Month: March 2021

  • Niedziela Palmowa Męki Pańskiej – ROK B

    Plik:Józef Chełmoński - Krzyż w zadymce (1907).jpg
     Józef Chełmoński – Krzyż w zadymce (1907)

    Ludzkie krzyże

    W pokoju,w którym mijają moje dni, miesiące i lata
    wisi dużo krzyży – a każdy krzyż inny, bo każdy człowiek, który je przynosił też był inny.
    Są jak stacje Drogi Krzyżowej.
    Ciągle dochodzą następne wydłużając pogłębiającą się koleinę.
    Ludzkie krzyże: duże i małe, z drzewa szorstkiego i bardzo ozdobne
    uczestniczą nie tylko w mojej modlitwie,
    ale i w moim szamotaniu,
    bo lęku doznaję – jak Jonasz
    i przymus coraz większy mnie dotyka – jak Szymona z Cyreny.

    Ludzkie krzyże z Jezusowym wizerunkiem stają się ciężarem coraz większym. Przenoszę je na drugi brzeg z trudem pokonując wir rzeki.

    Ale dlaczego dźwigam z takim trudem?
    I zdziwienie mnie ogarnia – że odpowiedź przyszła tak szybko.
    Jak mam podziękować Ci Panie za Twoje światło?
    Zobaczyłem bowiem, że jeszcze – wciąż i stale, ciągnę za sobą całą moją nędzę,
    którą Twoje nieskończone Miłosierdzie tyle razy już obmywało?

    Zostawiam więc w tej rzece, przez którą przechodzę, mój ciężar słabości i grzechu, aby nieść tylko Ciebie, któryś ukrył swoje Oblicze w drugim człowieku.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • V Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Zostać domownikiem samego Boga

    fot.Apostolstwo Chorych, Mądrość Krzyża

    ***

    Brytyjski samolot odbywał swój regularny lot z Istanbułu do Londynu. Na pokładzie znajdowało się 70 pasażerów i 6 członków załogi. Lot odbywał się w warunkach pomyślnych i zbliżał się już do celu podróży – lotniska Heathrow. Przez głośniki podano wiadomość, aby przygotować się do lądowania. Samolot jednak nie wylądował, ale kontynuował swój lot, który zamienił się w lot kołujący. Powodem była awaria podwozia, które nie chciało się wysunąć. Powiadomiono o tym wieżę kontrolną lotniska. Były kolejne próby, ale bezskuteczne – ponieważ czasami tak bywa, że po kilku usiłowaniach nagle urządzenie zaczyna działać. Dla uspokojenia pasażerów zapowiedziano, iż z przyczyn technicznych trzeba kontynuować lot i lądowanie samolotu nieco się opóźni. Samolot chwilami unosił się nad kanałem La Manche, a później znowu nad rozległym Londynem. W kabinie załogi zrobiła się gorąca atmosfera. Kapitan był blady i pot spływał mu z czoła. Ponawiane próby kończyły się fiaskiem. Taki stan rzeczy trwał już przez godzinę i zapasy paliwa zaczęły się wyczerpywać. Nawiązano ponownie łączność z wieżą kontrolną lotniska, aby uzyskać pozwolenie lądowania w wsuniętym podwoziem. Szanse szczęśliwego lądowania w takich warunkach były minimalne, prawie żadne, ale nie było innego wyboru. Lotnisko Heathrow po wyrażeniu zgody ogłosiło równocześnie stan alarmowy – a więc straże pożarne, karetki pogotowia i wszystko co jest niezbędne w takiej sytuacji. Kapitan samolotu zdecydował, iż należy o tym powiadomić pasażerów, jednak z pewną dozą ostrożności, aby nie wywołać paniki. Jego komunikat brzmiał w ten sposób: ‘Wskutek awarii podwozia samolotu zmuszeni jesteśmy lądować ze schowanym podwoziem. Sytuacja jest bardzo poważna. Daj Boże, żeby udało się nam szczęśliwie wylądować’. Tym religijnym akcentem zakończył swoją relację, co zwiększyło jeszcze powagę sytuacji. Słowa kapitana wywołały jednak panikę. Dotychczas nikt z pasażerów nie zdawał sobie sprawy z groźnej sytuacji. Pasażerowie mniej odporni psychicznie doznali szoku. Byli tacy, którzy w pośpiechu opróżniali butelki z alkoholem łudząc się, że w odurzonym stanie unikną makabrycznych scen umierania. Inni zażywali w nadmiarze środki uspokajające w nadziei, że zasną i nie będą oglądać okropności, które już za moment mogą się wydarzyć z ich udziałem. Przy oknie w jednym z foteli siedział Polak, Edmund Skołuda, od którego dowiedziałem się o tej historii. Na swoich skroniach poczuł zimny pot. Był człowiekiem wierzącym i praktykującym. Wiedział, że śmierć jest faktem bezspornym i że umrzeć trzeba – prędzej czy później. Ale kiedy śmierć zagraża bezpośrednio?… Bał się. Przeanalizował szybko całe swoje życie. Bóg sprawiedliwy, karzący za popełnione winy nie fascynował go tak, jak Bóg, który jest nieskończenie miłosierny. Nagle jego sąsiad, który dotąd siedział milcząco, zwrócił się z zapytaniem:

