Month: September 2019

  • Rozważania

    Rozważania

    Używanie dóbr tego świata
    XXV Niedziela Zwykła – ROK C
    22 września 2019

    Dlaczego człowiek, żyjąc na tym Bożym świecie, tak łatwo ulega iluzji i daje się zwieźć? Szuka swojego znaczenia, ale zupełnie nie tam, gdzie ono jest naprawdę. Swoim zachowaniem przypomina koguta Chanteclera, który myślał, że swoim śpiewem wzbudzał wschód słońca. Wyobrażał sobie, że słońce budziło się na jego głos i gdyby przypadkiem pewnego dnia Chantecler przestał śpiewać – słońce by nie wzeszło. Tak mu się wydawało. Tymczasem otaczająca go rzeczywistość była o wiele piękniejsza i cudowniejsza niż on przypuszczał. Bo to właśnie słońce swoim najdelikatniejszym promieniem brzasku budziło każdego poranka Chanteclera. On był tylko heroldem światła, ciepła i dobroci, zawartego w sercu wszechświata.

    Pan Bóg dał człowiekowi rozum i umiejętność myślenia. A człowiek ten Boży dar bardzo często używa w niewłaściwy sposób. Wystarczy spojrzeć do jakiego stopnia przecenia znaczenie rzeczy tego świata i to ze szkodą dla siebie, która w swoich konsekwencjach może okazać się tragiczną. Pan Jezus bardzo konkretnie ujął tę prawdę w przypowieści o bogaczu, któremu bardzo dobrze obrodziło pole. I co ten człowiek postanowił: „Zburzę moje małe spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę wszystko zboże i moje dobra. I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj. Lecz Bóg rzekł do niego: Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował? Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem.”

    Zatem najważniejszą sprawą w życiu człowieka jest to z czym stanie na sądzie Bożym. Świat zaś ze swoim bogactwem przemija niczym mgła poranna.

    W dzisiejszym Czytaniu prorok Amos ostrzega przed niewłaściwym używaniem dóbr tego świata. Bowiem cała niegodziwość nie pieniądza dotyczy, ale jego użycia przez ciemiężycieli. Tak więc każde oszustwo, każde bogacenie się kosztem biednych i słabych jest wielkim obciążeniem, które owszem, jeżeli człowiek opamięta się w porę, można naprawić, ale tylko tu, po tej stronie życia.

    W Ewangelii Pan Jezus idzie jeszcze dalej mówiąc, że nie można służyć równocześnie Bogu i mamonie. Warto zwrócić uwagę na słowo „mamona”, bowiem pojawia się ono tylko u świętego Łukasza i w paralelnym miejscu u świętego Mateusza i nigdzie poza tym. W hebrajskim brzmieniu znaczy tyle co „ufać”, „zawierzyć”. Czy moje zaufanie, zawierzenie jest skierowane w dobrym kierunku?

    Ojciec Jacek Salij komentuje takimi słowami często popełnianą pomyłkę przez człowieka: „Pan Bóg postanowił obdarzać nas dobrami materialnymi, abyśmy codziennie mogli otrzymywać od Niego dowody Jego miłości do nas. My, owszem, Boże dary przyjmujemy, ale zamiast dziękować za nie Boskiemu Dawcy i używać ich zgodnie z Jego intencjami, potrafimy czasem posunąć się aż do tego, że na nich budujemy cały sens naszego życia, że zaczynamy pokładać w nich naszą nadzieję ostateczną. Jesteśmy podobni do tej pięknej dziewczyny z bajki, w której zakochał się książę i na dowód miłości przysłał jej pierścień zaręczynowy, a jej tak ten pierścień się spodobał, że zakochała się w pierścieniu i księcia już nie potrzebowała. Podobnie i my: potrafimy jakieś dary Boże uczynić ostatecznym sensem naszego życia i wtedy nawet Pan Bóg staje się dla nas nieważny, bo postawiliśmy na pierwszym miejscu co innego. Potrafimy wobec Pana Boga być tak bezczelni, że Jego własnych darów używamy do tego, żeby Go znieważać.”

