Month: June 2021

  • XIII Niedziela Zwykła – ROK B

    Uwierzyć w moc wiary

    Boże Słowo z dzisiejszej niedzieli jest kontynuacją, dalszym ciągiem pytania o wiarę – moją i Twoją.

    Z tego wielkiego tłumu, który otacza Pana Jezusa, Ewangelia zwraca uwagę na dwie postacie: Jaira, przełożonego synagogi, proszącego o uzdrowienie swojej dwunastoletniej córeczki i cierpiącą kobietę od lat dwunastu na krwotok. Śledząc ich bardzo trudne przeżycia w dochodzeniu do Pana nie można nie zauważyć jak wielką mocą staje się w ich sercach wiara.

    Przypatrzmy się dziś Jairowi, który jest przełożonym synagogi. Na szczeblach hierarchii swojego środowiska ma znaczącą pozycję. W obliczu poważnej choroby swojej córeczki nie kalkuluje czy jemu wypada, co powiedzą inni. Po prostu przychodzi do Pana Jezusa i pada do Jego nóg i usilnie prosi: “Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła”. Jezusowa odpowiedź: “Nie bój się, wierz tylko!” daje mu nadzieję.

    Jair musi jednak przejść trudną drogę swojej wiary. Wierzył, że Jezus może uzdrowić jego najdroższe bardzo chore dziecko. Kiedy już idą, zapewne stara się przyśpieszyć pochód, aby zdążyć. Tymczasem ktoś z jego domowników przynosi mu druzgocącą wiadomość: “Twoja córka umarła, czemu trudzisz jeszcze Nauczyciela”. Nie zapisano w Ewangelii reakcji ojca. Można ją sobie tylko wyobrazić jak nagle opadła z niego wszelka nadzieja. Pan Jezus, który jest Panem życia i śmierci, poprzez to kolejne doświadczenie wzmacnia jego wiarę – “Nie bój się, tylko wierz”. Dlatego Jair idzie z Jezusem do swojego domu – to znaczy – prowadzi Jezusa w beznadziejną sytuację swojego życia. Przed jego domem następują kolejne wyzwania, które mają go zniechęcić do jakiejkolwiek nadziei od strony gapiów, którzy już weszli w rolę żałobników. Wręcz drwią z Chrystusa, który mówi, że “dziecko nie umarło, tylko śpi”. Moment dotknięcia dziecka i słowa: “Dziewczynko, mówię ci, wstań” i ona wstaje, jest nie tylko tym jednym cudem, ale także to Boże Słowo sprawia drugi cud – dotyka swoją mocą serca Jaira. Uwierzył w moc wiary.

    Ojciec św. Benedykt XVI powiedział: “Jak ważne jest, abyśmy uwierzyli w moc wiary, w możliwość nawiązania dzięki niej bezpośredniej więzi z Bogiem żywym. Tylko taka wiara obecna we wszystkich naszych postawach, myślach i działaniu, w codziennej pracy, w zmaganiu się ze sobą sprawia, że nasze życie przeniknięte jest mocą samego Boga”.

    Jak błogosławione okazały się te trudne wyzwania i bezradność Jaira, które zmusiły go do szukania pomocy u Boga. Czy poszedłby do Jezusa, gdyby nie beznadziejny stan zdrowia jego najdroższej córki? Nie wiemy. Ale wiemy ze swojego doświadczenia, przeżywając w różnym stopniu ból, bezradność, czasem lęk jak bliski wtedy staje się Bóg i jak wyraźnie można usłyszeć Jego głos, pośród wielu głosów, tak jak u Jaira: “Nie bój się, wierz tylko”.

