Month: November 2019

  • Rozważania

    Rozważania

    Jam zwyciężył świat
    Uroczystość Chrystusa Króla
    Wszechświata – ROK C           24.11.2019

    Kościół dzisiejszą niedzielą zamyka kolejny rok przeżywania Bożych Tajemnic i dlatego w sposób szczególny pragnie oddać cześć Panu Jezusowi, który jest Królem wszechświata.

    W Liturgii Słowa pierwsze Czytanie ukazuje historię zbawienia począwszy od Dawida, który zostaje namaszczony na króla około 988 roku przed narodzeniem Chrystusa. Za jego panowania dwa królestwa zostają zjednoczone, choć tylko na krótki czas, bowiem po śmierci Salomona znowu następuje rozpad. Tamten czas był jedynie zapowiedzią Bożych obietnic, że nadejdzie prawdziwe zjednoczenie, za którym tęskni w głębiach swojego jestestwa każde ludzkie serce. I ono już się dokonało, bo Boży Syn już narodził się w Betlejem. Na górze Kalwarii już przelał swoją własną krew. Dzięki temu zebrał rozproszonych. Utworzył nowy lud, który jest ludem Bożym. W drugim Czytaniu święty Paweł, pisząc swój list z więzienia, objaśnia kim jest Chrystus – mianowicie „pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone. …On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie. I On jest Głową Ciała Kościoła. On jest Początkiem, Pierworodnym spośród umarłych…”

    Ale zanim ta prawda dotrze z całą oczywistością do ludzkich serc, trzeba najpierw przejść przez trudny do zrozumienia przekaz dzisiejszej Ewangelii – no bo jak pogodzić ukrzyżowanego Chrystusa z królewską godnością? Jest to niepokojące pytanie, które nie milknie? Czy teraz, kiedy przesuwa się kolejny krąg liturgicznego czasu, lepiej rozumiem na czym polega królewska moc Chrystusa? W głębi mojego serca słyszę jak odzywa się głos wyrażony w pieśni:

    „Kiedyż, o kiedyż, słodki mój Panie,  

    Poznamy Serca Twego kochanie?

    Kiedyż Twa miłość rozpali nas?        

    O, dobry Jezu, czas to już czas!”

    I za tym głosem idzie pragnienie, aby wreszcie przylgnąć całkowicie i bez cienia wątpliwości do Twojego, Panie Jezu, przebitego Serca – cierpliwego i wielkiego w miłosierdzie?

    Tylko co zrobić wciąż z pojawiającymi się przeszkodami, które mi towarzyszą każdego dnia, a są nimi moje kolejne rozczarowania wynikające z niezrozumienia Bożych dróg. I wiem dobrze, że to jest nieufność, która powoduje, iż nadejście Jezusowego królestwa opóźnia się.

    Ksiądz Ludwik Evely pisze, że „za każdym razem, gdy mówimy szczerze Ojcze nasz, przyśpieszamy przyjście Królestwa. Ale czy raczej nie uprawiamy sabotażu? Czy nie zdarza się nam w tej właśnie chwili, gdy mówimy: Przyjdź Królestwo Twoje, modlić się właściwie o to, aby ono nie nadeszło? Aby nic się nie rozwiało i aby ten kącik świata, gdzie nam tak dobrze, „nie minął”? Czy wiemy, że w ten sposób każdy z nas opóźnia Królestwo i radość Pana?”

    Pan Jezus podczas pierwszej Eucharystii powiedział bardzo wyraźnie: „Powiadam wam odtąd nie będę już pił z tego owocu winnego szczepu aż do dnia, w którym go pić będę wraz z wami ponownie w Królestwie Ojca mego.”