    Dzisiejsze Boże przesłanie zawarte w przypowieści opowiedzianej przez Pana Jezusa o nieuczciwym rządcy, jest ostrzeżeniem dla człowieka, który świetnie umie sobie poradzić i pomóc w sprawach tego świata, ale czy umie zadbać, równie skutecznie, o to, aby przyjęto go „do wiecznych przybytków”? Zarządca, mając zdać sprawę ze swojej dotychczasowej pracy, którą wykonywał nieuczciwe, znajduje w oszustwie „mądre” wyjście z sytuacji. Zastosował bowiem sprytny wybieg, licząc na to, że gdy zostanie pozbawiony zarządu, przyjmą go ci, którym zmniejszył należne długi. „Pan pochwalił nieuczciwego rządcę, że roztropnie postąpił.” Ale pochwalił go nie za oszustwo, ale za roztropność, dzięki której umiejętnie potrafił zabezpieczyć swoją przyszłość.

    Słyszałem o podobnej przypowieści, gdzie za pomysłowość i inwencję pieniądz stał się nagrodą, tym razem uczciwie zdobytą. Dwaj chłopcy prosto ze szkoły pojechali do dużego magazynu sklepowego. Wysiadając z autobusu, jeden z nich zauważył leżącą na parkingu damską torebkę. Podnieśli ją. Rozglądnęli się, ale w pobliżu nie było nikogo. Zajrzeli z ciekawości do torebki. Były w niej drobiazgi, a na dnie – portmonetka i dokumenty. Zorientowali się, że właścicielką torebki jest starsza pani. Był też w torebce stuzłotowy banknot. Popatrzyli na siebie. Co robić? Oczywiście – oddać. Co to tego nie mieli wątpliwości.

    – Ale może zanim oddamy tę torebkę, to rozmienimy ową setkę na dziesięciozłotówki?

    Tak też zrobili, a potem odnaleźli adres właścicielki. Pojechali do niej i zgubę oddali. Starsza pani najpierw zajrzała do portmonetki, a potem patrząc chłopcom w oczy lekko uśmiechnęła się i wręczyła im dziesięć złotych.

    – Dobre z was chłopaki. Dziękuję wam. Tak szczerze mówiąc, jesteście bardzo pomysłowi.

    Rzeczywiście można podziwiać ludzką zapobiegliwość, pomysłowość, zaradność – kiedy chodzi o sprawy dotyczące zwykłej ludzkiej egzystencji. Tak mówi dzisiejsza Ewangelia: „Synowie tego świata roztropniejsi są w stosunkach z ludźmi niż synowie światła”.

    Ile przy tym człowiek potrafi wykrzesać z siebie mocy, samozaparcia – i wcale nie wydaje mu się to takie trudne, bo widzi ile może osiągnąć, jaką będzie miał korzyść. A jednak, ten sam człowiek w sprawach, które dotyczą relacji z Bogiem, gdzie chodzi o prawdziwe ludzkie życie trwające wiecznie – wykazuje kompletną nieporadność.

    I tę swoją winę pokrywa bardzo często narzekaniem na Kościół, na niedobrych księży, którzy – jego zdaniem – i na ambonie i w konfesjonale są beznadziejni. Ale tak szczerze – czy mógłbym postawić sobie pytanie: jaki podjąłem trud, aby znaleźć swoją drogę do Boga?

    Jeden z księży opowiadał, jak po skończonych rekolekcjach, o dość późnej już porze, podszedł do niego młody człowiek i poprosił o rozmowę. Ksiądz się wymawiał, że dziś to już nie, że zmęczony, że się spieszy. Ale rozmówca nie dawał za wygrane. Chwycił księdza za ramię i powiedział: Ksiądz musi ze mną mówić, po prostu musi. I rozmawiali. A rozmowa ta okazała się wielkim błogosławieństwem.

