają sakramentami. Poświęcając swoje życie dla Ciebie i dla zbawienia braci,
    starają się upodobnić do Chrystusa
    i składają Tobie świadectwo wiary i miłości.
    Dlatego z Aniołami i wszystkimi Świętymi
    wysławiamy Ciebie, z radością wołając:


    Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów.
    Pełne są niebiosa i ziemia chwały Twojej.
    Hosanna na wysokości.
    Błogosławiony, który idzie w imię Pańskie.
    Hosanna na wysokości.

    Antyfona na Komunię

    Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.

    Modlitwa po Komunii

    Prosimy Cię, Panie, niech święta Hostia,
    którąśmy ofiarowali i przyjęli, odnowi nasze życie, abyśmy nieustannie zjednoczeni z Tobą w miłości, przynosili owoce trwające na wieki.
    Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

    __________________________________________________________

    W dzisiejsze święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana wierni modlą się w intencji kapłanów

    “W czasie Ostatniej Wieczerzy Jezus podniósłszy oczy ku niebu, rzekł: «Ojcze, nadeszła godzina. Otocz swego Syna chwałą, aby Syn Ciebie nią otoczył i aby mocą władzy udzielonej Mu przez Ciebie nad każdym człowiekiem dał życie wieczne wszystkim tym, których Mu dałeś.

    Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi.

    Ja im przekazałem Twoje słowo, a świat ich znienawidził za to, że nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata. Nie proszę, abyś ich zabrał ze świata, ale byś ich ustrzegł od złego. Oni nie są ze świata, jak i Ja nie jestem ze świata.

    Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą. Jak Ty Mnie posłałeś na świat, tak i Ja ich na świat posłałem. A za nich Ja poświęcam w ofierze samego siebie, aby i oni byli uświęceni w prawdzie.

    Nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, by świat uwierzył, że Ty Mnie posłałeś.

    I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, że Ty Mnie posłałeś i że Ty ich umiłowałeś, tak jak Mnie umiłowałeś.

    Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata.

    Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, że Ty Mnie posłałeś. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich”. (z rozdziału 17 Ewangelii wg św. Jana)

    Czcimy Jezusa Chrystusa, najwyższego i wiecznego Kapłana, ale myślimy o wszystkich kapłanach. Kapłaństwo bierze się przede wszystkim z podziwu wobec majestatu Boga – jak u Izajasza, który wszedłszy do świątyni zobaczył królującego Jahwe; patrząc na Boga, poznaje swój grzech, ale zarazem doznaje miłosierdzia. Natychmiast chce, aby również inni doznali potęgi Bożej miłości, jak i on doznał jej przed chwilą, dlatego na pytanie Boże wyznaje: „Oto ja, poślij mnie”. I tak człowiek staje jako obecny jako Obecnego: nie ucieka w grzech, kłamstwo, ułudę, ale ucieka w Boże miłosierdzie.

    Aby to było możliwe w pełni i na zawsze Jezus stał się człowiekiem i postanowił, abyśmy tej mocy Bożej miłości mogli doznawać poprzez święte sakramenty. „To, co było widzialne w Chrystusie przeszło w sakramenty” – wyjaśniał w IV w. św. Leon Wielki. Nie możemy teraz Jezusa zobaczyć oczyma ciała, ale możemy doznać Jego mocy poprzez uzdrawiającą moc świętych misteriów Eucharystii, chrztu, pokuty… Kapłani, którzy je celebrują, w jakiś sposób muszą być zawsze gotowi, aby naśladować Jezusa także w Jego Męce. Ta tajemnica ma miejsce szczególnie wtedy, gdy kapłan dla miłości Boga i ludzi powoli i z mozołem wyzbywa się swego egoizmu, swego grzechu, gdy porzuca swoje myślenie i ciasne sądy, aby móc spojrzeć na świat i ludzi tak, jak patrzył Jezus. Modląc się za kapłanów, pamiętać trzeba o ich ludzkiej słabości, która staje się jeszcze bardziej jaskrawa z powodu tajemnic, które celebrują. Naszą nadzieją jest dlatego Kapłan Najwyższy i Wieczny – Jezus Chrystus, nasz Pan.

    o.Szymon Hiżycki OSB/Pomiędzy grzechem a myślą


    Litania do Chrystusa Kapłana i Żertwy

    • Kyrie eleison Chryste eleison. Kyrie eleison.
    • Chryste usłysz nas Chryste wysłuchaj nas.
    • Ojcze z nieba Boże, zmiłuj się nad nami.
    • Synu, Odkupicielu świata, Boże,
    • Duchu Święty, Boże,
    • Święta Trójco, jedyny Boże,
    • Jezu, Kapłanie na wieki, zmiłuj się nad nami.
    • Jezu, nazwany przez Boga Kapłanem na wzór Melchizedeka,
    • Jezu, Kapłanie, którego Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą,
    • Jezu, Kapłanie wielki,
    • Jezu, Kapłanie z ludzi wzięty,
    • Jezu, Kapłanie dla ludzi ustanowiony,
    • Jezu, Kapłanie wszystkich wierzących,
    • Jezu, Kapłanie większej od Mojżesza czci godzien,
    • Jezu, Kapłanie prawdziwego przybytku,
    • Jezu, Kapłanie dóbr przyszłych,
    • Jezu, Kapłanie święty, niewinny i nieskalany,
    • Jezu, Kapłanie wierny,
    • Jezu, Kapłanie miłosierny,
    • Jezu, Kapłanie dobroczynny,
    • Jezu, Kapłanie pałający gorliwością o Boga i ludzi,
    • Jezu, Kapłanie na wieczność doskonały,
    • Jezu, Kapłanie, który wszedłeś do nieba,
    • Jezu, Kapłanie, siedzący po prawicy Majestatu na wysokości,
    • Jezu, Kapłanie wstawiający się za nami przed obliczem Boga,
    • Jezu, Kapłanie, któryś nam otwarł drogę nową i żywą,
    • Jezu, Kapłanie, któryś umiłował nas i obmył od grzechów Krwią swoją,
    • Jezu, Kapłanie, któryś siebie samego wydał jako Ofiarę i Hostię dla Boga,
    • Jezu, Ofiaro Boga i ludzi,
    • Jezu, Ofiaro święta,
    • Jezu, Ofiaro niepokalana,
    • Jezu, Ofiaro przyjęta przez Boga,
    • Jezu, Ofiaro przejednania,
    • Jezu, Ofiaro uroczysta,
    • Jezu, Ofiaro chwały,
    • Jezu, Ofiaro pokoju,
    • Jezu, Ofiaro przebłagania,
    • Jezu, Ofiaro zbawienia,
    • Jezu, Ofiaro, w której mamy ufność i śmiały przystęp do Boga,
    • Jezu, Ofiaro, która dwoje jednym uczyniła,
    • Jezu, Ofiaro od założenia świata ofiarowana,
    • Jezu, Ofiaro żywa przez wszystkie wieki.
    • Bądź nam miłościw, przepuść nam, Jezu.
    • Bądź nam miłościw, wysłuchaj nas, Jezu.
    • Od zła wszelkiego, wybaw nas, Jezu.
    • Od nierozważnego wejścia na służbę Kościoła,
    • Od grzechu świętokradztwa,
    • Od ducha niepowściągliwości,
    • Od pogoni za pieniądzem,
    • Od wszelkiej chciwości,
    • Od złego używania majątku kościelnego,
    • Od miłości świata i jego pychy,
    • Od niegodnego sprawowania świętych Tajemnic,
    • Przez odwieczne Kapłaństwo Twoje,
    • Przez święte namaszczenie Boskości, mocą którego Bóg Ojciec uczynił Cię Kapłanem,
    • Przez Twego kapłańskiego Ducha,
    • Przez Twoje posługiwanie, którym na ziemi wsławiłeś Ojca Twego,
    • Przez krwawą ofiarę z Siebie raz na Krzyżu złożoną,
    • Przez tę samą ofiarę codziennie na ołtarzu odnawianą,
    • Przez Boską władzę, którą jako jedyny i niewidzialny Kapłan wykonujesz przez swoich kapłanów.
    • Abyś wszystkie sługi Kościoła w świętej pobożności zachować raczył, Ciebie prosimy, wysłuchaj nas, Panie.
    • Aby ich napełnił Duch kapłaństwa Twego,
    • Aby usta kapłanów strzegły wiedzy,
    • Abyś na żniwo swoje robotników nieugiętych posłać raczył,
    • Abyś sługi Twoje w gorejące pochodnie przemienił,
    • Abyś pasterzy według Twego Serca wzbudzić raczył,
    • Aby wszyscy kapłani nienaganni byli i bez skazy,
    • Aby wszyscy, którzy zobaczą sługi ołtarzy, Pana uczcili,
    • Aby składali Ci ofiary w sprawiedliwości,
    • Abyś przez nich cześć Najświętszego Sakramentu rozkrzewić raczył,
    • Kapłanie i Ofiaro.
    • Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, przepuść nam, Jezu.
    • Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, wysłuchaj nas, Jezu.
    • Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami, Jezu.
    • Jezu, Kapłanie, usłysz nas.
    • Jezu, Kapłanie, wysłuchaj nas.

