Month: December 2019

  • Rozważania

    Rozważania

    Boże Narodzenie – ROK A

    Minęły adwentowe dni. Już święta: oczekiwane, upragnione. Zupełnie jak w kolędzie:

    „Ach witaj, Zbawco z dawna żądany,
    Cztery tysiące lat wyglądany!
    Na Ciebie króle, prorocy czekali,
    A Tyś tej nocy nam się objawił”.

    A jednak – kiedy rozmawiam o świętach Bożego Narodzenia, widzę w sobie i w moich rozmówcach nie tylko wielką radość, że sam Pan „tej nocy nam się objawił”, ale odnajduję również smutek rodzący się z rozczarowania. Bo czy takiego spodziewaliśmy się przyjścia, a z naszej strony – takiego przyjęcia?

    Kościół ze swoim 4 tygodniowym Adwentem pozostał w tyle za „synami tego świata”, którzy przypominają z każdym rokiem coraz szybciej i efektowniej, z całym swoim kolorowym bogactwem, że święta nadchodzą. W tym roku już na początku października widziałem w centrach handlowych świąteczne dekoracje.

    Dzieci rozpieszczane poprzez przeróżne drogie zabawki, zupełnie zbędne, których nawet docenić nie potrafią, stają się jeszcze bardziej egoistyczne.

    Ludzie biedni, samotni, pogrążeni w depresji, rozbudzeni naiwną nadzieją, po świętach znowu będą zawiedzeni.

    Ile kartek z radosnymi życzeniami, ile słów wypowiadanych o pokoju. Ludzie ściskają sobie ręce – a to jest tylko i nic więcej – zwykła obyczajowa serdeczność, bo tak się robi w tym czasie.

    Dzisiaj przeżywanie świąt Bożego Narodzenia bardziej przypomina raczej pogańskie święto. W środkach masowego przekazu, które są współczesną amboną z kaznodziejami o wiele lepiej przygotowanymi niż owi tradycyjni, nie o urodzinach Jezusowych jest mowa, ale o cenach różnych produktów, które koniecznie muszą być na świątecznym stole. Z przeładowanego programu telewizyjnego wcale nie wynika, że „Dziecię nam się narodziło”. Śmieszne byłoby przyjęcie weselne bez nowożeńców. A czy śmieszne jest Boże Narodzenie bez Chrystusa?

    Maleńkie okienko naszej religii w tym wielkim sklepie świata, prawie niewidoczne, może lepiej zamknąć, aby nie powiększać i tak już dużej frustracji wielu uczniów Chrystusa?

    Ale nie daj Boże ulec takiej pokusie krzywego zwierciadła.

    Przecież Tajemnica Bożego Wcielenia jest największym wydarzeniem świata. Zstąpienie Syna Bożego z nieba dało nam ludziom godność dzieci Bożych.

    Wtedy po owej „świętej nocy” całe Betlejem nie zauważyło, że rozpoczął się pierwszy poranek nowego czasu, a dziś jednak jest bardzo wielu ludzi, choć świat ich też nie zauważa, którzy widzą wciąż tego samego Jezusa jak przychodzi nieustannie do ludzi samotnych i dzieli z nimi samotność.

    Czy naprawdę biedni są zapomniani? Przecież w żadnym innym czasie nie ma większego dzielenia się z potrzebującymi, jak właśnie w tym świątecznym, kiedy ludzkie serce odkrywa swoją wspaniałomyślność.

    A drzemiące w nas pragnienie bycia razem czy nie wybucha teraz, w tym czasie, odnawiając i odświeżając zaniedbane relacje i przyjaźnie z drugim człowiekiem?

    Na pewno podczas świąt zdarzają się nadużycia w jedzeniu i piciu. Ale to jednak nie przekreśla sensu wspólnej uczty przy stole gromadzącym rozproszone rodziny. Jezusowe przypowieści o Królestwie Bożym często obrazowane są właśnie ucztą.

