Month: July 2019

  • Rozważania

    Rozważania

    „Panie, naucz nas się modlić”
    XVII Niedziela zwykła – ROK C
    28 lipca 2019

    Apostołowie, przebywając stale z Panem Jezusem, widzieli jak często ich Pan i Mistrz trwał na modlitwie. Wiele razy w Ewangelii opisane jest jak odchodził na miejsca samotne, na których modlił się do swego Ojca. Przed każdym ważnym wydarzeniem Chrystus Pan spędzał wiele czasu, bywało że całe noce, na uboczu. Tam rozmawiał ze swoim Ojcem i łączył swoją wolę z wolą Ojca.

    Tak było na przykład przed wyborem dwunastu Apostołów. Albo innym razem zanim ogłosił swoje główne przesłanie zawarte w ośmiu błogosławieństwach odbył żarliwą modlitwę. Modlił się i na górze Tabor i w ogrodach Getsemanii. A jeszcze zanim poszedł do Ogrójca – w Wieczerniku wypowiedział wielką modlitwę podczas której ustanowił Najświętszą Eucharystię i wyświęcił pierwszych kapłanów. Nie można tu również nie wspomnieć szczególnej modlitwy, przejmującej i niezrozumiałej, jaką Boży Syn odbył ze swoim Ojcem z wysokości już krzyża.

    Apostołowie patrząc na co dzień na swojego Mistrza i Pana musieli być zauroczeni Jego widokiem kiedy powracał z modlitwy, dlatego nie dziwi przekaz dzisiejszej Ewangelii, że „jeden z uczniów rzekł do Niego: „Panie, naucz nas się modlić”. I Pan Jezus uczynił zadość tej prośbie i dał modlitwę najwspanialszą, która pozostanie nieocenionym skarbem dla wszystkich pokoleń, które przechodziły, przechodzą i będą przechodzić przez tę ziemię. Może to i dobrze, że ten który odczuł wielkie pragnienie, aby się modlić, tak jak Jezus, pozostał nieznany i z imienia i z twarzy. Bowiem w tej jego prośbie może wypowiedzieć się każdy, każdy kto odkryje w swoim sercu takie pragnienie. Wielki pisarz Józef Ignacy Kraszewski wyraził w przepięknej refleksji ujętej poezją owo pragnienie:

    „Jak kwiat ku słońcu, tak ku Bogu dusza
    Zwraca się czerpiąc w Nim siły,
    Modlitwa żywi, co życie wysusza,
    Modlitwa wlewa co bóle wypiły.
    Dwa światy wiąże złotymi ogniwy
    Świat umarłych i świat żywy.
    Tęsknotę słodzi, cierpienia uśmierza,
    Jest zdrojem łaski i tarczą rycerza.
    Módlmy się, módlmy, pijmy z tego zdroju
    Ochłodę w spiece i siły do boju.
    Spokój jakiego świat dać nam nie może,
    I łaską Bożą i natchnienie Boże.
    Modlitwa rzeźwi, na boleść nas zbroi,
    Oczyszcza serce i cierpienia koi,
    Módlmy się w sromie, w ucisku, w potrzebie,
    Z braćmi co cierpią, do braci co w niebie,
    Do Boga żywych i zmarłych, co słucha
    Modlitw uczynków i modlitwy ducha.
    Ona jest węzłem, co łączy dwa światy,
    Człowieka z Bogiem i ziemię z niebiosy”.

    Gdy mowa jest o modlitwie od razu przychodzi na myśl osoba świętego Jana Pawła II. Było mi dane nie tylko wiele razy z daleka na żywo, czy poprzez telewizję, ale również z bardzo bliska patrzeć na rozmodlonego Papieża w jego prywatnej kaplicy na Watykanie i w Castel Gandolfo. Święty Jan Paweł II naprawdę miał dar wchodzenia całkowicie w inną przestrzeń, którą zwykły śmiertelnik najwyżej co – może jedynie przeczuwać. Powiedzenie Simone Weil: „Mów mi, milcząc, o Bogu!” jest tu jak najbardziej zrozumiałe. On, zastępca Chrystusa na ziemi, niosąc coraz cięższy krzyż, każdą modlitwę okupywał ogromnym cierpieniem, przez co jeszcze bardziej upodabniał się do swojego Mistrza, który go wybrał. Jego błaganie za światem, które było usilne i pokorne, bardzo przypomina dzisiejsze I Czytanie. Cytowana już Simone Weil podaje i taki sprawdzian, który również bardzo przylega do osoby świętego Jana Pawła II: „Nie po sposobie, w jaki człowiek mówi o Bogu, ale po sposobie, w jaki mówi o rzeczach ziemskich, poznajemy najlepiej, czy jego dusza była w ogniu miłości Boga.”