    Czy jest pan człowiekiem wierzącym?

    Kiedy usłyszał twierdzącą odpowiedź od razu uchwycił się jego ręki i zadał kolejne pytanie:

    Czy Chrystus naprawdę jest Miłością i czy jest teraz z nami, kiedy tak bardzo potrzebujemy Jego obecności?

    Jestem przekonany – mówił pan Edmund – że w chwili obecnej, gdy tak dotkliwie odczuwamy osamotnienie i dlatego trzymamy się za ręce, Chrystus jest wśród nas.

    No tak, ale – martwił się sąsiad – czy może mi wybaczyć to, że oddaliłem się od Niego? Jestem człowiekiem bardzo zamożnym. Może już za moment będzie to brzmiało w czasie przeszłym. Przez moją matkę byłem wychowany w duchu nauki Chrystusa, ale później zapomniałem o Bogu. Zdobyłem duży majątek. Miałem wszystko – co tylko zapragnąłem. Obracałem się wśród ludzi, gdzie liczył się tylko pieniądz. Innych nie dostrzegałem. Zlekceważyłem podstawowe przykazanie Chrystusa o miłości bliźniego. Czasami rodziły się we mnie wątpliwości, że to co mam wcale nie daje pełnego zadowolenia i tak naprawdę – wcale nie uszczęśliwia, ale od razu odsuwałem od siebie takie myśli. Zresztą byłem człowiekiem bardzo zajętym. Nie miałem czasu na rozmyślania, a tym bardziej na zmianę swojego życia. Łudziłem samego siebie, przesuwając te sprawy na okres mojej starości, że wtedy będę miał dużo wolnego czasu. A tu niespodziewanie przychodzi kres mojego życia. Mam wątpliwości czy Bóg mi przebaczy w tej sytuacji? Jeżeli jest w tej chwili wśród nas i słucha mojego opowiadania o moim niedoskonałym życiu, a jest Miłością, to może przekaże mi choć promyk nadziei.

    To wyznanie win i ta pokora – powiedział pan Edmund – pozwalają, aby ufać w Boże Miłosierdzie.

    Tymczasem kapitan samolotu podchodził do lądowania pomimo zamkniętego podwozia. Raz jeszcze wykonano próbę uruchomienia i wtedy – nie do wiary – urządzenie zadziałało. Podwozie wysunęło się, wyzwalając poczucie ulgi i radości wśród wszystkich pracowników lotniska. Członkowie załogi samolotu, bladzi, spoceni, zmęczeni do granic wytrzymałości, a równocześnie szczęśliwi, że koła samolotu dotknęły ziemi. Ogromna radość pasażerów, którzy przeżyli chwile strasznej grozy. Pan Edmund Skołuda po wyjściu z samolotu, żegnając się ze swoim sąsiadem powiadomił go, że idzie do kościoła podziękować Panu Bogu za cudowne ocalenie i zaproponował, aby i on udał się z nim. Ale sąsiad odrzekł:

    Niestety, nie mogę, bo nie mam czasu. I tak jestem już spóźniony o całe dwie godziny na bardzo ważną konferencję.