    Miłość jaką Bóg żywi do człowieka przejawia się w darze, który każdy otrzymał od Niego. Tym darem jest możność miłowania. Przez ten dar Boża Miłość pragnie rozprzestrzeniać się. Bóg zechciał w dotarciu do człowieka posłużyć się drugim człowiekiem. U Ruskina znalazłem takie piękne zdanie: „Nie wiecie, gdzie spodoba się Bogu opuścić swą drabinę”. Więc moja modlitwa, mój wpływ na bliźniego oznacza, że ja mogę pomagać w zbawianiu świata. Po to Pan Bóg udziela swojej łaski poszczególnym ludziom, aby można było nią ubogacać się wzajemnie, aby ta Boża łaska dokonywała w nas prawdziwej przemiany. Poznawanie Pana Boga dokonuje się we mnie tylko na tyle, na ile potrafię otworzyć się na Niego. Miłość, którą Bóg złożył w moim sercu – dopiero wtedy ożywa, kiedy zaczynam dzielić się nią z innymi. Nie doznam przebaczenia i nie odczuję owej oczyszczającej mocy, jeżeli sam nie zacznę uczyć się przebaczać. To Bóg sprawił, że człowiek drugiemu człowiekowi jest niezbędny. Dlatego jest Kościół. I tutaj muszę sobie zdać sprawę z ogromnych konsekwencji, co to znaczy, że Pan Bóg tak bardzo jest związany z każdym człowiekiem – bo to oznacza także, że będą i tacy ludzie, którzy nie dostąpią zbawienia, ponieważ inni się za nich nie modlili. Moja bierność usiłuje się tutaj tłumaczyć, że to jest niemożliwe. A jednak – to jest wielka Boża tajemnica. Wspomniany już ksiądz Evely pisze: „Bóg okazał nam to nadzwyczajne zaufanie, że wierzy, iż znajdzie w każdym pokoleniu serca gotowe, uważne. Uległe. Kochające. Że znajdą się zawsze ludzie, którzy zgodzą się mówić: Ojcze nasz…, że Bóg uzyska to od nas.

    Bóg uwierzył, że miłość okaże się najsilniejsza. Ufajcie, jam zwyciężył świat. Za każdym razem, gdy cierpimy, gdy doznajemy niepowodzenia, gdy się nam coś nie udaje, a jednak dalej kochamy, weryfikujemy, sprawiamy, że na nowo sprawdza się to słowa Pana, ta Jego ufność. My ją potwierdzamy. Świat JEST zwyciężony: bo ja dalej kocham. Królestwo Twoje nadchodzi.”

    A jednak tak trudno jest pogodzić się, że krzyżowanie Jezusa wciąż trwa – oznacza to bowiem, że Kościół tu na tej ziemi nie będzie dziełem udanym, bo jest w drodze, bo pielgrzymuje przez pustynie świata. Odczuwając na sobie trud tej drogi, często zachowuję się jak Izraelici idący do Ziemi Obiecanej, którym Jahwe kazał wyjść z Egiptu: „Któż nam da mięso do jedzenia? Wspominamy ryby, któreśmy jadali w Egipcie darmo; przychodzą na pamięć ogórki, melony i pory i cebule i czosnki. Teraz dusza nasza schnie; na nic innego nie patrzą oczy nasze jeno na mannę”.

    Czy nie marzy mi się taki Kościół, który jaśniałby tylko potęgą, mocą, blaskiem, który by wyeliminował i odsunął słabych? Chciałoby się, żeby w tym Kościele wszystko było zorganizowane rozsądnie – a tu wciąż jest ukrzyżowany Jezus pomiędzy dwoma łotrami.

    Ksiądz Janusz Pasierb w Czasie otwartym pisał: „Jak bardzo musimy wydorośleć, aby umieć dźwigać to, co jest podstawowym doświadczeniem życia, także w Kościele: niepewność… Krucjaty organizują ludzie, którzy chcą zagłuszyć własne wątpliwości, to oni domagają się zawsze zwierania szeregów, czystek i „wprowadzenia porządku”, to oni mają wizję Kościoła jako gigantycznych koszar żandarmerii. A tymczasem Kościół złożony jest z grzeszników i nie jest Kościołem ludzi idealnych.”