    Módlmy się.  Boże, Uświęcicielu i Stróżu Twojego Kościoła, wzbudź w nim przez Ducha Twojego godnych i wiernych szafarzy świętych Tajemnic, aby za ich posługiwaniem i przykładem, przy Twojej pomocy, lud chrześcijański kierował się na drogę zbawienia.  Boże, Ty nakazałeś modlącym się i poszczącym uczniom oddzielić Pawła i Barnabę do dzieła, do którego ich przeznaczyłeś, bądź teraz z Twoim Kościołem trwającym na modlitwie, i wskaż tych, których do służby wybrałeś. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    KOŚCIÓŁ ŚW. PIOTRA

    PIĄTEK – 10 CZERWCA

    GODZ. 18.00 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 19.00 – MSZA ŚWIĘTA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    SOBOTA – 11 CZERWCA

    GODZ. 17.00 – SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 18.00 – MSZA ŚW. WIGILIJNA Z UROCZYSTOŚCI NAJŚWIĘTSZEJ TRÓJCY

    KORONKA DO MATKI BOLESNEJ W TYM MIESIĄCU BĘDZIE W TRZECIĄ SOBOTĘ MIESIĄCA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    NIEDZIELA – 12 CZERWCA

    UROCZYSTOŚĆ NAJŚWIĘTSZEJ TRÓJCY

    trojca
    Ikona Trójcy Przenajświętszej /Krakowska Prowincja Zakonu Karmelitów Bosych/Karmel.pl/

    ***

    GODZ. 13.30 – ADORACJA NAJŚWIĘTSZEGO SAKRAMENTU / SPOWIEDŹ ŚWIĘTA

    GODZ. 14.00 – MSZA ŚWIĘTA

    _________________________________________________________________________________________________________________________________________________________________

    OD PIĄTKU 27 MAJA DO SOBOTY 4 CZERWCA TRWAŁA NOWENNA PRZED UROCZYSTOŚCIĄ ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO

    Leon XIII: Dary Ducha Świętego

    I DZIEŃ: MIŁOŚĆ – CARITAS

    II DZIEŃ: RADOŚĆ – GAUDIUM

    III DZIEŃ: POKÓJ – PAX

    IV DZIEŃ: CIERPLIWOŚĆ – LONGAMINITAS

    V DZIEŃ: UPRZEJMOŚĆ – BENIGNITAS

    VI DZIEŃ: DOBROĆ – BONITAS

    VII DZIEŃ: WIERNOŚĆ – FIDES

    VIII DZIEŃ: ŁAGODNOŚĆ – MODESTIA

    IX DZIEŃ: OPANOWANIE – CONTINENTIA

    ______________________________________________________________________________________________________________

    … Nowenna do Ducha Świętego, oparta na rozważaniu i upraszaniu dziewięciu „owoców Ducha Świętego”, wymienionych w Liście św. Pawła do Galatów. Pozwólmy się prowadzić Duchowi Świętemu – prosił Apostoł i zarazem zalecał, aby owoce te zdobywać i na ich  miarę kształtować nasze życie. Podkreślał ich wagę 
w miłości i wolności chrześcijańskiej. Pisał: „Oto, czego uczę: postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie. Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa… Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie” (Ga 5,1618.22).

    …. Proponuję, aby modlitewne skupienie, towarzyszące odprawianiu nowenny o owoce Ducha Świętego, wzbogacić codziennymi, konkretnymi czynami. Niech podane propozycje i intencje modlitewne po każdym rozważaniu pomogą upraszać potrzebne łaski oraz żyć owocami Ducha Świętego, umacniać je i pogłębiać w swoim życiu.

    o. Mirosław Piątkowski SVD, święto Zwiastowania Pańskiego, 25.03.2006

    za zgodą Kurii Biskupiej Warszawsko-Praskiej, 30.10.2006 r., nr 1942(K)

    ________________________________________________________________________________________

    Apostołowie wraz z Maryją, Bożą Matką, po Wniebowstąpieniu Pana Jezusa, trwali w wieczerniku na modlitewnym oczekiwaniu, przygotowując się w ten sposób na przyjście Ducha Pocieszyciela obiecanego przez Chrystusa, jak jest napisane w Ewangelii według św. Jana (14.15-20).

    Owoce ducha to jest miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność i opanowanie

    Nie sposób przecenić znaczenie tych owoców

    w naszym codziennym, chrześcijańskim życiu.

    Pożytecznie i mądrze jest prosić o nie

    w modlitwie tak szczególnej

    jak nowenna do Ducha Świętego.

    _____________________________________________________________________________

    DZIEŃ PIERWSZY – piątek 27 maja

    MIŁOŚĆ – CARITAS

    Bóg jest miłością. Te słowa z Pierwszego Listu św. Jana (4,16) ze szczególną jasnością objawiają istotę wiary chrześcijańskiej. W tym krótkim stwierdzeniu, jak zauważa na początku swojej  pierwszej  encykliki papież Benedykt XVI,  zawiera się chrześcijański obraz Boga i wyłaniający się z niego obraz człowieka i jego drogi. Jan Apostoł nie napisał tych słów po wnikliwej analizie intelektualnej, ale po spotkaniu i doświadczeniu miłości Boga w osobie Jezusa Chrystusa. Wielu współczesnych Janowi, tak jak on sam, poznało miłość i uwierzyło w miłość, jaką Bóg nam okazuje. My, choć, żyjemy  już w innym czasie i innych sytuacjach, nadal spotykamy chrześcijan, którzy żyją miłością i doświadczamy miłości Boga i ludzi. Doświadczamy miłości Boga w Eucharystii, którą zostawił nam Jezus i w której w każdej chwili jest On obecny dla nas. Możemy też trwać w Jego miłości, bo daje nam samego siebie. Możemy wreszcie sami miłować Boga i ludzi swoją (i co więcej) Jego miłością. Wszystko to jest możliwe dzięki działaniu i mocy Ducha Świętego, który jest nam bezustannie dawany. „Miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5); „Albowiem Bóg tak umiłował świat, aby każdy kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). Kto zatem trwa w miłości, trwa w Bogu… Przyzywajmy Ducha Świętego, aby trwać w miłości i obdarowywać nią innych, aby doświadczać miłości Bożej i odczuwać, że naprawdę jesteśmy kochani przez Niego, aż do „szaleństwa krzyża”!

    Czyn ku wzrastaniu w miłości – przyjmowanie Pana Jezusa w Komunii świętej

    z archiwum Głosu Ojca Pio/Tygodnik Niedziela

    ***

     Intencja ogólna:

    Przybądź Duchu Święty… daj szczęście bez miary! Pomóż nam dzięki jak najczęstszemu uczestniczeniu we Mszy świętej i przyjmowaniu Jezusa w Komunii świętej umacniać miłość do Ciebie i bliźniego, samego siebie i całego świata stworzonego.

     Intencja osobista:

    Duchu Święty, w szczególny sposób zawierzam ci moją osobistą troskę, którą w obecnym czasie jest… (w tym miejscu wymienić to, o co szczególnie chcę prosić w tej nowennie do Ducha Świętego).

    Następnie można odmówić koronkę do Ducha Świętego albo jedno Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo i Chwała Ojcu oraz modlitwę na zakończenie:

    Módlmy się: Boże, któryś pouczył serca wiernych światłem Ducha Świętego, daj nam w tymże Duchu poznać, co jest prawe, i Jego pociechą zawsze się radować. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

     Niepokalana   Oblubienico   Ducha Świętego,  – Módl się za nami.

    Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą (Łk 11,13).

    __________________________________________________________________________________

    KORONKA KU CZCI DUCHA ŚWIĘTEGO

    Krzyżyk:

    W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

    Wierzę w Boga Ojca…

    Koralik po krzyżyku:

    Przybądź, Duchu Święty,

    Spuść z niebiosów wzięty

    Światła Twego strumień.

    Przyjdź, Ojcze ubogich,

    Dawco darów mnogich,

    Przyjdź, Światłości sumień!

    O najmilszy z Gości,

    Słodka serc radości,

    Słodkie orzeźwienie.

    W pracy Tyś ochłodą,

    W
skwarze żywą wodą,

    W płaczu utulenie.

    Światłości najświętsza,

    Serc wierzących wnętrza

    Oddaj swej potędze!

    Bez Twojego tchnienia

    Cóż jest wśród stworzenia?

    Jeno cierń i nędze!

    Obmyj, co nieświęte,

    Oschłym wlej zachętę,

    Ulecz serca ranę!

    Nagnij, co jest harde,

    Rozgrzej serca twarde,

    Prowadź zabłąkane.

    Daj Twoim wierzącym,

    Daj wieniec zwycięstwa,

    Daj szczęścia bez miary!

    Amen.

     Siedem części po trzy koraliki:

    1. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze mądrości.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu.

    2. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze rozumu.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu.

    3. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze rady.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu..

    4. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze męstwa.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu.

    5. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze umiejętności.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

    6. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze pobożności.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo…Chwała Ojcu…

    7. Bądź uwielbiony, Boże Duchu Święty, i przyjdź do nas w darze bojaźni Bożej.

    Ojcze nasz… Zdrowaś Maryjo… Chwała Ojcu…

     – Ześlij Ducha Twego, Panie, a powstanie życie,

     – I odnowisz oblicze ziemi.

    Zakończenie:

    Módlmy się: Boże, Tyś pouczył serca wiernych światłem Ducha Świętego: daj nam w tymże Duchu poznać, co jest prawe i Jego pociechą zawsze się radować. Przez Chrystusa Pana naszego. Amen.

     – Niepokalana Oblubienico Ducha Świętego,

     – Módl się za nami.

    Codzienne ofiarowanie się Duchowi Świętemu:

    Boże, Duchu Święty, słodka miłości Ojca i Syna. Aby całkowicie należeć do Ciebie, oddaję Ci teraz i na zawsze: moje serce, moje ciało i duszę, moje siły i zdolności, moje cierpienia i radości, moje życie i śmierć. Oddaję Ci też wszystkich, którzy są mi drodzy i wszystko, czym jestem i co posiadam, abyś Ty sam mógł tym rozporządzać i panować nade mną swoją miłością, teraz i w wieczności. Amen.

    (św. Arnold Janssen SVD)

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ DRUGI – sobota 28 maja

    RADOŚĆ – GAUDIUM

    „Aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna” – to życzenie, a nawet polecenie, Jezusa skierowane do uczniów. Bóg w Jezusie pragnie dla nas pełnej radości. Czy zdaję sobie z tego sprawę? Prawdziwa radość jest możliwa i  dla mnie i takiej radości dla mnie pragnie Bóg! Uczniowie Jezusa przypatrywali Mu się bacznie przez trzy lata i widzieli, że nieraz doznawał głębokiej radości. Oni sami uczestniczyli w Jego radości. „Kiedy wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością mówiąc: Panie przez  wzgląd na Twoje imię nawet złe duchy nam się poddają” (Łk 10,17); „W tej właśnie chwili Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: «Wysławiam cię Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom»” (Łk 10,21).

    Radość była również udziałem Apostołów po wstąpieniu Jezusa do nieba. Choć nie było Go już fizycznie pośród nich, tak jak to jest w naszej sytuacji, to jednak doświadczali pełni radości. Była ona ich udziałem nawet w trudnych sytuacjach, gdy doznawali cierpienia! Kiedy członkowie Sanhedrynu kazali ubiczować Apostołów za głoszenie “Dobrej Nowiny o Jezusie i zabronili im przemawiać w imię Jezusa, „oni odchodzili sprzed Sanhedrynu i cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla imienia Jezusa” (Dz 5,41). Potwierdza to także świadectwo Pawła Apostoła z Listu do Kolosan: „Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa, dla dobra Jego ciała, którym jest Kościół” (Kol 1,24). Nie były to tylko słowa pisane w liscie. Kiedy przebywał w więzieniu razem z Sylasem, zakuty w dyby, po wymierzeniu mu wielu razów „śpiewał hymny Bogu” (Dz 16,25).