    Do starego mnicha przyszedł jego współbrat i żalił się, że nie potrafi już ani wierzyć, ani się modlić. Prosił o zwolnienie ze służby Bożej, ponieważ jego serce skamieniało, a modlitwy stały się tylko jednym wielkim udawaniem.

    I wtedy doświadczony zakonnik taką dał mu radę:

    – Jeżeli już nie potrafisz się modlić, to idź i przynajmniej przypatruj się, jak robią to inni!

    Bo pragnienie modlitwy, pragnienie bliskości bycia z Bogiem jest obecne w każdym ludzkim sercu – tyle że bywa ono często zagłuszane poprzez zajmowanie się wieloma sprawami co powoduje gorączkowy aktywizm. Albo człowiek zaczyna coraz bardziej brnąć w różne niedobre namiętności. Ale nawet pomimo tego wciąż w głębi ludzkiego serca tli się tęsknota za Panem Bogiem, którą najtrafniej wyraził św. Augustyn: „Stworzyłeś nas dla siebie, Boże, i niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”.

    Kiedy moje serce szuka Boga, wtedy można się modlić nawet bez słów. Święty Jan Vianney zauważył, że do kościoła w Ars, gdzie był proboszczem, przychodził regularnie jego parafianin, prosty rolnik i zawsze długo się modlił. Zaciekawiony odważył się któregoś dnia zapytać go:

    – Powiedz mi, dobry człowieku, co ty takiego mówisz Panu Jezusowi, że zabiera ci to tyle czasu.

    – Nic nie mówię – odpowiedział rolnik. Po prostu patrzę na Jezusa, a Jezus patrzy na mnie i to jest cała moja modlitwa.

    Dar przebywania blisko Boga daje Bóg, który – jak napisał Karl Rahner – „może uczynić w naszym kierunku tysiąc kroków, ale ten jeden w Jego kierunku – ten musimy zrobić sami.”

    Zakończę obrazem, aby zdać sobie sprawę, jak ważny jest ten jeden krok i jak wielkiej wymaga nieraz odwagi.

    Brytyjski parowiec w listopadzie 1951 roku utkwił dziobem w piasku w pobliżu Borkum. Olbrzymie fale groziły w każdej chwili zatonięciem statku. Wysłane sygnały SOS sprowadziły pomoc. Ratowniczy statek wykorzystał jedyny możliwy sposób uratowania załogi: podpłynął bardzo blisko do parowca, aby można było przeskoczyć na jego pokład. Brytyjski kapitan od razu zrozumiał zamiary ratowników i skoczył – wyjątkowo – jako pierwszy, aby w ten sposób dać przykład pozostałym. Statek przepływał dwadzieścia razy obok parowca – trzynastu marynarzy zostało uratowanych, dwaj zginęli. Nie odważyli się na ryzykowny skok. Tylko ten, kto miał odwagę, został uratowany.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Rozważania

    Rozważania

    Wsłuchać się w Słowo Boże
    XVI Niedziela Zwykła – ROK C
    21 lipca 2019

    Zarówno dzisiejsze Pierwsze Czytanie jak i Ewangelia opisują Boże odwiedziny w ludzkich progach. Starotestamentowy Abraham przyjmuje trzech wędrowców z wielką serdecznością. Przygotowuje dla nich wspaniałą ucztę, tak jakby się domyślał, że w osobach tych trzech obcych nawiedza go nadprzyrodzona moc. Zresztą jego głęboki pokłon i słowa, które wypowiedział: „O Panie, jeśli jestem tego godzien, racz nie omijać swego sługi!” świadczą, że zdawał sobie sprawę kto nawiedził jego dom.

    Również Maria i Marta podejmują Chrystusa Pana w swoim domu w Betanii. Ta maleńka wioska położona opodal Jerozolimy w odległości niecałych 3 kilometrów była ulubionym miejscem Chrystusa. Zdążając do jerozolimskiej świątyni zwykł zachodzić do domu swojego przyjaciela Łazarza, brata Marii i Marty. Na pewno obie siostry i tym razem przywitały ze czcią i miłością najdroższego Gościa. Potem Marta poszła przygotowywać posiłek. Maria zaś, jak mówi Ewangelia – „usiadła u stóp Pana i wsłuchiwała się w Jego słowa.” To biblijne wyrażenie oznacza nie tylko, że aż tak blisko człowiek może być Boga, ale jest obrazem, który symbolizuje zasłuchanie, kontemplację. Jest wejściem w szczególne więzy, które sam Chrystus nazywa pokrewieństwem. Tak powiedział kiedy podczas swojego nauczania oznajmiono Mu: „Twoja Matka i bracia stoją na dworze i chcą się widzieć z Tobą. Lecz On im odpowiedział: Moją matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają Słowa Bożego i wypełniają je.” Te dwa elementy są więc ze sobą nierozłączne. Najpierw słuchanie Pana, a potem wypełnianie przyjętego Słowa, które uobecnia się w usługiwaniu drugiemu człowiekowi. Marta nie miała czasu, aby słuchać Jezusa, bo dla niej wydawało się być dużo ważniejsze najpierw działanie. Nie miała czasu, aby dowiedzieć się co Jezus ma jej do powiedzenia. Od razu zajęła się przygotowywaniem gościny. W tym swoim zakrzątaniu miała nawet za złe swojej siostrze, że jej nie pomaga. Uległa pokusie aktywizmu. Szkoda było jej czasu.

