Month: February 2021

  • II Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Tajemnica łaski i potęga życia

     

    Pan Jezus podczas swojego ziemskiego życia tylko jeden jedyny raz przemienił się wobec swoich uczniów. Odsłonił na moment swoją boską naturę. Ale zanim zabrał Piotra, Jakuba i brata jego Jana na Górę Przemienienia „wskazywał uczniom na to, że musi iść do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych i arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity i trzeciego dnia zmartwychwstanie.” I zaraz potem mówił do nich, na czym polega pójście za Nim. Uczniowie jednak nawet po przeżyciu Przemienienia swojego Mistrza tkwią nadal w stanie absolutnego niezrozumienia – bo co to znaczy użyty przez Jezusa zwrot: „powstać z martwych”? Zmartwychwstanie, zarówno Chrystusa jak i nasze jest nie do wyobrażenia.

    Kardynał Jean-Marie Lustiger tłumaczy, że ukazanie Bożego Oblicza na górze Tabor „nie jest zerknięciem ukradkiem, jakby za kulisy, na to, co dzieje się poza trudną zewnętrzną warstwą życia Jezusa. I mówi się: Oto potęga Chrystusa jest ukryta; ma On cierpieć. Trzeba więc dać uczniom, dla pobudzenia ich odwagi, odrobinę jakby przedsmaku Jego boskiego stanu. Uchyla się zatem rąbka zasłony, która okrywa los człowieczy i daje się im naprzód zaznać smaku chwały i zmartwychwstania, by nie stracili otuchy.

    Podobnie można by powiedzieć: Ażeby chrześcijanie mieli nieco odwagi, aby mieli siły do pokonania tego kawałka drogi, nawet jeśli jest ona kamienista, trzeba, żeby od czasu do czasu otrzymali z wyprzedzeniem jakiś przedsmak tego, co ich czeka potem”.

    Według Kardynała Lustiger’a takie spojrzenie jest zwodnicze, bowiem tekst Ewangelii idzie w innym kierunku. Głos z nieba już raz przemówił, wskazując na Jezusa jako na Syna umiłowanego, tego, w którym Bóg złożył całą swoją miłość. Było to podczas chrztu w Jordanie. Ale ów głos skierowany był wówczas jedynie tylko do Jezusa. Zaś w chwili Przemienienia Apostołom dane jest słyszeć ten sam głos: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!” Kardynał komentuje te Boże Słowa w taki sposób: „Oto człowiek, któremu będziecie towarzyszyć w Jego Męce, w waszych oczach niepojętej, absurdalnej, oburzającej. Oto człowiek, którego wy macie za sprawiedliwego, niewinnego, wybrańca Bożego, który pomimo to zostanie skazany. Oto człowiek, którego, jak utrzymujecie, kochacie, ale jednak Go zdradzicie. Oto człowiek, któremu będziecie zarzucać, że nie wysławia się jasno, nie umie się bronić, że nie okazuje swej potęgi, którą jak mniemacie, posiada, nie spełnia też waszych marzeń. O Nim Ojciec sam mówi wam, że właśnie w tym człowieku, poprzez Jego życie, właśnie takie, wypełnia się obietnica Boża”.

    A więc usłyszany Głos Boga zapowiada, że ten człowiek, którego losem jest być wydanym na śmierć, poprzez swoją Mękę objawia tajemnicę miłości, jaką Bóg żywi ku ludziom. Tu mam odnaleźć całą moją nadzieję, bowiem przez uczestnictwo w losie Jezusa odsłania się tajemnica łaski i potęga życia.

    Aby lepiej oswoić się z tą bardzo trudną, zupełnie niezrozumiałą prawdą Przemienienia poprzedza ją Czytanie o ofierze Abrahama. Hans Urs von Balthasar bardzo zwięźle ujmuje owo głębokie powiązanie: „Podczas Przemienienia Pańskiego Ojciec ukazuje, kim jest naprawdę Jego ‘Syn umiłowany’, którego pozwoli ludziom i dla ludzi ‘zabić’. Słusznie ofiara Abrahama jest dla Żydów kulminacyjnym punktem w ich stosunkach z Bogiem; podkreślają oni również, że jest to podwójna ofiara: ojca, gdy podnosi nóż, oraz syna, który zgadza się na śmierć”.