    Biblia w wielu miejscach ukazuje nam, że ludzie dzięki żywej relacji z Bogiem, dzięki modlitewnemu życiu, jakie prowadzą, doznają prawdziwej radości, i to nawet w cierpieniu. Mojżesz i Izraelici śpiewali pieśni i tańczyli na cześć Pana, gdy „mocną ręką” wyprowadził ich z niewoli (por. Wj 15,1-21). Dawid również tańczył wśród radosnych okrzyków przed Arką Pańską po zwycięstwie nad wrogiem (por. 2 Sm 6,14-15). Maryja, Matka Jezusa, wyraża swoją radość w hymnie nazywanym Magnificat: ,Raduje się duch mój w Bogu zbawcy moim…” (Łk 1,47). Święty Jan Chrzciciel także – mimo surowego życia, jakie prowadził – zaświadcza o głębokiej radości, jakiej doznaje w relacji z Bogiem i w spotkaniu z Jezusem: „Przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, doznaje najwyższej radości na głos oblubieńca. Ta zaś moja radość doszła do szczytu” (J 3,29). I choć doznajemy smutku, to jednak Jezus obiecuje, że „smutek wasz zamieni się w radość… a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać” (J 16,20.22). Duch Święty sprawia, że Jezus jest obecny w naszym życiu. Przyzywajmy Ducha, aby zstępował na nas i uobecniał pośród nas Jezusa. Aby zamieniał nasze smutki w radość, której nikt nam nie zdoła odebrać.

    Czyn ku rozwijaniu radości – regularna lektura duchowa (np. życiorysy świętych)

    Żywoty Świętych Pańskich. Tom Piąty. Maj - Władysław Hozakowski - ebook

    Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty… słodka serc radości! Pomóż nam rozwijać i umacniać radość w sobie dzięki lekturze duchowej, a w szczegółności dzięki przypatrywaniu się sługom Bożym, błogosławionym i świętym.

     Dalej tak, jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ TRZECI – Niedziela 29 maja

    POKÓJ – PAX

    Pokój serca jest największą i najgłębszą potrzebą człowieka. Franciszek Kyutaro Hashimoto, Japończyk urodzony w Osace, był buddystą.  Kiedy spotkał brata Romualda Mrozińskiego, franciszkanina, zafascynował się głębokim, wewnętrznym jego pokojem. ,Widziałem, że jest to prawdziwy pokój Chrystusa, pokój, którego nie znalazłem w kulturze i religijności japońskiej. Urzeczony bratem Romualdem, pokojem, który miał w sobie, zapragnąłem zostać chrześcijaninem” (z książki Rozmowy o chrześcijaństwie w Japonii… i w Polsce, wydanej przez Verbinum).

    Pokój jest pragnieniem człowieka. Pokoju chce Bóg dla ludzi. Kiedy narodził się Chrystus, aniołowie objawiając się pasterzom i zwiastując im Jego przyjście, wielbili Boga słowami: „Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania” (Łk 2,14). Pokój Boga jest możliwy dla narodów całej ziemi i wszystkich ludzi dobrej woli. Pokój Boży nie oznacza jednak tylko braku wojny. Jest przede wszystkim wewnętrznym stanen ducha, którym możemy się cieszyć mimo wojny, prześladowań i cierpień. Kiedy Jezus żegnał się ze swoimi uczniami, mówił do nich: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze, ani się nie lęka!” (J 14,27)

    Jeśli słyszałeś o chrześcijanach, którzy wewnętrznie spokojni i bez lęku stają wobec różnych trudnych sytuacji życiowych,  np. ciężkiej choroby czy śmierci, to tym samym dowiedziałeś się, czym jest prawdziwy pokój, który daje Chrystus. Tylko Jezus Chrystus może dać nam prawdziwy pokój. My sami nie możemy go sobie dać. Świat daje i odbiera pokój. Jeśli daje pokój, to często jest on tylko pozorny albo częściowy. Jezus przychodząc po swoim zmartwychwstaniu do uczniów, przynosi im przede wszystkim pokój.

    Mówi do nich: „Pokój wam”. Tchnął na nich i powiedział im:  „Weźmijcie Ducha Świętego! Komu odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, komu zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20,19-23). Jezus w sposób szczegółny udziela nam prawdziwego pokoju przez Ducha Świętego, gdy wyznajemy nasze grzechy w sakramencie pojednania! Jeśli pragniemy, by w naszych sercach i umysłach zagościł prawdziwy pokój Boga, przyzywajmy go z gorliwością i stałością, i oczyszczajmy się z naszych grzechów, stanowiących przeszkodę na drodze do pokoju.

    Czyn ku odnajdywaniu Bożego pokoju – regularna spowiedź

    This image has an empty alt attribute; its file name is S09XKM0.jpg

    Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty… bez Twojego tchnienia cóż jest wśród stworzenia? Jeno cierń i nędze! Pomóż nam umacniać pokój w sobie, wokół siebie i na całym świecie dzięki dobrze przeżytemu, comiesięcznemu sakramentowi pojednania.

    Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ CZWARTY – poniedziałek 30 maja

    CIERPLIWOŚĆ – LONGAMINITAS

    Kardynał Ratzinger, obecny papież Benedykt XVI, pisząc o przemianach w Europie, a szczególnie we wschodniej jej części, podkreślą siłę cierpliwego świadectwa chrześcijan. „Jak znaczące jest to, czego mogła dokonać cierpliwość, a z tym i związane cierpienie duchowe, psychiczne i fizyczne chrześcijan. Fakt, że w Europie Wschodniej wiara stała się siłą, która okazała się mocniejsza niż «naukowy socjalizm» wypływa przede wszystkim z pokory i cierpliwości cierpiących, w których świadectwie uwidoczniła się większa obietnica. Jesteśmy od nowa zdani na to, aby przekraczać samych siebie na drodze wiary w Żywego Boga. Odwagi do tego, by wierzyć tak dziś jak i niegdyś, nie da się przekazać na czysto intelektualnej drodze. Przede wszystkim wymaga ona świadków, którzy ją poprzez swoje życie i cierpienie zweryfikują jako słuszną drogę. Jednak ta właśnie droga prowadzi do Żywego Boga” (por. J. Ratzinger, Czas przemian w Europie, Kraków 2001, s. 93).

    Cierpliwość to wytrwałość w drodze do wyznaczonego celu. Zwykle celu nie osiąga się natychmiast, w jednej chwili, ale po upływie jakiegoś czasu, nieraz długiego. Cnota ta nierzadko jest związana z trudem, zmęczeniem czy bólem, ale znoszonym w spokoju. W doskonaleniu cnoty cierpliwości i trwaniu w niej pomaga wpatrywanie się w cel, który chce się osiągnąć, jasna wizja drogi, którą się podąża, świadomość, że nie jesteśmy na tej drodze sami. Kto jest cierpliwy, nie zniechęca się upadkami, bo wie, jak ważny jest cel, do którego dąży. Cierpliwości potrzebujemy w znoszeniu naszych słabości i ciągłym nawracaniu się do Boga. Jednocześnie postawa ciągłego nawracania się wyrabia w nas cierpliwość i daje nadzieję na ostateczne osiągnięcie celu.

    Teresa z Avila, wielka święta i mistyczka hiszpańska, w krótkich i pięknych słowach określiła wartość cierpliwości: „Niech nic cię nie niepokoi, kto ma Boga, temu niczego nie brakuje, cierpliwością osiągnie się wszystko”.

    Czyn ku wzrastaniu w cierpliwości – postawa stałego nawracania się

    Nawrócenie ma wiele twarzy
    foto: Henryk przondziono/GOŚĆ NIEDZIELNY

    Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty… daj wieniec zwycięstwa! Umocnij naszą cierpliwość dzięki postawie nieustającego nawracania się.

    Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ PIĄTY – wtorek 31 maja

    UPRZEJMOŚĆ – BENIGNITAS

    Jest wiele książek uczących dobrych manier – sztuki savoir vivre’u. W szczególności w zawodach sportowych, choć nie tylko, ma obowiązywać zasada fair play, czyli uczciwej i, mimo współzawodnictwa, honorowej walki. Przyznaje się nawet bardzo zaszczytną nagrodę fair play. Wszystko to świadczy, że uprzejmość nie jest powszechnie i na co dzień spotykaną postawą, choć na pewno bardzo upragnioną. Zależy nam, aby inni byli wobec nas uprzejmi i przyjaźnie do nas nastawieni w pracy, na ulicy czy w domu. Z własnego doświadczenia jednak wiemy, że nie jest łatwo przez cały czas być uprzejmym. Przyznajemy, że zdobywamy się na uprzejmość i grzeczność w szczególnych miejscach, w spotkaniu z wyjątkowymi osobami, w szczególnych sytuacjach. Ale słabość charakteru i zmienność emocji nie pozwalają  nam   być  uprzejmymi   zawsze i wszędzie. Zdarza się nawet, że wybuchamy złością   wobec innych, stajemy się dla nich opryskliwi, zamiast emanować uprzejmością.

    Słusznie święty Paweł zaliczył uprzejmość do tych cech ludzkiej  osobowości, które należą do owoców Ducha Świętego. Dopiero Jego obecność i moc są w stanie sprawić, że odnajdujemy dość siły i motywacji, by być uprzejmym. Zdarza się, że ze względu na wyznawaną wiarę okazujemy jakieś osobie szacunek, mimo że swym postępowaniem nie wydaje się ona godna szacunku. Jak wielkiej wówczas potrzebujemy mocy Bożej, aby wypełnić polecenie Jezusa: „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują. Tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie… Bądźcie więc doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski” (Łk 44-45.48). Jak wiele trzeba modlić się za innych, aby być wobec nich uprzejmym i odkrywać w nich oblicze Jezusa.

    Czyn ku rozwijaniu uprzejmości – modlitwa wstawiennicza

    Modlitwą i płaczem uprosiła u Boga nawrócenie dla syna
    św. Monika z synem

     Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty…  o najmilszy z Gości! Umocnij w nas cnotę uprzejmości dzięki modlitwie wstawienniczej za tych, którzy są jeszcze daleko od Ciebie, również za wrogów i nieprzyjaciół.

    Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ SZÓSTY – środa 1 czerwca

    DOBROĆ – BONITAS

    Człowiek tęskni za dobrocią serca. Dobroć ta obecna była w oczach Jezusa, w Jego słowach i czynach. „Nauczycielu dobry…” powiedział do Niego młodzieniec, pytający o życie wieczne (Mk 10,17). Pan Jezus przenikał do głębi ludzkiego serca, rozpoznawał pragnienia ludzkiej duszy, czuł ból i dostrzegał choroby każdego napotkanego człowieka. Błogosławił dzieci, pochylał się nad ubogimi i płaczącymi. Głosił słowa, które przynosiły życie. Patrzył z miłością… dawał samego siebie.