    Oby Jezusowe słowa: „Gdy będę wywyższony nad ziemię…” wzmacniały moją wiarę, że Boże działanie jest skuteczne, pomimo pozornej porażki – choćby wszystko wyglądało źle i było nieudane. Nie wolno mi zapomnieć, że wtedy właśnie, gdy idzie tak źle – Pan jest przy mnie. Gdzie jest Krzyż, gdzie trwa prześladowanie, gdzie dzieje się niesprawiedliwość – tam jest JEZUS CHRYSTUS KRÓL WSZECHŚWIATA, tam dokonuje się zbawianie świata, właśnie, poprzez całą tę gorycz.

    ks. Marian Łękawa SAC

     

     

     

  • Rozważania

    Rozważania

    Przemijanie
    XXXIII Niedziela Zwykła – ROK C      17.11.2019

    Jest takie opowiadanie jak to bardzo dawno temu w Chinach panował wielki cesarz. Kiedy się zestarzał i poczuł, że zbliża się koniec jego dni – chciał wiedzieć co czeka człowieka po śmierci. Zwołał więc do swojego pałacu mędrców z całego terytorium podległego mu państwa i takie dał im polecenie: „Idźcie i zbierzcie od różnych ludzi wszelkie wiadomości dotyczące życia po śmieci. Przecież w tak licznym moim narodzie muszą być jacyś ludzie, którzy powrócili z tamtej strony świata.” Tak był przekonany cesarz. Dał im rok czasu. Po roku mieli ponownie przybyć do pałacu i opowiedzieć o rezultatach swoich poszukiwań. Ale uprzedził ich, że jeżeli któryś z nich pojawi się bez żadnych wiadomości – zginie i wtedy przekona się na samym sobie, jak wygląda życie po śmierci.

    Rzeczywiście po roku zebrali się ponownie przed tronem swojego cesarza. Żaden z nich nie chciał zginąć, więc opowiadali przeróżne historie: …a to, że spotkali jakiegoś wędrowca, który ich zapewniał, opierając się na własnych przeżyciach, iż człowiek po śmierci przechodzi do niezwykłego świata, że w tym świecie panuje wieczny pokój, że nie ma już w nim ani kłótni, ani zawiści… albo, że kiedy człowiek przekroczy próg śmierci – od razu jest witany bardzo radośnie przez wszystkich swoich krewnych, przyjaciół, tak jak to bywa w ziemskich relacjach. Byli i tacy, którzy zapewniali, że słyszeli bezpośrednio od naocznych świadków, iż zmarły po śmierci przechodzi przez jakiś rodzaj medytacji, w której odzyskuje równowagę moralną i wtedy powraca powtórnie na ziemię… Z powodu wielu różnych opinii doszło w końcu do zagorzałej kłótni. Każdy uważał, że tylko to co on mówi jest prawdą. Stary cesarz, patrząc na ten coraz większy chaos, rozkazał, aby mędrców zamknąć w więziennych lochach. Wtedy pewien starzec z długą siwą brodą poprosił o głos. Cesarz uniósł prawą rękę i wszyscy zamilkli.

    – Panie, ja śmierci się nie boję. Jestem już starym człowiekiem. Jest mi wszystko jedno, czy każesz mnie ściąć, gdy powiem ci prawdę. To, co do tej pory usłyszałeś, było powiedziane jedynie tylko po to, aby opowiadający uratowali swoje życie, bo przecież żaden człowiek na ziemi nie będzie nigdy wiedział, co go czeka po śmierci. Posłuchaj mojej opowieści: Otóż na dnie stawu żyły larwy – wstrętne i złe. Kiedy nadchodził odpowiedni czas, larwy opuszczały wodę, aby już nigdy więcej do niej nie powrócić, choć każda z nich obiecywała pozostałym, że powróci i opowie, bowiem żaby rozpowiadały takie wieści, iż larwy po pewnym czasie spędzonym w kokonie przeobrażają się w przepiękną ważkę z kolorowymi skrzydełkami. Ale żadna ważka nie była w stanie wrócić na dno stawu, aby opowiedzieć pozostałym o swoim obecnym życiu. Dlatego larwy ważek wiedzą do dnia dzisiejszego tak samo mało jak ludzie, co dzieje się po przejściu do drugiego świata. Śmierć naprawdę jest ogromną tajemnicą życia.

    Kiedy cesarz wysłuchał tego opowiadania, zamyślił się nad nim i po dłuższej chwili pochwalił owego starca i zamianował go nawet swoim doradcą. Pozostałych zaś mędrców kazał wyrzucić ze swojego pałacu.