    Jak często słyszę dziś takie powiedzenia, że modlitwa to strata czasu, że trzeba działać, bo czas to pieniądz. I tak człowiek narzeka sam siebie usprawiedliwiając, że nie ma czasu na modlitwę. Rano trzeba się śpieszyć, bo tyle zajęć najpierw w domu, potem w pracy. Wieczorem człowiek jest już tak zmęczony, że nic się nie chce. I z każdym dniem ten brak czasu dla Boga powiększa pustkę człowieczego serca, w którym miłość do Boga i bliźniego wypala się. A wtedy tę pustkę zaczynają wypełniać głosy coraz większego żalu, pretensji właśnie do Boga, do kręgu bliskich człowiekowi osób. Bardzo trafnie zawarta jest w piosence, śpiewanej przez młodych ludzi na pielgrzymkowych trasach, propozycja skierowana właśnie do człowieka całkowicie zagonionego w sprawach tego świata, którego zwykło się dziś określać słowem „pracoholic”:

    „Zatrzymaj się na chwilę – Nad tym, co w sercu kryjesz
    Zatrzymaj się na chwilę – I pomyśl: po co żyjesz?
    Jedną małą chwilę zawsze znaleźć możesz
    Odejść z gwaru życia – Spojrzeć w Serce Boże.”

    W „Zeszytach Odnowy w Duchu Świętym” znalazłem takie świadectwo Małgorzaty:

    „Pojechałam do Warszawy na studia i zachłysnęłam się samodzielnością. Dalej trzymałam się wartości wpojonych, ale Bóg został zepchnięty na margines. Nie czułam, że jest mi na co dzień potrzebny. Czegoś mi jednak brakowało. Zaczęłam prosić Boga, by mi pokazał, po co ja żyję… Potem przyszedł czas bezrobocia, wyrzuty Bogu, że mnie zostawił. Siedziałam w domu, mój mąż pracował. Z życzliwej osoby zrobiłam się potworem: wiecznie niezadowolona, czasami agresywna. Ale w końcu uświadomiłam sobie, że drogi są tylko dwie: albo z Bogiem, albo z szatanem. Zdecydowałam się być z Bogiem tak jak On chce, ale wewnątrz niczego nie czułam. I wtedy wszystko zaczęło się zmieniać. Jak wcześniej spadałam w dół, teraz równomiernie wychodziłam na górę. Przyszedł niesamowity spokój… Dalej byłam bezrobotna, ale przestałam wojować. I po pół roku byłam już zupełnie kimś innym. W końcu przypomniałam sobie, że prosiłam Boga o zobaczenie sensu mego życia. Dostałam to, czego chciałam. Zaczęłam się otwierać na Niego przy pomocy ludzi. Wyszłam ze swej skorupy. Wiele osób nie poznawało mnie zupełnie – tego kogoś nowego, radosnego… Teraz pracuję, ale wiem, że to, co przeżyłam, nie jest ostatnią potyczką. Droga za Chrystusem jest trudna i wymagająca, ale to, co się zyskuje, przechodzi najśmielsze oczekiwania.”

    Człowiek nie może działać właściwie, prawidłowo, jeżeli wcześniej nie wsłucha się w Słowo Boże. Przygoda Abrahama pod dębami Mamre z dzisiejszego I Czytania zaczęła się już wcześniej, mianowicie od okazania posłuszeństwa Bogu, który kazał mu wyruszyć w nieznane z jego rodzinnego miasta, chaldejskiego Ur. Hans Urs von Balthasar komentując biblijne wydarzenia Starego Testamentu zauważa, że one zawsze zaczynają się od słów: „Słuchaj, Izraelu”. W Kościele również najpierw jest przepowiadanie Słowa. Ono wyprzedza wszelkie działanie. Takie jest przesłanie dzisiejszego II Czytania: „Jakże mieli uwierzyć w Tego, którego nie usłyszeli? Jakże mieli usłyszeć, gdy im nikt nie głosił?”