    Być dobrym to umieć się zatrzymać, ofiarowac swój czas, pozwolić odczuć ciepło, obdarzyć życzliwym spojrzeniem, radosnym uśmiechem i modlitwą, sprawiać, by serce drugiego człowieka otwierało się jak kwiat w promieniach słońca. Być dobrym to przejawiać gotowość na doznanie bólu, który może okazać się ceną dobroci. Być mimo wszystko dobrym jak chleb, który każdy może wziąć do ręki i odłamać kawałek, aby zaspokoić głód miłości… (św. Brat Albert).

    Dobroć, jakiej potrzebuje świat, wydaje się bardzo prosta. Czyż jednak ludzkość nie zagubiła dobroci, która obywa się bez świateł, neonów, wielkich słów, reklam, komputerów i pieniędzy? Ojciec Marian Żelazek (1908 -2006), misjonarz werbista, mimo pięcioletniej gehenny, jaką przeżył i widział, przebywając w obozie koncentracyjnym w Dachau (1940 -1945), zdecydował się zostać księdzem i po święceniach, od 1950 roku, pracował przez pięćdziesiąt lat w Indiach, z czego ponad trzydzieści wśród trędowatych w Puri. Stworzył dla nich ośrodek-miasteczko, aby uczynić ich życie ludzkim. Zwykł mawić: „Nie jest trudno być dobrym, wystarczy tylko chcieć”.

    Czy wytrwale pragniemy być dobrymi? Czy nie potrzeba nam mocy Ducha Świętego, aby mimo trudności chcieć żyć tą dobrocią, która odnawia oblicze ziemi? Czy nie to miał na  myśli psalmista, gdy się modlił: „Wszystko to czeka na Ciebie… Stwarzasz je, gdy ślesz swego Ducha i odnawiasz oblicze ziemi” (Ps 104,27.30).

    Czyn ku rozwijaniu dobroci – ofiarowywanie serca i dóbr (jałmużna)

    apostol.pl

    Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty… Dawco darów mnogich!  Umocnij w nas dobroć, abyśmy umieli przyjmować dobroć Bożą i obdarzać nią innych dzięki ofiarowywaniu swego czasu i obecności, dobrego słowa i konkretnej pomocy osobom szczególnie potrzebującym, zwłaszcza tym, które utraciły wszelką nadzieję.

    Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ SIÓDMY – I czwartek miesiąca 2 czerwca

    WIERNOŚĆ – FIDES

    Wierność najczęściej kojarzy się z małżeństwem. Na początku wspólnej drogi małżonkowie przyrzekają sobie nawzajem, że zachowają wierność i uczciwość małżeńską i że nie opuszczą siebie aż do śmierci. Na koniec dopowiadają: „Tak mi dopomóż Panie Boże i wszyscy święci”. Przed ceremonią wypowiedzenia przysięgi małżeńskiej wzywa się Ducha Świętego, aby pobłogosławił nowy związek życia i udzielał małżonkom mocy do trwania w wierności aż do śmierci.

    Kościół  ustanawiając   obrzęd   zawarcia związku małżeńskiego był świadom, że wierność małżeńska, podobnie jak i zakonny ślub czystości, może być dochowana tylko dzięki łasce Ducha Świętego. Bez Niego ludzie nie są zdolni wytrwać do końca w wierności małżeńskiej czy w czystej miłości oblubieńczej do Boga. Konstytucje Zgromadzenia Słowa Bożego, mówiąc o ślubie czystości, tak zwracają się do tych, którzy zamierzają podjąć życie w czystości: „Nasza Bogu poświęcona czyśtość jest bardziej darem Boga dla nas, niż naszym darem dla Niego. Ponieważ dotyka ona głębokich skłonności ludzkiej natury, wierność jej jest możliwa jedynie w zawierzeniu łasce Boga, który nie opuszcza wybranych… Pełni zaufania zwracamy się do Maryi, która przez swoje «niech mi się stanie» w dziewiczej płodności stała się Matką Wcielonego Słowa, aby nam dopomagała każdego dnia przeżywać nasz ślub w mocy i radości Ducha Świętego” (206) .

    Nie tylko w sytuacjach szczególnych kryzysów wierności i pokus, ale także w codziennym wypełnianiu wszystkich naszych zobowiązań i w pielęgnowaniu przyjaźni wzywajmy wraz z Maryją i świętymi Ducha Świętego, gwaranta naszej wiernej miłości do Boga i człowieka. Wpatrujmy się w błogosławionych i świętych, aby zachęcać siebie ich przykładem dochowywania wierności do końca.

     Czyn ku wzrostowi wierności – codzienna modlitwa, szczególnie różaniec w rodzinie

    foto: Tygodnik NIEDZIELA/Africa Studio

     

     Intencja ogólna:

    Przybądź,  Duchu Święty…  ulecz serca ranę! Umacniaj naszą wierność Tobie i ludziom dzięki pielęgnowaniu codziennej modlitwy, szczególnie różańcowej.

     Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________

    DZIEŃ ÓSMY – I piątek miesiąca 3 czerwca

    ŁAGODNOŚĆ – MODESTIA

    Łagodność ujawnia się przede wszystkim w zachowaniu wobec bliźniego. Jest przeciwieństwem brutalności, grubiaństwa, szorstkości czy wszelkiego rodzaju zajadłości i agresywności. Ale nie jest również miękkością ani brakiem zdecydowania, które są na ogół cechami ludzi wygodnych i unikających za wszelką cenę jakiejkolwiek konfliktowej sytuacji. Natomiast może iść w parze z żarem, mocą i odwagą. W tym sensie Dzieje Apostolskie mówią o św. Szczepanie, pierwszym męczenniku chrześcijaństwa: „pełen łaski i mocy” (Dz 6,8). Łagodność jest owocem wewnętrznej harmonii z naszym otoczeniem, przepojeniem naszej postawy wobec bliźniego pokojem i miłością. Człowiek łagodny promieniuje harmonią, której nic nie jest w stanie zburzyć.

    Prawdziwą łagodność może posiąść ten, kto stara się upodobnić w swym życiu do Chrystusa, pozwala Mu działać w sobie i przez Niego i z Nim odnosi zwycięstwo nad swoim gniewem i zapalczywością. Człowiek prawdziwie łagodny rozpoznaje oblicze Chrystusa w bliźnich, a widząc je, dostrzega też miłosierną miłość zbawiającą świat. Przypatrując się postępowaniu Jezusa wobec mężczyzn, kobiet i dzieci, możemy się uczyć, na czym polega święta łagodność. Jezus z natury był spokojny i łagodny. Nie przeszkadzało Mu to jednak wyrażać gniew i smutek wówczas, gdy chodziło o prawdziwe dobro i wieczne zbawienie człowieka. W Jego świętej łagodności kryła się nadprzyrodzona moc. Ewangelista odnosi do Jezusa słowa proroka Izajasza o Słudze Pańskim, który nie spiera się ani krzyczy, nie złamie trzciny zgniecionej ani nie zgasi knota o nikłym płomieniu (por. Iz 42,2-4; Mt 12,19-20). To Jezus swoją współczującą postawą wobec opuszczonych objawia Boga, pragnącego miłosierdzia, a nie ofiary (por. Mt 9,13; 12,7). Podstawowa prawda objawienia: „Bóg jest miłością”, ukazuje się nam w zbawiającej świat miłości „Baranka Bożego, który gładzi grzech świata” (por. Iz 53,7; J 1,29). Dlatego lgnęły do Niego tłumy, bo serce ludzkie można przede wszystkim pozyskać dzięki wyrozumiałości, miłości i życzliwości.

    Czyn ku rozwijaniu łagodności – czytanie i rozważanie Pisma Świętego

    Biblia Papieska

    Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty… słodkie orzeźwienie! Umacniaj w nas łagodność dzięki częstemu czytaniu i rozważaniu Pisma Świętego, abyśmy z niego czerpali natchnienie, a wpatrując się w naszego Pana i Mistrza, uczyli się od Niego pokory i łagodności.

     Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ______________________________________________________________________________________________________________


    DZIEŃ DZIEWIĄTY – I sobota miesiąca – 4 czerwca

    OPANOWANIE – CONTINENTIA

    Odpowiadając na pytanie, czym jest cnota opanowania, można by powiedzieć, że cała mądrość życia to umiejętność czekania i trwania w nadziei. Wydaje się, że współczesnemu człowiekowi bardzo brakuje tej właśnie cnoty. Ciągle się śpieszymy, za czymś gonimy. Na nic nie chcemy czekać. Wszystko chcielibyśmy mieć już, w tej chwili, natychmiast. A przecież wiemy, jak często się zdarza, że nie jesteśmy w stanie przyswoić mnogości informacji, wrażeń i przeżyć, których tak łakniemy ciałem i duchem. Poza tym autor biblijny ostrzega: „Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem” (Koh 1,8). Warto więc ćwiczyć się w opanowywaniu naszej zmysłowości i nadmiernych pragnień, pożądliwości ciała, oczu i pychy tego życia (por. 1 J 2,16). 

    Opanowanie to umiar i umiejętność wyczekania na stosowną chwilę, reakcja w słowie i czynie w odpowiednim momencie, miejscu i we właściwej formie. Nie przemilczanie czy tłumienie, ale właściwe reagowanie we właściwy sposób, we właściwym czasie. Duch Święty może nam w tym pomóc. Chętnie wspomaga nasze ludzkie wysiłki, ochoczo wspiera nas w ćwiczeniu się w dobrze rozumianej ascezie, której szczególnymi wyrazami są wstrzemięźliwość i post, i to nie tylko w Wielkim Poście. Wielu jest takich, którzy poszczą o chlebie i wodzie nawet dwa razy w tygodniu. Wzywajmy łaski i obecności Ducha Świętego, by nauczył  nas  zachowywania  dystansu  do siebie i do życia. Prośmy Go o szczęśliwe kierowanie naszymi pragnieniami, o opanowywanie naszej zachłanności i kształtowanie siebie na obraz i podobieństwo Boże.

     Czyn ku wzrastaniu w opanowaniu – post i wstrzemięźliwość w określone dni

    foto: Agnieszka Konik-Korn/Tygodnik NIEDZIELA

    Intencja ogólna:

    Przybądź, Duchu Święty… serc wierzących wnętrza poddaj swej potędze! Umocnij nasze opanowanie ciała i duszy dzięki ćwiczeniu się we wstrzemięźliwości i poście. Uczyń nas na swoje podobieństwo.