    Ten przykład dobrze harmonizuje z zasypiającą przyrodą o tej porze, w której przemijanie świata staje się niemal dotykalne – tak jak coraz bardziej dotykalny staje się cień drugiego brzegu, o którym pisał Antoni Słonimski. Liturgiczny Rok 2019 też już prawie się zamyka, a Boże Słowo przeznaczone na dzisiejszą niedzielę mówi o końcu świata – mówi, że on nadchodzi, że z każdym dniem staje się coraz bliższy. Pan Jezus patrząc na ukochane swoje miasto i na wspaniałą jerozolimską świątynię, w której sprawowany był kult ku czci Jego Ojca, wypowiada przerażające słowa. Tak samo w pierwszym Czytaniu jest pełna grozy apokaliptyczna wizja wzięta z Księgi proroka Malachiasza. Te obrazy przypominają ów słynny średniowieczny utwór Dies irae, który jeszcze jako ministrant nuciłem za śpiewającym kapłanem podczas każdego pogrzebu: … Dies illa, dies irae, calamitátis et misériae, dies magna et amára valde... W sposób bardzo realistyczny uwiecznił znaczenie tych słów Michał Anioł na głównej ścianie sykstyńskiej kaplicy. Ale przecież nie chodzi tu o wywoływanie strachu, ani nie o wzniecanie grozy, która mała by ogarnąć zamieszkałą ziemię – chodzi przede wszystkim o żywą świątynię ludzkiego serca: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?”

    Tak więc nie strach, ale bojaźń Boża, która jest jednym z siedmiorakich darów Ducha Świętego, powinna coraz bardziej kierować moim życiem. Bo powodem Jezusowego płaczu to ja jestem i to za każdym razem kiedy motywem mojego postępowania jest nie bojaźń synowska, tylko lęk wzięty z jakiegoś niewolniczego świata. Albo jeszcze gorzej – kiedy lekkomyślnie ignoruję Bożą wolę i Boże przykazania i realizuję pełne pychy moje zamierzenia, moje ambicje. Taki egoizm potrafi całkowicie zasłonić prawdziwe oblicze Boga. Ludzkie serce, które stworzył Bóg i w którym tak bardzo pragnie zamieszkać, pozostaje wtedy niestety zamknięte dla Niego, bo człowiek wypełnił je bóstwami fałszywymi. Wtedy pozostaje jedynie już tylko kwestia czasu, aby podzielić los jerozolimskiej świątyni. Ona przecież naprawdę była miejscem najświętszym. Zstępował do niej sam Bóg. Jako budowla była wielką dumą wybranego narodu, uznawaną za siódmy cud świata – a jednak, kiedy przyszedł czas i to tak bardzo oczekiwany, nie rozpoznała swojego nawiedzenia.

    Obym wziął sobie to głęboko do serca i nie uległ owej modnej wciąż pokusie, która łasi się przy mnie i usiłuje wzbudzić wątpliwość – bo wtedy już łatwo pójść drogą postawionego pytania: czy aby Boży plan nie można by zrealizować po swojemu…

    ksiądz Marian Łękawa SAC

     

  • Rozważania

    Rozważania

    Niebiańska rzeczywistość
    XXXII Niedziela Zwykła – ROK C
    10.11.2019

    Dzisiejszego południa szedłem przez park. Patrzyłem na drzewa. Znowu umierają – jak każdego roku o tej porze. W tej listopadowej scenerii przypomniał mi się wiersz Lechonia:

    „I w którąkolwiek pójdę stronę
    Wszędzie jesienny chrzęści chrust
    A jeszcze nic nie załatwione
    I nie odjęte nic od ust.
    Patrz! Dzikiej róży krzak serdeczny
    W wichurze zeschły traci liść,
    Ach! I Sąd jeszcze Ostateczny,
    Na który trzeba będzie iść.”

