Pierwsza Tajemnica – PRAWDA
Druga Tajemnica – WEZWANIE
Trzecia Tajemnica – PRZESTROGA
słuchaj mp3 lub oglądaj na YouTube
Dzisiejsza niedziela jest znana w całym Kościele jako niedziela Bożego Miłosierdzia. Wreszcie wypełnia się pragnienie Pana Jezusa, który wypowiedział do siostry Faustyny takie pocieszające słowa: „W dniu tym otwarte są wszystkie upusty Boże, przez które płyną łaski.” I ten wielki dar stanie się dziś udziałem bardzo wielu ludzi. Na pewno skłoni do większego zaufania przebaczającej Miłości i na pewno obudzi żal nie tylko za swoje grzechy, ale i za grzechy całego świata.
Tylko jeden Bóg wie ilu znowu podejdzie do kratek konfesjonału, aby pojednać się w sakramencie pokuty, który wysłużył Boży Syn w pierwszy Wielki Piątek, aby odtąd już stale i nieustannie przetaczać ze Swojego serca Krew i Wodę oczyszczając tym samym ogromny organizm swojego Kościoła.
Za każdym razem, kiedy jestem w Polsce, mam tę możliwość bycia w krakowskich Łagiewnikach. I zawsze w tym sanktuarium widzę wielu pielgrzymów, nie tylko z Polski, ale z różnych stron świata. Jadąc od strony południowej, z mojego rodzinnego miasta, z daleka jest już widoczna 77 metrowa wieża, która wyrasta z ogromnej bazyliki mogącej pomieścić 5 tysięcy ludzi. Wchodząc do niej od razu zwraca uwagę duży obraz Miłosiernego Jezusa na tle uginających się od wichru gałęzi, które symbolizują niespokojne ludzkie serca. Idąc zaś do klasztornej kaplicy sióstr przechodzi się obok okna, przy którym jest tablica informująca, że w tym pokoju mieszkała siostra Faustyna. Z tego pokoju Pan Jezus zabrał ją do siebie kiedy miała zaledwie 33 lata, w niecały rok przed wybuchem II wojny światowej. W kaplicy po lewej stronie umieszczony jest obraz, który namalował Adolf Hyła w roku 1944. Stamtąd każdego dnia w Godzinie Miłosierdzia odmawiana koronka ogarnia cały świat. Bowiem istotą tego nabożeństwa jest ufność do miłosiernego Boga i wypływające z tego kultu wielkie pragnienie czynienia uczynków miłosiernych. Ks. Zdzisław Wietrzak, jezuita, który jest kapelanem w tym sanktuarium, pisze, że „tak nam to przekazała prosta i niewykształcona siostra Faustyna, mistyczka. Pisała swój Dzienniczek z posłuszeństwa, językiem prostym i z licznymi błędami ortograficznymi. Jego głęboka treść teologiczna przerastała ją samą. Dlatego widać, że w tym jest palec Boży. Zatem przyjmujmy słowa Dzienniczka jako słowa zbawcze Jezusa.”