    Nie ma co ukrywać: wiara jest próbą, straszną próbą, która ostatecznie jest próbą miłości. „Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu”- mówi Pismo św. A psalmista woła: „Chociaż byś mnie zabił, ufać Ci będę”. Dlatego ten kto nie ma miłości, nie może zrozumieć podobnego wymagania, przeciwnie, uzna je za skandal, i to jaki…

    Bóg złożył całe swoje szczęście w swojej miłości. Całe swoje upodobanie złożył w swoim Synu, dlatego w tej tajemnicy Przemienienia Ojciec nie siebie sławi i nie o sobie mówi, ale wskazuje na swojego Syna: „To jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”.

    Matka, która naprawdę kocha swoje dzieci na pytanie: ‘Jak się pani miewa? – całkiem naturalnie odpowiada: ‘Stasio zdrów, Marysia to…, a Paweł tamto’… Bo to, co w niej najbardziej żywe, to są jej dzieci. Już tylko w nich mieści się jej życie. Tylko one mają dla niej znaczenie. U prawdziwej matki takie całkowite przylgnięcie dokonuje się w sposób naturalny – bo ona całe swoje upodobanie złożyła w swoich dzieciach. Ojciec niebieski jest Tym, który w swoim Synu złożył wszystkie swoje upodobania.

    Ks. Ludwik Evely pisze bardzo zdecydowanie: „Nie zna się Boga, jeżeli się nie zna miłości. Nie zna Boga ten, kto nie staje się coraz bardziej Bogiem. Tyle tylko poznamy z Istoty Bożej, na ile pozwolimy Mu wzrastać w nas. Poznamy Boga, jeżeli Go przyjmiemy, jeżeli zrobimy Mu miejsce, jeżeli ustąpimy Mu miejsca.

    Gdyby nam Bóg dał tylko możność przyjmowania, nie byłby nam dał niczego z siebie. Gdyby nam nie dał nic więcej, niż byśmy byli miłowani, nie byłby nam udzielił nic ze swego osobistego życia. Ponieważ Bóg kocha, więc też daje”.

    Czy nie tak mówią słowa z Ewangelii: „Ale każdy kto miłuje, z Boga jest zrodzony i zna Boga”?

    Dlatego ten kto jest kochany, a sam nie kocha, jest naprawdę biednym człowiekiem, godnym pożałowania. Kto zaś kocha – nawet nie będąc kochanym i nadal kocha, jeszcze wspaniałomyślniej, żywiej i boleśniej – jak bardzo upodabnia się do Boga. Takiemu jest dane poznać Boże upodobania, sposób kochania Boga – po prostu – Bożą miłość.

    Obym odkrywał coraz głębiej proponowane swojego czasu przez Ojca Świętego Orędzie na Wielki Post, w którym myślą przewodnią był werset z Dziejów Apostolskich: „Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu”. Jan Paweł II tak skomentował ten tekst: „Skłonność do dawania jest wpisana w ludzkie serce: każdy człowiek odczuwa potrzebę kontaktu z innymi i realizuje się w pełni, gdy dobrowolnie czyni dar z siebie”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • I Niedziela Wielkiego Postu – ROK B

    Wsłuchiwać się w Jego głos

    Pustynia Judzka/ Misyjne drogi.pl/ fot. Hubert Piechocki

    ***

    Cztery dni temu, w środę Popielcową, Kościół rozpoczął kolejny okres Liturgii, który jest czasem podejmowania wielkiej próby. Mówimy – Wielki Post.

    Jezusowe nawoływanie z każdym rokiem słyszę coraz wyraźniej i głośniej: „Czas się wypełnił i bliskie jest Królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Z całym moim życiem, które Bóg dał, a które układa się na kształt krzyża – co widać teraz wyraźniej niż dawniej – mogę wciąż wchodzić w ślady Jezusowych stóp. Na pustynnym piachu ludzkie stopy zostawiają swój ślad. Wtedy naśladuję, jeżeli stawiam moje stopy w ślady stóp tego, kto idzie przede mną. To nic, że zmienia się moja twarz, że staje się starsza i pomarszczona, że włosy siwieją. Ważne jest jedynie to czy spełniam swoje powołanie, czy rzeczywiście idę śladami Chrystusa, czy stawiam moje stopy w ślady Jego pokrwawionych stóp?