    Ile razy człowiek ignoruje mowę Boga, która jest mową faktów i zdarzeń. Są one przecież czytelne dla każdego, bo w sercu każdego wypisał Bóg swoje przymierze, przez co każdy może rozpoznać Pana – jak mówi prorok Jeremiasz w I Czytaniu. Bywa, że człowiek potrafi nawet i przez moment wzruszyć się, jak ów pasażer, ale zaraz potem znowu pozostaje na zewnątrz – jakby nie potrzebował nawrócenia.

    Dzisiejsze Słowo Boże bardzo mocne jest w swojej wymowie – jest wstępem do Męki Pańskiej. Lud Jerozolimy na rozmowę Syna Bożego z Ojcem Przedwiecznym zareagował jedynie, że „zagrzmiało!” A przecież Pan Jezus wyraźnie zaznacza: „Głos ten rozległ się nie ze względu na Mnie, ale ze względu na was. Teraz odbywa się sąd nad światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony”. Czy mogę w takiej sytuacji pozostawać obojętnym, widzem stojącym tylko z boku? Nie daj Boże! Obym zrozumiał całym moim życiem co to znaczy kiedy Chrystus porównuje siebie do ziarna pszenicznego, które musi obumrzeć, aby wydać obfity plon. Pan Jezus pociągnie wszystkich do siebie – to znaczy – ocali i uratuje, ale dopiero z wysokości Krzyża. Jeżeli się nie zaangażuję – w taki sposób jak na przykład kiedy już jestem na wąskiej i stromej ścieżce – to niewiele dla mnie będą znaczyły słowa z dzisiejszego II Czytania: „A chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał”. Jezusowa modlitwa została wysłuchana i Jezusowa ofiara została przyjęta, bo przyniosła ocalenie – odtąd grzechy ludzkie mogą być odpuszczone i są odpuszczane. A więc każdy ma szansę zostać domownikiem samego Boga.

    „Kłaniamy Ci się Panie Jezu Chryste i błogosławimy Tobie, żeś przez krzyż i mękę swoją świat odkupić raczył”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • IV Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Bezinteresowna Boża miłość

    fot. ze strony Apostolstwo chorych

    ***

    Tak jak w Adwencie w połowie jego trwania, tak i również w połowie Wielkiego Postu Liturgia wyraża radość. Pan jest już blisko – przypominają adwentowe dni. Zaś w okresie przygotowywania do Tajemnic Wielkiego Tygodnia – Kościół zapewnia, że Boże wybawienie jest już niedaleko. W pierwszym okresie chodzi o to, aby wytrwać w adwentowym oczekiwaniu, a w obecnym czasie Wielkiego Postu – aby nie zaniechać czynienia pokuty poprzez modlitwę, post i uczynki miłosierne – bo to one, według słów Pisma św., mogą wyprosić łaskę odkrycia na nowo Bożego Oblicza w każdym ludzkim sercu. 