Ale nabożeństwo do miłosiernego Jezusa czy nie jest upokorzeniem mojej pychy? Czy nie budzą się wielorakie wątpliwości, że rzeczywiście Pan Bóg posługuje się aż tak prostymi środkami? Człowiek bowiem bardzo często podobny jest do Naamana, dowódcy wojsk syryjskich, który zachorował na straszną chorobę trądu. Kiedy stanął przed drzwiami proroka Elizeusza, był pewny, że on wyjdzie, stanie przed nim, zawezwie imienia Boga swego, Jahwe, dotknie go i w ten sposób wyleczy z trądu. A tymczasem prorok kazał mu przez posłańca powiedzieć, aby obmył się siedem razy w Jordanie i będzie zdrowy. I gdyby nie słudzy Naamana, którzy go nakłonili, aby wykonał tak łatwe, choć jego zdaniem upokarzające zadanie, pewnie nie byłby uwolniony z tej odrażającej choroby. Człowiek zawsze ma ochotę narzucić Panu Bogu swój własny scenariusz. Tu przypomina mi się autentyczna rozmowa z pewnym zamożnym i przystojnym mężczyzną, o której dowiedziałem się od ks. Piotra Pawlukiewicza. Mężczyzna ten pozwolił wykorzystać historię swojego życia, bo być może okaże się pomocna innym. Opowiadał w ten sposób: „Byłem kilka lat po ślubie. Miałem piękną i kochającą żonę, przeurocze dzieci i żadnych powodów do narzekania. I właśnie wtedy opętał mnie duch nieczystości. Zaczęło się od coraz bardziej odważnych dowcipów z koleżankami w pracy, potem niby żartobliwych dotknięć, aż wreszcie nastąpiła pierwsza zdrada. Z pomocą alkoholu, który usuwał wstyd i łamał skrupuły, brnąłem dalej w nieczystość. Jedna koleżanka, druga koleżanka, potem jakaś stara miłość sprzed lat, i dalej, co było potworne, <zaliczyłem> także żonę kolegi. Zdobywałem łupy jak doświadczony myśliwy. Bo uczuć między nami nie było żadnych, tylko czysty seks. Najwyżej lubiliśmy się. Moje poczucie humoru, uroda, hojne prezenty i wystawny styl życia pomagały osiągnąć niemalże wszystko, co chciałem. Na szczęście Bóg nie odebrał mi światła sumienia. Wiedziałem, że to co robię, jest podłe. Żona nie domyślała się niczego. Ale gdy wracałem do domu, a ona z uśmiechem i czułym słowem podawała obiad, to dosłownie chciało mi się wyć z bólu. Uciekałem przed spojrzeniem dzieci jak przed rozpalonym żelazem. A następnego dnia, mimo mocnych postanowień z poprzedniego wieczoru, kolejną panią trzymałem już w ramionach.
Jestem katolikiem i spowiadałem się z tego wszystkiego. Nie chciałem, aby żona zauważyła, że w niedzielę na Mszy św. przestałem przystępować do komunii, więc spowiadałem się często. I nie z czystego formalizmu. Naprawdę byłem zrozpaczony i chciałem przerwać to pasmo grzechu. Nie potrafiłem. Przy konfesjonale byłem szczery, księża naprawdę starali mi się pomóc. Ja to wszystko doskonale rozumiałem, ale mimo to, jak ćma, wracałem do tego, co mnie wyniszczało. Aż przy jednej spowiedzi ksiądz powiedział krótko i konkretnie: <Bracie, obrazek Jezusa Miłosiernego do portfela i codziennie koronka do Miłosierdzia Bożego. A obrazka nie zapomnij codziennie pocałować>. Po raz pierwszy myślałem, że się na spowiedzi zdenerwuję. Miałem jeszcze nadzieję, że mi jakieś ekstra-rekolekcje pomogą, jakaś specjalna pokuta, książka, a tu spowiednik każe mi paciorki przesuwać i obrazeczki święte całować. Ale w tej rozpaczy byłem gotów na wszystko. Obrazek w kurii kupiłem, różaniec po cichu wyciągnąłem ze szkatułki stojącej na regale w pokoju. A potem ja, człowiek z wyższym wykształceniem, współwłaściciel niemałej firmy, zamykałem się w łazience i po kryjomu, ze ściągawką w ręku, odmawiałem koronkę. Obrazek całowałem w windzie, w garażu, czy w łazience. I po miesiącu stał się cud. Dosłownie CUD! Patrzyłem na te same kobiety, które kiedyś rozpalały mnie do białości i nic. Nie pragnąłem ich. No, może czasem, ale to już nie było to. Wystarczyło przecież powiedzieć jedno słowo, aby je mieć, ale ja tego słowa nie mówiłem. Byłem inny! Byłem szczęśliwy! Jestem szczęśliwy!