    I nie raz już przekonywaliśmy się – w czasie, który wybierał Bóg, że otrzymaliśmy w nadmiarze, daleko więcej aniżeli prosiliśmy. Pan Jezus, Syn Boga żywego okazuje się rzeczywiście naszym Przyjacielem. To jest po prostu nie do wiary, że Jemu tak bardzo zależy na każdym ludzkim istnieniu – a więc na Tobie, na mnie…

    Tutaj przywołam inną rozmowę z Ewangelii zapisaną u św. Mateusza. Mianowice prośbę setnika: “Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie”. Posługujemy się jego słowami pełnymi wiary za każdym razem kiedy dane nam jest karmić się Ciałem Chrystusa: “Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja”. Jaka jest we mnie wiara w moc Bożego Słowa? Czy widzę jak bardzo potrzebuję uzdrowienia mojej duszy?

    Przypominają się słowa św. Jana Pawła II z jego inauguracji 22 października 1978 roku na placu św. Piotra: “Nie lękajcie się! Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi!” Te słowa współbrzmią ze słowami z dzisiejszej Ewangelii, które usłyszał Jair: “Nie bój się, wierz tylko!”

    Kiedyż wreszcie to Jezusowe wołanie dotrze z mocą i do mojego serca. Tyle zdarzeń codziennego życia daje mi nieustanną szansę dojrzewania do tego momentu, na który sam Bóg czeka i to bardzo, aby mi powiedzieć: “Twoja wiara cię ocaliła”. Wiem i to bardzo dobrze – jak potrzebuję tego Bożego ocalenia – a z drugiej strony moje serce wciąż się jeszcze szamoce i lęka. Ale czego się lęka i dlaczego szamoce.

    Panie Jezu, proszę Cię, wzmocnij moje skołatanie serce, bo tylko Ty możesz zaradzić memu niedowiarstwu.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela

    Boża rzeczywistość 

    W dzisiejszą niedzielę liturgia Kościoła obchodzi uroczystość narodzenia św. Jana Chrzciciela. W kalendarzu kościelnym jest to wyjątek, ponieważ wspomnienie każdego ze świętych obchodzimy w dniu ich narodzin dla nieba – to znaczy w dniu przejścia z tego świata do oglądania Boga twarzą w twarz. Dlaczego ten wyjątek? Dlaczego właśnie dziś, w Dzień Pański, Kościół zamiast celebrować kolejną XII niedzielę zwykłą daje nam do rozważania tę wyjątkową postać w dniu jego narodzin? Św. Jan Chrzciciel jest ostatnim prorokiem, który zamyka Stary Testament i otwiera Nowy Testament. Boża zapowiedź, obietnica dana człowiekowi już od zarania dziejów, po nieszczęsnym grzechu pierworodnym, właśnie wypełnia się w tym nawoływaniu św. Jana Chrzciciela, żeby prostować ludzkie drogi, bo oto przychodzi nasz Pan i Zbawca, wyczekiwany Mesjasz.

    Warto tutaj zwrócić uwagę na znaczenie samego imienia, które każdy człowiek otrzymuje na początku swojej drogi. Nadane imię pomaga lepiej zrozumieć Boże sprawy. Mama Jana – Elżbieta – po hebrajsku znaczy: Bóg przyrzekł. Zaś jego ojciec Zachariasz – znaczy: Bóg pamięta. A ich syn Jan: Bóg jest łaskawy. Już same imiona wskazują na Bożą rzeczywistość, którą należy właściwie odczytać. Rodzina Zachariasza i sąsiedzi byli przeciwni imieniu Jan, bowiem tradycja nakazywała wybrać imię jego ojca albo dziadka, aby podkreślić przynależność do rodu. Ale to dziecię, urodzone z dwojga ludzi posuniętych w latach, z niepłodnej Elżbiety i z niedowierzającego w poczęcie syna Zachariasza, kiedy dorośnie, nie będzie się troszczyć o wąski rodzinny krąg, ale przede wszystkim o sprawy wypełnienia Bożych obietnic.