    W Szkocji, której brzegi z trzech stron otoczone są wodami oceanu i morza północnego, wiele jest legend i opowiadań związanych z rybakami. Według jednego z tych opowiadań, nad morzem mieszkała matka ze swoim synem. Ona troszczyła się o sprawy domowe, a syn każdego wieczoru wypływał na swojej ulubionej łodzi daleko w morze, aby łowić ryby. Wracał dopiero nad ranem, ciesząc się tym co złowił, bo to było ich jedyne źródło utrzymania. Praca syna była bardzo trudna i niebezpieczna. Pewnej nocy rozszalała się gwałtowna burza. Wiatr miotał łodzią. Wokół zapanowała tak wielka ciemność, że młody rybak stracił zupełnie orientację. Nie wiedział już gdzie jest brzeg, jak płynąć. Pomyślał, że to już koniec. Nie ma ratunku. Nagle dostrzegł w oddali słup ognia migocący w ciemności. Nie wiedział jeszcze, że pali się ich drewniana chata. Podpaliła ją matka. Nie spała nigdy, dopóki syn nie wrócił z morza. Nie spała i tej nocy. Miała przeczucie, że z synem jest źle, że trzeba mu pomóc, wskazać brzeg; ale jak to zrobić? Serce szybko podpowiedziało, bo trzeba było się śpieszyć. Nie myśląc wiele, podpaliła słomianą strzechę. Nieważny już był nawet dom, dorobek całego życia. Ważny był tylko syn. Jak mówi opowiadanie, pomoc była skuteczna. Zagubiony na wodach wzburzonego morza syn dzięki temu, że dostrzegł ogień wrócił szczęśliwie i ostatkiem sił wpadł w ramiona swojej matki.

    Ten przykład pokazuje do czego jest zdolna ludzka miłość. Jak bardzo człowiek kochając drugiego człowieka potrafi zapomnieć o sobie – byleby tylko ocalić ukochaną osobę, bo znalazła się w niebezpieczeństwie. Cierpienie i ryzyko jakie wtedy trzeba ponieść – wcale nie są brane w kategoriach trudu czy ciężaru. A przecież ta ludzka miłość czym jest w porównaniu do Bożej miłości? W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus tłumaczy Nikodemowi: „Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”.

    Pan Jezus jest więc objawieniem swojego Ojca, do którego, ja zwykły, biedny, grzeszny człowiek, mogę mówić: „Ojcze nasz”. Dziś przy różnych modnych wynaturzeniach ludzkiej egzystencji staje przed człowiekiem pytanie: Co to jest ojcostwo i na czym ono polega? Właśnie na tym, że ojciec potrafi kochać całkowicie bezinteresownie swoje dziecko, które jeszcze nic dla niego nie uczyniło.

    Słowo Boże w liście do Rzymian mówi tak: „Rzadko przydarza się, aby ktoś życie oddał za człowieka sprawiedliwego, za dobrego człowieka zgodziłby się może ktoś ponieść śmierć. Bóg zaś okazuje miłość swą ku nam przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami”.

    Kiedy się rodzi dziecko, jaką można mieć pewność, że będzie ono szczęśliwe, ofiarne, wdzięczne, kochające? Jedno jest tylko pewne: „będę je tak kochać, cierpieć z jego powodu tak cierpliwie, będę mu tak często przebaczać, że nadejdzie dzień, w którym i ono mnie pokocha tak, jak ja je kocham” – czy nie tak mówi ojciec, matka?

    Czyż to nie jest ta jedyna pewność, którą Bóg ma względem człowieka? Kochając tak naprawdę drugiego człowieka kocha się go nie z powodu jego wspaniałomyślności, ale ze względu na dobroć własnego serca. Ludzkie serce – takie jakie Bóg dał każdemu – potrafi być i mocne i wierne – tak, że pewnego dnia zdolne jest obudzić miłość w drugim sercu. I to jest ta wspaniałomyślność miłości, że rodzi życie.

    Ks. Ludwik Evely, aby opisać miłość rodziców do swoich dzieci proponuje: „Spójrzcie na dwoje w pełni dojrzałych ludzi, którzy pochylają się z całym poświęceniem nad maleństwem, podporządkowują się mu w pełnym oddaniu, przypisują mu nieskończoną wartość, gotowi oddać swą krew, swe dobro, swe życie dla niego, dla tego małego stworzenia… I dzięki tej szczodrobliwości rodziców, dziecko się rodzi, żyje, uśmiecha się, znajduje po prostu normalne warunki swojej egzystencji i budzi się pewnego dnia do miłości, która je stworzyła”.