    Czy ja słucham Słów, które mówi Jezus? Aby usłyszeć Jego Słowa moje serce musi być wyciszone. Ojciec Jacek Salij porównuje ludzkie serce do jeziora. Jeżeli wrzucę kamień w wody jeziora wzburzonego, ono wcale nie zareaguje. Natomiast kiedy woda jest spokojna, to wystarczy wrzucić nawet mały kamyk, a zaraz pojawiają się fale, które zaczynają rozchodzić się coraz szerszym kręgiem. Podobnie jest z człowiekiem. Jeżeli jest zabiegany jak Marta, jeżeli jego głowa zajęta jest tysiącami różnych spraw potrzebnych i niepotrzebnych – wtedy nie można usłyszeć Bożego głosu. A wołanie Boga stale rozbrzmiewa. I jest to wołanie głośne i wyraźne.

    Abym nie bał się ciszy, bo to jest dziś jakiś znak czasu, że człowiek lęka się ciszy. Są nawet tacy ludzie, którzy kładąc się spać, włączają radio, aby zaraz po przebudzeniu już od samego rana w ich pokoju coś grało czy mówiło. Boją się nawet tych kilku minut porannej ciszy. W ilu domach bez przerwy słychać radio, telewizję, czy DVD. Tak samo bez przerwy włączony jest radioodbiornik w samochodzie, w miejscu pracy. A to przecież ani nie ludzka inteligencja, ani jego wykształcenie, ale właśnie – wyciszone serce umożliwia spotkanie z Bogiem.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • Rozważania na 14 lipca 2019

    Rozważania na 14 lipca 2019

    Zaproszenie do naśladowania Chrystusa
    XV Niedziela Zwykła – ROK C

    Pytanie, które postawił Panu Jezusowi uczony w Prawie nie jest pytaniem szczerym. Ewangelia wyraźnie zaznacza jaka była jego intencja na początku tej rozmowy. Ale Chrystus Pan, pomimo przewrotności ludzkiego serca, nigdy nikogo nie ignoruje. I tym razem również daje swoją szansę, aby człowiek, który w taki właśnie sposób miał odwagę zadać Bogu pytanie: „A kto jest moim bliźnim?” potrafił teraz przyjąć Bożą odpowiedź prawdziwie i szczerze.

    Dlatego Pan Jezus podejmuje rozmowę. O dziwo, uczony w Prawie zaczyna słuchać Bożych słów, a tym samym zaczyna je lepiej rozumieć. Słów, które on wypowiada do Jezusa – łącznie jest 40. A Jezus mówi do niego trzy razy więcej, używając 130 słów. W tych słowach tłumaczy, że bliźnim nie jest każdy spośród kilku miliardów ludzi. Bo dla człowieka niemożliwą jest rzeczą kochać tak naprawdę wszystkich ludzi jednocześnie. Poprzez przypowieść o miłosiernym Samarytaninie Pan Jezus pokazuje bardzo dobitnie i jednoznacznie co to znaczy „mój bliźni”. Jest nim ten oto konkretny człowiek, który potrzebuje pomocy właśnie ode mnie, bo jest w moim zasięgu. W języku polskim już samo słowo „bliźni” wyraża tę rzeczywistość – to znaczy ten, kto jest blisko, blisko mnie.

    Pan Jezus wymienia trzy osoby i pokazuje ich zachowanie wobec poranionego człowieka. Pierwszy przechodził kapłan, który uważał, że jest powołany jedynie tylko do składania ofiar i do prowadzenia pobożnego życia, a nie do zajmowania się działalnością miłosierną. Nie zrozumiał, że nawet pobożność może człowieka wykoślawić, jeżeli skupi się jedynie i wyłącznie wokół miłości własnej. Taka egoistyczna pobożność potrafi wyjałowić serce i to do cna, całkowicie.

    Kolejną osobą był lewita, sługa świątynny, który może tak został uformowany, że widział tylko sprawy związane z organizowaniem kultu i dla niego to było najważniejsze. Nie widział w sobie potrzeby, aby zatrzymać się i zająć cierpiącym człowiekiem. Może obydwaj odczuwali w sobie jakieś współczucie względem napadniętego, może narzekali, dlaczego takie niebezpieczeństwa czyhają na drogach. Kto wie, może nawet byli gotowi, że jak tylko kogoś odpowiedniego spotkają od razu powiadomią o leżącym tam człowieku. Dziś można by znaleźć prostszy i wygodniejszy sposób, aby uspokoić sumienie – telefonem komórkowym zadzwonić na policję, po pogotowie ratunkowe i iść spokojnie, nawet przyśpieszyć kroku, aby nie patrzeć na przykry widok, no i z obawy o własną skórę. Niewiadomo jakie były ich myśli. Jedno jest pewne: nie pomogli swojemu bliźniemu, który potrzebował ich pomocy. Zachowali się bezdusznie.

