Month: February 2019

  • komentarz do Bożego Słowa

    Przebaczenie 
    VII Niedziela Zwykła – ROK C

    24 luty 2019

    Pomiędzy rodzinami Kellych i Murphych istniał bardzo zadawniony spór. Nikt już nie pamiętał, jak to się zaczęło, ale wzajemne żale – prawdziwe i zmyślone – przekazywano sobie z pokolenia na pokolenie. Kiedy umierał stary Kelly zawezwano księdza, aby udzielił mu namaszczenia i żeby skłonił do pojednania. Ksiądz rzeczywiście usilnie go namawiał, aby wreszcie zakończył odwieczny spór pomiędzy rodzinami i wybaczył Murphym, lecz starzec był nieugięty. Wtedy kapłan powiedział do niego w ten sposób:

    • Wkrótce staniesz u stóp Bożego tronu i będzie z tobą niewesoło, jeżeli zabierzesz ze sobą do grobu swój gniew.

    Strach przed Boskim sądem nagle zmiękczył zawzięte serce umierającego starca. Wprawdzie niechętnie, ale jednak zgodził się przebaczyć. Ksiądz przywołał jego pięciu synów, którzy stanęli wokół łóżka i zażądał, aby powiedział w ich obecności o swoim pojednaniu.

    • Cóż dzieci – mówił ojciec – pojednałem się z Bogiem i przebaczam Murphym na zawsze!

    W pokoju zapanowało milczenie. Trwało jednak niedługo, bo umierający Kelly po pewnej chwili dopowiedział kolejne zdanie:

    • Ale zapamiętajcie sobie, wstanę z grobu, jeśli który z was im przebaczy!

    Niechęć do wybaczenia prawdziwego czy też wyimaginowanego zła, które ludzie zadają ludziom, jest jak trucizna, która niszczy życie człowieka i to nie tylko w wyrazie twarzy, ale przede wszystkim w sferze duchowej i uczuciowej. Takie rany bywają nieraz bardzo głębokie. Przebaczenie, które jest rzeczą niesamowicie trudną, staje się jeszcze trudniejsze, prawie że nie do pokonania, kiedy człowiek swoje urazy, swoją gorycz i żal wciąż w sobie odświeża. Takie życie z nienawiścią staje się prawdziwym koszmarem, bo wynaturza człowieka.

    Tymczasem Pan Jezus w dzisiejszym nauczaniu stawia bardzo wyraźne wymagania: „Powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają”. A jednak pomimo radykalizmu tych słów nie można nie zgodzić się, że Chrystus ma tutaj całkowitą rację. Bowiem każda chęć odwetu nie tylko że nie wyrównuje krzywdy, ale rozkręca spiralę kolejnych odwetów powodując, że w krótkim czasie coraz więcej ludzi staje się jednocześnie i coraz głębiej krzywdzicielami i pokrzywdzonymi, a kołowrót zemsty toczy się coraz szybciej, niszcząc swoją machiną wszystkich, którzy w nim uczestniczą. Dlatego zaniechanie chęci odwetu, przynajmniej przez jedną ze stron, jest po prostu jedynym rozsądnym wyjściem.

    Mimo, że jest czymś zupełnie naturalnym, iż pierwszy odruch człowieka, którego dotyka krzywda, chce albo oddać, albo uciekać – w zależności od okoliczności. Ale Pan Jezus zdecydowanie sprzeciwia się takiemu postępowaniu. Mówi nie o odwecie – bo wtedy istniejące w ludzkim sercu możliwości czynienia dobra zostają przysłonięte chęcią zemsty. I nie o ucieczce – bo taka ucieczka paraliżuje całą dobrą energię ogarniając człowieka strachem. Co więcej: Chrystus nie kończy na tych wymaganiach. Idzie jeszcze dalej, bo mówi, że należy kochać swoich krzywdzicieli i swoich prześladowców – nie za ich uczynki, ale dlatego, że noszą w sobie człowieczeństwo. Bóg bowiem obdarzył każdego człowieka niepojętą godnością.