    Dalej tak jak w pierwszym dniu po intencji ogólnej.

    ZAKOŃCZENIE

    Każdego poranka stajemy na rozdrożu dróg. Stajemy przed wyborem „pełni życia albo pozorów życia”. Święty Paweł określa nasz codzienny dylemat następującymi słowami: „Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie” (Ga 5,17). Jak więc żyć w zgodzie z samym sobą? Przysłuchując się dalej słowom Pawła Apostoła, widzimy, że odpowiedź brzmi jasno: powinniśmy wybrać drogę, którą proponuje nam duch! Wydaje się to takie proste, a jednak doświadczenie codziennego życia uczy nas czegoś innego. Jak wielu z nas żyje w niezgodzie z samym sobą. Jakże często pociąga to za sobą niezgodę z drugim człowiekiem i samym Bogiem. 

    Czy naprawdę ciało jest mocniejsze i bardziej atrakcyjne od ducha? Postawmy to pytanie w inny sposób: czy „nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne” są atrakcyjniejsze i bardziej przez Ciebie pożądane niż „miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie”? Wybór ostatecznie jest w Twoich rękach. Wielu rezygnuje z dobra, miłości, pokoju i wszystkiego, o czym marzy, z jednego tylko powodu. Wydaje im się, że tak zostali wychowani i nauczeni, że nie ma w nich owej mocy, która pozwalałaby im żyć i cieszyć się darami Ducha Świętego, żyć Jego owocami. Jakże często stajemy na rozdrożu dróg w naszej codziennej rzeczywistości życia. Jedną drogą radzi podążać głos ciała, drugą – głos serca. Pierwsza obiecuje szczęście, pokój, radość i miłość siebie, drugiego człowieka i rozkosze otaczającego świata, ale bez Boga. Druga prowadzi do przepięknych zakamarków serca, gdzie w łączności z Duchem Świętym możemy odnaleźć prawdziwe szczęście, pokój, radość i miłość. Już starotestamentowy autor Księgi Psalmów poucza na samym początku: „Szczęśliwy człowiek, który nie wchodzi na drogę grzeszników… lecz w Prawie Pana upodobał sobie, nad Jego Prawem rozmyśla dniem i nocą. Jest on jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą, które wydaje owoc w swoim czasie, a liście jego nie więdną: co uczyni, pomyślnie wypada” (Ps 1,1-3).

    Zapraszam do osobistego spotkania z Jezusem w mocy Ducha Świętego, abyś dzięki Jego darom odkrywał w sobie godność dziecka Bożego. Twój Bóg Ojciec zaprasza Cię do codziennego, radosnego wydawania trwałych owoców („Kto trwa we mnie przynosi owoc obfity” J 15,5). Stanie się to możliwe, gdy często będziesz przyzywał i wielbił Ducha Świętego oraz słuchał Jego natchnień („To, że trwa On w nas poznajemy po Duchu, którego nam dał” 1 J 3,14). W ten to sposób doświadczysz tego, kim jesteś naprawdę, i zaczniesz wzrastać w Pełni i Prawdzie ku wiecznej radości, bo takie jest powołanie człowieka w Duchu Świętym.

    Owocami ducha, jak poucza św. Paweł, jest:

    MIŁOŚĆ – tu nie chodzi o sentymentalność czy uczuciowość,

    RADOŚĆ – nie ta powierzchowna ani hałaśliwa,

    POKÓJ który nie ma nic wspólnego ze “świętym” spokojem,

    CIERPLIWOŚĆ – ale nie wyrachowana w stoickim wydaniu,

    UPRZEJMOŚĆ – nie sztuczna z koniunkturą związana,

    DOBROĆ – nie na pokaz, aby wyniośle spełniać dobre uczynki,

    WIERNOŚĆ – nie ma nic wspólnego z zatwardziałym uporem i obstawaniem przy swoim,

    ŁAGODNOŚĆ – nie jest wyrachowaną pobłażliwością,

    OPANOWANIE – a nie dyplomatyczna tolerancja dla zła,

    Św. Paweł kończy to wyliczenie słowami zachęty: „Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy„.

    Zesłanie Ducha Świętego na obrazie El Greca

    ______________________________________________________________________________________________________________

    ______________________________________________________________________________________________________________

    Abp Gądecki w Zakopanem: Krzyż odkrywa egoizm, interesowność i chciwość

    bazylika św. Franciszka z Asyżu w Krakowie/fot. Roman Koszowski/GOŚĆ NIEDZIELNY

    Neutralne nie znaczy laickie

    Neutralne nie znaczy laickie

    Sprawa Soile Lautsi, Finki mieszkającej we Włoszech, odbiła się swego czasu szerokim echem w mediach, a to za sprawą jej dwójki dzieci, które uczęszczały do szkoły i pobierały lekcje w klasach, na których ścianach wisiały krucyfiksy. Przypomnę tylko, że matka uważała, iż jest to sprzeczne z zasadą laickości, w której chciała wychować swoje dzieci.

    Zakończyło się to wszystko w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu orzeczeniem, że decydując się na zachowanie krucyfiksów w klasach szkół państwowych, do których chodziły dzieci, władze włoskie działały w granicach posiadanej przez nie swobody. Nie przytaczając wszystkich szczegółów tej sprawy, wcześniejszych orzeczeń i ogromnej fali dyskusji wokół tematu laickości i neutralności światopoglądowej państwa, wspomnę jedynie, że przed Trybunałem stanął wtedy profesor Joseph Weiler, ortodoksyjny żyd, którego w wywiadzie udzielonym przez niego „Gościowi Niedzielnemu” nazwaliśmy „adwokatem krzyża”.

    Stwierdził wówczas, że wierzy w pluralistyczne i tolerancyjne społeczeństwo, więc nie podoba mu się chrystofobia obecna jego zdaniem i legitymizowana w Europie. „Czasem mam wrażenie, że chrześcijanie w Europie wstydzą się, iż są chrześcijanami. Owszem, są dobrzy, wierni, chodzą do kościoła, zachowują się przykładnie, ale w miejscach pracy nigdy nie powiedzą: nie mogę tego zrobić w niedzielę, bo idę do kościoła. Może nie ukrywają się ze swoją wiarą, ale niemal się jej wstydzą” – powiedział Weiler, który po dziewięciu latach powrócił na łamy naszego tygodnika („Zagubiony Bóg” – ss. 18–21).

    Jego zdaniem wojna na Ukrainie może dopomóc Unii Europejskiej, uśpionej długimi latami dobrobytu, w zrozumieniu, że nie tylko to, co materialne, ma znaczenie. I że są sprawy o wiele istotniejsze. Ważny to głos na czasy wojennego zamętu, ale i na nieustanne boje toczone o to, czy państwo, które z założenia ma być światopoglądowo neutralne, jest tożsame z państwem laickim. Nie dla wszystkich jest oczywiste (choć się dziwię), że już samo opowiedzenie się za „laickością” oznacza przeciwieństwo neutralności i pozbawienie tych, dla których religia stanowi ważną część życia, podstawowych praw w wielu przestrzeniach. Że istnieją demokracje, w których da się stosować i szanować zasadę autonomii dwóch odrębnych porządków – profesor Weiler powołuje się w tym kontekście na przykłady Francji i Wielkiej Brytanii. I dodaje: „Od 40 lat bardzo uważnie śledzę proces integracji europejskiej. (…) Mogę powiedzieć jedno: słowo »chrześcijaństwo« wyparowało. Nikt nie mówi dzisiaj w Parlamencie Europejskim o spojrzeniu chrześcijańskim na bieżące sprawy, np. w kontekście dystrybucji dóbr, sprawiedliwości społecznej, ekologii. Przecież wszędzie tam jest miejsce na wrażliwość chrześcijańską. Chciałbym, by to spojrzenie stało się częścią dyskursu publicznego w Europie, nie tylko w Polsce”. W miejsce tej chrześcijańskiej wrażliwości niektórzy (unikając jak alergenu słowa „chrześcijaństwo”) wsadziliby cokolwiek. Szkoda. Bo alergię zawsze można jakoś leczyć. Chyba że się z założenia nie chce. •

    ks. Adam Pawlaszczyk/Gość Niedzielny

    ______________________________________________________________________________________________________________

    św. Josemaria Escriva:

    Jaki jest cel Kościoła?

    Św. Josemaria Escriva: Jaki jest cel Kościoła?
    fot. via: Flickr Opus Dei Communications Office | Oficina de información del Opus Dei

    ***

    • Św. Josemaria Escriva de Balaguer Nadprzyrodzony cel Kościoła

    1.
    Na początek przypomnijmy słowa, św Cypriana. “Kościół uniwersalny przedstawia się nam jako lud, który czerpie swoją jedność z jedności Ojca, Syna i Ducha Świętego” (1). Niech was nie dziwi przeto, ze w święto Trójcy Przenajświętszej kazanie dotyczy Kościoła, a to dlatego, ze Kościół tkwi korzeniami w fundamentalnej tajemnicy naszej wiary katolickiej Boga jedynego w swej istocie istniejącego w trzech osobach
    Kościół ześrodkowany w Trójcy – tak go zawsze widzieli Ojcowie Jakże jednoznaczne są słowa św. Augustyna “Bóg więc zamieszkuje w swojej świątyni; nie tylko Duch Święty, ale także Ojciec i Syn… Dlatego Kościół święty jest świątynią Boga, świątynią całej Trójcy Świętej” (2)

    Kiedy w najbliższą niedzielę znowu się zbierzemy, rozważać będziemy inny wspaniały aspekt Kościoła Świętego Wkrótce wygłosimy go w Credo Po wyśpiewaniu naszej wiary w Ojca, w Syna i w Ducha Świętego mówimy et unam, sanctam, catolicam et apostolicam Ecclesiam (3), wyznajemy ze jest Jeden tylko Kościół, Święty, Katolicki i Apostolski.
    Wszyscy, którzy naprawdę kochali Kościół, potrafili związać te cztery cechy z niezbadaną tajemnicą naszej świętej religii, tajemnicą Trójcy Przenajświętszej. “My wierzymy w Kościół Boży, Jeden, Święty, Katolicki i Apostolski, w którym otrzymujemy doktrynę, poznajemy Ojca i Syna i Ducha Świętego i jesteśmy chrzczeni w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” (4).