    Bardzo ważne jest właściwe odczytanie znaczenia imienia, które daje sam Bóg. Pismo Święte wyraźnie na to wskazuje zarówno w Starym Testamencie jak i w Nowym. W sakramencie chrztu otrzymałem imię tak naprawdę od samego Chrystusa. Dlatego święci: Bazyli i Grzegorz napisali: “Chociaż inni noszą różne imiona czy to po ojcu, czy własne, od swoich zawodów lub czynów, my uważaliśmy za wielki zaszczyt i wielkie imię być i nazywać się chrześcijanami”. W sakramencie bierzmowania, będąc już świadomi naszej obecności w Bożym Kościele, wybieramy  nowe imię, które ma nam pomóc zrealizować nasze powołanie. Osoby, które składają śluby zakonne stają się osobami konsekrowanymi, to znaczy przeznaczonymi na wyłączną służbę Ewangelii – otrzymują nowe imię.

    Święty Jan Chrzciciel, poprzednik Pana Jezusa, według kalendarza – pół roku wcześniej urodzony i zarazem Jego krewny, jest jedynym prorokiem, któremu Bóg zlecił bezpośrednie przygotowanie ludzi uwikłanych w niewoli grzechu na przyjęcie Bożego Syna. Ci, którzy pytali Pana Jezusa kim jest Jan Chrzciciel – taką usłyszeli odpowiedź : “Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciela.” Ojciec dominikanin Jacek Salij pisze, że “Kościół od wieków domyśla się, że Jan Chrzciciel już w łonie matki został uwolniony od grzechu pierworodnego, mianowicie w momencie, kiedy jego matka Elżbieta spotkała się z brzemienną Synem Bożym Maryją. Toteż Jan jest jedynym świętym, którego narodzeniu poświęcone jest święto liturgiczne – podobnie jak narodzeniu Pana Jezusa oraz narodzeniu Matki Najświętszej”.

    Warto również rozważyć, ile dobra zostało wyzwolone w ludzkich sercach z powodu narodzin Jana Chrzciciela. Jego ojciec Zachariasz doznał łaski nawrócenia. Bo czym był znak odebrania daru mowy, jakie nastąpiło podczas jego spotkania z aniołem w przybytku Pańskim? Było znakiem jego niedowiarstwa. Zaś ósmego dnia po narodzinach, w dzień obrzezania, kiedy pytano go – jak ma być nazwane dziecię – napisał na podanej mu tabliczce: ”Jan będzie mu na imię”. I natychmiast otworzyły się jego usta i znowu mógł mówić, i wielbić Boga. Nastąpiło jego pełne nawrócenie, uwierzył w Boże dzieła, które są cudem w naszych oczach. Ta radość stała się udziałem całej rodziny, przyjaciół, sąsiadów. Dlatego pełni zdumienia pytali: “Kim będzie to dziecię?” Bo widziano w tym wydarzeniu “rękę Pańską”.

    Taka prawdziwa radość właściwie zawsze powinna towarzyszyć przy narodzinach dziecka. I choć takie maleństwo jeszcze niczego nie potrafi rozumieć – już może obdarzać. Tak jak św. Jan Chrzciciel, który zanim nawrócił tysiące ludzi swoim nawoływaniem do pokuty – to mając zaledwie osiem dni nawrócił do Boga swojego własnego ojca.

    Opowiadał jeden z księży jak chrzcił maleńkiego Jasia. Jego narodziny sprawiły, że nawrócił do Pana Jezusa siedmioro ludzi. Najpierw jego rodzice wpadli w zachwyt. Z tego zachwytu postanowili zawrzeć sakrament małżeństwa i rozpoczęli życie z Jezusem: niedzielna Msza św., spowiedź św., modlitwa… Również rodzice chrzestni, którzy dotychczas żyli bez ślubu i zupełnie nie uczestniczyli w życiu Kościoła, zrobili to samo. Tak więc następnych czworo się nawróciło. Dołączyła do nich jeszcze siostra matki chrzestnej, kiedy zobaczyła co się dzieje i też się nawróciła.