    Na szczęście był jeszcze trzeci, który podążał tą samą drogą i który zachował się zupełnie inaczej. Dla niego nie były ważne w tej chwili różne urazy i antagonizmy, jakie dzieliły Żydów i Samarytan. Bo dla niego napadnięty pochodził z wrogiego narodu. Teraz było tylko jedno ważne – jest człowiek na pół umarły i potrzebuje natychmiastowej skutecznej pomocy.

    Ojciec Jacek Salij zauważa jeszcze, że w przypowieści znajduje się dyskretny szczegół, mianowicie iż ów nieszczęśnik wpadł w ręce zbójców z własnej winy. Schodził z Jerozolimy do Jerycha. Oddalał się więc od miasta Bożego. A oddalanie się od Boga jest wchodzeniem w jakąś przestrzeń chaosu, w której trudno ukryć się w cieniu Bożych skrzydeł. Nieprzypadkowo więc Pan Jezus wybrał do swojej przypowieści tę właśnie drogę, bo ona bardzo dobrze ilustruje niebezpieczną sytuację.

    Daniel Rops w książce Dzieje Chrystusa tak pisze: „Droga pomiędzy Jerycho a Jerozolimą nie jest długa – około 35 km – ale opada w dół stromo i prowadzi przez ponurą pustynię, przez nagie wzgórze, przez bezładnie stłoczone skały, na których plama geologicznej smugi manganu o kolorze krwi pogłębia uczucie grozy. Jest to miejsce odpowiednie dla szakali i rabusiów: jeszcze do niedawna nie można się było na tę drogę zapuszczać bez obaw.”

    Droga do Jerycha jest symbolem człowieczej drogi, na której trzeba się zmagać z pokusami szatana, z wadami i różnego rodzaju przyzwyczajeniami do złego a przede wszystkim z własnym egoizmem. Również na takiej drodze napotyka się niechęć i wrogość do wszystkiego co jest związane z wiarą, z Kościołem, z Panem Bogiem. Człowiek idąc taką drogą nie może sam sobie poradzić. Dlatego w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie Pan Jezus tylko pozornie nie występuje. Hans Urs von Balthasar idąc za myślą Ojców Kościoła, pisze: „Tylko Pan Jezus mógł ją w ten sposób opowiedzieć. Opowiedzieć tak, że oto ci, co winni okazać miłosierdzie – kapłan i lewita – obojętnie mijają cierpiącego, i tylko obcy wzrusza się losem „na pół umarłego”, pielęgnuje go, opatruje i zapewnia opiekę pod swoją nieobecność. Tylko Jezus mógł tę historię tak opowiedzieć, ale nie dlatego, żeby miał reprezentować jakąś postawę humanistyczną, tylko dlatego, że sam dla nas wszystkich uczynił przeobficie to samo, co ów obcy. Samarytanin staje się tu pseudonimem Jezusa i gdy uczony w Piśmie słyszy polecenie: „I ty czyń podobnie”, to jest to zaproszenie do naśladowania samego Chrystusa.”

    Czytałem o pewnym konkursie recytatorskim, który był zorganizowany na temat miłości bliźniego. Czas każdego wygłaszanego przemówienia nie mógł przekraczać 10 minut. Zgłosiło się wielu kandydatów. Nie przewidzieli jednak, że czekał ich pewien sprawdzian: przed wejściem do studia każdy z nich spostrzegał człowieka leżącego na ziemi na skutek zemdlenia. Było to pozorne omdlenie. I co się okazało? Zaledwie kilku kandydatów zostawiło konkurs i zajęło się leżącym człowiekiem. To właśnie oni ten konkurs wygrali.

    Czy taki konkurs nie trwa w życiu każdego człowieka? Żeby go wygrać trzeba okazywać miłosierdzie, na które czeka sam Chrystus w człowieku głodnym, spragnionym, nagim, podróżnym, w więzieniu, chorym, strapionym, pokrzywdzonym.

    Nie pytam więc: Kto jest moim bliźnim? Bowiem stawiam sobie już inne pytanie: Czy ja jestem bliźnim dla człowieka, którego Pan postawił na mojej drodze?

    ks. Marian Łękawa SAC

  • komentarz do Liturgii Słowa

    Roznosić Boży pokój
    XIV Niedziela Zwykła – ROK C
    – 7 lipca 2019

    Pan Jezus po zmartwychwstaniu ukazując się Apostołom rozpoczyna swoje spotkania od słów: „Pokój wam”. I w dzisiejszej Ewangelii wysyłając uczniów „po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał” – wyraźnie zaznacza co mają mówić kiedy wejdą do jakiegoś domu: „Pokój temu domowi”.