    Trudne chwile

    2.
    Trzeba, abyśmy często rozważali, po to, by tego nie zapomieć, że Kościół jest głęboką tajemnicą, która nie może być nigdy ogarnięta na tej ziemi. Jeżeliby rozum zamierzał wytłumaczyć ją sam z siebie, widziałby jedynie zgromadzenie ludzi, którzy przestrzegają pewnych przepisów, którzy myślą w podobny sposób. Ale to nie byłby Kościół Święty.
    W Kościele Świętym my, katolicy odnajdujemy naszą wiarę, normy naszego postępowania, naszą modlitwę, znaczenie braterstwa, łączność ze wszystkimi braćmi, którzy zmarli i którzy przebywają w Czyśćcu – z Kościołem cierpiącym, i Kościołem triumfującym – tymi, co radują się już błogosławionym widzeniem – na wieki wieków miłującym Boga trzy razy Świętego Jest to Kościół, który trwa tu, a zarazem wykracza poza historię Kościół, który zrodził się pod płaszczem Najświętszej Marii Panny i nie zaprzestaje – na ziemi i w niebie – wychwalać Jej jako Matki.

    Utwierdźmy się w wierze w nadprzyrodzony charakter Kościoła, wyznajmy to – jeżeli trzeba – wielkim głosem, ponieważ dzisiaj wielu jest takich, którzy -choć fizycznie są wewnątrz Kościoła, a często nawet na górze – zapomnieli o tych podstawowych prawdach i usiłują kreować wizję Kościoła, który nie jest Święty, który nie jest Jeden, który nie może być Apostolski, ponieważ nie opiera się na skale Piotrowej, który nie jest Katolicki, ponieważ jest popękany w wyniku różnych nieprawidłowości będących często wymysłem zachcianek ludzkich.
    Nie jest to nic nowego. Odkąd Jezus Chrystus Nasz Pan założył Kościół Święty, ta Matka nasza stale cierpiała prześladowania. Być może w innych epokach napaści bywały organizowane bardziej otwarcie, jawnie, teraz w wielu wypadkach chodzi o prześladowanie ukryte. Jak wczoraj, tak dzisiaj prześladowanie Kościoła trwa.

    Powiem wam to jeszcze raz: ani z temperamentu, ani z przekonania nie jestem pesymistą. Jak można być pesymistą, jeżeli Pan Nasz przyrzekł, że będzie z nami aż do skończenia świata? (5)
    Zesłanie Ducha Świętego uczyniło ze zgromadzenia uczniów w Wieczerniku pierwszą publiczną manifestację Kościoła (6).
    Nasz Bóg Ojciec – ten Ojciec kochający, który troszczy się o nas jak “o źrenicę swego oka” (7) – jak to obrazowo podaje Pismo, byśmy lepiej pojęli – nie przestaje uświęcać, przez Ducha Świętego, Kościoła założonego przez Swego najukochańszego Syna. Ale Kościół przezywa obecnie trudne dni: są to lata wielkiego zamętu dusz. Wśród hałasu i wrzawy ze wszystkich stron, odradzają się wszelkie błędy, które zdarzały się juz na przestrzeni wieków.


    3.
    Wiara. Potrzebujemy wiary. Jeśli patrzy się oczyma wiary, odkrywa się, że “Kościół niesie w sobie samym i głosi wokół siebie swą własną apologię. Kto go rozważa, kto studiuje oczyma miłującymi prawdę, powinien przyznać, że on – niezależnie od ludzi, którzy się nań składają, i praktycznych form działania, w których się przejawia – niesie w sobie orędzie światła uniwersalnego i jedynego, uwalniającego i potrzebnego, boskiego” (8).

    Kiedy słyszymy głosy herezji – tak właśnie trzeba to nazwać, nigdy nie lubiłem eufemizmów – kiedy obserwujemy, że atakuje się bezkarnie świętość małżeństwa i świętość kapłaństwa, niepokalane poczęcie Najświętszej Marii Panny Naszej Matki i jej dziewiczość wiecznąze wszystkimi przywilejami i darami, którymi Bóg ją ozdobił; że atakuje się cud nieustannej obecności Jezusa Chrystusa w Przenajświętszej Eucharystii, prymat Piotra, samo Zmartwychwstanie Naszego Pana -jak można nie czuć smutku duszy? Ale bądźmy ufni – Kościół Święty nie może ulec zepsuciu. “Kościół zachwiałby się, gdyby jego fundament się zachwiał, ale czy Chrystus może się zachwiać? Dopóki Chrystus się nie zachwieje, dopóty Kościół nie osłabnie – nigdy aż do skończenia czasów” (9).

    To, co ludzkie i to, co boskie w Kościele

    4.
    Tak, jak w Chrystusie są dwie natury – ludzka i boska, tak i w Kościele, analogicznie, istnieje pierwiastek ludzki i boski. Element ludzki nie umyka niczyjej uwadze – dla każdego jest oczywisty. Kościół na tym świecie jest złożony z ludzi i dla ludzi. Gdy mówimy o ludziach, to mówimy o wolności, o możliwościach wielkości i małostkowości, bohaterstwa i upadków, jakie niesie ona ze sobą. Gdybyśmy przyjęli tylko tę ludzką cząstkę Kościoła, nie zrozumielibyśmy go nigdy, ponieważ nie doszlibyśmy do bram tajemnicy. Pismo Święte używa wielu terminów wziętych z ziemskiego doświadczenia, aby nazwać Królestwo Boże i jego obecność wśród nas, w Kościele. Porównuje je do zagrody, do owczarni, do domu, do nasienia, do winnicy, do pola, na którym Bóg sadzi lub buduje. Ale wyróżnia się jedno określenie, które streszcza wszystko: Kościół jest Ciałem Chrystusa.

    I On ustanowił jednych apostołami, innych prorokami, innych ewangelistami, innych pasterzami i nauczycielami dla przysposobienia świętych do wykonywania posługi celem budowania Ciała Chrystusowego” (10). Św. Paweł pisze także, że “wszyscy razem tworzymy jedno ciało w Chrystusie, a każdy z osobna jesteśmy nawzajem dla siebie członkami” (11). Jak świetlana jest nasza wiara! Wszyscy jesteśmy w Chrystusie, ponieważ “On jest Głową Ciała-Kościoła” (12).

    5.
    To jest wiara, którą chrześcijanie zawsze wyznawali. Posłuchajmy słów św. Augustyna: “i od tej pory cały Chrystus jest ukształtowany z głowy i ciała; oto prawda, którą, nie wątpię, znacie dobrze. Głową jest sam nasz Zbawca, który cierpiał pod Ponckim Piłatem i teraz, po tym jak zmartwychwstał spośród umarłych, siedzi po prawicy Ojca. Jego zaś Ciałem jest Kościół. Nie ten, czy tamten kościół, lecz Kościół, który rozprzestrzenił się na cały świat. I nie tylko ten, który istnieje tu i teraz, wśród żyjących, ponieważ należą do niego również ci, którzy żyli przed nami i ci, którzy będą istnieć w przyszłości aż do skończenia świata. Zatem cały Kościół, będący zgromadzeniem wiernych – ponieważ wszyscy wierni są członkami Chrystusa – za Głowę ma Chrystusa, który rządzi swoim ciałem z Nieba. I, chociaż ta Głowa znajduje się poza zasięgiem widzenia ciała, to jednak jest z Nim zjednoczona przez miłość” (13).

    6.
    Rozumiecie teraz, dlaczego nie można rozłączyć Kościoła widzialnego od Kościoła niewidzialnego. Kościół jest jednocześnie ciałem mistycznym i ciałem prawnym. Przez “sam fakt, że jest ciałem, poznaje się Kościół oczyma” (14), nauczał Leon XIII. W ciele widzialnym Kościoła – w zachowaniu się ludzi, którzy się na niego składają tu na ziemi – zauważamy wiele nędzy, chwiejności, zdrady. Ale na tym Kościół ani się nie kończy, ani też tym bardziej z tak błędnym zachowaniem się nie utożsamia. Z drugiej strony nie brakuje tu i teraz przykładów wielkoduszności, heroicznych zachowań, świętego życia, które bez rozgłosu spala się z radością w służbie braciom w wierze i wszystkim duszom.

    Zważcie nadto, że gdyby nawet upadki liczebnie przewyższały męstwo, pozostawałaby jeszcze owa rzeczywistość mistyczna – jasna, niezaprzeczalna, chociaż nie dostrzegamy jej zmysłami – to jest Ciało Chrystusa, sam Nasz Pan, działanie Ducha Świętego, pełną miłości obecność Ojca.
    Kościół jest zatem jednocześnie ludzki i boski. “Jest społecznością boską a przez swe pochodzenie nadprzyrodzoną ze względu na cel i środki, które bezpośrednio do tego celu wiodaj ale o tyle, o ile złożony jest z ludzi, jest wspólnotą ludzką” (15). Żyje i działa w świecie, ale jego cel i moc nie są na ziemi, lecz w Niebie.

    Popełniają straszliwy błąd ci, którzy zmierzają do wydzielenia Kościoła charyzmatycznego, który był tym naprawdę założonym przez Chrystusa, od innego, prawnego czy instytucjonalnego, który byłby dziełem ludzi i zwykłym wynikiem wypadków historycznych Jest tylko jeden Kościół. Chrystus założył jeden jedyny Kościół: widzialny i niewidzialny, którego ciało jest hierarchiczne i zorganizowane, osadzony w prawie bożym z własnym życiem nadprzyrodzonym, które go porusza, podtrzymuje i ożywia.
    Trzeba więc pamiętać, ze kiedy Pan ustanowił swój Kościół, “nie pojmował go, ani nie uformował w taki sposób, aby mieścił w sobie mnogość wspólnot podobnych w swoim rodzaju, ale różnych i nie złączonych owymi więzami, które czynią Kościół niepodzielnym i jednym… I tak, kiedy Jezus Chrystus mówiło tym mistycznym gmachu, wspominał tylko o jednym Kościele, który nazywał swoim: zbuduję Kościół mój (Mt 16,18). Jakikolwiek inny Kościół, nie będąc założonym przez Niego, nie może być Jego prawdziwym Kościołem” (16).
    Jeszcze raz powtarzam: wiara Pomnóżmy naszą wiarę prosząc o nią Trójcę Przenajświętszą, której uroczystość dziś obchodzimy. Może zdarzyć się wszystko, ale nie zdarzy się, ze Bóg trzy razy Święty opuści swą Oblubienicę.