    Może i z tym religijnym znaczeniem świąt nie jest aż tak źle, skoro wiele ludzi teraz przeżywa swoje odrodzenie duchowe. Na Boże Narodzenie powracają marnotrawni synowie. Choć by to był tylko jeden dzień. Choć by to była tylko Pasterka. Kto wie czy doświadczenie ciepła domu, którym jest Kościół nie przyniesie w końcu oczekiwanego owocu?

    Dziś wiem, że najpierw we mnie musi coś umrzeć w tę Świętą Noc, aby się narodziło nowe Życie.

    Teraz ta Nadzieja jest bardziej usprawiedliwiona niż kiedykolwiek. Bo rodzi się Życie: „Słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jako Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy… Z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce”.

    ksiądz Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    W pełni zrealizować siebie
    IV Niedziela Adwentu – ROK A

    22.12.2019

    Jeszcze kilka dni i nastanie ta oczekiwana noc – „cicha noc, święta noc”.

    Ale ta bliskość kryje w sobie wielką trudność, przez którą trzeba przejść. Tymczasem człowiek jest taki nieufny do Bożych planów. Woli ufać swojemu widzeniu.

    W dzisiejszym pierwszym Czytaniu prorok Izajasz zapowiada w 735 roku przed narodzeniem Chrystusa, że oto „Panna pocznie i porodzi Syna”. Jest to czas, kiedy kraina Judy osaczona jest wrogami i prosi o pomoc pogańską Asyrię. Prorok upomina króla Achaza, aby zwrócił się do Boga i Jemu tylko zaufał. Ale król nie chce. Nie wierzy tym słowom. Wybiera własną drogę, aby ocalić swój tron.

    Tu odnajduję siebie. To ja wciąż mam lęk zgodzić się na Boże propozycje. Moja modlitwa „Bądź wola Twoja” jest wciąż tylko na ustach. Czy nie jest tak, że próbuję spełniać i swoją wolę, czyniąc wolę Bożą? Wciąż jest we mnie ogromna ochota wymknąć się Bogu, po to, aby stać się niezależnym, wolnym. Ksiądz Ludwik Evely w książce Ojcze nasz bardzo trafnie ujął taką sytuację pisząc, że „wolność jednak nie polega zasadniczo na możności wyboru. Prawdziwa autonomia to możność zdecydowania o sobie, dysponowania sobą w pełni, by dać się drugiemu. Odmowa, lęk przed darem, świadczy, że nie dysponujemy sobą, jest więc brakiem prawdziwej wolności”.

    W Eucharystii tyle razy już wypowiadałem słowa: ”Przez ofiarę Jezusa Chrystusa, Twojego Syna, wydanego za nas na śmierć, doprowadzasz nas do Twej miłości, abyśmy także my dawali siebie braciom”.

    To tu odnajduję mój lęk, zdając sobie sprawę, że kochać – zanadto boli, bo moje „ja” istnieje tylko po to, aby z niego zrezygnować – „kto chce zachować duszę swą, straci ją”. Ten brak odwagi, aby w pełni zrealizować siebie, jest powodem mojej chwiejności: chcę kochać, ale obawiam się ofiary. Chcę dawać, ale nie chcę nic stracić. Tak jak dzieci podczas swoich zabaw najpierw dają, a następnie odbierają. A tu trzeba wybrać: dawać albo posiadać. Kiedy daję siebie – to znaczy, że ja już nie należę do siebie.

    Ta sytuacja podobna jest do skoku w całkowitą ciemność. Czytałem kiedyś o zalęknionym dziecku, które znajdowało się na górze płonącego domu. Ojciec z dołu wołał, aby skoczyło, bo on jest na dole i zdoła je pochwycić w ramiona. Ale dziecko widziało tylko dym, który stawał się coraz bardziej piekący. I wtedy trudno zawierzyć dochodzącemu przez ogarniającą coraz bardziej ciemną chmurę głosowi ojca.