Pan Bóg nie wyłączył mi popędu seksualnego. Szatan ze mnie nie zrezygnował. I już po tamtym zwycięstwie też były małe wpadki. Ale generalnie ocalałem. I wierzę, że choć walka nie jest jeszcze skończona, Jezus mnie z ręki nie wypuści. Przecież mi to obiecał. Jeszcze przed rodziną nie przyznałem się do tego obrazka i koronki, którą nadał codziennie odmawiam, ale może kiedyś to zrobię? Może moje dzieci też kiedyś tego skarbu będą potrzebowały?”
Właściwie człowiek teoretycznie zgadza się z prawdą, którą Kościół głosi, że Bóg jest nieskończenie dobry. Tylko – czy ta prawda dotyka mnie samego, moje serce? Co się dzieje wtedy kiedy mój grzech, z którym nie umiem sobie poradzić, pod którym wciąż upadam i który rani moją ambicję, moją pychę burząc moje fałszywe mniemanie o własnej doskonałości? Właśnie wtedy przychodzi szatan z tą najstraszniejszą pokusą zwątpienia w Boże przebaczenie. Ta diabelska wątpliwość urasta do tego stopnia, że człowiek zaczyna na serio wątpić – czy to możliwe, żeby Pan Bóg naprawdę aż tyle razy był gotów mi wybaczyć? To przecież nie mieści się w głowie! I jest prawdziwa tragedia, jeżeli po popełnieniu kolejnego grzechu człowiek dochodzi do stwierdzenia: Już nie mogę iść do spowiedzi, bo nie mam żadnych szans na Boże wybaczenie. Wtedy szatan odnosi tryumf.
Dziś jest niedziela Bożego Miłosierdzia, naprawdę dzień niezwykły, w którym każdy może dotknąć samego Boga, jak niewierny Tomasz, aby wreszcie uwierzyć, że Pan Bóg jest aż tak wielki. Żeby się o tym przekonać trzeba się wyspowiadać, choćby grzechy moje były nie wiem jak ciężkie i moja ostatnia spowiedź bardzo wiele lat temu – doświadczę Jego przebaczającej łaski i choć trochę zrozumiem co napisała św. Faustyna w swoim Dzienniczku: „O, gdyby to dusze zrozumieć chciały, jak bardzo je Bóg miłuje! Wszystkie porównania, chociażby najczulsze i najsilniejsze, są tylko bladym cieniem w porównaniu z rzeczywistością.”
ks. Marian Łękawa SAC
Kiedy Łazarz wyszedł z grobu wywołany mocą Chrystusowego słowa – powrócił jedynie do życia, jakie już było jego udziałem i które śmierć znowu przerwała po jakimś czasie.
Tymczasem Zmartwychwstały Pan, doświadczając ludzkiej śmierci przeszedł przez nią po to, aby otworzyć człowiekowi zupełnie inny wymiar życia. I jak całkowicie nieporównywalny jest ten nowy wymiar w stosunku do obecnego padołu świadczy fakt, że Pan Jezus musiał po wielokroć ukazywać się i przekonywać swoich najbliższych, że „to Ja jestem, nie bójcie się!”
A bali się bardzo, skoro pozamykali się na wszelkie możliwe sposoby wciąż nie mogąc się pozbierać po tym, co wydarzyło się w Wielki Piątek. Przecież widzieli i to z bliska, jak zabijano ich Pana, ich Mistrza. To zabijanie trwało długo i z wielkim okrucieństwem. Po potwornym biczowaniu w cierniowej koronie – co musiało sprawiać przeraźliwy ból – dźwigał krzyż. A potem przybity do tego krzyża umierał w straszliwych męczarniach. Wciąż żywa pamięć o tych okrutnych epizodach Jezusowej męki rozsadzała ich głowy.