    O. Jacek Salij w książce pt. „Miłujcie nieprzyjacioły wasze” pisze dlaczego nie wolno nienawidzić ludzi: „Jeśli nienawidzę choćby tylko jednego człowieka, tym samym nie szanuję ludzkiej godności w ogóle, również swojej własnej. Bo wówczas siebie i innych szanuję przede wszystkim za dobre czyny, za odpowiadający mi sposób myślenia, za temperament, za pokrewieństwo lub przynależność do tego samego narodu – pomijam zaś w gruncie rzeczy to, co najważniejsze, to znaczy samo człowieczeństwo. Przykazanie miłości nieprzyjaciół niesłychanie poszerza nasze pojęcia na temat ludzkiej godności. Teoretycznie biorąc, jest ono wprawdzie konieczną konsekwencją wiary w rzeczywistość ludzkiego ducha. Praktycznie jednak ono tę wiarę ożywia i weryfikuje. Bazuje bowiem na przeświadczeniu, że w każdym człowieku jest coś głębszego niż jego przeżycia psychiczne, funkcje społeczne, kultura, czy nawet moralność.”

    Tutaj staje się bardziej zrozumiała cierpliwość, którą okazuje człowiekowi Bóg: „On sprawia, że słońce wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych”. Pan Jezus mówiąc o swoim Ojcu zachęca do naśladowania: „Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny”. Podnosi człowieka z tej ograniczonej ludzkiej zasady współżycia: „Jeżeli miłujecie tylko tych, którzy was miłują”… – do poziomu miłowania na sposób samego Boga. W liturgii Mszy św. Kościół się modli : „Byliśmy umarli z powodu grzechu i niezdolni zbliżyć się do Ciebie, ale Ty dałeś nam najwyższy dowód swego miłosierdzia, gdy Twój Syn, jedyny Sprawiedliwy, wydał się w nasze ręce i pozwolił się przybić do krzyża”. Dlatego Pan Jezus jest darem bezinteresownej miłości dla wszystkich, a więc i dla swoich wrogów. Wszystkich uczynił „Bożymi pomazańcami”.

    „Czym Saul był dla Dawida, tym dla nas jest każdy bliźni – namaszczony przebłagalną ofiarą śmierci Jezusa”, pisze Hans Urs von Balthasar.

    Żyjąc wśród swoich Rodaków, którzy zaznali wielorakich i ogromnych krzywd w czasie wojny i po jej zakończeniu, często w rozmowie dotyka się problemu: w jaki sposób ukarać ludzi, którzy czynili i czynią w swoim życiu tak wiele zła? Czasami trudno jest zauważyć, że to już przez sam fakt czynienia zła doznaje się kary. Pełnienie zaś dobra jest już nagrodą w samą w sobie. Na pewno złoczyńców można i trzeba karać, ale trzeba tutaj naśladować Boże karanie, to znaczy – prawdziwą karę czyniący zło sami sobie już wymierzyli i dlatego należy przede wszystkim im współczuć i modlić się za nich, aby doznali łaski nawrócenia.

    W 1944 roku w płonącej Warszawie Jan Romocki napisał krótką modlitwę:

    „Uchroń od zła i nienawiści
    Niechaj się odwet nasz nie ziści.
    Na przebaczenie im przeczyste
    Wlej w nas moc Chryste.”

    Zaś w obozie koncentracyjnym w Ravensbrück znaleziono przy zabitym chłopcu tekst takiej oto modlitwy:

    „O Panie, pamiętaj
    nie tylko o kobietach i mężczyznach dobrej woli
    ale także o tych, których sumienie jest chore.
    Nie pamiętaj
    Wszystkich tych cierpień, które nam zadali;
    pamiętaj o owocach zrodzonych
    przez te cierpienia –
    naszej przyjaźni i lojalności
    naszej pokorze, naszej odwadze
    naszej hojności, otwartości naszych serc
    i gdy przyjdzie dla nich dzień sądu
    pozwól by wszystkie te owoce zrodzone w nas
    były ich wybawieniem.”

    Ks. Marian Łękawa SAC

  • komentarz do Liturgii Słowa

    Prawdziwe szczęście i bogactwo
    VI Niedziela Zwykła – ROK C
    17 luty 2019

    Słyszałem takie opowiadanie o pasterzu, który mając tylko kilka owiec całymi dniami grał na piszczałce wyciętej z gałęzi czarnego bzu. W zależności od swojego nastroju grywał na niej raz cicho, raz głośno, a bywało i to często, że jego muzykowanie było smutne.