    Albo inne zdarzenie: pewna pani w rozmowie z księdzem dzieliła się radością, że spotkała wspaniałego spowiednika, który bardzo jej pomaga w duchowym życiu. Ksiądz powiedział:

    – To ma pani szczęście.

    – Szczęście? – odpowiedziała. Proszę księdza, to dwa lata gorącej modlitwy o takiego człowieka, dwa lata poszukiwań.

    Nieskończenie miłosierny Bóg człowieka nigdy nie zawiedzie, człowieka, który Go szuka, który o Niego walczy. Bo tylko gwałtownicy zdobywają Królestwo Boże.

    Obym się nie zniechęcił w tym moim ciągłym powstawaniu. Wiem – resztę uczyni Bóg? Już uczynił.

    Ks. Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    Bóg nigdy nie oddala się od człowieka
    XXIV Niedziela Zwykła – ROK C
    15 września 2019

    Carlo Carretto w książce Pustynia w mieście opisuje takie wydarzenie:

    „Jakiś narkoman, silny jak tur, wtargnął do kaplicy w czasie liturgii. Na szczęście Msza święta już się kończyła i on, zupełnie wyczerpany w swoim podnieceniu, wyszedł razem z nami. Byliśmy pod wielkim wrażeniem jego szaleńczego miotania się, wywołało ono zrozumiałe podniecenie i zaniepokojenie w naszej modlitewnej wspólnocie.

    W kuchni poprosił o filiżankę kawy, wpatrując się we mnie oczami, których wyraz trudno zapomnieć, gdyż wydawały się oczami zwierzęcia tropionego od wielu dni, które doszło do kresu swojej wytrzymałości.

    Połowę kawy rozlał na marynarkę, ponieważ tak mu drżała ręka, a potem nagle runął z łoskotem na podłogę w straszliwych konwulsjach i torsjach.

    Było nas czterech, ale nie potrafiliśmy utrzymać go w spokoju i w pewnym momencie uderzył głową o narożnik pieca.

    Moja ręka była umazana krwią, kawą i pianą.

    Położyliśmy mu poduszkę pod głowę – na podłodze, gdyż nie czuliśmy się na siłach, aby go zanieść na pierwsze piętro, gdzie znajdowały się posłania dla braci.

    Zdrzemnął się na chwilę, potem otworzył oczy przepełnione ogromnym smutkiem i poprosił mnie o jakąkolwiek namiastkę narkotyku.

    Bez narkotyku wytrzymywał przez cały dzień, ale teraz nie mógł już dać sobie rady.

    Zaczął się rzucać jak opętany.

    Po pewnym czasie przybył lekarz i zrobił mu zastrzyk.

    W końcu przyszło czterech pielęgniarzy, którzy go zawieźli do kliniki psychiatrycznej.”

    Dla Carlo Carretto to wydarzenie było po prostu taką współczesną przypowieścią o synu marnotrawnym, którą przekazuje dzisiejsza Ewangelia.

    W Jezusowym obrazie marnotrawny syn kiedy już wszystko przepuścił w dalekich stronach został złamany głodem. Człowiek opisany przez Carretto nie potrzebował wyruszać daleko, bo aby wejść w świat narkotyków – wystarczyło pójść tylko za róg i już znaleźć się w grupie podobnych ludzi, którzy przy dźwiękach muzyki, wstrzykują sobie dawkę rzekomej przyjemności. Szokiem, który dopiero powalił go na ziemię, okazało się cierpienie. Gdyby nie odczuł tego bólu – co innego mogłoby skuteczniej ostrzec go przed złem, w które wszedł?