Jeszcze nie byli w stanie pojąć i zrozmunieć, że właśnie w tej odrarżającej śmierci Chrystus już odniósł zwycięstwo, o którym mówił zanim się wydarzyło podczas swojego nauczania: „Teraz odbywa się sąd nad światem. Teraz władca tego świata zostanie precz wyrzucony. A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, pociągnę wszystkich do siebie”.
Dominikanin o. Jacek Salij tak pisze o tym Jezusowym zwycięstwie już na krzyżu: „Mimo strasznych cierpień jest dokładnie taki, jakim był zawsze, a swoim zachowaniem daje świadectwo, że nawet wśród potwornych cierpień krzyża możliwa jest miłość. Sposób Jego umierania nie tylko nie skompromitował Jego nauki, ale ją potężnie uwierzytelnił. Któż by się dziwił skazańcowi, jeśliby w torturze ukrzyżowania zapomniał o swojej matce? Chrystus Pan czyni miłość nawet na krzyżu i nie tylko swojej Matce. Kiedy litościwe kobiety z Jerozolimy płakały nad Jego utrapieniem, On myśli przede wszystkim o ich dobru i powiada im: Raczej nad swoim życiem się zastanówcie oraz nad duszami waszych bliskich! Łotrowi nie tylko przebaczył grzechy, ale pomógł mu przyjąć okropne męki ukrzyżowania z godnością i w nadziei życia wiecznego. Nawet na własnych morderców potrafił spojrzeć nie tylko w perspektywie straszliwej krzywdy, jaką mu wyrządzili. Umiał zauważyć, że ci nieszczęśnicy nie wiedzą, co czynią, i modlił się za nich, aby Ojciec Przedwieczny okazał im miłosierdzie.”
I tak dokonała się całkowicie druzgocąca porażka szatana, który w ten sposób chciał dokonać sądu nad Jezusem. A tymczasem na Kalwarii odbył się sąd zarówno i nad tym światem, jak i nad władcą tego świata. Chodzi o ten świat, w którym ludzkie relacje odbywają się według diabelskiego scenariusza, gdzie dominuje kłamstwo i przemoc. Potworna śmierć Bożego Syna sprawiła, że człowieczy los na tej ziemi definitywnie odmienił się. W ten sposób miłość i prawda stały się niezwyciężone. Tu sprawdzają się słowa Pana Jezusa, który mówi, że na nic zda się potęga zła. Potrafi najwyżej zabić ciało, ale nie potrafi zniszczyć miłości w człowieku pokładającym całą swoją ufność w Bogu – źródle prawdziwej miłości.
Dzisiejsza uroczystość Zmartwychwstania jest ogłoszeniem Jezusowego zwycięstwa na krzyżu. „Swoim zmartwychwstaniem, jak pisze wspomniany już o. Salij, dał nam świadectwo, że On – prawdziwy Człowiek – jest prawdziwie Synem Bożym i że wobec tego zwycięstwo, które odniósł na Kalwarii, ma wymiar nieskończony: może być ono źródłem mocy zwycięskiej przeciwko złu dla każdego z nas. Naprawdę jest się czym radować! Jeśli Chrystus zmartwychwstał, to nie tylko korzenie zła zostały nieodwołalnie podcięte, ale nasze istnienie nabrało sensu na życie wieczne.”
I to jest ten rdzeń wielkanocnych radości, bowiem horyzont naszego życia nie kończy się wraz ze śmiercią. Każdy kto otrzymał chrzest nosi w sobie Boże życie, które jest w nim jak ziarno posiane w ziemi. I ono rośnie i ono się rozwija ku nieśmiertelności.