    A to jest jedyne ocalenie: uwierzyć, że poza tą czarną przepaścią, do której trzeba się rzucić, aby żyć, czekają otwarte, kochające ramiona ojca. Czy potrafię codziennie na nowo rozniecać w sobie tę ufność?

    Jakie to jest pocieszające móc przeczytać dzisiejszą Ewangelię. Bo czym są moje próby ocalenia własnych planów według tylko ludzkich kryteriów?

    „Z narodzeniem Pana Jezusa było tak”: przybrany ojciec, święty Józef, miał swoje życiowe plany, jak każdy człowiek. Chciał założyć rodzinę. Mieć własny dom. Być szczęśliwym ojcem, kochającym mężem. I oto staje przed faktem, który zupełnie pokrzyżował jego drogę życia. Decyduje się odejść. Wtedy właśnie Anioł Pański przemówił: „Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej małżonki, albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, On bowiem zbawi swój lud od jego grzechów… i wziął swoją Małżonkę do siebie”.

    Ale to nie wyglądało tak wspaniale, tak bosko. Dziś wiem, jak potoczyły się kolejne etapy w życiu Jezusowych rodziców, którzy potrafili w tych wymaganiach rozpoznawać Boga. Ich bezgraniczne przylgnięcie do niezrozumiałych Bożych planów, jak narodziny w stajni, zaraz potem rzeź Niewiniątek i ucieczka przez zieloną granicę do Egiptu: nie widzieć w tych sekwencjach zdarzeń żadnych sprzeczności, ale wciąż wierzyć, że tak Bóg realizuje te wielkie rzeczy, które Maryja wypowiedziała w Magnificat?

    Dlaczego ja się dziwię, że w moim życiu spotyka mnie cierpienie, krzywda, że odstawiono mnie do kąta? To w tych momentach Bóg jest tak blisko człowieka, a ja Go nie widzę. Bo wciąż schodzę z tej Bożej drogi na swoją własną.

    Pukanie Jezusowych Rodziców do drzwi mojego serca wciąż się odbywa? W tym kończącym się Adwencie słyszę je mocniej. Otworzę więc – na oścież. Bo skoro Ona, Maryja, urodziła w stajni, w chlewie – nie pogardzi moim barłogiem. Jej Syn, Emanuel po to przyszedł do nas, aby być z nami i „zbawiać ludzkie serca od jego grzechów”.

    ks. Marian Łękawa SAC 

  • Rozważania

    Rozważania

    Dotyk Bożej ręki
    III Niedziela Adwentu – ROK A
    15.12.2019

    Dziś mija połowa Adwentu. Aby podkreślić liturgiczną radość, że Pan jest już blisko – Kościół ubiera swoich kapłanów w kolor różowy. „Sam Bóg przyjdzie, aby nas zbawić”. Izajasz, zapowiadając zbawcze przyjście Boga, dodaje odwagi Izraelitom na wygnaniu. „Niech się rozweseli pustynia i spieczona ziemia, niech się raduje step i niech rozkwitnie!”

    Dlaczego więc ta moja radość jest taka nieśmiała? Pewnie dlatego, że wciąż pustynią jestem tylko. Moje serce spieczone nie może uwierzyć, że chwała Pana już zamieszkała między nami i stale rozkwita.