    Nie inaczej rozpoczyna się każda Eucharystia. A potem przed przyjęciem Komunii św. kapłan modli się o ten „pokój”, który z kolei jest przekazywany każdemu. Co to znaczy? Na czym on polega? Bo można mieć wątpliwość – skoro u św. Jana zapisane są takie słowa: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam; nie jako daje świat, ja wam daję”. Zaś u św. Mateusza jest zdanie, które jakby było zaprzeczeniem, że Pan Jezus przyniósł pokój: „Nie mniemajcie, że przyszedłem zsyłać pokój na ziemię; nie przyniosłem pokoju, ale miecz.”

    Słowo „pokój” może być rozumiane na wieloraki sposób. Świat narzuca „pokój” według swoich kryteriów. Na przykład powiedzenie „spokojna głowa” zrobiło swoją karierę. A cóż ono oznacza? Po prostu „pokój” ludzi, którzy znakomicie potrafili się „urządzić” na tym świecie. Albo wyreżyserowany „pokój” widoczny tylko na fasadzie – a wewnątrz perfidny plan, który polega na odczekaniu do właściwego momentu, aby wtedy móc „odegrać się” za wszystkie czasy i „wykończyć” bliźniego, bo on kiedyś nadepnął na mój czuły odcisk i strasznie uraził moją ambicję. Albo widząc wyrządzaną krzywdę i niesprawiedliwość komuś obok mnie – a z mojej strony nie ma żadnej reakcji. Bo co mnie to obchodzi. Ja jestem sam umęczony swoimi sprawami, a poza tym interesuje mnie tylko moja własna osoba. Zamykam się w ten sposób w sobie i coraz bardziej otaczam się swoim egoizmem. Chcę mieć święty spokój. To samo może dotyczyć całej grupy ludzi. Jak często okazuje się być mylnym uproszczenie: skoro nie ma wojny – to znaczy, że jest już pokój.

    Na szczęście nie brakuje ludzi i dziś dla których rozliczne formy pokoju, choćby te wyżej wymienione, nie znajdują żadnej akceptacji. Co prawda świat ich lekceważy, traktuje z przymrużeniem oka i nie bierze poważnie.

    Prawie już od lat 40 żyję wśród moich Rodaków i ileż to razy było mi dane i nadal jest ocierać się o tych „dziwnych” ludzi, przeważnie w podeszłym wieku – wciąż krystalicznie uczciwych, wciąż ofiarnych. A niestety spotyka ich najczęściej pogardliwe spojrzenie i to nawet od najbliższych. Spotykam także i młodych, którzy nie zapłacą każdej ceny za karierę, choć ci, których kochają żądają od nich tego. To są tacy ludzie jakby „nie z tego świata”. Siedzi w nich jakaś dziwna busola nastawiona na inny porządek – nie ten „życiowy”. I jak to dobrze, że są na tym świecie tacy ludzie, bo przez nich życie nie tylko staje się znośniejsze, ale ocalona zostaje wiara w niezwyciężone dobro posiane w ludzkim sercu.

    Opowiadał mi ktoś o starym lekarzu, który ostatnie swoje lata kończył w przytułku. Można by sądzić, że przegrał życie. A on tymczasem był człowiekiem nadzwyczaj szczęśliwym i spokojnym. Chciał być naukowcem, a został „omnibusem”. Kochał swój dom, ale żona odeszła. Uważała go za niedołęgę. Dwóch synów zginęło, a najmłodszy i najbardziej umiłowany, który osiągnął wysoką pozycję w swojej karierze, napisał jedynie list, bo nie znalazł czasu odwiedzić swojego ojca. List był w dodatku jeszcze z nutą pretensji powtarzającej się jak refren: „stary frajerze, nie umiałeś nauczyć, jak się żyje”. A przecież ten stary doktor, Bóg jeden wie, ilu pozostawił na swojej drodze dłużników. I choć mogło wydawać się, że przegrał życie – to jednak ten wielki jego spokój wrażliwego sumienia był zastanawiający, który musiał u cwanych, sprytnych i mądrych tego świata wywoływać niepokój.

    Dzisiejsze Boże Słowo mówi właśnie o takim prawdziwym pokoju i o tych, którzy ten pokój roznoszą. Pan Jezus wysyłając siedemdziesięciu dwóch uczniów wie dobrze na jak wielki trud ich posyła. Bo mówi: „Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki”. Już w samym tym zdaniu zawiera się istota na czym ma polegać życie Jego naśladowców. On sam został posłany przez Ojca jako „Baranek” między ludzi, którzy okazali się wilkami. Ów „Baranek jakby zabity” osiągnął wspaniałe zwycięstwo, które – jak mówi Apokalipsa – czyni Go godnym i zdolnym do otwarcia wszystkich pieczęci historii świata. Chrystus Pan pojawia się wśród ludzi całkowicie bezbronny. „Jedyną bronią – jak pisze Hans Urs von Balthasar – była mu Jego misja, która, dopóki trwała, chroniła Go przed zakusami wrogów, choć zdarzało się, że musiał się ratować ucieczką. Tych, którzy mają głosić Jego Dobrą Nowinę – a jest tych „robotników mało” – Jezus najpierw pozbawia wszelkiego oręża; oto mają najpierw życzyć pokoju tym, których odwiedzą, bez względu na to, czy ten pokój zostanie przyjęty, czy nie. Jeśli zaś nie zostanie przyjęty, to nie mają go narzucać siłą, lecz po prostu wędrować dalej. Jednak zarówno tym, co chcą słuchać, jak i opornym wysłańcy Jezusa mają głosić, że bliskie jest królestwo Boże, po to, by ludzie mogli się przygotować odpowiednio do krótkości czasu”.