A teraz zapytam siebie: Czy w ten świąteczny, uroczysty dzień ogarnia mnie z tego powodu entuzjazm radości? Bo jeżeli nie – to może być też i tak, jak zauważa Ferdynand Krenzer w swojej książce Taka jest nasza wiara, że współczesny człowiek często przypomina kogoś, kto w kasie kolejowej prosi o bilet pierwszej klasy, zupełnie nie interesując się tym, dokąd jedzie pociąg. Bo liczy się tylko na pierwszym miejscu pragnienie, aby jechać przez życie w wygodnym przedziale nie zadając sobie żadnego trudu postawienia pytania – co będzie dalej. To widoczne jest już przy wyborze rodziców chrzesnych, gdzie często wogóle nie bierze się pod uwagę ich zaangażowania religijnego. A później wychowując swoje pociechy – jakie jest najważniejsze kryterium? Czy aby na pewno modlitwa i wielka chęć przybliżenia dzieciom Pana Boga? Ile energi i ile czasu człowiek jest gotów poświęcić, żeby tylko dziecko wykształcić, urządzić, nauczyć zaradności. I to wszystko z myślą o przyszłości. Ale jakiej mówimy przyszłości?
Ks. Piotr Pawlukiewicz mówi wprost: „Nie ma większej miłości do dziecka, brata, żony jak prowadzenie bliskiej osoby do wieczności, jak złożenie ukochanego człowieka w ręce Tego, który przenosi przez dolinę śmierci.”
Zdając sobie sprawę, że w dniu dzisiejszym tak uroczystym wśród zgromadzonych na Eucharystii są i tacy, którzy żartobliwie próbują tłumaczyć swoją doroczną obecność nie naprzykrzaniem się Panu Bogu, albo bardziej pretensjonalnie, że Kościół właściwie to nic nie daje… chciałbym opowiedzieć historię pewnego starszego naukowca, do którego domu włamali się złodzieje. Ten poszkodowany człowiek opowiadał o tym przykrym wydarzeniu ze śmiechem. Zapytany, dlaczego się śmieje, skoro został okradziony, odpowiedział, że owszem zabrali mu bardzo dobre radio i jeszcze kilka technicznych urządzeń, drobną kwotę pieniędzy i butelkę francuskiego koniaku. Ale co to jest w porównaniu z tym co znajduje się na półce. A tam, wśród wielu książek stały dwa starodruki, za które można by było kupić bardzo dobrej marki samochód. Tyle musieli się napracować, żeby przepiłować kraty i wejść do mieszkania, w którym jednak nie zauważyli najbardziej wartościowej rzeczy.
Kościół, w którym jesteśmy, i który też tworzymy, jest bardzo często krytykowany za wiele mankamentów. Ale przede wszystkim w Kościele znajduje się jeden wielki skarb, a jest nim dar zmartwychwstania, który sam Boży Syn wysłużył przechodząc przez największą otchłań ludzkich ciemności. I ten dar Bóg ofiarowuje człowiekowi.
Oby ta prawda o zmartwychwstaniu obudziła mnie z mojego snu codzienności, bo wtedy będę mógł powtarzać całym swoim sercem, całym swoim życiem sobie i wszystkim, których Pan postawił na mojej drodze: Radujmy się! Chrystus zmartwychwstał, prawdziwie zmartwychwstał.