    Zbawiennym więc okazał się głód, bo spowodował, że marnotrawny syn zdecydował się wrócić. Również i cierpienie – może być takim Bożym wysłańcem, bo ostrzega w porę, że jeszcze można zawrócić. Argument, że istnienie cierpienia jest dowodem, iż Bóg nie istnieje – bo jak On, który jest Ojcem, mógłby znosić cierpienie Syna – nie jest przekonywującym argumentem. Co człowiek wie o konsekwencjach wolnej decyzji człowieka, której Bóg nigdy nie łamie? Dlatego Bóg pozwala człowiekowi swobodnie odejść, ale potem nadaje taki bieg wszystkiemu, aby ten, który „był zaginął odnalazł się; który był już umarły, znów ożył.” Bo rozłąka jest dotkliwym cierpieniem. Jest nie do zniesienia dla tych, którzy kochają naprawdę.

    Ale człowiek, niestety, nie daje temu wiary, bo od samego początku bardziej wierzył sobie i podszeptom złego i dlatego stale odchodzi na swoje pokrętne drogi. Na takich drogach coraz trudniej jest zawierzyć Bogu. Oddalenie od Bożego patrzenia staje się coraz większym dystansem. Ale Stwórca nie rezygnuje. Najpierw nawołuje – tak jak Adama, który zgrzeszył nieposłuszeństwem: „Gdzie jesteś?” Adam, słysząc Boży głos, jeszcze odpowiadał. A co dzieje się kiedy człowiek nie słyszy już głosu prawdziwego Boga – bo na miejscu Boga postawiło się złotego cielca?

    Dzisiejsze I Czytanie opisuje takie odstępstwo narodu wybranego podczas wędrówki do ziemi obiecanej. Co więcej, oni nawet nie widzieli w tym nic złego, że porzucają życiodajną przestrzeń Bożej obecności. Rzecz jednak w tym, że to nie Bóg oddala się od człowieka, ale to człowiek odgradza się przepaścią swoich grzechów.

    U proroka Izajasza zapisane są takie oto słowa: „Wasze winy wykopały przepaść pomiędzy wami a waszym Bogiem, wasze grzechy zasłoniły Mu oblicze przed wami, tak iż was nie słucha.”

    Mojżesz najpierw długo błagał – tak jakby Pan Bóg w ogóle był głuchy na jego wołanie. No bo jak można prosić o przebaczenie dla tych, którzy nie widzą zła swojego grzechu? A jednak Bóg w swojej tajemnicy nieskończonej miłości robi wszystko, aby uratować nawet takich, którzy sami ratunku nie szukają, nawet go odrzucają.

    Ojciec Jacek Salij zauważa, że „miłosierdzie okazał Bóg zbłąkanemu ludowi nie dopiero wtedy, kiedy wysłuchał modlitw Mojżesza, ale już wtedy, kiedy pobudził Mojżesza do tych modlitw. Co więcej, miłosierdzie Boże objawiło się nawet w tym, że Bóg nie od razu wysłuchał błagań Mojżesza. Mojżesz bowiem modlił się prawdziwie, a im bardziej się modlił, tym więcej rosła w nim miłość zarówno do Boga, jak do tych, za którymi się wstawiał. W ten sposób modlitwa Mojżesza coraz bardziej zasypywała tę przepaść, jaką niewierny lud oddzielił się od Boga. Było to możliwe dlatego, że Mojżesz był prawdziwie przyjacielem Boga, a zarazem bardzo realnie czuł się cząstką swojego narodu.”

    Bardzo często ludzie w spotkaniu z kapłanem proszą go o modlitwę. Intuicyjnie wyczuwają, że jest on bliżej Boga. I byłby pożałowania godnym taki kapłan, który by nie brał sobie do serca tych próśb. Bo prawdziwa modlitwa to nie słowa tylko – ale całe serce, które cierpi i które się nie zniechęca, bo modli się stale i coraz gorliwiej, zasypując w ten sposób przepaść pomiędzy Bogiem a pogubionym człowiekiem. W ten sposób odbywa się naśladowanie Bożego Syna, Jezusa Chrystusa, który po to przyszedł na tę ziemię i stał się człowiekiem, aby poprzez swoją Mękę i Śmierć na krzyżu dawać swoją bezwarunkową miłość. Właśnie ta Boża miłość, wciąż uobecniana, szczególnie w Sakramencie Pojednania i w Najświętszej Eucharystii, ma moc zasypywania wszelkich przepaści jakimi człowiek poodgradzał się od Boga. Uczestnicząc w tej tajemnicy mam szansę bycia z Jezusem i to coraz bardziej i coraz pełniej – tak, że nie jest już możliwe pozostawanie bycia obojętnym wobec drugiego człowieka.