    Cel Kościoła

    7.
    Św Paweł, w pierwszym rozdziale listu do Efezjan, stwierdza że tajemnica Boga ogłoszona przez Chrystusa realizuje się w Kościele. Bóg Ojciec “wszystko poddał pod Jego stopy, a Jego samego ustanowił nade wszystko Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem, Pełnią Tego, który napełnia wszystko wszelkimi sposobami” (17). “Tajemnica Boża jest dla dokonania pełni czasów, aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie: to, co w niebiosach, i to, co na ziemi” (18).
    Jest to tajemnica niepojęta wypływająca z najczystszej niezgłębionej miłości: “wybrał nas przed założeniem świata, abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem” (19) z miłości. Miłość Boża nie ma granic – św. Paweł głosi również, ze Zbawiciel nasz “pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (20).

    Taki, a nie inny jest cel Kościoła: zbawienie dusz – co do jednej. Na to Ojciec posłał Syna: “Jak Ojciec Mnie posłał tak i Ja was posyłam” (21). Stąd nakaz nauczania prawd wiary i udzielania chrztu, aby w duszy zamieszkała przez łaskę Trójca Przenajświętsza: “Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata” (22).
    Są to proste i wzniosłe słowa epilogu Ewangelii św. Mateusza. Tu podkreślany jest obowiązek głoszenia prawd wiary, nagląca potrzeba życia sakramentalnego, Chrystusowa obietnica stałej opieki nad swym Kościołem. Nie jest się wiernym Chrystusowi jeśli zaniedbuje się tę rzeczywistość nadprzyrodzoną: nauczanie prawd i moralności chrześcijańskiej, przystępowanie do Sakramentów. Na tym nakazie Chrystus buduje swój Kościół. Wszystko inne jest drugorzędne.

    W Kościele jest nasze zbawienie

    8.
    Nie możemy zapominać, że Kościół jest czymś więcej niż drogą do zbawienia: jest jedyną drogą. I nie jest to wymysłem ludzi, lecz wyrazem woli Chrystusa: “Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (23). Dlatego właśnie twierdzi się, że Kościół jest środkiem koniecznym do zbawienia. Już w II wieku pisał Orygenes: “jeżeli ktoś chce się zbawić, niech przyjdzie do tego domu, ażeby mógł to osiągnąć… Niech nikt nie oszukuje samego siebie: z dala od tego domu, to jest z dala od Kościoła, nikt się nie zbawi” (24) A Św. Cyprian mówił: “Jeśli ktoś ocalał z potopu uciekłszy z Arki Noego, wówczas moglibyśmy przyjąć ze ktoś, kto porzuca Kościół może uniknąć potępienia” (25).
    Extra Ecclesiam, nulla salus. Jest to ustawiczne ostrzeżenie Ojców Kościoła: “poza Kościołem katolickim można znaleźć wszystko – przyznaje św. Augustyn – oprócz zbawienia. Można mieć godność, można mieć sakramenty, można śpiewać alleluja, można odpowiadać amen, można podtrzymywać Ewangelię, można mieć wiarę w Ojca, w Syna i w Ducha Świętego, i głosić ją; ale nigdzie poza Kościołem katolickim nie można znaleźć zbawienia” (26).

    Mimo to, jak ponad dwadzieścia lat temu ubolewał Pius XII, “niektórzy sprowadzają do pustej formułki konieczność należenia do prawdziwego Kościoła dla osiągnięcia wiecznego zbawienia” (27). Ten dogmat wiary stanowi bazę zbawczej misji Kościoła, on akcentuje odpowiedzialność apostolską chrześcijan. Chrystus kategorycznie podkreśla – pośród innych poleceń – konieczność włączenia się do Jego Ciała Mistycznego przez chrzest. “I nasz Zbawiciel nie tylko dał przykazanie, aby wszyscy wchodzili do Kościoła, ale także postanowił, żeby Kościół był pośrednikiem zbawienia, bez którego nikt nie może dojść do królestwa chwały niebieskiej” (28).
    Jest obowiązkiem wierzyć, że nikt, kto nie należy do Kościoła nie będzie zbawiony, i że nikt, kto się nie ochrzci, nie wchodzi do Kościoła. Usprawiedliwienie “po ogłoszeniu Ewangelii, nie może mieć miejsca bez odradzającego obmycia, lub pragnienia tego“, postanowił Sobór w Trydencie (29).

    9.
    Jest to stałe wymaganie Kościoła, które, z jednej strony, stanowi dla naszej duszy zarzewie żarliwości apostolskiej, z drugiej, okazuje także jasno nieskończone miłosierdzie Boże dla stworzeń.
    Św. Tomasz tłumaczy to w sposób następujący: “w dwojaki sposób rozumieć można brak sakramentu chrztu. Po pierwsze, kiedy nie otrzymało się go ani faktycznie, ani pragnieniem; jest to przypadek tego, kto ani się nie ochrzcił, ani nie chce się ochrzcić. Taka postawa u osób, które osiągnęły wiek dojrzałości oznacza lekceważenie sakramentu. I w konsekwencji, ci którzy z tej racji nie są ochrzczeni nie mogą wejść do królestwa niebieskiego, ponieważ ani sakramentalnie, ani duchowo nie wcielają się w Chrystusa; a jedynie od Niego pochodzi Zbawienie. Po drugie, może brakować pewnej osobie sakramentu chrztu, ale nie pragnienia go, jak jest w wypadku pragnącego ochrzcić się, którego zaskakuje śmierć przed otrzymaniem sakramentu. Człowiek ten może się zbawić nawet bez chrztu rzeczywistego, przez samo pragnienie sakramentu, pragnienie, które pochodzi z wiary działającej przez miłość, przez którą Bóg, który nie związał swojej władzy z sakramentami widzialnymi, uświęca wewnętrznie tego człowieka” (30).

    Bóg nasz Pan, nie odmawia nikomu szczęścia wiecznego i naprzyrodzonego -jest to całkowicie darowane, to nam z żadnego tytułu nie przysługiwało, zwłaszcza po grzechu: Jego wspaniałomyślność jest nieskończona. “Jest rzeczą wiadomą, że ci, co cierpią na nieprzezwyciężoną nieznajomość naszej przenajświętszej religii, a starannie przestrzegają prawa naturalnego i jego przepisów, wykutych przez Boga w sercach wszystkich, i są gotowi być posłusznymi Bogu i prowadzą życie uczciwe i prostolinijne, mogą osiągnąć życie wieczne przez skuteczne działanie światła bożego i łaskę” (31).
    Tylko Bóg wie, co się dzieje w sercu każdego człowieka i On nie traktuje dusz jako masy, tylko każdą indywidualnie. Nikomu na tej ziemi nie przysługuje prawo sądzenia o zbawieniu czy potępieniu wiecznym w jakimś konkretnym przypadku.

    10.
    Ale nie zapominajmy, że sumienie może z własnej winy ulec spaczeniu, stwardnieć w grzechu i opierać się zbawczemu działaniu Boga. Stąd potrzeba głoszenia nauki Chrystusowej, prawd wiary i norm moralnych; i stąd także potrzeba Sakramentów, ustanowionych przez Jezusa Chrystusa jako narzędzie przyczynowe Jego łaski (32) i środek na nędzę spowodowaną stanem naszej upadłej natury (33). Wynika z tego, że korzystne jest częste przystępowanie do spowiedzi i Komunii Eucharystycznej.
    Stąd też, jasno skonkretyzowana przez rady Św. Pawła, ogromna odpowiedzialność wszystkich w Kościele, a szczególnie pasterzy: “Zaklinam cię wobec Boga i Chrystusa Jezusa, który będzie sądził żywych i umarłych, i na Jego pojawienie się, i na Jego królestwo: głoś naukę, nastawaj w porę, w porę wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań – ponieważ ich uszy świerzbią- będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom” (34).


    Czas próby

    11.
    Nie potrafię powiedzieć, ile razy spełniły się te prorocze słowa Apostoła. Ale tylko ślepy nie zauważyłby, że obecnie sprawdzają się prawie co do joty. Odrzuca się wymogi przykazań Prawa Bożego i Kościelnego, wypacza się sens błogosławieństw, napełniając je treścią polityczno-społeczną. I ten, kto stara się być pokornym, łagodnym, czystego serca, jest traktowany jako ignorant albo zacofany prymitywny obserwant. Nie wytrzymuje się jarzma czystości i wymyśla się tysiąc sposobów, aby ominąć boskie przepisy Chrystusa.

    Jest pewien symptom, który zawiera w sobie wszystkie pozostałe: zamysł zmiany nadprzyrodzonych celów Kościoła. Przez sprawiedliwość niektórzy nie rozumieją już życia w świętości, tylko określoną walkę polityczną, mniej lub więcej pokrewną marksizmowi, co nie jest do pogodzenia z wiarą chrześcijańską. Wyzwolenie nie oznacza dla nich podjęcia osobistych zmagań w ucieczce od grzechu, tylko zadanie ludzkie, które może być szlachetne i słuszne samo w sobie, ale dla chrześcijanina pozbawione jest sensu, jeżeli oznacza zniszczenie tego, co jedynie jest potrzebne (35) – zbawienia wiecznego dusz, każdej pojedynczo.

    12.
    Z powodu ślepoty spowodowanej odejściem od Boga: “ten lud czci mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode mnie” (36), tworzy się obraz Kościoła, który nie ma żadnego związku z tym, który założył Chrystus. Nawet Święty Sakrament Ołtarza – odnowa Ofiary dokonanej na Kalwarii – jest profanowany, albo redukowany do zwykłego symbolu, który zwą komunią ludzi między sobą. Co stałoby się z duszami, gdyby Nasz Pan nie był oddał się za nas aż do ostatniej kropli Swojej drogocennej Krwi! Jak to jest możliwe, że się wzgardzą tym nieustannym cudem realnej obecności Chrystusa w Tabernakulum? Pozostał, abyśmy z Nim obcowali, abyśmy Go uwielbiali, abyśmy poznawszy przedsmak przyszłej chwały raz i na zawsze zdecydowali się iść Jego śladami.

    Czasy te są czasami próby i winniśmy błagać Pana, wołaniem nieustannym (37), aby je skrócił, aby spojrzał miłosiernie na swój Kościół i udzielił na nowo nadprzyrodzonego światła duszom pasterzy i duszom wszystkich wiernych. Nie ma powodu, aby Kościół starał się schlebiać ludziom, ponieważ ludzie – ani pojedynczo, ani zbiorowo – nigdy nie dadzą zbawienia wiecznego. Jedynym, który zbawia jest Bóg.


    Synowska miłość Kościoła

    13.
    Trzeba dzisiaj głośno powtórzyć słowa św. Piotra do dostojników w Jerozolimie: “On jest kamieniem, odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się głowicą węgła. I niema w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (38).
    Tak mówił pierwszy Papież – opoka, na której Chrystus zbudował swój Kościół – powodowany swoim synowskim nabożeństwem do Pana i swoją troską o całą trzódkę, która została mu powierzona. Od niego i od reszty Apostołów nauczyli się pierwsi chrześcijanie kochać z całego serca Kościół.