ks. Marian Łękawa SAC
Kim byli ci, którzy w tamtej przełomowej chwili odgadli, że Jezus z Nazaretu, Nauczyciel głoszący słowa pełne mocy, jest Mesjaszem, synem Dawida, oczekiwanym i obiecanym Zbawicielem? Byli to zwykli ludzie, a wśród nich wyróżniali się entuzjazmem i aktywnością młodzi, którzy w ten sposób stali się niejako „zwiastunami” Mesjasza. Zrozumieli oni, że nadeszła godzina Boża, godzina wytęskniona i błogosławiona, od wieków wyczekiwana przez lud Izraela. Dlatego wyszli z gałązkami oliwnymi i palmowymi, aby ogłosić triumf Jezusa. (28 marca 1999)
ORĘDZIE KRZYŻA
W naszej epoce, w której dobrobyt materialny i wygoda są przedstawiane i poszukiwane jako najwyższe wartości, nie jest łatwo zrozumieć orędzie płynące z krzyża. Ale wy, drodzy młodzi, nie lękajcie się głosić Ewangelii krzyża w każdej sytuacji. Nie lękajcie się iść pod prąd! Chrystus Jezus „uniżył samego siebie, stając się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej. Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył” (Flp 2, 8-9). Podniosły hymn z Listu św. Pawła do Filipian przypomniał nam, że krzyż ma dwa nierozłączne aspekty: jest jednocześnie bolesny i chwalebny. Cierpienie i upokorzenia śmierci Jezusa są ściśle związane z Jego wywyższeniem i chwałą zmartwychwstania. Bądźcie zawsze świadomi tej pocieszającej prawdy. Męka i zmartwychwstanie Chrystusa stanowią ośrodek naszej wiary i są naszą ostoją w nieuniknionych próbach codzienności. (4 kwietnia 2004)
WIELKI CZWARTEK 18 kwietnia 2019
MSZA WIECZERZY PAŃSKIEJ – godz. 19.00
ADORACJA PANA JEZUSA W CIEMNICY – do godz. 21.00
WIELKI PIĄTEK 19 kwietnia 2019
LITURGIA NA CZEŚĆ MĘKI PAŃSKIEJ – godz. 19.00
ADORACJA PRZY GROBIE PAŃSKIM – do godz. 21.00
ROZPOCZĘCIE NOWENNY DO BOŻEGO MIŁOSIERDZIA
W Wielki Piątek obowiązuje post ścisły (co do ilości i jakości)
tj. ograniczenie się do spożycia trzech posiłków, dwóch lekkich i jednego do syta (od 18 do 60 r. życia), oraz wstrzemięźliwość od pokarmów mięsnych, jak w każdy piątek (od 14 r. życia do jego końca).
WIELKA SOBOTA 20 kwietnia 2019
WIGILIA PASCHALNA W WIELKĄ NOC – godz. 21.00
ADORACJA PRZY GROBIE PAŃSKIM OD GODZ. 15.00 – 16.00
ŚWIĘCENIE POKARMÓW WIELKANOCNYCH: przed i po ADORACJI, jak również od g. 10 – 12
Centrum całego roku liturgicznego jest Święte Triduum Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Pańskiego, które osiąga szczyt w Niedzielę Zmartwychwstania. W tym roku Wielkanoc będziemy obchodzili 21 kwietnia.
W każdą niedzielę – Paschę tygodnia, Kościół święty uobecnia wielkie wydarzenie, przez które Chrystus zwyciężył grzech i śmierć. Ze świąt Paschalnych wypływają wszystkie święte dni:
– Środa Popielcowa, rozpoczynająca Wielki Post, jest w tym roku 6 marca;
– uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego – 2 czerwca;
– uroczystość Zesłania Ducha Świętego – 9 czerwca;
– uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej – 20 czerwca.
W dniu 1 grudnia przypada pierwsza Niedziela Adwentu.
Równocześnie w święta Matki Bożej, Apostołów, świętych
i we wspomnienie wiernych zmarłych, Kościół pielgrzymujący na ziemi głosi Paschę swojego Pana.
Chrystusowi, który był, który jest i który przychodzi, Panu czasu i historii, niech będzie wieczna chwała przez wszystkie wieki wieków. Amen.
Dlaczego Pan Jezus tak straszliwie i okrutnie cierpiał?
To pytanie wciąż i wciąż do mnie powraca.
Może pytając boję się odpowiedzi i dlatego nie chcę jej przyjąć?
Bo ona jest – właśnie w tym cierpieniu.
Dopóki nie przyjmę i nie uwierzę,
skarga Jezusa: Co więcej jeszcze miałem uczynić, aby przekonać jak bardzo mocno
ukochałem ciebie? – pozostanie na zewnątrz,
przed drzwiami mojego serca.
Krzyż biorę do ręki.
Całuję go.
Nie całuję narzędzia tortur i zbrodni – ale Miłość, która pozwoliła przybić się
na drzewie krzyża.