    Święty Paweł w II Czytaniu na przykładzie swojego życia pokazał jak potrafi działać nieskończenie miłosierny Bóg: „Uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę.” Żeby jednak to posługiwanie niesienia Boga ludziom mogło się dokonać Pan Jezus takie wypowiedział słowa: „pokażę mu, jak wiele będzie musiał wycierpieć dla mego imienia.”

    ksiądz Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Iść wąską i stromą ścieżką
    XXIII Niedziela Zwykła – ROK C
    8.09.2019

    Księżyc nie rozumiejąc działania słońca zapytał z wyrzutem:

    – Dziwię się, że twoje promienie tak bardzo różne wywołują skutki na ziemi. Kiedy padają na wosk, wtedy roztapiasz go. Kiedy na glinę – robi się twarda. Materiał zaś płowieje, a skóra człowieka brązowieje.

    Słońce odpowiedziało bardzo zwyczajnie:

    – To zależy od rzeczy, których właściwości są różne i dlatego różnie reagują na moje promienie. Twardy wosk robię znowu miękkim. Miękką glinę utwardzam. Materiał pod wpływem mojego działania blaknie, a biała skóra robi się brązowa. Dlaczego winisz mnie za to?

    Zapytam siebie: A jak promienie Bożych Słów działają na glebę mojego serca?

    Żeby przyjąć Boże Słowo – tak całkowicie i bez żadnych zastrzeżeń i oporów – trzeba wziąć pod rozwagę całą Liturgię Słowa, bo w przeciwnym razie tekst dzisiejszej Ewangelii może wprawić w zakłopotanie.

    Należy więc zacząć od I Czytania, czyli Księgi Mądrości. Jest ona ostatnią Księgą Starego Testamentu, napisaną 180 lat przed narodzeniem Chrystusa i tym samym stanowi pomost pomiędzy Starym i Nowym Testamentem. Jej słowa są modlitwą o Mądrość, bo „któż z ludzi pozna zamysł Boży, albo któż pojmie wolę Pana?”

    W szkole rabinackiej rabin tłumaczył, że wiedzę zdobywa się przez czytanie ważnych ksiąg i słuchanie wykładów. Wtedy jeden ze słuchaczy zapytał go:

    – A jak zdobywa się mądrość?

    Rabin odpowiedział w ten sposób:

    – Mądrość przez czytanie księgi, którą jesteś ty sam. Przy czym nie jest to wcale sprawa prosta, gdyż co godzinę wychodzi nowe – poprawione, poszerzone, zmienione wydanie owej trudnej księgi.

    Pan Jezus już w pierwszych słowach swojego nauczania mówi do wielkiego tłumu idącego za Nim: „Jeżeli kto przychodzi do Mnie”…To znaczy, że słuchanie Boga odbywa się na różnych odległościach. Ale żeby pojąć właściwie to co mówi Jezus trzeba być blisko. To przybliżanie się do Jezusa ukazane jest w bardzo widoczny sposób na przykładzie bogatego młodzieńca, który doszedł już blisko do Chrystusa, ale wymagania jakie usłyszał przeraziły go i jak zaznacza Ewangelia: „Odszedł smutny”. Również dzisiejszy przekaz Dobrej Nowiny nie pozostawia złudzeń: „Jeżeli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem”.