    A widzieliście z jakim brakiem miłosierdzia mówi się codziennie o naszej Świętej Matce-Kościele? Jakąż ulgę i radość przynosi czytanie żarliwych wyznań gorącej miłości do Kościoła Chrystusowego Ojców Kościoła! “Kochajmy Pana, Boga Naszego; kochajmy Jego Kościół – pisze św. Augustyn. Jego jako Ojca, jego Kościół jako Matkę. Niech nikt nie mówi: tak, chodzę jeszcze do bożków, radzę się opętanych i czarnoksiężników, ale nie opuszczam Kościoła Bożego, jestem katolikiem. Możecie być jeszcze zjednoczeni z Matką, ale obrażacie Ojca. Ktoś inny mógby powiedzieć: Broń Boże; nie radzę się czarowników, nie wypytuję opętanych, nie słucham przepowiedni świętokradzkich, nie chodzę adorować demonów, nie służę bogom z kamienia, ale jestem z partii Donata. Na co przyda się nie obrażać Ojca, jeżeli On pomści Matkę, którą obrażacie?” (39) Św. Cyprian zadeklarował krótko: “nie może mieć Boga za Ojca, kto nie ma Kościoła za Matkę” (40).

    Dzisiaj wielu nie chce słuchać prawdziwej nauki o Świętej Matce, Kościele. Niektórzy pragną przekształcić instytucję, występują z szaleńczym pomysłem wprowadzenia do Mistycznego Ciała Chrystusa demokracji w stylu takim, jak się ją pojmuje w społeczności cywilnej albo, prawdę rzekłszy, w stylu, w którym zamierza się, aby była wprowadzona: wszyscy równi we wszystkim. I nie chcą zrozumieć, że z boskiego postanowienia, Kościół składa się z Papieża, biskupów, księży, diakonów i świeckich. Chrystus chciał, aby tak właśnie było.

    14.
    Kościół, z woli bożej, jest instytucją hierarchiczną. “Społecznością hierarchicznie zorganizowaną” – nazywa go Sobór Watykański II (41), gdzie “ministrowie mają władzę sakralną” (42). Hierarchia nie tylko jest w zgodzie z wolnością, ale pozostaje w służbie wolności dzieci Bożych (43).
    Pojęcie demokracji nie ma sensu w Kościele, który – powtarzam – jest hierarchiczny z bożej woli. Ale hierarchia oznacza władanie święte i ład sakralny, w żadnym wypadku samowładztwo ludzkie, czy nieludzki despotyzm. W Kościele Pan zarządził ład hierarchiczny, który nie przerodzi się w tyranię, ponieważ sama władza jest służbą, tak, jak jest nią posłuszeństwo.

    W Kościele jest równość: raz ochrzczeni wszyscy jesteśmy równi, ponieważ jesteśmy dziećmi tego samego Boga, naszego Ojca. Na skutek chrztu nie ma jakiejkolwiek różnicy między Papieżem i najmniejszym, który się wciela do Kościoła. Ale ta powszechna równość nie zawiera możliwości zmiany istoty Kościoła w tym, co zostało postanowione przez Chrystusa. Z oczywistej woli bożej mamy różnorodność funkcji, stosownych do otrzymanych zdolności, niezatarty charakter święceń udzielanych księżom w Sakramencie Kapłaństwa. Na szczycie tego porządku jest następca Piotra i z nim, i pod nim, wszyscy biskupi: ze swoją potrójną misją uświęcania, rządzenia i nauczania.


    15.
    Darujcie mi uporczywe naleganie, prawd wiary i moralności nie ustala się większością głosów: stanowią depozyt wiary – depositum fidei – oddany przez Chrystusa wszystkim wiernym i powierzony w swoim wykładzie i miarodajnej nauce, Nauczycielskiej Władzy Kościoła.
    Byłoby błędem myśleć że, skoro ludzie nabyli być może większą świadomość więzów solidarności, które ich łączą wzajemnie, powinno się zmodyfikować tożsamość Kościoła, aby go zaktualizować. Czasy nie należą do ludzi, niezależnie czy sąoni w Kościele, czy też poza nim; czasy należądo Boga, który jest Panem historii. I Kościół może dać zbawienie duszom tylko wtedy, jeśli pozostaje wiernym Chrystusowi w swoim założeniu, w swoich dogmatach, w swojej moralności.

    Odrzućmy więc myśl, że Kościół – zapominając o kazaniu na górze – szuka szczęścia ludzi na ziemi, ponieważ wiemy, że jego jedynym zadaniem jest prowadzenie dusz do chwały wiecznej w raju; odrzućmy wszelkie rozwiązania naturalistyczne, które nie doceniają pierwszorzędnej roli łaski bożej; odrzućmy opinie materialistyczne, które usiłują zatrzeć znaczenie duchowych wartości w życiu człowieka; odrzućmy na równi teorie sekularyzujące, które starają się identyfikować cele Kościoła Bożego z celami ziemskich państw, mieszając istotę, instytucje i działania o cechach przypominających w jakiś sposób te, które obserwujemy w społeczeństwie ziemskim.


    Przepaść mądrości Bożej

    16.
    Przypomnijcie sobie rozważania św. Pawła, które czytaliśmy w liście: “O, głębokości bogactw, mądrości i wiedzy Boga! Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi! Kto bowiem poznał myśl Pana, albo kto był Jego doradcą? Lub kto Go pierwszy obdarował, aby nawzajem otrzymać odpłatę? Albowiem z Niego, i przez Niego, i dla Niego wszystko. Jemu chwała na wieki. Amen” (44). Jakże nędzne są w świetle słów Bożych ludzkie próby zmieniania tego, co Bóg postanowił!
    Nie taję, że pewna niezwykła właściwość człowieka rozlewa się dziś na wszystkie strony: nie osiągnąwszy nic przeciw Bogu, wyładowuje się na drugim człowieku, jest strasznym instrumentem zła, okazją i bodźcem popychającym do grzechu, siewcą tego zamieszania, które prowadzi do tego, że popełnia się czyny same w sobie złe, przedstawiając je jako dobre.

    Zawsze istniała ignorancja, ale teraz ignorancja najbardziej brutalna w rzeczach wiary i moralności stroi się nieraz w głośne imiona rzekomo teologiczne. Dlatego zadanie dane przez Chrystusa jego Apostołom – dopiero co słyszeliśmy je w Ewangelii – nabiera, jeśli można tak powiedzieć, przynaglającej aktualności: “idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody” (45). Nie możemy być głusi, nie wolno nam siedzieć z założonymi rękami, zamykać się w sobie. Stańmy, na Boga, do walki, do wielkiej rozprawy o pokój, równowagę ducha, doktrynę!


    17.
    Mamy być wyrozumiali, okrywać wszystko serdecznym płaszczem dobroci. Dobroci, która utwierdzi nas w wierze, pomnoży naszą nadzieję i uczyni nas mocnymi, zdolnymi powiedzieć głośno, że Kościół nie jest tym obrazem, który proponują niektórzy. Kościół jest z Boga i zmierza do jednego celu: zbawienia dusz. Zbliżmy się do Pana, rozmawiajmy z Nim twarzą w twarz w modlitwie, prośmy Go o przebaczenie naszych nędz osobistych i uczyńmy zadośćuczynienie za nasze grzechy i grzechy innych ludzi, którzy być może – w tej atmosferze zamieszania – nie zdają sobie sprawy, jak ciężko obrażają Boga. W dzisiejszej Mszy św., w bezkrwawym odnowieniu krwawej ofiary Kalwarii, Jezus – Kapłan i Ofiara – oddaje się za grzechy ludzi. Obyśmy nie zostawili Go w osamotnieniu, niech wznieci się w piersi naszej gorące pragnienie bycia z Nim u stóp Krzyża; niech wzmaga się nasze wołanie do Ojca, Boga miłosiernego, by przywrócił pokój światu, pokój Kościołowi, pokój sumieniom.

    Gdy tak uczynimy, spotkamy – pod Krzyżem – Najświętszą Maryję Pannę, Matkę Boga i Matkę naszą. Prowadzeni Jej błogosławioną ręką dojdziemy do Jezusa, a przez Niego do Ojca i Ducha Świętego.

    bł. Josemarla Escriva de Balaguer

    * Kazanie wygłoszone 28 V 1972 r. na uroczystość Trójcy Przenajświętszej. Niniejszy tekst jest fragmentem książki: bł. Josemaria Escriva de Balaguer “Kochać Kościół”, Wydawnictwo Św. Jacka, Katowice


    Przypisy:
    1.  ŚW. CYPRIAN, De oratione dominica, 23 (PL 4, 553).
    2.  ŚW. AUGUSTYN, Enchiridion, 56,15 (PL 40, 259).
    3. Credo Mszy św.
    4.  ŚW. JAN DAMASCEŃSKI, Adversum Icon., 12 (PG 96, 1358 D).
    5. Por. Mt28, 20.
    6.  Ecclesia, quae iam concepta, ex latere ipso secundi Adami velut in cruce dormientis orta erat, sese in lucern hominum insigni modo primitus dedit die celeberrima Pentecostes. Ipsaąue die beneficia sua Spiritus Sanctus in mystico Christi Corpore prodere coepit. LEON XIII, Enc. Divinum illud munus, AAS 29, s. 648.
    7.  Pwt32, 10.
    8.  PAWEŁ VI, Przemówienie, 23 VI 1966.
    9.  ŚW. AUGUSTYN, Enarrationes in Psalmos, 103,2,5 (PL 37,1353).
    10. Ef4, 11-12.
    11.  Rzl2, 5. 12 Koi 1, 18.
    13.  ŚW. AUGUSTYN, Enarrationes in Psalmos, 56, 1 (PL 36, 662).
    14. LEON XIII, Enc. Satis cognitum, AAS 28, s. 710.
    15 Tamże, s. 724.
    16 Tamże, s. 712-713.
    17. Ef 1,22-23.
    18. Ef 1, 10.
    19. Ef 1,4.
    20.  1 Tym 2, 4.
    21. J 20, 21.
    22. Mt28, 18-20.
    23. Mk 16, 16.
    24. ORYGENES, In Jesu nave hom„ 5, 3 (PG 12, 841).
    25.  ŚW. CYPRIAN, De catholicae Ecclesiae unitate, 6 (PL 4, 503).

    Fronda nr 7 (1996)/09.06.2022