    Palcami przesunąłem kolejny paciorek i wszedłem w tajemnicę pierwszą z chwalebnych. Ale w niej ani rozum ani wyobraźnia nie zda się na wiele. Jeszcze średniowieczne obrazy przynajmniej usiłowały odsłonić jakiś rąbek perspektywy przyszłego świata. Dziś malarze raczej bliżsi są saduceuszom ujmując niebiańską rzeczywistość w kategoriach czysto ziemskich wyobrażeń.

    Jest takie opowiadanie o dwóch pobożnych mnichach. Umówili się, że pierwszy który z nich umrze, da znać, czy zaświaty wyglądają właśnie tak, jak to oni sobie wyobrażali, czy też inaczej. Wiadomość miała być krótka, zawarta w jednym tylko słowie: albo „TOTALITER” (całkowicie tak), albo „ALITER” (inaczej).

    I rzeczywiście, po śmieci pierwszego przyszła odpowiedź: „TOTALITER ALITER” (całkowicie inaczej!)

    Czy nie w ten sposób Pan Jezus saduceuszom, którzy w dzisiejszej Ewangelii chcieli swoim wymyślonym przykładem o siedmiu braciach mających tę samą żonę ukazać bezsensowność zmartwychwstania, tłumaczy, że tam będzie zupełnie inaczej, że tam ludzie „są równi aniołom i są dziećmi Bożymi, będąc uczestnikami zmartwychwstania.” I dodał jeszcze: „Bóg nie jest Bogiem umarłych, lecz żywych; wszyscy bowiem dla Niego żyją.”

    „Zmartwychwstanie – jak pisze Hans Urs von Balthasar – będzie oczywiście zmartwychwstaniem ciał, ale ponieważ ci, którzy go dostąpią, nigdy już nie umrą, przestanie mieć znaczenie małżeństwo i rodzenie dzieci – co nie znaczy, że zniknie różnica płci – przebóstwieni będą się odznaczać zupełnie innym rodzajem płodności. Albowiem płodność jest niezbywalnym atrybutem obrazu Boga w człowieku, z tym że płodność zmartwychwstałych nie będzie już miała nic wspólnego z tym, co śmiertelne, lecz z tym, co żywe, co ma udział w żywym owocowaniu Bożym. Skoro Bóg ukazany jest jako Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, a więc jako Bóg żywych, to w takim razie ci, którzy żyją w Bogu, owocują wraz z Bogiem: na ziemi – w swym doczesnym narodzie, w niebie – wraz z narodem w sposób znany jedynie Bogu i Jego aniołom.”

    Na pewno język ludzki nie potrafi wyrazić adekwatnie tamtej rzeczywistości, która stanie się w całej pełni udziałem człowieka – pozostaje zatem jedynie zawierzenie Jezusowym słowom. A Pan Jezus kiedy mówi o życiu wiecznym mówi tak jak się mówi o czymś zupełnie oczywistym. Oto słowa jakie Marta usłyszała: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. A każdy, kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki”. Potrzebna więc jest wiara, a o nią trzeba się modlić – stale i wciąż, aby z każdym dniem coraz bardziej mnie wypełniała.

    Na drodze ludzkich pokoleń bywają również i wyjątkowe sytuacje, bo Pan Bóg może dać już tu, na tej ziemi, tę niewyobrażalną możliwość doświadczenia nadprzyrodzonej rzeczywistości – jak przemienienie na górze Tabor, czy doznania mistyków. A ilu osobom ukazywał się Pan Jezus. Wymownym przykładem jest tu święta Faustyna. Albo w Fatimie, w Lourdes, w La Sallete i w tylu innych miejscach – gdzie konkretne dzieci czy dorośli rozmawiali z Matką Bożą.

    Ale człowiek pozostaje jednak wciąż nieufny jeżeli nie może czegoś ogarnąć, zrozumieć, wyrazić przy pomocy pojęć z tego świata, który jest światem jedynie tylko przestrzeni i czasu. No ale, czy to co nie mieści się w mojej głowie może już być dowodem, że tego nie ma, że to co jest nieuchwytne – w ogóle nie istnieje?

    Słyszałem o takim kazaniu, w którym ksiądz chciał obrazowo przybliżyć swoim parafianom na czym polega życie trwające wiecznie. Posłużył się przykładem kasztanowego drzewa, które rosło przed kościołem:

    „Czy nie wydawało się wam kiedy przyszliście na pasterkę, że ono obumarło i że już nigdy nie obudzi się do życia? A potem pojawiły się na jego gałęziach pąki i teraz kwitnie w całej swojej okazałości.”