    W to dzisiejsze święto narodzin św. Jana Chrzciciela uciszmy nasze serce, żeby stało się pustynią, bo wtedy usłyszymy jego głos, który nawołuje do nawrócenia. A ze skruszonym sercem łatwiej jest odczytać nasze imię, które nadał nam Bóg zanim jeszcze zaistnieliśmy w łonach naszych mam.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • XII Niedziela Zwykła – ROK B

    Opus Dei - Uciszenie burzy na jeziorze
    Uciszenie burzy na jeziorze/Opus Dei.pl/Eugène Delacroix (1798-1863)

    ***

    Dzieło zbawienia wciąż trwa

    Pan Jezus, aby przybliżyć Boży świat człowiekowi i być lepiej zrozumianym, w swoim nauczaniu posługiwał się przypowieściami. Dzisiejsze wydarzenie opisane w Ewangelii też jest swoistego rodzaju przypowieścią. Jest znakiem, który mam odczytać. Właściwe znaczenie Chrystusowych cudów sięga daleko dalej i głębiej – bowiem są to spotkania samego Boga z człowiekiem.

    Dzisiejsze uciszenie burzy na jeziorze, czy cudowne rozmnożenie chleba i wszelkie uzdrowienia i wskrzeszenia uczynił Jezus i co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Ale niewłaściwą obrałbym drogę, dociekając tylko historyczności zdarzeń, że oto stało się coś nadzwyczajnego – wbrew prawom natury. Najważniejsze i najistotniejsze jest zobaczyć i zrozumieć co oznacza ten Boży znak, którym Bóg zwraca się do człowieka. A tu potrzebna jest już wiara.

    Nieraz w rozmowie słyszę takie zdanie: „Czy można być świadkiem cudu dziś? Bóg sprawiał je kiedyś, bywały w życiu świętych, ale w moim życiu nic takiego się nie wydarzyło. Chciałbym raz jeden jedyny zobaczyć autentyczny cud i dosyć.”

    Takie pytania mimo woli nasuwają się. I można na nie odpowiedzieć też pytaniem, które sformułował ks. prof. Sedlak: „Czym jest książka dla analfabety? Pół kilogramem masy papierowej. To jest oczywiste. Dla analfabety najmądrzejsza książka jest po prostu pół kilogramem papieru.” Jeżeli Boży zmysł zagubiłem w sobie i w Bożych sprawach jestem całkowitym analfabetą, to nawet gdybym znalazł się w sytuacji, która jest cudem – dla mnie będzie to na taśmie zdarzeń – tylko jedno więcej rzucone przez kogoś lub coś, albo po prostu zaistniało zupełnie przypadkowo. Będę tę sytuację rozumiał tak, jak mądrą książkę rozumie analfabeta – od strony masy, którą przedstawia. W ogólnej masie zdarzeń zobaczę kolejne, jedno więcej i nic poza tym.

    Cud nie jest w fakcie, ale jest w tym fakcie ukryty. Żeby go odczytać trzeba znać parametry. Dlatego brak cudu jest we mnie. Ta nieumiejętność właściwego odczytania powoduje, że przechodzę obok Bożego wydarzenia bez żadnej refleksji, zastanowienia. Iluż ludzi w swoim życiu ocierało się i ociera o cuda i iluż przechodzi obok interpretując po swojemu, zupełnie nawet nie uświadamiając sobie, że tak blisko byli Boga.

    Dzisiejsze słowa Jezusa: „Jakżeż wam brak wiary” – odnoszą się do mnie, który dzielę los z ludźmi zalęknionymi. Strach wydaje się być wciąż wszechobecny i to coraz bardziej. W swojej naiwności wielu z nas myślało, że epoka komunizmu definitywnie zakończyła swój żywot i przeszła do lamusa historii. Teraz dopiero przecieramy oczy, pytając samych siebie: kto z nas widział tego trupa? A on, jak „wąż starodawny”, świetnie znalazł sie w nowej rzeczywistości, umiejętnie i skutecznie posługując się swoim skutecznym narzędziem zastraszania. Dlatego tyle tych nowych lęków, które jak groźne burze, zabierają z sobą nie tylko poszczególnych chrześcijan, czy całe rodziny, ale nawet całe narody. Chrześcijanin, jeżeli ulega tej psychozie, widać nie bardzo wierzy Bogu, Jego wszechmocy. Dzisiejsze I Czytanie przypomina: „Kto bramą zamknął morze, gdy wyszło z łona wzburzone?…” Pan Bóg wyznaczył „zaporę dla nadętych fal. Aż dotąd, nie dalej”. Ten sam Pan Bóg, z niezrozumiałą dla człowieka, ogromną troską nieustannie ogarnia ten nasz świat poprzez swojego Syna – tak jak na obrazie Salvadore Dali.