    Po chrzcie w Jordanie Pan Jezus przebywał na pustyni, aby pościć i medytować przez czterdzieści dni i nocy. Ten okres nawiązuje między innymi do czasów Noego kiedy to „upusty nieba otworzyły się i przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy padał deszcz na ziemię”. Dzisiejsze Pierwsze Czytanie opisuje wydarzenie, które nastąpiło po zakończeniu potopu. Mianowicie „Bóg zawarł przymierze z każdym człowiekiem i z wszelką istotą żywą”, a znakiem tego przymierza była tęcza.

    Stoję więc przed Bożą propozycją. I żeby nie zmarnować tych tęczowych promieni Bożej łaski trzeba mi otworzyć na oścież swoje serce przed Bogiem i wsłuchiwać się w Jego głos. Ewangelia zaznacza, że to „Duch wyprowadził Jezusa na pustynię”.

    Zmarły po długiej chorobie ksiądz werbista Antoni Czeczko w swoich rozważaniach pisał, że „wiele epizodów ludzkiego losu może odegrać rolę pustyni. To może być osamotnienie, niezrozumienie, odtrącenie, pustka wewnętrzna, choroba, cierpienie duszy, niepowodzenie, bezsilność i wiele innych jeszcze doznań. Tego rodzaju doświadczenia i udręczenia są udziałem każdego człowieka. I można przyjąć, że Bóg ma wobec człowieka w sytuacji ‘duchowej pustyni’ bardzo często taki sam zamiar, jaki miał wobec ludu izraelskiego”.

    Poprzez proroka Ozeasza zdradzony Bóg, który siebie nazywa Oblubieńcem, mówi o swoim wybranym narodzie: „Chcę przynęcić niewierną oblubienicę, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca.” Czy tak nie jest w moim życiu? Kiedy Bóg wyprowadza mnie na te pustynne doświadczenia – to dlatego, bo chce przemówić do mnie jakby mocniej, aby nie być zagłuszonym innymi głosami. A Bóg mówi o sprawie wagi najwyższej: o pierwszej miłości. Co prawda – pocieszam się, że przecież wciąż jest ona we mnie, ale czy na pierwszym miejscu? Moje niewierności zepchnęły ją na dalszy plan. Tli się nikłym płomykiem, usiłując przebić warstwy popiołu.

    Żeby zdać sobie sprawę jak bardzo potrzebuję ożywienia tego nikłego płomyka dobrze jest popatrzeć jaki jest mój stosunek do Pana Boga poprzez pryzmat codziennych wydarzeń.

    Słyszałem taką historię jak pewna pani zgubiła klucze od mieszkania. Natychmiast wróciła szybko do biura, przetrząsnęła wszystko, nawet kosz ze śmieciami. Potem razem z mężem wyjmowała fotele z samochodu. Szukała w śniegu, szukała w kałuży. Całą noc nie spała, bo bez przerwy nasłuchiwała, czy ktoś nie zakrada się do domu. Rano wyznaczyła dyżury na cały dzień, żeby pilnować domu. Wieczorem zaś postanowiła wymienić wszystkie zamki, bo klucze nie znalazły się.

    Kawałek metalu, który zaginął, spowodował tak wielką mobilizację energii całej rodziny. Utrata poczucia bezpieczeństwa postawiła cały dom na nogi w poszukiwaniu kluczy, które okazały się tak ważne.

    Zapytam siebie wprost: Czy tak ważny jest Bóg w moim życiu? Czy też tak potrafię chodzić i szukać Go na kolanach, rozmontowując swoje codzienne sprawy tylko dlatego, aby Boga odnaleźć? Czy tak przeżywam nieprzespane noce, bo bez Boga nie czuję się bezpieczny?