    Zazwyczaj słowo „nienawiść” kojarzy się jednoznacznie i dlatego takie sformułowanie staje się zupełnie nie do przyjęcia. A tymczasem „mieć coś w nienawiści” w języku aramejskim znaczyło „odrzucić to od siebie, zostawić poza sobą, odwrócić się od tego”, choć mogło oznaczać również i nienawiść w dosłownym znaczeniu. Ewangelia według św. Mateusza podaje tę samą wypowiedź Jezusa w złagodzonej formie: „Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien”.

    Ksiądz Jerzy Zalewski komentuje w ten sposób, że „Chrystus wymaga od tego, kto chce być Jego uczniem, jakiegoś oderwania się od najbliższej człowiekowi wspólnoty – rodziny, która zapewnia egzystencję, daje schronienie w świecie pełnym niebezpieczeństw. Ilu ludzi stać na to? I kto potrafi to odrzucić, zaprzeć się samego siebie, swej woli i zostać jakby w próżni, zdany całkowicie na wolę Kogoś niewidzialnego, choć obecnego w widzialnym Kościele? Kto jest w stanie nosić krzyż, czyli przyjąć, gdy zajdzie potrzeba, los ludzi odrzuconych przez społeczeństwo, napiętnowanych? Wreszcie, wyrzec się wszystkiego, co się posiada, niczego nie uważając za swoją własność. Kto jest w stanie przyjąć te warunki i spełnić je, mimo że na tym świecie, stworzonym i podtrzymywanym w istnieniu przez Boga, nie ma nic wspanialszego, jak być uczniem Mądrości, która stworzyła świat i objawiła się w Chrystusie?”

    Tak więc ostre słowo „nienawidzić”, którym posługuje się Pan Jezus, ma swój wielki ciężar gatunkowy i to słowo aktualizuje się w sytuacjach, gdy między uczniem a Mistrzem staje ktoś albo coś konkurencyjnego. A przecież nikt i nic nie może zająć miejsca, które tylko Bogu się należy. Dlatego tego miejsca nie może zająć nawet ojciec, matka, żona, dzieci. Nie można na tym miejscu postawić siebie, swojej czci i pomyślności, ani czegokolwiek z rzeczy tego świata. Jeżeli nie zdecyduję się coraz bardziej świadomie wchodzić na drogę odrywania się i wyrzeczenia – moje oczy i uszy nie otworzą się na Chrystusa, Mądrość Bożą. To jest właśnie ta wąska i stroma droga, o której mówi Jezus. Droga zaś szeroka i wygodna powoduje zamykanie się w kręgu jedynie przemijającego świata, który potrafi oślepiać swoimi fałszywymi światłami i jest w stanie uczynić człowieka niewolnikiem jego własnych pragnień, pożądań i grzechów. W taki właśnie sposób Bóg staje się dla człowieka całkowicie niewidocznym, nawet niewyczuwalnym.

    Dlatego proszę i błagam o odwagę, abym nie lękał się podążać za Tobą Panie, zawsze blisko trzymając się Ciebie, bo tylko wtedy będę mógł coraz lepiej rozumieć Twoje trudne słowa z dzisiejszej Ewangelii, że one nie do nienawiści są wezwaniem, ale do większej jeszcze miłości. Do miłości takiej, która nie przemija.

    I wiem, że prośby mojej nie odrzucisz, bo cóż mógłbym uczynić bez Ciebie Panie, który dajesz siłę i moc ludzkiej słabości.

    Kiedy Jan Vianney, późniejszy proboszcz z Ars, w czasie końcowych egzaminów w seminarium nie potrafił zadowolić swoimi odpowiedziami wymagających egzaminatorów, wtedy usłyszał takie zdanie od jednego z profesorów:

    – Mój Boże, cóż taki osioł potrafi zrobić w duszpasterstwie?

    – Jeżeli Samson oślą szczęką potrafił rozgromić tysiąc Filistynów, cóż dopiero może Bóg zdziałać, gdy ma do dyspozycji całego osła – odpowiedział nieśmiało egzaminowany.