    Dzieło zbawienia dokonane przez Bożego Syna na Golgocie wciąż trwa. Dlatego nie może dziwić, że dzieje Kościoła nieustannie toczą bój z mocami zła. Tak było od początku. Prześladowanie pierwszych chrześcijan spowodowało, że Ewangelia bardzo szybko rozprzestrzeniła się daleko poza Jerozolimę. Ogarnęła całą Samarię. Kiedy w Damaszku „siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich” niejaki Szaweł z Tarsu – Pan swoim słowem nie tylko uciszył go, jak wzburzone fale w dzisiejszej Ewangelii, ale wybrał go sobie za narzędzie. „On zaniesie imię moje do pogan i królów i do synów Izraela. I pokażę mu, jak wiele będzie musiał wycierpieć dla mego imienia”.

    Dlaczego głoszenie Ewangelii czyli Dobrej Nowiny napotyka na ciągły sprzeciw, ogromny opór? Jest to intrygujące, że właśnie chrześcijaństwo ma taki żywot szczególnie trudny. Ileż to razy na przestrzeni wieków wydawało się, że wzburzone morskie fale całkowicie roztrzaskają kruchą łódkę Kościoła. Ojciec Jacek Salij, dominikanin, daje taką odpowiedź: „Bo nie od ludzi ta religia pochodzi, tylko od Boga, toteż przekracza wszelkie miary ziemskie. „Moc bowiem w słabości się doskonali”. To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi.”

    Dzisiejsze Boże Słowo zapewnia mnie, że chciażby szalały najbardziej gwałtowne burze, nie utonę, jeżeli płynę w łodzi, w której jest Pan Jezus. Niestety, są i takie łodzie, które pływają po morzach świata, a w których nie znalazło się miejsca, nawet na wezgłowiu, dla Chrystusa. Ale póki pływają jest wciąż szansa, aby skruszonym sercem uprosić Jezusa. A On nie odmówi i zaproszenie przyjmie.

    Czy jestem gotów pomóc w ratowaniu topiących się łodzi?

    ks. Marian Łękawa SAC

  • XI Niedziela Zwykła

    Pełna dojrzałość w chwili żniwa

    Po przeżyciach wielkich Tajemnic, które znowu były mi dane i tym samym po raz kolejny były szansą przekonania się – mam nadzieję, że mocniej i bardziej świadomie niż w latach minionych – jak bardzo Panu Bogu zależy na mnie, liturgia Kościoła wchodzi w okres niedziel zwykłych

    Słowo Boże dziś usłyszane tłumaczy na czym polega zwykłość tego czasu. Jezusowe przypowieści tylko na pozór wydają się być proste i w niczym nieskomplikowane. Jeżeli tak sądzę, to trzeba mi uświadomi sobie, że w rzeczywistości niczego nie zrozumiałem.

    Chrystus nie mówi o tym, co jest jasne, zrozumiałe samo przez się. Jeżeli w swoim nauczaniu posługuje się przypowieściami, widocznie chce mnie uwrażliwić, abym w zwykłych ludzkich sekwencjach zdarzeń widział Boży zamysł, który wciąż i stale dokonuje swoich dzieł. Zaś sposób ich realizacji jest dla mnie nieoczekiwany, zupełnie zaskakujący.