    Żeby sprostać wymaganiom posłańca Pańskiego, który ma roznosić Boży pokój, trzeba zgodzić się iść drogą trudną. Wystarczyć musi pewność, że Pan Jezus już zwyciężył i że dał dar swojego pokoju, aby go ponieść w świat. Już sam ten fakt wypełnia serce radością. A to, że natrudzić się trzeba – to nic. I to, że żadnych sukcesów nie widać – to też nic nie znaczy. Bo Pan Bóg działa. Działa na swój sposób i widzi to, czego ludzkie oczy jeszcze widzieć nie potrafią.

    Tak właśnie dojrzewają Boże owoce w Bożym sadzie. Tak są zapisywane Bożą ręką ludzkie imiona. Dziwne, że na ziemi nie są rozpoznane. Świat uważa ich nawet za nieużytecznych.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • komentarz na XIII Niedzielę zwykłą 30 czerwca 2019

    komentarz na XIII Niedzielę zwykłą 30 czerwca 2019

    Działać w prawdzie

    Czytałem o takim spotkaniu ewangelizacyjnym, podczas którego prowadzący zapytał słuchaczy:

    – Czy jesteście święci?

    Pytanie wśród zgromadzonych ludzi wywołało zdziwienie, ale ten, który je zadał nie dał za wygrane i ponownie zapytał, tym razem młodego mężczyznę siedzącego w pierwszym rzędzie:

    • A ty, czy jesteś święty?
    • Co prawda… próbuję nim być, ale czy jestem? – odpowiedział zaskoczony takim pytaniem.

    Wtedy pytający powiedział do swojego rozmówcy:

    – Próbuj wstać!

    I ten od razu z miejsca wstał.

    – Ale ja nie mówiłem: „wstań”, tylko „próbuj wstać”.

    Człowiek ten usiadł i po chwili znowu wstał.

    – Ty przecież wstałeś, a ja powiedziałem ci: próbuj wstać.

    – Jak mam próbować wstać – zapytał zmieszany słuchacz. Albo siedzę, albo wstaję. Nie rozumiem co to znaczy: próbować wstać?

    Na tym przykładzie prowadzący grupę modlitewną pokazał bardzo przekonywująco jaka jest różnica pomiędzy natychmiastowym działaniem a chęcią próbowania. Nie ma czegoś takiego, że ja próbuję być świętym. Albo jestem święty teraz w tym konkretnym czasie, albo nie jestem.

    Słowo Boga skierowane dziś do mnie domaga się właśnie takiego zdecydowanego opowiedzenia się. W Ewangelii znajduje się dwadzieścia siedem opisów, w których występuje słowo: „natychmiast”. A raz jeden występuje słowo „próbować” i to w sytuacji kiedy Pan Jezus mówi do Żydów: „Nie próbujcie sobie wmówić: ‘Abrahama mamy za ojca’.”

    Wymagania Jezusa skierowane do owych trzech ludzi pragnących iść za Nim są radykalne i natychmiastowe, ale oni nie są jeszcze gotowi, aby pójść zaraz, natychmiast. Brak im tego zdecydowanego kroku, uczynienia wszystkiego od razu, co jest ich powołaniem, co dana chwila wymaga od nich.

    W Księdze Apokalipsy wyraźnie jest powiedziane: „Obyś był zimny albo gorący! A tak, skoro jesteś letni i ani gorący, ani zimny, pocznę cię wyrzucać z mych ust.” Zaś św. Mateusz zanotował takie słowa Pana Jezusa: „Królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je.”

    Ksiądz Piotr Pawlukiewicz w książce Bóg dobry aż tak? zwraca uwagę jak ważnym momentem w życiu duchowym każdego chrześcijanina jest chwila postanowienia: „Choć może człowieka, którego powinieneś przeprosić, spotkasz dopiero jutro, może do spowiedzi będziesz mógł pójść za kilka godzin, może tę rzecz, którą musisz oddać, odniesiesz właścicielowi za kilka dni, to tę decyzję możesz podjąć już teraz! I jesteś święty. Natychmiast! Możesz natychmiast stać się święty – w autobusie, w kolejce do kasy, nawet leżąc w łóżku. Każdy człowiek na świecie, gdzie chce i kiedy chce, może natychmiast stać się święty! I to jest najprawdziwsza, niesamowita wolność, którą zyskaliśmy przez to, że Jezus już nas zbawił.”