    Boże Nieskończenie Miłosierny gorąco błagam, aby promienie Twojej łaski w tegoroczny Wielki Post wydobyły z mego serca prawdziwy wizerunek Twojego Syna – ubrudzony naleciałościami kurzu, brudów. Bo moje serce – widzę już – przykryte jest rutyną pobożności, czysto zewnętrznymi formułkami.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • VI Niedziela Zwykła – ROK B

    Trąd ciała, trąd duszy

    Uzdrowienie trędowatego”, Marko Ivan Rupnik(XXI wiek)
    Uzdrowienie trędowatego”, Marko Ivan Rupnik (XXI wiek)/fot. Graziako

    ***

    Raoul Follereau znalazł się kiedyś w leprozorium na pewnej wyspie Oceanu Spokojnego. Było to miejsce przerażające: niesamowicie zniekształcone ludzkie ciała, gnijące rany, rozpacz i złość.

    Był tam jednak pewien starzec, który mimo ogromu cierpienia miał oczy ciągle błyszczące i uśmiechnięte. Jego ciało było obolałe, lecz on nie poddawał się rozpaczy, cieszył się życiem, a do innych trędowatych odnosił się życzliwie i serdecznie.

    Zaciekawiony tym prawdziwym cudem życia w piekle leprozorium, Follereau zapragnął wyjaśnić przyczyny owego niezwykłego zjawiska: cóż takiego mogłoby obdarzyć cierpiącego staruszka taką radością życia?

    Zaczął go dyskretnie obserwować. Odkrył, że codziennie o brzasku stary mężczyzna z trudem posuwał się do ogrodzenia leprozorium, siadał zawsze w tym samym miejscu i rozpoczynał oczekiwanie.

    Nie czekał jednak – jak się okazało – na piękne widoki słońca wschodzącego nad wodami Pacyfiku. Siedział tak długo, aż z drugiej strony ogrodzenia pojawiała się kobieta, równie stara jak on, o twarzy pokrytej siatką cieniutkich zmarszczek i oczach pełnych pogody i spokoju.

    Kobieta nic nie mówiła, uśmiechała się tylko nieśmiało. Na ten widok twarz mężczyzny rozjaśniała się i on także radośnie się uśmiechał.

    Ta rozmowa bez słów nigdy nie trwała długo – po kilku minutach starzec podnosił się i odchodził w stronę baraków. Tak było każdego ranka: coś w rodzaju codziennej komunii. Trędowaty człowiek, pożywiony i umocniony tym uśmiechem, był w stanie znosić cierpienia kolejnego dnia i dotrwać do nowego spotkania z uśmiechniętą kobietą.

    Gdy Follereau zagadnął go o to, staruszek odparł:

    To moja żona. A po chwili ciszy dodał:
    Zanim tutaj przyszedłem, ona mnie leczyła, w tajemnicy przed wszystkimi, czym tylko mogła. Miała taką specjalną maść, którą codziennie smarowała mi twarz. Zagoiła się jednak tylko część policzka, gdzie mogła składać swój pocałunek. Kiedy wszelkie starania okazały się beznadziejne, wtedy mnie zabrano i przyprowadzono tutaj. Ona podążyła za mną. Kiedy widzę ją każdego dnia, wiem, że żyję tylko dzięki niej i jedynie dla niej.

    Dzisiejsze Słowo Boże pokazuje tę okropną chorobę, która sprawiała podwójny ból – bo nie dość, że człowiek sam był chory na trąd, to jeszcze musiał doświadczać całkowitego odrzucenia i to daleko od ludzkich skupisk. Trąd był i wciąż jest szczególnie odrażającą chorobą, dlatego, że ciało trędowatego gnije za życia. Przypadkiem gdyby znalazł się w pobliżu ludzi zdrowych musiał wołać dla ostrzeżenia: nieczysty! nieczysty! A jeszcze do tego powszechne przekonanie u ludzi Starego Testamentu, że szczególnie ta choroba jest karą za grzechy, odrzuceniem od Jahwe i tym samym wyłączeniem – jak pisze ojciec jezuita Józef Majkowski – z teokratycznej społeczności, bo samo słowo „trędowaty” znaczyło tyle, co „napiętnowany przez Boga”, „powalony przez Boga”. Stąd nie dziwi pytanie trędowatego z dzisiejszej Ewangelii pełne wątpliwości, czy aby zbliżający się Jezus zechce zatrzymać się i zwrócić uwagę na kogoś kompletnie odrzuconego? Ów człowiek nie poddawał w wątpliwość Bożej mocy, ale ta jego ustawiczna izolacja od ludzi spowodowała niepokój i niepewność: Czy Boża wszechmoc może i jego ogarnąć właśnie teraz, w tym momencie? Na kolanach prosi Jezusa: „Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić”. I słyszy odpowiedź: „Chcę, bądź oczyszczony”. Jaki prosty jest ten dialog – a ile w nim mieści się światła i ciepła. W gruncie rzeczy człowiek potrzebuje przede wszystkim miłości. Dlatego posłużyłem się przykładem opowiedzianym na początku, który bardzo dobrze opisuje tę sytuację. Bo tylko miłość zdolna jest, aby przezwyciężyć odrazę, którą wzbudza widok człowieka trędowatego.