    Boże drogi nie są ludzkimi drogami. To dlatego ogarnia mnie niepokój, kiedy nie potrafię widzieć dobra ani w sobie, a już na pewno u innych. Tymczasem Boża moc sprawia, że posiane ziarno rośnie, rozkwita i daje owoc i to tam,, gdzie według ludzkiej logiki nie ma żadnych szans. A jednak niepostrzeżenie ono wzrasta. W jaki sposób się to dzieje?

    Od ks. Stanisława Michałowskiego dowiedziałem się o przebywającym w szpitalu profesorze filozofii. Stan jego zdrowia pogarszał się z każdym dniem. Miał już liczne przerzuty złośliwego raka. Dosłownie na kilka dni przed śmiercią poprosił o wizytę szpitalnego kapłana, którego dotychczas całkowicie ignorował. Kiedy duchowny przyszedł, usłyszał takie oto wyznanie: „Myślałem, że obejdę się bez księdza, bo przed laty zgubiłem moją wiarę i wcale nie próbowałem jej odnaleźć. Do dzisiaj moja choroba była tragedią, ale teraz już nią nie jest. Przez całe moje życie szukałem prawdy, szukałem jej w filozofii, ale wykluczyłem z niej Boga. Krzyż Chrystusa uważałem jak niegdyś Grecy, za głupstwo i absurd. Na tej Sali szpitalnej najbardziej przeszkadzał mi krzyż. Tej nocy przeklinałem księżyc, bo jakby zatrzymał się w jednym miejscu i mnie na złość oświecał krzyż. Ten krzyż nie dawał mi spokoju. Nie mogąc z bólu spać, mimo woli patrzyłem na ukrzyżowanego Chrystusa, który – zdawało mi się – że się porusza, a w sercu słyszałem głos: Jak ty teraz, tak Ja kiedyś – i to za ciebie – cierpiałem. Szukałeś przez całe życie prawdy, ale jej nie znalazłeś, bo jej szukałeś tam, gdzie jej nie ma. Prawda jest na krzyżu – Ja nią jestem.

    Przez moment nie czułem bólu, choć moje czoło zalane było potem. Nie mogę oderwać oczu od krzyża. Niech mi ksiądz poda ten krzyż ze ściany. Bardzo chcę go ucałować i przez chwilę chociażby potrzymać. Pragnę wyspowiadać się z całego mojego grzesznego życia i o ile po spowiedzi będę żył, pragnę przyjąć Pana Jezusa w Komunii świętej.”

    Jak można wytłumaczyć los posianego ziarna na glebie takiego serca?

    Ziarno, które rolnik wsiewa w ziemię, ma ogromną w sobie moc. Ale to nie rolnik sprawia, że ono kiełkuje. On ma, owszem swoje zadanie, aby uprawić pole, aby wysiać ziarno, ale to Bóg czyni rzecz najważniejszą i czyni ją w czasie niezależnym od człowieka. Tak mówi Pan Jezus w dzisiejszej przypowieści: „Czy śpi czy czuwa, we dnie i w nocy nasienie kiełkuje, a on nie wie jak.”

    Królestwo Boże rozwija się nie według ludzkiej woli i nie można ująć go w żadne ramy, bo to nie jest produkt techniki. Jego wzrost, choć wydaje się być powolny, stale trwa, aż wreszcie dojdzie do pełnej dojrzałości w chwili żniwa.

    Proszę więc, Panie Jezu, abyś dał mi łaskę wielkiej cierpliwości i niewzruszoną ufność, że to maleńkie ziarenko gorczycy posiane w ludzkim sercu wyrośnie, a wzrost jego będzie tak wielki i tak wspaniały, że „wszystkie drzewa polne, to znaczy wszystkie narody – jak mówi prorok w dzisiejszym pierwszym Czytaniu – poznają Twoją moc i Twoją wielkość”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa

    Msza święta trwa dalej 

    Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa Kościół przeżywa każdego roku w swojej Liturgii podczas Wielkiego Tygodnia. Mówimy – Wielki Czwartek. Jest to dzień ustanowienia dwóch sakramentów: Eucharystii i kapłaństwa. Ale wtedy w przeddzień Męki i Śmierci Pana Jezusa trudno jest o nastrój radosny i uroczysty. Dlatego po okresie Pięćdziesiątnicy Kościół adoruje i czci publicznie Hostię konsekrowaną – prawdziwe Ciało i Krew Pańską. 