Nie będę już pytał więcej, tylko mój grzech wyrzucę daleko od siebie
i z głębi mojego serca żalem serdecznym pieśń żałosną zanucę – pieśń,
którą PAN JEZUS już zbyt długo śpiewał dla mnie:
„Ludu, mój ludu, cóżem ci uczynił…
ks. Marian Łękawa SAC
Nie przypadkiem tak się wydarzyło, że kilka lat temu naWielki Post Mel Gibson ofiarował dzieło swojego życia – film o Jezusowej męce. Ci, którzy już oglądali nie ukrywają jak bardzo go przeżyli i do jakiego stopnia zostali nim poruszeni. Bo trzeba przyznać, że Chrystusowa męka i śmierć przestała już przemawiać do wielu współczesnych ludzi. Ale czy tylko dlatego, że cała dramaturgia stała się jakby nieobecna? Przecież Ciało i Krew, ból i śmierć – to wszystko jest prawdziwe. Skoro więc słowo nie działa i skoro symbole straciły moc – film trafił w swój czas: jako wstrząs i jako przypomnienie.
W roku 1972, zaraz po moich święceniach kapłańskich, zostałem wysłany do Francji, aby pracować w redakcji pallotyńskiego miesięcznika Nasza Rodzina. I dopiero tam miałem możność po raz pierwszy zobaczyć religijny film: Człowiek z Nazaretu. Wtedy odbywały się bardzo żywe dyskusje nie tylko na temat tego filmu, ale i innych o tematyce religijnej – czy jest jakiś sens ekranizować Ewangelię. No bo na przykład – jak pokazać Boskość Pana Jezusa, skoro nadprzyrodzoność w ogóle nie jest fotogeniczna?
Z tamtego jednak filmu utkwił we mnie bardzo głęboko, między innymi, obraz z dzisiejszej Ewangelii. Do Pana Jezusa przywleczono jawnogrzesznicę. Faryzeusze, wśród których byli młodsi i starsi utworzyli pierścień. Każdy z nich trzymając za plecami kamień był pewny, że tym razem Chrystus już nie zdoła im się wymknąć. Pytają: „Nauczycielu, kobietę tę dopiero co pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?” W tej rabinistycznej kalkulacji każda odpowiedź była na ich korzyść. Bo jeżeli postąpi jak Mojżesz – to nie ma w Nim nic nadzwyczajnego. A jeśli nie zgodzi się z prawem mojżeszowym i zażąda uwolnienia kobiety – jawnie sprzeniewierzy się prawu. Tak czy owak będą mieć poważny argument przeciwko Niemu. Na ekranie było widać, jak krąg oskarżycieli wokół Jezusa i kobiety jeszcze bardziej się zacisnął. Ona klęczała z głową prawie zanurzoną w piasku. I na tym samym piasku pochylony Pan Jezus coś pisał. Po pewnej chwili podniósł się i zapytał: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamień”. Odszedł kilka kroków, aby mogli zacząć rzucać kamieniami. Ale kamienie, dotąd trzymane kurczowo w ich rękach, zaczęły powoli i dyskretnie upadać w piach wydając głuchy dźwięk. Jeden po drugim odchodził. Kamera ujęła dokładnie taki szczegół, że najpierw odchodzili starsi. Wśród pozostawionych kamieni ułożonych w takim samym kręgu, w jakim stali faryzeusze, pozostał tylko Pan Jezus i kobieta. Kiedy usłyszała słowa: „Nikt cię nie potępił?” – dopiero wtedy odważyła się popatrzeć na Chrystusa i odpowiedziała: „Nikt Panie!” W tym słowie „Panie” wyraziła całą tajemnicę znaczenia hebrajskiego słowa „Adonai” i greckiego „Kyrios”. W tym momencie na ekranie ukazało się światło, które rozświetliło postać Chrystusa, a potem to światło ogarnęło niewiastę, która wyznała w Jezusie Boga i to był początek jej drogi do wielkiej świętości. Ten film, dzięki swojemu artystycznemu ujęciu zdołał przedstawić i oddać coś z tajemnicy nadprzyrodzoności.