    Po nabożeństwie, w drzwiach kościoła, pewien mężczyzna zwrócił się do kaznodziei z takim argumentem:

    „Wbrew swoim zamiarom udowodnił ksiądz, że nie ma ciągłości w życiu. Drzewo straci na jesieni swoje liście i znowu będzie nagie. To prawda, że zakwitnie jeszcze wiele razy, ale wreszcie przyjdzie taki czas, że już na nim nic nie urośnie i stanie się drzewem martwym. Jesień jest zawsze na końcu, razem z przekwitaniem, przemijaniem, odchodzeniem i śmiercią.”

    „Ma pan rację, ale tylko pozornie – odpowiedział dobrodusznie kapłan i po chwili dodał – proszę jednak nie zapominać o jednym: o kasztanach pod liśćmi.”

    ksiądz Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Pan Jezus zna każdego z nas
    XXXI Niedziela Zwykła – ROK C
    3.11.2019

    Pan Jezus podsumowuje dzisiejsze nauczanie słowami, które w swoim życiu słyszałem i czytałem już tyle razy: „Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawiać to, co zginęło.” Tylko – czy Boże Słowo docierając znowu dziś do mnie znajdzie tym razem glebę żyzną, urodzajną? Oby wreszcie. Ale dlaczego wciąż niezmiennie idzie za mną takie tłumaczenie samego siebie, że to jest za trudne, aby przyjąć, bez żadnych zastrzeżeń, bez cienia wątpliwości, ową prawdę o aż tak nieprawdopodobnej bliskości Boga. W takiej sytuacji doznanie mocy Jezusowych słów czy stanie się moim udziałem?

    Ojciec święty Jan Paweł II w książce Przekroczyć próg nadziei pisze na ten temat bardzo przekonywująco: „ …wypowiadam szaleństwo – prowokacja pochodzi od Boga samego, bo przecież On naprawdę stał się człowiekiem w swoim Synu i narodził się z Dziewicy i właśnie w tym narodzeniu, a szczególności poprzez mękę, krzyż i zmartwychwstanie, samo-objawienie się Boga w dziejach człowieka osiągnęło swój zenit: objawienie się niewyrażalnego Boga w widzialnym człowieczeństwie Chrystusa. Jeszcze w przeddzień męki Apostołowie prosili Chrystusa: Pokaż nam Ojca. Odpowiedź Chrystusa pozostaje kluczowa: „Dlaczego mówicie: Pokaż nam Ojca? Czy nie wiecie, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Choćby dla samych uczynków wierzcie. Ja i Ojciec jedno jesteśmy.”

    Słowa Chrystusa idą bardzo daleko. Mamy do czynienia prawie że z taką oczywistością, o jaką zabiega współczesny człowiek. Lecz oczywistość ta nie jest poznaniem Boga „twarzą w twarz, poznaniem Boga jako Boga.

    Czy jednak – starajmy się być bezstronnymi w naszym rozumowaniu – Bóg mógł pójść dalej w swojej kondescendencji, w swym zbliżaniu się do człowieka, do jego ludzkiej kondycji, do jego możliwości poznawczych? Wydaje się, że poszedł najdalej jak tylko mógł, dalej już iść nie mógł. Poszedł w pewnym sensie za daleko…! Czyż Chrystus nie stał się „zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan”? Właśnie przez to, że Boga nazywał swoim Ojcem, że tego Boga tak bardzo objawiał sobą, iż zaczęto odnosić wrażenie, że za bardzo…! W pewnym sensie człowiek już nie mógł tej bliskości wytrzymać i zaczęto protestować.”

    I tak pozostało po dziś dzień. Wielu nie potrafi przyjąć Pana Boga, bo sądzą, że jest aż tak bardzo ludzki. Nie potrafią pogodzić się, że aż tak dalece Bóg odsłonił się w swojej Tajemnicy.