    Wtedy rozlega się poprzez wioski i miasta potężny śpiew Twoja cześć, chwała, nasz wieczny Panie! Wszędzie jest tłum. Wszędzie jest zieleń. Są kwiaty, bo Pan idzie z nieba, pod przymiotami ukryty chleba. Zagrody nasze widzieć przychodzi i jak się dzieciom Jego powodzi. Każdy wychowany na polskiej ziemi nie może nie mieć swoich ciepłych wspomnień związanych z procesją Bożego Ciała. Kto wie czy i tu nostalgia u polskich komunistów nie zrobiła swoje, bo święto Bożego Ciała jakoś się ostało w tym szalejącym i destrukcyjnym zawirowaniu, które likwidowało wszystko, co z religią było związane?

    O tym święcie ks. Janusz Pasierb napisał w swojej książce pt. Czas otwarty, że „to jest bardzo piękne święto, złote i zielone. Zrodziła je zarówno teologia, jak i poezja. Największy myśliciel średniowiecza układał o nim wiersze i hymny. U nas nabrało barokowego kształtu i takie chyba pozostało, ale to nie jest źle: daj Boże innym, bardziej zarozumiałym epokom tyle ludzkiego ciepła i pogodnej mądrości…”

    Pierwsza w naszej Ojczyźnie, udokumentowana procesja Bożego Ciała, odbyła się w Krakowie w roku 1420. Zaś monstrancja, która była wynalazkiem północnych miast hanzeatyckich pojawiła się po raz pierwszy w Gdańsku. W tej uroczystości chodziło przede wszystkim o to, aby przybliżyć Tajemnicę Eucharystii naszej codzienności. Później, kiedy w Europie zbierała swoje żniwo nieszczęsna Reformacja, odrzucając we wszystkich swoich odmianach protestantyzmu rzeczywistą obecność Chrystusa pod postacią konsekrowanego chleba, było potrzebne, aby uroczystością Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej i związaną z nią procesją Eucharystyczną zamanifestować tę prawdę.

    Odrzucanie prawdziwej obecności Chrystusa bardzo było widoczne w Szkocji podczas ostatniej wojny gdzie dominują wyznawcy prezbiteriańscy wywodzący się od Johna Knoxa. Duchowieństwo szkockie obawiając się negatywnych reakcji prezbiterian nie chciało się zgodzić, aby Polacy urządzali procesję Bożego Ciała. Bowiem publiczne katolickie manifestacje religijne w Szkocji były zakazane. Po dziś dzień krańcowa odmiana szkockich kalwinów Mszę św. nazywa bluźnierstwem.

    Katolików w Szkocji jest bardzo mało, a nasi rodacy porozrzucani na rozległych połaciach żyją już coraz częściej pojedynczo i tęsknią za procesjami Bożego Ciała. Bo trudno być świadkiem Chrystusa w pojedynkę. Człowiek odczuwa wtedy lęk i boi się otoczenia. Siłą Kościoła jest niewątpliwie moc Ducha Świętego, ale jest nią też poczucie jedności, którą sprawia Bóg. Dlatego na Ostatniej Wieczerzy Pan Jezus zgromadził uczniów i nakazał im jednoczyć się na łamaniu Chleba aż do ostatniego wieczoru świata.