    Dzisiejsze Słowo Boże posługuje się takim obrazem odrażającym, abym zobaczył, że jeżeli choroba potrafi zdeformować, zniekształcić, zeszpecić do tego stopnia ludzkie ciało – to jak wygląda we mnie, po dotknięciu trądem zła i grzechu, miejsce, które zamieszkuje Bóg?

    To do mnie skierowane jest dziś Słowo Boga. Czy poddam się tej terapii szokowej? Czy zdecyduję się wreszcie, będąc tak często „grobem pobielanym” upaść na kolana i błagać: „Panie, jeżeli chcesz, możesz mnie oczyścić”. Jakie to jest nieprawdopodobne, że Pan Jezus jest moim Zbawicielem. Jest naszym Zbawicielem, bo Eucharystyczne spotkanie trwa.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • V Niedziela Zwykła – ROK B

    On nas pokrzepi 

    V Niedziela Zwykła - Rok B
    uzdrowienie teściowej Piotra – John Bridges/Biblia-wiara.pl

    ***

    Dzisiejsze święte teksty ukazują najpierw postać Hioba, na którego spadły tak wielkie i tak ciężkie doświadczenia, że on marzy już tylko o jedynym wybawieniu – o śmierci. Cierpienia, które dotykają człowieka od razu poruszają rozpaczliwe i wciąż powtarzające się pełne pretensji pytanie: Gdzie jest Bóg – skoro dopuszcza taki ogrom ludzkiego cierpienia? Ile napisano już książek, które z jednej strony usiłują obciążyć Boga za ten stan rzeczy – a z drugiej – próbują znaleźć przyczyny dlaczego na tym Bożym świecie jest tyle cierpienia i zła. 

    We wstępie do Księgi Hioba napisanym przez ks. Józefa Sadzika można przeczytać między innymi: „Nie jesteśmy bowiem w stanie ‘zobiektywizować’ ani zła, ani cierpienia przeszywającego konkretną jednostkę. Każdy cierpi ‘dla siebie’, w samotności, indywidualnie, w sposób i na miarę tylko jemu wiadome. Podobnie jest ze złem doświadczanym albo czynionym przez danego człowieka. Nie cierpi się, nie kocha się, nie umiera się. To ja cierpię, kocham i umrę…

    Problem cierpienia i zła. Niezbadany, bezdenny, okrutny, idący z nami od kolebki do grobu, przywarty do każdego człowieka, do wszystkich ludzi – poprzez całe dzieje. Cierpienie i zło, które jednych odrzucało od Boga, innych przynaglało do wpadnięcia w Jego ramiona. Ileż to śladów rozpaczy lub ukojenia, wyrytych drżącymi palcami, pozostało na ścianach kazamat rozsianych po naszej dobrej ziemi!”

    Cierpienia nie można ani pojąć ani wytłumaczyć. Można jedynie przyjąć je albo odrzucić.

    Rabin Johanan zachorował na straszliwą chorobę i jego cierpienie było tak ogromne, że był bliski psychicznego załamania. Całe to swoje beznadziejne położenie, całą swoją rozpacz wyznał swojemu przyjacielowi Haninie. Wtedy ten pobożny mąż zaczął go pocieszać:

    – Mój przyjacielu, te słowa nie pasują w ogóle do takiego męża jak ty; do takiego, który jest pobożny i świątobliwy. Mów raczej, że Bóg jest sprawiedliwy w cierpieniach, jakie nam zsyła, że jest sprawiedliwy w nagrodzie, jaką obiecuje cierpiącym.