    Wydarzenie z dzisiejszej Ewangelii nie jest tylko ilustracją opowiedzianą przy pomocy przypowieści o dobrym pasterzu, ale przedstawia to co się dokonało w tym konkretnym miejscu – mianowicie został ocalony konkretny człowiek, którego sam Bóg odnalazł. A wszystko działo się tak zwyczajnie. Pan Jezus przechodził przez Jerycho położone nieopodal Jerozolimy w odległości 23 kilometrów. Było to miasto ruchliwe, słynne z racji swego położenia – na ważnym trakcie handlowym z Arabii do Palestyny – stąd mieszkańcy bardzo byli zaprzątnięci w doczesne transakcje, bo na handlu się zarabia, tym bardziej z pozycji celnika. I w takich właśnie okolicznościach niespodziewanie usłyszał Boży głos Zacheusz, zwierzchnik celników. Chciał zobaczyć Jezusa. Dlatego wspiął się na drzewo i to nie przez samą ciekawość. Nie wchodziłby wtedy na oczach wszystkich, aby się ośmieszyć – on znany, bogaty i równocześnie pogardzany z racji swojej kolaboracji z rzymskim okupantem. Skoro więc przełamał w sobie ten opór – chodziło o coś więcej. On po prostu miał już dość tych nieuczciwych pieniędzy, dość tej ludzkiej pogardy. Zapragnął wreszcie uczciwego życia, tylko nie wiedział jak się odmienić, jak zacząć. I tu nagle Pan Jezus woła go po imieniu: „Zacheuszu, zejdź prędko.” Chrystus zaprosił się do niego jak do swojego przyjaciela. Odezwał się poufale, nawet żartobliwie. Bo skoro Ewangelia zaznacza, że Zacheusz był małego wzrostu i bogaty, musiał być również i otyłym. Z doświadczenia wiadomo, że łatwiej jest wejść, gorzej natomiast zejść. A tu Pan Jezus przynaglał. Dlatego jego schodzenie na pewno było zabawnym widowiskiem. Ale zaskoczony Zacheusz nie dbał o to, bo był tak ogromnie uradowany, że Jezus właśnie jemu okazał zaufanie, obdarzył go swoją miłością i wybrał jego dom, aby w nim gościć. Dla niego tylko to było najważniejsze, tylko to się liczyło.

    Ksiądz Ludwik Evely ten zwrotny punkt Zacheusza opisuje w ten sposób: „W głowie mu się miesza, traci rachubę. Daje połowę swych dóbr biednym, a jeśli kogoś skrzywdził, w czwórnasób chce wynagrodzić. Cóż mu pozostanie? To jest mu obojętne! Jakże mógłby dbać o to. Ma odtąd inny skarb: Bóg go kocha!”

    Nareszcie stał się prawdziwym. Poczuł się i on hojnym – dobrym, szczęśliwym, zgodnie ze znaczeniem swojego imienia. Bo Zacheusz to właśnie oznacza – sprawiedliwy, uniewinniony.

    I tak się dzieje przy spotkaniu z Jezusem, że nagle człowiek odkrywa w sobie olbrzymie nieznane dotąd możliwości swojej istoty, które dotychczas były zawsze tłumione, kaleczone. Aż trudno uwierzyć, że to ta sama osoba, z której teraz potrafi wypływać tyle radości, czułości, hojności i wdzięczności – bo oto okazało się, że rzeczywiście, że naprawdę Pan Jezus zna każdego z nas i właśnie dlatego szuka, bo tak często jesteśmy pogubieni. Woła po imieniu.

    Chodzi więc o to, abym nie patrzył co inni powiedzą, nie lękał się, że mogę być wyśmiany, ale żebym czym prędzej zszedł z drzewa ludzkiej pychy, z przyziemnych ambicji, które potrafią tak człowieka osaczyć, że już nic więcej nie można zobaczyć – jedynie w egoistycznym lustrze siebie samego.

    Panie Jezu, który jesteś tak blisko i wciąż wołasz po imieniu, daj łaskę przejrzenia, i zdejmij ze mnie głuchotę, abym usłyszał, że to Ty naprawdę wołasz mnie moim imieniem.

    Ksiądz Marian Łękawa SAC