    Ci, którzy są świadomi na czym polega życie prawdziwe znają taktykę szatana. On, aby pokonać człowieka wyprowadza go najpierw na bezdroża duchowej samotności. Ksiądz Pawlukiewicz pisze, że „można żyć w tłumie, ale swoją wiarę przeżywać samotnie. Sam ze swoimi poglądami w pracy, sam ze swoją postawą w środowisku . A wtedy zaczyna się człowiekowi wydawać, że już tylko on jeden pozostał takim dziwakiem przejmującym się Bogiem i Jego przykazaniami. To dlatego tak wielu ludziom zależy, by nasza wiara była jedynie naszą prywatną sprawą i ograniczała się tylko do intymnego wymiaru serca. A jak wiele może uczynić choćby najmniejsza wspólnota”.

    Na przyjęciu gospodarz, tak jak zwykle bywa przy takich okazjach, namawiał wszystkich do picia alkoholu. Pewna pani, która złożyła przyrzeczenie abstynencji, miała już swoje doświadczenie w odmawianiu. Wszyscy dziwili się, że tylko ona i jeszcze jeden pan wytrwali do końca w swoim postanowieniu. Po przyjęciu przy pożegnaniu niepijący mężczyzna podszedł do tej pani i powiedział jej tak:

    – Chcę pani bardzo podziękować.

    – Pan mi dziękuje? Ale za co?

    – Widzi pani, ja jestem nałogowym alkoholikiem. Dla mnie nawet jeden kieliszek może być początkiem końca. Znam siebie i wiem, że tak wewnętrznie, duchowo nie jestem mocny. Gdyby nie pani, pewnie dziś bym się skusił i wypił. Pani mi bardzo pomogła. Nie byłem sam i zwyciężyłem.

    Jak trudno być wiernym, być mocnym w pojedynkę będąc zupełnie osamotnionym w środowisku, które zupełnie nie bierze w rachubę Pana Boga. Dlatego Kościół wypełniając polecenie Pana gromadzi ludzi wokół Eucharystii. I to dzięki Eucharystii zgromadzeni stają się wspólnotą, parafią.

    Ksiądz Aleksander Federowicz, proboszcz z Lasek, w rozmowie z księżmi na temat parafii tak powiedział: „Parafia, czy Kościół w swojej istocie – to jest Słowo Boże, Eucharystia i wypływająca z tych źródeł miłość wzajemna”. Jego ulubionym powiedzeniem były słowa: „Msza święta się kończy, msza święta się zaczyna”. Bo rzeczywiście po liturgii Mszy świętej zaczyna się msza życia. I ona trwa dalej. Ksiądz Piotr Pawlukiewicz tak obrazuje ten ciąg dalszy mszy świętej: „Gdy ktoś w szpitalu przyjmie Komunię świętą, to jego łóżko staje się jak eucharystyczny ołtarz, na którym cierpienie chorego jednoczy się z ofiarą Chrystusa. Msza święta trwa dalej. Słowa prefacji W górę serca! rozbrzmiewają tam, gdzie wobec człowieka załamanego, pogrążonego w smutku ktoś wypowiada słowa: Nie martw się, ja ci pomogę. Msza święta trwa dalej, gdy ludzie mówiąc: Przepraszam, nie gniewaj się, podają sobie ręce i przekazują znak pokoju. Msza święta trwa dalej, gdy udzielamy sobie jednoczącej komunii dobroci i uśmiechu. Eucharystia bez tych codziennych owoców byłaby niepełna. Ona przecież rodzi Kościół, a Kościół jest tam, gdzie ludzie wierzący w Chrystusa żyją na co dzień miłością. Msza święta jest jak uderzenie serca, które rozprowadza tę nadprzyrodzoną krew Bożej miłości po całym organizmie Kościoła.”

    Boże Ciało uroczyście niesione w procesji drogą, którą człowiek idzie co dnia do pracy. Jak łatwo wtedy klękam i śpiewam eucharystyczne pieśni – bo jest tłum, bo jest nas aż tylu.

    Panie Jezu, proszę, abyś dał mi odwagę uklęknąć przed moim bliźnim, którego postawiłeś na mojej drodze. Wierzę, że to Ty w nim jesteś ukryty, jak w tej białej Hostii. Ale czemu wciąż tak trudno mi Cię rozpoznać?

    ks. Marian Łękawa SAC