    Pytanie przyniesione do Jezusa z Macherontu, z ciemnicy Janowej, jest pytaniem najważniejszym: „Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” Nieco później sam Chrystus podobnie zapyta uczniów w okolicy Cezarei Filipowej: „Za kogo uważają ludzie Syna człowieczego”? Ale dziś sam Pan daje odpowiedź uczniom Jana i tym, którzy pochylają się nad tym Bożym tekstem. I kończy swoją odpowiedź słowami: „A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Bo w Pana Jezusa było i nadal jest bardzo łatwo zwątpić. Wiele razy przygotowywał uczniów na wielką próbę ich wiary, tłumacząc jak wiele będzie musiał wycierpieć i że zostanie podwyższony na drzewie krzyża. Ksiądz Janusz Pasierb tak napisał w Czasie otwartym … „całe życie doświadczał wiary ludzi. Dementował wiarę naiwną, prymitywną, opartą na ludzkich wyrachowaniach, ‘wyliczoną’ z jakieś sytuacji ziemskiej. Nie chciał wiary łatwej, bezkonfliktowej, która nic nie kosztuje. Nie znosił wiary ‘ubezpieczonej’, pewnej siebie, sytej. Piotrowi, który zarzekał się, że choćby wszyscy Go się zaparli, on jeden nigdy tego nie uczyni – zapowiedział, że zaprze się Go po trzykroć, ale po tym upokorzeniu uczynił go swoim zastępcą, gdyż Piotr zyskał nową kwalifikację: przeszedł przez doświadczenie wiary”.

    W dzisiejszej Ewangelii mogę zobaczyć Jezusa ‘przy pracy’ – jak udziela światła niewidomym, sprawia, że głuchoniemy słyszy a trędowaty doznaje oczyszczenia. Jest to dotyk Bożej ręki, dającej ulgę ludzkiemu cierpieniu. I w tej Mszy świętej doświadczam tej samej rzeczywistości – o ile nie boję się pokazać Jezusowi tych moich ułomności, upośledzeń i ran, z powodu których cierpię. Bo wtedy Jezus sprawia cud i otwiera oczy, które były dotąd zaślepione rzeczami i sprawami tylko tego świata, a teraz mogę zobaczyć tymi samymi oczyma niewidzialne dotąd bogactwa królestwa Bożego. To jakby lustro, w które patrzyłem – siebie w nim tylko widząc – stało się szybą. I tu zaczynam rozumieć dlaczego ta moja radość jest taka nikła, ponieważ w tym moim adwentowym oczekiwaniu nie dość „pokrzepiam ręce osłabłe”, nie dość „wzmacniam kolana omdlałe”. To do siebie samego, małodusznego – muszę powiedzieć zdecydowanie – odwagi! Każdego dnia trzeba mi uczyć się wytrwałości i cierpliwości, do czego zachęca święty Jakub Apostoł w II Czytaniu: „trwajcie cierpliwie”. I daje przykład rolnika „czekającego wytrwale na cenny plon ziemi, dopóki nie spadnie deszcz wczesny i późny”.

    Myślę, że dobrą ilustracją będzie przywołanie przeżycia młodego odkrywcy, który w roku 1910 podróżował przez Alpy Francuskie. Jednego dnia znalazł się w miejscu, z którego roztaczała się aż po horyzont olbrzymia przestrzeń zupełnie jałowej ziemi, kompletnie wymarłej. I kiedy tak patrzył, zauważył coś, co wyglądało jak pień drzewa. Ale to nie był pień, tylko zgarbiona postać staruszka. Na plecach miał worek żołędzi, a w ręku żelazny pręt, którym robił dziury w ziemi. Wrzucał do nich żołędzie, a potem zasypywał. Przez trzy lata zdołał już posadzić sto tysięcy. Sadził te dęby żyjąc nadzieję, bo jak powiedział podróżnikowi: niechby jedno na dziesięć wyrosło – będę szczęśliwy. Jego żona i jedyny syn umarli, więc on postanowił, tak długo jak Bóg mu pozwoli, sadzić drzewa, aby ożywić tę umarłą ziemię.

    Po pięćdziesięciu latach podróżnik powrócił na to zapamiętane miejsce. Bardzo zdziwił się kiedy zobaczył jak te maleńkie żołędzie z 1910 roku potrafiły zamienić się w ogromny dębowy las. Pomyślał o tym staruszku, który pracował zupełnie samotnie na tym wymarłym pustkowiu. Co potrafiła uczynić jego wytrwałość i cierpliwość. A miał tak niewiele – jedynie tylko worek żołędzi i żelazny pręt w ręku.