    Te religijne rozważania „podreperowały” rzeczywiście schorowanego Johanana. Po paru latach zachorował Hanina i też został przez cierpienie całkowicie wytrącony z równowagi. Przyjaciel Johanan chciał go teraz pocieszyć jego własnymi, wcześniejszymi słowami, ale Hanina odpowiedział:

    – Jakże chętnie zrezygnowałbym z tych męczarni i z obiecanej zapłaty!

    Na to odparł Johanan:

    – W mojej chorobie byłeś dla mnie mistrzem pociechy i podnoszenia na duchu. Z religii uczyniłeś balsam na rany, znalazłeś słowa, które niosły mi pokój serca. Dlaczego nie powiesz sobie samemu tych słów dźwigających?

    – Ponieważ byłem wtedy na zewnątrz – odpowiedział spokojnie chory rabin – byłem wolny, mogłem ręczyć za innych; teraz jednak, gdy jestem wewnątrz, jakże mogę być dla siebie poręką?

    Czy biblijny Hiob jest odpowiedzią na problem cierpienia i zła? W jego cierpieniu widoczne jest jedynie zmaganie się z jakąś w bezlitosną i okrutną próbą wiary. Dlatego Hiob wybucha skargami pełnymi sprzeczności. Jego rozdarcie wznosi się aż do bluźnierczego krzyku: „Odstąp ode mnie, abym miał trochę radości”. Ale w całym tym szamotaniu pozostał wierny Bogu. Hiob całkowicie osamotniony, bo nie znajduje zrozumienia ani u przyjaciół, ani nawet u żony, wierzy jednak Bogu do końca, iż jego utrapienia muszą mieć jakiś sens, choć przed nim jest to zakryte. W języku polskim ‘wierność’ i ‘wiara’ ma ten sam źródłosłów. Cierpienie Hioba jest przepowiedzeniem Jezusowej męki łącznie z wołaniem na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił!?” Hiob jest zapowiedzią rzeczywistości, która miała się ziścić, a której realizację widać już w dzisiejszej Ewangelii. Mowa o wieczorze nie jest tylko przypadkową wzmianką. Jest to odniesienie do udręczonego Hioba, który marzył, aby wreszcie nastał ten wieczór wybawienia i ochłody: „Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Jezusa wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi.”

    Pan Jezus po to przyszedł na tę naszą ziemię, aby „wziąć na siebie nasze słabości i nosić nasze choroby”. To On „leczy złamanych na duchu i przewiązuje rany”. I ten wieczór nie minął, ale trwa. Ojciec Jacek Salij tłumaczy, że „chodzi tylko o to, żebyśmy naprawdę zaprosili Jezusa Boskiego Cudotwórcę do naszych domów i w nasze życie. Jeśli Jezus przepędzi z naszych domów i serc różne złe duchy – ducha nienawiści, ducha kłamstwa, ducha rozpusty, ducha chciwości – to automatycznie będzie wśród nas znacznie mniej krzywd i nieszczęść i cierpień, niż jest ich obecnie. Jeśli z kolei w nasze choroby oraz w inne utrapienia będziemy zapraszali Jezusa, to na samych sobie przekonamy się, jak głęboko prawdziwa jest Jego obietnica, żebyśmy przyszli do Niego wszyscy, którzy jesteśmy utrudzeni i obciążeni, a On nas pokrzepi. Albowiem jarzmo Jego jest słodkie, a Jego brzemię lekkie.”

    Teściowa Piotra, którą uzdrowił Jezus, od razu zaczęła usługiwać innym.

    Apostoł Paweł wyzwolony ze swojego zaślepienia mocą Zmartwychwstałego, od razu głosi Dobrą Nowinę.

    Dlaczego we mnie wciąż jest bezwład, paraliż i niemoc – brak fascynacji darami, które dał Pan?

    Modlę się więc słowami Hioba:

    „Wiem, że Ty wszystko możesz, i nie wzbroniony jest Tobie żaden zamysł”.

    ks. Marian Łękawa SAC