    Ksiądz Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    Szata pokory
    XXII Niedziela Zwykła – ROK C
    1.09.2019

    Sułtan Mahomet IV, wypowiadając wojnę cesarzowi Leopoldowi i królowi Janowi Sobieskiemu przesłał list, w którym napisał takie słowa: „Z łaski Boga rządzącego w niebie, my Mola Mahomet, sławny i wszechmocny cesarz Babilonii i Judei, Wschodu i Zachodu, król wszystkich królów ziemskich i niebieskich, sułtan świętej Arabii i Mauretanii, urodzony i sławny król jerozolimski, władca i pan Grobu Krzyżowanego Boga niewiernych – tobie cesarzu Wiednia i tobie królu Polski daję święte słowo i waszym stronnikom, że zamierzam rozpętać wojnę w twoim kraju małym i poprowadzimy z sobą 13 królów z 1.300.000 wojownikami konno i pieszo. Tym wojskiem twój kraik stratujemy żelaznymi hufcami bez litości i miłosierdzia, ogniem i mieczem zniszczymy, w sposób, o którym ty i twoi stronnicy nie możecie mieć wyobrażenia. Przede wszystkim rozkazujemy ci, abyś nas oczekiwał w swojej stolicy w Wiedniu, abyśmy mogli ci ściąć głowę. Także i ty króliku polski uczyń to samo”…

    Można po dziś dzień oglądać ten dokument w wiedeńskim archiwum i uświadomić sobie jak śmieszny, a zarazem bardzo niebezpieczny może być człowiek nadęty pychą. A tymczasem ludzka droga jednakowo kończy się dla każdego. Jest nią brama, przez którą każdy przejść musi.

    Kiedy zmarła ostatnia cesarzowa Austrii Zita w wieku lat 97 pogrzeb jej odbywał się według następującego ceremoniału. Kondukt pogrzebowy dotarł do klasztoru ojców kapucynów w Wiedniu i wtedy mistrz ceremonii zapukał do bramy grobowca Habsburgów. Strażnik stojący po drugiej stronie zapytał:

    – Kto prosi o wpuszczenie do środka?

    – Zita, cesarzowa Austrii, ukoronowana królowa Węgier, królowa Dalmacji, Kroacji… Jerozolimy; arcyksiężna Taskany i Krakowa; księżna Lotaryngii… Salzburga; wielka księżna Siedmiogóry; księżna Dolnego i Górnego Śląska; hrabina Habsburga i Tyrolu; księżniczka Portugalii”…W sumie mistrz ceremonii wyliczył aż 54 tytułów.

    – Nie znam – odpowiedział strażnik.

    Prowadzący kondukt zapukał trzykrotnie do bramy i usłyszał znowu ten sam głos i to samo pytanie:

    – Kto prosi o wpuszczenie do środka?

    – Zita, Wasza Wysokość, cesarzowa i królowa!

    – Nie znamy jej!

    Nastąpiło kolejne trzykrotne pukanie i po raz trzeci to samo pytanie strażnika:

    – Kto prosi o wpuszczenie?

    Dopiero wtedy mistrz ceremonii odpowiedział:

    – Zita, śmiertelny i grzeszny człowiek.

    I brama natychmiast otworzyła się na oścież i równocześnie strażnik wypowiedział słowa:

    – Wejdźcie do środka.

    Ale to nie tylko wielcy tego świata otaczają swoje nazwisko przeróżnymi ozdobnikami, tracąc przy tym często właściwe proporcje. Pycha umie się ubrać również i w przymilne szaty, obezwładniając swoją mocą nawet tych, którym dane jest być blisko Bożych spraw. Trafnie postawił swego czasu pytanie ksiądz profesor Włodzimierz Sedlak: Kto powiedział, że pycha nie lubi się modlić? Bardzo lubi – byleby ubrać się jeszcze przy tym w złotą kapę, w pięknym kościele wypełnionym po brzegi. No bo czy jest w tym coś złego, że ja pokażę się dla chwały Bożej?