    Dzisiejsze II Czytanie mówi o takiej wolności ku której „wyswobodził nas Chrystus” i która realizuje się poprzez oddawanie siebie bliźniemu: „miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie”. Ale rozeznanie i wybór tej właściwej, tzn. prawdziwej wolności nie jest łatwy. Dla wielu staje się wręcz labiryntem. Kazimierz Brandys w książce Nierzeczywistości pisze w ten sposób, że „wolność polega na kontrolowaniu i władaniu instynktami, nie zaś na ich zaspakajaniu. Natura we mnie, jeśli jej nie otamuję, powiększy moją zależność i moją niewolę.” Podobne słowa można znaleźć u Artura Górskiego: „wszystko, co daje swobodę, co uwalnia ducha, a nie umacnia zarazem panowania nad sobą, jest zgubne.”

    Ojciec Święty Jan Paweł II stale przypominał, że tylko w przestrzeni prawa moralnego można być człowiekiem prawdziwie wolnym. Jednym z podstawowych źródeł kryzysu współczesnej cywilizacji jest właśnie lekceważenie tej elementarnej prawdy. W orędziu pokojowym na rok 1981 pisał: „Nie ma prawdziwej wolności w społeczeństwie permisywnym, które myli wolność z zezwalaniem na jakikolwiek wybór, i które głosi w imię wolności pewien rodzaj powszechnej amoralności. Pogląd, że człowiek jest wolny w organizowaniu swego życia bez odwoływania się do wartości moralnych, i że nie jest zadaniem społeczeństwa zapewnienie ochrony i rozwoju wartości etycznych, jest wypaczeniem wolności.”

    Zaś młodzieży zgromadzonej w Rzymie tłumaczył, że „być wolnym to znaczy spełniać owoce prawdy, działać w prawdzie. Być wolnym to znaczy umieć siebie poddać, podporządkować prawdzie – a nie: podporządkować prawdę sobie, swoim zachciankom, interesom, koniunkturom. Być wolnym to – wedle programu Chrystusa i Jego królestwa – nie użycie, ale trud. Trud wolności.

    Kto szuka wolności łatwej, znajdzie tylko taką, która jest niczym innym, jak tylko przystosowaniem się do wielorakiego przymusu: do przymusu zmysłów i instynktów, do przymusu sytuacji, do przymusu wywieranego przez środki przekazu, do przyjmowania obiegowych schematów myślenia, wartościowania, postępowania, w których zagłusza się podstawowe pytanie o to, czy postępowanie takie jest dobre czy złe, godne czy niegodne.”

    To, że człowiek musi walczyć sam z sobą i ze swą pożądliwością, by zachować prawdziwą wolność, wcale nie przemawia przeciwko podarowanej mu wolności; przecież nawet sam Chrystus musiał stoczyć wewnętrzną walkę w trakcie kuszenia. Jezusowa wolność polega właśnie na ciągłym czynieniu woli Ojca. I idąc tym śladem człowiek prawdziwie wyzwala siebie. Na tej drodze zaczyna widzieć cały sens wolności, którą jest miłość.

    Raz jeszcze zacytuję słowa papieża, tym razem z sierpnia 1983 roku: „Staliśmy się uczestnikami wolności samego Chrystusa, wolności w dawaniu siebie samych… Ten, kto wybrał oddawanie siebie Bogu i bliźnim, już teraz żyje życiem wiecznym.”

    W tym moim zdecydowaniu odnawianym każdego dnia trzeba mi być bardzo przezornym, bo jest jeszcze ktoś, kto zawsze zwodzi człowieka i mówi właściwie całkiem rozsądnie, może się nawet wydawać, że życzliwie. Słyszę ten szept, abym sobie dał spokój, abym w końcu był realistą: „Ty chcesz być święty, z twoimi grzechami, z twoimi słabościami? Bądź zwykłym, normalnym i przyzwoitym człowiekiem. Najwyżej, jak już chcesz, możesz próbować się poprawić, ale też nie od razu”… I jeżeli dam się zwieść tej podstępnej taktyce tym samym wchodzę na niebezpieczny teren, na którym rezygnuję z walki i nie podejmuję już decyzji zdecydowanej i gwałtownej. Pozostaje mi wtedy tylko bałamutne pocieszanie samego siebie – faktycznie zacznę dopiero od jutra, od przyszłego miesiąca…

    Błagam Cię więc Panie o siłę i odwagę, abym zawsze podejmował natychmiastową walkę, bo Tobie zaufałem, który wciąż dotykasz mnie cudem swego miłosierdzia.

    ksiądz Marian Łękawa SAC