    W połowie mojego Adwentu, będąc w trakcie wchodzenia na górę, dobrze jest podnieść głowę i popatrzeć przed siebie, bo Ty Panie, który przyszedłeś i wciąż przychodzisz – stale jesteś przed nami. Choć chmur ciężkich i ciemnych nieraz tak dużo, że trudno jest zobaczyć spełnianie się Twoich obietnic – to jednak powtarzam w sercu swoim: „w Tobie pokładam całą moją nadzieję”. Modlę się więc do Ciebie, już wzmocnionymi rękoma i na kolanach, które już nie mdleją, abyś dał mi wytrwałość. Wytrwałość owego staruszka, który potrafił ożywić martwą ziemię.

    ksiądz Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    Realna obecność
    I Niedziela Adwentu – ROK A          1.12.2019

    Bóg daje mi kolejny Adwent do przeżycia. Bo oto rozpoczyna się nowy liturgiczny rok. Znowu szansa przeżywania mojego życia jakby od nowa, w świetle – z większą (mam nadzieję) niż przedtem – przez ze mnie uświadomioną obecnością Boga, który nie zniechęcając się realizuje wciąż dzieło mojego wybawienia. A ja – dlaczego wciąż śpię, mimo że „noc się posunęła, a przybliżył się dzień”.

    Słowa proroka Izajasza z 1-ego Czytania opisującego klęski i nieszczęścia, jakie stały się udziałem Judy i Izraela w 740 roku przed narodzeniem Chrystusa może wreszcie przebudzą mnie. I ujrzę nadzieję, którą daje Bóg niezmiennie wierny swoim obietnicom. Ale żeby realizującą się obietnicę zobaczyć, trzeba przełamać swoje wątpliwości, trzeba wyjść z wygodnego łóżka – bo nowy dzień wstaje. Tu w Szkocji nieraz jest bardzo trudno wstać o brzasku, bo w łóżku jest tak ciepło i przytulnie. A za oknem słychać wiatr, deszcz bijący o szyby. Przez radio słucham porannych wieści i wtedy nie najjaśniejsze myśli przychodzą do głowy. Różne wydarzenia ze swoimi konsekwencjami wpisują się w ludzką historię – jakby to było za dni Noego (Ewangelia według świętego Mateusza). Ima się pokusa, żeby jedynie pozostać kibicem, nadal zajmując pozycję widza.

    Nie chcę pozostać tylko przy pierwszych linijkach świętego tekstu, bo on jest w całości do przyjęcia. Dlatego widząc tę moją niemoc, bardzo proszę Pana Boga, aby ten nowy Adwent wyrwał mnie z błogiego snu.

    Przypomina mi się takie opowiadanie, które jak raz pasuje do mojej sytuacji, bo jestem podobny do jednego z tych zakonników ze sławnego ongiś klasztoru. Kiedyś tętniło w nim życie. Teraz jest prawie że wymarły. Ani nowego powołania od tylu lat. Ani zainteresowania ze strony ludzi tak tłumnie kiedyś przybywających. Po prostu – pusto. Jedynie kilku staruszków zajętych całkowicie swoimi dolegliwościami. Zmartwiony opat, nie wiedząc co będzie dalej – postanowił udać się do pustelni, aby tam zasięgnąć rady. Kiedy wyjawił swoją rozterkę, pyta czy upadek klasztoru jest karą za grzechy i niewierność zakonników?

    – Tak jest – potwierdził pustelnik – grzech nieświadomości winny jest tej sytuacji.

    – Ale na czym polega ten grzech? – pytał opat.

    – Jeden z was jest Mesjaszem w przebraniu i wy tego nie jesteście świadomi – odpowiedział świątobliwy starzec.