    Słyszałem taką historię o rabinie, kantorze oraz stróżu synagogi, którzy przygotowywali się do nadchodzącego Dnia Pokuty. Rabin bił się w piersi i mówił:

    – Jestem niczym, jestem niczym.

    Kantor bił się w piersi i mówił:

    – Jestem niczym, jestem niczym.

    Stróż także bił się w piersi i mówił:

    – Jestem niczym, jestem niczym.

    Poczym rabin do kantora ze zdziwieniem taki zrobił komentarz:

    – Spójrz tylko, kto śmie mówić, że jest niczym!

    Liturgia ostatniej sierpniowej niedzieli dotyka bardzo czułego punktu, który w ludzkiej naturze głęboko jest osadzony. Jezus na przyjęciu, które urządził przywódca faryzeuszów, nie mówi o przepisach savoir-vivre’u jak należy zachować się przy stole. Chodzi o daleko głębszą i o niezmiernie ważną prawdę. Hans Urs von Balthasar tłumaczy w ten sposób co to znaczy „zajmowanie ostatniego miejsca”: „Można powiedzieć, że Ewangelia traktuje o pokorze. Z tym, że pokorę trudno jest zdefiniować jako cnotę. Na dobrą sprawę nie można dążyć do jej osiągnięcia, bo wtedy chce się kimś być; nie można się w niej ćwiczyć, gdyż wtedy chcemy coś osiągnąć. Nikt, kto tę cnotę posiadł, nie może o tym wiedzieć, stwierdzić jej u siebie. Tak więc istotę pokory można ująć tylko poprzez negację: człowiek nie powinien pragnąć niczego dla siebie. I wtedy już sam, nie myśląc o tym, nie usiądzie na zaszczytnym miejscu, gdzie go wszyscy widzą, zwracają na niego uwagę, doceniają. Podobnie, gdy zaprasza na przyjęcie, nie powinien z premedytacją dobierać sobie takich gości, którzy mu się odwdzięczą zaproszeniem. Człowiek pokorny, gdy siada na ostatnim miejscu, to nie po to, by podziwiano jego pokorę, a gdy zostanie poproszony, by przesiadł się wyżej, to cieszy się nie ze względu na zaszczyt, lecz z powodu okazanej mu życzliwości. Człowiek taki w ogóle siebie nie ocenia, gdyż nie interesuje go wcale pozycja, jaką zajmuje wśród ludzi. A gdy Pan powie mu, że za swoją postawę otrzyma odpłatę „przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych”, człowiek pokorny pojmie to po prostu w ten sposób, że będzie u Boga. Albowiem tylko ta jedna myśl zaprząta jego serce: że Bóg stoi tak nieskończenie wyżej od niego – pod względem dobroci, potęgi, majestatu.”

    Od razu na myśl przychodzą słowa napisane przez Adama Mickiewicza: „Panie, czymże ja jestem przed Twoim obliczem? Prochem i niczem; Ale gdybym Tobie moją nicość wyspowiadał, Ja, proch, będę z Panem gadał”.

    Łacińskie słowo „humilitas” – znaczy pokora. Pochodzi ono od „humus” – czyli ziemia. Bo człowiek jest uczyniony Bożymi rękoma z mułu ziemi. I żyje na tej ziemi razem z innymi.

    Ojciec Jacek Salij porównuje ludzką społeczność do rośliny: „Cała roślina mobilizuje się do tego, żeby zakwitnąć i pachnieć i wydawać owoce. A przecież nawet korzonki spełniają w roślinie rolę niezastąpioną i bez nich roślina by zwiędła. My cieszymy się z tego, że możemy czynić dobro zarówno wtedy, kiedy przypadła nam rola korzonków, jak wtedy, kiedy znaleźliśmy się na pierwszym miejscu.” Bo jak pisze święty Paweł: „Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich.”

    ksiądz Marian Łękawa SAC