    Któregoś dnia, kiedy wygrywał jedną ze swoich melodii, ogarnęła go tęsknota za czymś doskonałym. Odtąd to pragnienie stawało się w nim coraz mocniejsze. Żył nadzieją, że przyjdzie taki moment w jego życiu, w którym odnajdzie wyczekiwaną doskonałość.

    I zdarzyło się, że pewnego poranka kiedy grał na swojej piszczałce, zauważył ptaka z piórami koloru tęczy, który siedział na gałęzi. Wyglądało to tak, jakby słuchał jego muzyki. Pasterz od razu pomyślał: „to jest wreszcie ta doskonałość, za którą tak bardzo tęskniłem”.

    Delikatnie zbliżył się do drzewa i to tak blisko, że ptak był już prawie w zasięgu jego ręki, ale on nagle zatrzepotał skrzydłami i uniósł się w powietrze. Po chwili usiadł na innym drzewie. Pasterz jednak bardzo pragnął posiąść tego ptaka i dlatego postanowił za nim iść. Ale za każdym razem, kiedy zbliżał się do niego, on odfruwał z jednej gałęzi na drugą, z jednego drzewa na inne. W tej wędrówce, idąc wciąż za ptakiem, pasterz najpierw zauważył rannego kosa, który był w niebezpieczeństwie, ponieważ czyhał na niego kot. Przegonił więc kota a tymczasem kolorowy ptak był już nad brzegiem rzeki. Kiedy już dochodził do niego, ptak znowu odleciał. Wtedy na nadbrzeżnych kamieniach zauważył trzepocącą się rybę, która bardzo chciała dostać się do wody. Pomógł jej wpuszczając ją do rzeki. Tym razem ptak pofrunął na krzak jałowca. Pobiegł za nim, a tam zobaczył zwiędnięty kwiat, który wyrastał z ziemi zupełnie wysuszonej. Więc przyniósł trochę wody z rzeki i podlał marniejącą roślinę. A ptak znowu uniósł się i odleciał, ale tym razem już na drugi brzeg, w stronę zachodzącego słońca.

    Pasterz tak sobie pomyślał: „Przecież ten ptak zrobił ze mnie głupka”. Rozczarowany szedł z powrotem do swoich owiec. Ale w tej powrotnej drodze zauważył jak pięknie rozwinął się kwiat, który on podlał. Nad brzegiem rzeki pluskała ryba, ciesząc się życiem. Dzięki niemu znowu była w wodzie. A w koronie jodły kos swoim śpiewem dziękował mu za ocalenie.

    Wtedy pasterz zrozumiał, jaki sens może mieć trwająca całe życie tęsknota za doskonałością, nawet jeżeli nie można jej chwycić do ręki.

    Człowiek na pewno jest gotów robić coś sensownego w swoim życiu, tylko bywa i to bardzo często, że ten człowieczy los staje się złożony i skomplikowany. Stwarza taką sytuację stania na rozdrożu, gdzie nie wiadomo w którą stronę iść. Przecież już samo słowo, którym posługuje się człowiek – jak różne mieści w sobie treści i jak różne ma znaczenia.

    Słowo Boże przeznaczone na dziś mówi o najpiękniejszym programie, który Pan Jezus przygotował dla każdego chrześcijanina. Ten program zawarty jest w Kazaniu na Górze. W taki właśnie sposób uczniowie Chrystusa poznają, jak mają żyć i jak postępować. Ale człowiek ze swoimi wątpliwościami wciąż pyta: Co to oznacza, kiedy Ewangelia mówi o „błogosławionych”? Na pewno nie są to ludzie „szczęśliwi” w takim sensie, w jakim rozumie je świat. Pismo św. po wielokroć zwraca uwagę, że Boże rozumowanie jest diametralnie różne od ludzkiego rozumowania: „Myśli moje nie są myślami waszymi, a drogi moje nie są drogami waszymi”. Mądrość w oczach Boga oznacza zgoła coś innego, aniżeli mądrość w oczach tego świata. Widać to wyraźnie na przykładzie samego Chrystusa, kiedy Go Herod w imię mądrości ziemskiej przyoblekł w szatę szaleńca i nazwał Go głupim, pomyleńcem i wyśmiał Go. I jak pisze ks. biskup Jan Pietraszko – „Echo tego Herodowego śmiechu tłucze się i odbija poprzez wszystkie ludzkie pokolenia. Prawdziwi uczniowie Chrystusa, ci, którzy prawdę Chrystusową biorą na serio, często słyszą tu, na tym świecie, pod swoim adresem to słowo: głupi, zacofany”.