    W drodze powrotnej zastanawiał się opat, jakie to szczęście, że Mesjasz powrócił na ziemię i zamieszkał w jego klasztorze. Tylko nie mógł sobie odpowiedzieć, w którym zakonniku ukrył się Mesjasz. Jakoś mu nie pasowało, żeby tym wybranym mógł być brat kucharz, czy brat z zakrystii, albo któryś z pozostałych. Za dużo wad w nich widział. Ale kto wie, może te wady są przebraniem dla Mesjasza? Kiedy tak wszystkich przejrzał w swojej wyobraźni, stwierdził, że nie ma nikogo bez wad. Jednak zapewnienie pustelnika przemogło jego wątpliwości. Mesjaszem musi być jeden z nich. Wróciwszy do klasztoru opowiedział swoim zakonnikom całą rozmowę ze świątobliwym starcem. Najpierw nie bardzo w to wierzyli. Jednak po naradach postanowili, że odtąd będą się odnosić nawzajem do siebie z szacunkiem i z miłością. Bo nie wiadomo, który z nich jest Mesjaszem.

    To postanowienie spowodowało, że po pewnym czasie zupełnie zmieniła się atmosfera. Było radośnie, było świątecznie. I klasztor znowu zaczął promieniować jak kiedyś. Do furty przychodzili ludzie. A wśród nich byli i młodzi pragnący dołączyć do wspólnoty. Zupełnie jak w psalmie responsoryjnym: „Ucieszyłem się, gdy mi powiedziano: Pójdziemy do domu Pana”.

    W liturgii Adwentu dominuje oczekiwanie na przyjście Mesjasza. Ale Bóg już „przyszedł do swoich”. I jeżeli zatracę wiarę w realną obecność Chrystusa mieszkającego pośród nas, to trzeba mi dokończyć rozpoczęte zdanie: „i swoi Go nie przyjęli”. Wtedy tak bardzo łatwo można upodobnić się do opisanej historii zakonników, którzy pozwolili, że wygasła w nich nadzieja. Wielkie dzieła, które zapowiedział Bóg przez proroków, wciąż się realizują. Ja jestem ich spadkobiercą. Jeżeli ich nie widzę, to trzeba mi się wsłuchiwać w Jezusową skargę: „Wielu pragnęło zobaczyć to, na co wy patrzycie, ale nie widziało, usłyszeć to, co wy słyszycie, ale nie usłyszeli”. I Jezus wypominał im brak wiary. Teksty dzisiejszej niedzieli adwentowej uświadamiają mi „te wielkie rzeczy”, które są nam dane przez Chrystusa.

    „A Słowo stało się Ciałem i zamieszkało między nami”. Tu już nie można służyć Bogu z ociężałym sercem, ale pełnym życia, obudzonym z ciemności.

    Jeżeli dziś dla wielu obecność Chrystusa nic nie znaczy – to czy mam odwagę pokazać w miejscu, w którym postawił mnie Pan, że On jest?

    Sprawuję Eucharystię ze zgromadzoną wspólnotą, która składa się z konkretnych ludzi. Razem tworzymy Ciało Pańskie. Głową tego Ciała jest Syn Boży Jezus Chrystus.

    Po skończonej Liturgii wychodzimy w otaczający świat. Może już wreszcie dojrzałem, że jestem ogarnięty dziełem zbawienia. Całe stworzenie czeka na pojawienie się zwiastunów zbawienia – o czym pisze święty Paweł. Kto więc uobecni w miejscu, w którym postawił mnie Pan, Boże obietnice? Dzisiejsze Słowo Boże mówi bardzo wyraźnie, że póki żyjemy w ciemności, trudno jest świadczyć o światłości Pana.

    Mam więc zrozumieć chwilę obecną. Jest nią godzina powstania ze snu.

    ks. Marian Łękawa SAC