Faryzeusze byli tak blisko Chrystusa. Dlaczego jednak odeszli? Dlaczego nie skorzystali z nawrócenia? Co stanęło na przeszkodzie? Odpowiedź na te pytania przypomina inną scenę, tym razem ze świątyni, gdzie modlił się faryzeusz i celnik. Jeden z nich nie przyznał się do grzechu, bo go nawet w sobie nie widział. Najwyraźniej zadowolony był ze swojego życia, którym chełpił się przed Bogiem. Ale grzechy innych widział bardzo dobrze i potrafił jeszcze nimi się gorszyć!
Dzisiejsze Słowo Boże wyraźnie ukazuje, jak pisze Hans Urs von Balthasar, „nas, grzesznych, w chwili gdy oskarżamy przed Jezusem innych grzeszników. Jezus, pisząc palcem po ziemi, jest jakby nieobecny duchem. Dwa razy tylko przerywa milczenie: za pierwszym razem zrównując oskarżycieli i oskarżonych we wspólnej winie, za drugim po to, by – skoro nikt już nikogo nie oskarża – wypowiedzieć słowa przebaczenia. W obliczu Jego cierpienia, które znosi On w milczeniu, umilknąć też muszą wszelkie oskarżenia, „albowiem Bóg poddał wszystkich nieposłuszeństwu, aby wszystkim okazać swe miłosierdzie”. To, że nikt nie oskarżył kobiety cudzołożnej, należy tłumaczyć nie tylko pierwszą wypowiedzią Jezusa w scenie ewangelicznej, ale przede wszystkim drugą; On bowiem cierpiał za wszystkich, by dla wszystkich wyjednać przebaczenie niebieskie, i z tego powodu nikt już nie może oskarżać drugiego przed Bogiem.”
W tym Wielkim Poście Bóg znowu woła: „Nawróćcie się do Mnie całym swoim sercem! Czy tym razem w końcu dotrze do mnie Jego wołanie i ogarnie całe moje serce? Bo można zachowywanie przykazań nakazać, można przymusić pod strachem, albo zachęcić różnymi atrakcjami – jak mówią tubylcy, że w kościele był very nice service. Ale na nic się to zda. Bo co z tego, choćbym nawet uchodził na zewnątrz za gorliwego katolika – jeżeli moje serce nie będzie kochać? Bo zostało zastraszone, przekupione, oczarowane własnymi uczuciami i emocjami, ale niestety – nie Panem Bogiem. Ale Pan Bóg nie zniechęca się. Wciąż kładzie na ścieżce mojego życia przeróżne wydarzenia, aby rozbijały moją nic nie wartą pobożność i wyrywały mnie z moich iluzji. Kto wie, czy wspomniany na początku film o Jezusowej męce nie jest jednym z nich?
Ks. Piotr Pawlukiewicz zauważa, że „niechrześcijanie dziwią się niekiedy, dlaczego tak bardzo czcimy krzyż Chrystusa, skoro jest to narzędzie okrutnej śmierci. Dziwią się, dlaczego rozważamy mękę Pańską, mówimy o ranach Chrystusa. Przecież to wszystko było straszne i odrażające. Tak, to prawda, krzyż jest narzędziem tortur i zbrodni, krwawe rany są źródłem wielkiego cierpienia. My wiemy o tym, ale jednak widzimy w tym coś jeszcze. Widzimy przede wszystkim miłość. A jej prawo jest takie, że tu, na ziemi miłość zawsze musi się wyrażać w widzialnych znakach… Takim znakiem, który nie może kłamać: to cierpienie i śmierć. Jeśli ktoś cierpi za kogoś, jeżeli oddaje za kogoś życie, to w sposób absolutnie pewny wyraża swoją miłość.”
ks. Marian Łękawa SAC