    Ale gdyby nie ci „głupi i zacofani” – jak wyglądałby świat? Wyglądałby okropnie, gdyby nie było takich ludzi, którzy potrafią wciąż trwać w trudnym małżeństwie – choć mądrość tego świata nazywa ich frajerami, bo nie umieją ułatwić sobie życia. Jak wielkim błogosławieństwem jest znaleźć na tym świecie – cwanym, sprytnym i wyrachowanym – człowieka, który wierzy jeszcze w prawdziwą, bezinteresowną miłość i przyjaźń. Jak cenny jest, choć głupi w oczach świata, człowiek, który przebacza, który nie szuka odwetu. A jak potrzebnymi są ludzie czystego serca, którzy nie znają i nie próbują żadnych podstępów czy wykrętów. Są uczciwi wobec Boga i bliźnich. Są po prostu autentyczni. A ludzie cisi – przecież mogliby być mocni na sposób tego świata. Tymczasem oni posługują się inną mocą, nie widoczną dla oczu. Widoczny zaś staje się pokój, który jest owocem ich życia i który od nich rozprzestrzenia się. Ile zyskuje świat od ludzi czyniących miłosierdzie, którzy potrafią sami wiele wycierpieć, żeby tylko drugiemu przykrości i cierpienia nie zadać? To dzięki tym błogosławionym dane jest wciąż doświadczać śladów dotknięcia Bożej ręki, która nadaje ludzkiemu życiu ostateczny sens i wartość.

    Modlę się więc o wytrwałość ludzi błogosławionych, aby nie ulegli zniechęceniu, ale żeby wciąż ukazywali Boży obraz i Boże podobieństwo, które Stwórca umieszcza w każdym ludzkim sercu.

    Anna Świderkówna, wybitna znawczyni Biblii, w jednym ze swoich wywiadów mówiąc o błogosławionych z Kazania na Górze, taką daje radę: „trzy pierwsze błogosławieństwa określają postawę konieczną dla każdego, kto chce wejść do królestwa Bożego: przede wszystkim całkowite otwarcie na innych i na Boga oraz pełną gotowość przyjmowania. Bez takiej postawy nie nauczymy się nigdy, czym są prawdziwe szczęście i bogactwo”.

    ks. Marian Łękawa SAC

  • komentarz do Liturgii Słowa

    IV NIEDZIELA ZWYKŁA ROK C 3 luty 2019

    Bezinteresowna miłość
    IV Niedziela Zwykła – ROK C

    Dzisiejsza Ewangelia jest kontynuacją rozpoczętego w poprzednią niedzielę spotkania Pana Jezusa w synagodze z mieszkańcami Jego rodzinnego miasta Nazaret. Kiedy Chrystus czytał tekst Pisma – towarzyszył Mu zachwyt, bowiem słuchających ogarnęła duma. Przecież to był ich Ziomek, którego sława stawała się coraz większa. Pewnie już snuli plany ile ich miasto i oni sami będą mogli na Nim skorzystać. A tymczasem aż dziw bierze, że nastrój w przeciągu jednego przedpołudnia uległ tak gwałtownej i całkowitej zmianie.

    Zniknął zachwyt i entuzjazm. Nagle wszystkich ogarnęła nienawiść. Na tych samych twarzach, dopiero co pełnych zachwytu, pojawił się wyraz gniewu: „Porwali Go z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się”. Co było powodem takiej natychmiastowej zmiany?

    O. Jacek Salij wymienia dwa powody. „Pierwszy powód był zupełnie banalny: Nawet wówczas, kiedy Jezus budził w nich podziw, zachwyt i entuzjazm, oni Go nie kochali. Bo tylko wówczas, kiedy nie kocham tego, kogo podziwiam, mój podziw łatwo zamienia się w zawiść i zazdrość, a nawet w bezinteresowną nienawiść. Zapis Ewangelisty Łukasza uderza swoją psychologiczną prawdziwością: „Wszyscy przyświadczali Jezusowi i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego”. I zaraz następne zdanie informuje nas, jak w tych ludziach, którzy podziwiali Jezusa, ale Go nie kochali, zaczyna rozkręcać się mechanizm zawiści. „Czyż to nie jest syn Józefa?” zaczynają studzić swój własny entuzjazm.