    Tu człowiek odnajduje swoje podobieństwo do Boga, przez którego został stworzony z miłości. Pan Bóg daje życie, daje radość, obdarowuje – po to, aby ludzkie serce zaznało radości życia i kochania. Bo kiedy zazna się smaku tych Bożych radości nie można już nie stać się darem i nie mieć upodobania w dawaniu.

    Niestety, bywa i to często, że rodzicielstwo ogranicza się jedynie do przekazania życia fizycznego – dlatego ile dzieci jest już sierotami od chwili swoich narodzin. Bo ich rodzice nie obudzili ich do innego życia, jak tylko do życia ciała i łez. A przecież tu chodzi przede wszystkim o obudzenie nowego życia do wiary, do ufności, do miłości, do prawdy, do radości. To jest prawdziwe ojcostwo – duchowe. „Gdy zostałem ojcem – mówi Goriot – zrozumiałem dopiero, co może znaczyć: być Bogiem”.

    Dzisiejsze Jezusowe Słowa niech mnie poruszą do głębi: „Bóg tak umiłował świat, że oddał Syna Swego Jednorodzonego, aby każdy kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne”. Jakiż czyn mógł Go więcej kosztować? Jakiż gest wymagał więcej miłości? Niech ci, którzy są ojcami, odpowiedzą: Przyjść Samemu, czy dać to, co ma się najdroższego?

    ks. Marian Łękawa SAC

  • III Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    El Greco, Christ Driving the Money Changers from the Temple, c1570.
     Minneapolis Institute of Arts

    ***

    Być wolnym Bożą wolnością 

    Do ptaka, którego od lat zamknięto w klatce, przyfrunął jego towarzysz. Rozejrzał się wokoło i powiedział:
    – Dobrze ci tu jest, bo dostajesz regularnie jadło.
    – Ty widzisz tylko jadło, ale nie widzisz klatki, w której jestem zamknięty.

    Podobnie mówi rosyjskie przysłowie: „Ptak woli zwykłą gałązkę niż złotą klatkę”.

    A nasz wieszcz narodowy Adam Mickiewicz ujął tę prawdę w takich słowach: 
    „Lepszy w wolności kęsek lada jaki
    Niźli w niewoli przysmaki”. 

    „Ku wolności wyswobodził nas Chrystus” – mówi Pismo św. I mimo, że jest to prawda tak oczywista – człowiek bardzo często nie umie sobie poradzić z otrzymanym darem wolności. Dlaczego?

    Pan Bóg w cudowny sposób wyprowadził swój naród wybrany z niewoli egipskiej, równie cudownie przeprowadził go przez Morze Czerwone i po tylu okazanych dowodach swojej ojcowskiej opieki naród nie wytrzymał nawet czterdziestu dni pod górą Synaj. Gdy Mojżesz wracał ze szczytu u podnóża zobaczył złotego cielca, wokół którego Żydzi tańczyli, oddając mu cześć. Za to sprzeniewierzenie się prawdziwemu Bogu Mojżesz zawrzał świętym gniewem. Dlatego rzucił na skalne zbocze kamienne tablice z bożymi przykazaniami. Zaś cielca spalił w ogniu, starł na proch, rozsypał w wodzie i kazał ją pić niewiernemu ludowi, jakby chciał siłą wepchnąć zło tam, skąd wyszło.

    W Ewangelii opisany jest podobny gniew, który ogarnął samego Jezusa. Zbliżała się pora Paschy. I Pan udał się, zgodnie z przepisami kahału, do świątyni jerozolimskiej. Kiedy zobaczył na tym świętym miejscu ogromne targowisko – uniósł się gniewem. Czytany dziś tekst bardzo dokładnie opisuje co Chrystus uczynił i co powiedział do handlarzy: „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu Ojca mego targowiska!”

    W roku 1991 Ojciec Święty Jan Paweł II odbywał kolejną pielgrzymkę w naszej Ojczyźnie. I był dziwnie zafrasowany wolnością, z którą, patrząc na sytuację dzisiejszą, już wtedy nie umieliśmy sobie poradzić. Podczas swoich homilii dosłownie kilka razy krzyczał – jak nigdy przedtem. Postawił przed nami Dziesięcioro przykazań. Ks. Janusz Pasierb napisał wtedy taki komentarz: „Wyglądało to chwilami jak przykładanie lusterka do ust ciężko chorego, żeby sprawdzić, czy jeszcze oddycha? Przeżyliśmy, przetrwaliśmy, ale jak wyglądamy po zdjęciu kostiumu męczennika, czy szlachetnego opozycjonisty?”

    Pierwsze przykazanie, które brzmi: „Ja jestem Pan Bóg twój, który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” – może wydawać się, że Bóg likwiduje wszelką suwerenność człowieka, że jest Bogiem zazdrosnym, jakby się obawiał konkurencyjnych bóstw, które aż nader często człowiek sobie funduje. A tymczasem nie ma ważniejszego przykazania dla suwerenności, dla godności i dla wolności człowieka – jak to właśnie pierwsze przykazanie. W tym przykazaniu widać jak bardzo Bóg okazuje się miłością.

    W moich notatkach z rekolekcji, które prowadził ks. Pasieb, znalazłem między innymi taki tekst: „Tylko Bóg jeden wie jaką władzę mają nad człowiekiem fałszywe bóstwa. Tylko Bóg jeden wie w jaką siłę jesteśmy wyposażeni. Na czym polega nasza duchowa rama. Ta mianowicie, że nieustannie musimy tworzyć sobie bóstwa, że właściwie niczego innego przez całe życie nie robimy – tylko zakochujemy się i klękamy. I mamy tę samą władzę, co ów baśniowy król w starożytności, który czegokolwiek się dotknął, to zamieniał na złoto. My nie potrafimy – dopóki w nas jeszcze pali się serce, dopóki naprawdę jesteśmy jeszcze żywi – nie możemy żyć bez zakochiwania i ubóstwiania. I tylko Bóg jeden wie, jak straszną grozą dla człowieka jest, gdy sobie funduje fałszywe bóstwa”.

    Kult bożków to nie jest coś co działo się w zamierzchłej historii. To jest wciąż i nieustannie zniewalająca pokusa. Można powiedzieć: produkt bieżąco fabrykowany, codzienna produkcja. Człowiek współczesny wplątany jest w ten sam dramat co ludzie Starego i Nowego Testamentu. Dlatego wciąż są nowi prorocy-męczennicy, którzy muszą umierać, ponieważ obalają ołtarze i tłuką fałszywe bóstwa.

    W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus mówi do tych, którzy żądają od Niego znaku: „Zburzcie tę świątynię, a ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo”. I Pismo św. zaznacza, że Chrystus mówił tu o świątyni swego ciała.

    Był czas, że wznoszono kościoły, które przypominały sylwetkę człowieka. Ciało i nogi – to były nawy, a rozłożone ręce – to nawy poprzeczne. Na przecięciu zaś tych naw umieszczano ołtarz. U człowieka tam właśnie znajduje się serce. A więc ludzkie serce jest ołtarzem. Ołtarz zaś nie może być pusty. Dlatego wciąż odbywa się nieustanna intronizacja.

    Więc jaki jest Bóg w moim sercu? Czy Bóg prawdziwy?

    Bo tylko Bóg prawdziwy jest tym, który wyprowadza z ziemi egipskiej, z domu niewoli – tzn. z niewoli grzechu, z niewoli nałogów i z niewolnictwa rutyny religijnej.

    W ten Wielki Post oby Pan Jezus powyrzucał ze świątyni mojego serca – używając języka ks. Jana Twardowskiego: „barana pychy i złości, uległego wołu lenistwa, trzepoczącego się gołębia lekkomyślności”. Bo wtedy odnajdę dawną bojaźń Bożą i świeżość mojej miłości do Boga.

    ks. Marian Łękawa SAC

    „Wypędzenie przekupniów ze świątyni”
    Wypędzenie przekupniów ze świątyni”/fot. Graziako/Niedziela