    Ale wydarzenia nie potoczyłyby się tak dramatycznie, mieszkańcy Nazaret nie wyrzekliby się Jezusa, gdyby nie drugi powód. Otóż ten drugi powód ich gniewu był w samym Panu Jezusie. Mianowicie Pan Jezus nie zamierzał im się przypochlebiać ani zabiegać o ich przychylność za wszelką cenę, a przede wszystkim nie za cenę prawdy. Myślę, że nie trzeba specjalnie podkreślać, że On dlatego nie przypochlebia się człowiekowi, bo On człowieka kocha”.

    Tutaj muszę zauważyć, że nie tylko wtedy – mieszkańcom Nazaret – było tak trudno uwierzyć i przyjąć wszystkie słowa, które wypowiedział Chrystus po przeczytaniu Izajaszowego proroctwa. Oni znali Jezusa od najmłodszych lat. Przecież wśród nich wzrastał najpierw jako dziecko i młodzieniec, a potem jako dorosły mężczyzna. Więc w takiej sytuacji jak przyjąć to co mówił ich krajan o sobie i o nich?

    A może tu rozpoznam siebie? Jestem jednym z pośród nich – mieszkańcem „mojego” Nazaret. Przebywam od najmłodszych lat w Kościele. Owszem, wyznaję i wierzę, że Pan obecny jest w moim życiu i oczekuję Jego przyjścia w chwale, ale czy nie stawiam Bogu, w miarę mijających lat, moich przeróżnych warunków: o ile Jego moc będzie realizować moje plany, moje marzenia i oczywiście, bez żadnego mojego wysiłku i pracy… Duch dzisiejszego czasu przelewa się, jak ogromna fala, nie tylko na zewnątrz mojego wnętrza. Ileż razy byłem pełen pretensji do Pana Boga, gdy przypominał mi prawdę poprzez swoje Słowo albo poprzez zdarzenia. A ta prawda nie była po mojej myśli i bywało, że bolało, kiedy czułem jej dotyk, aż do wywołania we mnie gniewu. Miałem pretensję, że Boże błogosławieństwo było widoczne raczej u tych, którzy nie wydawali mi się być po mojej stronie – a ja oddany Panu Bogu na służbę Jego Ewangelii – dlaczego więc nie dzieje się w moim życiu tak jakbym chciał?

    A w innych sytuacjach, kiedy Jezusowe wymagania są niewygodne – od razu znajduje się „ten odrzucony”, który szczególnie w takich momentach jest blisko i podsuwa swój wywód: „Przecież teraz są już inne czasy. Owszem, stare prawdy może były dobre kiedyś, ale nie dziś, nie teraz”. I człowiek wchodzi na niebezpieczną krawędź, na której trzeba opowiedzieć się, czy zdecydowany jestem iść tylko za Chrystusem przyjmując całą Jego prawdę? Bo w przeciwnym razie, może wydarzyć się to co miało miejsce na stoku góry, na której miasto Nazaret było zbudowane: Pan Jezus niepostrzeżenie oddalił się.

    Żeby, nie daj Boże, do tego nie doszło – muszę odnaleźć w sobie, przykrytą moim egoizmem, bezinteresowną miłość – o jakiej pisze św. Paweł w dzisiejszym liście do Koryntian.

    Modlę się więc o odwagę, aby nie bać się zrzucić z siebie swoje przyzwyczajenia, które spowodowały, że aż strach napisać – moje „oswojenie” z Panem Bogiem. Taki stan bardzo dobrze oddaje obraz zakochanych, którzy przyzwyczaili się do siebie. Pewnego dnia stwierdzają z przerażeniem wzajemną obojętność. Już nie mają o czym rozmawiać. Coraz bardziej wypełnia ich nuda. Potrzeba wtedy jakiegoś wstrząsu, aby zdać sobie sprawę z zaistniałej sytuacji i stanąć w prawdzie.

    To właśnie czyni Pan Jezus. A czyni to dlatego, ponieważ mnie kocha i dlatego stale powraca ze swoim darem, jakim jest mój żal w spowiedzi, a potem Boży pokarm na dalszą drogę.

    ks. Marian Łękawa SAC